Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
19 osób interesuje się tą książką
Życie można przeżyć na dwa sposoby… Albo cały czas myśleć o śmierci, albo doceniać każdą chwilę i cieszyć się swoją pasieką.
„Ino bzykanie we łbie” to opowieść, w której teraźniejszość jest równie realna jak przeszłość, a myśli wędrują po czasie raczej w poprzek. Pszczelarz Marceli Żukowski, za młodu wichura, wiecznie zakochany w swojej kobicie, ma skłonność do filozofowania w stylu niemalże stoickim. Ten czuły narrator, a zarazem niezgorszy gaduła, przechodząc od anegdoty do anegdoty, opowiada o łowieniu ryb w przeręblu, o konkurach starego Stachyry, o wrednej sąsiadce Marciniakowej, która nawiedzała go nawet w snach, kompanie od kieliszka Borycie, a także o dolach i niedolach pszczelarza próbującego robić biznes na miodzie — z pomocą, o zgrozo, mediów społecznościowych.
Historia dziadka Marcelego tchnie łagodną satyrą i umiłowaniem przyrody. Przewija się przez nią korowód barwnych postaci — jedne znikają po chwili, inne zostają z czytelnikiem na dłużej. Wszystkie jednak sprawiają, że opowieść nabiera rumieńców i płynie niczym strumień, w którym i suma ogromnego można złowić, i utopca spotkać.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 293
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2026
© Copyright by Marta Konek, 2026
Redaktor inicjujący: Paweł Pokora
Redakcja: Monika Simińska
Korekta: Marta Trywiańska
Skład i redakcja techniczna: Igor Nowaczyk
Projekt okładki: Magdalena Wójcik-Zienkiewicz
Zdjęcia na okładce i źródła ilustracji: © brenjbeecrafts, © OpenClipart-Vectors, © Vizetelly, © prithiviraj_ae, © SUPREMEMOTIVATION/Pixabay
Zdjęcie autorki: © Paweł Konek
Retusz zdjęcia okładkowego: Katarzyna Stachacz
Producenci wydawniczy:
Sylwia Reguła, Magdalena Wójcik-Zienkiewicz, Wojciech Jannasz
Wydawca: Marek Jannasz
Lira Publishing Sp. z o.o.
al. J.Ch. Szucha 11 lok. 30, 00-580 Warszawa
www.wydawnictwolira.pl
Wydawnictwa Lira szukaj też na:
Lira Publishing Sp. z o.o.
Wydanie pierwsze
Warszawa 2026
ISBN 978-83-68817-51-5
Najgorsze jest oczekiwanie. Moja ślubna pamiątka mówi, że z chłopem to jak z burzą: zbiera się, kołomąci, gradowieje i zaciąga chmurami, by w końcu rozpętać się piorunami, pobłyskać, pogrzmieć i wreszcie rozpogodzić się ciszą.
— Dlatego Marceli — powtarza ta moja kobita — jak ja mam czekać, aż rozpętasz burzę, to wolę zrobić coś takiego, że sam wybuchniesz. Bo nie ma nic gorszego niż rosnące napięcie i oczekiwanie na awanturę.
I coś w tym bez wątpienia jest, choć zawsze wydawało mi się, że zgodny jestem człowiek, a ino takie kłótliwe babsko mi się trafiło.
Wracając jednak do tematu oczekiwania, to nie ma gorszego niż to przedwiosenne. Kiedy nosi człowieka z kąta w kąt, kiedy wziąłby się człowiek i chwycił za jakąś konkretną robotę, podwórko zagrabił, ogród skopał. A tu na dworze ziąb, wietrzysko i psa nawet żal na zewnątrz wygonić.
— Robotę, aha... Powiedz, stary, od razu, że do pasieki cię ciągnie. Do uli byś pozaglądał, co? Ech, stare to, a głupie. Daj im spokojnie do wiosny spać i sam w chałupie siedź, bo młody nie jesteś. Siedemdziesiątka na karku, a temu dalej ino bzykanie we łbie.
Nie wiedzieć dlaczego, ta moja kobita zawsze w dziesiątkę trafi. Wiedźma po prostu w myślach czytająca. Ciekawe, czy się w końcu połapała, o co chodzi z tym ulem, z którego pszczoły nie wylatują. Bo my tam z sąsiadem małe co nieco przed babami chowamy i jak się nam przyjdzie spotkać przy płocie, to ino myk, daszek podnosimy i zanim te nasze baby się zorientują, już małą flaszeczkę miodówki zdążymy obrócić. Ale to wszystko nie z pijaństwa, tylko dla zdrowotności! Wiadomo nie od dziś, że produkty pszczele mają zbawienny wpływ na organizm człowieka.
Tym razem też wiedźma trafiła, bo zima ciągnie mi się jak rzadko. Najpierw całe miesiące ciepło było, plucha, deszcze i temperatury zupełnie niezimowe. Słońca oczywiście i tak brakowało, więc pszczółki nosów z uli nie wyściubiły od listopada. Potem z kolei mrozy przyszły takie po kilkanaście stopni. Na dodatek bez śniegu, i już mówią, że rzepaki wymarzły i kolejny rok z rzędu będzie je trzeba zaorać.
Pogoda jak pogoda, powie ktoś na to moje marudzenie. Ale ja się z tym nie zgodzę. Bo kiedyś, za mojej młodości, zima to była zima. Taka, że się łopatami korytarze w śniegu kopało, żeby z chałupy do chlewa dojść albo do sąsiadów. A mrozy takie były, że woda w wiadrach w kuchni zamarzała! No, takie to były czasy. Jak mróz chwycił w listopadzie, to czasem do końca kwietnia trzymał. Pszczoły jak w zimowlę poszły, to do wiosny spokojnie w ulach siedziały i na żadne głupie pomysły nie wpadały. A teraz te bidoki to całkiem pogłupiały, bo zamiast mrozów mają plusowe temperatury. Pomyśli ktoś, że jak na plus jest, to lepiej. A guzik prawda! Plus nie zawsze jest dodatni, a minus nie zawsze jest ujemny.
