Uzyskaj dostęp do tej i ponad 360000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Mia Olsson, nauczycielka jogi, zakochuje się w młodym fotografie włoskiego pochodzenia. Michelangelo zabiera ją na przyjęcie do swojego domu, gdzie mieszka jego liczna rodzina.
To nie Michelangelo poprosi o rękę Mii. Zrobi to jego ojciec, Ettore.
Młoda kobieta, która nie umie się podporządkować. Dojrzały mężczyzna, któremu podporządkowują się wszyscy. Ich związek nigdy nie powinien się zacząć…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 422
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
„Miłość jest potęgą, która niszczy prawa i nadaje nowe.”
Michel de Montaigne
– Mówisz poważnie? Chcesz przedstawić mnie swojej rodzinie?
– Hmm… No, tak.
Michelangelo niesie kubki z kawą. Marszczy brwi, skupiony, żeby jej nie rozlać. Jest ubrany tylko w bokserki. Uwielbiam jego czarne włosy związane w koczek i dwudniowy zarost.
Pochyla się nade mną i całuje w nos.
– Taka, jak sobie życzyłaś.
– Jesteś kochany. – Upijam łyk. – Mmm… Nie wiem, jak ty to robisz. Jest taka pyszna.
Michelangelo mruży oko, popijając kawę. Wyciąga się na moim łóżku.
– Mam się denerwować? – pytam. – Poznam twoich rodziców, rodzeństwo…
– Mama nie żyje. Ale tak, poznasz pozostałych.
Jego zwykła beztroska znika.
– Nigdy o tym nie mówiłeś. Tęsknisz za nią?
– Oczywiście.
Wpatruję się w jego oczy. Ucieka wzrokiem.
– Nie rozlej na mnie. Wiem, że jestem gorący, ale nie tak, żeby nic nie poczuć.
– Kiedy odeszła?
Michelangelo marszczy brwi, potem przechyla kubek do ust.
– Byłem jeszcze mały, mam tylko pojedyncze wspomnienia. Moi bracia pamiętają ją odrobinę lepiej, ale… No, wiesz. Dzieci szybko się przystosowują.
Siadam, żeby było wygodniej wypić kawę.
– Mówiłeś tylko o tym bracie, z którym się często kłócisz.
Michelangelo kiwa głową.
– Achille to prawdziwy potwór. Schowam cię przed nim na imprezie. Inaczej otworzy paszczę i od razu cię połknie.
Przewiduję, co się zaraz stanie. Michelangelo zacznie mnie całować albo łaskotać. Ewentualnie i jedno, i drugie. Odstawiam pusty kubek na dywan. Michelangelo zadziera moją koszulkę i baraszkuje pod nią. Śmieje się, kiedy próbuję go zepchnąć.
– Przestań! – chichoczę. – Stop!
– Nie mogę się oprzeć – mruczy Michelangelo. Zaczepia ustami moje sutki, ale kiedy zaciskam palce na jego ramionach, daje mi spokój. Rozczochrany, bez koczka, który się poluzował, wynurza się spod mojego ubrania.
Całujemy się. Usta smakują kawą.
– Trzeba kupić jakieś ciasto i butelkę wina. – Wracam do tematu naszego wyjścia. – Nie wypada przyjść z pustymi rękami.
– Nie, nie. Na pewno będzie wszystko, co trzeba. Nie przejmuj się tym.
– Będę miała okazję założyć nowe dżinsy!
Michelangelo ze śmiechem łapie się za głowę.
– Dżinsy? Tylko sukienka, Mia.
– Nie noszę…
Mój chłopak pochyla się. Kilkanaście pocałunków muska moje usta, policzki i nos.
– Proszę, proszę, proszę – powtarza. – Chcę się tobą pochwalić. Masz cudowny tyłeczek i nogi. Załóż jakąś krótką sukienkę.
– O Boże – mamroczę, spychając go z siebie, ale bezskutecznie. Michelangelo szybko wraca do poprzedniej pozycji. Kładzie się na mnie oparty na łokciach. – Nie wiem, czy cokolwiek znajdę.
– Możesz coś kupić.
Kręcę głową.
– Jestem bez kasy – odpowiadam.
Zaraz zaproponuje mi sfinansowanie tej sukienki. Nie ma mowy. Pomieszkujemy u siebie, ale facet nie będzie kupował mi ubrań.
Wysuwam się z objęć Michelangelo, nurkując pod jego ramieniem. Podchodzę do szafy i zaczynam przeglądać ubrania na wieszakach. Nie ma ich wiele, bo zazwyczaj chodzę w sportowych ciuchach, poukładanych na półkach według kolorów.
W końcu wyciągam jedną z sukienek, czerwoną jak biżuteria z koralowca.
– O, to to! – chwali Michelangelo. – O taką chodziło.
Przykładam sukienkę do siebie. Nie jestem przekonana.
– Skąd ją masz? – pyta.
– Kupiłam na przyjęcie zaręczynowe koleżanki.
Kiwa głową.
– A co założyłaś na jej ślub?
Marszczę brwi, starając się sobie przypomnieć.
– Byłam druhną. Wszystkie miałyśmy takie same stroje. Sądziłam, że na pewno mi się nie przyda i oddałam komuś.
Wiążę włosy w kucyk na czubku głowy i ściągam koszulkę. Stoję tylko w spodenkach od piżamy. Michelangelo gwiżdże na widok moich piersi.
– Pomóc? – pyta.
– Leż tam, gdzie jesteś. To się zaraz źle skończy – ostrzegam go. Wciągam sukienkę, walcząc z dopasowaną górą. – Zresztą muszę wychodzić do pracy.
– Mia, nie bądź taka! – mówi Michelangelo, ale kręcę głową, więc ustępuje.
Ugniata poduszkę pod głową i obserwuje, jak układam kreację na swojej figurze. Opuszczam spódniczkę w dół i zsuwam spodenki piżamowe. Teraz pod spodem nie mam już nic. Unikam jego spojrzenia: jeśli dam się namówić na seks, na pewno się spóźnię.
– Tak? – pytam. – Dobrze wyglądam?
– Przecież wiesz – odpowiada Michelangelo rozmarzonym głosem. Oczy mu błyszczą, kiedy ogląda moje nogi. – Jesteś najładniejszą dziewczyną, jaką w życiu widziałem.
Biorę się pod boki i przechylam głowę.
– Ej.
Michelangelo zna mnóstwo pięknych kobiet. Od roku zajmuje się fotografowaniem sesji dla dużych marek. Kiedyś wspomniał o tym, że jego rodzina zupełnie nie rozumie takiego wyboru kariery, a przygodę z byciem fotografem traktują jako przelotną.
– Modelki spotykam w pracy. Ty… to ty. Sama delikatność.
Przesadza, ale robi to dobrze.
– Nie musisz tego mówić. Wiem, jaka jestem. Wygląd nie jest dla mnie najważniejszy.
Michelangelo przechodzi do mojej maciupkiej kuchni. Wyciąga składniki do koktajlu warzywnego oraz pełnoziarnistych tostów, obok stawia jajka. Oboje zwracamy uwagę na to, co jemy i zaczynamy dzień od pożywnego śniadania. Tak się zresztą poznaliśmy – podczas otwarcia nowej knajpki ze zdrowym jedzeniem.
– Nie idź do pracy – namawia mnie. – Wyjedziemy wcześniej.
Zmykam do łazienki, zanim on mnie zatrzyma.
– Nie mogę – odpowiadam, uchylam tylko drzwi. – Moje grupy będą na mnie czekać.
– Odwołaj zajęcia.
– Tak się nie robi – mówię, lekko zirytowana. – A ty byś odwołał sesję zdjęciową?
Michelangelo kręci głową. Związuje włosy, zanim zabierze się do smażenia omletu.
– Nie – przyznaje. – Podjadę po twoich zajęciach. Zapakuj sukienkę, przebierzesz się na miejscu.
Propozycja brzmi racjonalnie. Puszczam wodę z kranu, zwilżam szczoteczkę i zabieram się za mycie zębów.
Znamy się dopiero dwa miesiące. Spoglądam w swoje odbicie, płuczę usta. Z całych sił próbuję powstrzymać ekscytację.
Miałam nieśmiałą nadzieję, że znajomość z Michelangelo przerodzi się w coś poważnego. Jestem tak blisko.
Przykładam dłonie do policzków i bezgłośnie krzyczę. Potem robię kilka ćwiczeń oddechowych i wykorzystuję dywanik w łazience, żeby zrobić asanę na powitanie słońca.
