Instytut Absurdu - Justyna Sosnowska - ebook + audiobook
BESTSELLER

Instytut Absurdu ebook i audiobook

Justyna Sosnowska

4,1

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

44 osoby interesują się tą książką

Opis

Ciekawość to pierwszy stopień do… Instytutu Absurdu?

Eliza Żaczek, niedoszła studentka dziennikarstwa, podczas poszukiwania swojego pierwszego wielkiego tematu wplątuje się w niedorzeczną historię. Podążając tropem tajemniczego mężczyzny, trafia do biblioteki uniwersyteckiej, gdzie przeżywa atak krwiożerczych moli książkowych. Nie poddaje się jednak – chęć napisania wspaniałego artykułu sprawia, że ciekawość staje się silniejsza niż instynkt samozachowawczy. Śledztwo doprowadza ją do magicznego Instytutu Absurdu, gdzie nic nie jest normalne: na widok wilkołaków to kobiety wyją do księżyca, wampiry są weganami, a gargulce – niszczarkami do papieru.

Absurd goni absurd, a Eliza staje w samym jego centrum i może wybrać – albo przyjmie posadę stażystki w tym pokręconym miejscu, albo pożegna się z marzeniem o samodzielnym życiu w dużym mieście.

Wybór może być tylko jeden.

Instytucie, poznaj swoją nową stażystkę!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 354

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 45 min

Lektor: Paulina Holtz

Oceny
4,1 (273 oceny)
113
101
44
12
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Scrivener

Całkiem niezła

TL;DR: Obawiam się, że nagromadzenie absurdu, egzaltacji i zupełnie nie mojego humoru mnie pokonało. Domyślam się, że taka jest konwencja, ale jak dla mnie zbyt przesadzona. Jeśli jednak ktoś lubi taki humor, będzie bawił się świetnie. To teraz wersja długa. Na początek kilka należnych pochwał: - Sam Instytut jako lokacja i koncept jest świetny, cała ta jego dziwna otoczka fajnie opisana, wciągająca, klimatyczna i plastyczna. Opisy wnętrz też bardzo ładne, pięknie jawił mi się w wyobraźni. - Doceniam wyrazistość postaci i to, że każda jest inna i łatwo je zapamiętać i odróżnić. Najbardziej polubiłam się z Jagą i Granitem, Feliks też w sumie spoko (z Elizą niestety w ogóle, o czym za chwilę). - Ta książka całościowo generalnie jest wyrazista. Sam rodzaj tej wyrazistości może się podobać lub nie, ale doceniam, że udało się ją osiągnąć, bo dzięki temu po pierwsze zapada w pamięć, a po drugie wyróżnia się na tle mrowia fantastyki na rynku. Bez skrępowania operuje kliszowością, łamie ...
51
wikikiki

Z braku laku…

nie przebrnęłam. kocham fantastykę ale to była bajka dla dzieci a nie prawdziwa książka. od tych absurdów aż mdliło.
20
Lunaires
(edytowany)

Całkiem niezła

Bardzo dobrze mi się słuchało książki, wykreowany świat naprawdę bardzo dobry (spodobało mi się połączenie naszego realnego świata ze światem legend słowiańskich). Jednak mam pewien problem z książką, każda przygoda którą miała Eliza mogłaby istnieć niezależnie w przestrzeni, nie łącząc się zupełnie z pozostałymi wątkami. Wydaje mi się, że są to zlepione opowiadania, które mają udawać jedną spójną historię, takie wrażenie odniosłam (niby autorka próbuje pokazać powiązanie tych wszystkich spraw, jakiś wątek przewodni, ale tak szczerze mówiąc nie wybrzmiewa to za bardzo). Samo zakończenie książki jest nijakie, nie ma żadnego finału - jakby ktoś stwierdził nie patrząc na tekst "okej tutaj będzie koniec", nie sprawia to, ze chcę sięgnąć po kolejną część (zaczynając słuchać byłam przekonana że jest to jednotomówka). Przeczytałam, była okej, ale nie zapadnie w mojej pamięci na dłużej.
20
Mangacarta

Całkiem niezła

Takie tam czytadło z iście podwórkowym homorem, oraz nieudolnymi nawiązaniami do legend i mitów. Przeczytać i zapmnieć.
20
Lalka11

Nie oderwiesz się od lektury

Historia jest tak świetnie napisana, że to nie tylko fantastyka ale ja bym powiedziała nowy jej podgatunek. Określiłbym ja jako komedię fantastyczną, bo czytając ją uśmiech mi nie schodził z twarzy. Do tego dodać bohaterów, którzy są specyficzni. Tak możemy poznać pracowników Instytutu. Poza dyrektorem, który jest zakręcony i totalnie niepasujący do stanowiska, poprzez Panią Lusię z sekretariatu, która no cóż, jest wielką chodzącą tajemnicą. Jest też duch z archiwum, skrzat, gargulce i inne cuda. Na początek mamy oprócz Elizy 5 bohaterów, którzy mają swoje "biura" ale okazuje się, że i tak wszyscy siedzą razem. I tak poznajemy Aleksa bardzo szarmanckiego wampira, Wiktora dość luźno podchodzącego do wszystkiego wilkołaka, Jagę czarownice oraz Maję pół rusałkę. Eliza po początkowym szoku szybko łapie to co jest jej zadaniem. Tylko musi się przyzwyczaić bo w Instytucie wszystko wygląda inaczej a elektronika nie działa praktycznie wcale. Do tego specyficzna mieszanka magicznych współpraco...
20

Popularność




Wielu filozofów formułowało w przeszłości paradoksy. Choć Eliza Żaczek nie uważała się za jednego z nich, ośmieliła się wymyślić swój własny – paradoks oczekiwania na nieuchronną przykrość. Być może i ten został już przez kogoś opisany, ale jeśli nie, to brzmiał na tyle mądrze, że zanotuje go przy pierwszej możliwej okazji. A może kiedyś przedstawi szerszej publice? Bo czy nie było tak, że czekając na nieprzyjemne, ale nieuniknione wydarzenie, jednocześnie chciało się je mieć jak najszybciej za sobą, a jednak wciąż marzyło się o tym, żeby go nie doświadczać w ogóle? Na przykład podczas siedzenia w poczekalni gabinetu stomatologicznego, do którego trafiło się z powodu chorego zęba (rzecz jasna), nie można się doczekać pomocy, a liczba pacjentów dzieląca od wybawienia od bólu z minuty na minutę coraz bardziej irytuje. Ale z drugiej strony – wizja borowania sprawia, że wcale nie ma się ochoty trafić na fotel dentystyczny.

Eliza również czekała, a raczej sterczała, przez ponad trzy godziny przed dziekanatem, w ogromnej kolejce przyszłych studentów składających dokumenty. Do sformułowania własnego paradoksu skłoniły ją dwie refleksje, które walczyły w jej głowie: zdenerwowanie na ślamazarnie przesuwającą się kolejkę i radość, że odsuwa się w czasie przykra perspektywa stanięcia twarzą w twarz z przerażającą panią z dziekanatu, o której już zdążyła usłyszeć tyle niestworzonych historii. Niestety fakt, że nie tylko ona stawi czoła mitycznej chimerze, stanowił marne pocieszenie.

Wszystko wskazywało na to, że studentem miał zostać każdy – oprócz Elizy. Nie miała pojęcia, jakim cudem nie znalazła się na liście zakwalifikowanych do przyjęcia, skoro uzyskała niezbędną liczbę punktów z matury i skoro dostały się osoby z gorszymi wynikami. Wymarzone studia dziennikarskie, które miały być na wyciągnięcie ręki, oddalały się w nieznanym kierunku, a przecież po miesiącach przygotowań powinna się na nie dostać bez trudu. Nie dopuszczała innej myśli, więc nigdzie indziej nie złożyła podania. Kiedy kolejni przyszli studenci zostawiali w dziekanacie swoje teczki z dokumentami i różnymi oświadczeniami, zadowoleni na myśl o rozpoczęciu kolejnego etapu w życiu, Eliza boleśnie uświadamiała sobie, że popełniła błąd i jeśli sprawa nie wyjaśni się na jej korzyść, to zostanie na lodzie.

