49,90 zł
Powieść dla fanek Elizabeth Gilbert i Pip Williams, oparta na prawdziwej historii zakazanej miłości i rodzinnych tajemnic.
XIX wiek. Brazylijska dżungla, paryskie salony i rodzące się Melbourne – trzy światy, w których rozgrywa się dramatyczna historia hrabiego de Castelnau, francuskiego podróżnika i dyplomaty, oraz młodziutkiej Caroline Fonçeca. On – dojrzały mężczyzna, na którego we Francji czeka rodzina. Ona – szesnastoletnia marzycielka, pragnąca wyrwać się z ciasnych ram plantatorskiego życia. Ich spotkanie na zawsze odmieni losy obojga.
Kilka dekad później, w 1902 roku, australijski prawnik Nathan Smithson staje przed najtrudniejszą sprawą swojej kariery: procesem o spadek ekscentrycznego Edwarda Fonçeca. Aby zwyciężyć, Nathan musi odkryć sekrety skrzętnie ukrywane przez pokolenia – sekrety, które zaczęły się od jednej namiętnej decyzji w brazylijskiej dżungli…
Historia naturalna miłości to porywająca saga o miłości, poświęceniu i wyborach, które potrafią odmienić całe życie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 383
Spis postaci
Główni bohaterowie:
Nathan Smithson, narrator i młody prawnik z Melbourne
Carolina D’Araujo Fonçeca, późniejsza Madame Fonçeca
François Louis Nompar de Caumont Laporte, hrabia de Castelnau, przyrodnik, badacz, dyplomata
Patulous, niewolnica i niańka Caroliny oraz kapłanka candomblé (mãe de santõ)
Charles de Fonçeca, pierworodny syn Caroliny i François
Edward Fonçeca, drugi syn Caroliny i François
Anne-Beatrice, hrabina de Castelnau, z domu hrabianka de Choiseul
William (Will) Scobie, prawnik i przyjaciel Caroliny i François z Melbourne
Pozostałe osoby:
Senhora Do Amour Divino, matka Caroliny
Luis de Fonçeca, brat Caroliny
Maria de Fonçeca, bratowa Caroliny
Ciotka Julianne, daleka krewna, która wychowała nieżyjącego już ojca Caroliny
Malfada, niewolnica
Ignatius, niewolnik
Martinha, wyzwolona niewolnica, która była mamką małego Charlesa w Paryżu
Ludovic, syn François i Anne-Beatrice
Dennis Vaughan, nauczyciel Charlesa w Melbourne
Henry Kenny, opiekun Edwarda
Mademoiselle Albright, opiekunka Charlesa w Paryżu
Arlette, niańka Charlesa w Paryżu
Teressa, niańka małego Edwarda w Melbourne
Jane Robinson, gospodyni w Mayfield
Marie de Fonçeca Harrison, była żona Charlesa de Fonçeca
PROLOG
❧
☙ 1901 ❧
Wprowadzenie do sprawy
Nathan Smithson
Pierwsza wizyta w Mayfield, lipiec 1901
Nie miałem do czynienia z klientem, który okazałby się wariatem, do chwili mego pierwszego spotkania z panem Edwardem Fonseca w jego wiejskiej posiadłości. Gdy woźnica skierował konia na długą, krętą drogę wiodącą do podjazdu, wystawiłem głowę przez okno powozu, by przyjrzeć się półdzikim zaroślom, strzeżonym przez gwardię honorową zdrewniałych paproci i kęp nieznanych mi odmian eukaliptusów. Późny zimowy poranek był chłodny, lecz ich zapach wypełniał powietrze. U stóp eukaliptusów kwitły wiecznie zielone rośliny. W oddali rosło dziwne drzewo owocujące olbrzymimi orzechami. Po niebie krążyło stadko kakadu, jakby zaniepokojonych naszą obecnością. Woźnica zatrzymał gwałtownie konia i wskazał coś batem. Na jednej z dolnych gałęzi siedział niedźwiadek koala zajęty przeżuwaniem liści. Jego doskonała obojętność rozbawiła mnie; niepokój uleciał.
Dotarliśmy do dużego, piętrowego domu z cegły, z dwoma przeszklonymi wykuszami frontowymi. Na werandzie w ogromnych porcelanowych donicach kwitły jaskrawo pomarańczowe i czerwone storczyki, które nadawały domowi niezwykły, egzotyczny wygląd.
Gdy zapukałem, otworzył mi pan Henry Kenny. Był to człowiek wysoki, liczący niemal sześć stóp wzrostu, o potężnych ramionach drwala i pięściach boksera. Jego twarz rozpromieniał serdeczny uśmiech.
– Witamy, panie Smithson – powiedział spokojnie i dobitnie. – Nie miewamy tutaj wielu gości. Eddie nie może się pana doczekać.
Gdy prowadził mnie do zakurzonej bawialni, na schodach dały się słyszeć odgłosy ciężkich, pospiesznych kroków. Pan Edward Fonçeca wszedł do pokoju szybkim, rozkołysanym krokiem i siadł obok Kenny’ego z głośnym chrząknięciem. W tej chwili, jakby przypominając sobie o dobrych manierach, podniósł się gwałtownie.
– Dzień dobry! Jakże się cieszę, że pan przyjechał – oznajmił, na co Kenny skinął głową z aprobatą.
Widok mężczyzny niemal czterdziestoletniego, roztaczającego woń taniego tytoniu, który zachowywał się niczym niesforny dzieciak, wydał mi się osobliwy. Miał na sobie stosowny strój, lecz na przodzie koszuli widniała plama z jajecznicy, którą jadł zapewne na śniadanie; spodnie wisiały luźno na jego chudej sylwetce, a skórę miał bladą, jak człowiek przesiadujący wyłącznie w domu. Bujne, brązowe włosy zwisały w niesfornych strąkach, sięgając mu niemal do ramion. Potrzebował fryzjera.
– Eddie nie lubi fryzjerów. Nie przepada za nożyczkami i nie potrafi usiedzieć spokojnie – rzekł Kenny.
Pan Fonçeca, siedzący na sofie, poruszył niespokojnie nogami i utkwił we mnie oskarżycielskie spojrzenie brązowych oczu.
– Nie rozmawiajcie o mnie. Nie wolno.
Kenny zwrócił się do niego, mówiąc powoli i łagodnie:
– Pamiętasz, Eddie, że pan Smithson jest twoim adwokatem? To miły człowiek. Dobry człowiek. Twoja matka poprosiła go, żeby ci pomógł.
– Matki nie ma. Umarła.
– Tak, mówiono mi, że madame Fonçeca była wspaniałą kobietą – odezwałem się. – Proszę przyjąć moje kondolencje. Moja obecność tutaj ma związek z jej odejściem. Zapisała panu wszystko w testamencie…
Zawahałem się i spojrzałem na Kenny’ego, szukając u niego wskazówki, czy powinienem rozmawiać z Edwardem jak z każdym innym klientem. Skinął głową.
– Pański brat, Charles, podważył testament matki – kontynuowałem. – Chce otrzymać dom, większą część pieniędzy i resztę majątku, który pan od niej otrzymał, więc… – urwałem znowu.
Pan Fonçeca mruczał coś do siebie, gwałtownie potrząsając głową; w jego oczach błyszczał strach.
– Nie ma mowy, żeby Charlesowi się to udało, Eddie – pocieszył go Kenny.
Na moment pozwoliłem jego słowom zawisnąć w powietrzu, zamiast dodać, że brat wystąpił także o ustanowienie go opiekunem Edwarda. Na swą obronę mogę stwierdzić, że klient mój był zbyt zdenerwowany, by przyjąć racjonalne wyjaśnienia co do szczegółów postępowania sądowego bądź powagi sprawy. W przypadku wygranej brata jego życie zmieniłoby się na zawsze.