Ten dzień będzie niepowtarzalny.
–OBoże– mówię pod nosem.
Samochód Michelangelo zatrzymuje się przed bramą. Nie widzę jeszcze, co się kryje za ogrodzeniem, ale już ono jest wystarczająco imponujące, szczególnie, że bramy strzeże ochrona. Potężni, ciemno ubrani mężczyźni z szacunkiem witają mojego chłopaka. Nawet nie zerkają w moim kierunku. Kiedy ich mijamy, mają opuszczone głowy albo patrzą w inną stronę.
– Czterech ochroniarzy – mówię. – To normalne w twojej rodzinie?
– O, tak – potwierdza Michelangelo. Rzuca na mnie okiem. – Przemycę cię dyskretnie do mojego pokoju. Zaraz zobaczysz, jak to u nas wygląda. To dopiero początek.
Brama się zamyka. Pojawia się ogromna aleja wjazdowa, na której końcu stoi… Nie dom. Rezydencja. Przed budynkiem stoją dziesiątki samochodów. Jeszcze nigdy takimi nie jeździłam. Nie znam ludzi, których byłoby na nie stać.
A może jednak znam…? Michelangelo zachowuje się tu zupełnie naturalnie. Sięga do kieszeni spodni od garnituru i przerzuca sobie przez szyję krawat. Poprawia bransoletę zegarka.
Do tej pory myślałam, że nasze finanse są podobne.
– Wszystko gra? – pyta z rozbawieniem. – Dlaczego mi się tak przyglądasz?
– Nie wiem. Przyglądam ci się jakoś inaczej niż zwykle? – pytam. – Wiesz, że jesteś przyjemny dla oka.
Michelangelo kiwa głową. Potem parkuje samochód i zwraca się ku mnie.
– Moja rodzina jest tradycyjna – odzywa się z nieoczekiwaną powagą. – Chciałbym, żebyś się do tego dostosowała. To oznacza, że nie traktujesz mnie tak, jak zawsze. Nie żartujesz sobie ze mnie przy ludziach i tak dalej.
– Kolejna niespodzianka?
Michelangelo bierze mnie za rękę, potem całuje palce.
– Niepotrzebnie się denerwujesz. Będziesz najpiękniejszą kobietą na przyjęciu. Tylko ten fakt powinien dodać ci mnóstwo odwagi.
Zabieram rękę i sięgam do klamki auta.
– Nie brakuje mi odwagi. Nie o to chodzi.
Wysiadam, a Michelangelo wyskakuje z auta. Obejmuje mnie w pasie.
– Wiesz, że się w tobie zakochałem?
Pochyla się i powtarza wyznanie szeptem. Nie odwzajemniam go, bo czuję się zbita z tropu.
– Nie mówiłeś, że twoja rodzina jest aż tak bogata. – Przygryzam wargę, niezadowolona z siebie.
– A to źle?
Puszcza mnie i zręcznie zawiązuje krawat. Świeci słońce, niebo otacza nas kojącym błękitem. Białe mury domu o delikatnej architekturze stanowią idealne tło dla mojego nieprzyzwoicie przystojnego chłopaka.
– Chciałem, żebyś ich poznała i sama się przekonała. Zawsze mi się wydawało, że majątek to raczej zaleta?
Spogląda na zegarek.
– Chodź. Wpuszczę cię tylnymi drzwiami.
Biorę torbę ze złożoną sukienką, kosmetyczką i szpilkami w dopasowanym kolorze. Michelangelo łapie mnie za rękę i zakradamy się do środka. Uśmiecha się porozumiewawczo, jakbyśmy robili komuś żart. Przemykamy obok ogromnej kuchni, mijając obsługę imprezy.
Zatrzymujemy się na półpiętrze. Michelangelo staje za moimi plecami i kładzie brodę na moim barku.
– Podoba ci się? – pyta półgłosem.
Czy mi się podoba? Jestem olśniona. Przed moimi oczami rozciąga się bajecznie piękny ogród, ozdobiony posągami i fontannami. Po prawej stronie stoi altana chroniąca przed słońcem. Wszędzie kręcą się kelnerzy, dyskretnie częstujący gości.
Po lewej stronie lśni lustro wody. To ogromny basen, osłonięty żywopłotem. Aż żałuję, że nie zabrałam kostiumu kąpielowego.
Mój wzrok przyciąga grupa mężczyzn w granatowych garniturach. Mają coś zbliżonego w postawie i gestach.
– To moi bracia – mówi Michelangelo, orientując się, gdzie patrzę.
Odwracam się nieznacznie.
– Masz aż pięciu braci? – pytam z niedowierzaniem.
– Czterech. Piąty to mój ojciec.
Otwieram szerzej oczy, żeby wyodrębnić z tej grupy kogoś wyraźnie starszego. Jeden z nich to jeszcze nastolatek. Żaden nie wygląda na mężczyznę po czterdziestce albo nawet pięćdziesiątce.
Dzielę się tym spostrzeżeniem z Michelangelo. Kwituje to śmiechem.
– Widzisz ich z daleka. Mój tata ma na imię Ettore. Najstarszy brat to Leandro, potem jest Virgilio, Achille, ja i na koniec, nasz mały Tiziano.
– O Boże. – Wciąż czuję się przytłoczona tą informacją. – Pięciu braci Fiero.
– Tak jest. Tiziano ma szesnaście lat. Mama zmarła w okolicy jego narodzin.
To sformułowanie uznaję za dziwne.
– Leandro ma dwadzieścia pięć lat, on i Virgilio są już żonaci. Achille wkrótce będzie zaręczony.
– Prawdziwa włoska familia.
– Zdecydowanie – potwierdza Michelangelo. – Te piękności w ciąży to moje bratowe. Urodzą w podobnym czasie.
Mogę odróżnić przynajmniej dwóch najstarszych braci. Obejmują swoje żony. Wtedy też trzeci z mężczyzn sięga do kieszeni. Michelangelo robi to samo i wyciąga telefon.
Obejmuje mnie wolnym ramieniem, wchodzimy na piętro. Rozmowa toczy się po włosku. Co nieco rozumiem, z racji pochodzenia. Zbyt wielu języków musiałabym się uczyć, żeby nie dyskryminować żadnego z przodków.
– Tam – mówi Michelangelo i pokazuje mi drzwi. Całuje mnie w policzek. – Poradzisz sobie sama? Muszę iść. Mój ojciec…
– Nie ma problemu – odpowiadam. – Chętnie wzięłabym prysznic. Masz łazienkę przy pokoju?
– Oczywiście. Rozgość się. Tylko przyjdź albo daj znać, to będę cię eskortował.
Kiwam głową, a Michelangelo jeszcze raz przyciąga mnie do siebie. Patrzy mi w oczy.
– Od mojego taty dużo zależy. Jest bardzo wymagający.
Marszczę czoło i poprawiam włosy.
– I co w związku z tym?
– Zależy mi na tym, żeby cię polubił.
Z jednej strony jest to bardzo pochlebne. Myślę, że Michelangelo traktuje mnie poważnie. Z drugiej… brzmi tak, jakby ocena seniora rodu mogła wpłynąć na nasz związek.
– Rozmawiam z ojcem na temat pewnej inwestycji, która mogłaby mi pomóc. Ale on jest dość uparty. Chciałby, żebym skupił się na pracy w rodzinnym interesie.
Rozglądam się po luksusowym wnętrzu. Nawet korytarz kipi złotem i roślinnymi motywami. Te rodzinne interesy są zdecydowanie opłacalne.
– Muszę cię zostawić, ale czekam. – Michelangelo orientuje się, że mijają kolejne minuty. Cmoka mnie w usta. – Jesteś najpiękniejsza. Nawet w tych dresach.
– Legginsach – poprawiam go.
Mój chłopak uśmiecha się radośnie i zbiega po schodach, a ja przechodzę kilkanaście kroków po puszystym dywanie i otwieram drzwi sypialni.
Dzieńjestupalny,z ulgą wskakuję pod prysznic. Potem strzepuję sukienkę, która na szczęście prawie się nie pogniotła. Gorsetowa bluzka jest odporna, a tiulowa spódniczka odzyskuje powiewność i kształt.
Wiążę włosy na czubku głowy i robię makijaż. Krótki rzut oka na bratowe Michelangelo oraz inne kobiety na przyjęciu wystarczył. Są niesamowicie wystrojone.
Gdy wychodzę z łazienki, pokój spowija półmrok. Może ktoś wszedł w międzyczasie i zasłonił okna, żeby pokój się tak nie nagrzewał? Ale po co? Przecież tu jest klimatyzacja.