Zadrżała na samą myśl. Nie może pozwolić sobie na rok w plecy, rodzice ją zamordują! A potem jeszcze poprawią, za kłamstwo – bo powiedziała im, że została przyjęta i jedzie do Wrocławia, by załatwić wszelkie formalności. Łudziła się, że brak jej nazwiska na liście to zwykła pomyłka, a niewinna bajeczka nigdy nie wyjdzie na jaw. Tak, to na pewno błąd systemu! Takie rzeczy się zdarzały. Poprosi o wyjaśnienie i jeszcze będą ją przepraszać!

– Rany! Ile jeszcze tego stania? – jęknęła stojąca za nią dziewczyna. – Gdyby przyjmowali według kolejności przyjęć, to już dawno bym załatwiła sprawę. Po coś chyba są te punkty, co? – zagadnęła Elizę.

– Uhm… Nie wiem… – odpowiedziała, wzruszając ramionami.

– Jestem na szczycie listy, a ty?

„Na szczycie listy? Och, jak cudownie! Wprost fantastycznie!”, pomyślała Eliza i od razu zganiła się w myślach za niepotrzebny sarkazm. Gdyby się dostała, szczebiotałaby razem z nową koleżanką.

– Nie jestem na szczycie, ale zdobyłam całkiem sporo punktów – przyznała, przecież zupełnie zgodnie z prawdą.

Dziewczyna wyraźnie straciła nią zainteresowanie, a Eli­za odetchnęła z ulgą, że uniknęła konieczności tłumaczenia się ze swojej sytuacji. Sznur przyszłych studentów poruszał się w ślimaczym tempie, ale Eliza nie marnowała czasu i powtarzała w pamięci, co powie, gdy nadejdzie jej kolej. Drobne rozmiary i nieco dziecięce rysy twarzy z wejścia wzbudzą litość i chęć niesienia pomocy. Przecież wszystkie opowieści o wrednych paniach z dziekanatu są zwyczajnie wyolbrzymione, prawda? Jednak przez długie oczekiwanie coraz trudniej było jej się skupić, a im bliżej była drzwi, od których zależała jej dalsza przyszłość, tym bardziej robiła się nerwowa – paradoks działał, bojowy nastrój ulatywał. W końcu żołądek dał o sobie znać i Eliza złapała się za brzuch, czując nieprzyjemne skurcze. Zakręciło jej się w głowie, jakby za chwilę miała zemdleć. Musiała też zblednąć, bo jeden z przechodzących obok studentów, który zajmował się sprawami organizacyjnymi, uśmiechnął się do niej przyjaźnie.

– Wszystko w porządku? – zapytał ze szczerym przejęciem w głosie. – Potrzebujesz pomocy?

Odgarnęła do tyłu klejące się do spoconego czoła rude kosmyki i zmusiła się do odwzajemnienia uśmiechu.

– Nie, dzięki. To tylko nerwy.

Speszona odwróciła wzrok i spojrzała na drugi koniec korytarza. Ostatkiem silnej woli powstrzymała się przed wydaniem zdumionego okrzyku, ale podejrzewała za to, że cała bladość zniknęła z jej twarzy. Zamrugała jeszcze kilkukrotnie, ale nadal widziała zmierzającego w stronę dziekanatu dziwnego jegomościa. Prawdopodobnie jegomościa, bo przez beżowy trencz sięgający za kolana, twarz owiniętą białym szalem, założone przeciwsłoneczne okulary i kapelusz typu fedora nie sposób było określić, kto się krył pod tym przebraniem. Z czymś jej się to kojarzyło… Zupełnie jak…

– Niewidzialny człowiek! – rzuciła, gdy udało jej się połączyć kropki.

– Coś mówiłaś? – zainteresowała się stojąca za nią dziewczyna.

Eliza zmieszała się lekko i wzruszyła ramionami.

– To taka postać z książki.

Dziewczyna spojrzała na nią z niezrozumieniem, więc dyskretnie wskazała palcem na przebranego mężczyznę.

– Ten zakryty od stóp do głów człowiek przypomina mi głównego bohatera… – urwała, widząc, że wywołała jeszcze większe zdumienie na twarzy przyszłej bądź niedoszłej koleżanki.

– Przecież nikogo takiego tam nie ma.

– No jak to?!

Eliza wychyliła się z linii kolejki i wyjrzała za mężczyzną, który powinien się zbliżyć już do dziekanatu, ale nigdzie go nie dostrzegła. Zupełnie jakby rozpłynął się w powietrzu. Czyżby naprawdę był niewidzialny?! Rozglądała się na boki, czując na sobie oceniający wzrok dziewczyny. Przed zdobyciem etykietki wariatki ocaliły ją otwierające się drzwi dziekanatu. Nadeszła jej kolej, więc pora była wziąć się w garść. Odetchnęła głęboko i przekroczyła próg. Ujrzała mityczne panie z dziekanatu, wszystkie z podobnie znudzonymi minami. Pewnym krokiem podeszła do masywnego, drewnianego pulpitu, na którym stała plakietka z nazwą jej wymarzonego kierunku. Za biurkiem siedziała niezwykle szczupła kobieta w średnim wieku, z burzą atramentowych loków i powiekami grubo pokrytymi srebrzystym cieniem. Kiedy podniosła ciemne, przenikliwe oczy, skojarzyła się Elizie z czarownicą rzucającą zły urok. To nie mogło się skończyć dobrze…

– Podanie, dowód wniesienia opłaty rekrutacyjnej – zarządziła kobieta bez zbędnego wstępu. – Kopia świadectwa maturalnego, kopia dowodu…

Elizę opuściła cała odwaga. Zrobiło jej się ciemno przed oczami i zupełnie przestała słuchać tego, co się do niej mówiło. Dopiero donośne chrząknięcie wyrwało ją z letargu. Spojrzała na panią z dziekanatu przepraszająco i spróbowała nadrobić swoje nierozgarnięcie nieśmiałym uśmiechem. W odpowiedzi została porażona wrogim, palącym spojrzeniem.

– Czy pani mnie słucha?!

– Tak właściwie, to ja się nie dostałam… – powiedziała cicho Eliza i zrobiła zasmuconą minę. – I myślałam, że może… Że byłaby taka możliwość sprawdzić, czy nie zaszła jakaś pomyłka. Zdobyłam wymaganą liczbę punktów i uzna…

Kobieta przerwała jej w połowie.

– Imię i nazwisko.

To nie było pytanie, to była komenda. Bez wątpienia lata doświadczenia uodporniły ją na zgrywanie sierotki Marysi.

– E-e-Eliza. Żaczek, Eliza.

Pracownica dziekanatu postukała szybko w klawiaturę. Można było odnieść wrażenie, że kpi sobie z dziewczyny i parodiuje stereotypowe sekretarki z seriali. Coś jednak musiała przeglądać, bo po chwili cmoknęła krwiście czerwonymi ustami i obdarzyła petentkę promiennym uśmiechem. W sercu Elizy odżyła nadzieja.

– Tak, tak. Wszystko się zgadza. Nie może być mowy o żadnej pomyłce. Przykro mi – dodała, ale dziewczyna miała podstaw, by jej wierzyć. – Nie ma pani w bazie.

– A-ale jak to nie? – Eliza zrobiła dwa kroki do tyłu. Słowa huczały jej w głowie. Nie ma jej w bazie? Przecież to niemożliwe! – Wszystko pozałatwiałam! Rejestracja, opłata rekrutacyjna…

Kobieta wzniosła oczy ku sufitowi.

– Ma pani dowód wpłaty?

– Tak! Zaraz!