Bo widzicie, z pszczołami to jak z kobitą. Jak roboty nie ma, w ciepłym siedzi i za dobrze je, to na głupie myśli schodzi.
Jak zima jest mroźna, konkretna, to pszczoły zbijają się w kłąb i siedzą spokojnie na ramkach. W środku mają mateczkę, która odpoczywa przed kolejnym sezonem. Jedzą z umiarem pokarm zgromadzony w komórkach, ogrzewają się wzajemnie i czekają na wiosnę. Ale jak zima jest ciepła, to się w główkach pszczółkom przewraca. Matka w środku zimy zaczyna jajeczka znosić. Pszczoły zaczynają jeść na potęgę, żeby odpowiednio ul nagrzać dla tych poczwarek, które się z jaj lęgną. Zapasy topnieją, i to, co do kwietnia miało wystarczyć, kończy się już w lutym. I wtedy, nie daj Boże, żeby jeszcze mrozy przyszły! Pszczoły temperaturę utrzymać muszą, żeby czerw nie przemarzł, więc powinny więcej jeść, a tu zapasy poszły już wcześniej na wychów czerwiu i ogrzanie ula. Czerw przemarza i choroby się zaczynają albo się rodzina z głodu osypuje i pozamiatane. Wiosną pszczelarza zamiast wesołego bzykania wita w pasiece przeraźliwa cisza.
Tak więc we wszystkim powinien być zachowany odpowiedni porządek. Zima powinna być zimą, lato latem. Wtedy wszystko samo się układa i szczęśliwie trwa.
Pamiętam jednego roku, jak jeszcze we wsi spółdzielnię stara Jagodzińska prowadziła, zaspy na dwa metry się porobiły i nic do tej naszej wsi nie mogło dojechać. Chłopy, żeby się dowiedzieć, co tam w świecie słychać, zarządziły wyprawę do miasta po chleb. Plecaki zarzucili i poszli. Oj, długo ich nie było, aż się baby we wsi zaczęły niepokoić, bo to ciemno się zaczęło robić. A przecież w tych zaspach trzeba było znaleźć mostek na rzece, co dolinkę między wsią a miastem przecina. Wrócili cali, a takie dziwa opowiadali, że oto przed miastem czołgami zaspy rozpychają, że cała Polska pod śniegiem i wszystko stoi.
Oj, dłużyła się wszystkim ta zima. Chłopy do starych zwyczajów wróciły, po chałupach się spotykały i skarpety na drutach dziergały, jak to dawniej w karczmie robiły. A dzieciaków ile się potem posypało! Wiadomo, na wsi zimą to z nudów ino dzieci robić można. No, ale jak człowiek już w latach, jak mu już nie wszystko działa jak za młodego, to sami rozumiecie, że się z tych nudów to ino z babą pokłócić może!
Na szczęście stary Boryta zajrzał do mnie przed południem. Wszedłszy do kuchni, okiem mrugnął, ręce zatarł i zagadał:
— Ale ziąb, mrozi aż miło!
— No mrozi, mrozi… — zgodziłem się skwapliwie i uszu nadstawiłem, czekając, co będzie dalej, bo Boryta bez przyczyny głosu nigdy nie zabierał.
— Lód pewnie na jeziorze taki, że ho, ho…
— Pewnie całkiem, całkiem — potwierdziłem i zacząłem łapać, w którą stronę wiatr wieje.
— Dawno świeżej rybki nie jadłem — mówił jakby do siebie.
— Dobra rybka nigdy nie jest zła — przytaknąłem.
— Co, już was tyłki bolą od siedzenia w domu? — Moja też od razu wyczuła, do czego rzecz zmierza i tylko głową pokiwała z politowaniem.
— To co? Słępik i na szczupaczka pojedziem? — Borycie oczy się zaświeciły i już w stronę drzwi się odwracał.
Samego nie mogłem go przecież puścić, bo wiadomo, łowienie na lodzie do bezpiecznych nie należy. Czapkę uszankę z ławy wziąłem, z haka zdjąłem kufajkę, na nogi założyłem gumofilce słomą wypełnione, bo najlepiej ciepło trzyma i żaden mróz nic człowiekowi nie zrobi. Stary z ziemi podniósł długą, wypolerowaną tyczkę i niewielki worek. Na rowery my wsiedli, drogą wzdłuż lasu pod jezioro podjechali, na brzegu przycupnęli.
— Jest ktoś? — wyrwałem się z pytaniem, ale Boryta ino uszami strzygł i na wszelkie strony się oglądał. Jego pies, Gadem nazywany, też napięty jak struna siedział, uszu nadstawiał i węszył zawzięcie.
— Pusto chyba — stwierdził po dłuższej chwili i polazł na lód, a ja i Gad krok w krok poszliśmy za nim. Przeręble my siekierą w lodzie wybili i stanęli, żeby trochę odsapnąć. Gad zawarczał lekko i sierść mu się na karku zjeżyła, a stary ino spojrzał w bok i już wiedział, w czym rzecz.
— Jakieś patafiany po lodzie chodzą — mruknął cicho. Wyjął z worka dwie krótkie wędki, jedną mi podał, i tak sobie nad przeręblem przycupnęliśmy, udając poczciwych wędkarzy.
Staremu się na gadanie zebrało, bo to dawno między ludźmi nie był.
— Dobrze, że teraz na te ryby poszliśmy, bo za kilka dni lód skruszeje. Już odwilż czuję w kościach, jakby mróz z wszystkich kątów wilgocią wyłaził. Potem to ja z Gadem już się z wody nie ruszę. Wołami mnie do chałupy nie zaciągną. A wiesz, jaki ten mój Gad mądry? Bo zobacz, no, dotknij, ja mam tu wszyty rozrusznik serca. Czujesz? I ten mój Gad, jak padłem nad rzeką, to mi życie uratował.
