Historia naturalna miłości - Caroline Petit - ebook

Historia naturalna miłości ebook

Caroline Petit

0,0
49,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Powieść dla fanek Elizabeth Gilbert i Pip Williams, oparta na prawdziwej historii zakazanej miłości i rodzinnych tajemnic.

XIX wiek. Brazylijska dżungla, paryskie salony i rodzące się Melbourne – trzy światy, w których rozgrywa się dramatyczna historia hrabiego de Castelnau, francuskiego podróżnika i dyplomaty, oraz młodziutkiej Caroline Fonçeca. On – dojrzały mężczyzna, na którego we Francji czeka rodzina. Ona – szesnastoletnia marzycielka, pragnąca wyrwać się z ciasnych ram plantatorskiego życia. Ich spotkanie na zawsze odmieni losy obojga.

Kilka dekad później, w 1902 roku, australijski prawnik Nathan Smithson staje przed najtrudniejszą sprawą swojej kariery: procesem o spadek ekscentrycznego Edwarda Fonçeca. Aby zwyciężyć, Nathan musi odkryć sekrety skrzętnie ukrywane przez pokolenia – sekrety, które zaczęły się od jednej namiętnej decyzji w brazylijskiej dżungli…

Historia naturalna miłości to porywająca saga o miłości, poświęceniu i wyborach, które potrafią odmienić całe życie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 383

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Spis postaci

Spis postaci

Główni boha­te­ro­wie:

Nathan Smi­th­son, nar­ra­tor i młody praw­nik z Mel­bo­urne

Caro­lina D’Araujo Fonçeca, póź­niej­sza Madame Fonçeca

François Louis Nom­par de Cau­mont Laporte, hra­bia de Castel­nau, przy­rod­nik, badacz, dyplo­mata

Patu­lous, nie­wol­nica i niańka Caro­liny oraz kapłanka candomblé (mãe de santõ)

Char­les de Fonçeca, pier­wo­rodny syn Caro­liny i François

Edward Fonçeca, drugi syn Caro­liny i François

Anne-Beatrice, hra­bina de Castel­nau, z domu hra­bianka de Cho­iseul

Wil­liam (Will) Sco­bie, praw­nik i przy­ja­ciel Caro­liny i François z Mel­bo­urne

Pozo­stałe osoby:

Sen­hora Do Amour Divino, matka Caro­liny

Luis de Fonçeca, brat Caro­liny

Maria de Fonçeca, bra­towa Caro­liny

Ciotka Julianne, daleka krewna, która wycho­wała nie­ży­ją­cego już ojca Caro­liny

Mal­fada, nie­wol­nica

Igna­tius, nie­wol­nik

Mar­tinha, wyzwo­lona nie­wol­nica, która była mamką małego Char­lesa w Paryżu

Ludo­vic, syn François i Anne-Beatrice

Den­nis Vau­ghan, nauczy­ciel Char­lesa w Mel­bo­urne

Henry Kenny, opie­kun Edwarda

Made­mo­iselle Albri­ght, opie­kunka Char­lesa w Paryżu

Arlette, niańka Char­lesa w Paryżu

Teressa, niańka małego Edwarda w Mel­bo­urne

Jane Robin­son, gospo­dyni w May­field

Marie de Fonçeca Har­ri­son, była żona Char­lesa de Fonçeca

Prolog

PRO­LOG

1901. Wprowadzenie do sprawy

☙ 1901 ❧

Wpro­wa­dze­nie do sprawy

Nathan Smi­th­son

Pierw­sza wizyta w May­field, lipiec 1901

Nie mia­łem do czy­nie­nia z klien­tem, który oka­załby się waria­tem, do chwili mego pierw­szego spo­tka­nia z panem Edwar­dem Fon­seca w jego wiej­skiej posia­dło­ści. Gdy woź­nica skie­ro­wał konia na długą, krętą drogę wio­dącą do pod­jazdu, wysta­wi­łem głowę przez okno powozu, by przyj­rzeć się pół­dzi­kim zaro­ślom, strze­żo­nym przez gwar­dię hono­rową zdrew­nia­łych paproci i kęp nie­zna­nych mi odmian euka­lip­tu­sów. Późny zimowy pora­nek był chłodny, lecz ich zapach wypeł­niał powie­trze. U stóp euka­lip­tu­sów kwi­tły wiecz­nie zie­lone rośliny. W oddali rosło dziwne drzewo owo­cu­jące olbrzy­mimi orze­chami. Po nie­bie krą­żyło stadko kakadu, jakby zanie­po­ko­jo­nych naszą obec­no­ścią. Woź­nica zatrzy­mał gwał­tow­nie konia i wska­zał coś batem. Na jed­nej z dol­nych gałęzi sie­dział niedź­wia­dek koala zajęty prze­żu­wa­niem liści. Jego dosko­nała obo­jęt­ność roz­ba­wiła mnie; nie­po­kój ule­ciał.

Dotar­li­śmy do dużego, pię­tro­wego domu z cegły, z dwoma prze­szklo­nymi wyku­szami fron­to­wymi. Na weran­dzie w ogrom­nych por­ce­la­no­wych doni­cach kwi­tły jaskrawo poma­rań­czowe i czer­wone stor­czyki, które nada­wały domowi nie­zwy­kły, egzo­tyczny wygląd.

Gdy zapu­ka­łem, otwo­rzył mi pan Henry Kenny. Był to czło­wiek wysoki, liczący nie­mal sześć stóp wzro­stu, o potęż­nych ramio­nach drwala i pię­ściach bok­sera. Jego twarz roz­pro­mie­niał ser­deczny uśmiech.

– Witamy, panie Smi­th­son – powie­dział spo­koj­nie i dobit­nie. – Nie mie­wamy tutaj wielu gości. Eddie nie może się pana docze­kać.

Gdy pro­wa­dził mnie do zaku­rzo­nej bawialni, na scho­dach dały się sły­szeć odgłosy cięż­kich, pospiesz­nych kro­ków. Pan Edward Fonçeca wszedł do pokoju szyb­kim, roz­ko­ły­sa­nym kro­kiem i siadł obok Kenny’ego z gło­śnym chrząk­nię­ciem. W tej chwili, jakby przy­po­mi­na­jąc sobie o dobrych manie­rach, pod­niósł się gwał­tow­nie.

– Dzień dobry! Jakże się cie­szę, że pan przy­je­chał – oznaj­mił, na co Kenny ski­nął głową z apro­batą.

Widok męż­czy­zny nie­mal czter­dzie­sto­let­niego, roz­ta­cza­ją­cego woń taniego tyto­niu, który zacho­wy­wał się niczym nie­sforny dzie­ciak, wydał mi się oso­bliwy. Miał na sobie sto­sowny strój, lecz na przo­dzie koszuli wid­niała plama z jajecz­nicy, którą jadł zapewne na śnia­da­nie; spodnie wisiały luźno na jego chu­dej syl­wetce, a skórę miał bladą, jak czło­wiek prze­sia­du­jący wyłącz­nie w domu. Bujne, brą­zowe włosy zwi­sały w nie­sfornych strą­kach, się­ga­jąc mu nie­mal do ramion. Potrze­bo­wał fry­zjera.

– Eddie nie lubi fry­zje­rów. Nie prze­pada za nożycz­kami i nie potrafi usie­dzieć spo­koj­nie – rzekł Kenny.

Pan Fonçeca, sie­dzący na sofie, poru­szył nie­spo­koj­nie nogami i utkwił we mnie oskar­ży­ciel­skie spoj­rze­nie brą­zo­wych oczu.

– Nie roz­ma­wiaj­cie o mnie. Nie wolno.

Kenny zwró­cił się do niego, mówiąc powoli i łagod­nie:

– Pamię­tasz, Eddie, że pan Smi­th­son jest twoim adwo­ka­tem? To miły czło­wiek. Dobry czło­wiek. Twoja matka popro­siła go, żeby ci pomógł.

– Matki nie ma. Umarła.

– Tak, mówiono mi, że madame Fonçeca była wspa­niałą kobietą – ode­zwa­łem się. – Pro­szę przy­jąć moje kon­do­len­cje. Moja obec­ność tutaj ma zwią­zek z jej odej­ściem. Zapi­sała panu wszystko w testa­men­cie…

Zawa­ha­łem się i spoj­rza­łem na Kenny’ego, szu­ka­jąc u niego wska­zówki, czy powi­nie­nem roz­ma­wiać z Edwar­dem jak z każ­dym innym klien­tem. Ski­nął głową.

– Pań­ski brat, Char­les, pod­wa­żył testa­ment matki – kon­ty­nu­owa­łem. – Chce otrzy­mać dom, więk­szą część pie­nię­dzy i resztę majątku, który pan od niej otrzy­mał, więc… – urwa­łem znowu.

Pan Fonçeca mru­czał coś do sie­bie, gwał­tow­nie potrzą­sa­jąc głową; w jego oczach błysz­czał strach.

– Nie ma mowy, żeby Char­le­sowi się to udało, Eddie – pocie­szył go Kenny.

Na moment pozwo­li­łem jego sło­wom zawi­snąć w powie­trzu, zamiast dodać, że brat wystą­pił także o usta­no­wie­nie go opie­ku­nem Edwarda. Na swą obronę mogę stwier­dzić, że klient mój był zbyt zde­ner­wo­wany, by przy­jąć racjo­nalne wyja­śnie­nia co do szcze­gó­łów postę­po­wa­nia sądo­wego bądź powagi sprawy. W przy­padku wygra­nej brata jego życie zmie­ni­łoby się na zawsze.

Uspo­ko­jony pan Fonçeca wyjął wore­czek z tyto­niem i wygrze­bał z kie­szeni bibułki, by skrę­cić sobie papie­rosa. Poczę­sto­wał mnie. Potrzą­sną­łem jed­nak głową.

– Dzię­kuję, nie palę.

Zda­wał się tym stra­piony; nim zdą­ży­łem cof­nąć swoje słowa, Kenny wtrą­cił się.

– Pan Smi­th­son zapali póź­niej. Zacho­wam to dla niego – rzekł i wło­żył papie­rosa do kie­szeni.

Pan Fonçeca skrę­cił sobie dru­giego i zapa­lił; nad jego głową zawi­ro­wała gęsta chmura dymu.

– Czy chciałby pan obej­rzeć dom? – spy­tał Kenny, sygna­li­zu­jąc bez­gło­śnie, bym wyra­ził zgodę. – Eddie lubi opro­wa­dzać gości.

– Z przy­jem­no­ścią – odpar­łem.

Pan Fonçeca zerwał się na równe nogi i żwawo skie­ro­wał się na schody. Kenny i ja szli­śmy za nim.

Poje­dyn­cze łóżko było porząd­nie zaście­lone; na ścia­nie wisiał obraz przed­sta­wia­jący pastwi­sko pełne krów. Pokój wypeł­niał zasta­rzały odór dymu tyto­nio­wego. Spra­wił on, że mój żołą­dek skur­czył się nagle; z tru­dem prze­łkną­łem ślinę.

