Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
– Czyli co? Mam rzucić monetą? – Zaśmiała się ironicznie.
– Równie dobrze byś mogła – stwierdził Jacek.
• • •
Pati staje przed najtrudniejszą decyzją w życiu. A przynajmniej tak jej się wydaje. W rzeczywistości ma więcej dylematów niż ten, któremu z chłopaków dać szansę na grę w wyższej lidze. Musi przemyśleć także własną piłkarską przyszłość, znaleźć sposób na wyplątanie się z udawania Pawła i ustalić, czy aby na pewno jest szczęśliwa ze swoimi dotychczasowymi wyborami – tymi miłosnymi również.
Powrót do kobiecego futbolu kusi, zwłaszcza po testowym treningu w Tytanie, ale Patrycja wciąż nie umie się pogodzić z koniecznością odejścia z Torpedy. A jeszcze bardziej obawia się, co się stanie, gdy wyjawi wszystkim prawdę. Chciałaby to zrobić tak, by nie zaszkodzić drużynie ani – co ważniejsze – nie stracić przyjaźni Kuby. Bo nadal chodzi tylko o przyjaźń… Prawda?
Czy Pati jest gotowa ponieść konsekwencje swoich decyzji? W kim znajdzie największe wsparcie? Co odkryje w swoje urodziny? Jak koledzy z Torpedy zareagują na jej wyznanie? I jakim cudem będzie miała już nie jednego, a dwóch ulubionych rudzielców?
• • •
Wróć do świata Dobrze zagrane po raz czwarty i odkryj, jak skończy się ta historia!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 930
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
– Lizus – wyszeptała Markowi na ucho Patrycja i pocałowała go w policzek.
Jej babcia właśnie nakładała chłopakowi trzecią porcję szarlotki, którą chwilę wcześniej nazwał „najlepszą, jaką w życiu jadł”. Biorąc pod uwagę to, jak pyszne ciasta piekła jego mama, Pati miała pewne wątpliwości co do prawdziwości tego stwierdzenia. Nie wyraziła ich jednak na głos.
Marek nic nie odpowiedział i nawet na nią nie spojrzał, ale jeden z kącików jego ust, uniesionych w delikatnym uśmiechu skierowanym do babci, powędrował ciut wyżej.
– Koniecznie musi mi pani dać przepis – oznajmił, wbijając łyżeczkę w ciasto, gdy tylko wylądowało na jego talerzyku. – Jeśli to nie jakiś rodzinny sekret, oczywiście – dodał z nutą śmiechu w głosie, ale na tyle poważnie, by było jasne, że nie zamierza się narzucać i odmowna odpowiedź go nie urazi.
– Gdzież tam sekret! – roześmiała się kobieta i machnęła niedbale ręką.
Patrycja zerknęła na zegarek i pokręciła głową z niedowierzaniem. Trzydzieści osiem minut – tyle zajęło Markowi owinięcie sobie babci Wandzi wokół palca. To oznaczało, że była jedenasta osiem, bo zapukał do drzwi domu dziadków dokładnie o umówionej wpół do jedenastej.
Niemal natychmiast zaskarbił sobie też sympatię dziadka Pati – nie tylko swoją punktualnością, lecz także tym, że od wejścia wyraził chęć udziału w meczu, który miał się odbyć po południu na pobliskiej łące. Mieli uczestniczyć w nim znajomi staruszka, wszyscy mniej więcej w jego wieku. Marek zażartował, że sam niedługo też będzie seniorem, więc pasuje do ekipy jak ulał. Dziadek był wniebowzięty.
Zaraz potem chłopak obdarował babcię różowo-białymi petuniami w ozdobnej doniczce, które bardzo przypadły jej do gustu. Tylko on i Patrycja wiedzieli, że to żart nawiązujący do tego, jak kobieta zwraca się do swojej wnuczki. Niemniej był to idealnie trafiony prezent.
„A Marek jest idealnym chłopakiem” – pomyślała Pati, po czym zmarszczyła brwi w zastanowieniu. Uświadomiła sobie, że łatwiej jest jej wysnuwać takie wnioski, gdy mówi o nim z perspektywy swoich rodziców lub dziadków niż własnej.
Kilka miesięcy temu nazywanie go „chodzącym ideałem” przychodziło jej z łatwością. Teraz… cóż. Niby nadal był tym samym Markiem: jednym z najprzystojniejszych, najpopularniejszych, najinteligentniejszych i najbardziej utalentowanych piłkarsko chłopaków w Malinowie. To wszystko były jednak oczywistości. Ich relacja natomiast nie była ani trochę oczywista – a już na pewno nie w odczuciu Patrycji. Nie mogła więc go oceniać na podstawie samych oczywistości.
Nie liczyły się jego obiektywne zalety, tylko to, jaki był przy niej. Dla niej. I to, co ona przy nim czuła. Co czuła do niego. Problem polegał na tym, że określenie tego ostatniego z absolutną pewnością sprawiało Pati wyjątkową trudność. I nie miała pojęcia dlaczego. Przecież był dla niej dobry. Kochał ją. Dbał o nią. Wspierał ją. Mogła mu ufać. No i był wymarzonym potencjalnym zięciem każdej matki. Szczególnie Bożeny.
Patrycja westchnęła przeciągle.
– Czyli… nie nauczysz mnie? – Głos Marka przywołał ją do rzeczywistości.
Gdy podniosła na niego wzrok, przyglądał się jej wyczekująco.
– Hę? – odparła zdezorientowana i zamrugała, otrząsając się ze swoich przemyśleń.
– Odpłynęłaś gdzieś? – zgadł.
– Na to wygląda. – Zrobiła przepraszającą minę.
– Podobno masz przepis na tę rewelacyjną szarlotkę – wyjaśnił, a uśmiech nie schodził mu z twarzy i rozświetlał jego oczy.
Kiedy Pati się nad tym zastanowiła, stwierdziła, że od kiedy ją dzisiaj zobaczył, chyba ani na sekundę nie przestał się uśmiechać.
Lubiła, kiedy taki był. Lubiła wiedzieć, że już sam jej widok wprawiał go w dobry nastrój.
– Ach, to prawda – przyznała. – Tylko że mnie nie wychodzi aż tak rewelacyjnie – mruknęła.
– Może z moją pomocą się uda – zasugerował Marek. – To znaczy… – spojrzał kontrolnie na babcię – razem możemy spróbować zbliżyć się do ideału. – Puścił zawadiacko oko.
Patrycja miała ochotę ponownie westchnąć, gdy słowo „ideał” odbiło się echem w jej głowie, ale się powstrzymała. I nagle, zupełnie bez powodu, przypomniało jej się coś, co o Marku powiedziała kiedyś Marycha: „Nieważne, że jest ideałem, jeśli dla mnie idealny jest ktoś inny”. Pati nie miała jednak czasu, żeby zatrzymać się na tej myśli, bo do stołu w ogrodzie wrócił dziadek, który chwilę wcześniej pobiegł do domu odebrać telefon.
– Boguś jednak z nami zagra! – oznajmił, zacierając ręce z wyraźną satysfakcją. – Będzie nas po pięć na drużynę.
– O, to… – Patrycja zawiesiła głos, szukając właściwego komentarza – świetnie? – dokończyła niepewnie.
Szczerze mówiąc, taki obrót spraw był jej nieco nie na rękę, bo miała nadzieję chwilowo uniknąć przy Marku rozmów na temat nie-do-końca-tajemniczego skauta Tytana Drabie. Tym bardziej że jeszcze nie zdecydowała, na który mecz w Malinowie zaprosić Bogusława. I nie chciała być zmuszona do robienia tego dzisiaj. Najpierw musiała wszystko sobie przemyśleć i dokonać wyboru, który miałby przynajmniej znamiona racjonalności. Nie chciała podejmować emocjonalnej decyzji, zwłaszcza że emocje były trudniejsze do przeanalizowania niż fakty. A na ustalenie faktów potrzebowała więcej czasu.
– W rzeczy samej: świetnie! – potwierdził dziadek. – Od razu mówię, że do swojej drużyny rekrutuję tego złotego chłopaka. – Usiadł obok Marka i poklepał go po łopatce.
„Złoty chłopak” skwitował to dumnym wyszczerzeniem zębów.
– Widzę, że Patunia dobrze mnie zareklamowała – odparł.
Pati przewróciła oczami tak, by upewnić się, że Marek to zauważy.
– Czy to znaczy, że wyrzekasz się własnej wnuczki i będę grać w przeciwnej drużynie? – zapytała żartobliwie.
– No cóż. – Dziadek wzruszył ramionami. – Przecież nie mogę całkowicie pozbawiać rywali szans na wygraną. – Fair play i tak dalej – dorzucił. – Ale zagrasz z Bogusiem. Z naszej wiekowej ósemki to on jest w najlepszej formie.
– O, coś czuję, że pan wcale nie jest w gorszej – wtrącił Marek, czym zarobił sobie na kolejne przyjacielskie pacnięcie w plecy.
– Lubię go – oświadczył mężczyzna.
– Ja też dziadku, ja też – powiedziała Patrycja.
I było to najprawdziwszą prawdą.
• • •
– Kim jest Boguś? – spytał Marek, gdy pomagał Pati przy myciu naczyń po przedpołudniowej przekąsce, a babcia już krzątała się kawałek dalej, szykując obiad.
Patrycja nie od razu odpowiedziała. Udawała, że jest zajęta doszorowywaniem kubka z upartego osadu po herbacie, na którego doszorowaniu wcale jej nie zależało.
– Najstarszym przyjacielem dziadka – odezwała się wreszcie. – Tym, któremu się udało.
– Co się udało?
– Spełnić marzenie o piłkarskiej karierze. – W końcu podała chłopakowi kubek do wytarcia i posłała mu melancholijny uśmiech.
Marek spojrzał na nią z zainteresowaniem.
– Jak ma na nazwisko? – dopytał.
– Kopa. Bogusław Kopa.
– Mam wrażenie, że powinno mi to coś mówić, ale… – Podrapał się po szyi z lekkim zakłopotaniem.
– Kiedyś, dawno temu, był asystentem trenera reprezentacji.
Brwi Marka uniosły się wysoko.