Eliza skinęła energicznie i wyciągnęła z torebki telefon. Zalogowała się na swoje konto bankowe i sprawdziła ostatnio wykonane transakcje. Przesuwała palcem po ekranie w górę i w dół, a początkowa pewność zniknęła, zastąpiona rosnącą paniką. Nigdzie nie mogła znaleźć przelewu dla uczelni. Nie, to się nie działo naprawdę! Otworzyła następne okienko w przeglądarce, weszła na stronę rekrutacji i spróbowała zalogować się na swój profil, ale za każdym razem wyskakiwał błąd. Niemożliwe! Wszystko zrobiła dobrze! Ostatnio bez problemu się udało. Nie ma jej w bazie?! Pozostawało jeszcze jedno miejsce, w którym mogła znaleźć dowód na to, że niczego sobie nie uroiła – skrzynka mailowa. Uruchomiła aplikację, przejrzała dokładnie wiadomości, ale nie znalazła żadnych maili związanych z rekrutacją. Była pewna, że ich nie usuwała, ale na wszelki wypadek zerknęła do kosza i folderu ze spamem. Pusto. To chyba jej się śniło! Przelogowała się na stary adres, ale również niczego nie znalazła. Może tylko jej się zdawało, że się rejestruje? Ten cały stres związany z maturą musiał namieszać jej w głowie… Nie! Na pewno rejestrowała się na studia! A może jednak nie?

– To ja mam za panią wiedzieć?

Uszczypliwe pytanie otrzeźwiło Elizę. Najwyraźniej nieświadomie cały czas mamrotała pod nosem, a pracownica dziekanatu wszystko słyszała. Och, co za wstyd! Ale nie mogła się tak po prostu poddać! Ponownie obdarzyła kobietę jak najpokorniejszym spojrzeniem, ale ona oparła brodę na lewej dłoni, a długimi paznokciami prawej wystukiwała coraz szybszy rytm i patrzyła na Elizę, jakby zastanawiała się, dlaczego jeszcze tutaj stoi, zamiast dać spokój i sobie pójść.

– W takim razie jakie są szanse na dodatkową rekrutację? – zapytała Eliza, przybierając błagalny ton.

– Ha! – Kobieta prychnęła. – Proszę pani, nie sądzę, żebyśmy ją uruchomili. W tym roku zakwalifikowaliśmy dużo więcej studentów niż w poprzednich latach – wyrzucała z siebie z prędkością karabinu maszynowego. – Nawet jeżeli kilka osób zrezygnuje, to i tak tych, co zostanie, będzie wystarczająco dużo. Za dużo! – Przy ostatnich dwóch słowach skrzywiła się w taki sposób, że ciarki przebiegły Elizie po plecach. – No i przecież zostają listy rezerwowe. Z listy rezerwowej mogłaby się pani dostać, ale to trzeba się najpierw umieć zarejestrować. Czy aż tak trudno podążać za instrukcją na stronie? Nie sądzę. Wam, młodym, to teraz wszystko na tacy trzeba podawać! Za grosz ambicji!

Eliza nie odpowiedziała. Przestępowała z nogi na nogę, niby wciąż niezdecydowana, czy zostać i walczyć dalej, czy jednak uciec. Ale co jeszcze mogłaby zrobić lub powiedzieć, żeby nie odejść z kwitkiem? Zamrugała, czując, jak pod powiekami zbierają jej się łzy. Jeszcze chwila, a na pewno rozryczy się niczym małe dziecko, robiące z siebie widowisko w hipermarkecie pełnym ludzi, bo rodzice nie chcieli kupić mu zabawki.

– Ech! – westchnęła z politowaniem kobieta. – Proszę pani, zawsze może się pani zapisać na studia niestacjonarne, a po roku, przy dobrej średniej, złożyć wniosek o przeniesienie na studia dzienne.

Eliza uniosła głowę. Czyżby jej tragiczna sytuacja skruszyła lodowe serce czarownicy?

– Tak! Nie pomyślałam o tym. A ile w takim razie kosztują studia zaoczne?

Zacisnęła kurczowo palce. Obawiała się, że odpowiedź może przerosnąć jej skromne fundusze, ale gdy kobieta podała kwotę, niemal upadła z wrażenia na kolana.

– Płatne z góry – dodała przesłodzonym głosem pani z dziekanatu.

– Aha… Mhm… Tak. Jest to pewna opcja do przemyślenia… – Eliza z całych sił starała się opanować wyraz twarzy. Nie da satysfakcji tej okropnej kobiecie. – Dzi-dziękuję za pomoc.

Odwróciła się i odeszła od stanowiska. Za sobą usłyszała ledwo stłumione parsknięcie śmiechu. Niekoniecznie śmiano się akurat z niej… Prawda? Drżącymi dłońmi ledwo poradziła sobie z otwarciem drzwi i gdy tylko znalazła się poza dziekanatem, pozwoliła sobie odetchnąć.

– Tak szybko? – zagadnęła dziewczyna, która stała za nią w kolejce. – Już złożyłaś dokumenty?

Eliza wydała z siebie bliżej nieokreślony dźwięk, wymusiła uśmiech i pospiesznie opuściła budynek.

***

Żar lał się z nieba. Eliza spoglądała na swoją niedoszłą uczelnię, siedząc na jednej z ławek ustawionych na bulwarze wzdłuż brzegu Odry. Nerwowo przesuwała butami po żwirowej nawierzchni. Odgarnęła klejące się do czoła włosy, czując, że za chwilę cała się roztopi. Młode, patykowate drzewa posadzone dookoła zapewniały jedynie nędzną namiastkę cienia. Zasłużyła sobie na taką karę! Powinna się smażyć za swoją głupotę! Jęknęła i złapała się za głowę. Co tu teraz zrobić? Nie miała zbyt dużego wyboru. Żadna dobra myśl nie przychodziła do głowy. Telefon zawibrował i Eliza zerknęła na dymek czatu. Ala. No tak… Mogła się spodziewać, że się odezwie. Bez trudu dostała się do łódzkiej filmówki i niemal codziennie dopytywała się o sytuację przyjaciółki. Wyczuwalna we wiadomości troska ugodziła Elizę w brzuch. Z żalem odpisała krótko, czego się dowiedziała w dziekanacie, i w odpowiedzi natychmiast otrzymała gif z tulącymi się misiami. Nacisnęła reakcję z serduszkiem, choć jej własne właśnie pękało na kawałki. Ech! Rodzicom też trzeba będzie powiedzieć prawdę… Przymknęła oczy, odchyliła do tyłu głowę. Nie, musiało istnieć inne rozwiązanie! Inne niż wrócić do domu, by przyznać się do porażki. Tylko jak zdobyć w krótkim czasie tak ogromną kwotę? Nie łudziła się, że znajdzie pracę, w której ktoś zapłaci jej za kilka miesięcy z góry, by wystarczyło na opłatę za studia. Nie mogła oczywiście prosić rodziców o pomoc, skoro zapewniła ich, że będzie studiować dziennie. Zgodzili się pokryć koszty wynajęcia mieszkania, ale gdyby wykorzystała te oszczędności, musiałaby chyba zamieszkać pod mostem. Dobrze, że we Wrocławiu było ich pełno, będzie miała w czym wybierać!

Zapatrzyła się w płynący po rzece mały statek pełen turystów. Ha! Nie pozostało jej nic innego, jak zostać piratką! Co prawda łupienie ludzi na rzece nie było moralne i praktyczne, ale czy nie mówiło się, że cel uświęca środki? Eliza oparła łokcie na kolanach i położyła brodę na splecionych dłoniach. Dopiero wyraźny, rytmiczny odgłos obcasów stukających na kostce brukowej zwrócił jej uwagę. Podniosła leniwie wzrok, szukając źródła dźwięku.

– O ja cię! – wymsknęło jej się, gdy zauważyła przechodzącego w pobliżu tajemniczego mężczyznę, którego widziała w kolejce do dziekanatu.

