Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Są książki dziwne, ale i takie, przy których samo słowo „dziwność” wydaje się zbyt skromne. Impresje z Afryki Raymonda Roussela należą do tej drugiej kategorii. To powieść, która udaje relację z podróży, by za chwilę przeobrazić się w katalog cudów, pokaz osobliwości, machinę narracyjną napędzaną wyobraźnią równie ścisłą, co nieobliczalną. Afryka jest tu miejscem i zarazem dekoracją, pretekstem i sceną, na której rzeczy, słowa i zdarzenia występują przeciw zdrowemu rozsądkowi.
Roussel, jeden z wielkich patronów nowoczesnej literatury, podziwiany przez surrealistów, OuLiPo i wszystkich miłośników literackich wynalazków, tworzy świat rządzony logiką snu, ale skonstruowany z matematyczną precyzją. Każdy szczegół ma znaczenie, choć znaczenie to nie zawsze daje się uchwycić od razu; każda scena wydaje się kaprysem, choć za kaprysem stoi bezwzględna dyscyplina formy.
Czyta się tę książkę jak zapis fantazji ekscentrycznego inżyniera albo sen śniony przez encyklopedię. A zarazem trudno oprzeć się wrażeniu, że właśnie tutaj, w tej osobliwości utkanej z pozorów, rodzi się znaczna część literatury XX wieku.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 326
Data ważności licencji: 6/30/2033
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału i podstawa przekładu: Impressions d’Afrique, Flammarion 2005
© for the Polish translation and afterword by Tomasz Swoboda
© for this edition by Officyna s.c.
Wydanie I, Łódź 2026
Redakcja: Karol Poręba
Korekta: Łukasz Urbaniak, Maja Wójcik
Projekt okładki: Nina Dębowiak
Wydawnictwo Officyna s.c.
93-114 Łódź, ul. Przędzalniana 99
[email protected], www.officyna.com.pl, tel. 508 156 066
ISBN 978-83-67948-44-9
Publikacja ukazała się przy wsparciu Instytutu Książki w ramach programu wydawniczego Inne Tradycje. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej Nr 3/DF-VII/2026
Książkę wydano dzięki dofinansowaniu Instytutu Francuskiego w Polsce w ramach Programu Wsparcia Wydawniczego Boy-Żeleński.
Cet ouvrage, publié dans le cadre du Programme d’aide à la publication Boy-Żeleński, a bénéficié du soutien de l’Institut français de Pologne.
Cette traduction a été réalisée avec le soutien du Centre national du livre.
Niniejszy przekład został zrealizowany dzięki wsparciu Centre national du livre.
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Około czwartej owego 25 czerwca wszystko zdawało się gotowe na sakrę Talou VII, cesarza Ponukele, króla Drelszkaffu.
Pomimo zachodzącego słońca w tym sąsiadującym z równikiem rejonie Afryki panował dokuczliwy skwar i wskutek burzowej temperatury, której nie łagodziła żadna bryza, każdy z nas czuł przykre rozdrażnienie.
Przede mną roztaczał się widok rozległego Placu Trofeów, mieszczącego się w samym sercu Eżiru, okazałej stolicy, pełnej niezliczonych chat i podmywanej Atlantykiem, którego daleki szum docierał do mnie z lewej strony.
Doskonały kwadrat esplanady wytyczały rzędy stuletnich sykomor; na głęboko wbitych w korę każdego pnia orężach widniały ścięte głowy, łachmany i ozdoby wszelkiej maści, zgromadzone przez Talou VII bądź jego przodków po tym, jak wracali z niejednej zwycięskiej kampanii.
Po mojej prawej, przed środkowym punktem rzędu drzew, wznosiła się przypominająca olbrzymi teatr marionetek pewna czerwona scena, na której frontonie widniały słowa „Klub Nieporównanych”, tworzące dwa wiersze srebrnych liter wspaniale otoczone szerokimi złotymi promieniami, rozchodzącymi się we wszystkich kierunkach niczym wokół słońca.
Na odsłoniętej teraz scenie stół i krzesło zdawały się czekać na prelegenta. Pod kilkoma nieoprawionymi portretami, przyszpilonymi tylko do płóciennego tła, widniało tak pomyślane objaśnienie: „Elektorzy brandenburscy”.
Bliżej mnie, w linii czerwonego teatru, wznosił się szeroki drewniany cokół, na którym stał pochylony Nair, młody, zaledwie dwudziestoletni Murzyn, i oddawał się jakiejś pochłaniającej go pracy. Górne koniuszki dwóch palików zatkniętych po jego prawej w kątach cokołu były połączone długim, giętkim szpagatem, który uginał się pod ciężarem trzech powieszonych przedmiotów, wystawionych z osobna niczym fanty podczas tomboli. Pierwszy był niczym innym jak melonikiem, na którego czarnym denku widniało zanotowane białawą majuskułą słowo „schwytana”; dalej wisiała ciemnoszara zamszowa rękawica, odwrócona wewnętrzną stroną i ozdobiona literą „c”, napisaną byle jak przy pomocy kredy; na ostatnim miejscu huśtał się lekki, pełen dziwnych hieroglifów arkusz pergaminu, który za winietę miał dość zgrzebny rysunek, przedstawiający pięć postaci, celowo ośmieszonych ogólną postawą i groteskowymi rysami twarzy.
