39,99 zł
Na lodzie nie ma miejsca na prawdziwą przyjaźń. Ale czy jest miejsce na prawdziwą miłość?
Zuza niczego nie kocha tak mocno jak łyżwiarstwa. Ma jasny cel: zabłysnąć w kwalifikacjach jako nowa zawodniczka i pokazać wszystkim – a zwłaszcza swojej mamie – że pasja znaczy więcej niż oceny. Rywalizacja na lodowisku bywa brutalna i wcale nie kończy się po zejściu z tafli. Szczególnie że Zuza coraz więcej czasu spędza z Filipem – łyżwiarzem, o którym marzy każda dziewczyna z jej grupy.
Próbując zdobyć pozycję w zespole, Zuza daje się sprowokować kapitanowi drużyny hokejowej – Gabrielowi. Wystarcza jeden ryzykowny piruet i dziewczyna zostaje zawieszona. Jednak żeby osiągnąć sukces, jest w stanie zrobić wszystko. Problem w tym, że za każdym razem, gdy Gabriel pojawia się w pobliżu, Zuza czuje, jak rosną w niej irytacja… i coś jeszcze, czego wolałaby w sobie nie zauważać.
Bo choć jej największą miłością są łyżwy, to z niektórymi uczuciami nie da się walczyć…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 280
Data ważności licencji: 4/8/2031
Copyright © 2026 by Daria Górska
Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026
Redaktorka inicjująca: Aleksandra Marton
Redaktorka prowadząca: Agata Stęplewska
Ilustracje okładkowe: Katarzyna Witerscheim
Projekt typograficzny okładki i stron tytułowych: Wojciech Grzybczak
Redakcja: Zuzanna Macikowska
Opieka redakcyjna: Sabina Wojtasiak
Adiustacja: Magdalena Gonta-Biernat | To się wyda
Korekty: Aleksandra Wrońska, Olga Smolec-Kmoch | To się wyda
Skład i łamanie: Tomasz Biernat | To się wyda
Grafika na początkach rozdziałów: hamo | Adobe Stock
Rysunki kroków: Daria Górska
Zdjęcie autorki na okładce: Marta Jankowska
Opieka produkcyjna: Karolina Korbut, Dawid Kwoka
Opieka promocyjna: Julia Duda
ISBN 978-83-8427-422-4
Wydanie pierwsze
Kraków 2026
Przeczytaj, co o książce sądzą inni czytelnicy, i oceń ją na lubimyczytać.pl
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk
Dla mojej wspaniałej społeczności Jaskółek
– Wdech, wydech, wdech, wydech – powtarzałam sobie szeptem, robiąc przejazd dookoła tafli, aby ustawić się na pozycji startu. – Nie patrz w lód, wzrok na sędziów. Albo nie. Może lepiej na widzów. Wszędzie, byle nie w lód.
Brawa i okrzyki dookoła mnie ucichły, a ja wiedziałam, że to moment, w którym muszę się spiąć i dać z siebie wszystko. Lewą nogę trzymałam z przodu na całej płozie, a prawą delikatnie opierałam na ząbku. Jedną rękę wyciągnęłam do sufitu, a drugą skierowałam w stronę lodu. Opuściłam wzrok.
– Wdech, wydech. – Ledwie zdążyłam wypowiedzieć te słowa, gdy włączono muzykę.
Zaczęłam wykonywać program z jak największą dbałością o każdy ruch. Muzyka płynęła delikatnie, ale ja słyszałam w niej każdy akcent. Czasem odnosiłam wrażenie, że znam utwory, do których jeżdżę, lepiej niż ich wykonawcy. Dokładnie wiem, kiedy artysta bierze oddech, kiedy zwalnia i kiedy przyspiesza, a moje ciało próbuje w każdym calu oddać głębię emocji zawartych w melodii. Gdy muzyka w charakterystycznym pogłosie lodowiska mieszała się z dźwiękiem krawędzi płozy dociskanej do tafli, ja – jak w transie – wykonywałam kolejne elementy programu. Poczułam lekki ucisk w żołądku, kiedy nadszedł moment wykonania kombinacji skoków axla z toeloopem. „Zepnij się, pamiętaj o rękach” – upominałam się w myślach. Wtedy usłyszałam charakterystyczny dźwięk wybicia, a moja płoza lekko oderwała się od ziemi. Po chwili wylądowałam miękko, uginając kolano do wyjazdu, i pomimo powagi programu na mojej twarzy pojawił się uśmiech pełen dumy. Czysta kombinacja – byłam tego pewna. Na kilka sekund wybiłam się z rytmu, ale nie było czasu na radość. Nawet chwila rozluźnienia mogła sprawić, że najłatwiejsze elementy okażą się moją piętą achillesową. Kontynuowałam więc program w pełnym skupieniu i choć całość trwała zaledwie trzy minuty, przy ostatnim piruecie czułam się tak, jakbym przebiegła maraton.
Teraz nie mogłam jednak odpuścić. Wjechałam więc do piruetu i delikatnie zaczęłam odchylać ciało, maksymalnie przyciągając nogę do swojej głowy. Wypełniała mnie ekscytacja, gdy nabierałam coraz większej prędkości. W myślach starałam się liczyć obroty, ale nie mogłam się na tym skupić. „Trzy, dwa, jeden, wyjazd i szybkie, dynamiczne zejście na kolano!” – wypuściłam resztę powietrza, zastygając w pozycji końcowej. Po raz drugi uśmiechnęłam się mimowolnie. Podniosłam wzrok, a dookoła mnie rozległy się brawa.
Wtedy spojrzałam na Florę – wysoką brunetkę, która wiwatowała chyba najgłośniej ze wszystkich.