– Bardzo dawno temu – podkreśliła. – Na pewno kojarzysz piłkarzy, którzy grali w tym składzie, bo to futbolowe legendy, ale kto by pamiętał, kim był jakiś tam asystent. – Obróciła się z powrotem do zlewu.
– Czekaj, czekaj. – Chłopak sięgnął jej przez ramię i zakręcił wodę, by powstrzymać ją od ponownego skupienia się na naczyniach. – Znajomy twojego dziadka był asystentem selekcjonera kadry narodowej i dopiero teraz się o tym dowiaduję? – W jego głosie pobrzmiewały niedowierzanie i odrobina wyrzutu.
– To… – Przygryzła wargę, rozważając dwie jedyne opcje: wyjawić całą prawdę albo zbagatelizować sprawę, czyli de facto skłamać. Skłamać Markowi, któremu przysięgła absolutną szczerość. – To serio stare dzieje. Chyba po prostu nie pomyślałam, że to na tyle istotne, żeby ci o tym wspominać. Tak naprawdę sama bym o tym nie pamiętała, gdybym nie… – urwała, niepewna, czy mówić dalej.
– Gdybyś nie…? – zainteresował się.
Odwróciła się do niego i westchnęła. Wiedziała, że to, co powie, mu się nie spodoba, ale wolała wspomnieć o tym niż o bardziej aktualnych – i o wiele bardziej znaczących – sprawach związanych z Bogusławem.
„Ten fragment prawdy musi na razie wystarczyć” – postanowiła w myślach.
– Gdybym nie szukała prezentu na osiemnastkę Tomka – odpowiedziała.
Marek zacisnął szczękę, ale nie skomentował słów Pati. Wpatrywał się w nią, czekając, aż rozwinie wypowiedź.
– Chciałam, żeby to było coś wyjątkowego. Dla dobrego kumpla i kapitana drużyny, która dała mi szansę, kiedy tego najbardziej potrzebowałam – wytłumaczyła dla porządku, żeby nie pomyślał, że kierowały nią jakiekolwiek inne pobudki. – I zaczęłam to organizować parę tygodni przed sylwestrem – dodała na wszelki wypadek.
– Rozumiem. – Marek nieco się rozluźnił. – Ale czy dojdziesz w końcu do sedna i powiesz, co ma do tego ten cały Boguś?
– No tak… – Odchrząknęła. – Długo nie mogłam wymyślić niczego, co nie wydawało mi się kiczowate. Aż przypomniałam sobie opowieści dziadka o znajomym, który miał kiedyś coś wspólnego z kadrą narodową. Chociaż nie byłam pewna, czy dobrze zapamiętałam, a tym bardziej, jak gość się nazywa. Tak czy siak, pomyślałam, że to może być szansa na zdobycie jakiejś pamiątki z czasów świetności naszej reprezentacji. Może nawet kilku autografów. Nie wierzyłam, że to naprawdę się uda, ale nie zaszkodziło spróbować, prawda? Trochę mi się poszczęściło, bo okazało się, że Bogusław cały czas ma dobry kontakt z zawodnikami, których trenował. Do tego akurat odbywało się jakieś ich spotkanie po latach… Koniec końców Tomek dostał piłkę podpisaną przez większość piłkarzy, którzy dawno temu grali w finałach Mistrzostw Świata.
Marek nic nie mówił, wyraźnie zajęty przetwarzaniem tego, czego właśnie się dowiedział.
– Ta cała akcja była kilka miesięcy temu – podjęła Pati – i niedługo po niej znowu trochę zapomniałam o panu Bogusławie. Wiesz, działo się mnóstwo innych rzeczy – usprawiedliwiła się. – No i kiedy pojawił się tutaj dwa dni temu, byłam totalnie zaskoczona. Nie miałam pojęcia, że jest aż tak dobrym kumplem dziadka.
Marek potarł dłonią czoło i westchnął.
– Dobrze, masz rację. To faktycznie nie jest informacja, która znacząco wpłynęłaby na moje życie – powiedział i Patrycja ledwo powstrzymała odruch, by skrzywić się na nieprawdziwość tego stwierdzenia. – Ale wydaje mi się, że były przynajmniej dwie albo trzy okazje, kiedy mogłaś mi o tym wspomnieć, a tego nie zrobiłaś – zauważył. – I może nawet celowo pominęłaś ten temat.
Przełknęła ślinę.
– Chyba… – zaczęła nieśmiało. – Nie chciałam, żebyś się złościł o tę piłkę.
– O piłkę? – zdziwił się.
– No, ten prezent dla Tomka.
– Ach – westchnął. – Okej, przyznaję, że sam chciałbym coś takiego dostać. I jest mi trochę przykro, że kiedyś zależało ci na Kosaku na tyle, żeby zorganizować dla niego taki prezent – dodał, kładąc nacisk na słowo „kiedyś”, co nie spodobało się Pati. – Ale mamy to za sobą, prawda? – Spojrzał na nią znacząco. – I na mnie zawsze zależało ci bardziej – zakończył pewnie.
Pokiwała potulnie głową. Nie chciała wdawać się przy babci w dłuższą dyskusję z Markiem.
– Jeśli masz jeszcze jakieś piłkarskie ciekawostki związane z twoim dziadkiem, jego znajomymi, albo dawnymi dziejami naszej reprezentacji – podjął głosem, z którego nagle zniknęło całe napięcie – chętnie o nich usłyszę.
Przybrał zadziorny wyraz twarzy i nachylił się, by cmoknąć Patrycję w usta. Przy okazji odkręcił wodę, żeby mogli kontynuować zmywanie.
– Okej – odpowiedziała tylko i skupiła się na leżących w zlewie talerzykach.
• • •
Tuż przed obiadem do domu dziadków wróciła matka Pati, razem ze swoją siostrą i jej mężem, z którymi wcześniej odwiedzała znajomych z czasów liceum.
Patrycja była przekonana, że tak jak jej mama utrzymywała relacje z najlepszymi szkolnymi przyjaciółmi, tak ona nigdy nie zerwie kontaktu z Marychą. Liczyła na to, że podobnie będzie to wyglądać z Kubą, chociaż w tym przypadku miała o wiele mniej pewności. Obawa o to, co się stanie, gdy kolega pozna jej prawdziwą tożsamość, nie zniknęła, a wręcz powiększała się z każdym dniem, który przybliżał ich do ostatniego meczu rundy wiosennej. Wizja tego, co wydarzy się po zakończeniu rozgrywek, była niczym gilotyna wisząca nad głową Pati – a właściwie nad głową Pawła, bo to jego koniec był bliski. Czy musiał jednak oznaczać też koniec przyjaźni z Kubą? Patrycja bardzo pragnęła wierzyć w to, że nie.
Nie chcąc dołować się bardziej, skupiła myśli na pozytywnych skutkach pozbycia się Pawła, czyli na tym, że będzie mogła przestać udawać kogoś, kim nie jest, i kontynuować piłkarską karierę jako ona. Naprawdę ona. Może nawet grając w świetnym klubie.
Na samą myśl, że bardzo prawdopodobnie zostanie zaproszona do zaprezentowania się przed trenerem nowo tworzonej kobiecej drużyny Tytana, poczuła mrowienie ekscytacji pod skórą. Miała wielką ochotę podzielić się tą radosną nowiną z Markiem, ale nie mogła, bo musiałaby mu wyznać, że ma tę możliwość dzięki Bogusławowi, i wyjaśnić, w jaki sposób mężczyzna jest związany z klubem. Chłopak niewątpliwie dopytałby wtedy, czy Pati zasugerowała także jego kandydaturę do męskiego składu. A ona byłaby zmuszona odpowiedzieć, że… nie do końca.
Przeżuwając jedzenie z nieco mniejszym niż zazwyczaj zapałem, Patrycja jednym uchem przysłuchiwała się historiom ze swojego dzieciństwa, którymi jej dziadkowie i wujostwo ochoczo dzielili się z Markiem. Raz na jakiś czas przywoływała na twarz nieco rozbawiony, a nieco zażenowany uśmiech, który zdawał się adekwatny do sytuacji.
Myślami nieustannie była jednak gdzie indziej. Zastanawiała się, czy jest w stanie podjąć decyzję już dzisiaj i co się stanie, jeśli tego nie zrobi. A także dlaczego podczas niedzielnej rozmowy z Bogusławem ani razu nie padło imię Marka. Wspomniała ogólnikowo, że w Malinowie jest kilku świetnych piłkarzy, ale słowem nie pisnęła, że jednym z najwybitniejszych jest jej chłopak.
„Bo wtedy wypadałoby powiedzieć, że to jego powinni przyjąć do Tytana – przyznała przed samą sobą. – Jego, nie Kubę”.
Była to niewygodna myśl, zwłaszcza teraz, kiedy Marek był tuż obok. Z jednej strony Patrycja pragnęła dla niego wszystkiego, co najlepsze, i chciała grać w tym samym klubie co on. Z drugiej nie umiała pozbyć się poczucia, że Kuba zasługuje na tę szansę bardziej. Wybranie go byłoby jednak równoznaczne ze zdradzeniem Marka.
„Nie podchodź do tego emocjonalnie!” – skarciła się w duchu, gdy tylko doszła do tego wniosku.
Poirytowana swoim brakiem zdecydowania jęknęła pod nosem, jednocześnie wpychając do ust ostatni kawałek kotleta, choć już całkiem odechciało jej się jeść.
– Skarbie, wszystko w porządku? – zapytał Marek.
Miała nieodpartą chęć pokręcić energicznie głową, ale zamiast tego z trudem przełknęła ledwo przeżute jedzenie, westchnęła i zmusiła się do uśmiechu.
– Chyba przesadziłam z ilością ciasta przed obiadem i trochę mi przykro, że nie wcisnę w siebie nic więcej – odparła, nieco naciągając prawdę.
W oczach Marka błysnęło coś, co mogło być podejrzliwością, ale po chwili też się uśmiechnął i pocałował Pati w skroń.
– Po meczu na pewno będziesz głodna jak wilk i zjesz wszystkie resztki z obiadu – zapewnił ją.
Pokiwała głową, choć nie była pewna, czy apetyt jej dzisiaj wróci. Wiedziała, że nawet jeśli jakimś cudem Bogusław nie poruszy przy jej chłopaku żadnego niewygodnego dla niej tematu, poczucie winy i tak coraz bardziej będzie ją zalewać.