Oczy mu się zaszkliły i poklepał psa po łbie. Zza pazuchy wyciągnął niewielką buteleczkę, pociągnęliśmy po sporym łyku, aż się ciepło w bebechach zrobiło.
— Bo widzisz, moi rodzice ze Wschodu przyjechali. To ja zawsze wolny duch byłem, niezależny taki i niepokorny. Najpierw w szkole się z lekcji urywałem i buch, nad jezioro, z kawałkiem żyłki i haczykiem i na płyciznach płotki szarpałem z wody. Żadnej roboty dłużej nie utrzymałem, fakt. Albo mnie szef na odcisk nadepnął, albo ja się uniosłem. Krnąbrny byłem. Młody i durny, ale niektórym to dopiero na starość rozum przychodzi. Albo i nie przychodzi, tak to już bywa. Kobitę na stałe późno znalazłem. Żadna jakoś znieść nie mogła, że jak tylko wiatr z zachodu powiał, to mnie z domu nad wodę ciągnęło. Ale od kobiety to lepszy telewizor. Bo telewizor to zawsze można wyłączyć, a babie gęby zamknąć się nie da. A fajny mam telewizor, amerykański, z takimi fajnymi pokrętłami. Zawsze te, jak to z amerykańska się nazywa, Ranczo zawsze z Gadem oglądamy. I patrz, mówię do Gada, ludzie wszędzie są takie same. Takie same problemy mają ze sobą, tak samo się kochają, tak samo nienawidzą. A Gad patrzy na mnie, patrzy na telewizor i uszy nadstawia, jakby wszystko rozumiał. Zresztą zwierzęta mądrzejsze są niż niejeden człowiek. Jak padłem wtedy nad rzeką, to Gad takiego hałasu narobił, że chłopaki, co słępem trzciny w zatoczce bobrowały, przyleciały zobaczyć, co się ze mną dzieje. Na węgorza się zasadziłem, wiaterek był akuratny, pod pełnię się miało, to i ryba powinna iść rzeką. Ale co tam, tamtej wiosny to mi węgorze długo nie były w głowie. Wsadzili mi tę kostkę pod skórę, to pilnuje mi serca, żeby nie zapomniało bić. Tak sobie od wtedy myślę, że człowiek umiera, jak mu się zapomni, na czym polega życie. Że oprócz zarabiania pieniędzy, oprócz pracy, kochania, jedzenia i picia trzeba jeszcze pamiętać o czymś więcej. Trzeba pamiętać o oddychaniu, o tym, żeby serce ci biło, żeby nerki pracowały. Jak się człowiek zapomni, to zaraz jakieś choróbska wychodzą. A nie daj Panie Boże do szpitala iść. Tam zaraz człowieka na śmierć zaleczą i już się od trumny nie wywinie. Gada wtedy przygarnęli na trochę sąsiedzi, bo kobita nie mogła sobie z nim dać rady. Zmizerniało psisko i bez reszty się zbiesiło. Na łańcuch go musieli wziąć, bo tak ludzi straszył. Ja mówię, że serce mu wtedy pękło, jak mnie do tego szpitala wzięli. I jak wróciłem do chałupy, to Gad tak się cieszył, tak się cieszył i od tego czasu razem serca leczymy. — Boryta przytulił psa do siebie, a spod czapki zezował na dwie postacie spacerujące wzdłuż brzegu jeziora. — Rano zawsze do Czarnej Wody idziemy — mówił dalej. — Wiesz, gdzie to? Za Pachutą w prawo skręcasz i jest takie jeziorko w środku lasu. Ryba trochę mułem ciągnie, ale za to jakie liny się z tego bajorka wyciąga! Siedzi sobie człowiek na mostku, oddycha głęboko, niebo prawie na wyciągnięcie ręki, można myśleć i myśleć na takie różne tematy. Ludzie to mówią, że ja kłusownik. Ale jaki tam ze mnie kłusownik, Marceli? To tylko ci ze stawów mówią, raz tylko tam z Gadem poszliśmy. No, ryba nie szła nam wtedy. Ani na Czarnej Wodzie, ani na wielkim jeziorze, ani na rzece. A do gara nie mieliśmy co włożyć, przed rentą było, to i poszli my na stawy. Bo gdzie indziej? Zresztą sam powiedz, czyje te ryby są? Boże. A jak one przez Boga stworzone, to przecież Bóg je ludziom razem z resztą świata dał. Nie Kowalskiemu, nie Nowakowi, tylko wszystkim ludziom. A jak wszystkim, to i mnie. Więc ja tylko biorę to, co moje. I zasady swoje mam. Słępik jaki, wątonik, to tak. Ale żeby prądem ryby bić, to już mowy nie ma. Jak drobnicę prądem się potraktuje, to ona potem nie rośnie, karłowacieje. A duża nie zawsze od razu wypłynie i potem na zupełne zmarnowanie idzie. Bo jak jeszcze ktoś dla siebie albo dla rodziny za rybą idzie, to każden jeden zrozumie. Ale jak po nocy zajeżdżają łodziami, sieci zarzucają i motorami ciągną przez jezioro, to po co oni to robią? Dla siebie? Tylko na sprzedaż. I te z tym prądem tak samo. A latem to, Marceli, nie ma nic piękniejszego, jak przez trzciny iść — Stary się rozmarzył. — Słępik jakiś albo żaczek między zielsko się wrzuci, a później to można godzinami na wodę patrzeć. Widziałeś kiedyś, jak perkozy się wiosną do godów zabierają? Jak tańczą na wodzie, jak się gonią. Ona niby nie chce, on ją goni, a później tymi dziobkami tak się pieszczą, jakby miłość na całe życie znalazły. Słowiki gdzieś na olchach śpiewają, trzciniaki w pobliżu, na wyciągnięcie ręki, drą dzioby. A w wodzie to rybki na boki uciekają, jak człowiek przez płycizny idzie. A jak się dłużej w miejscu stoi, to ten cały drobiazg do nóg podpływa, prawie jak oswojone. I takie ciekawe te rybki, za każdym próchnem polecą. A na dnie na piasku ślady po tych muszlach zostają. Młody od sąsiadów mówił, że ich w szkole uczyli, że to się tak jakoś dziwnie skójka czy szczeżuja nazywa. — Boryta po głowie się podrapał, wstał, oczy osłonił i przyglądał się tym dwóm po drugiej stronie. — Marceli, jak lód zejdzie, jak tylko pierwsze słoneczko na wiosnę przygrzewać zacznie, to się na rozlewiskach na szczupaka zasadzimy. Bo na wiosnę to tysiącami szczupak na tarło idzie. Mówią, że niby nie wolno tarlaków łapać. A przecież tego jednego czy dwa, czy nawet więcej, jak się z wody wyciągnie, to i tak żadnej straty nie będzie. A co się człowiek napatrzy na to wiosenne życia dawanie, to jego. Bo od tego patrzenia, to w człowieka jakaś wiara wstępuje, że warto żyć i warto dzielić się życiem. Żeby człowiek nie był tylko dla siebie, ale i trochę dla innych. Albo żeby w innych było trochę jego. Żeby, wiesz, Marceli, nie wszystek człowiek umarł, jak już o oddychaniu na amen zapomni. — Nagle uśmiech wykwitł na twarzy Boryty i chłop rękoma zamachał w stronę tamtych dwóch. — Hej, hej! Swoi! — zawołał gromko, a Gad ogonem zamerdał i zaskomlał lekko. — Dawajta tu, chłopy! — wydarł się jeszcze i sięgnął po buteleczkę z napitkiem za pazuchę.