– Brawo, Zuza! – zawołała charakterystycznym, czystym głosem, a w moją stronę poleciał średniej wielkości pluszowy piesek.
Upadł na lód obok bandy, a ja podjechałam, żeby go podnieść i jeszcze raz się ukłonić. Następnie zbiegłam z lodu do strefy, w której moja trenerka siedziała już na kanapie, i zajęłam miejsce tuż obok niej. Wpatrywałyśmy się w tabelę, oczekując na noty sędziowskie.
– Czysty program… – wydusiłam z siebie. Teraz jeszcze bardziej odczuwałam, jak zmęczyłam się podczas jazdy. Moja trenerka nic nie odpowiedziała i objęła mnie ramieniem. Te kilka minut dłużyło się w nieskończoność.
Po chwili rozległ się głos spikera, a moje nazwisko pojawiło się na tablicy wyników na samym szczycie.
– No pięknie, Zuza, to twój osobisty rekord! – Tym razem w oczach trenerki dostrzegłam dumę. – Jest dużo lepiej, niż się spodziewałam. Zrobiłaś ogromny postęp od zeszłego sezonu – pochwaliła mnie i skłamałabym, gdybym powiedziała, że też tego nie zauważyłam.
Właściwie nigdy nie czułam się tak pewnie.
Nie zaczęłam trenować łyżwiarstwa w dzieciństwie – byłam nastolatką, gdy stawiałam pierwsze kroki na lodzie, ale od początku rozumiałam, że jest to coś, co chciałabym robić. Już na pierwszych zajęciach, gdy trójka skakana wydawała mi się czymś nierealnym do wykonania, wyobrażałam sobie moment, w którym będę mogła powiedzieć, że jestem w tym dobra, że mogę przejechać wszystko zgodnie z planem i że zrobię to idealnie.
– Dziękuję, tak jakoś wyszło – odpowiedziałam po chwili zbyt długiej ciszy. – Mam nadzieję, że utrzymam się na podium.
– Zobaczymy – odrzekła trenerka. – Tak czy siak, możesz być z siebie dumna.
Oj, byłam! Chciałam wstać, wejść na lód i przejechać ten program jeszcze raz. Mogłam udowodnić, że to nie był przypadek i że gdybym tylko chciała, zrobiłabym to nawet lepiej.
– Jest jeszcze dużo do dopracowania – zauważyłam. Nie wiem, kogo próbowałam oszukać tą fałszywą skromnością, ale może po prostu nie chciałam pokazywać targających mną emocji.
Trenerka odwróciła się twarzą w moją stronę.
– Widzę, jak angażujesz się w treningi. Twoja charyzma i ekspresja na lodzie też bardzo się poprawiły. Podoba mi się, że widzisz własne błędy i chcesz nad nimi pracować. Myślę, że powinnaś dostać szansę na większy rozwój, ale ogranicza cię grupa, w której teraz jesteś. Co powiesz na to, żeby dołączyć do grupy zawodniczej?
– Oczywiście! – odparłam, choć nadal to do mnie nie docierało.
– No to widzimy się we wtorek o szóstej trzydzieści już na lodzie. Nie spóźnij się i przygotuj się na to, że nie będzie łatwo, ale dasz radę… chyba – dodała, posyłając mi swój typowy, uprzejmy uśmiech.
Bałam się go odwzajemnić, jednak nie wypadało patrzeć na nią z grobową miną. „Wdech, wydech…”
– No dobrze, Zuza, chodź już, zaraz kończy następna osoba, musimy zwolnić miejsce i… chyba ktoś tam na ciebie czeka.
Teraz już z łatwością odwzajemniłam uśmiech trenerki. Wstałam z impetem i wyprzedzając ją, pobiegłam w stronę mojej największej fanki.
– No i jak tam się czuje moja gwiazda?
Szczupła dziewczyna przytuliła mnie mocno i lekko podniosła ponad ziemię. Byłam przekonana, że wyglądamy komicznie.
– Flora, odstaw mnie!
– Modliłam się tylko, żeby nie trafić tym pieskiem w twoją głowę, bo zapewniłabym ci tym niezapomniany finał zawodów.
– Byłabym wtedy twoją spadającą gwiazdą! – zażartowałam.
– Wariatka! Do spadającej gwiazdy niewiele brakowało. Ten toe-loop po axlu w twoim wykonaniu zazwyczaj kończy się na ziemi – zauważyła Flora.
– Ale tym razem mi wyszedł. I to na zawodach! – zauważyłam.
Nie miałam sobie nic do zarzucenia, ale Flora była perfekcjonistką jakich mało. Zawsze zazdrościłam jej charyzmy – zarówno na lodzie, jak i poza nim. Nie znałam też drugiej tak do bólu szczerej osoby.
– Dobra, dobra. Obstawiałam, że upadniesz, jednak tym razem ci się udało. No i przegrałam przez ciebie zakład z bratem.
– Czekaj, co? – zdziwiłam się.
– No… założyłam się z bratem, że będę jedyną zawodniczką w naszej kategorii, która czysto przejedzie program, ale tobie też się udało, więc będę za niego zmywać naczynia przez tydzień!
– Czyli starszy brat mojej przyjaciółki wierzy we mnie bardziej niż ona sama… Ciekawe – zaśmiałam się, zakładając przy tym moje jasnobrązowe włosy za ucho.
– On to akurat wierzy we wszystkich, czasem aż za bardzo… Ale musiałabyś widzieć jego minę, gdy się dowiedział, że trenerka przenosi mnie do jego grupy i będziemy razem wstawać na szóstą trzydzieści…
– Aaa! – krzyknęłam i rzuciłam się Florze na szyję, skacząc z radości.
– Zuza, wystarczyło pogratulować – zaśmiała się, zdezorientowana.