Prawą stopę uwięzionego na cokole Naira trzymał splot grubych powrozów, które tworzyły istny kołnierz, ściśle przytwierdzony do solidnej platformy; przypominający żywy posąg chłopak wykonywał powolne, precyzyjne gesty, prędko wymawiając szeptem szereg wyuczonych słów. Całą jego uwagę przykuwała postawiona przed nim na osobliwej podporze chwiejna piramida z trzech zespolonych kawałków kory; podstawa, zwrócona w jego stronę, lecz wyraźnie podwyższona, służyła mu za krosno tkackie; na dostawce w zasięgu jego ręki leżał zapas strąków owoców, pokrytych szarawą roślinną substancją, przywodzącą na myśl kokon larw gotowych przeobrazić się w poczwarki. Ściskając dwoma palcami kawałek tej delikatnej powłoki i zbliżając do siebie dłoń, młodzieniec robił ciągliwą nić, podobną do babiego lata, jakie wiosenną porą unosi się w lasach; z tych niepostrzegalnych włókien tworzył niezwykle misterne, złożone dzieło, gdyż jego obie ręce pracowały z bezprzykładną sprawnością, na wszelkie sposoby kiprując, wiążąc i splatając bajeczne nici, które wdzięcznie się ze sobą łączyły. Bezgłośnie recytowane zdania pomagały mu nieomylnie wykonywać brawurowe i precyzyjne zabiegi; najmniejszy błąd mógł spowodować nieodwracalny uszczerbek, a bez formuł, które zaczerpnął z jakiegoś zapamiętanego co do słowa zbioru, Nair nigdy nie osiągnąłby celu.
Na dole po prawej inne piramidy leżące u stóp piedestału ze szczytem zwróconym do tyłu pozwalały docenić efekt pracy po jej zakończeniu; stojąca i widoczna podstawa była subtelnie zaznaczona ledwie widoczną tkaniną, cieńszą niż pajęczyna. W głębi każdej piramidy przymocowany łodyżką czerwony kwiat przemożnie kierował wzrok za niedostrzegalny woal bezcielesnej tramy.
Opodal sceny Nieporównanych, na prawo od aktora, dwa paliki oddalone od siebie o cztery do pięciu stóp podtrzymywały ruchomy przyrząd; na bliższym sterczała długa oś, wokół której pas żółtawego pergaminu zaciskał się w gruby zwój; solidnie przygwożdżona do dalszego palika i ułożona płasko kwadratowa deszczułka służyła za podstawę pionowego cylindra, powoli poruszanego przez zegarmistrzowski mechanizm.
Żółty pasek, nieprzerwanie rozwijający się przez całą długość interwału, oplatał cylinder, który obracając się, przeciągał go nieustannie na swoją stronę kosztem oddalonej osi, siłą wprawianej w wirowy ruch.
Zastępy namalowanych grubą kreską na pergaminie dzikich wojowników zostały ukazane w najróżniejszych pozach; jedna kolumna, pędząca co tchu, zdawała się gonić pierzchającego wroga; jakaś inna, czatująca za skarpą, cierpliwie czekała na okazję do skoku; tutaj dwie równe liczbą falangi zaciekle walczyły wręcz; tam wypoczęte oddziały wyrywały się do przodu, by dzielnie skoczyć w odległy wir walki. Dzięki wielkiej różnorodności uzyskanych efektów niekończący się pochód oferował bez przerwy nowe strategiczne niespodzianki.
* * *
Naprzeciw mnie, po drugiej stronie esplanady, stało coś na kształt ołtarza z kilkoma schodami pokrytymi miękkim dywanem; warstwa białej farby przetykanej niebieskawymi liniami sprawiała, że z daleka całość wyglądała na marmurową.
Na sakralnym stole, mającym postać długiej deszczułki umieszczonej w połowie wysokości budowli i przykrytej obrusem, widniał pergaminowy prostokąt zabazgrany hieroglifami i ustawiony przy sporym naczyniu z oliwą. Obok stał większy arkusz ozdobnego papieru z tytułem starannie zapisanym gotyckimi literami: „Ród panujący w Ponukele-Drelszkaffie”; pod tym nagłówkiem widniał okrągły portret, rodzaj misternie pokolorowanej miniatury, przedstawiający dwie młode, trzynasto-, czternastoletnie Hiszpanki w tradycyjnych mantylach – doskonałe podobieństwo ich twarzy wskazywało, że to bliźniaczki; w pierwszej chwili obraz wydawał się integralną częścią dokumentu, kiedy jednak spojrzało się uważniej, oczom ukazywał się wąski pasek przezroczystego muślinu, który, przyklejony zarówno do brzegu namalowanej tarczy, jak i do powierzchni solidnego welinu, czynił tyleż doskonałym, co możliwym połączenie obu przedmiotów, w rzeczywistości od siebie niezależnych; na lewo od podwójnej podobizny rozpościerało się zapisane wielkimi literami imię „souann”; reszta arkusza poniżej wypełniona była genealogiczną nomenklaturą obejmującą dwie odrębne gałęzie, równolegle wywodzące się od uroczych Iberyjek, które znajdowały się u ich szczytu; jedna z linii kończyła się słowem „Wygaśnięcie”, jego litery, niewiele mniejsze od tych w tytule, wzmacniały wrażenie; druga linia natomiast, niesięgająca tak nisko jak sąsiednia, brakiem finalnej kreski zdawała się rzucać wyzwanie przyszłości.
Opodal ołtarza, po prawej, zieleniła się olbrzymia palma, której wspaniałe listowie dowodziło długiego wieku; na przytwierdzonej do tronu tablicy widniało takie pamiątkowe zdanie: „Restauracja cesarza Talou IV na tronie przodków”. Szczyt osłoniętego z boku przez palmy, wbitego w ziemię pala stanowił kwadratową platformę dla leżącego na nim jajka na miękko.