Obróciła się na ławce i dyskretnie obserwowała go spod rzęs. Szczęśliwie nie usłyszał jej okrzyku, a przynajmniej nie dał po sobie niczego poznać. Najwyraźniej jego myśli zajmowały inne, być może podejrzane sprawy. Skradał się, a raczej próbował to robić, co wyglądało dość komicznie. Eliza musiała przygryźć wargę, by nie zachichotać. O ile na chłodnym korytarzu uczelni nie zwróciła uwagi na absurdalność jego stroju, o tyle w pełnym słońcu długi płaszcz, ciemnobrązowe spodnie wyglądające na uszyte z grubego materiału, skórzane półbuty i pasujące do nich rękawiczki nie mogły nie dziwić. Usta nadal skrywał szal, oczy okulary, a kapelusz jeszcze mocniej nasunięty na czoło skrywał w cieniu już i tak zamaskowane oblicze. Normalnie wariat! Eliza pokręciła z niedowierzaniem głową. Co go skłoniło do takiego ubioru? Pozerstwo, obłęd, choroba zakaźna? Wypuściła głośno powietrze nosem. Mimo że miała na sobie przewiewną sukienkę w kwiaty, zrobiło jej się jeszcze bardziej gorąco i w pewnym sensie niekomfortowo, ale nie mogła oderwać od niego wzroku. Przemykał od drzewa do drzewa, nieudolnie chowając się za niezbyt grubymi pniami albo przyklejał się plecami do stalowej barierki, odgradzającej bulwar od rzeki, i przemieszczał się wzdłuż niej. Przypominał tajniaka z kiepskiego filmu detektywistycznego.

Dziewczyna rozejrzała się dookoła. Wypatrywała ludzi pokazujących sobie palcem mężczyznę, śmiejących się otwarcie lub skrycie albo chociaż zdumionych min. Nie dostrzegła niczego takiego. Wszystko wskazywało na to, że nikt ze spacerujących w pobliżu ludzi nie zwracał na niedoszłego szpiega najmniejszej uwagi. Zupełnie jakby go nie… Niemożliwe! Czyżby tylko ona go widziała? Przecież to absurd! Dotknęła skroni. A może udar?! Wyciągnęła z torebki butelkę i upiła łyk ciepłej, niezbyt smacznej już wody. To wystarczyło, by poczuła się odrobinę orzeźwiona, ale tajniak jak się skradał, tak się skradał. Kiedy całkowicie zniknął z pola widzenia, coś ją tknęło i zerwała się z ławki. Za tym musiała się kryć jakaś historia, drugie dno! Wystarczyło zdać się na intuicję! Jeśli pójdzie za nim, na pewno dowie się czegoś ciekawego, zdobędzie świetny materiał. Może dobrym artykułem udałoby się przekonać dziekana, żeby podarował jej szansę na studiach dziennych albo chociaż pozwolił na zapłatę za zaoczne w ratach?

Mężczyzna, pomimo pokracznego chodu, był naprawdę szybki, więc Elizie udało się go dogonić dopiero przy moście Pokoju prowadzącym na drugą stronę rzeki. „Tajniak” postawił kołnierz, jakby dotychczasowe okrycie mu nie wystarczało i ku rozczarowaniu dziewczyny wszedł na most. Pozbawił ją tym możliwości, aby dalej się za nim skradała. Przystanęła, wyciągnęła telefon i udawała, że chce zrobić zdjęcie panoramie Ostrowa Tumskiego, ale skierowała aparat tak, by złapać w kadrze dziwnego mężczyznę. Nacisnęła przycisk, a potem powiększyła zrobione zdjęcie. Zmięła w ustach przekleństwo. Nie udało się go uchwycić. Spróbowała raz jeszcze. Nic z tego. Musiała poruszyć ręką, bo obraz się rozmazał. Nie było czasu na kolejne zdjęcie. Tajemniczy mężczyzna pokonał niemal całą trasę. Ruszyła za nim dosyć szybkim tempem. Nie powinna wyglądać podejrzanie, ale dla pewności kręciła głową na wszystkie strony, jak turystka podziwiająca piękne widoki.

Skróciła dzielący ich dystans. „Tajniak” wyraźnie zmierzał w stronę ogromnego, nieco ponurego budynku o elewacji z szarego kamienia. Zatrzymała się, żeby zawiązać nieistniejące sznurówki w sandałach, a gdy wszedł do środka, odczekała chwilę i również wspięła się po schodach prowadzących do drzwi wejściowych. Nad nimi widniał napis „Biblioteka Uniwersytecka”. Zatrzymała się na ułamek sekundy, gdy poczuła ukłucie żalu. Ciekawe, ilu cudownych książek nie będzie mogła stąd wypożyczyć…

Wewnątrz zaskoczyła ją kompletna pustka. Nikt nie siedział w recepcji, nikt nie kręcił się po obszernym holu. Panujący tu chłód i cisza wywołały na jej skórze gęsią skórkę. Zadrżała i roztarła ramiona. Pomyślała, że przydałby jej się teraz trencz. Zaśmiała się w duchu z własnego żartu, ale rozbawienie szybko zniknęło. Przed oczami przelatywały jej wszystkie potworne sceny z horrorów, w których młoda, naiwna dziewczyna wchodzi sama tam, gdzie nie powinna. Wzdrygnęła się. Niemal słyszała narastającą, budzącą grozę muzykę. Zwalczyła chęć, by pacnąć się w czoło. Przecież trwały wakacje i prawdopodobnie w bibliotece zarządzono przerwę, nic niezwykłego! Nie powinna się tu kręcić. Chęć, by rozejrzeć się w budynku, przegrywała z rozsądkiem. Koniec wygłupów! Ktoś ją tu zaraz znajdzie i oskarży o wtargnięcie bez zgody. Wycofała się do wyjścia, ale nagle ciszę przerwał huk.

Podskoczyła w miejscu i przyłożyła ręce do piersi. Serce waliło, jakby chciało się wyrwać z klatki piersiowej i uciekać na własną rękę, skoro jego właścicielka nadal stała osłupiała. Eliza drgnęła, gdy ponownie usłyszała podejrzane, głośne dźwięki. Uniosła głowę zawiedziona, że nie może przebić się spojrzeniem przez sufit. Czyżby ktoś nad nią dewastował metalowe przedmioty? Zacis­nęła dłoń na telefonie. Dobry dziennikarz nie zostawiał śledztwa w połowie. Wystarczy, że dyskretnie zorientuje się w sytuacji i zrobi zdjęcie. Jedno w zupełności wystarczy.

Pobiegła schodami na piętro, skąd, jak przypuszczała, dochodziły hałasy. Na górze znalazła otwarte wejście do przestronnej czytelni. Wypełniały ją dziesiątki metalowych regałów uginających się od książek. Na wprost zauważyła ścianę z rzędem okien, pod którymi ustawiono gęsto stoliki. Każdy z nich miał na blacie niewielką lampkę do czytania. Natychmiast wyobraziła sobie, jak godzinami ślęczy tu ze stosem potężnych tomiszczy i wczytuje się w kolejne, ciekawe pozycje. Upomniała się w myślach za bujanie w obłokach i rozejrzała uważnie, ale nie zauważyła niczego niezwykłego. Po prawej stronie dostrzeg­ła pulpit podobny do tego na parterze w recepcji, ale za nim również nikt nie siedział. Wszystko wyglądało zupełnie zwyczajnie i niewinnie…

Z prawej strony wychwyciła skrzypienie. Odwróciła głowę. W ostatniej chwili zdążyła odskoczyć na bok, gdy jeden z regałów sam z siebie runął na ziemię. Złapała kilka gwałtownych oddechów i ostrożnie wychyliła głowę zza szerokiej kolumny, za którą się schowała. Dopiero teraz mogła zauważyć, że w głębi pomieszczenia znajdowało się jeszcze więcej przewróconych regałów, a pomiędzy nimi przeskakiwali dwaj mężczyźni.

Jeżeli pierwszy, ochrzczony przez nią mianem Tajniaka, roztaczał wokół siebie aurę tajemniczości, to drugi niczego nie ukrywał. Pod przesadnie dopasowaną koszulką wyraźnie rysowały się wyrzeźbione mięśnie, zdecydowanie przewyższał też mężczyznę w płaszczu wzrostem. Nie chował twarzy pod żadnym szalem, więc Eliza dostrzegła kilkudniowy zarost na mocno zarysowanej szczęce, długi prosty nos i gęste, ciemne brwi, które na zmianę to marszczył, to unosił. Mężczyźni przesuwali się od regału do regału i zawzięcie opryskiwali każdą półkę jakimś aerozolem.