– Wygląda na to, że nie będziesz sama wstawać na treningi o tej zabójczej porze!
– Wiem, przecież Filip chodzi do tej grupy… – Po wypowiedzeniu tych słów Flora zrobiła przerwę i spojrzała na mnie z niedowierzaniem, jakby dopiero teraz zaczynała rozumieć, dlaczego moja reakcja była aż tak entuzjastyczna. – Nie, nie wierzę, ty też?!
Pokiwałam głową najszybciej, jak potrafiłam, chyba z odrobinę przesadną ekscytacją.
– To wspaniale! Znaczy, wiesz, czeka nas dużo pracy, tam już nie ma żartów ani miejsca na niepewne skoki. Jak to mówi mój brat: „Tutaj kończy się zabawa, a zaczyna prawdziwa jazda bez trzymanki”.
– Nie wiem, jak ty, ale ja już od dawna nie trzymam się barierki – zażartowałam w odpowiedzi.
– Oj, wiesz, o co mu chodzi! O wilku mowa. Filip! Chodź tutaj! – zawołała wysokiego bruneta, który właśnie kierował się w naszą stronę, schodząc z trybun.
Głos siostry musiał wyrwać go z zamyślenia, bo nagle uniósł głowę i spojrzał prosto na nas.
Doskonale znałam go z opowiadań Flory, ale przede wszystkim – z lodowiska. Chłopaków w tym sporcie było zdecydowanie mniej niż dziewczyn, ale jak już się pojawiali, to… och, zachwycali. Styl jazdy Filipa był nie do podrobienia – niezwykle liryczny. Miał to coś, czego zawsze mi brakowało.
– Zuza nie będzie więcej chodzić na treningi! – wyrzuciła z siebie Flora, zwracając się do Filipa.
Już chciałam się wtrącić, ale ujrzałam kasztanowe oczy chłopaka, które zrobiły się większe, jakby chciał powiedzieć: „Chyba sobie żartujesz” albo: „Nie no, bez jaj”. A może tylko mi się wydawało? Bo przecież czemu miałaby go obchodzić zupełnie zwyczajna koleżanka młodszej siostry? Aby jakoś wybrnąć z sytuacji, spróbowałam przejąć pałeczkę w rozmowie.
– To nie tak… nie słuchaj jej… znaczy, tak jakby… bo… – Język plątał mi się jak nigdy.
– Zuza próbuje powiedzieć, że nie będzie więcej chodziła na treningi do swojej starej grupy, bo, tak jak ja, dostała dziś awans.
– W takim razie już teraz powinienem poprosić panią Zuzannę o autograf, bo jeszcze trochę i będę mógł go sprzedać za grube miliony. Wiesz, gdy już będzie najbardziej znaną łyżwiarką w kraju – zażartował Filip.
– Tak, na pewno! Chyba najbardziej znaną w Szczecinie! Już to będzie wielkim sukcesem! – Flora musiała wtrącić swój realistyczny punkt widzenia.
Schlebiało mi, że Filip tak we mnie wierzył, i miło było usłyszeć takie słowa od dobrego łyżwiarza. Ale umówmy się… do czołówki polskiego łyżwiarstwa było mi daleko. Powoli opuszczała mnie cała wiara w siebie, którą miałam jeszcze kilka minut temu. Mogę być amatorką z niesamowitymi wynikami, ale czy to wystarczało, by trenować w grupie zawodniczek? To marzenie… marzenie, które wkrótce miało stać się rzeczywistością. Nie dostałabym tej szansy, gdybym nie była dobra, prawda?
– Nie będę wiedział, komu kibicować. Tobie, Zuza, czy mojej siostrze! – wypowiadając te słowa, Filip szturchnął Florę w bark, na co ta wywróciła oczami.
– Masz szczęście, że to moja przyjaciółka i też jej kibicuję!
– Wiesz, że żartuję – oburzył się Filip, lekko zawstydzony, a ja postanowiłam się przełamać i włączyć do rozmowy.
– Lepiej jej teraz nie podpadaj. Pamiętaj, że wkrótce będziecie dzielić lód – odezwałam się trochę pewniej. Może mi się wydawało, ale Filip od razu się ożywił.
– Szczerze mówiąc, ta wizja mnie trochę przeraża. Flora zabija wzrokiem bardziej niż trenerka! Zwłaszcza gdy ktoś akurat znajdzie się w miejscu, które ona wybrała do skoku.
Nie chciałam tego przyznawać, ale to prawda – jego siostra na lodzie jest jak rakieta. Flora jeździ niezwykle dynamicznie i pomimo że z wyglądu jest trochę podobna do Filipa, to ich sposób ekspresji pozostaje zupełnie inny.
– Czegokolwiek by jednak nie mówić, obserwowanie mojej siostrzyczki to czysta przyjemność – dodał.
– Póki nie zajedziesz jej drogi! – Zacisnęłam ironicznie usta i spojrzałam na przyjaciółkę.
– Właśnie! A jeśli to zrobisz, gwarantuję, że co wieczór będziesz musiał słuchać opowieści o tym przy rodzinnym stole – droczyła się z bratem Flora.
– Nie napisałam mojej mamie, że dostałam awans! Poczekajcie! – przerwałam im te uszczypliwości.
Odeszłam na bok i z ekscytacją zaczęłam pisać:
Zawody poszły super, przejechałam czysto program, mam nagranie, jeśli chcesz zobaczyć. I nie uwierzysz! Trenerka przenosi mnie do grupy wyżej!
Wysłałam wiadomość i już chciałam się odezwać, gdy rozległ się głos spikera, który ogłaszał ostateczne wyniki po dzisiejszych przejazdach. Podniosłam głowę i dostrzegłam, że zajęłam trzecie miejsce w mojej kategorii. „Czysty przejazd, a i tak jestem trzecia! Wdech, wydech!” – starałam się powstrzymać natarczywe myśli. Nagle ktoś delikatnie klepnął mnie w ramię. Tym razem był to Filip.