Po lewej, w podobnej odległości od ołtarza, wysoka roślina, stara i nędzna, stanowiła smutne pendant do promieniejącej palmy; był to pozbawiony już soków i gnijący kauczukowiec. Na ułożonej w jego cieniu podściółce z gałęzi leżał na płasko trup murzyńskiego króla Yaoura IX w klasycznym stroju Małgorzaty z Fausta, czyli z małą sakiewką, w różowej wełnianej sukni i obfitej blond peruce, której długie warkocze, opadające na ramiona, sięgały władcy aż do kolan.
* * *
Na lewo ode mnie, zwrócony tyłem do rzędu sykomor, przodem zaś do czerwonego teatru wznosił się budynek w kolorze kamienia, przypominający miniaturową Giełdę Paryską.
Między nim a północno-zachodnim rogiem esplanady stało w szeregu kilka posągów naturalnej wielkości.
Pierwszy przedstawiał mężczyznę śmiertelnie ranionego wbitym w serce ostrzem. Jego obie dłonie instynktownie sięgały ku ranie, podczas gdy nogi uginały się pod ciężarem przechylonego do tyłu i gotowego runąć ciała. Posąg był czarny i na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie wykonanego z jednej bryły; wzrok jednak odkrywał stopniowo niezliczone żłobienia, które szły we wszystkich kierunkach i na ogół tworzyły równoległe układy. W rzeczywistości dzieło w całości zbudowane było z mnóstwa gorsetowych fiszbinów wygiętych na potrzeby modelunku. Te elastyczne blaszki, ułożone tak kunsztownie, że nie było między nimi najmniejszej szczeliny, były ze sobą połączone gwoździami z płaską główką, których czubek zapewne zaginał się gdzieś w środku. Twarz postaci, sugestywnie naznaczoną bólem i trwogą, złożono z dopasowanych kawałków, wiernie oddających kształt nosa, ust, łuków brwiowych i oczodołów. Trzonek sztyletu wrażonego w serce umierającej postaci został zapewne wykonany z niemałym trudem, gdyż na wytworną rękojeść złożyło się parę osobnych fiszbinów, pociętych na krótkie kawałki, zaokrąglone niczym pierścienie. Muskularne ciało, przykurczone ramiona i żylaste, ugięte nogi – wszystko zdawało się cierpieć i dygotać, a decydował o tym ujmujący, doskonały kształt, jaki nadano niezmiennie ciemnym blaszkom.
Stopy posągu spoczywały na bardzo prostym wehikule, którego dolna platforma oraz cztery koła zrobiono z innych, przemyślnie połączonych czarnych fiszbinów. Dwie wąskie szyny, wykonane z naturalnej, czerwonawej i galaretowatej substancji, będącej niczym innym jak cielęcymi płuckami, ułożone zostały na poczernionej, drewnianej powierzchni, i jeśli nie barwą, to modelunkiem do złudzenia przypominały fragment torów kolejowych; to do nich dopasowywały się, nie miażdżąc ich, cztery nieruchome koła.
Owo jezdne podłoże tworzyło górną część drewnianego, całkiem czarnego piedestału, na którego przedniej stronie zamieszczono tak pomyślany biały napis: „Śmierć heloty Saridakisa”. Poniżej widniała następująca kompozycja, również zapisana śnieżnobiałymi literami, na poły grecka, na poły francuska, a towarzyszyła jej zgrabna akolada:
Obok heloty stało popiersie myśliciela o zmarszczonych brwiach, na którego twarzy znać było ślady płodnej i dogłębnej medytacji. Na cokole dało się zaś wyczytać to nazwisko:
IMMANUEL KANT
Dalej stała grupa rzeźbiarska ukazująca tkliwą scenę. Jeździec o powierzchowności okrutnego siepacza zdawał się przesłuchiwać stojącą u bramy klasztoru zakonnicę. Na drugim planie, zakończonym płaskorzeźbą, inni zbrojni na rączych rumakach czekali rozkazu dowódcy. Na podstawie, za poniższym tytułem zapisanym wyżłobionymi literami: „Kłamstwo mniszki Perpetuy”, stało takie zapytanie: „Czy to tu ukryli się zbiegowie?”.
Jeszcze dalej inne ciekawe dzieło, zaopatrzone w takie oto objaśnienie: „Regent kłaniający się Ludwikowi XV”, ukazywało Filipa Orleańskiego w kornej, pełnej szacunku pozie przed dziesięcioletnim zaledwie królem, który przybrał postawę naturalnego, mimowolnego majestatu.
Inaczej niż helota, popiersie i dwie sceny grupowe wykonane były z terakoty.
Norbert Montalescot w spokoju i czujnie zarazem spacerował pośród swoich dzieł, doglądając zwłaszcza heloty, którego kruchość mogła być szczególnie podatna na nierozważny dotyk byle przechodnia.
Za ostatnim posągiem stała niewielka budka bez drzwi, jej cztery ścianki o zbliżonej szerokości wykonane zostały z grubego czarnego płótna, niechybnie gwarantującego absolutną ciemność. Dach, lekko nachylony w jedną tylko stronę, zbudowano z dziwnych książkowych stronic, pożółkłych i pociętych w kształt dachówek; tekst, złożony sporą czcionką i wyłącznie po angielsku, był wyblakły, gdzieniegdzie zamazany, lecz na części kartek, których górne partie nie uległy zniszczeniu, widniał wyraźny jeszcze tytuł: The Fair Maid of Perth. Pośrodku zadaszenia uwypuklał się szczelnie zamknięty judasz w charakterze witrażu ukazującego te same przebarwione ze starości i od używania stronice. Całość tej zwiewnej pokrywy musiała rozsiewać pod sobą żółtawe, rozproszone światło pełne kojącej słodyczy.