– Witam w moim pokoju – rzekł pan Fonçeca, wycią­ga­jąc ku mnie prawą dłoń.

Pospie­szy­łem nią potrzą­snąć.

– Nie – ostrzegł mnie Kenny – Eddie chciał tylko panu dać do zro­zu­mie­nia, że trak­tuje pana jak przy­ja­ciela.

Opu­ści­łem dłoń i podzię­ko­wa­łem gospo­da­rzowi, że pozwo­lił mi obej­rzeć swą sypial­nię. W odpo­wie­dzi pan Fonçeca wydmu­chał ide­alne kółko z dymu. Zda­wało mi się, że czeka na aplauz; oba­wia­łem się jed­nak, że okla­ski mogłyby go wystra­szyć, uśmiech­ną­łem się więc tylko z apro­batą.

Pokój przy­po­mi­nał mi gniazdo dzi­wacz­nego ptaka o oby­cza­jach żura­wia. Na pod­ło­dze pię­trzyły się stosy papieru. Stał tam rów­nież olbrzymi dru­ciany kosz, z któ­rego wysy­py­wały się liście paproci i euka­lip­tusa. Z otwar­tego worka wyglą­dały wydmuszki jaj róż­nych pta­ków, każda z nich z otwo­rem na czubku. Nie bra­ko­wało też otwar­tych drew­nia­nych skrzyń wypeł­nio­nych tabli­cami, do któ­rych przy­szpi­lono owady i motyle. Na komo­dzie ponie­wie­rały się wysu­szone, cien­kie jak papier skórki węży.

– Jest pan kolek­cjo­ne­rem, panie Fonçeca?

Ten prze­chy­lił głowę na bok, przy­glą­da­jąc mi się bacz­nie.

– Jestem przy­rod­ni­kiem. To bar­dzo ważna praca.

– Wła­śnie widzę.

– Nie będziemy doty­kać two­ich zbio­rów – powie­dział Kenny. – Pokaż gościowi pokój matki, Eddie.

W holu minę­li­śmy zamknięte drzwi. Wycią­gną­łem dłoń do klamki.

– Nie. To pokój mego brata. Panu się nie spodoba. Nie­do­bre miej­sce – powie­dział pan Fonçeca; w jego zmie­nio­nym nagle gło­sie zabrzmiał strach.

Kenny przy­su­nął się bli­żej.

– Eddie, Char­lie już tu nie mieszka. Wiesz prze­cież – zwró­cił się do niego uspo­ka­ja­jąco. – Uży­wamy tego pokoju tylko jako schowka.

– To wbrew zasa­dom – oznaj­mił pan Fonçeca, krzy­żu­jąc ramiona. – Nie wolno wcho­dzić.

– Nie musimy tam wcho­dzić, panie Fonçeca – ode­zwa­łem się z myślą, że popro­szę Kenny’ego póź­niej, by poka­zał mi pokój; być może zostało w nim coś po wydzie­dzi­czo­nym bra­cie. Zawsze warto poznać sekrety swego prze­ciw­nika. Pan Fonçeca przy­tak­nął; prze­szedł szybko obok zamknię­tych drzwi, wstrzy­mu­jąc oddech, po czym wypu­ścił powie­trze, gdy zna­leź­li­śmy się w pokoju jego matki.

Kwie­ci­ste, per­ka­lowe zasłony, się­ga­jące od sufitu do pod­łogi, były zacią­gnięte; w pokoju tań­czyły cie­nie. W powie­trzu uno­sił się zapach cięż­kich, słod­kich per­fum. Chu­dzie­lec krą­żył szybko po pokoju niczym pies zna­czący swój teren; potrzą­sał przy tym zma­to­wia­łymi lokami i mam­ro­tał pod nosem nie­zro­zu­miałe dla mnie słowa. Zatrzy­mał się przy łóżku z czte­rema kolu­mien­kami, rzeź­bio­nym zagłów­kiem i bal­da­chi­mem okry­tym siatką prze­ciw owa­dom. Na sto­liku noc­nym obok łóżka stała lampa gazowa; w kącie pysz­nił się wspa­niały wypchany liro­gon. Sypial­nia była dość obszerna, by pomie­ścić także impo­nu­ją­cych roz­mia­rów komodę zwień­czoną dużym lustrem i nie­wielki szez­long na paję­czych nóż­kach, przez który prze­wie­szono czer­wony, weł­niany szal, jak gdyby madame Fonçeca dopiero co wyszła i mogła wró­cić po niego w każ­dej chwili. Panu­jący w sypialni pół­mrok nie pozwo­lił mi doce­nić w pełni malo­wi­deł przed­sta­wia­ją­cych egzo­tyczne ptaki o gru­bych, zakrzy­wio­nych dzio­bach na tle soczy­ście zie­lo­nej dżun­gli – ude­rzyła mnie ich nie­zwy­kła uroda.

Pan Fonçeca stał przez chwilę nie­ru­chomo jak urze­czony, po czym całym swym cię­ża­rem padł na łóżko. Leżał z roz­rzu­co­nymi rękami, zamy­ka­jąc oczy, aż jego oddech się uspo­koił. Wytrą­cony z rów­no­wagi wido­kiem sza­leńca, który uda­wał pogrą­żo­nego we śnie, odsu­ną­łem się pospiesz­nie. W tej samej chwili kątem oka uchwy­ci­łem w lustrze odbi­cie oliw­ko­wej twa­rzy kobiety pod burzą sre­brzy­stych wło­sów. Czyżby sza­leń­stwo było zaraź­liwe?

Ock­ną­łem się z przy­wi­dze­nia na dźwięk głosu Kenny’ego:

– Pan Smi­th­son i ja musimy poroz­ma­wiać o pew­nych spra­wach, Eddie. Możesz dołą­czyć do nas w jadalni w porze lun­chu, jeśli masz ochotę. Jeżeli wolisz, powiem kucharce, żeby przy­nio­sła ci tacę do pokoju. Pani McKenna robi dla cie­bie pyszną kurę z ziem­nia­kami i kala­fio­rem. Wszystko białe, bez odro­biny zie­leni. – Kenny zwró­cił się do mnie: – Eddie prze­pada za bia­łym jedze­niem.

Pan Fonçeca otwo­rzył oczy i usiadł.

– Tru­ci­zny są zie­lone.

– Dobrze wie­dzieć, panie Fonçeca – powie­dzia­łem. – Mam nadzieję, że lunch będzie panu sma­ko­wał – doda­łem.

Tym razem pozwo­lił, bym uści­snął jego kości­stą dłoń i się uśmiech­nął. W pół­mroku robił mniej oso­bliwe wra­że­nie.

Kenny i ja zasie­dli­śmy w pokry­tej kurzem jadalni, gdzie podano nam smaczny gulasz z pie­czo­nymi ziem­nia­kami. Zapy­ta­łem, czy mógł­bym pod­czas lun­chu wypy­tać go o wszystko.

– Kiedy Eddie wcho­dzi do pokoju matki, zwy­kle zostaje tam na dłu­gie godziny, ale i tak lepiej zacze­kać – szep­nął. Wska­zał poro­zu­mie­waw­czo na schody. – Ma słuch niczym wyżeł myśliw­ski. Dałem mu tro­chę lau­da­num, więc nie­długo zaśnie.

Zauwa­żył moje zanie­po­ko­je­nie.

– Och, nie­wielką dawkę. W prze­ciw­nym razie za chwilę byłby tu z powro­tem. Bie­gałby tu i tam, a w naj­gor­szym razie mógłby uciec. – Wes­tchnął, gesty­ku­lu­jąc w powie­trzu nożem dla pod­kre­śle­nia wagi swo­ich słów. – Nie możemy pozwo­lić, aby Char­lie wygrał. Eddiego to zabije, jeśli Char­lie zosta­nie jego opie­ku­nem. Jest taki wraż­liwy, tak się boi, że wszy­scy wokół chcą go skrzyw­dzić. W rze­czy­wi­sto­ści tylko Char­lie źle mu życzy. Ci dwaj są niczym Kain i Abel. Jeden darzy dru­giego iście biblijną nie­na­wi­ścią.

– Sły­sza­łem plotki. Będę musiał zro­bić sobie notatki z naszej dal­szej roz­mowy. Czy mogę?

– Dla Eddiego wszystko… – prze­rwał i rzu­cił mi poważne spoj­rze­nie. – Nie chciał­bym, żeby pomy­ślał pan, że jestem gotów znisz­czyć Char­liego Fon­secę, byle tylko nie stra­cić pracy. Moim zda­niem on skrzyw­dziłby Eddiego. Chcę postą­pić słusz­nie, nie szu­kam korzy­ści. Kucharka zro­biła dla nas bisz­kopt z owo­cami i bitą śmie­taną.

– Widzę, panie Kenny, że ma pan wiele współ­czu­cia dla mojego klienta; jeśli zaś cho­dzi o bisz­kopt, grze­chem byłoby go nie spró­bo­wać.

Wiel­ko­lud zaru­mie­nił się z rado­ści.

Rozmowa z panem Henrym Kennym

Roz­mowa z panem Hen­rym Ken­nym1

Nathan Smi­th­son

NS: Jak to się stało, że został pan opie­ku­nem pana Fonçeca?

HK: Silny chłop bez rodziny zawsze może zna­leźć w kolo­nii pracę jako drwal. Pew­nego dnia arau­ka­ria, którą mia­łem ściąć, upa­dła w nie­wła­ściwą stronę. Unik­ną­łem śmierci. Zawsze można jed­nak stra­cić rękę albo zmiaż­dżyć nogę. Stwier­dzi­łem, że nie warto.

NS: Zda­rzało mi się wystę­po­wać w spra­wach o wypadki przy pracy. Drwale zwy­kle prze­gry­wają. Pra­co­dawcy twier­dzą, że nie uwa­żali i sami są sobie winni.

HK: Tak to jest. Tra­cisz pracę, nie dosta­jesz odszko­do­wa­nia.

NS: A więc rzu­cił pan tę posadę?

HK: Zatrud­ni­łem się w szpi­talu Yarra Bend jako pomoc­nik do opieki nad waria­tami. Więk­szość z nich jest nie­szko­dliwa. Chcą tylko, żeby ich zosta­wiono samych z ich demo­nami i bólem. Jeden dok­tor powie­dział mi tam o posa­dzie u mło­dego pani­cza, który cierpi na… Jak on to powie­dział?… „przy­gnę­bie­nie i nad­po­bu­dli­wość”. Pen­sja była dobra. Jakich kło­po­tów mógł mi przy­spo­rzyć pięt­na­sto­la­tek? Z pew­no­ścią było to lep­sze niż opieka nad pija­kami w deli­rium, nie­do­ro­zwi­nię­tymi syfi­li­ty­kami, a poza tym… May­field… tu czło­wiek czuje się jak miesz­ka­niec ogrodu bota­nicz­nego, ale bez gości. (Ude­rza­jąca szcze­rość odpo­wie­dzi pana Kenny’ego kazała mi sądzić, że mogę zaufać temu czło­wiekowi. Wszelka prze­bie­głość wydaje się być mu obca).