– No, no, druga w klubie, trzecia w kategorii, zasłużyłaś na ten awans. Do zobaczenia na treningu, młoda!
Mimowolnie się uśmiechnęłam, patrząc, jak chłopak odchodzi i zostawia mnie z Florą. Moja przyjaciółka, gdy tylko zobaczyła, że jej brat się oddala, pochyliła się nad moim uchem.
– Chyba wpadłaś komuś w oko – szepnęła.
W odpowiedzi spojrzałam na nią ze zdziwieniem.
– Uwierz mi, znam mojego brata i wiem, co mówię.
A jeśli to prawda? Ten dzień już nie mógł być lepszy! Jeszcze wczoraj myślałam, że nawet nie wie, jak się nazywam – w końcu czy każdy brat zna imiona koleżanek młodszej siostry? Choć może Flora tylko tak mówi. Ale z drugiej strony… przecież ona zawsze jest szczera. Nie, to niemożliwe.
Niespodziewanie usłyszałam dźwięk powiadomienia w telefonie.
Okej, a pamiętasz, że jutro rano masz sprawdzian z matematyki? Podręcznik czeka w domu. I to nieotwarty.
– Wróciłam! Nie uwierzysz, co się stało! Ten dzień był wspaniały! Przejechałam cały program, wylądowałam tę trudną kombinację, o której ci mówiłam, i… – Zrobiłam krótką przerwę na zrzucenie z ramienia torby z łyżwami i wejście do salonu. – Trenerka była mną zachwycona! Muszę ci pokazać nagranie. – Kolejna pauza, tym razem mój entuzjazm zaczynał już trochę opadać. – Mamo? Słuchasz mnie?
– Mhm – odburknęła, ale to mnie nie zniechęciło.
– No dobra, to patrz. – Usiadłam obok niej na kanapie i wyciągnęłam telefon.
– Przecież już widziałam ten program setki razy… Ale dobrze, pokaż, Zuziu.
Podałam jej telefon, a ona nałożyła na nos okulary i zaczęła oglądać mój dzisiejszy występ. Z uśmiechem patrzyłam raz na telefon, a raz na mamę, której mina pozostawała niezmienna. Kiedy przyszedł moment ukłonów, oddała mi telefon, nawet nie czekając na fragment, w którym opuszczam taflę lodowiska.
– I jak? Co myślisz? – dopytywałam.
– Ładnie, Zuziu – podsumowała bez większych emocji.
– Ale widziałaś, że wreszcie udało mi się przejechać całość?
– Widziałam całość już nie raz, jak pokazywałaś nagrania z treningu. Zresztą, dla mnie zawsze wygląda to dobrze.
– Ale to nie to samo! – nie dawałam za wygraną. – Na treningach można sobie jechać, ale tutaj dochodzą emocje, strój, widownia! Musisz przyjść i zobaczyć to na żywo!
– Najpierw chciałabym zobaczyć pozytywne oceny w twoim dzienniku. Cieszę się, że masz pasję, ale łyżwy to nie wszystko!
– Wiem, wiem, ale serio to nie koniec! Dostałam się do nowej grupy i…
– Na początek popraw oceny, a potem będziemy rozmawiać o łyżwach – przerwała mi.
– Ale przecież ja umiem na ten sprawdzian…
– Gdy zobaczę to w dzienniku, wtedy chętnie posłucham o twoich łyżwach – skwitowała.
Spojrzałam na nią z niedowierzaniem. Nie codziennie przecież staje się na podium, nie codziennie odnosi się sukcesy w czymś, co się kocha.
– W lodówce zostawiłam ci kanapki. Zjedz je i skup się na sprawach, które są ważne.
– Oczywiście, bo przecież szkoła jest ważna, a łyżwiarstwo to tylko fanaberia! – parsknęłam, czując, jak opuszczają mnie resztki pozytywnej energii, która została mi jeszcze po dzisiejszym dniu.
Dlaczego nie chciała mnie wysłuchać?
Skierowałam się do lodówki. Sięgając po kanapki, zauważyłam udawane przyjazne spojrzenie mamy rzucone w moją stronę. Nie mogłam tego zrozumieć – gdy tata był w Polsce, wyglądało to zupełnie inaczej. Zawsze razem siadaliśmy do kolacji, a on chciał oglądać nagrania z zawodów i treningów, sam nawet zaproponował, by obejrzeć olimpiadę zimową. Tata nie rozumiał, czym różni się flip od lutza, a ja, choć na lodzie miałam jeszcze z nimi problem, pokazywałam nieudolnie, na sucho, różnice między tymi skokami. Wtedy mama też chciała słuchać o mojej pasji. Wszystko się zmieniło, gdy tata wyjechał do Norwegii na kontrakt z pracy. Być może mama nigdy nie była zainteresowana łyżwiarstwem albo słuchała mnie tylko ze względu na niego? A może wcale nie słuchała i tylko miałam wrażenie, że poświęca mi uwagę? Teraz miała do mnie jedynie pretensje o nieposprzątany pokój na przemian z narzekaniem, że skoro już chodzę na lodowisko, to po drodze mogłabym chociaż zrobić zakupy do domu.