Torebka leży na łóżku, tam, gdzie ją zostawiłam. Pochylam się, żeby ułożyć w niej wszystkie rzeczy. Kątem oka dostrzegam ruch. Ciemna sylwetka zachodzi mnie od tyłu.
Przewracam oczami. Ach, ten Michelangelo.
Obejmuje mnie w pasie i przyciska do siebie. Czuję ciepło i masywne mięśnie ramion, które trzymają mnie w uścisku. Potem pojawia się pocałunek w kark i pieszczoty ustami po szyi.
– Hmm… – mruczę.
Jedna z dłoni przesuwa się na mój podbródek. Zamykam oczy, kładę głowę na jego mostku. Druga ręka ląduje na moim brzuchu i dociska nasze ciała do siebie. Słyszę cichy pomruk, pełen satysfakcji.
Atmosfera staje się zmysłowa i gęsta. Półmrok, zapach kwiatów, które stoją na nocnej szafce, zapach mężczyzny, za którym szaleję. W nowym otoczeniu jego zapach stał się bardziej męski i podniecający.
Lewa ręka zsuwa się po materiale spódnicy, wślizguje się pod spód. Czuję palce na swojej skórze. Gładzą przestrzeń między nogami. Mam na sobie stringi, które składają się z cienkiego paska satyny. Jego palce dotykają mojego wzgórka, masują go. Potem odchylają tkaninę, żeby wniknąć głębiej.
– O Boże – szepczę. – Tak. Nie przestawaj.
Ręka na chwilę się zatrzymuje, potem palec zahacza o moją łechtaczkę. Zaczyna ją pieścić. Staram się być cicho, tak jak pasuje do tej tajemniczej scenerii. Moja przyjemność narasta powoli i nieubłaganie. Opieram się niemal całym ciężarem o jego pierś. Na skroni czuję szorstki zarost.
Nie potrafię pominąć niezwykłego skupienia, z jakim mnie pieści.
Uświadomienie sobie, że Michelangelo nigdy nie dotyka mnie w ten sposób, idzie w parze z galopującym orgazmem. Zaczynam szybciej oddychać, zaciskam powieki. Pochłania mnie oczekiwanie.
Czuję jakiś ruch za sobą. Moje ciało wypełnia twardy, nieustępliwy kształt; mężczyzna wykonuje ostrożne, ale stanowcze pchnięcie. O Boże. Nie jestem w stanie już się opierać, ogarnia mnie rozkosz.
– Dobrze – szepcze męski głos.
Sztywnieję w jego silnych ramionach. Nie wiem, czego boję się bardziej. Odkrycia, że to nie Michelangelo? Ujawnienia, komu tak ufnie się poddałam?
– O Boże – szepczę. – Kim jesteś?
Smakjejorgazmuniemal czuję na języku. Chciałbym go zresztą poczuć. Przewrócić ją na łóżko, rozsunąć kolana, całować i pieścić, dopóki nie zaczęłaby błagać o odpoczynek.
– A ty – pytam również szeptem – kim jesteś?
Dziewczyna zastyga w jeszcze większym szoku. Ja też przestaję się poruszać, chociaż wnętrze jej ciała jest niesamowicie komfortowe. Ciepłe, ciasne i wilgotne.
– Weszłaś do mojej sypialni. Nie przypominam sobie, żebym cię zapraszał.
Próbuje się ruszyć, ale nadal ją trzymam.
– To pokój mojego chłopaka – mówi stłumionym głosem.
Rozwiewam jej nadzieje:
– Nie, moja droga. To moja sypialnia. Z pewnością nie jestem „twoim chłopakiem”.
Wykonuję delikatny ruch w jej ciele, chociaż marzę o tym, żeby naprawdę ostro ją przelecieć.
– O, nie – szepcze dziewczyna. – Co robisz?
– Moja kolej, nie sądzisz? Nie protestowałaś, kiedy robiłem ci dobrze?
Obejmuję ją obiema rękami i naciskam na jej plecy, żeby się trochę pochyliła. Dzięki temu łatwiej mi w nią wniknąć.
– Nie mogę… – dziewczyna jęczy z zaskoczenia, strachu i przyjemności naraz. – Nie jestem tu sama. Nigdy go nie zdradziłam. W ogóle… nikogo.
Mam ochotę powiedzieć jej, żeby umilkła.
– Posłuchaj – szepczę do jej ucha. – Obiecuję, że jeśli pozwolisz mi skończyć, twojemu chłopakowi to się zdecydowanie opłaci.
Ona szarpie się w moich objęciach. Reaguję odruchowo, wnikając w nią głębiej.
– Co? – pyta.
– Sporo ode mnie zależy. Ktokolwiek jest twoim facetem, wynagrodzę mu to.
– Nie jestem na sprzedaż. – Dziewczyna stara się wyrwać, ale to znowu przynosi odwrotny efekt. – Nikt normalny… Boże, mam zacząć krzyczeć?
– Zdecydowanie – odpowiadam i kilkakrotnie wpycham się do środka. Każdy ruch jest lepszy od poprzedniego. Ta młoda ciemnowłosa czarodziejka ma w sobie seksualną magię.
Dziewczyna z rozkoszą jęczy, chociaż to potęguje jej bunt. Właśnie tego było mi trzeba.
– Puść mnie. Kim jesteś?
– Uwierz mi, jestem tu najważniejszy.
Przytrzymuję ją w pasie i pochylam nas, żeby przyciągnąć jej torebkę.
– Nie widzę obrączki – mówię do jej ucha. – Ani pierścionka zaręczynowego. Zadzwoń do tego, kto cię tu przywiózł. Zapytaj, czy ma coś przeciwko temu, żeby Ettore Fiero cię zerżnął. Będzie warto.
Dziewczyna stoi jak oniemiała. Wykorzystuję tę chwilę, żeby ją popieścić. Czuję, jak ona się mimo woli poddaje. Chwilę potem jęczy:
– Nie… To niemożliwe.
Kładę rękę na jej piersi.
– Mój chłopak to pana syn.
Dwaj najstarsi synowie są żonaci i nie zrobiliby mi takiego numeru, jak ukrycie kochanki w mojej sypialni. Achille nie jest co prawda szczególnie zakochany w narzeczonej, ale zna swoje miejsce w szeregu, poza tym jego przyszli teściowie są tu obecni. Nastoletni Tiziano jest zauroczony koleżanką z dzieciństwa, jeszcze młodszą niż on.
Rozwiązanie jest zatem proste. Michelangelo.
– Michelangelo – powtarzam na głos. Wysuwam się spomiędzy ud tej pięknej dziewczyny. Na czubku penisa lśnią kropelki preejakulatu. – Kurwa.
Wyciągam swój telefon, wybieram numer do syna i przykładam do ucha.
– Tak? – pyta Michelangelo. Gdyby nie to, że załatwiliśmy ten temat dawno temu, dałbym sobie rękę uciąć, że znowu wypalił skręta. – Czego znowu chcesz, tato?
– Ktoś ma ci coś do powiedzenia – mówię i przykładam telefon do ust dziewczyny.
– Michelangelo?
– Mia?
Mia. Więc tak ma na imię.
– Dlaczego kazałeś mi iść do sypialni twojego ojca? – pyta drżącym głosem.
Syn odpowiada dopiero po chwili.
– Jesteś z moim tatą?
– Co? – Dziewczynie brakuje tchu. – W jakim sensie… Tak. Kazałeś mi się przebrać i wziąć prysznic w jego sypialni. Przyszedł tutaj.
Michelangelo śmieje się. Kręcę głową. Że też spłodziłem takiego ananasa.
– Nie kazałem ci brać prysznica. No i? Po co do mnie dzwonicie?
– On powiedział…
Dziewczyna rzuca mi niespokojne spojrzenie. Jej emocje wcale nie sprawiają, żebym przestał jej pragnąć.
– Powiedział, że jak się z nim prześpię, mój chłopak dostanie coś, co na pewno będzie tego warte – mówi do telefonu.
Mój syn wybucha śmiechem. W tle słychać delikatne brzęczenie kieliszków i muzykę.
– No to zgódź się. Mój tata wie, na czym mi zależy. A ty obiecałaś, że się postarasz.
– Michelangelo – szepcze dziewczyna bez tchu. – O czym ty mówisz?
On nadal się śmieje.
– Nie będę miał pretensji. Jeśli o mnie chodzi, to się zgadzam.
Odbieram jej telefon i rozłączam rozmowę. Z trudem zapinam spodnie, ale decyzja jest nieodwołalna. W odróżnieniu do mojego czwartego syna nie jestem już dzieciakiem.