Tamci dwaj widać też swojaka poznali, bo wyciągnęli z krzaków jakieś torby i na skos podeszli przez lód do naszych przerębli. Gdy byli bliżej, też ich poznałem, zresztą kto by nie znał legendarnych kłusowników Koszuty i Korzenia, których przygody opowiadały sobie kolejne pokolenia strażników rybackich.
— Aleśta nam stracha napędzili… — Koszuta kręcił głową, wyciągając zza pazuchy solidną butelczynę.
Pociągnęli my tęgo z obu butelek i za robotę się zabraliśmy. Raz, dwa słępik w środkowy przerębel na drągu wsunęliśmy. Raz, dwa poszło nam płoszenie po skrajnych przeręblach. Dobrze trafiliśmy, bo jak słęp z przerębla zaczęliśmy wyciągać, trzepotało się w nim kilka złocistych szczupaków. Chłopaki sprawnie sprzęt pozwijały, ryby do worka wrzuciły i zgodnie podążyliśmy ku chałupie, gdzie wkrótce na oleju obsmażały się kawałki szczupaka, com je najpierw nasolił, popieprzył, a potem w mące obtoczył. Boryta i Koszuta jeszcze skądyś butelki wyciągnęli i zaczęli opowiadać:
— Pamiętasz, Korzeń, jak się prawie utopiliśmy? — powiedział Koszuta, nalewając do kieliszków bimberek na sosnowych pędach.
A było to tak. Zima jakaś taka nietęga była. Ni to mroźna, ni śnieżna, ni deszczowa… Zdecydować się nie mogła, czy jest zimą, czy przedwiośniem. Chłopaki szły na szagę przez jezioro, omijając kałuże rozlewające się na lodowej tafli, gdy na drugim brzegu zobaczyły jakiegoś pajaca, co skakał w górę, rękoma machał i darł się jak opętany.
— Pogrzało go, czy jak? — zapytał Korzeń Koszuty i splunął na lód.
— Żeby nie była zima, to bym powiedział, że osy go napadły — odpowiedział Koszuta Korzeniowi, ale że tamten darł się dalej, to przystanęli, żeby posłuchać, czego się tak drze. I cóż usłyszeli? Ano donośne, rozpaczliwe wołanie:
— Spierdalajta!
Popatrzyły chłopaki uważnie dookoła. Koszuta kijem w lód dziabnął, a kij lód przebił i z dziury gejzerek wody wytrysnął.
— Ożeż kurwa… — wymsknęło się Korzeniowi.
— O ja pierdolę… — zawtórował mu Koszuta.
W ich opowieściach lód co roku staje się cieńszy. Tym razem już nawet dwóch centymetrów grubości nie miał i tak sobie pomyślałem, że jeszcze trochę, a zaczną opowiadać, że po wodzie chodzili.
Co by jednak nie mówić, czasami na naszej drodze stanie przeznaczenie i tylko trzeba uważnie posłuchać, co ma nam do powiedzenia. Jak cosik nam usilnie mówi, że mamy uciekać, to lepiej dla nas będzie, jak weźmiemy nogi za pas. Czasami droga, którą idziemy, nie jest naszą drogą i lepiej znaleźć sobie nową. Kiedy podzieliłem się z chłopami tą właśnie refleksją, Korzeń dziwnie na mnie popatrzył, a potem zamyślił się i zapatrzył w przestrzeń. Po chwili spojrzał na nas tak jakoś z lękiem, głowę pochylił i ważną rzecz zdradził:
— Jeszcze żem nikomu o tym nie gadał… — zaczął, a potem opowieść popłynęła wartkim nurtem.
Między wiosną a latem to było, gdy wracał ze, jak to się teraz ładnie mówi, spotkania integracyjnego. Księżyc pięknie przyświecał, bo to pełnia była, gdy szedł przez łąki ku rzece, bo mu się jeszcze zachciało zajrzeć do żaka, który przy przewróconej wierzbie w wodę wrzucił. I nagle zobaczył dziwne światełko, które nisko nad ziemią się unosiło. To zapalało się mocniej, to gasło, to chowało między szuwarami, to przesuwało kilkanaście metrów dalej. I usłyszał nagle Korzeń takie płakanie, jakby niemowlę kwiliło.
— Aż mnie ciarki przeszły, jak żem sobie pomyślał, że ktoś to niemowlę przyniósł, żeby rzece oddać.