Usiadłam w swoim pokoju, starając się skupić na nauce. To miejsce, utrzymane w odcieniach bieli i pastelowego różu, było moją oazą spokoju. Na ścianie wisiały rolki figurowe – jeżdżę na nich, gdy na lodowisku trwa przerwa techniczna. Włożyłam je na mój pierwszy występ, chociaż to jeden z tych momentów, o których wolałabym zapomnieć. Flora namówiła mnie wtedy, żebyśmy wystąpiły przed całą szkołą podczas rozpoczęcia liceum. Delikatnie mówiąc, poszło mi… nienajlepiej. Tym sposobem od początku przylgnęła do mnie łatka „tej od jazdy figurowej”. Duety nie były moją mocną stroną i choć Flora wypadła fenomenalnie, ja byłam przy niej jak brzydkie kaczątko, które próbowało jej dorównać. Żałowałam też, że nie jesteśmy razem w klasie – z przyjaciółką u boku byłoby mi łatwiej wytrwać w tym piekle zwanym przez wszystkich szkołą.
Nie wiem, jak długo siedziałam nad książkami, próbując zrozumieć, w jaki sposób znaleźć „x” i „y”. Nawet kiedy wydawało mi się, że opanowałam już całe zagadnienie, to moje wyniki i tak nie pasowały do żadnej z zaproponowanych odpowiedzi. Bez celu wodziłam wzrokiem od zeszytu do okna. Z zawieszenia wyrwało mnie pukanie mamy do pokoju.
– Proszę. – W moim głosie można było usłyszeć zmęczenie.
– Mam nadzieję, że naprawdę się uczyłaś. Przyniosłam ci herbatę.
Pomyślałam, że było to miłe z jej strony, jednak po chwili dodała:
– Będę dumna, jeśli zdasz ten egzamin.
No tak – gdy zdam egzamin, do którego podchodzi każdy licealista, to moja mama będzie ze mnie dumna, ale jeśli mój sukces dotyczy czegoś takiego jak łyżwy, to nawet nie chce mnie słuchać.
– Mam nadzieję, że będziesz – odpowiedziałam, nawet na nią nie spoglądając.
Słyszałam, jak stawia kubek na moim biurku i zamyka za sobą drzwi. Chciałam wrócić do nauki, jednak moje i tak rozproszone myśli zakłócił dźwięk powiadomienia. Na ekranie pojawiła się różowa ikonka Instagrama z informacją: „Użytkownik @FilipNowicki_fs zaobserwował(a) Cię”. Mimowolnie się uśmiechnęłam i kliknęłam „Zaobserwuj”, po czym rzuciłam telefon na łóżko. Nie minęła minuta, gdy znów usłyszałam powiadomienie.
Nagrałem kawałek twojego występu, jakbyś chciała się pochwalić rodzinie widokiem z innej perspektywy.
„Słodkie!” – pomyślałam. Szkoda tylko, że jedyną osobą, która to obejrzy, będę ja… i to pewnie ze sto razy.
Kto przy zdrowych zmysłach wymyślił treningi o wpół do siódmej? Nie zdążyłam nawet porządnie zasnąć, a już musiałam wstawać. Kilka razy niezgrabnie uderzyłam w telefon, by wyłączyć budzik, a następnie mocniej naciągnęłam na siebie kołdrę. Może po kilku tygodniach się przyzwyczaję? Początki przecież zawsze są trudne. Nie zmrużyłam oka nawet na chwilę, gdy w moim pokoju rozbrzmiał kolejny alarm. Tym razem chwyciłam telefon i zobaczyłam na wyświetlaczu kwadrans po piątej. Wyłączyłam wszystkie pozostałe alarmy, które ustawiłam na wszelki wypadek. Spóźnienie na trening nie wchodziło w grę, zwłaszcza jeśli chciałam zrobić dobre wrażenie w nowej grupie. Szczególnie że nowa grupa oznaczała też nowe środowisko. I chociaż robienie dobrego pierwszego wrażenia nigdy nie było moją mocną stroną, tym razem postanowiłam, że będzie inaczej.
Ta myśl zmotywowała mnie, żeby zerwać się z łóżka i ruszyć w kierunku szafy. Jeśli ktoś potrzebowałby stylizacji na pogrzeb, z pewnością znalazłby tam coś dla siebie, bo kolorowe ubrania mogłam policzyć na palcach jednej ręki. Ale za to dobieranie do siebie pasujących odcieni czerni miałam już we krwi.
Gdy spojrzałam na zegarek, zorientowałam się, że zostało mi niespełna dziesięć minut, by zdążyć na autobus. Wybiegłam z domu, po drodze zabierając ze sobą torbę na łyżwy. Uśmiechnęłam się na myśl o poranku spędzonym na lodowisku – czy to nie było ekscytujące? Opuściły mnie resztki zmęczenia i, choć mój optymizm mógł być złudny, naprawdę wierzyłam, że to będzie dobry dzień.
Miasto o tej godzinie było puste i spokojne. Autobus przyjechał na czas, a żeby na niego zdążyć, wystarczył mi jedynie spokojny trucht. Usiadłam na pierwszym wolnym miejscu, kładąc obok siebie torbę z łyżwami, i wtedy mnie olśniło. Gdzie były książki do szkoły? Oczywiście, że o nich zapomniałam! Wszystko leżało na biurku, a plecak pewnie kurzył się teraz przed wejściem do pokoju. Zapowiadało się, że kolejne nieprzygotowania zmarnuję na moje zapominalstwo. Nie miałam szans, żeby zdążyć wrócić do domu pomiędzy treningiem a szkołą – wymówka, że pies zjadł moją pracę domową, też z pewnością nie przekonałaby nauczycieli, zwłaszcza że nawet nie miałam psa. No trudno – teraz i tak liczyły się tylko łyżwy. I dobre pierwsze wrażenie.