Jeszcze dwa dni temu była podekscytowana perspektywą przyjazdu Marka i tym, że chłopak pozna jej dziadków. Teraz najchętniej wysłałaby go w drogę powrotną do Malinowa wcześniej.
I nie czuła się z tym dobrze.
• • •
Rozważała powiedzenie Markowi, żeby dali sobie spokój z meczem i zamiast tego wybrali się na romantyczny spacer po wsi, w której mieszkali dziadkowie. Szybko jednak zrezygnowała z tego pomysłu. I były co najmniej trzy powody.
Po pierwsze, wyglądałoby to bardzo, ale to bardzo podejrzanie. Nie było szans, by Marek uwierzył, że mając okazję pokopać piłkę, Patrycja wolała robić cokolwiek innego. Po drugie, Pati nie chciała zawieść dziadka, który z wielkim entuzjazmem szykował się do tej przyjacielskiej rozgrywki. Widać było, że nie mógł się doczekać chwili, kiedy pochwali się znajomym umiejętnościami wnuczki oraz jej chłopaka, którego ewidentnie uważał już za członka rodziny. Po trzecie, nie kojarzyła żadnych szczególnie romantycznych tras w okolicy, co czyniło tę propozycję tym bardziej naciąganą. Zostawało więc wzięcie udziału w meczu i modlenie się o to, aby wszyscy byli zbyt zajęci piłką, by mieć czas na zbędne rozmowy.
Pech chciał jednak, że uczestnicy gry schodzili się na miejsce spotkania powoli, a jako jeden z pierwszych przybył Bogusław, dzierżąc pod pachą zapasową piłkę i prezentując się zaskakująco elegancko w czarnym dresie. Dziadek Patrycji natychmiast przedstawił mu Marka, nie szczędząc superlatyw, które mogłyby sugerować, że zna chłopaka o wiele lepiej niż z kilku opowieści wnuczki i o wiele dłużej niż od kilku godzin.
Jego siwobrody przyjaciel uścisnął dłoń Marka i nieznacznie zmarszczył brwi. Pati była pewna, że rozmyśla nad tym, dlaczego pierwszy raz słyszy o tak znamienitym zawodniku. Nagle jednak jego mina się zmieniła, jakby coś sobie przypomniał albo uświadomił.
– Ach! – odezwał się. – A więc to ten wyjątkowo utalentowany…
– Tak! – przerwała mu Patrycja, przeczuwając, że zakończy swoją wypowiedź słowem „skrzydłowy”. Przysunęła się bliżej Marka, zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała go w policzek. – Najlepszy napastnik w Malinowie – oznajmiła, próbując zakomunikować Bogusławowi wzrokiem, żeby nie ciągnął tego tematu.
Mężczyzna zauważył jej grymas, ale wyraźnie nie miał pojęcia, jak go zinterpretować. Przez moment wyglądał na jeszcze bardziej skołowanego niż wcześniej.
– Włodek! – zawołał niespodziewanie dziadek Pati, witając kolejnego znajomego.
– Zbychu! – przywitał się radośnie wyłysiały, wysoki mężczyzna z brzuszkiem.
Patrycja odetchnęła z ulgą, gdy uwaga wszystkich zebranych skupiła się na nim. Wszystkich poza Bogusławem, którego spojrzenie poczuła na sobie. Gdy je odwzajemniła, uniósł pytająco brew. Wypowiedziała bezgłośne „wyjaśnię później”, na co skinął poważnie głową, czym nieco ją uspokoił.
Zaraz potem dołączyły do nich ostatnie osoby i zaczęły się ustalenia, kto gra z kim, a także wyjaśnienia, jak będzie wyglądał mecz. Ze względu na wiek zawodników – z których tylko połowa zdawała się ciut młodsza od dziadka Patrycji – miał on trwać trochę ponad godzinę, wliczając w to dwie pięciominutowe i jedną dziesięciominutową przerwę.
– Proponuję, żeby młodzież grała na pół gwizdka – powiedział mężczyzna, który wcześniej przedstawił się jako Kazik.
– Możemy nawet grać na ćwierć. – Marek roześmiał się sympatycznie. – Chociaż mam przeczucie, że nie będzie to konieczne – dodał przymilnie.
– A ja mam przeczucie, że i tak już przegraliśmy – westchnął staruszek.
– Mam nadzieję, że nie próbuje pan powiedzieć, że grając z Pati w drużynie, macie mniejsze szanse – odparł chłopak niby przyjaźnie, ale z nutką czegoś groźnego w głosie.
Patrycję aż przeszły przyjemne ciarki. Co prawda, nie poczuła się szczególnie urażona komentarzem znajomego dziadka, jednak dobrze było wiedzieć, że Marek w nią wierzy i staje po jej stronie w każdej sytuacji.
„Powinnam robić to samo” – przemknęło jej przez głowę.
– Nie, oczywiście, że nie. – Kazik uniósł dłonie w obronnym geście. – Tylko że wsparcie na ataku przydałoby się bardziej.
– Mogę grać na ataku – zaproponowała Pati.
– I niby kogo postawimy wtedy na bramce? – wtrącił Bogusław z powątpiewaniem. – Ja odpadam. To nie na moje kości i stawy, żeby rzucać się do piłki i turlać się z nią po ziemi. Któryś z was jest chętny? – Popatrzył znacząco po kolegach, którzy bez wahania pokręcili głowami. – No to ustalone – oznajmił tonem sugerującym, że to koniec dyskusji. Brzmiał przy tym niczym trener z prawdziwego zdarzenia. – Na boisko, panowie! – zarządził.
Patrycja pomyślała, że chętnie trenowałaby pod okiem tego mężczyzny. Albo przynajmniej kogoś, kto się od niego uczył.
– Dlaczego właściwie nie pójdziemy na boisko przy szkole? – zagaiła, gdy rozchodzili się po nierównej łące, świeżo skoszonej w kształt boiska, na oko mniejszego niż standardowe. W odpowiednich miejscach sterczały drewniane tyczki wyznaczające narożniki. Trzy niewielkie okręgi nagiej ziemi wytyczały środek i punkty karne, ale linii brakowało. W bramkach nie było siatek, a z ich nie do końca prostych, pordzewiałych metalowych słupków i poprzeczek odchodziła farba. To wszystko miało swój urok, lecz na pewno nie były to idealne warunki do gry w piłkę. – Nie jest otwarte dla wszystkich?
– Chyba jest – odpowiedział Bogusław, wzruszając ramionami. – Ale zawsze graliśmy tutaj. To już taka tradycja.
– Zawsze, czyli…? – zaczęła pytanie.
– Od dzieciaka.
Kąciki ust Pati powędrowały do góry. Poczuła, że oto staje się częścią historii, która rozpoczęła karierę co najmniej jednego wybitnego piłkarza, a później wielu następnych.
– I od kilkudziesięciu lat nikt nic tutaj nie wybudował ani… nie wiem… nic nie uprawia? – dopytała.
– Powiedzmy, że postarałem się o to, żeby łąka pozostała łąką. – Puścił oko. – Dobra, rozgrzewajmy się! – zawołał tak głośno, że idąca tuż przy nim Patrycja mimowolnie się wykrzywiła. – Przepraszam – zaśmiał się. – Połowa tego geriatrycznego towarzystwa jest przygłucha. Muszę się do nich wydzierać, jeśli mają mnie usłyszeć – wyjaśnił. – Część ma też problemy z pamięcią – dodał po chwili. – Trzeba im przypominać, że w naszym wieku bez rozgrzewki nie powinniśmy nawet podnosić siatek z zakupami.
Pati parsknęła cicho, jednak szybko się uciszyła, zakrywając usta dłonią. Spojrzała na mężczyznę, by upewnić się, że nie popełniła gafy. Niby mówił żartobliwym tonem, ale może jej nie wypadało nabijać się z niego i jego kolegów tak samo jak jemu. Nie skomentował tego, lecz Patrycja dostrzegła cień wesołości na jego twarzy.
Bez ostrzeżenia rzucił w nią piłką, a gdy złapała ją instynktownie i pewnie, pokiwał głową z aprobatą. I tym razem nie krył uśmiechu.
– Myślę, że zdążysz przebiec z dwa, trzy okrążenia, zanim przejdziemy z chłopakami do jakichkolwiek sensownych ćwiczeń. – Brzmiało to bardziej jak polecenie niż sugestia.
„Urodzony trener” – pomyślała i bez ociągania potruchtała na obrzeża wykoszonego obszaru łąki.
Niedługo później dołączył do niej Marek.
– Wyścig dookoła boiska? – zasugerowała przede wszystkim dlatego, że miała na to ochotę, ale trochę też po to, by uniknąć kolejnych pytań o Bogusława.
– Chcesz, żebym się zmęczył teraz i wolniej biegał w trakcie meczu, kiedy ty będziesz odpoczywać na bramce? – zapytał rozbawiony chłopak.
– Dokładnie tak! – odpowiedziała i natychmiast przeszła z szybkiego truchtu do sprintu z piłką.
• • •
Tempo meczu było zdecydowanie wolniejsze od tego, do którego Pati przywykła, grając w Torpedzie, ale i tak bawiła się wyśmienicie. Udało jej się nawet popisać kilkoma brawurowymi obronami – głównie wtedy, kiedy na jej bramkę strzelał Marek.
Było dosyć oczywiste, że biegając po łące ze staruszkami, chłopak dawał im fory i nieraz celowo pozwalał odbierać sobie piłkę. Przy Patrycji jednak nie stosował taryfy ulgowej. No, może poza ostatnim strzałem, którym miał szansę zdobyć zwycięskiego gola dla swojej drużyny, a tego nie zrobił. Skończyło się remisem. Nikt, poza Pati i Markiem, nie miał już siły na dogrywkę.
– Nie musiałeś tego robić – powiedziała, podchodząc do niego z piłką w rękach.
– Robić czego? – udał zaskoczonego.