Coś w rodzaju akordu przypominającego barwą instrumenty dęte, tyle że przytłumione, wydobywało się w regularnych odstępach z wnętrza budki, dając istne złudzenie muzycznego oddechu.
* * *
Umieszczony w jednej linii z giełdą, tuż przed Nairem, kamień nagrobny służył za podstawę różnych części munduru żuawa. Strzelba i kartusze uzupełniały tę militarną spuściznę, wedle wszelkich znaków mającą pieczołowicie uwieczniać pamięć o pochowanym żołnierzu. Na ustawionej pionowo za płytą nagrobną obitej czarną tkaniną tablicy wisiało dwanaście akwarel, po trzy w każdym z czterech rzędów w równych odstępach. Dzięki podobieństwu postaci ta seria obrazów sprawiała wrażenie, jakby była związana z jakąś dramatyczną opowieścią. Nad wszystkimi obrazami widniało w charakterze tytułu kilka zapisanych pędzlem słów.
Na pierwszej kartce byli jakiś podoficer i jasnowłosa kobieta w jaskrawym stroju, usadowieni na kanapie luksusowej wiktorii; na ich tożsamość zwięźle wskazywały słowa „Flora i adiutant Lécurou”.
Dalej wisiało „Przedstawienie Dedala”, wyobrażone jako szeroka scena, na której solista w greckich draperiach zdawał się śpiewać pełnym głosem; na widowni w pierwszym rzędzie powracał adiutant siedzący obok Flory, która patrzyła przez lornetkę na artystę.
Na „Poradzie” stara kobieta w obszernej rotundzie na głowie kierowała uwagę Flory na przyszpiloną do ściany mapę nieba i ceremonialnie wskazywała palcem gwiazdozbiór Raka.
„Tajemna korespondencja”, rozpoczynająca drugi rząd odbitek, ukazywała kobietę w rotundzie przekazującą Florze jeden z owych specjalnych kluczy, niezbędnych do rozszyfrowania pewnych kryptogramów, a będących prostym, tyle że dziwnie podziurkowanym kawałkiem kartonu.
Scenerią „Sygnału” był ogródek niemal pustej kawiarni, przed którą ciemnowłosy żuaw, sam przy stoliku, wskazywał garsonowi wielki dzwon bijący na wieży sąsiedniego kościoła; pod spodem dało się przeczytać krótki dialog: „Garson, na co dzwonią? – Na adorację. – W takim razie poproszę porcję arlekinu”.
„Zazdrość adiutanta” ukazywała dziedziniec koszar, na którym Lécurou, podnosząc cztery palce prawej ręki, jakby dawał srogą reprymendę żuawowi z poprzedniego obrazka; scenie towarzyszyło pospolite określenie z gwary wojskowej: „Cztery dni paki!”.
Wiszący na początku trzeciego rzędu „Bunt najemnika” wprowadzał do intrygi żuawa o jasnych blond włosach; odmawiając Lécurou wykonania rozkazu, sprzeciwiał się zapisanym pod akwarelą jednym słowem „Nie!”.
„Śmierć winowajcy”, podkreślona komendą „Cel!”, przedstawiała pluton egzekucyjny, na polecenie adiutanta mierzący w serce żuawa o złotych włosach.
Na „Lichwiarskiej pożyczce” powracała kobieta w rotundzie, by wręczyć kilka banknotów Florze, która, siedząc przy biurku, zdawała się podpisywać jakieś zobowiązanie dłużne.
Ostatni rząd rozpoczynał się „Policją w szulerni”. Tym razem przez otwarte okno za szerokim balkonem, skąd Flora spadała w przepaść, widać było duży stół do gry otoczony hazardzistami przerażonymi nagłym wtargnięciem kilku ubranych na czarno postaci.
Przedostatni obraz, zatytułowany „Kostnica”, ukazywał od przodu wystawione za szybą i położone na kamiennej płycie ciało kobiety; w tle przytwierdzona na widoku szatelenka napinała się pod ciężarem cennego zegarka.
Wreszcie „Zgubny policzek” kończył serię nocnym pejzażem; w półcieniu czarnowłosy żuaw policzkował adiutanta Lécurou, podczas gdy w oddali odcinający się od lasu masztów i oświetlony jasną latarnią afisz oznajmiał: „Port w Bidżaji”.
Pendant do ołtarza tworzył za mną ciemny, prostokątny budynek niewielkich rozmiarów, którego fasadę stanowiła lekka krata o cienkich, pomalowanych na czarno prętach; czwórka skazańców, dwóch mężczyzn i dwie kobiety tubylczej rasy, błąkała się w ciszy po tym ciasnym więzieniu; nad kratą czerwonawymi literami zapisano słowo „Areszt”.
U mego boku stała liczna grupa pasażerów Linkeusa, czekająca na pojawienie się zapowiadanego przemarszu.
Wkrótce rozległ się dźwięk kroków; wszystkie spojrzenia skierowały się w lewą stronę, a z południowo-zachodniego rogu esplanady wymaszerował osobliwy uroczysty orszak.