Wysiadłam i skierowałam się w stronę lodowiska. „A co, jeśli pomyślą, że jestem dziwna? Może powinnam po prostu poczekać na Florę? Tak! Poczekam na Florę! A jeżeli ona już tam jest i przez to się spóźnię? Wtedy nie zdążę zawiązać łyżew albo nie rozgrzeję się wystarczająco! Nabawić się kontuzji pierwszego dnia w nowej grupie to dopiero byłby wstyd! Nie ma opcji, że tam teraz wejdę. Nie ma!” – w mojej głowie krążyły paniczne myśli. Rzuciłam torbę obok najbliższej ławki i założyłam słuchawki, żeby trochę się uspokoić. Postanowiłam, że zrobię rozgrzewkę sama, w swoim tempie, a przy okazji będę mogła zobaczyć, czy przyszła Flora. Chwyciłam skakankę, wyrównałam oddech i zaczęłam robić małe podskoki.
„Dobra rozgrzewka to początek dobrego treningu” – pomyślałam. „Po niej z pewnością będę dziś wymiatać”. Skakałam jak w transie, zastanawiając się, od kiedy myśli w mojej głowie były dla mnie tak łaskawe.
– Mogę do ciebie dołączyć, Zuza?
Słysząc znajomy głos, jak oparzona wyrwałam jedną słuchawkę z ucha.
– Jeśli nie chcesz, nie będę przeszkadzał…
– Czekaj, co? Co mówiłeś? – wykrztusiłam, odwracając się w jego stronę.
Okazało się, że ten przyjazny głos ma imię, i – co gorsza – należał do prawdziwego człowieka. A teraz nie wiedziałam, co musiał sobie o mnie pomyśleć. Już wczoraj zachowywałam się tak, jakby coś mnie opętało, a dzisiaj nie było lepiej.
– Filip? Co tutaj robisz? Znaczy, wiem, co robisz, w sensie: długo tu stoisz? Nie słyszałam cię, ale tak, możesz dołączyć, śmiało! – Znów plątał mi się język.
– Czyli jednak mnie słyszałaś! Dobrze, nie będę cię już więcej stresował, pewnie krąży w tobie wystarczająco dużo emocji – powiedział z lekkim uśmiechem.
Szczerze mówiąc, chciałam, żeby został, ale nawet nie próbowałam mu tego powiedzieć.
– Będzie dobrze, niczym się nie przejmuj! – zapewnił mnie, jakby czytał w moich myślach, po czym się schylił, by podać mi białą słuchawkę, która przed chwilą wystrzeliła z mojego ucha jak pocisk. – To do zobaczenia na lodzie!
– Miłej rozgrzewki! – krzyknęłam za nim trochę za głośno i usłyszałam, jak echo mojego głosu roznosi się po hali. Czy zawsze muszę być taka cringowa? Jedyną zaletą tej rozmowy było to, że mogłam podejrzewać, że Flora jest już w szatni. Głupio było jednak przerwać rozgrzewkę, więc zdecydowałam się jeszcze chwilę porozciągać.
W tym czasie opracowywałam w głowie wszystkie czarne scenariusze, jakie mogły wydarzyć się na dzisiejszym treningu. W ten sposób doszłam do wniosku, że dopóki nie złamię nogi, nie podetnę trenerki, nie wjadę żadnej dziewczynie w program albo, w najgorszym wypadku, nie wlecę w bandę, to nie powinno być tak źle. A przynajmniej próbowałam to sobie wmówić.
Spojrzałam na zegarek i zobaczyłam, że zostało siedem minut do wejścia na lód. Teraz musiałam zmierzyć się z lękiem przed udaniem się do szatni. Kierując się w tamtą stronę, zauważyłam gotowe już dziewczyny, które wyglądały, jakby poranna godzina nie była dla nich niczym strasznym. Nie było opcji, żebym do nich podeszła! Usiadłam więc na ławce poza szatnią i zaczęłam wiązać łyżwy. Na szczęście nikt nie zwracał na mnie uwagi, a ja starałam się unikać kontaktu z coraz większą grupką stojącą przed wejściem na lodowisko. Nadal nigdzie nie widziałam Flory. Gdy kończyłam wiązać drugi but, usłyszałam charakterystyczny dźwięk płóz na tafli.
– Kto gotowy: na lód! Chwila na rozjazd dla was i zaczynamy! – W hali rozległ się głos trenerki. Nie było już odwrotu.
Ściągnęłam ochraniacze i weszłam na taflę.
– A już myślałam, że nie wstałaś! – zawołał znajomy głos.
Zaraz potem Flora objęła mnie w talii i przytuliła na przywitanie.
– No co ty! Zdążyłam nawet zrobić rozgrzewkę!
– To chyba się minęłyśmy, bo cię nie widziałam – odpowiedziała przyjaciółka.
Już chciałam się przyznać, że przebierałam się poza szatnią, gdy usłyszałam głośne klaskanie trenerki. Obok niej stała dziewczyna, której wcześniej nie miałam okazji poznać.
– Mam nadzieję, że jakoś się trzymacie po zawodach! – zaczęła pani Karolina donośnym głosem. – Zanim rozpoczniemy, chciałam ogłosić, że od dzisiaj do naszej grupy dołączają na próbę dwie łyżwiarki z niższej grupy: Flora i Zuza. Przyjmijcie je ciepło! Dziewczyny, gdybyście miały z czymś problem, nie bójcie się pytać. A teraz zaczynamy!
Pomimo zachęcających słów trenerki, zdawało się, że reszta grupy posłała nam jedynie zimne spojrzenia.
Zawodników nie było wielu, ale dało się odczuć, że gdy tylko padła wzmianka o nas, atmosfera się zagęściła. Mimo to starałam się nie zwracać na to uwagi i starannie wykonywałam każde następne ćwiczenie. Czy szło mi dobrze? Raczej poprawnie. Widziałam ogromną przepaść między mną a resztą grupy. Gdy zaczęliśmy ćwiczyć twizzle, wystarczyła chwila nieuwagi, żebym zaczepiła się ząbkiem i skończyła widowiskowym upadkiem prosto na brzuch.