Patrycja dobrze wiedziała, że minutę wcześniej specjalnie kopnął futbolówkę tak, żeby łatwo było zgadnąć, w którą stronę poleci. Nie musiał przyznawać się do tego na głos. Gdyby zrobił to w meczu ligowym, miałaby do niego pretensje, ale w tym szczególnym przypadku jego zachowanie ją rozczuliło. I nie miała najmniejszych wątpliwości, że swoją dzisiejszą grą jeszcze bardziej zapunktował u dziadka.
– Dziękuję. – Cmoknęła go w usta.
– Ładnie graliście – usłyszeli i oboje odwrócili się do zdyszanego Bogusława, który w trakcie meczu również dał popis swoich umiejętności. Zarówno tych piłkarskich, jak i trenerskich.
– Pan też – odparł Marek. – Nie wmówi mi pan, że nie kopie pan piłki przynajmniej kilka razy w miesiącu – dodał ze szczerym podziwem dla kondycji mężczyzny.
Według tego, czego Patrycja dowiedziała się wczoraj od Kuby, Bogusławowi niewiele brakowało do siedemdziesiątki. Miała nadzieję, że w jego wieku też będzie na tyle sprawna, by bez problemu posyłać piłkę całkiem mocnym kopnięciem zza pola karnego na bramkę.
– Nie zamierzam nic nikomu wmawiać. – Mężczyzna się roześmiał. – Chociaż częściej przyglądam się temu, jak inni biegają po boisku, niż sam to robię.
Marek przechylił głowę z zainteresowaniem.
– Trenuje pan jakąś drużynę? – spytał, zanim Pati zdążyła wymyślić, jak dyskretnie sprowadzić konwersację na inne tory.
Popatrzyła błagalnie na Bogusława i pokręciła głową – bardzo, bardzo delikatnie, żeby nie zwrócić na siebie tym gestem uwagi Marka. Nie była pewna, na co liczyła, kierując tę niemą prośbę do mężczyzny. Chyba na to, że to on zmieni temat rozmowy.
Tak się jednak nie stało. Zamiast cokolwiek odpowiedzieć, długo wpatrywał się w Patrycję, ewidentnie nie pojmując, czego dziewczyna od niego oczekuje. A to siłą rzeczy sprawiło, że Marek też na nią spojrzał.
– Co jest? – zdziwił się.
– To… – Westchnęła, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że nie pozostało jej zbyt wiele opcji. – To miała być niespodzianka – skłamała. Odrobinę.
– Co takiego?
– Pan Bogusław… – zawahała się. Zerknęła na mężczyznę i z powrotem na Marka. – Pan Bogusław zna Roberta Samera – powiedziała trochę głośniej i trochę wolniej, żeby Bogusław dobrze usłyszał i zrozumiał, że umyślnie nie wspomniała o jego specyficznej roli w klubie.
Marek otworzył szeroko oczy i rozchylił wargi, ale z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk. Ewidentnie nie miał pojęcia, co zrobić z tą informacją. Być może nawet podejrzewał, że Pati sobie z niego nie żartuje, bo przeniósł wzrok na Bogusława, jakby szukał potwierdzenia.
Mężczyzna kiwnął niepewnie głową. Patrycja widziała po jego minie, że nie podoba mu się bycie wplątanym w coś, co powinno zostać pomiędzy nią a Markiem. Na szczęście chłopak chyba tego nie zauważył. A Bogusławowi zamierzała podziękować i wytłumaczyć się później.
– Nie chciałam ci nic mówić, dopóki tego nie potwierdzę – zwróciła się do Marka i odchrząknęła, jakby to mogło jej pomóc w pozbyciu się z przełyku goryczy wywołanej kolejnym kłamstwem – ale jest mała szansa, że obydwoje będziemy mogli się zaprezentować przed Tytanem.
Chłopak nadal był w szoku. Wyglądał na rozdartego pomiędzy radosnym wyściskaniem Pati a robieniem jej wyrzutów o to, że nie zdradziła mu nic wcześniej. Ostatecznie położył dłoń na jej ramieniu i… było w tym coś dziwnie niezręcznego.
– Naprawdę? – zapytał Bogusława.
– Tak – przytaknął ostrożnie mężczyzna. – Być może. Z Patrycją na pewno będzie łatwiej, bo od jakiegoś czasu szuka… – urwał i rzucił Pati szybkie spojrzenie, którym zdawał się przekazywać, że pierwszy i ostatni raz posuwa się dla niej do zatajenia części prawdy. – Słyszałem, że szukają bramkarki do drużyny, w której będą grać córki Sama. Męskie składy to trochę bardziej skomplikowana sprawa… – Znowu zawiesił głos, podrapał się po policzku i rozejrzał na prawo i lewo, szukając inspiracji, a może bardziej pomocy.
Niespodziewanie uratował go dziadek Patrycji, wołając ich na drugą połowę boiska, gdzie zgromadzili się pozostali gracze. Bogusław ochoczo odszedł w tamtą stronę. Marek ani drgnął.
– Wyjaśnię ci wszystko potem – obiecała Pati, chwytając go za rękę.
Chłopak zacisnął wargi i przesunął wolną dłonią po czole, a następnie po kruczoczarnych włosach. Zatrzymał ją na karku i westchnął głośno.
– Czego jeszcze mi nie mówisz? – wypalił z rozgoryczeniem w głosie.
Patrycja poczuła bolesne ukłucie pod mostkiem. Odruchowo chwyciła się za koszulkę w miejscu, gdzie jeszcze wczoraj wieczorem znajdował się wisiorek, który Kuba podarował Pawłowi na urodziny.
„Zbyt wiele” – przemknęło jej przez głowę. Zdumiona tą myślą, ściągnęła brwi.
– Przecież bym ci o tym powiedziała! – odparła nieco rozpaczliwie. – Dlaczego od razu zakładasz, że chciałam to przed tobą ukrywać?!
Marek ścisnął jej dłoń.
– Powiedziałabyś mi kiedy? – dopytał, patrząc Pati prosto w oczy.
Przełknęła dyskretnie ślinę, by nawilżyć zaschnięte gardło. Miała wrażenie, że chłopak wyczytuje z jej spojrzenia całą prawdę. W jego ciemnobrązowych tęczówkach dostrzegła dociekliwość, zwątpienie i żal. Wiedziała jednak, że gdzieś pod tym wszystkim kryje się miłość i potrzeba wzajemności. A jeśli nie, to przynajmniej dowodu, że nie kocha na marne i że Patrycja traktuje ten związek poważnie.
Chciała dać mu to potwierdzenie. Chciała móc mu powiedzieć, że odwzajemnia jego uczucia. I nie chciała niczego przed nim ukrywać. Coś ją jednak powstrzymywało przed zdobyciem się na którąkolwiek z tych rzeczy.
– Kiedy tylko dowiedziałabym się od pana Bogusława, czy Samer jest zainteresowany – odpowiedziała po krótkiej chwili, starając się brzmieć pewnie i nie uciekać wzrokiem w bok. – Misiu – dodała łagodniejszym, proszącym tonem – dlaczego miałabym ci nie mówić? Powiedziałabym ci tak czy siak, naprawdę. Ale miałam nadzieję, że… Że najpierw uda się wszystko ustawić i zrobię ci tym miłą niespodziankę. A teraz… – Wzruszyła bezradnie ramionami, po czym opuściła wzrok na białe czubki trampek umorusane trawą.
Było jej okropnie źle, że właśnie nakłamała swojemu chłopakowi w żywe oczy, a każde jedno słowo wymówki zmyśliła na poczekaniu. Nie miała też pojęcia, jak się z tego wykręci – gdyby chciała się wykręcić oczywiście. I jeśli Bogusław nadal będzie skłonny wyświadczyć jej przysługę i przyjechać w maju na mecz jednej z malinowskich drużyn. Po tym, jak się dzisiaj przy nim zachowała, nie mogła mieć pewności.
Marek nic nie mówił przez kilka sekund, które wydawały się Pati wiecznością.
– Przepraszam, że zepsułem niespodziankę – odezwał się w końcu, przysuwając dłoń do jej twarzy. Pogładził jej policzek kciukiem.
Czuła, że wpatruje się w nią intensywnie i że kiedy na niego spojrzy, zobaczy w jego oczach już tylko pozytywne, ciepłe emocje. I, trochę paradoksalnie, bała się tego. Nie chciała, by tak na nią patrzył po tym, jak go okłamała.
Powoli podniosła na niego wzrok i przywołała na usta nikły, niepewny uśmiech, całkiem nieźle odzwierciedlający ten, który odmalował się na jego twarzy.
– Przepraszam, że tak nieudolnie organizowałam tę niespodziankę – mruknęła z pełną świadomością, że mówiąc to, dalej brnie w fałsz. Sama dziwiła się temu, jak szczerze zabrzmiały jej słowa. – Zamiast po prostu powiedzieć ci wszystko, co już wiem na sto procent, i uniknąć… – zamachała chaotycznie ręką pomiędzy nim a sobą – tego. Może sprawiłabym ci tym mniejszą radość niż konkretami, ale jakąś na pewno.
Marek zaśmiał się cicho.
– Na pewno – przyznał. – Ale nie byłabyś sobą, gdybyś wybierała najprostsze rozwiązania, co? – Uśmiechnął się szerzej, a w kącikach jego oczu pojawiły się delikatne zmarszczki mimiczne, które Patrycja uwielbiała.
– To prawda – westchnęła.
„Nawet nie wiesz, jak bardzo” – dodała w myślach.
– No dobra, opowiadaj! – rzucił Marek, gdy tylko wyruszyli w drogę powrotną do Malinowa.
Pati, jadąca na siedzeniu pasażera, spojrzała przez ramię na samochód Bożeny, który podążał za nimi. Przemknęło jej przez głowę, że wolałaby jechać z mamą. Westchnęła cicho na tę myśl. Chciała się cieszyć tym, że następne trzy godziny spędzi sam na sam ze swoim chłopakiem, ale nie potrafiła. Wiedziała bowiem, że przynajmniej część z tego czasu będzie przepełniona kolejnymi półprawdami i niedopowiedzeniami.