Korzeń opowiedział, jak to całą noc za światełkiem chodził, aż go gdzieś w błota wyprowadziło, że po pas się zapadł i żeby nie gałąź, co litościwie nad bajorem wisiała, to by się niechybnie na amen utopił. Jak już wylazł z błota, poczekał do świtu i zabrał się za szukanie tego dzieciąteczka, co je w nocy słyszał, ale nic prócz śladów czyichś buciorów nad rzeką nie znalazł.
Koszuta podczas tej opowieści milczał zaciekle i nad czymś się zastanawiał.
— Korzeń, kiedy to było? — zapytał wreszcie.
— A coś kole świętego Jana.
— Korzeń, to ja przez ciebie, baranie niemyty, prawie żem ze strachu zdechł?! — rozdarł się na całe gardło, a potem ze szklanki pociągnął i zaczął opowiadać, jak to na węgorza się wybrał, ale że zapił wieczorem, to po ciemnemu, przy latarce, rosówki na łące zbierał. To przyświecał sobie, to odkładał latarkę, żeby rosówy do pudełka wrzucić, gdy nagle usłyszał płacz, jakby niemowlę kwiliło, a zaraz potem ciężkie stąpanie w zaroślach.
Przestraszył się Koszuta, że ktoś dzieciątko na zatracenie nad rzekę przyniósł i jak go zobaczy, to jeszcze i jego na tej łące ukatrupi. Zaczął uciekać, a że wody tego roku było sporo, to przyświecał sobie drogę latarką. A potem znad łąk takie jęczenie się poniosło, że czym prędzej wziął nogi za pas i uciekał, nawet się nie odwracając.
— To ty żeś mnie, zasrańcu, na utopienie zostawił? — zdumiał się Korzeń.
I już się na bitkę zanosiło, ale jedna rzecz mi spokoju nie dawała.
— Chłopy, ale poczekajta, jeszcze zdążycie dać sobie po mordzie… A co się stało z tym dzieciątkiem? — zapytałem i zobaczyłem ich pełne zastanowienia lica.
Patrzyli na siebie i milczeli, głowy tylko przekrzywiali, wysilając szare komórki, by zagadkę rozwikłać. Nagle błysk rozbawienia pojawił się w oczach Koszuty. W burych ślepiach Korzenia najpierw pojawiło się zapytanie, a zaraz potem ten sam błysk wesołości. A zaraz potem obaj zaczęli tak rechotać, że mało z krzeseł nie pospadali.
— O, durne my katabany… — kwilił dosłownie Koszuta.
— Oj, durne, durne… — wtórował mu Korzeń.
— Żeśta durne, to żadna nowina — burknąłem zły, że nie wiem, z czego się rechocą. To się chłopy na zmianę za tłumaczenie wzięły, że tam koło rzeki bobry żeremia pobudowały. I że te bobry małe miały. I że te małe to jak ludzkie dzieci kwilą czasami i stąd się cała przygoda wzięła.
— Jak to człowiekowi strach rozum odejmuje — dziwili się zgodnie, a ja sobie pomyślałem, że strach strachem, ale te napitki, którymi się wtedy uraczyli, też swoje zrobiły. Zostawiłem jednak dla siebie te przemyślenia. Moja kobita mówiła, że ja to politykiem jakimś mógłbym zostać, bo mówię ludziom ino to, co chcą usłyszeć.
— To ja też coś wam opowiem. Bo widzicie… Kiedyś złowiłem złotą rybkę… — Zrobiłem tajemniczą minę i przerwałem dla wzmocnienia efektu.
— Złotego karasia? O, to miałeś szczęście, bo teraz te japońce srebrne całkiem go wyparły — zainteresował się Koszuta.
— Nie karasia. Zło-tą ryb-kę! — wyskandowałem.
— Ale że jak złotą?
— No, złotą. Taką prawdziwą złotą rybkę.
— I co ci powiedziała? — zaciekawił się Korzeń.
— A co miała powiedzieć? Dzień dobry? — Wzruszyłem ramionami. — Wiadomo, powiedziała: „Wypuść mnie, dobry człowieku”.
— O, ja pierdolę… I co? I co? — Mało nie umarli z ciekawości.
Popatrzyłem na nich z powagą, znów wzruszyłem ramionami, a potem zadałem celne pytanie:
— Chłopy, a czy ja wyglądam na dobrego człowieka?
Od tego rybaczenia kilka dni minęło i było tak, jak Boryta mówił. Odwilż przyszła. Słoneczko zza szarych chmur się przebiło, niebo pobłękitniało. Z dachu kapać zaczęło, kałuże się na podwórku rozlały.
Ciepło sprawiło, że nabrzmiałe, leszczynowe baźki zażółciły się miodowo, pszczoły wyległy z uli i latały w ciepłych promieniach słońca, opróżniając jelita po zimie. Na daszkach uli, na ławce, na płocie nawet pojawiły się brunatne kropki z pszczelich kupek, a zaraz potem ukazała się sąsiadka Marciniakowa i od bramy zaczęła wrzeszczeć:
— Marceli, a żeby ciebie i te twoje pszczoły pomór zdusił! A żeby cię jasna cholera!
I tak dalej w ten deseń.
— Jak miło sąsiadkę zobaczyć! Całą zimę sąsiadki nie widziałem! — odpowiedziałem, poprawiając czerwoną kokardkę, co ją sobie w klapę wpiąłem przed wizytą Marciniakowej. Bo to, że z pierwszym słońcem się pojawi, było bardziej niż pewne, a wiadomo, czerwona wstążeczka przed złym okiem i każdym innym urokiem chroni.
— Zaraz ci nie będzie tak miło! Twoje pszczoły mi całą pościel obesrały! — Machała mi przed nosem białą płachtą pokrytą tysiącem brunatnych kropek.
— O, to się nie spierze… — zmartwiłem się i zezowałem, czy nie zapomniałem czerwonej wstążeczki przy wejściu do pasieki zawiesić.