– Och! Wstawaj szybciej, następni już jadą. Lód to nie miejsce na wylegiwanie się! – Rozległ się głos za moimi plecami.
Zanim zdążyłam zrozumieć, co się dzieje, wyminęła mnie dziewczyna o idealnej figurze i kontynuowała ćwiczenie, emanując przy tym pewnością siebie.
Szybko zauważyłam, że ludzie są podzieleni na grupki, a Laura – ta, która zwróciła mi uwagę – jest jedną z najlepszych zawodniczek. Nie upłynęła chwila, a nasze drogi znowu się przecięły.
– Nowa, jeśli masz zamiar jeździć tak wolno, to lepiej przesuń się na bok – zaczepiła mnie.
– Jezu, laska, nie przesadzaj! – odburknęłam, ale ona zupełnie się tym nie przejęła.
– Pamiętaj, że to ty jesteś tutaj gościem, więc lepiej uważaj na słowa – rzuciła w moją stronę, odjeżdżając.
Miała rację… To ona była tu pierwsza. Poczułam potworne ukłucie w brzuchu, więc podjechałam na chwilę do bandy. Stałam tam zaledwie przez moment, a już wyczułam na sobie czyjś wzrok. Lekko zmartwiony Filip pokazywał mi uniesiony kciuk, a ja odpowiedziałam mu tym samym gestem, siląc się na uśmiech. To miłe z jego strony, że obserwował, co działo się na lodzie. Pomyślałam, że jest jedyną osobą, od której bije tutaj ciepło. Znacznie mniej przyjazne spojrzenie posłała mi Laura, która patrząc cały czas na mnie, prowadziła ożywioną dyskusję z innymi łyżwiarkami. Odniosłam wrażenie, że razem tworzyły paczkę wrednych dziewczyn.
– Nie przejmuj się nią.
Obróciłam się i zobaczyłam dziewczynę o pięknych rudych włosach, zaplecionych w długi warkocz, która zbliżyła się do bandy, by podać mi rękę.
– Jestem Patrycja.
– Zuza – przedstawiłam się.
– Jeszcze wdrożysz się w tę grupę – pocieszyła mnie.
Naprawdę miałam taką nadzieję.
– Dziękuję. – Uśmiechnęłam się, po czym obie wróciłyśmy do ćwiczeń.
Pomijając aspekt towarzyski, sam trening nie był aż taki straszny. No, wyłączając liczne potknięcia i poczucie, że kompletnie nie pasuję do tej grupy, ale to nie miało znaczenia. Szansa to szansa – dla niej byłam w stanie znieść wszystkie niedogodności.
– Hej, co powiesz na wspólne rozciąganie po treningu? Pokażę ci, że nie wszyscy tutaj są tacy okropni – zaczepiła mnie Patrycja, która bez wątpienia była najsympatyczniejszą osobą na tej tafli.
Może z wyjątkiem Filipa.
– Pewnie, brzmi jak świetny plan – zgodziłam się.
Gdy zbierałam się do wyjścia, zauważyłam, że kilka osób zostało jeszcze na lodzie. Wśród nich był Filip, który na środku lodowiska z idealną precyzją wykonywał właśnie wskok do piruetu siadanego.
„Jeszcze ten wyjazd na koniec… Coś wspaniałego!” – zachwycałam się.
Chyba zauważył, że wpatrywałam się w niego jak w obrazek, bo nagle zaczął jechać w moją stronę. Szybko się przekonałam, że po prostu schodził z lodu, a ja akurat stałam przy bramce, przez którą chciał przejść. Odprowadziłam go wzrokiem aż do wyjścia.
– Lepiej sobie odpuść! – odezwała się ostro Laura. – To nie twoja liga, a raczej nie chcesz robić sobie wrogów już pierwszego dnia. – Zatrzymała się tuż obok mnie i z sarkastycznym uśmiechem oparła o bandę.
– Chyba nie rozumiem… – odpowiedziałam zmieszana.
– Dobrze mnie rozumiesz, już nie udawaj. Ale jeśli trzeba, mogę ci wyjaśnić. On jest mój i lepiej dla ciebie, żeby tak zostało – wypowiadając te słowa, zepchnęła na taflę mój telefon, który chwilę wcześniej położyłam na bandzie.
Nim zdążyłam zareagować, usłyszałam dźwięk urządzenia uderzającego o lód.
– Ups, bardzo mi przykro – rzuciła.
Schyliłam się, by podnieść komórkę, a moim oczom ukazał się pęknięty ekran.
– Lepiej, żeby pękła szybka niż serce – dodała z udawaną troską i odeszła w stronę szatni.
Nie mogłam uwierzyć, że była taka wredna – w końcu nic jej nie zrobiłam. Po tych wydarzeniach nie chciałam już się przebierać w szatni. Nie miałam ochoty na kolejne konfrontacje.
Usiadłam na ławce, na której ubierałam się wcześniej. Nie wiem, na co tak naprawdę liczyłam. Może Flora zauważy, że nie ma mnie w szatni?
– Zuza? Czemu tutaj siedzisz? – zagadała do mnie Patrycja. – Wzięłam już maty dla nas obu.
– Dzięki! To bardzo miłe z twojej strony. – Uśmiechnęłam się do niej.
– Nie ma problemu. Atmosfera w grupie to podstawa, a ja chcę, żeby nowe osoby dobrze się tutaj czuły.
– Szkoda, że nie wszyscy mają takie podejście.
Moja rozmówczyni spojrzała na mnie z dziwnym wyrazem twarzy, jakby przeprowadzała właśnie analizę zysków i strat w przypadku podzielenia się ze mną jakąś informacją.