Uspokojony pan Fonçeca wyjął woreczek z tytoniem i wygrzebał z kieszeni bibułki, by skręcić sobie papierosa. Poczęstował mnie. Potrząsnąłem jednak głową.
– Dziękuję, nie palę.
Zdawał się tym strapiony; nim zdążyłem cofnąć swoje słowa, Kenny wtrącił się.
– Pan Smithson zapali później. Zachowam to dla niego – rzekł i włożył papierosa do kieszeni.
Pan Fonçeca skręcił sobie drugiego i zapalił; nad jego głową zawirowała gęsta chmura dymu.
– Czy chciałby pan obejrzeć dom? – spytał Kenny, sygnalizując bezgłośnie, bym wyraził zgodę. – Eddie lubi oprowadzać gości.
– Z przyjemnością – odparłem.
Pan Fonçeca zerwał się na równe nogi i żwawo skierował się na schody. Kenny i ja szliśmy za nim.
Pojedyncze łóżko było porządnie zaścielone; na ścianie wisiał obraz przedstawiający pastwisko pełne krów. Pokój wypełniał zastarzały odór dymu tytoniowego. Sprawił on, że mój żołądek skurczył się nagle; z trudem przełknąłem ślinę.
– Witam w moim pokoju – rzekł pan Fonçeca, wyciągając ku mnie prawą dłoń.
Pospieszyłem nią potrząsnąć.
– Nie – ostrzegł mnie Kenny – Eddie chciał tylko panu dać do zrozumienia, że traktuje pana jak przyjaciela.
Opuściłem dłoń i podziękowałem gospodarzowi, że pozwolił mi obejrzeć swą sypialnię. W odpowiedzi pan Fonçeca wydmuchał idealne kółko z dymu. Zdawało mi się, że czeka na aplauz; obawiałem się jednak, że oklaski mogłyby go wystraszyć, uśmiechnąłem się więc tylko z aprobatą.
Pokój przypominał mi gniazdo dziwacznego ptaka o obyczajach żurawia. Na podłodze piętrzyły się stosy papieru. Stał tam również olbrzymi druciany kosz, z którego wysypywały się liście paproci i eukaliptusa. Z otwartego worka wyglądały wydmuszki jaj różnych ptaków, każda z nich z otworem na czubku. Nie brakowało też otwartych drewnianych skrzyń wypełnionych tablicami, do których przyszpilono owady i motyle. Na komodzie poniewierały się wysuszone, cienkie jak papier skórki węży.
– Jest pan kolekcjonerem, panie Fonçeca?
Ten przechylił głowę na bok, przyglądając mi się bacznie.
– Jestem przyrodnikiem. To bardzo ważna praca.
– Właśnie widzę.
– Nie będziemy dotykać twoich zbiorów – powiedział Kenny. – Pokaż gościowi pokój matki, Eddie.
W holu minęliśmy zamknięte drzwi. Wyciągnąłem dłoń do klamki.
– Nie. To pokój mego brata. Panu się nie spodoba. Niedobre miejsce – powiedział pan Fonçeca; w jego zmienionym nagle głosie zabrzmiał strach.
Kenny przysunął się bliżej.
– Eddie, Charlie już tu nie mieszka. Wiesz przecież – zwrócił się do niego uspokajająco. – Używamy tego pokoju tylko jako schowka.
– To wbrew zasadom – oznajmił pan Fonçeca, krzyżując ramiona. – Nie wolno wchodzić.
– Nie musimy tam wchodzić, panie Fonçeca – odezwałem się z myślą, że poproszę Kenny’ego później, by pokazał mi pokój; być może zostało w nim coś po wydziedziczonym bracie. Zawsze warto poznać sekrety swego przeciwnika. Pan Fonçeca przytaknął; przeszedł szybko obok zamkniętych drzwi, wstrzymując oddech, po czym wypuścił powietrze, gdy znaleźliśmy się w pokoju jego matki.
Kwieciste, perkalowe zasłony, sięgające od sufitu do podłogi, były zaciągnięte; w pokoju tańczyły cienie. W powietrzu unosił się zapach ciężkich, słodkich perfum. Chudzielec krążył szybko po pokoju niczym pies znaczący swój teren; potrząsał przy tym zmatowiałymi lokami i mamrotał pod nosem niezrozumiałe dla mnie słowa. Zatrzymał się przy łóżku z czterema kolumienkami, rzeźbionym zagłówkiem i baldachimem okrytym siatką przeciw owadom. Na stoliku nocnym obok łóżka stała lampa gazowa; w kącie pysznił się wspaniały wypchany lirogon. Sypialnia była dość obszerna, by pomieścić także imponujących rozmiarów komodę zwieńczoną dużym lustrem i niewielki szezlong na pajęczych nóżkach, przez który przewieszono czerwony, wełniany szal, jak gdyby madame Fonçeca dopiero co wyszła i mogła wrócić po niego w każdej chwili. Panujący w sypialni półmrok nie pozwolił mi docenić w pełni malowideł przedstawiających egzotyczne ptaki o grubych, zakrzywionych dziobach na tle soczyście zielonej dżungli – uderzyła mnie ich niezwykła uroda.
Pan Fonçeca stał przez chwilę nieruchomo jak urzeczony, po czym całym swym ciężarem padł na łóżko. Leżał z rozrzuconymi rękami, zamykając oczy, aż jego oddech się uspokoił. Wytrącony z równowagi widokiem szaleńca, który udawał pogrążonego we śnie, odsunąłem się pospiesznie. W tej samej chwili kątem oka uchwyciłem w lustrze odbicie oliwkowej twarzy kobiety pod burzą srebrzystych włosów. Czyżby szaleństwo było zaraźliwe?
Ocknąłem się z przywidzenia na dźwięk głosu Kenny’ego:
– Pan Smithson i ja musimy porozmawiać o pewnych sprawach, Eddie. Możesz dołączyć do nas w jadalni w porze lunchu, jeśli masz ochotę. Jeżeli wolisz, powiem kucharce, żeby przyniosła ci tacę do pokoju. Pani McKenna robi dla ciebie pyszną kurę z ziemniakami i kalafiorem. Wszystko białe, bez odrobiny zieleni. – Kenny zwrócił się do mnie: – Eddie przepada za białym jedzeniem.
Pan Fonçeca otworzył oczy i usiadł.
– Trucizny są zielone.
– Dobrze wiedzieć, panie Fonçeca – powiedziałem. – Mam nadzieję, że lunch będzie panu smakował – dodałem.
Tym razem pozwolił, bym uścisnął jego kościstą dłoń i się uśmiechnął. W półmroku robił mniej osobliwe wrażenie.
Kenny i ja zasiedliśmy w pokrytej kurzem jadalni, gdzie podano nam smaczny gulasz z pieczonymi ziemniakami. Zapytałem, czy mógłbym podczas lunchu wypytać go o wszystko.
– Kiedy Eddie wchodzi do pokoju matki, zwykle zostaje tam na długie godziny, ale i tak lepiej zaczekać – szepnął. Wskazał porozumiewawczo na schody. – Ma słuch niczym wyżeł myśliwski. Dałem mu trochę laudanum, więc niedługo zaśnie.
Zauważył moje zaniepokojenie.
– Och, niewielką dawkę. W przeciwnym razie za chwilę byłby tu z powrotem. Biegałby tu i tam, a w najgorszym razie mógłby uciec. – Westchnął, gestykulując w powietrzu nożem dla podkreślenia wagi swoich słów. – Nie możemy pozwolić, aby Charlie wygrał. Eddiego to zabije, jeśli Charlie zostanie jego opiekunem. Jest taki wrażliwy, tak się boi, że wszyscy wokół chcą go skrzywdzić. W rzeczywistości tylko Charlie źle mu życzy. Ci dwaj są niczym Kain i Abel. Jeden darzy drugiego iście biblijną nienawiścią.