NS: May­field to piękna posia­dłość, choć leży na odlu­dziu. Jak pra­co­wało się panu u hra­biego de Castel­nau i madame Fonçeca?

HK: Hra­bia był prze­mi­łym dżen­tel­me­nem, mocno już star­szym, gdy go pozna­łem2. Z zapa­łem kolek­cjo­no­wał oso­bli­wo­ści. Eddie naśla­duje go pod tym wzglę­dem. Zbiera liście i owady po całym tere­nie. Nie wolno tego kwe­stio­no­wać ani nawet roz­ma­wiać z nim o tym. Zaczyna wów­czas beł­ko­tać lub popada w szał pisa­nia o niczym, łamie sta­lówki, co ogrom­nie go dener­wuje i trudno go wów­czas uspo­koić. Wygląda, jak gdyby wiatr mógł go prze­wró­cić, ale kiedy wpada w gniew, nastę­puje w nim zmiana. Moje siniaki… Pro­szę tak na mnie nie patrzeć. Ni­gdy go nie skrzyw­dzi­łem. Ni­gdy. Przy­się­gam. Może pan spy­tać innych, jeśli pan chce.

NS: Sam widzę, że pan Fonçeca nie boi się pana. Uważa pana za swego przy­ja­ciela. Czy hra­biego łączyła bli­ska więź z panem Fonçeca? Czy trosz­czył się o sio­strzeńca?

HK: Hra­bia potra­fił zerwać liść w swoim ogródku zio­ło­wym, a potem pozwa­lał Eddiemu obej­rzeć go pod szkłem powięk­sza­ją­cym; poka­zy­wał mu żyłki i różne takie, opo­wia­dał o swo­ich podró­żach, tłu­ma­czył, dla­czego warto zbie­rać rośliny i zwie­rzęta, jak się zmie­niają w róż­nych stro­nach świata. Widzi pan, ja byłem tu tylko na wypa­dek, gdyby Eddie się zde­ner­wo­wał. Widzia­łem więc wszystko. Eddie sia­dał, koły­sał się powoli; nie patrzył na wuja, ale chło­nął każde jego słowo; prze­chy­lał głowę jak cie­kaw­ski ptak… nie jak chło­piec, wie pan, ale jak ptak, który w każ­dej chwili może wpaść w furię lub w stan apa­tii. Hra­bia umiał z nim postę­po­wać; zacho­wy­wał się jak czło­wiek, który opo­wiada dziecku bajkę na dobra­noc. Uspo­ka­jał go. Potem, kiedy hra­bia okrop­nie się roz­cho­ro­wał, Eddie sie­dział przy nim godzi­nami, patrząc, jak drze­mie. Poko­jówki uwa­żały, że to prze­ra­ża­jące, ale mnie się zawsze zda­wało, że na swój spo­sób pró­buje go chro­nić.

NS: Jak madame Fonçeca radziła sobie z cho­robą hra­biego?

HK: W pew­nym sen­sie Eddie jej poma­gał. Gdy wpa­dała w roz­pacz, krzy­czał lub pła­kał, albo ucie­kał. Musiała więc zacho­wać spo­kój, choć miała tem­pe­ra­ment, jak to zwy­kle te cudzo­ziem­skie damy. Tuż przed śmier­cią hra­bia powie­dział mi: „Zaopie­kuj się nimi. Zrób to dla mnie. Wiem, że to zro­bisz”. Więc pró­bo­wa­łem. Na początku to wszystko wyda­wało mi się cho­ler­nie dzi­waczne. Jako młoda dziew­czyna miała swo­ich nie­wol­ni­ków; potra­fiła być wład­cza i wyma­ga­jąca. Ale po swo­jemu kochała Eddiego i nie chciała za nic przy­znać przed sobą, że jest sza­lony. „Słabo się czuje”, mówiła. Twier­dziła, że źle się poczuł, gdy ogar­niała go panika i wrzesz­czał, że wszy­scy pró­bują go zabić. Bez ustanku cią­gała go po róż­nych kono­wa­łach, choć hra­bia tego nie pochwa­lał.

NS: Czy brat odwie­dza go? Czy powie­działby pan, że są ze sobą bli­sko?

HK: Char­lie to czarna owca w rodzi­nie. Wygnała go, kiedy się tu poja­wił po pogrze­bie hra­biego, ponad dwa­dzie­ścia lat temu. Madame Fonçeca leżała wów­czas chora, więc Char­lie mógł robić, co mu się żyw­nie podo­bało. Bóg jeden wie, co powie­dział wów­czas Eddiemu albo co mu zro­bił. „Nie idź z nami – powie­dział mi. – Ja się nim zajmę”. I popro­wa­dził bied­nego Eddiego niczym jagnię na rzeź. Ten wró­cił prze­mo­czony i prze­ra­żony. Przez tydzień nie ode­zwał się ani sło­wem. Char­lie twier­dził, że wpadł do stru­myka. Kłamca. Eddie nie cierpi wody. Boi się, że go ryby pogryzą. Madame Fonçeca zerwała się z łóżka w noc­nej koszuli, czarne włosy miała roz­pusz­czone… Wyglą­dała jak cza­row­nica, gdy tak wrzesz­czała na Char­liego, a on, nie­wzru­szony, zagrzmiał w odpo­wie­dzi: „Może i jestem dia­błem, ale to ty mnie takim stwo­rzy­łaś”. Wtedy zagro­zi­łem, że będzie miał ze mną do czy­nie­nia. Par­sk­nął tylko i stwier­dził, że to dom waria­tów, on zaś jest jedy­nym nor­mal­nym w tej rodzi­nie. Wsko­czył na konia i odje­chał, jak gdyby to jemu stała się krzywda. Nie­zły byłby z niego opie­kun. Nie ma w sobie krzty ser­decz­no­ści. Nie przy­pusz­czam, żeby w ciągu tych dwu­dzie­stu lat odmie­nił się na lep­sze. (Pan Kenny skrzy­żo­wał ramiona, zado­wo­lony, że wyra­ził swe zda­nie o Char­le­sie, i patrzył, jak piszę. Uśmiech­ną­łem się z apro­batą).

NS: Czy kie­dy­kol­wiek odkrył pan, co wyda­rzyło się mię­dzy braćmi tam­tego dnia?

HK: Nie. Eddie trząsł się cały, więc musia­łem go roze­brać. Na ple­cach miał czer­wone ślady, jak gdyby ktoś zbił go laską, a Char­lie miał laskę przy sobie.

NS: Jak pan sądzi, co się sta­nie, jeśli Char­les wygra w sądzie?

HK: Sprzeda ten dom, zanim zdą­żymy się obej­rzeć i wsa­dzi Eddiego do zakładu dla obłą­ka­nych. Czy sądzi pan, że wygra? Czy ma na to szanse?

NS: Czy któ­ry­kol­wiek z braci wyra­żał się kie­dy­kol­wiek o hra­bim de Castel­nau jako o swoim ojcu?

HK: Char­lie i Eddie zawsze nazy­wali go wujem.

NS: Czy hra­bia i madame Fonçeca dzie­lili ze sobą łoże?

HK: Mieli oddzielne sypial­nie. (Pan Kenny zachmu­rzył się. Dostrze­głem, że wcho­dzę na nie­bez­pieczny teren; uzna­łem jed­nak za sto­sowne drą­żyć tę kwe­stię dalej).

NS: Wie pan, co mam na myśli. Cha­rak­ter ich sto­sun­ków ma klu­czowe zna­cze­nie dla sprawy. (Zapa­dło krę­pu­jące mil­cze­nie. Utkwi­łem wzrok w note­sie w nadziei, że posta­nowi mi się zwie­rzyć. Gdy pod­nio­słem oczy, prze­ko­na­łem się, że pozo­stał nie­wzru­szony).

HK: Czy nie możemy pozwo­lić im spo­czy­wać w spo­koju?

Dokumentacja sprawy

Doku­men­ta­cja sprawy

Nathan Smi­th­son

To pierw­szy raport, na jaki natra­fi­łem w archi­wum, doty­czący hra­biego de Fonçeca. Pełne imię i nazwi­sko hra­biego brzmiało: François Louis Nom­par de Cau­mont Laporte, hra­bia de Castel­nau. To nie­zwy­kłe, że jesz­cze sześć­dzie­siąt lat temu ist­nieli tacy ludzie jak on – prze­dzie­ra­jący się przez dżun­glę, ryzy­ku­jący życiem, by lepiej zro­zu­mieć świat, a także rośliny, zwie­rzęta i ludzi, któ­rzy na nim żyją.

Arty­kuł z „The Lon­don Times”, 1846

WYPRAWA NAUKOWA HRA­BIEGO CASTEL­NAU DO AME­RYKI POŁU­DNIO­WEJ

Hra­bia de Castel­nau, który został wysłany przez rząd fran­cu­ski z misją naukową do Ame­ryki Połu­dnio­wej, prze­słał wła­śnie takie oto spra­woz­da­nie do Mini­stra Edu­ka­cji Publicz­nej:

Lima. 26 stycz­nia 1846 r. Mon­sieur le Mini­stre – Minęło dwa i pół roku podróży przez inte­rior kon­ty­nentu, zanim dotar­li­śmy do Limy przez Are­qu­ipę. Licząc krót­sze wycieczki, poko­na­li­śmy odle­głość ponad 2500 mil. Przy­padł mi zaszczyt poin­for­mo­wa­nia Waszej Eks­ce­len­cji, że przy­by­li­śmy do Chu­qu­isaca; z tego mia­steczka uda­li­śmy się do Potosí, sły­ną­cego z kopalni sre­bra, nie­gdyś tak boga­tego, dziś pogrą­żo­nego w nędzy. Przez dwa­dzie­ścia pięć mil od tego punktu droga nasza wio­dła przez naj­trud­niej­sze prze­łę­cze pomię­dzy naj­wyż­szymi szczy­tami Andów; to wyja­ło­wione obszary, pozba­wione roślin­no­ści, gdzie są w sta­nie prze­żyć wyłącz­nie kon­dory olbrzy­mie. Dalej droga jest lep­sza. Gdy już dotrze się do boli­wij­skich gór sto­ło­wych, zie­mia pozo­staje pła­ska aż do La Paz i jest rów­nież wyja­ło­wiona, zaś roz­rze­dze­nie powie­trza, spo­wo­do­wane przez dużą wyso­kość, przy­czy­nia się do powsta­wa­nia bole­snej dole­gli­wo­ści, zna­nej jako s’arra­che. Bez­mierną tę rów­ninę prze­mie­rzają ogromne stada lam i mery­no­sów; te ostat­nie są tu dzi­kie. Minę­li­śmy Oruro i dotar­li­śmy do La Paz, gdzie znaj­duje się sie­dziba rządu boli­wij­skiego. Zbli­żało się wła­śnie święto z oka­zji rocz­nicy bitwy pod Ingavi. Nad brze­giem jeziora Titi­caca zna­leź­li­śmy wspa­niałe ruiny sta­ro­żyt­nego pałacu Inków z Tia­hu­anaco. Jedna z bram wjaz­do­wych sta­nowi piękne dzieło rze­mio­sła, dla­tego spo­rzą­dzi­li­śmy liczne szkice tego zabytku. Do Peru wje­cha­li­śmy mostem Desa­gu­adero. W dro­dze do Puno towa­rzy­szyły nam gwał­towne śnie­życe i gra­do­bi­cia, dla­tego też uzna­łem za sto­sowne porzu­cić chwi­lowo wyty­czoną mar­szrutę do Cuzco i posu­wać się dalej wzdłuż wybrzeża ku Limie, by następ­nie powró­cić do Cuzco po zakoń­cze­niu pory desz­czo­wej. Dla­tego skie­ro­wa­łem się w stronę Are­qu­ipy, a potem do Limy. Zaznaw­szy tu wielce nam potrzeb­nego wypo­czynku ruszymy do Cuzco, stam­tąd zaś udamy się dalej ku Ama­zonce, żeglu­jąc po wodach rzeki Apu­ri­mac. Tym spo­so­bem poko­namy całą dłu­gość pampy del Sacra­mento, choć spo­dzie­wamy się doświad­czyć w dro­dze wielu nie­bez­pie­czeństw. Pozwo­li­łem sobie prze­słać w załą­cze­niu listę przed­mio­tów wyeks­pe­dio­wa­nych do Muzeum Histo­rii Natu­ral­nej. – F. DE CASTEL­NAU