Nabrała powietrza głęboko w płuca i odwróciła się do Marka. Nie było sensu udawać, że nie wie, o co jest proszona. To, że chciał poznać szczegóły znajomości Bogusława Kopy i Roberta Samera, było bardziej niż oczywiste. Właściwie dziwiło ją, że powstrzymał się przed dopytywaniem o to wcześniej, podczas kolejnego wspólnego posiłku przyszykowanego przez babcię Wandzię, która nie godziła się, by jej goście rozjechali się do domów o pustych żołądkach. Każdy został też zaopatrzony w zapasy jedzenia „na drogę” – w ilościach, którymi można by spokojnie nakarmić całą drużynę wygłodniałych piłkarzy, i to łącznie z rezerwowymi zawodnikami.
W każdym razie Marek aktywnie uczestniczył w rozmowach z rodziną Patrycji i tylko raz, gdy dziadek relacjonował dzisiejszy mecz, chłopak pochwalił jego grę i wtrącił, że po Bogusławie widać, że był zawodowym piłkarzem. Dziadek przytaknął, lecz nie pociągnął wątku i Marek też tego nie zrobił. Pati znała go już jednak na tyle, by móc ocenić, że pod maską uprzejmego zainteresowania rozsadzała go ciekawość. Gdyby nie to, że po meczu wrócili prosto do domu dziadków, zamiast udać się z grupką seniorów na „regeneracyjną banieczkę” do Kazika, niewątpliwie zalałby Bogusława serią pytań na temat Tytana Drabie i ich nowego trenera. Patrycję cieszyło więc, że dziadek wyjątkowo dotrzymał obietnicy danej żonie i nie zwlekał z powrotem, a wręcz pośpieszał wnuczkę i jej chłopaka, by zdążyć na ustaloną godzinę.
– No… – Pati odchrząknęła, dając sobie jeszcze moment na ubranie w słowa tego, co mogła i chciała powiedzieć Markowi. – Możliwe, że nie będziemy musieli kombinować, jak dobić się do Samera – zaczęła, starając się brzmieć pogodnie. – Pan Bogusław… obiecał… pogadać z nim.
Chłopak mocniej zacisnął dłonie na kierownicy. Zazwyczaj ten gest oznaczał, że próbuje opanować złość, lecz tym razem był to ewidentnie objaw podekscytowania. Patrząc na jego rozpromienioną twarz, Patrycja aż sama się uśmiechnęła, a błoga radość rozlała się po jej klatce piersiowej i szybko rozluźniła całe ciało. Nagle było jej dobrze. Dobrze z tym, że sprawiła Markowi przyjemność. I z tym, jak bardzo cieszy go perspektywa, że być może będą grać w jednym klubie. Że będzie mógł wyjechać z Malinowa na studia, a i tak będą się widywać praktycznie codziennie.
Czuła, że jest dla niego ważna. Co najmniej tak samo ważna jak piłka nożna i edukacja. Wielokrotnie zapewniał ją, że jest najważniejsza, jednak tego nie umiała jeszcze zaakceptować. Nie, dopóki nie mogła mu odpowiedzieć tym samym.
– Pati, przecież to niesamowite! – wykrzyknął, dając upust emocjom. Roześmiał się głośno i beztrosko, jakby kamień spadł mu z serca. – To rozwiązałoby wszystkie nasze problemy! – dodał z radosnym niedowierzaniem. – Od dwóch tygodni głowię się nad tym, czy jest jakiś sposób na bycie zauważonym przez Samera, i jak na razie nie udało mi się dojść do niczego sensownego.
– Byłeś w Drabiach? – palnęła nieco uszczypliwie, bo pomyślała o tym, jak wiele zrobił Kuba, żeby zwiększyć swoje szanse na dostanie się do wymarzonego klubu. Przeanalizował grę drużyny seniorów. Zmienił swój plan treningowy tak, by jak najlepiej się w tę drużynę wpasować i uzupełnić jej braki. I dowiedział się wszystkiego, co dało się dowiedzieć o obecnych zawodnikach drużyny i o Robercie Samerze oraz jego sposobie na znajdowanie nowych talentów.
Marek kontaktował się z sekretariatem klubu, ale Patrycja doskonale wiedziała, że nigdy nie był na stadionie Tytana w Drabiach i nie widział żadnego ich meczu. Gdyby planował się tam wybrać, na pewno zaproponowałby, żeby jechała razem z nim. Nie mógł się więc zachwycić grą zespołu tak jak Kuba i prawdopodobnie nadal nie miał pojęcia, że Samer współpracuje ze skautem, który wynajduje dla niego piłkarskie perełki.
Pati nie mówiła mu o tym, bo to nie ona znalazła tę informację. Zrobił to Kuba i to jemu należały się wszelkie korzyści związane z jej posiadaniem. Poza tym jeszcze kilka dni temu Patrycja nie uważała, żeby było to szczególnie istotne. W końcu prawdopodobieństwo odkrycia, kim jest tajemniczy skaut i trafienia przez niego na radar Tytana było bliskie zeru. Graniczyło to z cudem. Tego, że wydarzy się cud, nie mogła przewidzieć. A to, na czym ten cud polegał, musiała chwilowo zataić.
– Co? – Marek zmarszczył brwi i na moment spoważniał. Zapewne nie spodobał mu się ton Pati. Jej samej też się nie podobał. Nie chciała, by jej pytanie zabrzmiało ofensywnie. – Co to ma do…
– Może powinniśmy zobaczyć jakiś mecz Tytana? – weszła mu w słowo.
Chłopak zamrugał z konsternacją, ale zaraz potem ponownie się uśmiechnął.
– Myślałem o najbliższym weekendzie – odparł.
– Och. – Nagle Patrycji zrobiło się głupio, że trochę mimowolnie oskarżyła go w myślach o nietraktowanie tematu zmiany klubu tak poważnie jak Kuba. A przecież Marek zaczął rozważać Tytana jako potencjalną opcję stosunkowo niedawno i po prostu jeszcze nie zdążył przeanalizować wszystkiego tak dokładnie. Po zobaczeniu ich meczu na pewno dojdzie do podobnych wniosków co Kuba. Zauważy, że drużynie jest potrzebny dobry prawy skrzydłowy, i dowie się, że nowi zawodnicy trafiają do klubu dzięki skautowi, do którego nikt (poza Pati) nie potrafi przypisać nazwiska. – Kiedy grają?
– W niedzielę o szesnastej.
– Okej. – Pokiwała energicznie głową. – Chętnie zobaczę ich na żywo.
– To dobrze, bo już załatwiłem bilety – oznajmił i wyszczerzył zęby. – Myślisz, że Bogusław mógłby nas przedstawić Samerowi?
– Eee… – zawahała się. – Nie wiem, czy będzie wtedy w Drabiach – powiedziała. Właściwie zgodnie z prawdą. – Wiesz, to nie tak, że bywa tam codziennie.
– No tak – zgodził się Marek. – Ale może akurat będzie? – zapytał z nadzieją w głosie. – Masz na niego jakiś namiar?
– Nie… Ale dziadek ma. Zadzwonię, jak tylko… – Przygryzła wargę. – Jak tylko będę mieć do niego numer – zakończyła nieco bez sensu.
– Świetnie – ucieszył się Marek, nie kwestionując jej logiki. – Znają się całkiem dobrze, prawda?
– Pan Bogusław i dziadek? Przecież widziałeś…
– Kopa i Samer – wyjaśnił, zanim dokończyła myśl.
– Ach. Tak. Zdaje się, że tak – przyznała, zastanawiając się, jak Marek na to wpadł.
– Bogusław mówi o nim „Sam”, jakby byli dobrymi kumplami – odpowiedział na niezadane pytanie. – I wie, że jego córki będą grać w kobiecej drużynie Tytana, o której istnieniu nie trąbią na prawo i lewo. Wie nawet, że szukają bramkarki. To nie coś, o czym mówi się znajomemu, którego widuje się od święta. Gość ewidentnie jest dobrze poinformowany. Może nawet jakoś doradza Samerowi? Hm… – Zadumał się i Pati modliła się w duchu, by nie doszedł do zbyt prawdziwych wniosków. – Myślisz, że to możliwe? – spytał.
– Co takiego?
– Że Kopa ma jakiś wpływ na decyzje Samera?
Patrycja przełknęła nerwowo ślinę.
– Może – odparła, bo „nie wiem” było kłamstwem, które nie chciało jej przejść przez gardło.
– Skąd oni się w ogóle znają? – rozmyślał na głos. – Grali razem? To chyba za duża różnica wieku, co nie?
– Pan Bogusław był trenerem Samera – powiedziała, bo akurat tej informacji nie miała po co zatajać. I tak była zapewne stosunkowo łatwa do znalezienia.
– O, to wiele wyjaśnia – stwierdził Marek i po chwili dodał ze zdwojonym entuzjazmem: – Na sto procent mu doradza!
Pati wzruszyła ramionami w niezobowiązującym geście, który mógł równie dobrze oznaczać, że zgadza się ze swoim chłopakiem albo że nie ma zdania na ten temat.
– Co jeszcze o nim wiesz? – dopytywał.
– Niewiele.
– Ale rozmawialiście w niedzielę, tak? I mówisz, że obiecał porozmawiać z Samerem na nasz temat?
– No… tak – potwierdziła ostrożnie. Uznała, że „nasz temat” to dosyć ogólne pojęcie.
– Pati, skarbie – westchnął Marek. – Serio muszę cię ciągnąć za język? Skoro już i tak zepsułem sobie niespodziankę, możesz mi powiedzieć wszystko, prawda? – Na sekundę oderwał wzrok od drogi i puścił oko do Patrycji. Nadal był w szampańskim nastroju, którego nie chciała mu psuć.
Uśmiechnęła się lekko i pokiwała głową, a potem zrelacjonowała niedzielną konwersację z Bogusławem, pomijając wszystko, co wiązało się z jej odkryciem, że jest on w dużej mierze odpowiedzialny za pozyskiwanie młodych talentów do Tytana. Napomknęła tylko, że znajomy dziadka wie dużo o tym, co dzieje się teraz w klubie. Słowa „skaut” unikała jak ognia.
– Naprawdę powiedziałaś mu o swoich przebierankach? – zapytał Marek, gdy skończyła mówić.
Pati skrzywiła się wewnętrznie na „przebieranki”.
– Dziadek nalegał, żebym to zrobiła i… No cóż, ostatecznie wyszło na dobre.
– A czy… – zaczął.