– Słyszałem plotki. Będę musiał zrobić sobie notatki z naszej dalszej rozmowy. Czy mogę?
– Dla Eddiego wszystko… – przerwał i rzucił mi poważne spojrzenie. – Nie chciałbym, żeby pomyślał pan, że jestem gotów zniszczyć Charliego Fonsecę, byle tylko nie stracić pracy. Moim zdaniem on skrzywdziłby Eddiego. Chcę postąpić słusznie, nie szukam korzyści. Kucharka zrobiła dla nas biszkopt z owocami i bitą śmietaną.
– Widzę, panie Kenny, że ma pan wiele współczucia dla mojego klienta; jeśli zaś chodzi o biszkopt, grzechem byłoby go nie spróbować.
Wielkolud zarumienił się z radości.
Rozmowa z panem Henrym Kennym1
Nathan Smithson
NS: Jak to się stało, że został pan opiekunem pana Fonçeca?
HK: Silny chłop bez rodziny zawsze może znaleźć w kolonii pracę jako drwal. Pewnego dnia araukaria, którą miałem ściąć, upadła w niewłaściwą stronę. Uniknąłem śmierci. Zawsze można jednak stracić rękę albo zmiażdżyć nogę. Stwierdziłem, że nie warto.
NS: Zdarzało mi się występować w sprawach o wypadki przy pracy. Drwale zwykle przegrywają. Pracodawcy twierdzą, że nie uważali i sami są sobie winni.
HK: Tak to jest. Tracisz pracę, nie dostajesz odszkodowania.
NS: A więc rzucił pan tę posadę?
HK: Zatrudniłem się w szpitalu Yarra Bend jako pomocnik do opieki nad wariatami. Większość z nich jest nieszkodliwa. Chcą tylko, żeby ich zostawiono samych z ich demonami i bólem. Jeden doktor powiedział mi tam o posadzie u młodego panicza, który cierpi na… Jak on to powiedział?… „przygnębienie i nadpobudliwość”. Pensja była dobra. Jakich kłopotów mógł mi przysporzyć piętnastolatek? Z pewnością było to lepsze niż opieka nad pijakami w delirium, niedorozwiniętymi syfilitykami, a poza tym… Mayfield… tu człowiek czuje się jak mieszkaniec ogrodu botanicznego, ale bez gości. (Uderzająca szczerość odpowiedzi pana Kenny’ego kazała mi sądzić, że mogę zaufać temu człowiekowi. Wszelka przebiegłość wydaje się być mu obca).
NS: Mayfield to piękna posiadłość, choć leży na odludziu. Jak pracowało się panu u hrabiego de Castelnau i madame Fonçeca?
HK: Hrabia był przemiłym dżentelmenem, mocno już starszym, gdy go poznałem2. Z zapałem kolekcjonował osobliwości. Eddie naśladuje go pod tym względem. Zbiera liście i owady po całym terenie. Nie wolno tego kwestionować ani nawet rozmawiać z nim o tym. Zaczyna wówczas bełkotać lub popada w szał pisania o niczym, łamie stalówki, co ogromnie go denerwuje i trudno go wówczas uspokoić. Wygląda, jak gdyby wiatr mógł go przewrócić, ale kiedy wpada w gniew, następuje w nim zmiana. Moje siniaki… Proszę tak na mnie nie patrzeć. Nigdy go nie skrzywdziłem. Nigdy. Przysięgam. Może pan spytać innych, jeśli pan chce.
NS: Sam widzę, że pan Fonçeca nie boi się pana. Uważa pana za swego przyjaciela. Czy hrabiego łączyła bliska więź z panem Fonçeca? Czy troszczył się o siostrzeńca?
HK: Hrabia potrafił zerwać liść w swoim ogródku ziołowym, a potem pozwalał Eddiemu obejrzeć go pod szkłem powiększającym; pokazywał mu żyłki i różne takie, opowiadał o swoich podróżach, tłumaczył, dlaczego warto zbierać rośliny i zwierzęta, jak się zmieniają w różnych stronach świata. Widzi pan, ja byłem tu tylko na wypadek, gdyby Eddie się zdenerwował. Widziałem więc wszystko. Eddie siadał, kołysał się powoli; nie patrzył na wuja, ale chłonął każde jego słowo; przechylał głowę jak ciekawski ptak… nie jak chłopiec, wie pan, ale jak ptak, który w każdej chwili może wpaść w furię lub w stan apatii. Hrabia umiał z nim postępować; zachowywał się jak człowiek, który opowiada dziecku bajkę na dobranoc. Uspokajał go. Potem, kiedy hrabia okropnie się rozchorował, Eddie siedział przy nim godzinami, patrząc, jak drzemie. Pokojówki uważały, że to przerażające, ale mnie się zawsze zdawało, że na swój sposób próbuje go chronić.
NS: Jak madame Fonçeca radziła sobie z chorobą hrabiego?
HK: W pewnym sensie Eddie jej pomagał. Gdy wpadała w rozpacz, krzyczał lub płakał, albo uciekał. Musiała więc zachować spokój, choć miała temperament, jak to zwykle te cudzoziemskie damy. Tuż przed śmiercią hrabia powiedział mi: „Zaopiekuj się nimi. Zrób to dla mnie. Wiem, że to zrobisz”. Więc próbowałem. Na początku to wszystko wydawało mi się cholernie dziwaczne. Jako młoda dziewczyna miała swoich niewolników; potrafiła być władcza i wymagająca. Ale po swojemu kochała Eddiego i nie chciała za nic przyznać przed sobą, że jest szalony. „Słabo się czuje”, mówiła. Twierdziła, że źle się poczuł, gdy ogarniała go panika i wrzeszczał, że wszyscy próbują go zabić. Bez ustanku ciągała go po różnych konowałach, choć hrabia tego nie pochwalał.
NS: Czy brat odwiedza go? Czy powiedziałby pan, że są ze sobą blisko?
HK: Charlie to czarna owca w rodzinie. Wygnała go, kiedy się tu pojawił po pogrzebie hrabiego, ponad dwadzieścia lat temu. Madame Fonçeca leżała wówczas chora, więc Charlie mógł robić, co mu się żywnie podobało. Bóg jeden wie, co powiedział wówczas Eddiemu albo co mu zrobił. „Nie idź z nami – powiedział mi. – Ja się nim zajmę”. I poprowadził biednego Eddiego niczym jagnię na rzeź. Ten wrócił przemoczony i przerażony. Przez tydzień nie odezwał się ani słowem. Charlie twierdził, że wpadł do strumyka. Kłamca. Eddie nie cierpi wody. Boi się, że go ryby pogryzą. Madame Fonçeca zerwała się z łóżka w nocnej koszuli, czarne włosy miała rozpuszczone… Wyglądała jak czarownica, gdy tak wrzeszczała na Charliego, a on, niewzruszony, zagrzmiał w odpowiedzi: „Może i jestem diabłem, ale to ty mnie takim stworzyłaś”. Wtedy zagroziłem, że będzie miał ze mną do czynienia. Parsknął tylko i stwierdził, że to dom wariatów, on zaś jest jedynym normalnym w tej rodzinie. Wskoczył na konia i odjechał, jak gdyby to jemu stała się krzywda. Niezły byłby z niego opiekun. Nie ma w sobie krzty serdeczności. Nie przypuszczam, żeby w ciągu tych dwudziestu lat odmienił się na lepsze. (Pan Kenny skrzyżował ramiona, zadowolony, że wyraził swe zdanie o Charlesie, i patrzył, jak piszę. Uśmiechnąłem się z aprobatą).