Następ­nie mamy madame Fonçeca, Caro­linę D’Araujo Fonçeca, o któ­rej pisano nie­wiele, w każ­dym razie w ogól­no­do­stęp­nych źró­dłach. W pasz­por­cie wid­nieje jej opis jako osoby smu­kłej, o twa­rzy owal­nej, ciem­nych oczach i wło­sach. Musiała być praw­dziwą pięk­no­ścią.

Oboje przez całe życie pro­wa­dzili pamięt­niki. Hra­bia trak­to­wał je z pew­no­ścią jako przy­czy­nek do pro­wa­dze­nia obser­wa­cji i zapi­sów nauko­wych. Caro­lina – przy­wy­kłem myśleć o madame Fonçeca jako o Caro­li­nie – odczu­wała zapewne potrzebę prze­la­nia na papier swych reflek­sji. Mło­dość spę­dziła na plan­ta­cji poło­żo­nej na bra­zy­lij­skim odlu­dziu. Od naj­bliż­szego mia­sta, Bahii, dzie­lił ją ponad dzień drogi; dróg zresztą nie było, jedy­nie ścieżki wydep­tane przez muły. Pamięt­nik był dla niej, jak mi się zdaje, powier­ni­kiem i przy­ja­cie­lem w świe­cie na ogół wro­gim dla kobiet takich jak ona.

Nie­prze­ło­żone dzien­niki (jego spi­sany po fran­cu­sku, jej po por­tu­gal­sku) znaj­do­wały się w pie­czy pana Wil­liama Sco­biego, eme­ry­to­wa­nego wspól­nika mojej firmy, Blake & Rig­gall. Pan Sco­bie wie­dział, że zaj­muję się sprawą spadku pana Edwarda Fonçeca. Napi­sał do mnie z prośbą o spo­tka­nie. Jako nie­opie­rzony mło­dzik, począt­ku­jący praw­nik, przy­ją­łem ten list od czło­wieka cie­szą­cego się wiel­kim powa­ża­niem jako zaszczyt. Sie­dzie­li­śmy wspól­nie w jego kawa­ler­skim domu w Toorak przy kominku, delek­tu­jąc się wspa­niałą whi­sky. Zdra­dził mi, że hra­bia i madame Fonçeca byli jego naj­bliż­szymi przy­ja­ciółmi. Na łożu śmierci madame Fonçeca (hra­bia zmarł dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej) prze­ka­zała swe dzien­niki panu Sco­biemu wraz z prośbą, aby zacho­wał je dla potom­no­ści; Edward bowiem ich nie rozu­miał, Char­les zaś z pew­no­ścią spa­liłby je, gdyby dostały się w jego ręce. Pan Sco­bie miał zamiar zle­cić tłu­ma­cze­nie pamięt­ni­ków jako żywego dowodu nie­zwy­kłej prze­szło­ści tych dwojga. Nie­stety, madame Fonçeca zmarła tydzień póź­niej, zaś pan Sco­bie, zajęty przy­go­to­wa­niami do pogrzebu, kwe­stiami mająt­ko­wymi oraz Edwar­dem, któ­rego znał od dziecka, zapo­mniał o dzien­ni­kach.

Mie­rząc mnie badaw­czym spoj­rze­niem spod krza­cza­stych, śnież­no­bia­łych brwi, wyja­wił mi, że dzien­niki mogą sta­no­wić klucz do sprawy.

– W tam­tych cza­sach nie roz­ma­wiało się o spra­wach intym­nych. Byli bar­dzo dys­kretni. – Wes­tchnął, a jego wybla­kłe oczy zalśniły od łez. – A jed­nak widać było, że się kochają.

Słowa te poru­szyły mnie, choć sam dotąd nie zazna­łem uczu­cia miło­ści. Przy­sią­głem sobie, że zro­bię wszystko, co będzie w mojej mocy.

Zna­la­złem wszyst­kie wpisy w dzien­niku, które mogą mieć zna­cze­nie dla sprawy spad­ko­wej. Roz­po­czy­nam od zapi­sków madame Fonçeca, ponie­waż świat, w któ­rym żyła, był nie­zwy­kle odmienny od naszego; musia­łem go poznać, by zro­zu­mieć stan jej umy­słu i podej­mo­wane przez nią dzia­ła­nia. Hra­biego łatwiej mi było zro­zu­mieć. Nawet dobry i dzielny czło­wiek nie umie się oprzeć pięk­nej dziew­czy­nie potrze­bu­ją­cej pomocy.

Część I. Brazylia 1852–1857

Część I

Bra­zy­lia 1852–1857

1852. Przyczyna fundamentalna

☙ 1852 ❧

Przy­czyna fun­da­men­talna

Caro­lina

Czwar­tek

Nie­na­wi­dzę mojego życia. Nie­sie mi wyłącz­nie łzy. Nikogo nie obcho­dzi, jak się czuję. Wolno mi tylko odpo­wia­dać „tak” lub „nie” i kiwać głową, gdy mamãe lub Luis do mnie prze­ma­wiają3.

Nie­na­wi­dzę tego miej­sca. Lubię wyłącz­nie biblio­tekę kocha­nego papy. Twarz Luisa pociem­niała niczym burzowa chmura i gotów był razić mnie pio­ru­nem, gdy papa chwy­cił moje dło­nie i rzekł, że książki mają być moje, a nauka jest rze­czą bez­cenną.

Luis ni­gdy nie przy­cho­dzi do biblio­teki. On nie czyta. To dzi­kus, teraz zaś całe engenho należy do niego4. Zacho­wuje się jak dumny pan i władca; tylko czeka, by ktoś sprze­ci­wił się jego woli i zasłu­żył tym samym na chło­stę.

W biblio­tece udaję, że papa nie umarł; wcho­dząc, dygam leciutko, pro­sząc w myślach, aby pozwo­lił mi poczy­tać. To nie­mą­dra, żało­sna zabawa. A jed­nak robię to za każ­dym razem.

Uwiel­biam lite­ra­turę. Czy­tam teraz Eugénię Gran­det. Bal­zac zna się na ser­cach kobie­cych. „Czyż nie jest szla­chetną cechą kobiety, że bar­dziej ją wzru­sza wymowa nie­doli niż prze­py­chy szczę­ścia?”. To takie praw­dziwe. Pod­kre­śli­łam ten frag­ment. Troszkę oble­ciał mnie przy tym strach. Pomy­śla­łam jed­nak: „Ta książka jest moja, wyłącz­nie moja”. Obry­so­wa­łam słowa grubą linią. Bar­dzo dobrze. Widać stąd, że mam głę­bo­kie prze­my­śle­nia.

Mamãe nie pamięta już, jak to jest mieć szes­na­ście lat. A może uro­dziła się stara. Luis… Luis jest pozba­wiony uczuć. Oże­nił się z Marią, żeby powięk­szyć swój mają­tek. Mamãe wciąż spo­gląda na brzuch Marii, w nadziei że zaszła w ciążę, ale to jedy­nie tłuszcz. Objada się tak, że wciąż musi posze­rzać wszyst­kie suk­nie; cho­dząc, koły­sze się jak kaczka, i nie­ustan­nie uskarża się Luisowi. Jestem dla niej nie­miła. Zapo­mi­nam zwra­cać się do niej „droga sio­stro”. Och! Zamy­kam się w gabi­ne­cie papy i udaję, że nie sły­szę jej tubal­nego woła­nia. W kółko gada o niczym. Luis na­dal cho­dzi do nie­wol­nic. Kil­koro dzieci odzie­dzi­czyło po nim długi nos. Wszy­scy udają, że tego nie widzą, a zwłasz­cza Maria. Maria jest prze­ko­nana, że Luis wycho­dzi nocami wyłącz­nie po to, aby pil­no­wać nie­wol­ni­ków, żeby nie upra­wiali czar­nej magii i nie kra­dli jedze­nia i zapa­sów. Jest żało­sna, a Luis jest opry­skliwy i okrutny. Iście nie­biań­ski mariaż.

Wszy­scy kłócą się o pie­nią­dze. Ceny cukru spa­dły i wiele plan­ta­cji w naszym okręgu prze­cho­dzi na uprawę kawy. Luis chce sprze­dać naszych robot­ni­ków. Do kawy potrzeba mniej ludzi, a za pie­nią­dze można by kupić sadzonki. Mamãe mówi, że rodzina Fonçeca upra­wia trzcinę od pię­ciu poko­leń. Luis patrzy na nią z góry i odpo­wiada: „Teraz ja tu rzą­dzę. Ja będę decy­do­wał”. Maria dokłada sobie moqu­eca i wysysa kolejną kre­wetkę. Obrzy­dliwe. Luis uśmie­cha się, zado­wo­lony z sie­bie. Mamãe robi znak krzyża; po obie­dzie wybiera się do naszej kaplicy, by pomo­dlić się za papę i zapa­lić kolejne świeczki za spo­kój jego duszy. Ja mil­czę. Luis zawsze mnie nie­na­wi­dził. Ni­gdy nie wyba­czył mi tego, że się uro­dzi­łam, że byłam ulu­bie­nicą papy, że byłam dziew­czynką, że papa i ja dzie­li­li­śmy liczne upodo­ba­nia. Jestem jak boha­terka powie­ści – wyob­co­wana, nie­ko­chana – tyle tylko, że ni­gdy nic mi się nie przy­tra­fia. Życie pły­nie, jest szare i nudne. Chcia­ła­bym uciec, lecz z pew­no­ścią zła­pa­liby mnie i oddali do klasz­toru. Quelle hor­reur!