— No pewnie, że się nie spierze, cholero jedna! Na straty mnie znowu naraziłeś! — Stara zerkała na te wstążeczki i już wiedziałem, że gdyby nie one, to i ze mną, i z pszczołami byłoby krucho.
— Marciniakowa, przecież wiecie, że przy pierwszym słonku pszczoły się oblatują i lepiej białej pościeli nie wywieszać na dwór… — próbowałem tłumaczyć, ale w babę jakby diabeł wstąpił.
Darła się, machała rękoma i tym prześcieradłem, więc po prostu to nie mogło inaczej się skończyć. W pewnym momencie zamilkła, zrobiła wielkie oczy, a potem odwróciła się na pięcie i pognała w stronę bramy. A moje pszczółki za nią. A co która ją dopadła, to żądło celnie wraziła, bo babsko się jeszcze czymś cuchnącym spryskało, co jeszcze bardziej pszczoły drażniło.
Pokręciłem głową, z kieszeni wyjąłem sól, co ją egzorcysta poświęcił i posypałem nią ziemię przy furtce i przed bramą.
— Teraz to żadna cholera nie wejdzie… — zamruczałem i usiadłem na ławce pod ścianą stodoły, żeby w pierwszym wiosennym słoneczku stare kości wygrzać.
Jakoś mi się tak na wspominki zebrało przez tę wściekłą babę. Bo z dwadzieścia lat wcześniej zaczęła mnie we śnie nawiedzać jakaś mora. Co prawda u nas na wsi „mora” mówi się na ćmy, co po zmroku do chałup się pchają i śmierć przynoszą, ale to było coś paskudniejszego. Co noc, gdy zasypiałem, śniło mi się to samo: cień wpływający do pokoju, który zbliżał się do mojego łóżka, a potem okrakiem siadał mi na piersiach i dusił, aż nie mogłem złapać tchu. Zadusiłoby mnie w końcu to cholerstwo, gdyby nie sąsiad, co mu się w zeszłym roku umarło. On mi poradził, żebym do łóżka wziął lolę, czyli taki kij zdatny do bicia. I że gdy ta mora znów się za duszenie weźmie, żebym ją sprał tą lolą, ile wlezie. A rano, żebym pilnie się po sąsiadkach rozglądał, bo jak która kulawa i obolała będzie, to znaczy, że to właśnie ona w snach mnie nawiedza. I że od teraz będzie się już bicia bała i więcej w nocy nie przyjdzie.
Jak poradził, tak też zrobiłem. Co prawda moja stara po łbie się pukała, jak żem się z tą lolą do łóżka wpakował, ale ja się uparłem i na morę zasadziłem. Musiałem przysnąć, bo znów we śnie pokój zobaczyłem i tę zjawę sunącą w stronę łóżka. Tym razem jednak nie czekałem, aż mnie zacznie dusić. Jak tylko mi skoczyła na piersi, tak się obróciłem, zwaliłem ją na pierzynę i zacząłem kijem okładać.
Oj, jak mi się wtedy od starej dostało! Pierze fruwało, tak tłukłem tę morę. Poduszka do niczego się już nie nadawała. Ale wiecie co? Rano przyszła nas odwiedzić Marciniakowa. Kulało to babsko i całe obolałe było, a jak żem ją o zdrowie zapytał, to tak mnie zbluzgała, że aż mi w pięty poszło. I wiecie co? Od tej pory już nic mnie w nocy nie dusiło i mora więcej się nie pojawiła.
Tak to sobie wspominałem, grzejąc się na słoneczku i patrząc, jak pszczoły obsiadły długie leszczynowe kotki. Brzęczenie się takie zrobiło, jakbym przy samych ulach siedział, a robotnice śmigały w słoneczku między leszczynami i pasieką i nosiły złocisty pyłek.
Powoli, powoli słoneczko gasło, na leszczynach robiło się coraz ciszej. Znad pól poniosło się wołanie żurawi. Wiatr ucichł na amen i taki spokój w powietrzu się zrobił, jakby na moment czas się zatrzymał.
Wiosna to albo przychodzi całą parą, albo ślimaczy się, jakby chciała się z zimą miejscami zamienić. Tego roku zupełnie jej się nie spieszyło. Po kilku dniach ciepła, gdy pszczoły wyleciały na leszczyny, znów zimnisko wróciło, i to takie paskudne, podszyte wilgocią.
W chałupie się zamknąłem i tylko przez okno patrzyłem, co też na tym świecie się wyrabia najlepszego. Nie uwierzycie pewnie, ale zaraza nas nawiedziła. Ludzie powariowali i zaczęli się zachowywać jak po wojnie prusko-austriackiej, gdy każdy się w chałupach zawierał, sąsiadów nie wpuszczał, do miasta nie jeździł i na domowników jak na wroga patrzył, czy aby który nie gorączkuje i choroby nie przywlókł do domu.
Wtedy, w 1866 roku, podobno w naszej wsi zaczęło się od podróżnego, co ze studni jednej wody się napił. Tam też, przy tej studni, pierwsi pomarli domownicy, a potem zaraza rozniosła się po sąsiadach. Księża zalecali na czczo pić spirytus albo wino i na twarzach nosić opaski skropione octem. Na początku zmarłych to nawet na poświęconej ziemi chowano pomimo zakazów. Ludzie wzięli się na sposób i na wozach z sianem czy słomą trumny przemycali na cmentarz. Potem władze odkryły ten proceder i zmarłych trzeba było chować na rozstajach wsi.
Po tamtej zarazie w każdej wiosce cmentarze choleryczne się ostały. W zasypywanych wapnem dołach leżeli sąsiad na sąsiedzie. Dorośli i dzieciaczki. Do dzisiaj nocami po ramionach krzyża i po gałęziach lip dziwne ogniki skaczą. Mówią, że to dusze tych umarłych, co się przez zarazę ze światem niespodziewanie rozstali.