NS: Czy kiedykolwiek odkrył pan, co wydarzyło się między braćmi tamtego dnia?
HK: Nie. Eddie trząsł się cały, więc musiałem go rozebrać. Na plecach miał czerwone ślady, jak gdyby ktoś zbił go laską, a Charlie miał laskę przy sobie.
NS: Jak pan sądzi, co się stanie, jeśli Charles wygra w sądzie?
HK: Sprzeda ten dom, zanim zdążymy się obejrzeć i wsadzi Eddiego do zakładu dla obłąkanych. Czy sądzi pan, że wygra? Czy ma na to szanse?
NS: Czy którykolwiek z braci wyrażał się kiedykolwiek o hrabim de Castelnau jako o swoim ojcu?
HK: Charlie i Eddie zawsze nazywali go wujem.
NS: Czy hrabia i madame Fonçeca dzielili ze sobą łoże?
HK: Mieli oddzielne sypialnie. (Pan Kenny zachmurzył się. Dostrzegłem, że wchodzę na niebezpieczny teren; uznałem jednak za stosowne drążyć tę kwestię dalej).
NS: Wie pan, co mam na myśli. Charakter ich stosunków ma kluczowe znaczenie dla sprawy. (Zapadło krępujące milczenie. Utkwiłem wzrok w notesie w nadziei, że postanowi mi się zwierzyć. Gdy podniosłem oczy, przekonałem się, że pozostał niewzruszony).
HK: Czy nie możemy pozwolić im spoczywać w spokoju?
Dokumentacja sprawy
Nathan Smithson
To pierwszy raport, na jaki natrafiłem w archiwum, dotyczący hrabiego de Fonçeca. Pełne imię i nazwisko hrabiego brzmiało: François Louis Nompar de Caumont Laporte, hrabia de Castelnau. To niezwykłe, że jeszcze sześćdziesiąt lat temu istnieli tacy ludzie jak on – przedzierający się przez dżunglę, ryzykujący życiem, by lepiej zrozumieć świat, a także rośliny, zwierzęta i ludzi, którzy na nim żyją.
Artykuł z „The London Times”, 1846
WYPRAWA NAUKOWA HRABIEGO CASTELNAU DO AMERYKI POŁUDNIOWEJ
Hrabia de Castelnau, który został wysłany przez rząd francuski z misją naukową do Ameryki Południowej, przesłał właśnie takie oto sprawozdanie do Ministra Edukacji Publicznej:
Lima. 26 stycznia 1846 r. Monsieur le Ministre – Minęło dwa i pół roku podróży przez interior kontynentu, zanim dotarliśmy do Limy przez Arequipę. Licząc krótsze wycieczki, pokonaliśmy odległość ponad 2500 mil. Przypadł mi zaszczyt poinformowania Waszej Ekscelencji, że przybyliśmy do Chuquisaca; z tego miasteczka udaliśmy się do Potosí, słynącego z kopalni srebra, niegdyś tak bogatego, dziś pogrążonego w nędzy. Przez dwadzieścia pięć mil od tego punktu droga nasza wiodła przez najtrudniejsze przełęcze pomiędzy najwyższymi szczytami Andów; to wyjałowione obszary, pozbawione roślinności, gdzie są w stanie przeżyć wyłącznie kondory olbrzymie. Dalej droga jest lepsza. Gdy już dotrze się do boliwijskich gór stołowych, ziemia pozostaje płaska aż do La Paz i jest również wyjałowiona, zaś rozrzedzenie powietrza, spowodowane przez dużą wysokość, przyczynia się do powstawania bolesnej dolegliwości, znanej jako s’arrache. Bezmierną tę równinę przemierzają ogromne stada lam i merynosów; te ostatnie są tu dzikie. Minęliśmy Oruro i dotarliśmy do La Paz, gdzie znajduje się siedziba rządu boliwijskiego. Zbliżało się właśnie święto z okazji rocznicy bitwy pod Ingavi. Nad brzegiem jeziora Titicaca znaleźliśmy wspaniałe ruiny starożytnego pałacu Inków z Tiahuanaco. Jedna z bram wjazdowych stanowi piękne dzieło rzemiosła, dlatego sporządziliśmy liczne szkice tego zabytku. Do Peru wjechaliśmy mostem Desaguadero. W drodze do Puno towarzyszyły nam gwałtowne śnieżyce i gradobicia, dlatego też uznałem za stosowne porzucić chwilowo wytyczoną marszrutę do Cuzco i posuwać się dalej wzdłuż wybrzeża ku Limie, by następnie powrócić do Cuzco po zakończeniu pory deszczowej. Dlatego skierowałem się w stronę Arequipy, a potem do Limy. Zaznawszy tu wielce nam potrzebnego wypoczynku ruszymy do Cuzco, stamtąd zaś udamy się dalej ku Amazonce, żeglując po wodach rzeki Apurimac. Tym sposobem pokonamy całą długość pampy del Sacramento, choć spodziewamy się doświadczyć w drodze wielu niebezpieczeństw. Pozwoliłem sobie przesłać w załączeniu listę przedmiotów wyekspediowanych do Muzeum Historii Naturalnej. – F. DE CASTELNAU
Następnie mamy madame Fonçeca, Carolinę D’Araujo Fonçeca, o której pisano niewiele, w każdym razie w ogólnodostępnych źródłach. W paszporcie widnieje jej opis jako osoby smukłej, o twarzy owalnej, ciemnych oczach i włosach. Musiała być prawdziwą pięknością.
Oboje przez całe życie prowadzili pamiętniki. Hrabia traktował je z pewnością jako przyczynek do prowadzenia obserwacji i zapisów naukowych. Carolina – przywykłem myśleć o madame Fonçeca jako o Carolinie – odczuwała zapewne potrzebę przelania na papier swych refleksji. Młodość spędziła na plantacji położonej na brazylijskim odludziu. Od najbliższego miasta, Bahii, dzielił ją ponad dzień drogi; dróg zresztą nie było, jedynie ścieżki wydeptane przez muły. Pamiętnik był dla niej, jak mi się zdaje, powiernikiem i przyjacielem w świecie na ogół wrogim dla kobiet takich jak ona.
Nieprzełożone dzienniki (jego spisany po francusku, jej po portugalsku) znajdowały się w pieczy pana Williama Scobiego, emerytowanego wspólnika mojej firmy, Blake & Riggall. Pan Scobie wiedział, że zajmuję się sprawą spadku pana Edwarda Fonçeca. Napisał do mnie z prośbą o spotkanie. Jako nieopierzony młodzik, początkujący prawnik, przyjąłem ten list od człowieka cieszącego się wielkim poważaniem jako zaszczyt. Siedzieliśmy wspólnie w jego kawalerskim domu w Toorak przy kominku, delektując się wspaniałą whisky. Zdradził mi, że hrabia i madame Fonçeca byli jego najbliższymi przyjaciółmi. Na łożu śmierci madame Fonçeca (hrabia zmarł dwadzieścia lat wcześniej) przekazała swe dzienniki panu Scobiemu wraz z prośbą, aby zachował je dla potomności; Edward bowiem ich nie rozumiał, Charles zaś z pewnością spaliłby je, gdyby dostały się w jego ręce. Pan Scobie miał zamiar zlecić tłumaczenie pamiętników jako żywego dowodu niezwykłej przeszłości tych dwojga. Niestety, madame Fonçeca zmarła tydzień później, zaś pan Scobie, zajęty przygotowaniami do pogrzebu, kwestiami majątkowymi oraz Edwardem, którego znał od dziecka, zapomniał o dziennikach.