Sobota

Nie potra­fię zmu­sić się, żeby wstać z łóżka. Czy­tam smutne wier­sze i chce mi się pła­kać. Kiedy żył papa, każdy dzień był inny. Gdy wra­ca­łam do domu ze szkoły klasz­tor­nej, wpa­dał do mojego pokoju bla­dym świ­tem, doma­ga­jąc się ze śmie­chem, aby jego com­pan­he­ira a sua vida5 towa­rzy­szyła mu w objeź­dzie engenho. Czę­sto zatrzy­my­wa­li­śmy się wów­czas przy drze­wach awo­kado; papa zry­wał jedno, roz­kra­wał je swoim kozi­kiem, posy­py­wał obie połówki cukrem z woreczka, po czym jedli­śmy je, śmie­jąc się i roz­ma­wia­jąc rado­śnie. Życie było wów­czas takie słod­kie.

Nikt ze mną nie roz­ma­wia. Rów­nie dobrze mogła­bym roz­ma­wiać ze starą Patu­lous. Prze­sia­duje na swoim sien­niku w kącie mojego pokoju, jak­bym na­dal była dziec­kiem, prze­biera rośliny i upiera się, bym nosiła przy sobie rutę dla odpę­dze­nia złych duchów. Jak dotąd nic to nie daje. Nie ośmie­li­ła­bym się jed­nak powie­dzieć o tym mãe de santõ – zła­ma­ła­bym w ten spo­sób serce sta­rej pia­stunce, ona zaś mogłaby mnie nawet prze­kląć6. Cóż, wszy­scy mamy swoje tajem­nice.

Po co mam wsta­wać? Nagle przy­po­mi­nam sobie. Nie będę musiała oglą­dać ciotki Julianne przy śnia­da­niu. Nie jest moją rodzoną ciotką. To daleka kuzynka papy ze strony matki. Wczo­raj wie­czo­rem przy­ci­snęła mnie do chu­dej piersi i rze­kła: „Nie zapo­mnij ni­gdy swego cudow­nego papy”. Wiedźma! Jak śmie sądzić, że mogła­bym kie­dy­kol­wiek zapo­mnieć o papie. Nikt jej nie lubi. Ma trzy różańce! Wypa­dają jej włosy. Prze­świ­tuje przez nie różowa, łusz­cząca się skóra. Zawsze, gdy czy­tam o „sta­rych pan­nach”, mam przed oczami obraz ciotki Julianne. Choć od śmierci papy minęły trzy mie­siące, ona na­dal wydziela woń cho­roby, a może sta­ro­ści. Gdy mówi, ślina gro­ma­dzi się w kąciku jej ust. Obnosi się ze swoją poboż­no­ścią i dobrymi uczyn­kami; co za szczę­ście, że wyjeż­dża do kuzyna N., któ­remu wła­śnie uro­dziło się dziecko, i to jemu będzie zawra­cać teraz głowę. Dla­czego to ona nie umarła?

Papa był tak chory, że nie miał siły jej ode­słać. Gdy było po wszyst­kim, zaczęła prze­sia­dy­wać na weran­dzie niczym usy­cha­jąca roślina donicz­kowa.

Pisząc te słowa, sły­szę gło­śny świer­got pta­ków za oknem. Poranny deszcz ustał. Czas wsta­wać.

Nie­dziela

Luis prze­jął po papie zwy­czaj wygła­sza­nia coty­go­dnio­wych bło­go­sła­wieństw. Umarł król, niech żyje król. On jed­nak jest tylko nie­zno­śnym ksią­żąt­kiem. Albo księ­ciem zamie­nio­nym w żabę. Nie, raczej w ropu­chę. Z pew­no­ścią mógłby żywić się muchami i kara­cza­nami. Jest taki odra­ża­jący. Sia­duje teraz u szczytu stołu. Ni­gdy na niego nie patrzę. Maniery ma wprost fatalne. Mãe tego nie widzi, a może nie chce widzieć. Cza­sami jestem pewna, że jest pijany, ale nikt tego nie komen­tuje. Jeśli jestem dość głu­pia, by uchwy­cić jego spoj­rze­nie, zabija mnie wzro­kiem.

Dzi­siej­sze bło­go­sła­wień­stwo dla robot­ni­ków było okropne. Luis poło­żył sobie pod nogami grubą laskę – niczym mil­czącą groźbę – i prze­kła­dał ją wie­lo­krot­nie, by zna­la­zła się ide­al­nie pod kątem pro­stym do jego sze­roko roz­sta­wio­nych stóp. Nik­czem­nik. Mãe stała z boku, w czar­nym stroju, z oczami utkwio­nymi w kru­cy­fik­sie wiszą­cym na ścia­nie. Luis zażą­dał, abym sta­nęła obok niej i patrzyła. „Jeste­śmy rodziną”, przy­po­mniał mi, choć widać było, że wolałby wyklu­czyć mnie z grona swo­ich krew­nych. Podzie­lam jego uczu­cia. Gdy weszli robot­nicy, każdy z nich spo­glą­dał natu­ral­nie na mãe, cze­ka­jąc, aby roz­dała wszyst­kim czy­stą odzież na cały tydzień – koszule i spodnie dla męż­czyzn i białe koszule oraz spód­nice z szorst­kiego lnu dla kobiet. Dziś jed­nak roz­da­wała je Maria. Wła­ści­wie rzu­cała nimi we wszyst­kich, oba­wia­jąc się choćby dotknąć czar­no­skó­rych. Luis stał przy niej, sztywno wypro­sto­wany, cze­ka­jąc, aż każdy z nie­wol­ni­ków wygłosi for­mułkę: „Ojcze, daj mi bło­go­sła­wień­stwo”. Oba­wiali się choćby spoj­rzeć mu w twarz; zamiast tego wpa­try­wali się we wła­sne stopy, gdy Luis mówił: „Ja, król, was bło­go­sła­wię”.

Ofi­cjal­nie sta­łam się obec­nie pro­ble­mem o imie­niu Caro­lina, jedną z tych spraw, któ­rych papa nie zdą­żył zała­twić do końca. Luis chce się mnie pozbyć, wydać za mąż, ale nie ma naj­mniej­szej ochoty dać mi posagu. Nie da mi pie­nię­dzy – bo ich nawet nie mamy – dys­po­nu­jemy wyłącz­nie zie­mią. Per­spek­tywa roz­sta­nia z choćby pię­dzią ziemi rodu Fonçeca jest dla niego nie­zno­śna. Ni­gdy tego nie zrobi. Patrzył na mnie dziś z pogardą, jak zawsze, gdy roz­ma­wiali z mãe o tym, że trzeba wydać mnie za mąż, a ja nazwa­łam go świ­nią. Ude­rzył mnie. Polała się krew. Mãe krzyk­nęła. Maria skrzy­żo­wała tylko tłu­ste ramiona; wyglą­dała na zado­wo­loną. Czego można się spo­dzie­wać po brzyd­kiej gru­ba­sce, która nie może nawet uro­dzić dziecka? Jeśli Maria przy­tyje bar­dziej, będzie musiała prze­cho­dzić przez drzwi bokiem. Nie­na­wi­dzi mnie za moją mło­dość i urodę. To papa powie­dział mi, że jestem piękna; to nie moja próż­ność. Luis zwró­cił się do mãe: „Zrób coś z nią. To cza­row­nica”. Mãe ode­słała mnie do mojego pokoju. Nie mam nic prze­ciwko temu. Mam tu swoje książki, jeśli jed­nak zechcę dostać cokol­wiek do jedze­nia, będę musiała bła­gać go na kola­nach o prze­ba­cze­nie.

Póź­niej, tuż przed obia­dem zeszłam po cichu na dół w poszu­ki­wa­niu mãe. Zna­la­złam ją jak zawsze w kaplicy, pogrą­żoną w modli­twie przed wybla­kłym obra­zem mil­czą­cej Madonny o twa­rzy peł­nej miło­ści. „Caro­lino – zwró­ciła się do mnie – musisz się uspo­koić. Co powie­działby papa?”.

Pochy­li­łam głowę bez słowa. Gdy­bym otwo­rzyła usta, wydo­byłby się z nich krzyk: „Nikogo z was nie obcho­dzi, co ze mną będzie. Papa nie pozwo­liłby Luisowi mnie ude­rzyć ani wydać mnie za mąż, żeby się mnie pozbyć”. Patrzyła na mnie tak smutno, że ule­głam i cicho odmó­wi­łam zdro­waśkę. Uca­ło­wała mój poli­czek, ja zaś roz­pła­ka­łam się, nie z poczu­cia winy, jak sądziła mãe, ale dla­tego, że życie jest takie nie­spra­wie­dliwe. Dla­czego to nie Luis umarł zamiast papy?

Środa

Koniec ze szkołą klasz­torną w Bahii. Mamãe przy­nio­sła mi tę wia­do­mość, ale to sprawka Luisa. Nie­mal sły­szę, jak mówi: „Dziew­częta nie potrze­bują edu­ka­cji. Każdy roz­sądny męż­czy­zna uzna wykształ­ce­nie za skazę na jej cha­rak­te­rze. Ma już szes­na­ście lat. Jest doro­sła. Czego jesz­cze mia­łaby się uczyć? Wystar­czy”. Tak wła­śnie myśli wielu wła­ści­cieli plan­ta­cji. Trzy­mają swoje córki w oko­wach. Nie, to nie tak, ukry­wają je gdzieś w mrocz­nych kątach jak brudną pościel. Bal­zac byłby prze­ra­żony, gdyby dziś żył. Szkoda, że ni­gdy nie odwie­dził Bra­zy­lii. W Bahii nie ma towa­rzy­stwa; może w Rio. Nie wiem. Ni­gdy nie podró­żo­wa­łam; znam świat wyłącz­nie z ksią­żek.

Co gor­sza, mamãe wyjeż­dża do Bahii, do wuja Anto­nia, by szu­kać męża dla mnie. Mąż będzie okropny. Nikogo to nie obcho­dzi, nawet mãe. Zawsze wolała Luisa, swego pier­wo­rod­nego. Liczy się tylko wola syna. Luis chce sprze­dać kolej­nych nie­wol­ni­ków, twier­dzi, że mamy zbyt wiele gąb do wykar­mie­nia. Świetny pomysł! Musi zająć się uprawą kawy i robie­niem pie­nię­dzy. Tak, musi stać się bogaty! Wszy­scy chcemy, żeby mu się to udało. Ha! Nie ja. Luis nie ma poję­cia o kawie, wyłącz­nie ją pije. Wyrzuci Costę i zatrudni nowego zarządcę. To on jest tu panem. Wszy­scy muszą mu się kła­niać. Ja muszę zostać w domu, bo szkoła to strata pie­nię­dzy. To, czego pra­gnę, nie ma zna­cze­nia. Kto chciałby mądrej żony? Nikt.