Obracam Mię twarzą do siebie.
Opuszczam jej sukienkę na dół, sięgam też między uda i poprawiam te stringi, które odciągnąłem, żeby znaleźć sobie drogę. Niechcący dotykam jej w tym miejscu. Dziewczyna aż podskakuje. Nie potrafi zapanować nad dreszczem.
Jest bardzo młoda. I śliczna.
– Ile masz lat? – pytam.
Pociąga nosem.
– Dwadzieścia jeden.
– Jesteś starsza od mojego syna.
Kiwa głową.
– O półtora roku.
– Ile czasu się spotykacie?
– Dwa miesiące. I prawie mieszkamy razem. – Uświadamia sobie, że on przed chwilą sprzedał ją jak towar. Ociera łzy wierzchem dłoni. – Jak pan mógł tak wychować syna? – pyta szeptem.
Patrzę w ciemnoniebieskie oczy otoczone mokrymi rzęsami.
– I jak pan mógł… Tak mnie potraktować? Od razu podejść i zacząć dotykać bez pytania?
– Nie protestowałaś – odpowiadam.
Poprawiam spodnie. Ona mimo woli patrzy w tym kierunku i zaszokowana rozchyla usta. Potem głośno przełyka ślinę.
– Myślałam, że to Michelangelo.
Kiwam głową.
– Wziąłem cię za jedną z kobiet, które chcą się ze mną przespać.
Mia bierze głęboki wdech.
– Bez zabezpieczenia?
Pierwszy raz odczuwam coś w rodzaju dyskomfortu.
– Przepraszam – mówię niespodziewanie.
– Przecież to dla mnie groźne, jeśli ma pan tyle partnerek seksualnych.
Patrzę na nią nieprzyjaźnie.
– Przeprosiłem. Zazwyczaj o tym nie zapominam.
Nie wierzy mi. Nadal żałuję, że nie zdążyłem skończyć, pomimo ryzyka. Gdy zobaczyłem jej zgrabną sylwetkę, kiedy poczułem zapach i dotyk jedwabistej skóry, pokusa stała się nie do odparcia.
– Michelangelo powiedział, że jeśli będę uprawiać z panem seks, nie będzie miał pretensji. Jak mógł?
Poprawiam jej wysoko spięty kucyk. Mia tego nie zauważa.
– Nikomu nie powiem, że dałaś mi się popieścić, Mia cara.
Dziewczyna przyciska pięści do policzków.
– Co ja zrobiłam… – szepcze.
– Nic nie zrobiłaś – mówię ostro.
– Czego Michelangelo chce od pana? – pyta, próbując znaleźć wyjaśnienie.
Normalny ojciec zapewne by się wstydził. Ja nie. W zachowaniu syna irytuje mnie przede wszystkim jego głupota. Przywiózł do domu dziewczynę, która nie ma pojęcia, jak się tutaj odnaleźć.
Nie powinna wchodzić do męskiej sypialni ani być tak chętna. W ogóle nie powinna uprawiać seksu przed ślubem.
– Za co był gotów cię poświęcić? – poprawiam ją szorstko. – Chce, żebym sfinansował mu galerię sztuki. Nie mam na to szczególnej ochoty.
Mia przygładza kosmyki, które wydostały się z jej skromnej i jednocześnie seksownej fryzury.
– Dlaczego?
– Bo mój syn jest próżniakiem, który chce żyć na cudzy koszt.
– Ale przecież pana na to stać – mówi Mia dziecinnie.
– Co powiedziałaś?
Reaguje przestrachem.
– Nno… nic. Nie chciałam być nieuprzejma. Po prostu widać, że ma pan pieniądze.
Mruga kilkakrotnie. Rzęsy niemal dotykają policzków. Zastanawiam się, jaka jest jej cena.
Zaczyna dzwonić telefon w jej torebce.
– Odbierz.
Mia bez szemrania wykonuje polecenie.
– Michelangelo? – szepcze. – Gdzie jesteś?
– Idę po ciebie – odpowiada mój syn. – Ojciec już cię wypuścił?
Śmieje się. Jego dziewczyna wygląda na dotkniętą do żywego.
– Chcę wracać do domu.
– Nie wygłupiaj się. Impreza dopiero się zaczyna. Zaraz będziemy siadać do stołu. Poznasz resztę rodziny.
Odstępuję od niej i podchodzę do lustra. Nie widać śladów tego, że obściskiwałem się ze ślicznotką, która mogłaby być moją córką. Przykładam do nosa palce, pachną jej rozkoszą. Napotykam jej wzrok.
– Nieważne, porozmawiamy za chwilę. – Mia się rozłącza.
Wchodzę do łazienki, żeby umyć ręce. Kiedy wracam, zbiera swoje rzeczy. Jej dłonie drżą.
Wyobrażała sobie coś zupełnie innego.
Nicdziwnego,żeMichelangelo otacza swoje pochodzenie taką tajemnicą. Jego ojciec zachowuje się jak najgorszy mizogin na świecie. Jest niewzruszony. I nie widzi żadnego problemu w swojej pomyłce.
– Zmykaj, zanim zmienię zdanie – mówi obojętnym tonem. – I nie pokazuj mi się więcej na oczy.
Wcale się nie boję tego człowieka. Przecież zaraz stąd wyjdę.
– Jeśli Michelangelo i ja będziemy nadal razem, będzie pan musiał się pogodzić z moim widokiem.
Ettore uśmiecha się krzywo.
– Sądzisz, że to coś poważnego?
Unoszę podbródek.
– Jesteśmy na początku bardzo fajnego związku. Nie mam kompleksów. Może nie jestem bogata, ale znam swoją wartość.
Ettore słucha z nieodgadnioną miną.
– I myślisz, że mój syn wprowadzi cię do rodziny?
– Tak uważam.
Śmieje się gorzko.
– Nigdy nie będziesz należała do rodziny Fiero – mówi. – Gwarantuję ci to.
Dotykam ściśniętego gardła. Nie dam mu tej satysfakcji, nie będę płakać.
– Ja go naprawdę… – Słowo „kocham” nie przechodzi mi przez gardło. Ettore Fiero patrzy na mnie z politowaniem. – Pana syn jest dla mnie naprawdę ważny.
Błysk jego ciemnobrązowych oczu budzi we mnie ekscytację i zarazem strach.
– Nie do końca. Nie poświęciłaś się dla niego. – Pokazuje łóżko. Poprawia kosmyk czarnych włosów, który spadł mu na czoło. – Dorośli ludzie wchodzą ze sobą w transakcje. Miałaś szansę załatwić mojemu synowi kilka lat życia, o jakim zawsze marzył. Nie sądzę, żeby galeria utrzymała się dłużej, biorąc pod uwagę jego lenistwo.
– Szkoda, że nie chce pan pomóc synowi po prostu dlatego, że dobrze mu pan życzy i wierzy w jego talent.
Dostrzegam niechętny grymas jego ust. Nie podoba mu się ta ironia. Ale najwyraźniej inne rzeczy… bardzo mu się podobają. Namiętne spojrzenie parzy moją twarz, szyję, piersi.
Uciekaj, Mia.
– Nie pożałowałabyś – szepcze mi do ucha. – Michelangelo nigdy by się nie dowiedział. Pomyśl o jego szczęściu.
Mam wrażenie, że przeprowadza na mnie jakiś eksperyment.
– Szkoda, że nie jesteś moją…
– Pana kim?
Pochyla się. Jego głos staje się intymny i zmysłowy. Przesuwa dłonie na moje plecy.
– Moją kochanką – szepcze mi do ucha. – Moją koteczką. Moją szmatą.
Otwieram szeroko oczy.
– Spodobało ci się – szepcze mi do ucha Ettore. – Chciałabyś być moją dziwką? Moją dzikuską?
– Nie – mówię z wysiłkiem. – Nigdy.
– Podobało mi się to, co widziałem. Masz wspaniałe ciało. Idealne, kiedy dotyka cię ktoś, kto zna się na rzeczy.
Głośno przełykam ślinę.
– Powinnam się od razu domyślić – szepczę. – Nawet nie sprawdziłam, kto mnie obejmuje…
– Ilu chłopaków miałaś przed moim synem?
Zaskakująca zmiana tematu.
– W sensie? – pytam.
Ettore marszczy brwi.
– Nie rozumiesz prostego pytania? Z iloma facetami spałaś?
– Z jednym. Poznaliśmy się w college’u. Jeszcze pół roku temu byliśmy parą, ale…
Kładzie dłoń na moich ustach.