Mierząc mnie badawczym spojrzeniem spod krzaczastych, śnieżnobiałych brwi, wyjawił mi, że dzienniki mogą stanowić klucz do sprawy.
– W tamtych czasach nie rozmawiało się o sprawach intymnych. Byli bardzo dyskretni. – Westchnął, a jego wyblakłe oczy zalśniły od łez. – A jednak widać było, że się kochają.
Słowa te poruszyły mnie, choć sam dotąd nie zaznałem uczucia miłości. Przysiągłem sobie, że zrobię wszystko, co będzie w mojej mocy.
Znalazłem wszystkie wpisy w dzienniku, które mogą mieć znaczenie dla sprawy spadkowej. Rozpoczynam od zapisków madame Fonçeca, ponieważ świat, w którym żyła, był niezwykle odmienny od naszego; musiałem go poznać, by zrozumieć stan jej umysłu i podejmowane przez nią działania. Hrabiego łatwiej mi było zrozumieć. Nawet dobry i dzielny człowiek nie umie się oprzeć pięknej dziewczynie potrzebującej pomocy.
Część I
❧
Brazylia 1852–1857
☙ 1852 ❧
Przyczyna fundamentalna
Carolina
Czwartek
Nienawidzę mojego życia. Niesie mi wyłącznie łzy. Nikogo nie obchodzi, jak się czuję. Wolno mi tylko odpowiadać „tak” lub „nie” i kiwać głową, gdy mamãe lub Luis do mnie przemawiają3.
Nienawidzę tego miejsca. Lubię wyłącznie bibliotekę kochanego papy. Twarz Luisa pociemniała niczym burzowa chmura i gotów był razić mnie piorunem, gdy papa chwycił moje dłonie i rzekł, że książki mają być moje, a nauka jest rzeczą bezcenną.
Luis nigdy nie przychodzi do biblioteki. On nie czyta. To dzikus, teraz zaś całe engenho należy do niego4. Zachowuje się jak dumny pan i władca; tylko czeka, by ktoś sprzeciwił się jego woli i zasłużył tym samym na chłostę.
W bibliotece udaję, że papa nie umarł; wchodząc, dygam leciutko, prosząc w myślach, aby pozwolił mi poczytać. To niemądra, żałosna zabawa. A jednak robię to za każdym razem.
Uwielbiam literaturę. Czytam teraz Eugénię Grandet. Balzac zna się na sercach kobiecych. „Czyż nie jest szlachetną cechą kobiety, że bardziej ją wzrusza wymowa niedoli niż przepychy szczęścia?”. To takie prawdziwe. Podkreśliłam ten fragment. Troszkę obleciał mnie przy tym strach. Pomyślałam jednak: „Ta książka jest moja, wyłącznie moja”. Obrysowałam słowa grubą linią. Bardzo dobrze. Widać stąd, że mam głębokie przemyślenia.
Mamãe nie pamięta już, jak to jest mieć szesnaście lat. A może urodziła się stara. Luis… Luis jest pozbawiony uczuć. Ożenił się z Marią, żeby powiększyć swój majątek. Mamãe wciąż spogląda na brzuch Marii, w nadziei że zaszła w ciążę, ale to jedynie tłuszcz. Objada się tak, że wciąż musi poszerzać wszystkie suknie; chodząc, kołysze się jak kaczka, i nieustannie uskarża się Luisowi. Jestem dla niej niemiła. Zapominam zwracać się do niej „droga siostro”. Och! Zamykam się w gabinecie papy i udaję, że nie słyszę jej tubalnego wołania. W kółko gada o niczym. Luis nadal chodzi do niewolnic. Kilkoro dzieci odziedziczyło po nim długi nos. Wszyscy udają, że tego nie widzą, a zwłaszcza Maria. Maria jest przekonana, że Luis wychodzi nocami wyłącznie po to, aby pilnować niewolników, żeby nie uprawiali czarnej magii i nie kradli jedzenia i zapasów. Jest żałosna, a Luis jest opryskliwy i okrutny. Iście niebiański mariaż.
Wszyscy kłócą się o pieniądze. Ceny cukru spadły i wiele plantacji w naszym okręgu przechodzi na uprawę kawy. Luis chce sprzedać naszych robotników. Do kawy potrzeba mniej ludzi, a za pieniądze można by kupić sadzonki. Mamãe mówi, że rodzina Fonçeca uprawia trzcinę od pięciu pokoleń. Luis patrzy na nią z góry i odpowiada: „Teraz ja tu rządzę. Ja będę decydował”. Maria dokłada sobie moqueca i wysysa kolejną krewetkę. Obrzydliwe. Luis uśmiecha się, zadowolony z siebie. Mamãe robi znak krzyża; po obiedzie wybiera się do naszej kaplicy, by pomodlić się za papę i zapalić kolejne świeczki za spokój jego duszy. Ja milczę. Luis zawsze mnie nienawidził. Nigdy nie wybaczył mi tego, że się urodziłam, że byłam ulubienicą papy, że byłam dziewczynką, że papa i ja dzieliliśmy liczne upodobania. Jestem jak bohaterka powieści – wyobcowana, niekochana – tyle tylko, że nigdy nic mi się nie przytrafia. Życie płynie, jest szare i nudne. Chciałabym uciec, lecz z pewnością złapaliby mnie i oddali do klasztoru. Quelle horreur!
Sobota
Nie potrafię zmusić się, żeby wstać z łóżka. Czytam smutne wiersze i chce mi się płakać. Kiedy żył papa, każdy dzień był inny. Gdy wracałam do domu ze szkoły klasztornej, wpadał do mojego pokoju bladym świtem, domagając się ze śmiechem, aby jego companheira a sua vida5 towarzyszyła mu w objeździe engenho. Często zatrzymywaliśmy się wówczas przy drzewach awokado; papa zrywał jedno, rozkrawał je swoim kozikiem, posypywał obie połówki cukrem z woreczka, po czym jedliśmy je, śmiejąc się i rozmawiając radośnie. Życie było wówczas takie słodkie.
Nikt ze mną nie rozmawia. Równie dobrze mogłabym rozmawiać ze starą Patulous. Przesiaduje na swoim sienniku w kącie mojego pokoju, jakbym nadal była dzieckiem, przebiera rośliny i upiera się, bym nosiła przy sobie rutę dla odpędzenia złych duchów. Jak dotąd nic to nie daje. Nie ośmieliłabym się jednak powiedzieć o tym mãe de santõ – złamałabym w ten sposób serce starej piastunce, ona zaś mogłaby mnie nawet przekląć6. Cóż, wszyscy mamy swoje tajemnice.
Po co mam wstawać? Nagle przypominam sobie. Nie będę musiała oglądać ciotki Julianne przy śniadaniu. Nie jest moją rodzoną ciotką. To daleka kuzynka papy ze strony matki. Wczoraj wieczorem przycisnęła mnie do chudej piersi i rzekła: „Nie zapomnij nigdy swego cudownego papy”. Wiedźma! Jak śmie sądzić, że mogłabym kiedykolwiek zapomnieć o papie. Nikt jej nie lubi. Ma trzy różańce! Wypadają jej włosy. Prześwituje przez nie różowa, łuszcząca się skóra. Zawsze, gdy czytam o „starych pannach”, mam przed oczami obraz ciotki Julianne. Choć od śmierci papy minęły trzy miesiące, ona nadal wydziela woń choroby, a może starości. Gdy mówi, ślina gromadzi się w kąciku jej ust. Obnosi się ze swoją pobożnością i dobrymi uczynkami; co za szczęście, że wyjeżdża do kuzyna N., któremu właśnie urodziło się dziecko, i to jemu będzie zawracać teraz głowę. Dlaczego to ona nie umarła?