Mãe chce, aby ciotka Julianne (kuzynka N. zapewne wyzdro­wiała na samą myśl, że na łożu śmierci ciotka Julianne będzie trzy­mała ją za rękę) przy­je­chała i została ze mną, gdy ona będzie roz­py­ty­wała wśród krew­nych o męża dla mnie, ponie­waż Luis jedzie do Rio po sadzonki kawy, a Maria ma zatrzy­mać się u swej rodziny. Dwa mie­siące lub dłu­żej sama z ciotką Julianne! Cho­dzi­łaby za mną jak pies, dopy­tu­jąc się nie­ustan­nie, co robię. „Czy­tasz, dla­czego?”. „Poczy­taj mi – co to zna­czy?”. Gdy­bym ośmie­liła się czy­tać Bal­zaca, wpa­dłaby w furię i spa­liła moje książki. W naj­lep­szym razie kaza­łaby mi czy­tać żywoty świę­tych mãe. Och! Cie­kawe są w nich wyłącz­nie opisy tor­tur. Każ­dego wie­czoru kła­dła­bym się do łóżka, wymy­śla­jąc męczar­nie dla ciotki.

Bła­ga­łam i pro­si­łam, by pozwo­lono mi jechać do Bahii z mamãe lub zostać samej w domu; obie­cy­wa­łam, że będę zacho­wy­wać się bez zarzutu i zro­bię wszystko, czego zechce rodzina – zaak­cep­tuję ich wybór, wyjdę za mąż, będę miła. Ten jeden raz mamãe wzięła moją stronę i rze­kła: „Nie­ła­two jest być kobietą (czy ja w ogóle myślę o sobie jako o kobie­cie?). Jed­nakże dzieci są bło­go­sła­wień­stwem”. Ukry­łam nie­smak. Dzieci! Nie inte­re­sują mnie dzieci. Ani miłość. Ani słowa o miło­ści. Kiedy jed­nak orze­kła, że mogę zostać sama, obsy­pa­łam ją poca­łun­kami.

Ponie­dzia­łek

Jest późno; piszę w łóżku przy świe­tle świecy. Miał się dziś odbyć uro­czy­sty, poże­gnalny obiad. Troje malu­chów bawiło się pod sto­łem, dopra­sza­jąc się o jedze­nie z naszych tale­rzy. Kome­dia. Zacho­wy­wały się jak szcze­niaki, wysta­wiały głowy spod stołu, uśmie­chały się, bły­ska­jąc ząb­kami i pro­siły o kre­wetki i cia­sto mio­dowe. Mãe roz­wo­dziła się nad sakra­men­tem mał­żeń­stwa, pobło­go­sła­wio­nym przez Boga. Maria roz­sia­dła się, tłu­sta i zado­wo­lona z sie­bie: ona wszak osią­gnęła ten stan łaski.

– A miłość? – spy­ta­łam mãe.

W obli­czu takiego zuchwal­stwa aż zbla­dła z obu­rze­nia. Jakże żało­wa­łam, że nie ugry­złam się w język. Luis, który zwy­kle nie zwraca uwagi na nasze roz­mowy przy obie­dzie, wtrą­cił się, plu­jąc okrusz­kami. Według niego jestem okropną dziew­czyną, wyda­nie mnie za mąż będzie gra­ni­czyło z cudem, jestem głu­pia i czy­tam o wiele za dużo. Książki roz­mięk­czyły mi mózg. Zaszcze­piły mi dziwne pomy­sły, ode­rwane od praw­dzi­wego życia. Nazwał mnie prze­mą­drzałą jędzą.

Wszy­scy umil­kli; nawet dzieci pod sto­łem prze­stały jeść. Wybu­chłam.

– Powiedz szcze­rze, Luis, czy kochasz Marię? A może kochasz jej posag i pozy­cję jej rodziny?

Luis wstał i pod­szedł do mojego krze­sła; sta­nął za nim, sapiąc. Odwró­ci­łam się, jakby powo­do­wana nie­wi­dzialną siłą. Rzu­cił się na mnie z pię­ściami. Zoba­czy­łam gwiazdy.

Mamãe krzyk­nęła:

– Prze­stań!

– Widzisz, z czym muszę się mie­rzyć, mãe? – szczek­nął Luis. – Wyro­sła z niej zupełna dzi­ku­ska. Wynoś się. Do swo­jego pokoju.

– Podła dziew­czyna – dodała Maria. – Dosta­łaś to, co ci się nale­żało. Nikt się z tobą nie ożeni. Jesteś sztuczna, snu­jesz się z kąta w kąt, uda­jąc tra­giczną hero­inę. – Przy­cią­gnęła do sie­bie Luisa i poca­ło­wała go prze­cią­gle. – Oto miłość – ogło­siła.

Krę­ciło mi się w gło­wie. Odsu­nę­łam krze­sło i sta­nę­łam przed Luisem. Zapy­ta­łam słodko, czy mogę odejść.

Wbił palce głę­boko w moje ramię.

– Teraz ja jestem głową tej rodziny. To, czy wyj­dziesz za mąż, za kogo i kiedy, zależy ode mnie.

Zdo­by­łam się jedy­nie na dygnię­cie, nie mogąc wymó­wić ani jed­nego słowa wię­cej. Pró­bu­jąc zacho­wać resztki god­no­ści, powoli wyszłam z pokoju, powta­rza­jąc w myślach: „Nie płacz; nie pozwól, żeby zoba­czył twoje łzy; niech nie myślą, że cię poko­nał”.

Co mam robić?

François

Bra­zy­lia, 15 sierp­nia 1852

Odczyt kom­pasu7; tem­pe­ra­tura 85° Fah­ren­he­ita (29°C); deszcz

Dżun­gla zwrot­ni­kowa pełna bla­sku. Liście. Korony drzew. Chrzęst kara­cza­nów. Znie­na­wi­dzony dźwięk. Świ­druje w mózgu. Pot. Gorąco. Wody Ubi­ra­jara. Trzeba spać.

17? Sier­pień 1852 r.

Odczyt kom­pasu [nie­czy­telny]

Mgli­sty pora­nek. Nie czuję głodu. Wciąż Ubi­ra­jara. Zna­le­zi­sko: Neo­pi­neae. Motyl. Dłu­gie skrzy­dła. Żółte oku­lary w czar­nej opra­wie. Cera­ti­niaie i Mecha­nile ochre­ous, czarne żyłki, żółte plamy. Lot powolny. Woń nie­przy­jemna. Skosz­to­wa­łem. Roz­cho­ro­wa­łem się bar­dzo. Wymioty. Wię­cej snu.

Opusz­czam sie­dli­sko. (Na mar­gi­ne­sie: Żadne zwie­rzę nie żyje w cał­ko­wi­tej samot­no­ści). Słowa nie… Ubi­ra­jara patrzy. Ana­li­zo­wa­nie zwie­rząt we wza­jem­nych rela­cjach. Dziwne. Opu­chli­zna. Gdzie moje notesy? D’Oresy się uśmie­cha. Nocą przy­la­tują błę­kitne ćmy. Wspa­niałe. Zagu­biony.

Caro­lina

Czwar­tek

Wspa­niały dzień Zdu­mie­wa­jący dzień Praw­dziwy cud! Piszę te słowa, doglą­da­jąc mego pacjenta. Nie. Wróć. Muszę opi­sać wszystko. Każdą nie­praw­do­po­dobną chwilę. To ja, któ­rej ni­gdy nic się nie przy­da­rza. COŚ SIĘ WYDA­RZYŁO!

Dzień roz­po­czął się jak każdy inny. Sen­nie i ponuro. Wcze­snym ran­kiem jak zwy­kle spadł deszcz; ska­py­wał z liści pal­mo­wych i ude­rzał o dach domu. Czu­łam się znu­dzona, samotna, pozba­wiona towa­rzy­stwa i moż­li­wo­ści roz­mowy. Mój pod­ręcz­nik do samo­dziel­nej nauki jest do niczego. Po co uczyć się łaciny czy szli­fo­wać reto­rykę? Kogo to obcho­dzi? Wró­ci­łam więc do Bal­zaca i jego opo­wia­dań, usia­dłam w swoim fotelu na weran­dzie, pijąc wodę z dodat­kiem odro­biny wina. Łyk za łykiem. Strona za stroną. Taki był mój plan na ten pora­nek, choć spę­dzi­łam mnó­stwo czasu, usi­łu­jąc odgad­nąć tajem­nicę ukrytą w opo­wia­da­niu mon­sieur Bal­zaca o mło­dej parze pod­czas mie­siąca mio­do­wego. Zasta­na­wia­łam się, co miał na myśli, pisząc o „pomocy”, któ­rej udzie­liła star­sza przy­ja­ciółka panu mło­demu, zaś star­szy przy­ja­ciel – pan­nie mło­dej. Wresz­cie olśniło mnie. Sto­su­nek płciowy! Mon­sieur Bal­zac ma poczu­cie humoru. Mãe i ciotka Julianna byłyby prze­ra­żone; dałyby mi wyga­wor na temat zwie­rzę­cych, nie­czy­stych myśli, z któ­rych muszę się wyspo­wia­dać, jeśli nie chcę tra­fić do pie­kła. Tak nas uczyły zakon­nice w szkole. Nie zadały sobie jed­nak trudu wyja­śnie­nia, czym są nie­czy­ste myśli.

Gdy byłam młod­sza, sądzi­łam, że mam je wtedy, gdy zapo­mi­nam zmó­wić modli­twę lub chcę poba­wić się na dwo­rze, bru­dząc ubra­nie. Eli­sa­bete wyja­śniła, czym są nie­czy­ste myśli, gdy ośmie­li­łam się pod­nieść rękę w kla­sie, by popro­sić sio­strę Afrę o przy­kład. Prze­ra­żona tym grzesz­nym pyta­niem sio­stra Afra wzięła linijkę i biła mnie po rękach tak mocno, że ją zła­mała. Do dziś mie­wam nie­czy­ste myśli o sio­strze Afrze – niech zdy­cha w pie­kle.

Tego wie­czoru w dormi­to­rium nie­grzeczna Eli­sa­bete, chi­cho­cząc, odsło­niła przede mną świat nie­czy­stych myśli. Naj­pierw opo­wie­działa mi, że Ana-Mar­ga­rida ma dwóch czar­nych braci i sio­strę. Nie wie­rzy­łam jej, ponie­waż Ana-Mar­ga­rida ma jasne włosy, jak jej rodzice i ludzie w książ­kach z baj­kami. Eli­sa­bete prze­wró­ciła tylko oczami, patrząc na mnie z pobła­ża­niem. Pamię­tam, że pomy­śla­łam wtedy: „Nie uda­waj takiej doro­słej!”. Miała tylko dwa­na­ście lat, ja zaś trzy­na­ście. Złą­czyła kciuk i palec wska­zu­jący jed­nej dłoni w kółeczko i wsu­wała w nie palec dru­giej, raz za razem. Pod­glą­dała wcze­śniej nie­wol­ni­ków. „Tak się dowie­działa o tych okro­pień­stwach”, mówiła ze zna­czą­cym uśmie­chem. Wie­dzia­łam, że Eli­sa­bete pój­dzie do pie­kła, lecz nie powie­dzia­łam jej tego. Byłam bowiem dziec­kiem o bar­dzo dobrym sercu; bła­ga­łam ją więc, byśmy razem odmó­wiły róża­niec, aby oczy­ścić się z nie­czy­stych myśli.