– Wystarczy.
Podchodzi do drzwi i otwiera je na oścież.
Stoi za nimi Michelangelo i dwóch ochroniarzy. Jakby pilnowali, żeby syn ich szefa nie wszedł, dopóki Ettore nie… nie skończy ze mną.
Michelangelo spogląda na ojca. Czeka na pozwolenie, żeby wejść do środka. Ettore omija syna i rzuca przez ramię:
– Trzymaj ją z daleka ode mnie i od żon twoich braci.
– Tato… – zaczyna Michelangelo.
Jego ojciec znika w korytarzu. Zalewają mnie upokorzenie i wstyd.
– Pięknie wyglądasz – Michelangelo całuje mnie w usta. – Nie przejmuj się. Zabawimy się jak dwa łobuziaki, a żony moich braci to i tak nudziary.
– Co on miał na myśli? – pytam. – Że nie zasługuję na kontakt z kobietami z twojej rodziny?
Michelangelo zamyka drzwi przed nosem ochroniarzy.
– Ojciec jest trudny, tak jak mówiłem. Szkoda, że mu się nie spodobałaś, ale swoją drogą… – Michelangelo sięga do swoich włosów, które zazwyczaj związuje. Potrząsa głową. – Szanse były minimalne. Stary Ettore to twardy orzech do zgryzienia.
– Stary? – powtarzam prawie bezgłośnie. – Ile ma lat?
– Czterdzieści trzy. Wcześnie zaczęli – Michelangelo puszcza oko. – Matka miała siedemnaście lat, kiedy urodziła Leandro. Tata był o rok starszy. Czemu pytasz?
Nigdy nawet nie wyobrażałam sobie seksu z mężczyzną o tyle lat starszym.
– Michelangelo… – zaczynam, zdecydowana do wszystkiego się przyznać.
Zatyka mi usta.
– Chodź, impreza czeka. Tylko trzymaj się mnie. Nie masz obrączki ani pierścionka zaręczynowego, więc wiadomo, że ciągle jesteś do wzięcia. – Śmieje się.
Niemal dosłownie zacytował swojego ojca. Przełykam ślinę, przerażona tym, jak bardzo są do siebie podobni.
– Musisz być blisko, żeby inni wiedzieli, że cię chronię.
Ostatnie zdanie brzmi po prostu absurdalnie. Stoję bez ruchu, chociaż Michelangelo pokazuje mi, dość niecierpliwie, kierunek do wyjścia.
– Dlaczego powiedziałeś, że zgadzasz się, żebym się z nim przespała? – Mam taki zamęt w głowie, że dopiero teraz zadaję to najważniejsze pytanie.
Michelangelo przewraca oczami.
– Przestań. Chyba nie myślisz, że powiedziałem to na serio?
Patrzę na niego uważnie.
– Dlaczego to takie niemożliwe? Chciałeś, żebym się „postarała”.
Uśmiech Michelangelo pierwszy raz budzi nieprzyjemny dreszcz.
– No i chyba nie bardzo ci wyszło? – Głaszcze mnie po ramieniu, potem wyprostowuje zagięcie na spódniczce. – Chodź, Mia. W końcu przyjechaliśmy się zabawić.
Sięgam po swoją torebkę. Michelangelo uśmiecha się, chociaż jest zniecierpliwiony.
Podjęłam już decyzję.
– Nie spodobałam się twojemu ojcu… – To zdanie jest komiczne w niezamierzony sposób. – Więc nie powinnam się tu kręcić. Wracajmy do domu.
Michelangelo wyciąga telefon i dzwoni do ojca.
Jakim cudem podejmował przedtem decyzje bez tych szczegółowych konsultacji?
Jestem coraz bardziej niezadowolona z tego, co tu odkryłam. Zarówno ja, jak i mój chłopak okazaliśmy się kimś innym. Wystarczyła jedna wizyta.
Michelangelo trzyma komórkę przy uchu, ale i tak słyszę odpowiedź Ettore. Brzmi tak, jakby był wściekły.
– Powtarzam ci, ona nie może tu zostać. Zaprowadź ją do garażu.
– Kto ją odwiezie?
– Luigi. Wszyscy o ciebie pytają, musisz wracać – dodaje Ettore i ucina rozmowę.
Czy Michelangelo powinien to wszystko tak bezkrytycznie przyjmować? Zachowuje się jak dzieciak.
– Ja zostaję. Nie mogę zrobić tego rodzinie. Rozumiesz, prawda?
Chwilowo nie mam siły się kłócić. Kierujemy się na duży dziedziniec na tyłach rezydencji. Potężny mężczyzna otwiera przede mną drzwi samochodu. Jego oczy są ukryte za ciemnymi okularami.
Michelangelo całuje mnie w skroń.
– Widzimy się jutro – mówi.
– Wróć ze mną. – Jednak go proszę. – Nie chcę jechać sama.
– Daj spokój, Mia. – Michelangelo cmoka mnie w usta. – Ty też często wychodzisz na drinka z koleżankami. Co za różnica?
Ktoś nam się przygląda. Rozglądam się. W niewielkiej odległości krążą kolejni ludzie, atletycznie zbudowani, ubrani na czarno. Prawdopodobnie z bronią. Wolę się nie gapić.
Wsiadam do samochodu, zamykam oczy i pozwalam się odwieźć do domu.
–Maszdość– mówię. – Przestań.
Michelangelo popija alkohol prosto z butelki. Na jego kolanach siedzi jedna z pokojówek. Na szczęście schowali się nad basenem.
Dziewczyna podrywa się na mój widok. Jej twarz robi się przezroczysta. Skłania głowę, poprawia spódniczkę razem z fartuszkiem i robi kilka kroków w tył.
Patrzę na nią zmrużonymi oczami i ona się w ciągu kilkunastu sekund dematerializuje.
Siadam na leżaku, nie opierając się. Przyglądam się swojemu synowi.
Dlaczego Michelangelo musiał wziąć to, co najgorsze, ze mnie i ze swojej matki? Rosa była marzycielką, ale obowiązki nie pozwalały na beztroskę. Widzę w synu także swoje wady: egoizm i upór.
Rosa nie miała siły się nim zajmować. Pewnie powinienem dać jej wtedy odetchnąć… ale nie chciałem. Może to swojego rodzaju zemsta?
– Czemu tak na mnie patrzysz, tato?
Niepokój Michelangelo jest w połowie udawany.
– Bez powodu.
Syn wychyla jeszcze łyk alkoholu. Pod moim uważnym spojrzeniem odstawia butelkę na kafle. Słychać zgrzytliwy stuk.
– Ta dziewczyna. Mia. Skąd ją wziąłeś? – pytam.
Michelangelo wyciąga telefon i sprawdza listę połączeń.
– Właśnie. Powinna być już w domu. – Dzwoni. Jego spojrzenie błądzi po lśniącej wodzie basenu.
Zgodnie z moimi przypuszczeniami dziewczyna nie odbiera.
– Co jest? – pyta z tym nieznośnym alkoholowym przejęciem. – Gdzie się podziewa moja malutka Mia?
Pochylam się i klepię go w kark.
– Ocknij się. Zadałem ci pytanie. Gdzie ją poznałeś?
Spojrzenie mojego syna przytomnieje.
– W jakimś przypadkowym miejscu. Sklepie czy knajpie. Nie pamiętam.
– Ona cię uważa za swojego chłopaka. Nie wiem, kiedy wyraziłem się nieściśle, ale mówiłem, żebyś nie spotykał się z dziewczynami spoza naszego kręgu. Chyba że chodzi o sam seks.
Michelangelo wyciąga gumkę z kieszeni garnituru i wiąże włosy. Doprowadza mnie to do szału. Wygląda jak rockman albo piłkarz.
– Najpierw chodziło o sam seks. Potem okazało się, że nie tylko.
– Powiedz jeszcze, że nie używałeś gumek.
Michelangelo krzywi się w odpowiedzi. Sam się krzywię. Ja pierdolę, on ma dwadzieścia lat, a ja dwa razy więcej. Postąpiłem tak samo.
– Używam.
– Nie kłam.
– Ona bierze pigułki. Dlaczego mówisz o Mii w czasie przeszłym, tato?
Widzę, że trzeźwieje z minuty na minutę.
– Musisz to skończyć – mówię.
Oczy mojego syna zwężają się. Wszystkie dzieci odziedziczyły kolor tęczówek po matce. Jej spojrzenie żyje w nich. Czasami jest odpowiedzialne, jak u dwóch najstarszych synów. A czasami wręcz dziecinne, tak jak widzę u trzech młodszych.