Papa był tak chory, że nie miał siły jej odesłać. Gdy było po wszystkim, zaczęła przesiadywać na werandzie niczym usychająca roślina doniczkowa.
Pisząc te słowa, słyszę głośny świergot ptaków za oknem. Poranny deszcz ustał. Czas wstawać.
Niedziela
Luis przejął po papie zwyczaj wygłaszania cotygodniowych błogosławieństw. Umarł król, niech żyje król. On jednak jest tylko nieznośnym książątkiem. Albo księciem zamienionym w żabę. Nie, raczej w ropuchę. Z pewnością mógłby żywić się muchami i karaczanami. Jest taki odrażający. Siaduje teraz u szczytu stołu. Nigdy na niego nie patrzę. Maniery ma wprost fatalne. Mãe tego nie widzi, a może nie chce widzieć. Czasami jestem pewna, że jest pijany, ale nikt tego nie komentuje. Jeśli jestem dość głupia, by uchwycić jego spojrzenie, zabija mnie wzrokiem.
Dzisiejsze błogosławieństwo dla robotników było okropne. Luis położył sobie pod nogami grubą laskę – niczym milczącą groźbę – i przekładał ją wielokrotnie, by znalazła się idealnie pod kątem prostym do jego szeroko rozstawionych stóp. Nikczemnik. Mãe stała z boku, w czarnym stroju, z oczami utkwionymi w krucyfiksie wiszącym na ścianie. Luis zażądał, abym stanęła obok niej i patrzyła. „Jesteśmy rodziną”, przypomniał mi, choć widać było, że wolałby wykluczyć mnie z grona swoich krewnych. Podzielam jego uczucia. Gdy weszli robotnicy, każdy z nich spoglądał naturalnie na mãe, czekając, aby rozdała wszystkim czystą odzież na cały tydzień – koszule i spodnie dla mężczyzn i białe koszule oraz spódnice z szorstkiego lnu dla kobiet. Dziś jednak rozdawała je Maria. Właściwie rzucała nimi we wszystkich, obawiając się choćby dotknąć czarnoskórych. Luis stał przy niej, sztywno wyprostowany, czekając, aż każdy z niewolników wygłosi formułkę: „Ojcze, daj mi błogosławieństwo”. Obawiali się choćby spojrzeć mu w twarz; zamiast tego wpatrywali się we własne stopy, gdy Luis mówił: „Ja, król, was błogosławię”.
Oficjalnie stałam się obecnie problemem o imieniu Carolina, jedną z tych spraw, których papa nie zdążył załatwić do końca. Luis chce się mnie pozbyć, wydać za mąż, ale nie ma najmniejszej ochoty dać mi posagu. Nie da mi pieniędzy – bo ich nawet nie mamy – dysponujemy wyłącznie ziemią. Perspektywa rozstania z choćby piędzią ziemi rodu Fonçeca jest dla niego nieznośna. Nigdy tego nie zrobi. Patrzył na mnie dziś z pogardą, jak zawsze, gdy rozmawiali z mãe o tym, że trzeba wydać mnie za mąż, a ja nazwałam go świnią. Uderzył mnie. Polała się krew. Mãe krzyknęła. Maria skrzyżowała tylko tłuste ramiona; wyglądała na zadowoloną. Czego można się spodziewać po brzydkiej grubasce, która nie może nawet urodzić dziecka? Jeśli Maria przytyje bardziej, będzie musiała przechodzić przez drzwi bokiem. Nienawidzi mnie za moją młodość i urodę. To papa powiedział mi, że jestem piękna; to nie moja próżność. Luis zwrócił się do mãe: „Zrób coś z nią. To czarownica”. Mãe odesłała mnie do mojego pokoju. Nie mam nic przeciwko temu. Mam tu swoje książki, jeśli jednak zechcę dostać cokolwiek do jedzenia, będę musiała błagać go na kolanach o przebaczenie.
Później, tuż przed obiadem zeszłam po cichu na dół w poszukiwaniu mãe. Znalazłam ją jak zawsze w kaplicy, pogrążoną w modlitwie przed wyblakłym obrazem milczącej Madonny o twarzy pełnej miłości. „Carolino – zwróciła się do mnie – musisz się uspokoić. Co powiedziałby papa?”.
Pochyliłam głowę bez słowa. Gdybym otworzyła usta, wydobyłby się z nich krzyk: „Nikogo z was nie obchodzi, co ze mną będzie. Papa nie pozwoliłby Luisowi mnie uderzyć ani wydać mnie za mąż, żeby się mnie pozbyć”. Patrzyła na mnie tak smutno, że uległam i cicho odmówiłam zdrowaśkę. Ucałowała mój policzek, ja zaś rozpłakałam się, nie z poczucia winy, jak sądziła mãe, ale dlatego, że życie jest takie niesprawiedliwe. Dlaczego to nie Luis umarł zamiast papy?
Środa
Koniec ze szkołą klasztorną w Bahii. Mamãe przyniosła mi tę wiadomość, ale to sprawka Luisa. Niemal słyszę, jak mówi: „Dziewczęta nie potrzebują edukacji. Każdy rozsądny mężczyzna uzna wykształcenie za skazę na jej charakterze. Ma już szesnaście lat. Jest dorosła. Czego jeszcze miałaby się uczyć? Wystarczy”. Tak właśnie myśli wielu właścicieli plantacji. Trzymają swoje córki w okowach. Nie, to nie tak, ukrywają je gdzieś w mrocznych kątach jak brudną pościel. Balzac byłby przerażony, gdyby dziś żył. Szkoda, że nigdy nie odwiedził Brazylii. W Bahii nie ma towarzystwa; może w Rio. Nie wiem. Nigdy nie podróżowałam; znam świat wyłącznie z książek.
Co gorsza, mamãe wyjeżdża do Bahii, do wuja Antonia, by szukać męża dla mnie. Mąż będzie okropny. Nikogo to nie obchodzi, nawet mãe. Zawsze wolała Luisa, swego pierworodnego. Liczy się tylko wola syna. Luis chce sprzedać kolejnych niewolników, twierdzi, że mamy zbyt wiele gąb do wykarmienia. Świetny pomysł! Musi zająć się uprawą kawy i robieniem pieniędzy. Tak, musi stać się bogaty! Wszyscy chcemy, żeby mu się to udało. Ha! Nie ja. Luis nie ma pojęcia o kawie, wyłącznie ją pije. Wyrzuci Costę i zatrudni nowego zarządcę. To on jest tu panem. Wszyscy muszą mu się kłaniać. Ja muszę zostać w domu, bo szkoła to strata pieniędzy. To, czego pragnę, nie ma znaczenia. Kto chciałby mądrej żony? Nikt.
Mãe chce, aby ciotka Julianne (kuzynka N. zapewne wyzdrowiała na samą myśl, że na łożu śmierci ciotka Julianne będzie trzymała ją za rękę) przyjechała i została ze mną, gdy ona będzie rozpytywała wśród krewnych o męża dla mnie, ponieważ Luis jedzie do Rio po sadzonki kawy, a Maria ma zatrzymać się u swej rodziny. Dwa miesiące lub dłużej sama z ciotką Julianne! Chodziłaby za mną jak pies, dopytując się nieustannie, co robię. „Czytasz, dlaczego?”. „Poczytaj mi – co to znaczy?”. Gdybym ośmieliła się czytać Balzaca, wpadłaby w furię i spaliła moje książki. W najlepszym razie kazałaby mi czytać żywoty świętych mãe. Och! Ciekawe są w nich wyłącznie opisy tortur. Każdego wieczoru kładłabym się do łóżka, wymyślając męczarnie dla ciotki.