Wspo­mnie­nia chwili, gdy dowie­dzia­łam się, czym jest sto­su­nek płciowy, przy­wio­dły mi na myśl mał­żeń­stwo. Ogar­nęło mnie prze­możne przy­gnę­bie­nie. Roz­pła­ka­łam się nawet. Ni­gdy nie poznam miło­ści, jedy­nie sto­sunki płciowe, ponie­waż Luisowi nie zależy na moim szczę­ściu. Być może chciałby, abym była nie­szczę­śliwa. Gdy byli­śmy dziećmi, uwiel­biał mnie popy­chać, szczy­pać i gro­zić mi. Stra­szył mnie histo­riami o kani­ba­lach jedzą­cych małe dziew­czynki, ganiał mnie po całym majątku, rycząc, wyma­chu­jąc sza­belką i bił mnie. Powin­nam była poskar­żyć się papie, jed­nak wie­dzia­łam, że przez to sta­nie się jesz­cze gor­szy. Wresz­cie Patu­lous stwier­dziła, że zacho­wuje się obrzy­dli­wie, i uka­rała go za przy­zwo­le­niem mãe. Teraz Patu­lous chowa się przed nim. Mógłby wyrzu­cić ją z engenho, a wtedy bez­bronna sta­ruszka zosta­łaby sama.

Sie­dzia­łam na weran­dzie, uża­la­jąc się nad sobą, gdy nagle poja­wił się przede mną Tupí z prze­kłutą wargą, czer­wo­nymi tatu­ażami na chu­dych nogach, ubrany w poprze­cie­raną koszulę i prze­pa­skę lędź­wiową; szedł boso wyło­żo­nym kamie­niami pod­jaz­dem, cią­gnąc za sobą muła na sznurku. Na grzbie­cie zwie­rzę­cia sie­dział Euro­pej­czyk w brud­nym ubra­niu; spod sło­mia­nego kape­lu­sza wymy­kały się ciemne włosy. Zaczę­łam machać do niego, woła­jąc: „Kim jeste­ście?” Tupí nie odpo­wie­dział. Euro­pej­czyk był zbyt chory, by cokol­wiek powie­dzieć. Oczy miał szkli­ste, cerę cho­ro­bli­wie bladą i chwiał się tak, że zda­wało mi się, że lada chwila spad­nie na zie­mię, choć był przy­wią­zany. Zawo­ła­łam Igna­tiusa i Hipo­lita. Wybie­gli na zewnątrz i patrzyli zdu­mieni na dziwne zja­wi­sko. Tupí wska­zał zie­loną gęstwinę, mówiąc aiba. Nie byłam pewna, czy ma na myśli Euro­pej­czyka, samego sie­bie czy też wyma­wia nazwę cho­roby. Męż­czy­zna na mule prze­chy­lił się do przodu. Tupí go zła­pał. Na moje pole­ce­nie Igna­tius i Hipo­lito zanie­śli go do pokoju papy. India­nin tym­cza­sem usiadł w ogro­dzie. Póź­niej, gdy pole­ci­łam Igna­tiusowi, by zaniósł mu jedze­nie, oka­zało się, że gdzieś prze­padł. Pew­nie wró­cił do dżun­gli.

Na górze, w pokoju papy, Hipo­lito roz­ciął ubra­nie Euro­pej­czyka. Jego ciało pokryte było ska­le­cze­niami i wrzo­dami; wydzie­lał nie­przy­jemną woń. Igna­tius stwier­dził, że śmier­dzi, bo miesz­kał w dżun­gli, jak India­nie. Zażą­da­łam, by umył go całego; sama zamknę­łam oczy.

Potem przyj­rza­łam się jego twa­rzy i stwier­dzi­łam, że jest stary, z pew­no­ścią powy­żej czter­dziestki. Ma czarne, gęste brwi i długi, cienki nos. Jego brwi pasują do poety – nie­zwy­kle sze­ro­kie i nie­re­gu­larne jak na męż­czy­znę w jego wieku. Oczy miał zamknięte, nie mogłam więc odgad­nąć, co skrywa jego dusza. I wtedy to się stało. Zaję­czał i po fran­cu­sku popro­sił o wodę. „De l’eau, de l’eau”, powta­rzał. Z prze­ję­cia chcia­łam zakla­skać w dło­nie. PRAW­DZIWY FRAN­CUZ W MOIM DOMU!

Przy­się­głam sobie, że nie pozwolę mu umrzeć. Kaza­łam Igna­tiu­sowi przy­wieźć dok­tora Bragę z Bahii i zwol­ni­łam Hipo­lita, by sama się nim zająć – zwil­żać mu twarz i wyschnięte usta i modlić się cicho. Patu­lous weszła, by na niego popa­trzeć. Kaza­łam jej wyjść. Zigno­ro­wała mnie; prze­su­wała języ­kiem po nie­licz­nych zębach, które jej jesz­cze zostały i patrzyła z dez­apro­batą. Pozwo­li­łam jej go opu­kać, pod­nieść jego rękę, a potem powiekę, pową­chać jego oddech i przy­ło­żyć ucho do chu­dej piersi. Potem spoj­rzała na mnie prze­ni­kli­wie, jakby odga­du­jąc, co się dzieje w mojej duszy. Ogar­nął mnie strach. „Wyjdź!”, syk­nę­łam. Usu­nęła się w kąt i usia­dła, obej­mu­jąc dłońmi pokrzy­wione artre­ty­zmem kolana, mru­ga­jąc i wysu­wa­jąc język jak jasz­czurka. Potrafi łajać mnie w taki spo­sób, że cza­sami, choć jestem doro­sła, czuję się jak dzie­wię­cio­latka i ogar­nia mnie strach, że spro­wa­dzi strasz­liwe duchy, jeśli nie będę jej posłuszna. Może powin­nam pozwo­lić Luisowi pozbyć się jej? Nie, nie wiem, jak mogłam to napi­sać. Prze­pra­szam. Nie mia­łam tego na myśli. Wyrów­na­łam oddech.

Męż­czy­zna zapadł w nie­spo­kojny sen, poru­sza­jąc gwał­tow­nie rękami i nogami. Prze­ście­ra­dło, któ­rym był przy­kryty, zsu­nęło się. Jego owło­sione nogi były bar­dzo białe, wyglą­dały żało­śnie chudo. Nakry­łam go znów, nucąc urywki fran­cu­skich koły­sa­nek. Jego dłoń prze­su­nęła się po prze­ście­ra­dle i chwy­ciła moją. Pomię­dzy naszymi złą­czo­nymi dłońmi utwo­rzyła się mała kałuża potu. (Na szczę­ście Patu­lous zasnęła i gło­śno chra­pała). Moje ciało prze­szył przy­jemny dreszcz. Nie odstą­pię go na krok, dopóki nie wydo­brzeje.

Musia­łam chyba zasnąć, bo gdy weszła mãe, było już szaro. Trzy­mała świecę; w jej bla­sku dostrze­gła nasze sple­cione dło­nie. Pospiesz­nie oswo­bo­dzi­łam palce, wyja­śnia­jąc, co się wyda­rzyło i dla­czego wysła­łam liścik do dok­tora Bragi. Gdy dok­tor otrzy­mał list, bez­zwłocz­nie zawia­do­mił mãe. Choć słowa te nie padły wprost, wia­domo było, że nara­zi­łam się na nie­bez­pie­czeń­stwo, wpusz­cza­jąc obcego czło­wieka do naszego domu i kła­dąc go do łóżka papy. W grę wcho­dziła moja repu­ta­cja i honor Luisa. Dla­tego wła­śnie przy­je­chała natych­miast, tej samej nocy, z dok­to­rem Bragą.

– Wszystko mogło się wyda­rzyć – powie­działa z naganą. Unio­sła świecę wyżej i krzyk­nęła: – Znam go. Spo­ty­ka­li­śmy się w Bahii na przy­ję­ciach. To hra­bia de Castel­nau.

Wie­dzia­łam! Wie­dzia­łam, że to ktoś nie­zwy­kły, a nie jakiś próż­niak zagu­biony w dżun­gli. Moje serce fik­nęło koziołka. Według słów mamãe był kon­su­lem fran­cu­skim w Bahii, słyn­nym podróż­ni­kiem i przy­rod­ni­kiem. Czę­sto wybie­rał się sam w głąb dżun­gli.

– To takie nie­bez­pieczne – mówiła mãe.

Odpar­łam, że nie był sam – towa­rzy­szył mu India­nin z ple­mie­nia Tupí.

– Cza­sami bywasz taka głu­piutka, Caro­lino – odrze­kła mãe.

Zbesz­tała Patu­lous, że nara­ziła mnie na nie­bez­pie­czeń­stwo i roz­ka­zała jej trzy­mać się z dala od naszego szla­chet­nego gościa ze swymi paskud­nymi mik­stu­rami. Wąt­pię, by spo­rzą­dzony przez nie­wol­nicę napar z liści mógł wywrzeć wra­że­nie na czło­wieku, który obda­rzył zaufa­niem India­nina Tupí. Zdaje mi się, że mãe w głębi ducha cie­szy się, że hra­bia zna­lazł się u nas.

Dok­tor Braga, gdy go zba­dał, wszedł do bawialni i się prze­że­gnał. Stłu­mi­łam szloch, oba­wia­jąc się jak naj­gor­szych wie­ści. Ale nie! Dok­tor Braga oznaj­mił, że choć nie wie, dla­czego hra­bia jest chory i maja­czy, jest z niego twarda sztuka. Tro­skliwa opieka i dobre odży­wia­nie mogły dać mu szansę. Bła­ga­łam mamãe, by pozwo­liła mi się nim zaj­mo­wać, argu­men­tu­jąc, że wydaje się dużo spo­koj­niej­szy, gdy mówię do niego po fran­cu­sku. Wia­domo było, że Igna­tius się nim odpo­wied­nio nie zaopie­kuje – nie­wol­nicy zasy­piają, gdy tylko zni­kamy im z oczu. Dok­tor Braga zgo­dził się ze mną. Mãe nie mogła spie­rać się z auto­ry­te­tem nauko­wym, z pew­no­ścią zaś nie chciała zostać posą­dzona o odmowę udzie­le­nia pomocy tak zna­ko­mi­tej oso­bi­sto­ści.

I tak piszę te słowa, sie­dząc w daw­nym pokoju papy na sien­niku uło­żo­nym na pod­ło­dze. Póź­niej, by nie zasnąć, poczy­tam memu hra­biemu Bal­zaca. Myślę, że mu się to spodoba.