Poirytowana Eliza omal nie westchnęła na głos. To musiał być głupi dowcip z gazem pieprzowym! Schowała się ponownie za kolumnę. Planowała zrobić tylko jedno małe zdjęcie, żeby mieć dowód na swoje opowieści, bo wiedziała, że powinna kogoś powiadomić o tym, co działo się w bibliotece. Sięgnęła do zapięcia torebki, ale zamarła w połowie ruchu, gdy coś zaszeleściło przy jej uchu. Obejrzała się i oniemiała. Zmrużyła oczy, przetarła je, ale nadal widziała, jak z niektórych książek wychodzą włochate stworzenia przypominające kolorem i wielkością kolczaste owoce kasztanowca. Cofnęła się na tyle, na ile mogła, tak że uderzyła plecami o stojący za nią regał. Zadrżała, gdy skóra ramion zetknęła się z zimnym metalem.

„Spokojnie”, próbowała opanować emocje Eliza. „Przecież to jasne, panowie najwyraźniej zostali wysłani do dezynfekcji biblioteki, co tłumaczyłoby opustoszały budynek, dość nietypowy strój roboczy i wykonywany przez nich oprysk”. Może to wyjaśnienie było naciągane, nigdy wcześniej nie widziała takiego stroju czy rodzaju szkodników, ale co innego mogło się dziać? Zrezygnowała ze zdjęcia. Ważniejsze stało się bezpieczne opuszczenie biblioteki. W końcu wdychanie oparów mogło jej zaszkodzić, a dziwne robale mogły stanowić zagrożenie, prawda? Na drugą z zagwozdek niemalże natychmiast otrzymała odpowiedź.

Cicho pisnęła, gdy coś ukłuło ją w szyję. Odruchowo sięgnęła do bolącego miejsca i wzdrygnęła się, gdy natrafiła na coś włochatego. Złapała i pociągnęła, ale to coś mocno wczepiło się w skórę. Zagryzła zęby i ignorując napływające do oczu łzy, z całych sił szarpnęła. Oderwana kulka okazała się jednym z tych dziwacznych stworzeń wyłażących z książek. Przyjrzała mu się bliżej i wykrzywiła z obrzydzeniem usta. Pomimo tego, że miało dwie pary skrzydeł i długie czułki, nie przypominało typowego insekta. Było zbyt duże i wyglądało na skrzyżowanie nietoperza z trzmielem. Obdarzyło Elizę bardzo inteligentnym, ale nienawistnym spojrzeniem. „Co za paskudztwo! To nie może być prawdziwe!”, pomyślała Eliza z obrzydzeniem. Zacisnęła powieki jak najmocniej, ale gdy znów zerknęła na ściśniętą dłoń, stworzenie wyszczerzyło się do niej jakby w uśmiechu, pokazując małe i ostre jak szpilki zęby. Zwariowała, na bank zwariowała! Na pewno nawdychała się szkodliwej substancji i miała teraz zwidy! Stworek, jakby czytał jej w myślach, postanowił udowodnić prawdziwość swojej egzystencji i ugryzł ją w palec. Eliza powstrzymała krzyk, odruchowo otworzyła dłoń i pozwoliła mu uciec. Odfrunął na najbliższą półkę i schował się w jednej z książek. Wrocław – miasto spotkań… Najwyraźniej też z dziwactwami!

Dziewczyna otrząsnęła się i uznała, że nie ma co się wydurniać, czas stąd spadać! W grę wchodziła już nie tylko obawa o utratę zmysłów, lecz także zdrowia, a może nawet życia – w końcu nie wiadomo, co te dziwne stworzenia mogły jeszcze zrobić. Zostawiła za sobą stworki i powoli wycofywała się w stronę wyjścia z czytelni.

– Co za diabelstwo! Całe szczęście, że nie dobrały się do cenniejszych dzieł! – Usłyszała niski głos dobiegający z całkiem bliska.

Przykucnęła i zdążyła skulić się za pokaźnych rozmiarów maszyną ksero, nim wyższy z mężczyzn zdołał ją dostrzec. Zatrzymał się przy regałach, przed którymi chwilę temu jeszcze stała. Utkwiła spojrzenie w modnie wystrzyżonym tyle jego głowy, ale gdy się odwrócił, szybko uciekła wzrokiem i jeszcze bardziej wcisnęła się w kąt za urządzeniem.

– A i owszem. Przybyliśmy w samą porę. Ossolineum nienaruszone. Chyba tylko tu się zalęgły – odpowiedział mu zamaskowany i stanął z drugiej strony ksero, odcinając Elizie drogę ucieczki.

Nie mogła teraz po prostu podnieść się i przyznać, że przez cały czas obserwowała ich z ukrycia. Dyskretnie wyjrzała zza urządzenia. Mężczyźni wciąż kręcili się w pobliżu. Jeszcze chwila i na pewno odkryliby jej kryjówkę, gdyby nie chmara tych przeklętych stworzeń, które jak na komendę wyfrunęły z książek. Buczały, krążąc nad regałami, a ich ogromna liczba sprawiła, że w pomieszczeniu natychmiast zrobiło się ciemno i głośno.

– Co za dziadostwo! Czemu to nie działa?! – rzucił mięśniak.

Eliza również chciałaby to wiedzieć. Obserwowała, jak zirytowany potrząsa puszką i stuka nią kilka razy o szafkę, omal jej przez to nie wyginając.

– To jakiś syf, a nie mikstura!

– Och, opanowałbyś się. Trzeba chwilę odczekać. Cierpliwość to cnota, pamiętaj. Jaga mówiła, że efekt nie pojawi się od razu – odpowiedział spokojnie mężczyzna w płaszczu, poprawił szal na twarzy i powrócił do energicznego opryskiwania czytelni, co chyba jeszcze bardziej rozsierdziło stworzenia.

Zgraja rozdzieliła się na mniejsze gromady, które sprawnie demolowały bibliotekę. Przewracały regały, darły na strzępy kolejne książki, jakimś cudem rzucały opasłymi tomiszczami – jeden z nich trafił Elizę w ramię i musiała przygryźć dolną wargę, żeby nie krzyknąć z bólu. Dwie z grup połączyły się w większą i dopadły ksero. Próbowały je podnieść i najpewniej w coś nim rzucić. Eliza nie mogła pozwolić, by odebrały jej schronienie. Złapała za wystającą półkę na papier i trzymała z całych sił. W odwecie część stworów wczepiła się w jej kok. Szarpały okrutnie za włosy, niszcząc misternie ułożoną fryzurę. Dziew­czyna traciła siły, a jej dłonie pociły się coraz bardziej, jednak nie poddawała się. Zaparła się nogami, chociaż czuła, że jeszcze chwila i urządzenie wyślizgnie jej się z palców. Na szczęście dziwny specyfik musiał wreszcie zadziałać – destrukcyjny zapał chmary stworzeń stopniowo słabł. W ostatnim przypływie energii istoty znów połączyły się w jedną masę i rzuciły w stronę mężczyzn. Obaj uchylali się i wymachiwali rękoma, próbując odgonić latających napastników. Ci w końcu zamarli i opadli nieprzytomni, uderzając w podłogę i przykrywając ją swoimi ciałkami.

Eliza odetchnęła z ulgą, przytulona do ocalonego ksera. Starała się nie patrzeć na ten przykry widok. Pobieżnie sprawdziła swój stan po tej nieoczekiwanej potyczce. Wyglądało na to, że oprócz kilku śladów po ugryzieniach oraz poszarpanego ubrania i włosów nie stało jej się nic poważniejszego. Oby tylko nie okazało się, że kreatury były radioaktywne i od jutra zacznie łazić po ścianach… Wzdrygnęła się, odpędzając bzdurne myśli i wyjrzała zza urządzenia.