Więc jak nam teraz w telewizji zarazę ogłosili, to nikomu do śmiechu nie było. Wszystkim w domach kazano siedzieć, maski na twarzach nosić, dezynfekować, co się da i co się nie da też. Samemu to ciężko z taką tam zarazą, więc zarządzili my zebranie na środku wsi, żeby o tym koronawirusie na spokojnie porozmawiać. Spotkanie zaczęło się na powietrzu, z zachowaniem dystansu społecznego, ale jak chłopy zaczęły się dezynfekować, to wszyscy wylądowaliśmy u Boryty w chałupie. Siedliśmy chłop przy chłopie, jak na poważne zebranie przystało, i debatowaliśmy o tym, co tu z tą zarazą zrobić.
— W telewizji mówią, że najlepiej tego koronawirusa alkoholem traktować — dowodził jeden.
— A szwagier mojego sąsiada już zimą tę zarazę złapał i dwa tygodnie z łóżka nie mógł wyjść — dzielił się nowinami drugi.
— Wystarczy czosnek jeść i żadna cholera człowieka nie weźmie — radził trzeci.
Posiedzieli my, pogadali, do chałup się rozleźli. Gruchnęła potem wieść po wsi, że Boryty teściowa po tym zebraniu na covid zeszła. Nie wiem, czy to prawda, ale ona niepijąca była, to może i jej ta zaraza zaszkodziła.
Jak to zwykle przy okazji takich klęsk bywa, różne teorie się pojawiły na temat tego, kto za tym wszystkim stoi. Jedni mówią, że Chińczycy. Inni, że zmowa możnych tego świata, żeby świat odludnić. Ja tam nie wiem, jak jest naprawdę. Ba, te wszystkie dziennikarze, co covida na różne sposoby w telewizji pokazywały, też pewnie nie wiedzą, ale ich zadaniem jest udawać, że przekazują maluczkim najprawdziwszą prawdę. Choć jak mówi moja wnuczka Basia: „w dziennikarstwie i polityce prawdy nie ma, jest tylko interpretacja faktów”. Ja tam na sprawach wielkich tego świata się nie wyznaję, za to wiem tylko jedno. Na każdej wojnie i na każdym nieszczęściu ktoś się bogaci. A ty jak się nie obrócisz, dupa zawsze z tyłu — mawia Boryta i ja się z nim z całego serca zgadzam.
À propos Boryty. Jednego dnia słoneczko niespodzianie się z tej wiosennej pluchy wyłoniło, więc poszli my na rowy na szczupaczki. Uważać trzeba bardziej niż zwykle, bo policja po wioskach jeździła i do chałup zaglądała, czy ci, co mają kwarantannę, grzecznie w środku siedzą i zarazy nie roznoszą.
Przejechali my rowerami koło starego młyna. Ścieżka wzdłuż olchowego lasku powiodła nas na łąki, gdzie rzeka na wiosnę swobodnie się rozlewa. Słoneczko pięknie przygrzewało, aż się te rozlewiska skrzyły od promieni. Gęsi nad naszymi głowami cięły skrzydłami błękitne niebo w wiosennym, radosnym pośpiechu.
— Tak to jest… — Boryta podniósł głowę i zapatrzył się w lecące klucze gęsi. — Jesienią to lecą powoli, smętnie pogęgują, szukają sposobu na to, żeby jednak za szybko nie odlecieć. A wiosną pędzą na złamanie karku, jakby się za nimi paliło. Tak im śpieszno do miłości, do pisklaków.
Trawa stała pod wodą nieruchomo, gdy my na rowie prowadzącym do rzeki słępik stawiali. W przezroczystej wodzie widać było każdy liść i każde źdźbło. Jak się na te pozimowe kolory patrzy, to aż dziwne, ile można znaleźć odcieni w tych brązach i brunatnościach. I tak to wszystko ze sobą poprzeplatane, że najlepszy malarz by tego nie przeniósł na płótno, a przyroda, proszę, takie dzieło sztuki z przemijania potrafi stworzyć. Zamyśliłem się nad tym, zapatrzyłem na wodę, którą leciutko marszczył podmuchami ciepły, wiosenny wiatr.
Boryta polazł gdzieś w te łąki, a ja oparłem się o olchę i po prostu trwałem w takim zawieszeniu między błękitnym niebem nad głową i tym błękitem, co się odbijał w rozlewiskach. Od lasu poniosło się donośne trąbienie żurawi. Na lekkim wzniesieniu para tych ptaków odprawiała swój godowy rytuał. Rozłożone skrzydła, ukłony, podskoki, półobroty i drobienie nóżkami, cały ten spektakl połączony był z czułością, jaką sobie ptaszyska na każdym kroku okazywały.
Aczłowiek niejeden durny taki, chciałby na skróty miłości bez miłości zaznać. Bez oglądania się na to drugie, bez troski, bez pokazania, że świata poza tym drugim nie widzi. Nie wiem, kto mądrzejszy ibardziej ludzki wtym świecie: ludzie czy zwierzęta — pomyślało mi się, nim chlupotanie usłyszałem i Boryta do mnie przyczłapał.
— Marceli, nie jest dobrze. Może nawet jest całkiem źle — oznajmił, a minę miał nietęgą.
— Ale że co? — zapytałem, bo do gadania się nie brał.
— Nie ma ich. Nie ma szczupaków. Ani jednego szczupaczka! Wiosna jest, słońce jest, rozlewiska są, ale szczupaków nie ma — westchnął z troską.
— Ale że jak? — zdziwiłem się okrutnie.
— A no że tak… — zasępił się Boryta.
Popatrzyliśmy po sobie i jakiś taki niepokój nas chwycił.
— Może się spóźniliśmy, może już się wytarły. Albo dopiero pójdą na tarło — próbowałem zgadywać, ale Boryta tylko pokręcił głową.