– To nie tak. Dziewczyny są bardzo przyjazne. Może nie zawsze, ale zazwyczaj pozostają przynajmniej neutralne.
Mimo że miałam inne wrażenie, zdecydowałam się nie przerywać Patrycji.
– Teraz poczuły, że ich pozycja jest zagrożona.
– Zagrożona? – zdziwiłam się.
– Tak jakby…
– Ale to nie ma sensu, przecież wy jeździcie genialnie!
– Nie jest aż tak dobrze, jak ci się wydaje. Ostatnio wyniki w naszej grupie są, jak to nazwali trenerzy, „niezadowalające” i przydałaby się nam świeża krew dla lepszej motywacji. Stąd pomysł, by w kwalifikacji do zawodów marcowych, na których możemy wystawić tylko pięć osób, dać szansę również jednej amatorce – tłumaczyła.
– To wspaniale! Nie spodziewałam się, że ktoś pomyśli o mnie w ten sposób! – Nie potrafiłam ukryć ekscytacji.
Te zawody to ogromna szansa. Z powodu swojej elitarności i wysokich nagród stały się w łyżwiarstwie prawdziwym Świętym Graalem. Zwłaszcza że od jakiegoś czasu zwycięzcy mogli wygrać miesiąc wakacyjnych treningów w Kanadzie pod okiem jednych z najlepszych trenerów, a wszystko było opłacane z góry. To nie tylko marzenie łyżwiarskie, ale też podróżnicze, a może nawet życiowe. Nagle się okazało, że miałam szansę powalczyć o coś, co jeszcze niedawno wydawało mi się nieosiągalne.
– Ale wiesz, co to oznacza dla grupy? Od kilku lat skład był praktycznie niezmienny: Laura, Anka, Julia, Milena i Wera. Zawsze ta sama piątka. Dziewczyny zazwyczaj plasowały się dość wysoko, ale nie na tyle, by zdobyć podium. Teraz któraś będzie musiała ustąpić miejsca jednej z was i uwierz, że każda z nich zrobi wszystko, żeby to nie musiała być ona.
W odpowiedzi tylko pokiwałam głową.
– Tak że nie licz na jakąś wielką sympatię z ich strony – dodała.
– Rozumiem, ale dlaczego ty nie walczysz o miejsce na zawodach? – Zobaczyłam, jak wraz z moim pytaniem oczy Patrycji lekko posmutniały.
– Wiesz, to nie jest takie proste. Oczywiście, że chciałabym wziąć w nich udział, pewnie jak każdy, ale powiedzmy, że nie lubię aż takiej… rywalizacji. – Jej odpowiedź nie wydawała mi się szczera, ale nie znałyśmy się na tyle dobrze, by drążyć temat.
Jeszcze było na to za wcześnie.
– Hmm, chyba rozumiem. Ale mam pomysł! Co powiesz na wspólne wyjście dziś wieczorem? Może przy okazji chciałabyś lepiej poznać Florę? Skoro już wiem, że nie będziesz chciała połamać mnie na lodzie, to może warto rozszerzyć tę grupę wsparcia? – Starałam się zażartować, jednak nie wychodziło mi to dziś najlepiej.
– Wieczorem będę w pracy, ale jeśli chcesz, to możesz do mnie dołączyć. Posiedzimy, pogadamy. W tygodniu nie dzieje się zbyt wiele.
Byłam pod wrażeniem. Dziewczyna w moim wieku, a ma na głowie nie tylko szkołę i treningi, ale jeszcze pracę!
– Pewnie, powiedz tylko gdzie! – odparłam entuzjastycznie.
– Tutaj! – Patrycja wskazała na sklep z łyżwami, znajdujący się tuż obok tafli lodowiska. – To dosłownie praca marzeń. Z łyżwami nie rozstaję się na długo, tak więc czuj się zaproszona.
Może ostatecznie ten dzień nie okaże się najgorszy. Zyskałam jednego wroga i jedną nową koleżankę, zatem można powiedzieć, że w ogólnym rozrachunku wyszłam na zero.
– Zuza, mogę cię prosić na chwilkę?! – odezwała się niespodziewanie trenerka za naszymi plecami.
Patrycja kiwnęła do mnie głową, co prawdopodobnie oznaczało: „Leć”. Zerwałam się więc i pobiegłam w stronę pani Karoliny.
– Tak, już jestem i słucham!
– Mam nadzieję, że zaaklimatyzujesz się w nowej grupie. Podczas dzisiejszego treningu stawialiśmy na rozruch, ale od jutra zaczynamy intensywne przygotowania.
Pewna siebie, w odpowiedzi pokiwałam głową.
– Cieszę się, że się rozumiemy. Gdyby cokolwiek było nie tak, masz mi to od razu zgłosić, czy to jasne?
Ponownie kiwnęłam głową, chociaż nigdy nie zamierzałam zgłaszać kłopotów. W życiu starałam się kierować zasadą, że moje problemy są moimi problemami i muszę je rozwiązywać sama.
– Wiem, że dużo rzeczy może być dla ciebie nowych – powiedziała trenerka. – Dlatego, aby ułatwić ci wdrażanie się w naszą grupę, chciałabym cię poprosić, byś pomogła nam przy Dniach Sportu. W piątek przyjdą do nas dzieciaki z okolicznych szkół, a my planujemy zrobić wszystko, żeby zachęcić je do sportów zimowych. Będą miały okazję spróbować różnych dyscyplin i potrzebujemy mentorów, którzy nie tylko pokażą im, jakie możliwości daje łyżwiarstwo, ale też nauczą je paru podstaw. Czy będę mogła na ciebie liczyć?
– Oczywiście! Będę na pewno – zgodziłam się.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