– Nikomu się nie wygada – uprzedziła pytanie. – Niekoniecznie dlatego, że tak bardzo mnie lubi, ale na pewno nie chciałby sprawić przykrości dziadkowi.
– Ale też dlatego, że bardzo cię lubi – wtrącił wesoło Marek.
Patrycja zachichotała pod nosem.
– Mam nadzieję – odparła.
– I widział dzisiaj, jak grasz. Na pewno od razu zarekomenduje cię do pierwszego składu seniorek.
– Myślę, że zaczęłabym od juniorek. Ale to teraz najmniej istotne. Ważne, żeby w ogóle mnie przyjęli.
– Przyjmą – zapewnił.
– Mówisz, że jestem lepszą bramkarką niż wszystkie inne bramkarki, które znasz? – zapytała zaczepnie, choć rozczuliła ją ta wiara w jej umiejętności.
– Nie – zaśmiał się. – Ale widziałem kilka powtórek meczów zeszłorocznych Mistrzostw Świata kobiet i uważam, że niewiele ci brakuje do poziomu piłkarek, które w nich grały.
– Oglądałeś mecze kobiet? – nie dowierzała, pozytywnie zaskoczona tym, że dzięki niej zainteresował się kobiecą stroną ich ukochanego sportu. – Beze mnie? – dodała z udawaną urazą.
– No… – Podrapał się po szczęce. – Bardziej urywki meczów – przyznał. – Nie miałem aż tyle wolnego czasu, żeby oglądać całe, a poza tym ciężko się dokopać do dłuższych nagrań w necie.
– Czyli tylko parę akcji pod bramką? – wywnioskowała.
– Za to same najlepsze – próbował się bronić. – Więc spokojnie mogłem ocenić umiejętności bramkarek. I stwierdzić, że wymiatasz na tej pozycji co najmniej tak dobrze jak one.
Pati przyglądała mu się przez chwilę, wyjątkowo zadowolona z tego nieco naciąganego komplementu. Lubiła sobie wyobrażać, że gra na poziomie futbolowych mistrzyń i że naprawdę dałaby radę jako zawodniczka jednej z najlepszych drużyn świata.
– Dziękuję – odezwała się w końcu i pocałowała Marka w ramię, bo tylko na taki ruch pozwolił pas bezpieczeństwa, który zablokował się, kiedy trochę zbyt gwałtownie nachyliła się ku chłopakowi.
Marek zdjął jedną rękę z kierownicy i położył ją luźno na udzie Patrycji.
– To sama prawda – powiedział i nie usłyszała w tych słowach ani nuty fałszu. – Trener dziewczyn i Samer musieliby być ślepi, żeby nie zauważyć twojego potencjału.
„Potencjału – powtórzyła w myślach. – O tym samym mówił Pawłowi Kuba”.
Uśmiechnęła się nostalgicznie na wspomnienie rozmowy z kolegą na obozie treningowym Torpedy i tego, jak namawiał ją, by spróbowali dostać się do Tytana razem. A potem przymknęła powieki i westchnęła. Po raz kolejny rozmyślała nad sytuacją, w którą się wpakowała, gdy poprosiła Bogusława o przysługę.
Chciała dobrze. I właściwie wszystko byłoby dobrze, gdyby nie musiała teraz wybierać pomiędzy swoim chłopakiem a przyjacielem. Okej, przyjacielem Pawła, ale to nie robiło żadnej różnicy. Przywiązanie, które czuła względem Kuby, było tak samo prawdziwe, jak… czymkolwiek było to, co czuła wobec Marka. W idealnym świecie nie musiałaby wybierać i obaj mieliby szansę na dostanie się do Tytana.
Świat nie był jednak idealny, a nawet gdyby był, Pati nie sądziła, żeby Marek cieszył się z grania w jednej drużynie z Kubą. Chociaż… może się myliła? Może nie miałby z tym problemu? W końcu podobno kiedyś, dawno temu, Kuba traktował go jak mentora. Niewątpliwie byli więc wtedy blisko. Może, pomimo paru wybuchów zazdrości ze strony Marka, nadal się lubili?
Patrycja otworzyła oczy i zerknęła niepewnie na swojego chłopaka.
– Nie wierzysz mi? – zapytał.
– Wierzę, że we mnie wierzysz. – Położyła dłoń na jego dłoni.
– Ludzie z Tytana też uwierzą – oznajmił z niegasnącą pewnością. – Ale, z tego, co zrozumiałem, z moim dostaniem się do męskiego składu nie będzie tak łatwo. Nawet jeśli dzięki Bogusławowi uda się załatwić audiencję u Samera. – Odetchnął głęboko, a wyraz jego twarzy wskazywał na to, że intensywnie nad czymś rozmyśla. – Dam radę – zadecydował po chwili. – Muszę dać radę. To nasza szansa.
– To nasza szansa… – powtórzyła szeptem, kiwając powoli głową.
„Mogę dać nam tę szansę” – pomyślała.
Zastanawiała się, czy jeśli teraz nie wesprze Kuby, kolega poradzi sobie sam. Był rewelacyjnym piłkarzem. Niesamowitym skrzydłowym. Przecież ktoś taki jak on prędzej czy później musiał zostać zauważony. Tylko co, jeśli nie zostanie? Co, jeśli najzwyczajniej w świecie, pomimo wielkiego talentu, zabraknie mu szczęścia?
Zła na siebie, że nie potrafi podjąć decyzji, a do tego od rana oszukuje swojego chłopaka, Pati uznała, że jedynym sposobem na niepogrążanie się w podłym nastroju jest zmiana tematu na bardziej neutralny.
– Co ty na to, żeby jutro po szkole obejrzeć u mnie nagranie jakiegoś meczu Frauen-Bundesligi? – zaproponowała. – Całego meczu – podkreśliła. – Nie martw się, wiem, gdzie znaleźć takie trudno dostępne materiały – dorzuciła żartobliwie.
– Kobiecej Bundesligi? – upewnił się, że dobrze zrozumiał.
– No tak.
– Hmm, no… okej – zgodził się, chociaż nie brzmiał na przekonanego.
– I zjemy pizzę – postanowiła, na co Marek zaśmiał się cicho. – Kończysz wcześniej niż ja, prawda? Więc może mógłbyś… – Nie dokończyła. Wiedziała, że i bez tego chłopak odgadnie, co jej chodzi po głowie.
Kiedy spojrzał na nią, uśmiechnęła się przymilnie.
– Mógłbym – odpowiedział rozbawiony.
• • •
„Okropnie namieszałam. Musimy pogadać”, napisała Patrycja do Marychy, gdy tylko pożegnała się z Markiem i zaniosła niewielką torbę podróżną do pokoju.
Usiadła na łóżku i zapatrzyła się w ekran komórki w oczekiwaniu na odpowiedź.
Chwilę później z zaskoczeniem przyłapała się na obgryzaniu paznokci. Nigdy wcześniej tego nie robiła i nie miała pojęcia, skąd wziął się ten nerwowy odruch. Wiedziała za to, że jej nerwy bez wątpienia są zszargane.
Kiedy usłyszała dźwięk przychodzącej wiadomości, aż podskoczyła na materacu.
„Będę za maks. 20 min”, pisała Maryśka.
Pati omal nie popłakała się ze szczęścia. Dopiero analizując swoją reakcję, uświadomiła sobie, jak niesamowicie potrzebuje podzielić się z kimś ciężarem, który coraz bardziej ją przygniatał.
A potem spojrzała na zegarek i jęknęła cicho. Było już po dwudziestej pierwszej. Nie mogła prosić przyjaciółki, żeby przychodziła do niej o tej godzinie, do tego przed pierwszym dniem szkoły po wiosennej przerwie świątecznej. Nie chciała jednak rozmawiać z nią o tym przez telefon.
Z niechęcią i ociąganiem wystukała kolejnego SMS-a: „Może lepiej jutro po szkole”.
„Jesteś pewna?”, dopytała Marycha.
Patrycja absolutnie nie była pewna, więc napisała wymijająco: „Jest już późno”.
„Martwisz się o moje bezpieczeństwo i nie chcesz, żebym chodziła sama po nocy? ;)”
Pati parsknęła pod nosem. Właśnie tego jej w tym momencie brakowało. Kogoś, kto nie tylko ją wysłucha, ale także sprawi, że będzie jej lżej na sercu.
„To też”, odpisała.
Na to nie dostała już odpowiedzi, za to jakąś minutę później usłyszała, że mama, krzątająca się piętro niżej, w kuchni, odbiera telefon. Zaintrygowana jej radosnym tonem Patrycja wstała i podeszła do uchylonych drzwi. Jedynym w pełni zrozumiałym zdaniem, które do niej dotarło, było: „Oczywiście, że tak, do zobaczenia!”. Zaraz potem Bożena zakończyła rozmowę.
Pati zerknęła na trzymaną w ręce komórkę, na której nadal nie było żadnej nowej wiadomości. Przeczuwając, co się święci, zaczęła powoli schodzić po schodach.
– O, cześć, kotku! – odezwała się mama, gdy tylko ją zauważyła. – Anita i Marysia wpadną do nas na chwilę – zaraportowała, po czym machnęła ręką na znak, że niepotrzebnie strzępi język. – Przecież na pewno o tym wiesz. Podobno Marysia ma do ciebie jakąś ważną sprawę.
– Yyy… – zająknęła się Patrycja. – Tak. – Uśmiechnęła się szeroko, bo na samą myśl o tym, że zaraz porozmawia z przyjaciółką, zalała ją niewypowiedziana fala ulgi.
Nie minął kwadrans, gdy usłyszała samochód podjeżdżający pod dom. Ledwo się zatrzymał, już stała w drzwiach, a kiedy Maryśka w pośpiechu wysiadła z auta i do niej podbiegła, Pati przytuliła ją mocno.
– Dobrze, że jesteś – wyszeptała.
– Też tęskniłam – odparła wesoło Marycha i wyswobodziła się z jej uścisku. – Będziemy w pokoju Pati! – oznajmiła obydwu matkom, po czym pociągnęła Patrycję do domu.
– W kuchni jest całe mnóstwo poświątecznych słodkości! – zawołała za nimi Bożena.