– Nie chcę. Mia to świetna dziewczyna.
– Pracujesz z modelkami. Znajdź sobie inną do dymania.
– Ale ona nie jest tylko do dymania – powtarza zniecierpliwiony Michelangelo.
Kręcę głową, zirytowany jego uporem.
– Liczy na stały związek. Taki do końca życia. Wybrałem ci kogoś innego – przypominam. – Ophelia na razie jest za młoda, ale to nie zmienia sytuacji.
Michelangelo poprawia krawat.
– Mia jest o wiele fajniejsza niż Ophelia. Poza tym ja nie jestem stworzony do waszego życia.
Zaciskam szczęki.
– Ależ wiem. Dlatego masz swoją rolę na zewnątrz. I tak chcę, żebyś się ożenił i kontynuował linię rodziny Fiero.
– A propos mojej roli. I prania pieniędzy… – zaczyna Michelangelo. – Co z galerią?
Kręcę przecząco głową.
Jakim cudem stwierdził, że ma dobrą pozycję w tych negocjacjach?
– Najpierw musisz pozbyć się tej dziewczyny. Nie chcę problemów.
Michelangelo znowu sięga po butelkę. Nie pije, obrysowuje tylko palcem szyjkę.
– Nie wiem, dlaczego uważasz, że Mia miałaby sprawiać problemy.
Bo prawie się z nią przespałem. Bo jest zbyt piękna, żeby kręcić mi się pod nosem. Bo jest niepoważna i niedojrzała, a przy tym, zbyt emocjonalna.
Nie wymieniam na głos tych argumentów. Po prostu patrzę na swojego syna. Michelangelo zaczyna uciekać spojrzeniem.
– Okej – mówi niechętnie. – Ale nadal będę się z nią mijał. Mieszkamy blisko siebie. A ostatnio, właściwie mieszkam u niej.
Wstaję i z głośnym stukiem przesuwam leżak.
– Przeprowadź się w takim razie – mówię i opuszczam to zbyt ładne, zbyt błękitne i zbyt relaksujące miejsce.
Syn dogania mnie tuż przed wejściem. Nie powinienem go obwiniać za picie. Większość gości szczodrze raczy się alkoholem.
– Dzięki, tato – mówi, zanim dołączy do grupy swoich rówieśników, którzy także są synami mafii. – Że mogę mieszkać poza domem.
– Masz szczęście – odpowiadam mruknięciem. – Że potrzebuję też legalnych biznesów.
Michelangelo śmieje się.
– Mam szczęście. To dziedziczne.
Udaje mu się wywołać mój uśmiech. Szybko go ukrywam. Mógłbym pozwolić swoim synom, żeby byli sobą. Ale to luksus, na który żaden z nas nie może sobie pozwolić.
Wdrodzedodomu ogarniają mnie mdłości. Pukam w szybę, żeby kierowca się zatrzymał.
Odchodzę na pobocze i wymiotuję. Jest mi wszystko jedno, czy ktoś to widzi. Staram się tylko nie pobrudzić sukienki. Buty już dawno zdjęłam. Zostały w samochodzie.
Podnoszę głowę. Widzę przed sobą butelkę wody.
– Proszę się napić – mówi kierowca.
Doceniam ten gest, chociaż nie jestem pewna, czy mój organizm cokolwiek przyjmie.
– Małymi łykami. – Ma toporne rysy twarzy, ale głos całkiem przyjazny.
Wychylam łyk, a potem jeszcze kilka.
– Przepraszam za kłopot.
Kierowca wraca na przód auta i opiera się o maskę. Zapala papierosa. Do mojego nosa dolatuje dym. Zwracam to, co zdążyłam wypić.
Mężczyzna dzwoni do kogoś. Raportuje, co się dzieje. Znam proste zwroty po włosku, których używa. „Źle się poczuła. Nic poważnego”. Tłumaczy się, że nasza wyprawa tyle trwa. Dodaje, że nie pobrudziłam samochodu.
Biorę do ust naprawdę mały łyczek, resztę wody wylewam na dłonie i wycieram twarz. Wracam boso do auta, krzywiąc się, bo kamyczki wbijają mi się w stopy.
Siadam i zapinam pas, starając się opanować brewerie mojego żołądka. Co będzie, kiedy kierowca wniesie zapach papierosów? Zasłaniam oczy dłonią, może pomyśli, że śpię.
Opieram głowę o szybę i po chwili rzeczywiście zasypiam. Budzi mnie klepnięcie w ramię. Drzwi samochodu są otwarte.
– Jesteśmy na miejscu – mówi kierowca.
Oszołomiona zmianą otoczenia i niespokojnym snem podrywam się, ale zatrzymuje mnie pas.
– Powoli – dodaje mężczyzna. – Mam poczekać, aż pani wejdzie do domu.
Zapinam sandałki na kostkach i sięgam po torbę. Wydaje mi się, że poprzednio leżała w innym miejscu.
– Dziękuję za podwiezienie – mówię. Mimo całej sytuacji staram się pokazać dobre maniery.
Przytakuje głową. To wszystko.
Zaczynam iść w kierunku domu. Dogania mnie Trent, najsympatyczniejszy z grupy studentów, którzy wynajmują mieszkanie na najwyższym piętrze. Potykam się z powodu szpary między płytami chodnika, ale Trent szybko reaguje i udaje mu się mnie przytrzymać. Podtyka mi pod nos kawałek pizzy. W drugiej ręce trzyma trzy pudełka z rysunkami uśmiechniętych pomidorów.
– Poczęstuj się – mówi. – Przegrałem w pokera i musiałem przynieść pizzę dla wszystkich.
Oglądam się na kierowcę. Nie spuszcza ze mnie czujnego wzroku. Założę się, że o tym też mu doniesie. Absurdalne. Ettore Fiero dał mi do zrozumienia, że jeśli nie zgodzę się na seks, jestem równie ważna, jak pył na podłodze.
Kręcę głową.
– Nie mogę. Chyba czymś się zatrułam.
Trent zwija trójkąt ciasta i z zapałem gryzie.
– Pizza działa na wszystko. Coś o tym wiesz, przecież jesteś Włoszką.
– W połowie Włoszką. Poza tym Szkotką i Szwedką. Podobno mam też jakąś słowiańską krew, ale to może być legenda rodzinna.
Trent spogląda na moje włosy.
– Nie widzę w tobie Szwedki – mówi. – Wpadniesz do nas?
Jest mi słabo, kręci mi się w głowie i na pewno jestem odwodniona.
– Innym razem.
Trent wpisuje kod i wpycha się przede mną. Oddycham z ulgą. Zanim Michelangelo zaczął u mnie pomieszkiwać, miałam problem z niechcianymi zalotami.
Wchodzę do domu i od razu zsuwam się po ścianie, opierając głowę na rękach. Nie chce mi się wierzyć, że tak potoczył się ten dzień.
Coś natrętnie mi przeszkadza. Przypominam sobie, że ostatnio Michelangelo zmienił mi dzwonek telefonu.
Widzę jego twarz w kamerce.
– Jesteś. Dzwoniłem już wcześniej. Podobno źle się poczułaś w drodze.
Mrużę oczy, ale ból głowy uniemożliwia mi nawet to. Muszę się napić.
Michelangelo nie włożył do zmywarki naczyń po naszym śniadaniu. Demonstruję mu ten widok.
– Uff – mówi. – Wróciłaś do formy. Opieprzasz mnie za bałagan.
Włączam czajnik i szukam puszki z ziołową herbatą.
– Michelangelo – zaczynam. – Wyjaśnij mi, dlaczego…
Dlaczego nie wspomniał, że pochodzi z tak zamożnej rodziny?
Dlaczego mieszka u mnie, w ciasnym mieszkanku, skoro widać, że mógłby pozwolić sobie na dużo więcej?
Dlaczego uznał, że podłożenie mnie własnemu ojcu zabrzmi chociaż w jednym procencie zabawnie?
– Mia. Żałuję, że muszę się zachować jak ostatni dupek, ale chyba potrzebuję więcej przestrzeni.
Wpatruję się w niego. Ogarnia mnie poczucie niezrozumienia. Potem pojawia się pewność: do tej pory wcale go nie znałam.
– Chcesz się rozstać.
– Nie – zaprzecza Michelangelo i powtarza: – Potrzebuję przestrzeni. Muszę przemyśleć kilka rzeczy. Wydaje mi się, że po prostu na ciebie nie zasługuję.