Jeden z tajemniczych mężczyzn wyciągnął skądś miot­łę i zamiatał stworki tak, aby utworzyć z nich kilka pokaźnych stosów, które drugi pakował do ogromnych worków niczym opadnięte na jesień liście. Eliza nie wierzyła własnym oczom. Może rzeczywiście za długo siedziała na ławce w pełnym słońcu? Żadne, bardziej logiczne wyjaśnienie nie wchodziło w grę. Wszystko, czego przed chwilą była świadkiem, wydało jej się tak niedorzeczne, że mało brakowało, a wybuchnęłaby obłąkańczym śmiechem i zdradziła swoją obecność. Zamiast tego wyjęła telefon i dyskretnie zrobiła kilka zdjęć. Szybko pożałowała, że nie wzięła ze sobą lepszego aparatu. Powiększała kolejno zrobione fotografie, ale nie wyszły najlepiej. Stworzonka wyglądały na nich jak bezkształtna, brązowa masa, a owinięty szalem mężczyzna zdawał się nie mieć twarzy, zupełnie jakby była transparentna. Obwiniła za to słabe światło, ale cichy głosik w głowie sugerował, że kryło się za tym coś więcej. Nacisnęła dymek czatu z Alicją, ale zawahała się. Chyba nie powinna nikomu tego udostępniać. Przynajmniej dopóki nie dowie się czegoś więcej.

Mężczyźni dość szybko uwinęli się z pracą. Zarzu­cili sobie pełne worki na plecy i zeszli schodami na parter. Eliza odczekała kilka sekund, po czym podniosła się z podłogi i rozejrzała dookoła. Czytelnię pozostawiono w opłakanym stanie. Jeśli działania mężczyzn miały chronić najcenniejsze zbiory przed zniszczeniem, to pozwolili na spore straty, by to osiągnąć. Dziewczyna omal nie poślizgnęła się na fragmencie rozerwanej książki. Podniosła ją i zobaczyła, że zaczynała się od strony sto trzydziestej siódmej, pełnej niewielkich dziurek, które odpowiadałyby rozmiarami zębom stworków. Odłożyła książkę na jeden ze stolików i jeszcze raz omiotła wzrokiem czytelnię. Zostawią taki bałagan? Co się stanie z tymi podartymi egzemplarzami? A co się stanie z nią, jeśli ktoś ją tu teraz znajdzie?! Bez dwóch zdań powiąże ją ze zniszczeniami!

Prędko pobiegła na dół. Po wyjściu z budynku od razu spostrzegła nietypową dwójkę mężczyzn. Wyglądali wyjątkowo podejrzanie, ciągnąc za sobą ogromne, wypchane worki, i powinni się rzucać w oczy, tymczasem nikt nie zwracał na nich uwagi, chociaż kilka osób kręciło się w pobliżu bulwaru. Co tu się wyprawiało?! Eliza czuła, że musi się dowiedzieć, czego właśnie była świadkinią. Taka historia nie mogła jej przejść koło nosa! Skradała się za mężczyznami, zachowując bezpieczną odległość – miała ich ciągle na oku, a jednocześnie sama starała się pozostać niezauważoną. Dopiero gdy znaleźli się na parkingu za biblioteką odważyła się podejść bliżej i schować za jednym z samochodów, by móc podsłuchać, o czym rozmawiają.

– Te pieprzone mole podarły mi jeansy – narzekał osiłek.

Zmarszczyła czoło. Czy to miało być takie dowcipne określenie na te potworki? Dlatego że znaleźli je w książkach? Pokręciła głową.

– Nonsens. Przecież były już wcześniej podarte – odparł jego kolega. Eliza dopiero teraz wychwyciła, że mówił w sposób wyniosły, przesadnie przeciągając sylaby.

– Tak, ale były podarte specjalnie. Modnie podarte, a nie rozpierdzielone!

W odpowiedzi zamaskowany mężczyzna tylko westchnął, ale tak donośnie, że nawet dziewczyna go usłyszała. Mogłaby się założyć, że przewrócił przy tym teatralnie oczami, ale z tej odległości nie widziała dobrze jego twarzy.

Mężczyźni zatrzymali się na środku placu. Pierwsze, o czym pomyślała Eliza, to że rozglądają się za zaparkowanym samochodem, a gdy go znajdą i odjadą, nie będzie mieć możliwości dalszego prowadzenia śledztwa. Jednak oni wciąż stali w miejscu i wpatrywali się uparcie w jeden punkt. Wychyliła się zza auta i również spojrzała w tamtą stronę. Odchyliła do tyłu głowę i przetarła oczy. Przed mężczyznami znajdowały się duże, zdobione drzwi. Pojawiły się zupełnie znikąd i z tej perspektywy wydawały się wisieć w powietrzu, ignorując grawitację. Eliza zamrugała kilkukrotnie, ale wciąż wyraźnie widziała je na drugim końcu parkingu.

Tajniak i jego kolega unieśli się w powietrzu i zniknęli. To wystarczyło, by Eliza uznała, że wszystko, co ujrzała, było tylko wytworem jej wyobraźni, ale wtedy spostrzeg­ła ledwo widoczne, przezroczyste schody, po których musieli wejść do środka… No właśnie, czego? Dziewczyna skupiła całą swoją uwagę na schodach i stopniowo widziała ich zarys coraz wyraźniej. Za nimi powoli wyłaniał się z mgły (albo raczej materializował z niebytu) cały gmach. Nie tracąc czasu, rzuciła się pędem w stronę drzwi. Im bardziej się zbliżała, tym wyraźniej widziała rzędy obramowanych okien, jasne gzymsy i bogatą w kamienne zdobienia fasadę. Kiedy znalazła się w miejscu, gdzie wcześniej stali mężczyźni, budynek ukazał jej się w pełnej krasie. Przypominałby jedną z zabytkowych kamieniczek, które widziała na wrocławskim rynku, gdyby nie dziwny, migotliwy blask, barwiący ściany na fioletowo i sprawiający, że Elizie unosiły się włoski na ramionach, jak naelektryzowane zagadkową mocą.

Dziewczyna wzięła głęboki wdech i odważyła się postawić stopę na pierwszym schodku. Stopa nie zapadła się w iluzji – czuła stabilne podparcie, więc drugą nogę też oderwała od ziemi. Nic się nie stało – nie przeleciała przez stopnie na wylot, nie przewróciła się, po prostu stała kilkanaście centymetrów nad ziemią na niewidocznych dla innych schodach. Normalka. Przed zrobieniem kolejnego kroku spojrzała w górę. Portal zdobiły dwie kolumny, umieszczone po lewej i prawej stronie wejścia. Podtrzymywały dziwną płaskorzeźbę przedstawiającą zagniewaną kobietę, która skojarzyła się Elizie z Meduzą. Przyglądała się jej twarzy przez chwilę, bo miała wrażenie, że Meduza porusza oczami i obserwuje właśnie ją… Eliza wzdrygnęła się i uniosła wzrok. Nad płaskorzeźbą wykuto w kamieniu napis: Polski Instytut Przypadków Absurdalnych. Nigdy nie słyszała o takiej jednostce, ale uśmiechnęła się – nazwa pasowała idealnie. To wszystko było po prostu jedną wielką niedorzecznością!

Wiedziona ciekawością, podeszła do drzwi, zapominając na chwilę, że – technicznie rzecz biorąc – unosi się nad ziemią, a tajemnicze instytuty zazwyczaj nie wyras­tają jak spod ziemi na środku wrocławskich parkingów. Drzwi nie miały klamki, więc z całych sił pchnęła jedno skrzydło, ale nie ustąpiło. Dopiero wtedy Eliza zauważyła bogato zdobioną kołatkę, wyglądającą jak głowa jakiegoś stwora. Musiała stanąć na palcach, żeby jej dosięgnąć. Wahała się przez chwilę, ale ciekawość i żyłka miłośniczki przygody zwyciężyły – zastukała kilka razy.

Nic się nie wydarzyło. Nie wiedziała, czego ma się spodziewać, ale na pewno nie tego! Ze złości uderzyła tak mocno w drewno, że aż zabolała ją ręka. Odwróciła się zawiedziona, kiedy nagle usłyszała za sobą ciche skrzypienie. Znów zwróciła się w stronę drzwi. Były otwarte! Tylko nikt za nimi nie stał… Cofnęła się gwałtownie i niewiele brakowało, by jej lewa stopa ześlizgnęła się ze stopnia. „To na pewno nawiedzony dom!”, pomyślała Eliza i przygryzła wargę, rozglądając się nerwowo na boki. Wiedziała, że powinna uciekać, ale musiała zaspokoić ciekawość. Wzięła głęboki oddech, przekroczyła próg i zamarła.