— Pilnowałem. Dawniej to w rowach aż się gotowało, jak szczupak szedł zrzucić ikrę. A od jakiegoś czasu tylko pojedyncze sztuki widać, a i to jakieś takie płochliwe. Myślałem sobie, że pogoda nie taka, że może ktoś rzekę przegrodził, ale nie. Rok w rok to samo. To nawet przestałem słępik zarzucać, bo kombinowałem, że może się rozmnożą czy coś. Ale albo rozlewisk na wiosnę nie było, albo wyschły tak szybko, że ten narybek ptaki wyłowiły, zanim zdążył do rzeki i do jeziora spłynąć. Jest źle, Marceli. — Pokręcił głową i jakoś się skurczył w sobie. — Nasz świat się kończy — rzucił po chwili i poszedł słępik wyciągnąć, bo na rozlewiskach całkiem pusto było, a trawy wystające z wody, które zwykle bujały się pod naporem szczupaczych ciał, tym razem zupełnie nieruchomo trwały.
Ciężko nam jakoś było wracać do chałupy. Koło krzyża każdy z nas pojechał w swoją stronę i zabrał ze sobą bagaż smutnych myśli o zmianach, jakie w świecie zachodzą. Na dodatek pogoda jakoś błyskawicznie się zepsuła, zimny wiatr powiał i znów niebo zaciągnęło się szarówką.
W życiu człowieka jest czas zły i czas dobry. Ten czas całkiem niedobry był dla nas.
Ciepło się zrobiło dopiero przed samymi świętami. Księżyc ostro szedł do pełni, słoneczko przygrzewało i powietrze zrobiło się takie wilgotne, pachnące wzruszoną ziemią i budzącą się do życia przyrodą. Chłopy z ciągnikami na pola wyskoczyły i bronowały, męczyły tę ziemię agregatami, siały na potęgę. Gwarno się na polach zrobiło, bo całymi kluczami gęsi na wschód ciągnęły, a z nimi drobniejsze ptasie tałatajstwo. Któregoś dnia na polu z tysiąc czajek przysiadło, ale ze świtem poderwały się do lotu i poleciały szukać swojego przeznaczenia.
Smutno mi się zrobiło, gdy to widowisko oglądałem, bo na naszych łąkach już czajek nie uświadczysz. Dawniej, jak się weszło między trawy, to spod nóg się dziesiątkami zrywały, a krążyły nad głowami, a zawodziły, byle tylko człowieka od jajek i piskląt odciągnąć. A dzisiaj nic. Cisza. Zniknęły z naszego świata i tylko na przelotach popatrzyć na nie można.
Zmiany zachodzą, czy tego chcemy, czy nie. I nie wszystkie są zmianami na gorsze, choć na starość to człowiek zaczyna widzieć wszystko w szarościach, jakby mu oczy się popsuły po kilkudziesięciu latach patrzenia na kolory. Czy to źle, że takie widzenie się pojawia, tego to ja już nie wiem. Może te szarości pozwalają widzieć świat takim, jaki jest? Bez złudzeń? Bez naginania rzeczywistości do oczekiwań? Bez dramatów związanych z tym, że nie jest taki, jakim byśmy go chcieli mieć? Nie wiem. Tyle wiem, że w naszej okolicy białe czaple się pojawiły, a ich nie było. Tyle wiem, że dawniej żurawia bardzo ciężko było zobaczyć, a dzisiaj niemal na każdej łączce chodzi. Nic nie dzieje się bez przyczyny i żadne działanie nie pozostaje bez śladu.
No, ale wracając do tematu. Jak już się zrobiło ciepło, to i mnie do ogrodu trzeba było się wybrać. Ja to już ziemi nie mam, tylko kawałek ogródka, co go jeszcze na jesień skopałem. I kawałek starego sadu, który cierpliwie co zimę przycinam, żeby mi te boskoopy i wilhelmówki pięknie owocowały. Zwykle kobita ogrodem się zajmowała, ale i to na mnie z czasem spadło, więc wziąłem się za sianie i sadzenie, bo mówią, że nasiona w Wielkim Tygodniu w ziemię wrzucone najlepszy plon dają. Długo w ziemi nie pogrzebałem, choć skowronki tak mi nad głową dzwoniły, że w sercu od razu raźniej się robiło. Jak zwykle do pasieki mnie poniosło, a stara tylko ręką machnęła, bo wiadomo, jak do czegoś serca nie masz, to choćbyś nie wiem, jak się starał, i tak nic z tego nie wyjdzie.
Rozpaliłem próchno w podkurzaczu, założyłem kapelusz i zacząłem zaglądać do uli. Pszczoły siadały mi na dłoniach, ale łagodne były, łaskawe, jak to zwykle na wiosnę. Zdejmowałem korpusy i zeskrobywałem z dennic zimowy osyp do wiaderka. W jednych ulach więcej tego było, w innych mniej. Wiadomo, w tych pozimowych śmieciach to i martwe pszczoły się znajdą, i woskowe odsklepiny, a że pszczoły zajęte są wychowywaniem czerwiu i zbieraniem pierwszego nektaru, to im trzeba w porządkach dopomóc.
Oglądałem ramki, na których królowe już pierwsze jajeczka złożyły. Sprawdzałem, czy po zimie pszczoły mają jeszcze jakieś zapasy. Słuchałem tego zaaferowanego brzęczenia robotnic, które latały na kwitnące ałycze i krokusy. Patrzyłem, jak z poidełka wypełnionego mchem pszczoły wodę zbierają. I gdy skończyłem już przeglądanie uli, usiadłem na ławeczce, a świat wydał mi się nieskończenie piękny.
Człowiek tylko ten świat szpetnym czyni, mawiała moja kobita, gdy telewizję włączałem, żeby sprawdzić, co się w polityce dzieje. I choć sarkałem na nią, że głupia, że świata nie rozumie, to z biegiem lat coraz częściej przyznaję jej rację. Bo czy jest inne jakieś stworzenie, które dla siebie tylko o bogactwo zabiega? Nie dla rodziny, nie dla społeczności, ale dla siebie jednego? No nie ma, chyba że do ludzi jest podobny. A przecież ile jedna osoba może zjeść? Ile może wypić?