Pati była zbyt przejęta tym, co ma do powiedzenia Maryśce, żeby jeść. Uznała jednak, że jeśli nie weźmie ze sobą przynajmniej kilku babcinych ciasteczek, mama zacznie podejrzewać, że coś jest nie tak. Patrycja obiecała, że będzie się z nią dzielić swoimi problemami, ale nie chciała tego robić już teraz. Dlatego zawróciła spod schodów i zgarnęła trochę ciastek na talerzyk, który zabrała ze sobą na piętro.
– Okej, gadaj – zarządziła Maryśka, klepiąc miejsce obok siebie na łóżku Pati, na którym zdążyła się już rozsiąść.
Patrycja zamknęła drzwi, położyła talerzyk na biurku, wzięła głęboki oddech na odwagę i usiadła. A potem opowiedziała przyjaciółce wszystko, co mogła jej opowiedzieć, łącznie z tym, że Kuba rozważa zmianę klubu i jaka jest w tym wszystkim rola Pawła. Była pewna, że Marycha nic nikomu nie wygada, ale do tej pory milczała, bo czuła, że to nie jej tajemnica i nie ma prawa się nią dzielić. Teraz jednak, kiedy piłkarska przyszłość skrzydłowego Torpedy mogła zależeć od Pati, ta kwestia zaczęła dotyczyć również jej samej.
Starała się przekazać Maryśce wszystko w telegraficznym skrócie. Było jednak sporo szczegółów, których nie mogła pominąć, i jeszcze więcej dygresji, które miały na celu lepsze zobrazowanie jej dylematu. Dlatego ta opowieść zajęła dobre pół godziny. Pod koniec Pati żałowała, że poza słodkościami nie przyniosła z kuchni szklanki wody, bo doszczętnie zaschło jej w gardle. Mówiła i mówiła, a Marycha przerywała jej tylko wtedy, kiedy potrzebowała coś lepiej zrozumieć albo wyrazić szok i niedowierzanie. W wyjątkowo teatralny sposób zdumiała się zarówno faktem, że o pewnych rzeczach dowiaduje się dopiero teraz, jak i tym, co wydarzyło się podczas pobytu Patrycji u dziadków.
– Wow. Nie było cię… ile? – odezwała się, gdy Pati wreszcie zamilkła i zawiesiła na niej wyczekujące spojrzenie. – Niecałe pięć dni, w dodatku spędzonych z rodziną, i już zdążyłaś skomplikować sobie życie bardziej, niż myślałam, że to możliwe – stwierdziła. – To ostatni raz, kiedy wyjeżdżasz z Malinowa bez mojego nadzoru! – Zamachała groźnie palcem.
Patrycja nie była pewna, czy koleżanka aby na pewno żartuje. Tak czy siak, skwitowała jej komentarz przeciągłym westchnieniem.
– Nie wiem, czy gdybyś trzymała mnie za rękę podczas rozmowy z panem Bogusławem, cokolwiek by to zmieniło.
– Może i nie. – Maryśka wzruszyła obojętnie ramionami. – A może i tak. Mogłabym wynegocjować w twoim imieniu, żeby pan skaut jednak pojawił się na dwóch meczach i sam ocenił umiejętności twoich piłkarzyków.
Pati przewróciła oczami.
– Naprawdę nie sądzę… – zaczęła, ale nie dokończyła, bo przypomniała sobie, jak niesamowity dar przekonywania ma Marycha. I jak bardzo potrafi być nieustępliwa. – No dobra, masz rację. Następnym razem wezmę cię do dziadków ze sobą. Ale, swoją drogą, nawet gdyby pan Bogusław zgodził się zobaczyć dwa mecze, ostatecznie, na dziewięćdziesiąt dziewięć procent, i tak skończyłoby się na wybraniu Marka albo Kuby. A nie ich obydwu.
– Albo żadnego z nich – zauważyła Maryśka. – Z tego, co mówiłaś, nie było żadnych obietnic.
– No… nie było. I ta opcja też niestety wchodzi w grę – przyznała z kolejnym westchnieniem, wspominając notatki Bogusława Kopy zamieszczone w czasopiśmie sportowym, które od niego pożyczyła. Dwoje z młodych zawodników, uznanych przez dziennikarzy „Jedenastki” za obiecujących, niewątpliwie nie było jedynymi, których skaut miał na oku, więc konkurencja była duża.
– Pomyśl o tym tak: podwoiłabyś szanse na to, że przynajmniej jeden z nich dostanie się do… eee… Tyrana?
– Tytana – poprawiła ją Pati i parsknęła cicho. Przypuszczała, że Marycha świetnie pamięta nazwę klubu i tylko udaje, że tak nie jest, żeby ją rozśmieszyć. Co zresztą jej się udało. – Okej, jest w tym jakiś sens – zgodziła się. – Ale nie nalegałam, żeby przyjechał do Malinowa dwa razy, bo to już by było przegięcie. I tak robi mi ogromną przysługę. Jeszcze by się z niej wycofał, gdybym była zbyt… natrętna.
– Dobra, dobra. Mówię tylko, że to by było najlepsze rozwiązanie.
– Wiem! – burknęła Patrycja. – Dlatego go o to podpytywałam. Ale… – zawiesiła głos.
– Co takiego?
– Nic, nieważne.
– Gadaj – zarządziła Maryśka, na co Pati pokręciła głową. – No dawaj!
Patrycja odetchnęła głośno.
– Tak sobie tylko pomyślałam, że to też niewiele by zmieniło – wymamrotała.
– Nie rozumiem.
– No… – Przygryzła wargę. – Markowi i tak nie podobałoby się to, że nie wybrałam tylko jego.
– Ach! – Marycha uniosła wysoko brwi. – Ale to zupełnie inny problem. – Chwyciła Pati za nadgarstek i spojrzała na jej zegarek. – I na to może nam nie starczyć dzisiaj czasu – oceniła. – Zacznijmy od tego, co cię gryzie najbardziej.
Patrycja pokiwała potulnie głową.
– Okej! – Maryśka klasnęła dłońmi o uda.
Zaraz potem podniosła się z łóżka i podeszła do biurka. Bezceremonialnie wydarła dwie kartki z pierwszego zeszytu, który nawinął jej się pod rękę, po czym chwyciła atlas geograficzny w twardej oprawie i długopis. Zaopatrzona w to wszystko wróciła na swoje miejsce obok przyjaciółki.
– Nie do końca wierzę, że tę decyzję da się podjąć, nie mieszając w to emocji, ale spróbujmy – powiedziała i napisała na jednej z kartek „Marek”, a na drugiej „Kuba”. – Dawaj!
– Co mam dawać? – zapytała nieco nieobecnym głosem Pati, wpatrując się w imiona dwóch chłopaków, na których jej zależało. Oczami wyobraźni widziała ich twarze.
– Powody! – odpowiedziała Maryśka z nutą zniecierpliwienia. – Zacznijmy od tego, dlaczego to Marek powinien grać w Trytanie.
Pati pokręciła nieznacznie głową, ale tym razem nie poprawiła koleżanki.
– No… – bąknęła, niepewna, od czego zacząć.
– Bylibyście wtedy w jednym klubie, a to coś, czego obydwoje chcecie – podpowiedziała Marycha i od razu zapisała to jako pierwszy punkt.
– Tak – potwierdziła Patrycja, brzmiąc, jakby zapewniała samą siebie, że to dobry powód.
Maryśka spojrzała na nią podejrzliwie spod zmarszczonych brwi.
– Co jest? – spytała.
– Nic, nic. – Pati zamrugała. Potrząsnęła głową, by wyrwać się z chaosu myśli, które ją przepełniały, i skupić na konkretach.
– Cieszyłabyś się, gdybyście grali w jednym klubie, tak? – upewniła się Marycha.
– Tak, tak, oczywiście – odparła szybko. – Sorry, trochę się zamotałam.
– W czym?
– Chyba myślałam o zbyt wielu rzeczach naraz – przyznała, nie wnikając w szczegóły.
– No dobra. – Maryśka zmrużyła oczy. – Powiedzmy, że ci wierzę. Co jeszcze? – Z powrotem przyłożyła długopis do kartki i popatrzyła wyczekująco na Patrycję.
Ta tym razem bez wahania powiedziała:
– Marek jest świetnym napastnikiem.
– Świetny napastnik – powtórzyła Marycha, zapisując drugi punkt na liście.
– To znaczy: piłkarzem – poprawiła się Pati.
Maryśka uniosła brew, jakby znowu odczytała z wypowiedzi koleżanki więcej niż same słowa. Nic jednak nie powiedziała, tylko skreśliła wyraz „napastnik” i zastąpiła go „piłkarzem”.
– Co jeszcze?
– Będzie mógł wyjechać na studia i nadal grać w piłkę.
– Okej. Ale czy nie mógłby robić tego samego, gdyby przeszedł z Malinówki do dowolnego innego klubu? Na przykład w mieście, w którym dostałby się na studia?
– No tak, ale…
– A tak w ogóle – dodała Marycha, nie dając Patrycji dokończyć – skąd pewność, że dostanie się akurat na tę uczelnię, która jest najbliżej tych, no… Drabiów? Drabi?
– Drabi. I… No nie wiem. Ale z jego ocenami i sukcesami na olimpiadach chyba dostanie się wszędzie, gdzie chce, prawda?
– Hmm. Dobra, to dosyć prawdopodobne. Zaliczę ci to jako trzeci powód – postanowiła po chwili namysłu. – Dawaj kolejne.
– Jeśli nie trafi do Tytana, możliwe, że wcale nie wyjedzie z Malinowa. Będzie, co prawda, grał w Malinówce, bo chcą, żeby przeszedł do seniorów, ale straci rok studiów. Albo i dwa.
– Bo nie chce cię zostawiać tutaj samej – skwitowała Maryśka.
– Bo nie chce być daleko ode mnie.
– Dlaczego?
– Jak to dlaczego? – zdziwiła się Pati. – Bo… mnie kocha – powiedziała, przy ostatnim słowie zniżając głos do szeptu.
Marycha zerknęła na nią wymownie.
– A Jacek kocha mnie. Ale nie rzuca z tego powodu studiów – zauważyła. – I nie mam mu tego za złe – dopowiedziała natychmiast. – Nie chciałabym, żeby przeze mnie rezygnował z czegoś, co jest dla niego ważne i co może nam zapewnić dobrą przyszłość.