Trzydziestu sześciu synów cesarza w wieku od trzech do piętnastu lat, uszeregowanych według wzrostu w sześciu rzędach, tworzyło na czele murzyńską falangę. Fogar, najstarszy z nich, idąc z tyłu wśród największych, niósł w rękach wielki drewniany sześcian, dzięki dokładnemu pobieleniu wapnem i wetknięciu czarnych krążków zmieniony w kość do gry. Na znak Rao, tubylca mającego nadzorować przemarsz, chłopięcy oddział zaczął powolnym krokiem iść wzdłuż boku esplanady od strony giełdy.
Za nimi w ponętnej procesji podążało dziesięć małżonek władcy, uroczych Ponukelejek pełnych wdzięku i powabu.
Wreszcie ukazał się sam Talou VII, dziwacznie przebrany za śpiewaczkę z kawiarni koncertowej, w błękitnej sukni z dekoltem, ciągnącej z tyłu długi tren, na którym czarnymi cyframi zapisano liczbę „472”. Jego murzyńska twarz, tryskająca dzikim wigorem, odznaczała się pewnym charakterem, kontrastującym z kobiecą peruką o obfitych, starannie ułożonych w fale blond włosach. Za rękę prowadził swoją córkę Syrdę, smukłą, osiemnastoletnią dziewczynę, której dotknięte zbieżnym zezem oczy pokrywało grube bielmo i na której czarnym czole widniało czerwone znamię mające postać usianego żółtymi kreskami gorseciku.
Z tyłu maszerowała ponukelejska armia złożona z rosłych wojowników o hebanowej skórze, uzbrojonych po zęby, a do tego ozdobionych piórami i amuletami.
Orszak szedł mniej więcej w tym samym kierunku, co grupa chłopców.
Przechodząc przed mogiłą żuawa, Syrda, która zapewne liczyła kroki, zbliżyła się nagle do kamienia nagrobnego, gdzie jej usta złożyły długi, rzewny pocałunek, przepojony najczystszą czułością. Spełniwszy ten czcigodny obowiązek, ślepe dziewczę na powrót czule chwyciło ojcowską dłoń.
Zbliżywszy się do skraju esplanady, kierowani przez Rao synowie cesarza skręcili w prawo, by pójść wzdłuż północnego boku obszernego czworokąta; kiedy dotarli do przeciwległego rogu, ponownie zrobili zwrot i skierowali się w naszą stronę, podczas gdy orszak, wciąż zasilany u źródła przez nowe kohorty, szedł dokładnie ich śladem.
Na koniec, po tym, jak weszli ostatni czarni wojownicy, a chłopięca awangarda osiągnęła południową krawędź, Rao rozkazał odejść od ołtarza i wszyscy nowo przybyli w stosownym porządku stanęli po bokach z twarzami zwróconymi ku centrum placu.
Z każdej strony napłynął tłum Murzynów, na który składała się ludność Eżiru, stojąca za sykomorami, by wziąć udział w atrakcyjnym widowisku.
* * *
Wciąż ustawieni w sześciu rzędach cesarscy synowie dotarli na środek esplanady i zatrzymali się naprzeciw ołtarza.
Rao przejął z ramion Fogara gigantyczną kość do gry, którą kilkakrotnie zakołysał, a następnie ze wszystkich sił rzucił nią w powietrze; olbrzymi, półmetrowy sześcian z obrotem poleciał w górę, po czym ta czarno nakrapiana biała bryła, kreśląc niewielki łuk, poturlała się po ziemi, by za chwilę stanąć w miejscu. Rzuciwszy okiem, Rao odczytał na górnej ściance liczbę dwa i, zbliżając się do posłusznej falangi, wskazał palcem drugi rząd, który tym samym pozostał na miejscu; reszta grupy zabrała kość i pobiegła wmieszać się w hordę wojowników.
Talou wolnym krokiem podszedł wtedy do wybranych, których los wyznaczył mu na paziów. Wkrótce cesarz pośród absolutnej ciszy majestatycznie kroczył ku ołtarzowi w towarzystwie sześciu wyróżnionych chłopców, którzy nieśli w dłoniach tren jego sukni.
Przebywszy kilka stopni do niezbyt bogato zastawionego stołu, Talou przywołał Rao trzymającego w dłoniach ciężką koronacyjną szatę, odwróconą na lewą stronę. Cesarz przykucnął i wsunął głowę oraz ręce w trzy otwory wycięte w tkaninie, której obszerne fałdy opadły, okrywając go aż do stóp.
Wystrojony w ten sposób monarcha zwrócił się dumnie ku zebranym, jakby chciał ukazać wszystkim swoje nowe szaty.
Na drogocennej jedwabnej tkaninie widniała wielka mapa Afryki, na niej zaznaczono najważniejsze jeziora, rzeki i pasma górskie.
Blada żółć lądu kontrastowała z cieniowanym błękitem morza, które sięgało z każdej strony tak daleko, jak wymagał tego krój stroju.
Cienkie srebrne prążki kreśliły zgrabne łuki i zygzaki na powierzchni oceanu, schematycznie ukazując nieustanne falowanie wód.
Między szyją a stopami cesarza zmieściło się tylko południe kontynentu.
Czarny punkt na zachodnim brzegu i towarzysząca mu nazwa „Eżir” znajdowały się opodal ujścia rzeki, a jej źródło, położone nieco dalej na zachód, wypływało z jakiegoś górskiego masywu.
Rozległa czerwona plama po obu stronach szerokiej rzeki wyznaczała państwa, w których panował wszechmocny Talou.
Chcąc schlebić władcy, autor mapy istotnie przesunął słabo skądinąd znane granice potężnego terytorium, jakie cesarz objął swym berłem; połyskliwy karmin, hojnie rozlany na północy i wschodzie, na południu sięgał aż po sam kraniec, gdzie rzucały się w oczy duże, czarne litery słów „Przylądek Dobrej Nadziei”.