To jawne przekręcenie faktów aż mnie zatyka. Przecież to nie tak. On mówi, że na mnie nie zasługuje, podczas kiedy chce powiedzieć coś odwrotnego.
Że to ja nie zasługuję na niego.
– Ojciec ci kazał?
Michelangelo ogląda się za siebie. Idiotyczne. Przerażające również.
– Pozwolisz mu sterować swoim życiem? – pytam. Załamuje mi się głos.
Ja też nie jestem wobec niego szczera. Inaczej powiedziałabym, że jego ojciec dotknął mnie w tak intymny sposób.
Opieram telefon o puszkę i zalewam listki herbaty. Odkręcam też butelkę coli. Bąbelki zaczynają podjeżdżać do góry. Bezmyślnie się w nie wpatruję.
– Jak się bawisz na imprezie? – pytam.
– Super. To znaczy, beznadziejnie – kłamie Michelangelo.
Zanurzam łyżeczkę w kubku i zatapiam listki.
– Czy ty zawsze byłeś taki dziecinny, a ja tego nie widziałam?
On się śmieje, tym razem jednak nie jest to przyjemny śmiech.
– Wiesz co, Mia. Naprawdę mało jeszcze wiesz.
Rozłącza rozmowę, a ja stoję nad blatem kuchennym. Nie rozumiem, co się stało. Dlaczego z tak błahego powodu się obraził. Co mam dalej robić.
Przełykam łzy i zaczynam do niego pisać.
Niewiem,cosię dzieje, ale nie chcę, żebyśmy komunikowali się w ten sposób. Czy zrobiłam coś złego?
Zadzwonisz do mnie?
Nie wiem, co powiedział o mnie Twój tata, ale na pewno powinnam mieć szansę przedstawić swoją wersję.
Niestety mój chłopak ignoruje te trzy wiadomości. Zagryzam wargę. Może to nic takiego. Jest na przyjęciu, ma obowiązki rodzinne, dawno nie widział się z rodziną. Same rozmowy z czwórką braci zajmą mu sporo czasu.
Przewracam się na łóżku i w końcu udaje mi się zasnąć.
Następnego dnia rano od razu sięgam po telefon.
Wstałam przed chwilą. Zawsze wysyłałeś mi buziaka na dzień dobry, chyba że po prostu spałeś u mnie.
Telefon milczy.
Podczas prowadzenia zajęć muszę oczywiście go wyłączyć. Specjalnie nie sprawdzam wiadomości w drodze powrotnej. Może Michelangelo czeka na mnie w domu?
Niestety mieszkanie jest puste. Sprawdzam wiadomości i nieodebrane telefony. Żadne wieści nie pochodzą od niego. Piszę, udając sama przed sobą, że ta sytuacja jest zwyczajnym nieporozumieniem.
Właśnie wróciłam z pracy. Cherry i Lisa wyciągają mnie na drinka, ale jestem za bardzo zdołowana. Dlaczego nie porozmawiałeś ze mną twarzą w twarz?
Wpatruję się w ekran komórki. Zero odpowiedzi.
Może nie byliśmy ze sobą zbyt długo, ale mimo wszystko zerwanie przez telefon jest pozbawione szacunku. A przecież rozmawialiśmy o tym wiele razy. Bycie fair wobec drugiej osoby to rzecz, która jest dla mnie ważna. Mówiłeś, że dla Ciebie też.
Godzinę później maluję się przed wieczornym wyjściem, bagatelizując ucisk w żołądku.
Dałam się namówić. Będziemy w barze Rooftop. Jeśli wszystko mi wyjaśnisz, po prostu puszczę Twoje zachowanie w niepamięć.
W Rooftop wypijam tylko dwa drinki. Nawet nie widzę widoku na Los Angeles w nocy, chociaż stanowi jeden z atutów lokalu. Przyjaciółki próbują mnie rozweselić. Słodki smak mimozy przesłania gorycz upokorzenia.
Żebrzę o uwagę kogoś, kto najwyraźniej ma mnie gdzieś.
Nie będę mu się narzucać.
***
Kilka dni później ktoś dzwoni, gdy stoję pod prysznicem. Wypadam z łazienki, ochlapując podłogę. Jestem tak przepełniona nadzieją, że zamiast „Michael” widzę „Michelangelo”. Kolega z pracy pyta, czy poprowadzę jego zajęcia, bo ma w planach wyjazd ze swoim partnerem.
– Jasne – odpowiadam, niezadowolona, że kapie ze mnie woda. Będę musiała umyć posadzkę w kuchni. – Muszę wracać pod… muszę kończyć, Mick.
Każda czynność w domu przypomina mi to, co robiliśmy z Michelangelo we dwoje. Kąpiel pod prysznicem też i nawet ścieranie podłogi.
Porzucam swoje postanowienie i znów do niego piszę.
Kiedy mówiłeś, że potrzebujesz przerwy, nie sądziłam, że to będzie kompletna cisza. Przyszła paczka, którą zamówiłeś na mój adres. Może w końcu odpiszesz?
Nie reaguje. Nawet w tak prozaicznej sprawie. Po kilku dniach wciskam paczkę do szafki. Jest lekka i z tego, co pamiętam, zawiera kilka koszulek, męską bieliznę i skarpety. Michelangelo stwierdził, że nie ma sensu nic przewozić. Zamówił sobie nowe rzeczy do pozostawienia u mnie.
Teraz jednak o tym nie pamięta.
Przypominam sobie dom jego ojca, pełen przepychu, urządzony z wyrafinowanym gustem. Jest oczywiste, że Michelangelo może sobie pozwolić na stratę kilku bawełnianych szmatek i nawet tego nie zauważyć.
Do kolejnej wiadomości zbieram się przez kilka dni. W końcu piszę ją późnym wieczorem, siedząc po turecku na łóżku i ściskając poduszkę, która nadal pachnie jego kosmetykami.
Wydawało mi się, że jesteśmy nie tylko parą, ale też „prawie przyjaciółmi”. „Prawie”, bo dla mnie budowanie przyjaźni trwa dłużej niż kilkanaście tygodni. Mimo tego nie wyobrażam sobie związku bez tej bazy. Miałam nadzieję, że Ty również będziesz moim przyjacielem, a nie tylko chłopakiem czy kochankiem. Nie chcę sprawiać wrażenia, że jestem załamana, bo mnie wziąłeś na przeczekanie, chociaż prawdziwe byłoby to, że trochę się tak czuję. Nie rozumiem, co się stało. Wydaje mi się, że w rodzinnym domu zobaczyłeś mnie w nowym świetle. Albo ktoś Ci tak kazał. Prawdę mówiąc, coś dziwnego się rzeczywiście wydarzyło i gdybyśmy nadal byli razem, musiałbyś się o tym dowiedzieć. Ale nie będę o tym tutaj pisać, bo w to nieciekawe wydarzenie jest zaangażowany ktoś trzeci, kto jest Ci bliski. To nie jest temat do opisywania, tylko do rozmowy. Proszę, odezwij się do mnie.
*
Michelangelo, mijają dwa tygodnie. Jestem żałosna, że oczekuję rozmowy?
*
Wiem, że pisałam trzy tygodnie, dwa tygodnie i tydzień temu, ale mam naprawdę poważny problem. Im więcej czasu mija, kiedy się nie odzywasz, tym bardziej upokarzające jest żebranie o to. Ale musimy porozmawiać. Nie chodzi tylko o emocje, po prostu zachowujmy się jak ludzie dorośli.
* Jeśli już nigdy się do mnie nie odezwiesz, po prostu napisz, że nie chodziło o żadną przerwę, ani o „dawanie sobie przestrzeni”. Pogodzę się z tym. Tylko że nawet jeśli chcesz mnie wykopać ze swojego życia, musimy porozmawiać, i nie chodzi o paczkę z Twoimi ciuchami ani o to, że nie oddałeś mi klucza.
*
Michelangelo, dzwonię do Ciebie codziennie, czy możesz uwierzyć, że mam naprawdę ważny powód?
*
– Michelangelo, to ja. Wiesz, że nie znoszę poczty głosowej. Nie mam jednak wyboru. Jestem w kompletnej rozsypce i muszę się z tobą skontaktować. Proszę. Nie ignoruj mnie.
PomiesiącuMichelangelozaszczyca mnie niespodziewaną wizytą. Dostaję raport, jak tylko przekracza bramę wjazdową. Z rozmachem otwiera drzwi od mojego gabinetu.
Nie patrzę na niego. Jestem zajęty, a on się nie zapowiedział.
– Cześć, tato – mówi.