– To nie tak, że Marek całkiem rezygnowałby ze studiów. Tylko zacząłby je później.
– Tak?
– Tak mi się wydaje.
– A gdyby jednak postanowił zrezygnować? Chciałabyś, żeby to dla ciebie zrobił?
– Oczywiście, że nie! – wybuchła Patrycja. – Ale co to ma w ogóle do rzeczy? Miałyśmy stworzyć listę powodów, a nie analizować każdy z nich!
– To moja lista i ja ustalam reguły – oznajmiła Maryśka.
Kiedy Pati próbowała przejąć kartki leżące na atlasie, przyjaciółka chwyciła je w garść i odsunęła poza jej zasięg.
– Mary, daj spokój – jęknęła błagalnie. – Możemy po prostu zrobić tę listę? Obiecuję, że nad sensownością każdego z powodów zastanowię się we własnym zakresie.
– We własnym zakresie to ty możesz co najwyżej zastanowić się nad tym, którego ze swoich chłopców kochasz bardziej – stwierdziła Marycha. – Racjonalne myślenie zostaw mnie, bo tobie to ewidentnie nie wychodzi.
Pati miała ochotę się nie zgodzić i skrytykować dobór słów przyjaciółki. Nie zrobiła jednak żadnej z tych rzeczy, bo ostatecznie przecież zależało jej na racjonalnym wyborze. I musiała przyznać, że rzeczywiście cały czas podchodzi do tego zbyt emocjonalnie.
– Okej. – Pokiwała głową. – Niech ci będzie. Ale zapisz ten czwarty punkt.
– Nie.
– Jak to „nie”?
– Nie. – Maryśka wzruszyła ramionami. – To nie jest konkretny powód. To jest widzimisię twojego chłopaka. Nie zgadzam się na to, żeby traktował cię jak przeszkodę. A tym bardziej na to, żebyś ty – wbiła palec wskazujący w ramię Patrycji – tak traktowała siebie. Do najbliższego dużego miasta są stąd dwie godziny drogi. Marek mógłby tam studiować i załapać się do jakiegoś klubu na miejscu. Gdyby tylko chciał, moglibyście się widywać w każdy weekend i… Nie! – zaprotestowała, gdy tylko się zorientowała, że Pati zamierza skomentować jej wywód. Uniosła ten sam palec, którym ją przed chwilą dźgała. – Nie mów mi, że w weekendy gra się mecze. To też żadna przeszkoda. To tylko kolejna wymówka.
Patrycja nie miała żadnego innego sensownego kontrargumentu.
– Gdyby Jacek mieszkał tak blisko, jeździłabym do niego w każdej wolnej chwili – dodała Marycha i jej oczy się zaszkliły. – Ale nie mieszka. – Spojrzała smutno. – A i tak dajemy radę. Bo chodzi o naszą wspólną przyszłość, a nie tylko o tu i teraz. Bo wiemy, że warto. Warto inwestować w to, co jest między nami, bo… – Rozłożyła ręce.
– Bo się kochacie? – zgadła Pati.
– Chciałam powiedzieć: bo to jest coś wyjątkowego. Ale tak, jest wyjątkowe, bo nasza miłość jest wyjątkowa. Nie wierzę, żebym potrafiła poczuć do kogokolwiek innego to, co czuję do Jacka. Nie ma opcji, żebym o to nie walczyła. Nieważne, ile tysięcy kilometrów nas dzieli.
– Gdyby Marek miał pewność, że go kocham… – zaczęła Pati.
– Mam wrażenie, że już o tym rozmawiałyśmy – przerwała jej stanowczo Maryśka.
– Okej, okej – burknęła. – Czyli… – Wskazała na ledwo zapisane, nieco pomięte kartki w ręce przyjaciółki.
– Czyli zostają trzy powody – odparła Marycha, rozkładając kawałki kratkowanego papieru z powrotem na książce. – Może na razie to zostawmy i przejdźmy do Kuby?
Patrycja przez kilka sekund myślała, czy jest jeszcze coś istotnego, co powinna zaliczyć na korzyść Marka, ale nic nie przychodziło jej do głowy.
– No dobra – zgodziła się w końcu.
– Od razu napisać, że też jest świetnym piłkarzem? – rzuciła pół żartem, pół serio Maryśka.
– Jest świetnym piłkarzem – potwierdziła Pati. – I fenomenalnym skrzydłowym. – Ledwie wypowiedziała te słowa, kąciki jej ust same się uniosły.
To również nie uszło uwadze Marychy. Uśmiechnęła się pod nosem.
– I to ma znaczenie, bo Tytan szuka skrzydłowego? – zapytała.
– Potrzebują skrzydłowego. Co nie znaczy, że nie szukają też zawodników na inne pozycje. Albo, wiesz, do juniorskiego składu.
– Myślałam, że Marek nie będzie mógł już grać w juniorach w przyszłym roku?
– No, nie będzie mógł. – Patrycja opadła na plecy z marudnym pomrukiem i zagapiła się w sufit. – I to w sumie kolejny powód. Kuba nie musi za wszelką cenę zmieniać drużyny już teraz. A Marek… powinien.
Maryśka zawahała się, jednak ostatecznie zapisała to jako czwarty punkt na kartce podpisanej imieniem chłopaka Pati.
– Czyli teoretycznie Kuba mógłby przejść do Tytana dopiero za rok i nie stanie mu się krzywda?
– To… – Patrycja przesunęła dłońmi po twarzy i zatrzymała je nisko na policzkach, naciągając przy tym skórę pod oczami. – To nie takie proste.
– Bo?
– Bo Kuba ma idealne predyspozycje na skrzydłowego. A skrzydłowego szukają właśnie teraz.
– Tytan szuka skrzydłowego, a ty masz idealnego skrzydłowego pod ręką, tak? – podsumowała Marycha i bez pytania wpisała kolejny argument na odpowiednią listę.
– Trochę tak – przytaknęła Pati. – Tylko Marek właściwie też sprawdziłby się na tej pozycji. To, że teraz gra jako napastnik, nie powinno mieć znaczenia. Jasne, że w tym momencie to Kuba bardziej pasuje do Tytana, bo przeanalizował ich grę i już pracuje nad rozwinięciem umiejętności, które przydadzą się drużynie. Ale jestem pewna, że Marek zacznie robić to samo, kiedy tylko zobaczy ich na żywo w niedzielę i… Ej! – Słysząc skrobanie długopisu o papier, podniosła się do siadu. – Co tam zapisujesz?
– Że Kuba ma na razie większe szanse na spełnienie wymagań trenera… czy tam skauta… – Maryśka machnęła ręką. – Człowieka, który decyduje o tym, że piłkarz pasuje do drużyny.
– Podkreśl „na razie” – poleciła Patrycja. – Ten punkt będzie pewnie do wywalenia.
– Mhm. A są jeszcze jakieś inne?
– No… – Przygryzła wargę. – To najlepszy klub w sensownej odległości od Malinowa.
– A to ma znaczenie, bo…?
– Bo Kuba… Bo jego rodzice… – Nie dokończyła, ale nie musiała.
– Ach, no tak… Zupełnie o tym zapomniałam. – Marycha dopisała czwarty punkt na liście Kuby.
– Zaliczasz to jako racjonalny powód? – zdziwiła się Pati.
– Zahacza o emocjonalny, to prawda – przyznała. – Ale podejrzewam, że rodzice Kuby dosłownie potrzebują go na miejscu.
– Nie wiem – wyszeptała Patrycja, opuszczając wzrok na kolana.
Kuba wspominał jej, że jego mama nadal nie do końca radzi sobie z żałobą po córce, ale Pati nie podpytywała go o szczegóły. Czuła się dziwnie źle z tym, jak niewiele wie o tak ważnym aspekcie jego życia, a jednocześnie miała wrażenie, że to zbyt osobista i krucha relacja, by mogła zapytać go o nią wprost.
– Wiesz o jego siostrze? – Spojrzała na Maryśkę.
– Wszyscy wiedzą – odparła przyjaciółka równie cicho, jakby to było coś, o czym mówi się tylko szeptem. A kiedy Patrycja długo się nie odzywała, dodała: – Aż chciałoby się powiedzieć, że należy mu się coś od życia po tym, co przeżył, prawda?
Pati uśmiechnęła się krzywo.
– Ale to już jest bardzo emocjonalny powód – stwierdziła i westchnęła.
Po wyjściu Marychy Patrycja jeszcze długo myślała. Niemal bezwiednie szykowała ubrania, zeszyty i książki na jutro, a w tym samym czasie układała sobie w głowie wszystko, o czym rozmawiała z przyjaciółką. Podczas brania prysznica analizowała sensowność tych kilku powodów, które udało im się wymyślić. W trakcie szczotkowania zębów zastanawiała się, co dodałaby do obydwu list, gdyby racjonalność nie była ograniczeniem.
Gdy w końcu położyła się w łóżku, doszła do wniosku, że niezależnie od tego, jak wiele argumentów za i przeciw znajdzie, jej decyzja ostatecznie i tak będzie emocjonalna. A już na pewno będzie się wiązała z emocjonalnymi konsekwencjami.
Z całej siły przytuliła pluszowego misia od Marka, wspominając, jak beznadziejnie czuła się dzisiaj, okłamując swojego chłopaka. Wyobraziła sobie, jak wielki ból sprawiłaby mu, gdyby zaprosiła Bogusława na mecz Torpedy i w rezultacie to Kuba dostałby się do drużyny prowadzonej przez Samera. Wiedziała, że byłoby jej z tym źle. Potwornie źle.
Zaraz potem jednak w głowie Pati pojawił się obraz tego, jak ogromna byłaby radość Kuby na wieść o tym, że został przyjęty do Tytana. I nagle wszelkie negatywne skutki przestały mieć znaczenie. Chciała tego dla niego.
Tylko że równie mocno pragnęła uszczęśliwić Marka. A myśl o tym, że widywałaby go codziennie przed treningami i po nich, wprawiła ją w dobry nastrój, który stał się jeszcze lepszy, gdy zdała sobie sprawę, że w tym scenariuszu ona też grałaby w Tytanie.