Błagałam i prosiłam, by pozwolono mi jechać do Bahii z mamãe lub zostać samej w domu; obiecywałam, że będę zachowywać się bez zarzutu i zrobię wszystko, czego zechce rodzina – zaakceptuję ich wybór, wyjdę za mąż, będę miła. Ten jeden raz mamãe wzięła moją stronę i rzekła: „Niełatwo jest być kobietą (czy ja w ogóle myślę o sobie jako o kobiecie?). Jednakże dzieci są błogosławieństwem”. Ukryłam niesmak. Dzieci! Nie interesują mnie dzieci. Ani miłość. Ani słowa o miłości. Kiedy jednak orzekła, że mogę zostać sama, obsypałam ją pocałunkami.
Poniedziałek
Jest późno; piszę w łóżku przy świetle świecy. Miał się dziś odbyć uroczysty, pożegnalny obiad. Troje maluchów bawiło się pod stołem, dopraszając się o jedzenie z naszych talerzy. Komedia. Zachowywały się jak szczeniaki, wystawiały głowy spod stołu, uśmiechały się, błyskając ząbkami i prosiły o krewetki i ciasto miodowe. Mãe rozwodziła się nad sakramentem małżeństwa, pobłogosławionym przez Boga. Maria rozsiadła się, tłusta i zadowolona z siebie: ona wszak osiągnęła ten stan łaski.
– A miłość? – spytałam mãe.
W obliczu takiego zuchwalstwa aż zbladła z oburzenia. Jakże żałowałam, że nie ugryzłam się w język. Luis, który zwykle nie zwraca uwagi na nasze rozmowy przy obiedzie, wtrącił się, plując okruszkami. Według niego jestem okropną dziewczyną, wydanie mnie za mąż będzie graniczyło z cudem, jestem głupia i czytam o wiele za dużo. Książki rozmiękczyły mi mózg. Zaszczepiły mi dziwne pomysły, oderwane od prawdziwego życia. Nazwał mnie przemądrzałą jędzą.
Wszyscy umilkli; nawet dzieci pod stołem przestały jeść. Wybuchłam.
– Powiedz szczerze, Luis, czy kochasz Marię? A może kochasz jej posag i pozycję jej rodziny?
Luis wstał i podszedł do mojego krzesła; stanął za nim, sapiąc. Odwróciłam się, jakby powodowana niewidzialną siłą. Rzucił się na mnie z pięściami. Zobaczyłam gwiazdy.
Mamãe krzyknęła:
– Przestań!
– Widzisz, z czym muszę się mierzyć, mãe? – szczeknął Luis. – Wyrosła z niej zupełna dzikuska. Wynoś się. Do swojego pokoju.
– Podła dziewczyna – dodała Maria. – Dostałaś to, co ci się należało. Nikt się z tobą nie ożeni. Jesteś sztuczna, snujesz się z kąta w kąt, udając tragiczną heroinę. – Przyciągnęła do siebie Luisa i pocałowała go przeciągle. – Oto miłość – ogłosiła.
Kręciło mi się w głowie. Odsunęłam krzesło i stanęłam przed Luisem. Zapytałam słodko, czy mogę odejść.
Wbił palce głęboko w moje ramię.
– Teraz ja jestem głową tej rodziny. To, czy wyjdziesz za mąż, za kogo i kiedy, zależy ode mnie.
Zdobyłam się jedynie na dygnięcie, nie mogąc wymówić ani jednego słowa więcej. Próbując zachować resztki godności, powoli wyszłam z pokoju, powtarzając w myślach: „Nie płacz; nie pozwól, żeby zobaczył twoje łzy; niech nie myślą, że cię pokonał”.
Co mam robić?
François
Brazylia, 15 sierpnia 1852
Odczyt kompasu7; temperatura 85° Fahrenheita (29°C); deszcz
Dżungla zwrotnikowa pełna blasku. Liście. Korony drzew. Chrzęst karaczanów. Znienawidzony dźwięk. Świdruje w mózgu. Pot. Gorąco. Wody Ubirajara. Trzeba spać.
17? Sierpień 1852 r.
Odczyt kompasu [nieczytelny]
Mglisty poranek. Nie czuję głodu. Wciąż Ubirajara. Znalezisko: Neopineae. Motyl. Długie skrzydła. Żółte okulary w czarnej oprawie. Ceratiniaie i Mechanile ochreous, czarne żyłki, żółte plamy. Lot powolny. Woń nieprzyjemna. Skosztowałem. Rozchorowałem się bardzo. Wymioty. Więcej snu.
Opuszczam siedlisko. (Na marginesie: Żadne zwierzę nie żyje w całkowitej samotności). Słowa nie… Ubirajara patrzy. Analizowanie zwierząt we wzajemnych relacjach. Dziwne. Opuchlizna. Gdzie moje notesy? D’Oresy się uśmiecha. Nocą przylatują błękitne ćmy. Wspaniałe. Zagubiony.
Carolina
Czwartek
Wspaniały dzień Zdumiewający dzień Prawdziwy cud! Piszę te słowa, doglądając mego pacjenta. Nie. Wróć. Muszę opisać wszystko. Każdą nieprawdopodobną chwilę. To ja, której nigdy nic się nie przydarza. COŚ SIĘ WYDARZYŁO!
Dzień rozpoczął się jak każdy inny. Sennie i ponuro. Wczesnym rankiem jak zwykle spadł deszcz; skapywał z liści palmowych i uderzał o dach domu. Czułam się znudzona, samotna, pozbawiona towarzystwa i możliwości rozmowy. Mój podręcznik do samodzielnej nauki jest do niczego. Po co uczyć się łaciny czy szlifować retorykę? Kogo to obchodzi? Wróciłam więc do Balzaca i jego opowiadań, usiadłam w swoim fotelu na werandzie, pijąc wodę z dodatkiem odrobiny wina. Łyk za łykiem. Strona za stroną. Taki był mój plan na ten poranek, choć spędziłam mnóstwo czasu, usiłując odgadnąć tajemnicę ukrytą w opowiadaniu monsieur Balzaca o młodej parze podczas miesiąca miodowego. Zastanawiałam się, co miał na myśli, pisząc o „pomocy”, której udzieliła starsza przyjaciółka panu młodemu, zaś starszy przyjaciel – pannie młodej. Wreszcie olśniło mnie. Stosunek płciowy! Monsieur Balzac ma poczucie humoru. Mãe i ciotka Julianna byłyby przerażone; dałyby mi wygawor na temat zwierzęcych, nieczystych myśli, z których muszę się wyspowiadać, jeśli nie chcę trafić do piekła. Tak nas uczyły zakonnice w szkole. Nie zadały sobie jednak trudu wyjaśnienia, czym są nieczyste myśli.
Gdy byłam młodsza, sądziłam, że mam je wtedy, gdy zapominam zmówić modlitwę lub chcę pobawić się na dworze, brudząc ubranie. Elisabete wyjaśniła, czym są nieczyste myśli, gdy ośmieliłam się podnieść rękę w klasie, by poprosić siostrę Afrę o przykład. Przerażona tym grzesznym pytaniem siostra Afra wzięła linijkę i biła mnie po rękach tak mocno, że ją złamała. Do dziś miewam nieczyste myśli o siostrze Afrze – niech zdycha w piekle.