Całkowicie beztroski. Jakbym nie opieprzył go dwa razy przez telefon i nie zapowiedział, że przy kolejnej niesubordynacji urwę mu jaja.
– Nie spodziewałem się ciebie. Poczekaj w salonie.
Michelangelo rzuca się na kanapę. Kiedy podnoszę na chwilę wzrok, grzebie pod poduchami.
– Szukam śladów. Koronkowych majtek albo czegoś w tym rodzaju. Tak jak wtedy, kiedy byliśmy dzieciakami. Sporo kobiet przewijało się przez twój gabinet, dobrze pamiętam? – pyta bezczelnie.
– Michelangelo, ostrzegam cię.
– Wszyscy ci zazdrościli. Byłeś wdowcem i mogłeś ruchać, kogo chcesz.
– Drugie ostrzeżenie – mówię. Zamykam listę kont, na które wpływają wyprane wcześniej pieniądze. Ten widok na ogół sprawia mi przyjemność. Dziś psuje ją ta wizyta.
Mój ton w końcu skłania mojego syna do zaprzestania dowcipów.
– Chcę się spotkać z Mią – mówi.
Podchodzi do przenośnego barku na kółkach. Nalewa dwa drinki, otwierając nową butelkę. Podaje mi jedną ze szklanek.
– Zdrowie twoich wnuków – mówi.
Zanurzam wargi w whisky, ale potem odkładam ją na bok. Irytuje mnie wyraz twarzy Michelangelo. Właśnie urodzili się kolejni chłopcy w rodzinie Fiero. Nie sądziłem, że Leandro i Virgilio wezmą ze mnie aż tak dosłowny przykład, zapładniając młode żony w mgnieniu oka.
– Chcę spotkać się z Mią – przypomina mój syn.
– Kurwa, Michelangelo, nie drażnij się ze mną.
– Brakuje mi jej. Ona cierpi.
Patrzę na niego ciężkim spojrzeniem.
– Powtórz.
– To nie jej wina, że nie urodziła się jako córka mafii. Poza tym jest nawet trochę Włoszką. W jednej drugiej. Od pasa w górę. – Michelangelo sam śmieje się ze swoich głupich argumentów. Potem poważnieje. – Złamałem jej serce.
Odsuwam się razem z fotelem i sięgam po swoją whisky. Piję wolniej niż mój syn. Obserwuję go w milczeniu. Michelangelo krzywi się, bo atmosfera wokół nas staje się lodowata.
– Nie powinieneś w ogóle stwarzać jej nadziei – mówię ostro. – Zdajesz sobie sprawę z tego, że zobaczyła nasz dom? Na szczęście jest zbyt naiwna, żeby wykorzystać tę wiedzę.
– Masz na myśli federalnych.
– I Meksykanów.
Syn pociera dłońmi uda, tak jak robił zawsze, kiedy wzywałem go do siebie na wyjaśnienie czegoś, co spierdolił.
– Przecież nie zabroniłeś mi spotkań z dziewczynami spoza mafii – mówi. – Mam swoje drugie ja i wiadomo, że nie spełniam twoich oczekiwań.
– Nadal jesteś moim synem. I nie zgodziłem się na związki.
Dzwoni do mnie jeden z moich ludzi i od razu przenoszę zainteresowanie na to, co prawdopodobnie mi zamelduje. Na granicy terytorium trwają walki o przejęcie jednego z miast. Tracimy tam ludzi.
Teraz tracę również czas na tę jałową dyskusję.
– Wyjdź, Michelangelo – mówię. – Muszę odebrać.
– Wylatuję na sesję zdjęciową do Tajlandii – mówi syn, wstając. Przeczesuje włosy, które jeszcze bardziej mu urosły. – Mógłbym ją tam zabrać. Nagrała mi się wczoraj i brzmiała tak, jakby była załamana.
Odbieram w międzyczasie rozmowę:
– Chwilę – mówię do telefonu. – O kim ty mówisz?
– Chcę oddzwonić do Mii i zabrać ją ze sobą do Tajlandii.
W telefonie słyszę kilka zdań, które podnoszą mi ciśnienie. Meksykanie przejęli część naszych lokali i na postrach zabili właściciela luksusowego hotelu razem z całą rodziną.
– Wypierdalaj, Michelangelo – mówię z zaciśniętymi szczękami. – Zero kontaktu z tą dziewczyną. Gdyby nie to, że mamy ją na oku, dawno kazałbym się nią zająć.
– Co? – pyta syn, który czasami ma mentalność dziesięciolatka.
– Byłaby do niej kolejka w każdym z burdeli.
W końcu dociera do niego prawda: naraził ją, przywożąc do La Fortezzy, gdzie zachowuję całkowitą prywatność.
Powinienem trzymać go na smyczy i wypuszczać na godzinę dziennie, żeby zrobił kilka zdjęć ogrodu albo akty jakiejś pokojówki.
Wściekłyprzyglądamsięciałom, które Meksykanie podrzucili prosto na moje prywatne lądowisko. Właściciel hotelu. Jego żona w zaawansowanej ciąży, trójka dzieci, ich opiekunka.
Zabili także dwóch moich ludzi, którzy kierowali grupami dilerów na tym terenie. Ich zwłoki ciężko rozpoznać. Tylko jedno z ciał ma jeszcze oczy i ich wyraz nie pozostawia wątpliwości: śmierć była długa i bolesna. Drugi z żołnierzy zamiast oczodołów ma dwie głębokie rany.
Na szczęście rodzina hotelarza zginęła od strzałów z broni. Ale i tak jest to problem. Trzeba ich pochować, przekazać policji jakieś wyjaśnienie, skontrolować artykuły, które ukażą się w mediach.
– Tato – odzywa się mój środkowy syn. Nie wygląda na wstrząśniętego, raczej na podekscytowanego. – Jaki jest plan?
Ostrze jego noża lśni w półmroku. Achille bawi się, pocierając po nim palcem. Robi to z wyczuciem, bo jest ostre jak brzytwa.
W jego wieku byłem taki sam. Nakręcała mnie przemoc i krwawiące rany, które zadawałem osobiście i zazwyczaj impulsywnie. Teraz rozważam taktykę i układam perspektywiczne strategie. Meksykanie rewanżują się za to, co zrobiłem wcześniej, chociaż pierwszy ruch był po ich stronie, kiedy ukradli transport mojej broni.
Ta spirala się tutaj nie zatrzyma.
– Przerzućmy tu więcej ludzi – wydaję polecenie, nie patrząc na syna, tylko na swojego podszefa. Cesare jest moim rówieśnikiem i ufam w jego zimną krew. Gorąca nie przyda się teraz nikomu.
– Tak jest – odpowiada Cesare.
– Okrążycie cały teren. Niech dwóch naszych przypada na jednego z nich.
Cesare kiwa głową. W jego spojrzeniu widzę niewielką wątpliwość, której nie chcę zlekceważyć.
– O co chodzi? – pytam.
– Jesteśmy blisko granicy z Meksykiem. Mają nieograniczone możliwości dosyłania swoich.
Stukam palcem w blat zimnego stołu z metalu, na którym leżą dzieci. Widzę ich miękkie włosy, niewinne buzie i delikatne kończyny. Wkurwia mnie pech, z którym najwyraźniej się urodziły.
– Nie możemy się teraz cofnąć. Jeśli ustąpię, oni posuną się dalej.
Wydaję kilka poleceń. Z ciałami zabitych trzeba postąpić uczciwie. Hotelarz zostawił starych rodziców i teściów. Trzeba przekazać im przynajmniej pieniądze; ich życie zmieniło się w jeden dzień, kiedy zabito całą rodzinę, żeby przestraszyć to miasto.
Wychodzę na piwniczny korytarz. Achille dołącza do mnie. Wyczuwam jego spojrzenie.
– Co? – rzucam.
– Powinniśmy się zrewanżować. Zabić w identyczny sposób.
Wchodzimy po schodach i pojawiamy się w barze, jeszcze godzinę temu wypełnionym ludźmi. Świta. Na blacie stoi butelka i czyste szklanki.
– Zrobiłbyś to osobiście? – pytam. – Zabiłbyś przypadkową meksykańską rodzinę?
Achille przechyla szklankę. Ja nie piję, wącham tylko zapach alkoholu, który jest równie zadowalający, jak smak.
– Każdy kiedyś umrze – odpowiada. – Pokażemy, że jesteśmy zdeterminowani.
Wypijam mały łyk. Whisky parzy, wypita na pusty żołądek.
– Nie to chcę pokazać, synu.