Sobota

Mamãe przy­cho­dziła począt­kowo dwa razy dzien­nie; spraw­dzała memu pacjen­towi puls i patrzyła, jak kar­mię go bulio­nem. Reaguje, gdy mówię mu, aby poły­kał. Teraz mamãe pra­wie nie przy­cho­dzi. Przej­rza­łam sakwy, które Tupí zosta­wił na pod­jeź­dzie. Zna­la­złam skó­rzane woreczki w róż­nych roz­mia­rach, pełne roślin, owa­dów i motyli, tro­chę bar­dzo brud­nej odzieży, rewol­wer, jakieś przy­rządy z brązu, słu­żące do pomia­rów (tak sądzę); ponad dwa­dzie­ścia gra­fi­to­wych ołów­ków i czarny notes, w więk­szo­ści nie­za­pi­sany. Prze­czy­ta­łam pierw­szą stronę. Doty­czy jego odkryć. Bar­dzo naukowy tekst. Zamknę­łam notes z trza­skiem. To pry­watne zapi­ski. Nie jestem jak ciotka Julianne, która węszy wszę­dzie plotki lub mar­twi się, czy mój hra­bia to czło­wiek pobożny. Znie­na­wi­dzi­ła­bym każ­dego, kto prze­czy­tałby mój oso­bi­sty dzien­nik. (Cho­wam go w książce na temat prawa kano­nicz­nego, z któ­rej wycię­łam sta­ran­nie środ­kowe strony). Poło­ży­łam notes hra­biego na sto­liku obok jego łóżka wraz z naostrzo­nym przeze mnie ołów­kiem.

Uda­wa­łam, że po pro­stu zasnął, a już za chwilę obu­dzi się i zacznie zapi­sy­wać swoje wiel­kie myśli. On nie może umrzeć. Modlę się o jego oca­le­nie.

Pią­tek

Dziś, gdy się obu­dzi­łam, Patu­lous stała nad moim pacjen­tem ze świecą w dłoni. Nasze oczy spo­tkały się. Przy­ło­żyła palec do ust i odsta­wiła lich­tarz. W pra­wej dłoni trzy­mała duży liść, wypeł­niony jakąś papką. Pal­cami wtło­czyła mu ją do ust, głasz­cząc go po gar­dle, jak psa, któ­rego chce się nakło­nić, aby połknął lekar­stwo. Nie powstrzy­małam jej; byłam zbyt prze­stra­szona, by to zro­bić. Nie popra­wiło mu się. Może to jakaś dziwna cho­roba rodem z dżun­gli? Euro­pej­skie lekar­stwa dok­tora Bragi jej nie wyle­czą; podobne trzeba leczyć podob­nym. Jeśli wyle­czy go kapłanka candomblé, to zna­czy, że taka była wola Boga.

Patu­lous skoń­czyła, odchrząk­nęła i mach­nęła pękiem liści abafé. Jej zro­go­wa­ciałe palce zadra­pały mnie w poli­czek, gdy wty­kała świeżą gałązkę ruty za moje ucho, by mnie uchro­nić przed złym okiem, a potem poło­żyła moją dłoń na gło­wie hra­biego. Nie zdję­łam jej, gdy mru­czała swoje zaklę­cia. Jej pomarsz­czona twarz wykrzy­wiła się w uśmie­chu i Patu­lous uca­ło­wała wierzch mojej dłoni. Powin­nam oba­wiać się, że pójdę do pie­kła, jeśli zezwolę na takie pogań­skie prak­tyki, lecz zda­wały mi się wów­czas bło­go­sła­wień­stwem. Moja dłoń pozo­stała na czole hra­biego, gdy Patu­lous traj­ko­tała coś w swoim języku, tań­cząc do wtóru nie­wi­dzial­nych bęb­nów. Tań­czyła coraz szyb­ciej i szyb­ciej, otwie­ra­jąc sze­roko nie­wi­dzące oczy. Patrzy­łam na cie­nie tań­czące wraz z nią i odma­wia­łam po cichu Zdro­waś Mario, jak gdyby jedno mogło zni­we­czyć efekt dru­giego. Wresz­cie osu­nęła się na pod­łogę, wyczer­pana. Nie ośmie­li­łam się jej dotknąć. Czy duchy wciąż przy niej są? Zdję­łam dłoń z czoła mojego pacjenta i uję­łam jego wychu­dzoną rękę; poczu­łam, jak cie­pła krew pły­nie w jego żyłach. Byli­śmy ze sobą zwią­zani, w tym życiu, a może w następ­nym.

François

Dzień? Mie­siąc? Miej­sce?

Żyję. Spływa na mnie księ­ży­cowy blask. Poduszka jest mokra od potu, leżę pod moski­tierą w jakimś pokoju. Na sze­ro­kim łożu. Sia­dam. Kręci mi się w gło­wie. Na sien­niku obok śpi dziew­czyna. Na pod­ło­dze leży zwi­nięta w kłę­bek postać. Poru­sza się. To stara czarna nie­wol­nica. Spo­gląda na mnie i na ołó­wek skrzy­piący w mojej dłoni. Chrząka. Wyciąga rękę. Chce zabrać ołó­wek, notat­nik…

Ranek. Dziew­czyna leżąca na sien­niku obok łóżka, młoda Bra­zy­lijka por­tu­gal­skiego pocho­dze­nia, na­dal śpi, zwi­nięta na boku; roz­pusz­czone czarne włosy ota­czają owalną twarz i spa­dają na plecy. Ma w sobie coś nie­ziem­skiego: jest młoda, nie­tknięta przez życie. Czarna nie­wol­nica chra­pie na kocu roz­rzu­co­nym w kącie. Sia­dam, prze­peł­niony ulgą. Żyję, na­dal żyję. Patrzę na swoje ręce. Szczy­pię się po ramio­nach. Czer­wone ślady. Odpor­ność mojej skóry osła­bła. Dmu­cham w zło­żone dło­nie, by uchwy­cić zapach odde­chu. Jest kwa­śny. Oglą­dam swój tułów i nogi; bez wąt­pie­nia stra­ci­łem na wadze.

Jestem w domu, w bar­dzo zamoż­nym domu. A jed­nak ostat­nie, co pamię­tam, to dżun­gla. Gdzie jest Ubi­ra­jara? Czy zgi­nął? Roz­bił obóz na zewnątrz, czy może roz­pły­nął się w dżun­gli, wró­cił do swego ple­mie­nia? Na sto­liku leży mój notat­nik tere­nowy. Nie­cier­pli­wie prze­wra­cam kartki.

Cała ta podróż jest daremna. Opisy w notat­niku są mętne, a w roz­wa­ża­niach o tak­so­no­mii trudno uchwy­cić sens. Moja praca jest bez­war­to­ściowa. Zdaje się, że sku­pi­łem się głów­nie na Lepi­dop­tera. Dla­czego? Tok mego rozu­mo­wa­nia wydaje się nie­od­gad­niony. Skła­dam to na karb gorączki. Naj­bar­dziej gorzka jest świa­do­mość, że ten kraj – nie, cały kon­ty­nent połu­dnio­wo­ame­ry­kań­ski odrzuca moje bada­nia przy­rod­ni­cze. Wpa­truję się w chwiejne pismo. Straszne zmę­cze­nie. Oso­bliwe myśli.

4 wrze­śnia 1852, dom Luisa D’Araujo Fonçeca

Moja śpiąca kró­lewna zbu­dziła się wresz­cie i spoj­rzała na mnie jak na ducha. Przed­sta­wi­łem się po por­tu­gal­sku. Odpo­wie­działa po fran­cu­sku; wyja­śniła, skąd się tu wzią­łem. Gdy wyja­wiła mi, od jak dawna cho­ruję, prze­pro­si­łem za nie­do­god­ność, jaką oko­licz­ność ta stała się dla jej rodziny. Zaru­mie­niła się i odrze­kła, że pie­lę­gno­wa­nie mnie było dla niej zaszczy­tem. Pomarsz­czona nie­wol­nica obu­dziła się i zmie­rzyła mnie wzro­kiem tak podejrz­li­wym, że zaczą­łem zasta­na­wiać się, czy maja­cząc w gorączce zro­bi­łem coś strasz­nego.

Dziew­czyna zapew­niła mnie, że nie i przed­sta­wiła się jako Caro­lina D’Araujo Fonçeca. Oprócz niej w rezy­den­cji prze­bywa obec­nie tylko jej matka. Ojciec zmarł nie­dawno. Jej brat, Luis, wyje­chał do Rio w inte­re­sach. Nagle, jak przy­stało na dobrze wycho­waną Bra­zy­lijkę, uświa­do­miła sobie, że jest nie­od­po­wied­nio ubrana i sie­dzi na sien­niku w sypialni nie­zna­jo­mego męż­czy­zny. Zalała się krwi­stym rumień­cem i wyją­kała, że powia­domi matkę o popra­wie mego stanu; potrze­bo­wała przy­zwo­itki. Wyszła z gra­cją, otu­la­jąc się sre­brzy­stym sza­lem. Nie­wol­nica także się pod­nio­sła, ruszyła do drzwi, potem zaś zwró­ciła ku mnie oczy (bystre, choć powle­czone biel­mem) i obda­rzyła spoj­rze­niem, które prze­jęło mnie głę­bo­kim nie­po­ko­jem. Sta­ra­łem się to zlek­ce­wa­żyć, lecz jestem poru­szony, w moich myślach panuje zamęt, a wszystko wydaje się nie­rze­czy­wi­ste. Trzy tygo­dnie maja­czeń?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Są to moje notatki słowo w słowo. Już na początku stu­diów ukoń­czy­łem kore­spon­den­cyjny kurs ste­no­gra­fii. Oka­zał się nie­zwy­kle pomocny w dal­szej edu­ka­cji. Gdy musia­łem skła­dać w sądzie pro­to­koły, dyk­to­wa­łem swoje notatki sekre­ta­rzowi, który prze­pi­sy­wał je, nada­jąc im czy­telną formę. NS [wróć]

2. Nota­bene pan Kenny uśmiech­nął się i zamilkł na dłuż­szą chwilę, ja zaś zapi­sa­łem: „Należy uzbroić się w cier­pli­wość, nie pona­glać tego czło­wieka. Potrzeba mu atmos­fery wza­jem­nego zaufa­nia”. NS [wróć]

3. Mamãe to piesz­czo­tliwe zdrob­nie­nie słowa „matka”. Wer­sja for­malna brzmi mãe. Zacho­wa­łem obie wer­sje w tek­ście w ory­gi­nale, aby lepiej zro­zu­mieć prze­my­śle­nia mło­dej Caro­liny. Tłu­macz [wróć]

4. Engenho to plan­ta­cja. Na engenho rodziny Fonçeca pra­co­wało zapewne około 300 nie­wol­ni­ków. Tłu­macz [wróć]

5. Com­pan­he­ira a sua vida ozna­cza „jego towa­rzyszka życia”. Tłu­macz [wróć]

6. Mãe de santõ – Święta Matka – to kapłanka candomblé. Candomblé to afry­kań­ska tra­dy­cja reli­gijna i lecz­ni­cza, która przy­była do Bra­zy­lii wraz z nie­wol­ni­kami. Wyko­rzy­stuje ona rośliny do prak­tyk ducho­wych i lecz­ni­czych. Jest nie­zwy­kle popu­larna. Tłu­macz [wróć]

7. Te frag­menty są nie­mal nie­czy­telne. Współ­rzędne zostały wytarte i zapi­sane ponow­nie zbyt wiele razy, aby dało się je odcy­fro­wać. Tłu­macz [wróć]