Trafiła do zupełnie zwyczajnego holu. Zbyt zwyczajnego. Podejrzanie wręcz zwyczajnego. Budynek pojawił się znikąd, następnie weszli do niego tajemniczy mężczyźni, którzy wcześniej stoczyli walkę z chmarą nieokiełznanych stworzonek, więc każdy szykowałby się na kolejne niesamowitości czekające w środku, tymczasem wnętrze Instytutu przypominało typowy polski urząd, jakich mnóstwo ulokowano w starych, często zabytkowych gmachach. Dużą, jasną przestrzeń skromnie zaaranżowano ciężkim drewnianym wyposażeniem, jak potężna i wyglądająca na niewygodną ławka dla oczekujących petentów czy spory stół ustawiony w rogu pomieszczenia, na którym rozłożono sterty różnokolorowych broszur. W powietrzu wyczuwało się delikatny aromat kawy mieszający się z chemicznym zapachem środka do mycia podłóg. Na pozór wszystko wydawało się zupełnie normalne.

Eliza zmarszczyła brwi. Nie potrafiła określić, co dokładnie budziło jej czujność. Może to, że nie widziała żadnych interesantów czy pracowników kręcących się w pobliżu, żadnej urzędniczki postukującej obcasami? W holu panowała wręcz nienaturalna cisza, a dudniące, rozchodzące się echo, które wywoływała kolejnymi krokami, sprawiło, że czuła się jak niezgrabny intruz. Odnosiła nieprzyjemne wrażenie, że za każdym razem, gdy stawia stopę, trzęsie się cały budynek. Ciekawe, że jeszcze nikt nie przyszedł jej stąd pogonić.

Na jednej ze ścian, którą tak jak pozostałe pokrywała olejna lamperia w kolorze brudnej żółci, zauważyła tablicę informacyjną. Wyglądała zupełnie pospolicie – godziny pracy Instytutu, przeznaczenie kolejnych pomieszczeń, kilka ogłoszeń. Eliza podeszła bliżej i wytrzeszczyła oczy, gdy dokładniej wczytała się w treść komunikatów. Poza zupełnie niewinnie brzmiącymi określeniami, jak Sekretariat, Gabinet Dyrektora czy Archiwum, na schemacie widniały absurdalnie nazwane działy. Uciążliwe Uroki? Frapująca Flora, Kłopotliwe Kreatury, Magiczne Miejsca? Zaskakujące Zjawiska, Osobliwe Obiekty i Dziwne Dokumenty?! Zmrużyła oczy, ale słowa nie dawały się inaczej odczytać. Oczywiście mógł to być tylko przesadnie kreatywny pomysł znudzonego urzędnika… Ale coś mówiło Elizie, że pod płaszczykiem urzędowej normalności działo się tu jednak coś dziwnego.

Sekretariat zdawał się najlepszym miejscem do zasięg­nięcia informacji. Według tablicy informacyjnej znajdował się na pierwszym piętrze, w pokoju 101. Eliza wyciągnęła telefon, ale nie udało jej się zrobić zdjęcia – za każdym razem, gdy klikała na ikonkę aparatu, urządzenie wyłączało się. Westchnęła zrezygnowana i podeszła do wahadłowych drzwi, które oddzielały hol od klatki schodowej. Pchnęła jedno ze skrzydeł i stanęła u dołu schodów. Nie prezentowały się zachęcająco. Stopnie wyglądały na wąskie i wysokie, a wiekowe drewno, z którego zostały wykonane, gwarantowało skrzypienie w trakcie wspinaczki. Eliza przekonała się o tym ledwie chwilę później. Wszystko trzeszczało, a balustrada, której się przytrzymywała, okazała się lekko obluzowana. Nie mog­ła pozbyć się myśli, że cała konstrukcja zaraz się rozleci, a ona spadnie w przepaść.

Przystanęła na chwilę na półpiętrze, gdzie jej uwagę przykuło kamienne popiersie cudacznego mężczyzny. Obłąkanym wzrokiem spoglądał na nią Sobierad Bezumny, który – jeśli wierzyć tabliczce – ufundował Instytut w 1307 roku. Rzeźbiarz misternie wykuł rozczochrane, sterczące w różne strony włosy, wybałuszone, lekko zezujące oczy i rozwarte w groteskowy sposób wargi. Zadbał nawet o detale, tworząc kropelki śliny w kącikach ust. Jeśli wiernie oddał wygląd, to Sobierad pewnie sam skończył jako przypadek absurdalny. Eliza uśmiechnęła się pod nosem. Po tym, co przeszła do tej pory, kto wie, czy nie powinna była zrobić podobnej miny i stanąć obok rzeźby.

ŁUP! ŁUP! ŁUP!

Poderwała głowę. Schody zadudniły złowieszczym tupaniem. Wspięła się na kilka pierwszych stopni i omal nie wpadła na schodzącą w błyskawicznym tempie staruszkę.

 – A co mnie łazi po mojej stronie schodów, a? – burk­nęła na Elizę. Nie pożałowała również nienawistnego spojrzenia, pod wpływem którego dziewczyna chyba tylko cudem nie spłonęła, ale za to posłusznie odskoczyła na bok.

– Przepraszam…

– No, słusznie! – wtrąciła staruszka nie mniej ostrym tonem.

– …ale co to za miejsce? – dokończyła Eliza, jednak została zupełnie zignorowana.

Z otwartymi ustami obserwowała, jak staruszka mija ją i w okamgnieniu znajduje się przy wahadłowych drzwiach. Pobiegła za nią. Gdy dotarła do holu, główne wrota stały otworem, a za nimi… Nie, to przecież niemożliwe! Eliza wychyliła się do przodu, ale nim upewniła się, że wyjście rzeczywiście prowadziło teraz na teren dziwacznej wioski, staruszka zamknęła za sobą przejście. Eliza podeszła bliżej i otworzyła ciężkie drzwi. Dziwne… A raczej zupełnie normalne. Ujrzała bowiem nie wioskę, tylko parking za Biblioteką Uniwersytecką! Przetarła twarz dłonią. Zwariowała albo ma zwidy. Ewentualnie jedno i drugie. Przygryzła wargę, gdy dopadła ją kusząca myśl, by dać sobie spokój i wrócić do domu, ale wtedy przypomniała sobie o sekretariacie i zamknęła drzwi.

Tym razem bez przeszkód wspięła się po schodach. Piętro przedstawiało się znacznie okazalej niż parter. Eliza wyszła na długi, ciemny korytarz, który kończył się zapewne sporych rozmiarów oknem, ale skrywała je ciężka zasłona. Jedyne światło we wnętrzu pochodziło z zawieszonych pod sufitem żyrandoli na łańcuchach, które rzucały cienie na ściany do połowy wysokości obłożone ciemną boazerią. Wyżej maźnięte były jasną farbą, co trudno było dostrzec, bo niemal szczelnie zasłonięte były obrazami. Eliza przez chwilę podziwiała oprawione w pozłacane ramy malowidła o najróżniejszych gabarytach. Niektóre były mniejsze od szkolnego zeszytu, inne ogromne, zajmujące znaczną część ściany. Ktoś się nieźle namęczył przy ich zawieszaniu, bo dopasowano je do siebie niczym kawałki układanki. W słabym świetle nie dało się dostrzec detali, ale większość z nich przedstawiała chyba postacie z mitów i legend.

Zapatrzona Eliza potknęła się o nierówność posadzki. Przytrzymała się klamki w najbliższych drzwiach i zdołała utrzymać równowagę. Z nosem skierowanym w dół mogła przyjrzeć się podłodze pokrytej starym, fragmentami uszkodzonym, ale wciąż bardzo ładnym parkietem. Wyprostowała się, podniosła głowę i wypatrzyła plakietkę z nazwą i numerem pokoju przymocowaną z lewej strony futryny. Trafiony, zatopiony!