Po chwili Talou odwrócił się w stronę ołtarza; na jego plecach druga część szaty ukazywała północną Afrykę, opadającą na wspak ku tej samej morskiej ramie.
Zbliżał się uroczysty moment.
Monarcha donośnym głosem zaczął czytać tubylczy tekst zapisany hieroglifami na ustawionym pośrodku wąskiego stołu pergaminie.
Było to coś w rodzaju bulli, przy pomocy której Talou, będąc już cesarzem Ponukele, na mocy swej religijnej władzy sam siebie koronował na króla Drelszkaffu.
Po zakończeniu proklamacji władca podniósł naczynie mające wyobrażać ampułkę z olejami świętymi i, stanąwszy bokiem, nalał oliwy na swoją dłoń, a następnie koniuszkami palców rozsmarował ją na czole.
Odstawił flakon na miejsce i zszedł po stopniach ołtarza, w kilku krokach docierając do ocienionej kauczukowcem podściółki. Tam zaś, stawiając stopę na ciele Yaoura, westchnął długo i radośnie, triumfalnie unosząc głowę, tak jakby chciał na oczach wszystkich upokorzyć zwłoki martwego króla.
Po spełnieniu tego aktu pychy złożył w rękach Rao zdjętą pospiesznie, ciężką szatę.
W eskorcie sześciu synów, którzy znów nieśli jego tren, podszedł wolno w naszym kierunku, po czym skręcił ku teatrowi Nieporównanych, by stanąć przed tłumem.
* * *
W tym momencie na środek esplanady przesunęły się małżonki cesarza.
Wkrótce dołączył do nich Rao, niosąc ciężką kamionkę, którą postawił obok na ziemi.
Dziesięć młodych kobiet rzuciło się na naczynie wypełnione jakimś gęstym, czerniawym pokarmem, który jadły z apetytem, podnosząc dłońmi do ust.
Po kilku minutach opróżniona kamionka wróciła do Rao, a nasycone Murzynki rozpoczęły Luenn’szetuz, bardzo w tej krainie ceniony taniec religijny, zarezerwowany na ważne uroczystości.
Najpierw wykonały kilka powolnych ewolucji, wplatając w nie miękkie, faliste gesty.
Od czasu do czasu z ich szeroko otwartych ust wydobywały się imponujące beknięcia, które wkrótce dało się słyszeć z niewyobrażalną częstotliwością. Zamiast tłumić te ohydne dźwięki, kobiety obnosiły się z nimi, rywalizując jak gdyby ich brzmieniem i głośnością.
Ten jednolity chór, towarzyszący spokojnej i wdzięcznej pawanie zamiast muzyki, objawił nam osobliwe zalety nieznanej substancji pochłoniętej przez małżonki cesarza.
Taniec powoli się ożywiał i nabrał fantastycznego charakteru, podczas gdy beknięcia w potężnym crescendo nieustannie przybierały na sile i częstotliwości.
W szczytowym momencie głuche, urywane dźwięki wybijały rytm diabolicznej sarabandy; podniecone, rozczochrane baleriny, wstrząsane straszliwymi beknięciami i uderzeniami pięści, mijały się, goniły, wykręcały się na wszystkie strony jakby ogarnięte dzikim szałem.
Potem wszystko powoli gasło i po długim diminuendo balet zakończył się grupową apoteozą, którą podkreślił finalny akord uwieczniony fermatą.
Chwilę potem młode kobiety, poruszane jeszcze spóźnioną czkawką, wróciły wolnym krokiem na swoje pierwotne miejsce.
* * *
Podczas wykonywania Luenn’szetuz Rao skierował się ku południowej krawędzi esplanady, aby wypuścić z więzienia czarnoskórą grupę złożoną z kobiety i dwóch mężczyzn.
Tylko jedna odosobniona postać błąkała się teraz za grubą kratą.
Torując sobie przejście między nami, Rao powiódł troje nowo przybyłych ze związanymi z tyłu rękami na miejsce wydeptane przez tancerki.
Przepełniona trwogą cisza zapanowała wśród publiczności czekającej na tortury, jakim miano poddać trójkę spętanych.
Rao sięgnął do pasa po pokaźny topór, którego wyszlifowane ostrze wykonane było z dziwnego drewna, twardego jak stal.
Dołączyło do niego kilku niewolników, by asystować mu w obowiązkach kata.
Trzymali zdrajcę Gaiz-duha, któremu kazano klęknąć ze spuszczoną głową, podczas gdy dwoje pozostałych skazańców pozostawało w bezruchu.
Rao zamachnął się trzymanym obiema rękami toporem i trzykrotnie spuścił go na kark zdrajcy. Po ostatnim uderzeniu głowa potoczyła się po ziemi.
Na placu nie pojawiła się żadna czerwona plama, a to dzięki owemu drewnianemu ostrzu, które, wnikając w ciało, powodowało natychmiastowe krzepnięcie krwi, wchłaniając jednocześnie pierwsze jej krople, gdyż ich wypłynięciu nie sposób było zapobiec.
W miejscu ucięcia głowa i szyja były szkarłatne i jędrne jak sztuki rzeźniczego mięsa.
Mimo woli przywodziło to na myśl owe teatralne manekiny, które, zręcznie zastępując aktorów dzięki podwójnemu dnu jakiegoś mebla, zostają na scenie dosłownie pokrojone w dzwonka wymalowane zawczasu w krwiste trompe-l’œil. Tutaj realność zwłok sprawiała, że owa zwarta czerwień, zwykle będąca dziełem artysty malarza, robiła jeszcze większe wrażenie.
Niewolnicy zabrali truchło Gaiz-duha, jak również lekko poplamiony topór.
Wkrótce wrócili, stawiając przed Rao kociołek z gorejącym żarem, w którym czerwieniły się końcówki dwóch długich, żelaznych prętów z prostym, drewnianym trzonkiem.
Mossem, drugi skazaniec, klęknął zwrócony do ołtarza, ukazując podeszwy stóp, paznokciami zaś dotykając ziemi.
Rao przejął z rąk niewolnika pewien zwój pergaminu i szeroko go rozwinął; był to fałszywy akt zgonu Syrdy, sporządzony niegdyś przez Mossema.
Jeden z Czarnych przy pomocy wielkiego liścia palmy nieustannie podsycał ogień, pełen werwy i blasku.
Opierając kolano na ziemi za skazańcem i trzymając pergamin w lewej ręce, Rao chwycił rozgrzany pręt, którego końcem dotknął jednej z odsłoniętych pięt.
Ciało zachrzęściło i Mossem, przytrzymywany przez niewolników, skręcił się z bólu.
Nieugięty Rao kontynuował swoją pracę. Przepisywał słowo w słowo tekst z pergaminu na stopę fałszerza.
Czasem odkładał używany pręt do ognia, by wziąć drugi, aż połyskujący od żaru.
Kiedy lewa podeszwa w całości została pokryta hieroglifami, Rao kontynuował czynność na prawej stopie, wciąż korzystając zamiennie z dwóch rozgrzanych do czerwoności prętów, które szybko się schładzały.
Mossem, tłumiąc głuche okrzyki, czynił potworne wysiłki, by wyzwolić się z tej kaźni.
Gdy kłamliwy akt został wreszcie przepisany co do znaku, Rao podniósł się i kazał niewolnikom puścić Mossema, który, targany straszliwymi drgawkami, na naszych oczach wyzionął ducha, pokonany przez długą udrękę.
Zwłoki wyniesiono, podobnie jak pergamin i kociołek.
Wróciwszy na stanowiska, niewolnicy chwycili Rul, Ponukelejkę o wyjątkowej urodzie, ostatnią pozostałą przy życiu z nieszczęsnego tria. Skazana, w której włosach tkwiły upięte w gwiazdę długie złote szpilki, oprócz opaski na biodrach miała na sobie czerwony aksamitny gorset, na poły rozdarty; całość uderzająco przypominała dziwne znamię na czole Syrdy.
Klęcząc w tym samym kierunku co Mossem, dumna Rul na próżno stawiała rozpaczliwy opór.
Rao wyjął z jej włosów jedną ze złotych szpilek, po czym przytknął jej koniuszek prostopadle do pleców skazanej, wybierając okrągły kawałek skóry widoczny z prawej strony przez pierwsze oczko czerwonego gorsetu, którego sznurówka była zużyta i splątana; potem powolnym, miarowym ruchem wbił ostry drut głęboko w jej ciało.
Usłyszawszy krzyk spowodowany straszliwym ukłuciem i rozpoznawszy w nim głos matki, Syrda rzuciła się do stóp Talou, błagając, by okazał miłosierdzie.
Wtedy Rao, jak gdyby w oczekiwaniu na dodatkowy rozkaz, zwrócił się w stronę cesarza, który stanowczym gestem nakazał kontynuować tortury.
Kolejna szpilka wyjęta z czarnego koka znalazła się w drugim oczku i stopniowo cały rząd najeżył się połyskującymi złotymi drutami; ta sama czynność powtórzona została po lewej stronie, co ogołociło włosy, wypełniając przy tym po kolei wszystkie oczka gorsetu.
Od pewnego momentu nieszczęśnica już nie krzyczała; jedna ze szpilek sięgnęła serca i doprowadziła do jej śmierci.
Szybko pochwycone zwłoki zniknęły tak samo jak wcześniejsze.
* * *
Podniósłszy oniemiałą, przerażoną Syrdę, Talou skierował się ku posągom stojącym w rzędzie opodal giełdy. Wojownicy odsunęli się, żeby zrobić mu miejsce, cesarz zaś, do którego szybko dołączyliśmy, dał znak Norbertowi, a ten, podchodząc do budki, donośnym głosem zawołał siostrę.
Wkrótce zamontowany w dachu judasz powoli się podniósł, po czym opadł w tył, pchany od wnętrza smukłą ręką Luizy Montalescot, która, pojawiwszy się w powstałym w ten sposób otworze, zdawała się wspinać po stopniach drabiny.
Nagle się zatrzymała i, widoczna od pasa w górę, zwróciła się w naszą stronę. Było jej do twarzy w oficerskim przebraniu, a pukle jej długich blond włosów swobodnie opadały z ciasnej, naciągniętej na ucho policyjnej czapki.
Jej błękitny dolman, podkreślający piękną kibić, zdobiły z prawej strony cienkie i lśniące złote akselbanty; to one wygrywały cichy akord, który słyszeliśmy dotąd przez ściany budki, a który powstawał wraz z oddechem młodej kobiety dzięki chirurgicznemu łącznikowi między ścianą płuca a szeregiem zakrzywionych sutaszy, okrywających giętkie, dźwięczne rurki. Pozłacane skuwki, podwieszone do akselbantów niczym czarownie wydłużone ciężarki, były wklęsłe, a wewnątrz nich znajdowała się wibrująca płytka. Przy każdym skurczu płuca część wydychanego powietrza przechodziła przez rozliczne przewody i wprawiała płytki w ruch, wywołując harmonijny dźwięk.