Musiała przypadkiem otworzyć drzwi, bo nieznacznie uchylały się do środka. Zerknęła przez szparę, ale zobaczyła tylko fragment czegoś, co mogło być biurkiem. Wzięła głęboki oddech i powoli wypuściła powietrze nosem. Zapukała i nie czekając na zaproszenie, weszła do środka. Rozejrzała się po wnętrzu, ale ku jej rozczarowaniu sekretariat nie wyróżniał się niczym specjalnym – no, może poza jedną rzeczą. Przy biurku siedziała pulchna blondynka pisząca na maszynie. A więc były jeszcze miejsca, gdzie nie dotarł komputer! Elizie przeszło przez myśl, że ciekawie byłoby mieć taką maszynę – pisać na niej reportaże, felietony… O ile potrafiłaby z niej korzystać. Pracownica Instytutu nie miała z tym problemu – bez zastanowienia uderzała w kolejne klawisze, chociaż krótkie i serdelkowate palce, mimo że zakończone długimi i na pewno potwornie ostrymi paznokciami, raczej nie ułat­wiały pracy. Eliza odepchnęła nasuwające jej się skojarzenia związane z wredną panią z dziekanatu i postanowiła rozpocząć rozmowę bez uprzedzeń. Podeszła do pulpitu, na którym stała plakietka z napisem: „Pani Lusia: sekretarka i kadrowa”.

– Dzień dobry! – przywitała się i przywołała na twarz grzeczny uśmiech.

Pani Lusia spojrzała na nią znad okularów w kocich oprawkach ozdobionych diamencikami, nadających jej nieco drapieżny, uwodzicielski wygląd. Eliza zwróciła uwagę na perfekcyjnie narysowane kreski na powiekach, przypominające kształtem skrzydła jaskółki. Sekretarka od razu skojarzyła jej się z hollywoodzką gwiazdą z lat pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych, może nieco bardziej krągłą. Dziewczyna nie umiałaby określić jej wieku – mogła mieć zarówno trzydzieści, jak i ponad pięćdziesiąt lat.

– Och! Dzień dobry, kochaniutka! – zaszczebiotała pani Lusia i zaprezentowała idealne uzębienie jak z reklamy pasty do zębów. Filmowy uśmiech podkreślały kształtne usta pomalowane na szkarłatny odcień. – O co chodzi? – spytała z zaciekawieniem, które Eliza wzięła za szczere.

– Chciałabym się czegoś dowiedzieć.

Sekretarka oparła się o pulpit i nachyliła do Elizy, a półdługie, zadbane włosy spłynęły jej falami, dotykając powierzchni blatu. Przez chwilę przyglądała się intensywnie dziewczynie.

– Rozumiem, że chodzi o atak moli książkowych?

– Słucham?! – Elizie nie udało się ukryć zdenerwowania. Rozejrzała się na boki, myśląc, co odpowiedzieć. – Znaczy, tak. Dokładnie tak! Przyszłam na skargę! – wypaliła. Ludzie przychodzili do urzędów, żeby coś załatwić lub na coś ponarzekać. Najlepiej będzie pójść tym śladem. – To nie do pomyślenia, żeby człowiek nie mógł w spokoju poczytać książki! Chciałam tylko skorzystać z czytelni, a nie oberwać potężnym tomiszczem w ramio…

– Zaraz, zaraz! A tak właściwie to jak się tu dostałaś, słoneczko? – przerwała jej pani Lusia.

– Yyy, z parkingu? – odpowiedziała dziewczyna niepewnie.

– Och, z parkingu!

Ton, jakim wypowiedziała to pani Lusia, nie pozostawił Elizie złudzeń – najwyraźniej spaliła występ. Wykrzywiła usta w niewinnym uśmiechu, ale to nie podziałało. Sekretarka obdarzyła ją ciepłym, ale sceptycznym spojrzeniem.

– To już wszystko jasne – odezwała się pani Lusia sztucznym, przesłodzonym głosem. – Zaczekasz tutaj chwileczkę, skarbie?

Nie czekając na odpowiedź Elizy, podeszła do wysokiego, starodawnego zegara, który stał przy ścianie za jej biurkiem. Otworzyła drzwiczki – w miejscu wahadła znajdowało się ukryte przejście. Eliza starała się dojrzeć, dokąd prowadziło, ale udało jej się wypatrzyć jedynie szare, zakurzone, kamienne schody biegnące w górę. Sekretarka z trudem wcisnęła się do środka i zatrzasnęła za sobą wejście. Nie pozostało nic innego, jak poczekać na jej powrót. Elizie nie bardzo się podobało zostawanie samej, drażniła ją nienaturalna cisza w pomieszczeniu. Chyba sama prosiła się o kłopoty… Przez myśl przeszło jej nawet, czyby stąd nie uciec, ale uprzedziło ją skrzypienie drzwi. Uniosła głowę i zobaczyła, jak pani Lusia znów przeciska krągłe ciało przez dość wąskie przejście. Sekretarka poprawiła zadartą, plisowaną spódnicę i odetchnęła głęboko kilka razy.

– Słoneczko, nasz dyrektor chciałby z tobą porozmawiać.

 Eliza musiała zrobić naprawdę zszokowaną minę, bo sekretarka dodała:

– Och, nie masz się czego obawiać! To wybitnie kompetentny człowiek i jest w stanie rozwiązać twój problem.

Chyba każdy uznałby zachowanie sekretarki oraz jej tłumaczenia za podejrzane. Na tyle podejrzane, że Eliza bez zwłoki i żalu podjęła decyzję o rezygnacji ze śledztwa. Idąc na spotkanie z dyrektorem, prawdopodobnie straciłaby ostatnią szansę na bezpieczne wycofanie się z tego dziwnego przybytku. Dyskretnie zerknęła za siebie na drzwi wyjściowe, ale pani Lusia musiała odgadnąć, co planuje. Szybko wyminęła Elizę i zagrodziła wyjście. Uśmiechnęła się przepraszająco i popchnęła dziewczynę w stronę przejścia w zegarze.

– Normalnie nie pozwalam nikomu korzystać z mojego specjalnego przejścia i kazałabym ci iść naokoło, ale zrobię wyjątek, bo jeszcze byś się tu zgubiła.

– Albo uciekła – mruknęła pod nosem Eliza, gdy została złapana pod ramię.

Szybko rozważyła swoje możliwości. Czy dałaby radę wyrwać się i powalić kobietę? Nie, zdecydowanie nie. Intensywnie czerwone paznokcie prawie wbijały się w jej skórę, jednak niczym sparaliżowana nie potrafiła zmusić się do jakiejkolwiek próby stawienia oporu. Żegnaj, świecie! Ale się wpakowała… Ciekawe, czy rodzice odnajdą kiedyś jej zmasakrowane zwłoki… Delikatnie, ale stanowczo popchnięta w plecy, niechętnie weszła do środka zegara. Sekretarka natychmiast zatrzasnęła za nią drzwiczki. Eliza nawet nie próbowała sprawdzać, czy byłaby w stanie je otworzyć. Miała tylko jedno wyjście, a raczej wejście. Na górę. Poza tym, kto jak nie dyrektor powinien wiedzieć, co tu się naprawdę działo, i mógł odpowiedzieć na wszystkie jej pytania? Uważając, by się nie potknąć, ruszyła w stronę dochodzącego z góry światła.

***

Instytut Absurdu

Copyright © Justyna Sosnowska 2024

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2024

Redakcja – Ewa Cat Mędrzecka

Korekta – Aneta Wieczorek, Kornelia Dąbrowska

Projekt typograficzny i skład – Natalia Patorska

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Grafiki na okładce – Freepik

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Drogi Czytelniku,

niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.

Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.

Dziękujemy!

Ekipa Wydawnictwa SQN

Wydanie I, Kraków 2024

ISBN mobi: 9788383302379

ISBN epub: 9788383302386

Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:

Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia

Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Julia Siuda, Zuzanna Pieczyńska

Promocja: Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Aleksandra Parzyszek, Paulina Gawęda, Barbara Chęcińska, Małgorzata Folwarska, Marta Ziębińska, Kamila Piotrowska

Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Patrycja Talaga

E-commerce: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz

Administracja: Klaudia Sater, Monika Kuzko, Małgorzata Pokrywka

Finanse: Karolina Żak

Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak

www.wsqn.pl

www.sqnstore.pl

www.labotiga.pl