Na lewym ramieniu ponętnej więźniarki nieruchomo siedziała oswojona sroka.
Nagle Luiza dostrzegła ciało Yaoura, wciąż odziane w suknię Małgorzaty i leżące w cieniu starego kauczukowca. Na jej twarzy zarysowało się nagłe wzruszenie i młoda kobieta, zakrywszy dłońmi oczy, rzewnie zapłakała, a wstrząsający jej piersią potworny szloch wzmagał i pomnażał akselbantowe harmonie.
Zniecierpliwiony Talou wypowiedział surowym tonem kilka niezrozumiałych słów, co przywołało nieszczęsną kobietę do porządku.
Powściągając bolesne przerażenie, wyciągnęła prawą dłoń ku sroce, której dwie łapki pospiesznie wskoczyły na wysunięty nagle palec wskazujący.
Luiza obszernym gestem machnęła ręką, jakby miała cisnąć ptakiem, który, wzbiwszy się w powietrze, usiadł na piasku przed posągiem heloty.
Tuż przy powierzchni ziemi, po widocznej stronie czarnego cokołu, wydrążone były dwa niewielkie, oddalone od siebie o ponad metr otwory.
Sroka podeszła do tego dalszego i nagle zanurzyła w nim dziób, uruchamiając jakiś ukryty mechanizm.
Platforma jezdna zaczęła się powoli kołysać, zagłębiając się po lewej wewnątrz cokołu, po prawej zaś unosząc ponad zwykły poziom.
Ponieważ równowaga została zachwiana, pojazd z tragicznym posągiem łagodnie przesunął się na galaretowate szyny, teraz nachylone pod dość znacznym kątem. Cztery koła z czarnych blaszek chroniło przed wykolejeniem wewnętrzne obramowanie, które wystawało odrobinę poza ich obręcz, mocno sczepioną z torami.
Dotarłszy do końca krótkiej trasy, wagonik nagle zatrzymał się na brzegu cokołu.
Podczas tych kilku sekund sroka przeskoczyła w pobliże drugiego otworu i wartko wsunęła w niego dzióbek.
Po kolejnym uruchomieniu pojazd przechylił się w drugą stronę. Stopniowo podnoszony – a następnie pociągnięty w prawo własnym ciężarem – potoczył się bezgłośnie po szynach i dotarł do przeciwnego brzegu cokołu, którego ścianka była teraz przeszkodą stojącą przed unieruchomioną platformą.
Ten ruch w obie strony dokonał się kilkakrotnie, wciąż dzięki zabiegom sroki, skaczącej nieustannie od jednego otworu do drugiego. Posąg heloty pozostawał przymocowany do wehikułu i posłusznie poruszał się wraz z nim, całość zaś była tak lekka, że na szynach, pomimo ich miękkości, nie było ani śladu wytarcia czy zarysowania.
Talou obserwował w zachwycie sukces brawurowego przedsięwzięcia, które wymyślił, samemu nie wierząc w jego powodzenie.
Sroka skończyła te zabiegi z własnej woli i paroma ruchami skrzydeł znalazła się na popiersiu Immanuela Kanta; po lewej stronie podstawy zamocowano krótką żerdkę, by ptak mógł przycupnąć.
Potężne światło rozjaśniło wtedy od środka czaszkę, której ścianki, począwszy od linii brwi wyjątkowo cienkie, okazały się doskonale przezroczyste.
Rozżarzone promienie, symbolizujące ogień geniuszu, z taką mocą rozchodziły się od rozpalonego rdzenia, że musiały się tam znajdować liczne, ustawione we wszystkich kierunkach reflektory.
Sroka często wzlatywała i wracała natychmiast na żerdkę, bez przerwy gasząc i zapalając sklepienie czaszki, gdyż tylko ono świeciło jasnym płomieniem, podczas gdy twarz, uszy i szyja pozostawały ciemne.
Przy każdym obciążeniu wydawało się, że jakaś transcendentna idea rodzi się w zalanym nagle światłem mózgu myśliciela.
Porzuciwszy popiersie, sroka przysiadła na szerokim cokole przeznaczonym dla grupy rzeźbiarskiej z siepaczami; tutaj znowu jej ciekawski dzióbek, tym razem wsunięty do wąskiej pionowej rurki, uruchomił jakiś niewidoczny, delikatny mechanizm.
Na pytanie: „Czy to tu ukryli się zbiegowie?” stojąca przed klasztorem zakonnica wytrwale odpowiadała: „Nie”, kiwając głową na boki po każdym wetknięciu dzioba przez ptaszysko, które zdawało się zbierać pożywienie.
Wreszcie sroka przycupnęła na jednolitej jak podłoga platformie, gdzie wznosiły się dwa ostatnie posągi; wybrane przez inteligentne zwierzę miejsce przedstawiało kunsztowną rozetę, która pod jego ciężarem zapadła się na pół kciuka.
W tej chwili regent jeszcze niżej ukorzył się przed Ludwikiem XV, który spoglądał niewzruszony na ten wyraz grzeczności.
Ptak, skacząc w miejscu, wywołał kilka ceremonialnych ukłonów, po czym przeleciał na ramię swojej pani.
Spojrzawszy jeszcze raz na Yaoura, Luiza zeszła do wnętrza budki i gwałtownie zamknęła judasz, jak gdyby spiesząc się z powrotem do jakiejś tajemniczej pracy.
Dalsza część w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Raymond Roussel, Impresje z Afryki
I
II
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Meritum publikacji