Tego wieczoru w dormitorium niegrzeczna Elisabete, chichocząc, odsłoniła przede mną świat nieczystych myśli. Najpierw opowiedziała mi, że Ana-Margarida ma dwóch czarnych braci i siostrę. Nie wierzyłam jej, ponieważ Ana-Margarida ma jasne włosy, jak jej rodzice i ludzie w książkach z bajkami. Elisabete przewróciła tylko oczami, patrząc na mnie z pobłażaniem. Pamiętam, że pomyślałam wtedy: „Nie udawaj takiej dorosłej!”. Miała tylko dwanaście lat, ja zaś trzynaście. Złączyła kciuk i palec wskazujący jednej dłoni w kółeczko i wsuwała w nie palec drugiej, raz za razem. Podglądała wcześniej niewolników. „Tak się dowiedziała o tych okropieństwach”, mówiła ze znaczącym uśmiechem. Wiedziałam, że Elisabete pójdzie do piekła, lecz nie powiedziałam jej tego. Byłam bowiem dzieckiem o bardzo dobrym sercu; błagałam ją więc, byśmy razem odmówiły różaniec, aby oczyścić się z nieczystych myśli.
Wspomnienia chwili, gdy dowiedziałam się, czym jest stosunek płciowy, przywiodły mi na myśl małżeństwo. Ogarnęło mnie przemożne przygnębienie. Rozpłakałam się nawet. Nigdy nie poznam miłości, jedynie stosunki płciowe, ponieważ Luisowi nie zależy na moim szczęściu. Być może chciałby, abym była nieszczęśliwa. Gdy byliśmy dziećmi, uwielbiał mnie popychać, szczypać i grozić mi. Straszył mnie historiami o kanibalach jedzących małe dziewczynki, ganiał mnie po całym majątku, rycząc, wymachując szabelką i bił mnie. Powinnam była poskarżyć się papie, jednak wiedziałam, że przez to stanie się jeszcze gorszy. Wreszcie Patulous stwierdziła, że zachowuje się obrzydliwie, i ukarała go za przyzwoleniem mãe. Teraz Patulous chowa się przed nim. Mógłby wyrzucić ją z engenho, a wtedy bezbronna staruszka zostałaby sama.
Siedziałam na werandzie, użalając się nad sobą, gdy nagle pojawił się przede mną Tupí z przekłutą wargą, czerwonymi tatuażami na chudych nogach, ubrany w poprzecieraną koszulę i przepaskę lędźwiową; szedł boso wyłożonym kamieniami podjazdem, ciągnąc za sobą muła na sznurku. Na grzbiecie zwierzęcia siedział Europejczyk w brudnym ubraniu; spod słomianego kapelusza wymykały się ciemne włosy. Zaczęłam machać do niego, wołając: „Kim jesteście?” Tupí nie odpowiedział. Europejczyk był zbyt chory, by cokolwiek powiedzieć. Oczy miał szkliste, cerę chorobliwie bladą i chwiał się tak, że zdawało mi się, że lada chwila spadnie na ziemię, choć był przywiązany. Zawołałam Ignatiusa i Hipolita. Wybiegli na zewnątrz i patrzyli zdumieni na dziwne zjawisko. Tupí wskazał zieloną gęstwinę, mówiąc aiba. Nie byłam pewna, czy ma na myśli Europejczyka, samego siebie czy też wymawia nazwę choroby. Mężczyzna na mule przechylił się do przodu. Tupí go złapał. Na moje polecenie Ignatius i Hipolito zanieśli go do pokoju papy. Indianin tymczasem usiadł w ogrodzie. Później, gdy poleciłam Ignatiusowi, by zaniósł mu jedzenie, okazało się, że gdzieś przepadł. Pewnie wrócił do dżungli.
Na górze, w pokoju papy, Hipolito rozciął ubranie Europejczyka. Jego ciało pokryte było skaleczeniami i wrzodami; wydzielał nieprzyjemną woń. Ignatius stwierdził, że śmierdzi, bo mieszkał w dżungli, jak Indianie. Zażądałam, by umył go całego; sama zamknęłam oczy.
Potem przyjrzałam się jego twarzy i stwierdziłam, że jest stary, z pewnością powyżej czterdziestki. Ma czarne, gęste brwi i długi, cienki nos. Jego brwi pasują do poety – niezwykle szerokie i nieregularne jak na mężczyznę w jego wieku. Oczy miał zamknięte, nie mogłam więc odgadnąć, co skrywa jego dusza. I wtedy to się stało. Zajęczał i po francusku poprosił o wodę. „De l’eau, de l’eau”, powtarzał. Z przejęcia chciałam zaklaskać w dłonie. PRAWDZIWY FRANCUZ W MOIM DOMU!
Przysięgłam sobie, że nie pozwolę mu umrzeć. Kazałam Ignatiusowi przywieźć doktora Bragę z Bahii i zwolniłam Hipolita, by sama się nim zająć – zwilżać mu twarz i wyschnięte usta i modlić się cicho. Patulous weszła, by na niego popatrzeć. Kazałam jej wyjść. Zignorowała mnie; przesuwała językiem po nielicznych zębach, które jej jeszcze zostały i patrzyła z dezaprobatą. Pozwoliłam jej go opukać, podnieść jego rękę, a potem powiekę, powąchać jego oddech i przyłożyć ucho do chudej piersi. Potem spojrzała na mnie przenikliwie, jakby odgadując, co się dzieje w mojej duszy. Ogarnął mnie strach. „Wyjdź!”, syknęłam. Usunęła się w kąt i usiadła, obejmując dłońmi pokrzywione artretyzmem kolana, mrugając i wysuwając język jak jaszczurka. Potrafi łajać mnie w taki sposób, że czasami, choć jestem dorosła, czuję się jak dziewięciolatka i ogarnia mnie strach, że sprowadzi straszliwe duchy, jeśli nie będę jej posłuszna. Może powinnam pozwolić Luisowi pozbyć się jej? Nie, nie wiem, jak mogłam to napisać. Przepraszam. Nie miałam tego na myśli. Wyrównałam oddech.
Mężczyzna zapadł w niespokojny sen, poruszając gwałtownie rękami i nogami. Prześcieradło, którym był przykryty, zsunęło się. Jego owłosione nogi były bardzo białe, wyglądały żałośnie chudo. Nakryłam go znów, nucąc urywki francuskich kołysanek. Jego dłoń przesunęła się po prześcieradle i chwyciła moją. Pomiędzy naszymi złączonymi dłońmi utworzyła się mała kałuża potu. (Na szczęście Patulous zasnęła i głośno chrapała). Moje ciało przeszył przyjemny dreszcz. Nie odstąpię go na krok, dopóki nie wydobrzeje.
Musiałam chyba zasnąć, bo gdy weszła mãe, było już szaro. Trzymała świecę; w jej blasku dostrzegła nasze splecione dłonie. Pospiesznie oswobodziłam palce, wyjaśniając, co się wydarzyło i dlaczego wysłałam liścik do doktora Bragi. Gdy doktor otrzymał list, bezzwłocznie zawiadomił mãe. Choć słowa te nie padły wprost, wiadomo było, że naraziłam się na niebezpieczeństwo, wpuszczając obcego człowieka do naszego domu i kładąc go do łóżka papy. W grę wchodziła moja reputacja i honor Luisa. Dlatego właśnie przyjechała natychmiast, tej samej nocy, z doktorem Bragą.
– Wszystko mogło się wydarzyć – powiedziała z naganą. Uniosła świecę wyżej i krzyknęła: – Znam go. Spotykaliśmy się w Bahii na przyjęciach. To hrabia de Castelnau.
Wiedziałam! Wiedziałam, że to ktoś niezwykły, a nie jakiś próżniak zagubiony w dżungli. Moje serce fiknęło koziołka. Według słów mamãe był konsulem francuskim w Bahii, słynnym podróżnikiem i przyrodnikiem. Często wybierał się sam w głąb dżungli.
– To takie niebezpieczne – mówiła mãe.
Odparłam, że nie był sam – towarzyszył mu Indianin z plemienia Tupí.
– Czasami bywasz taka głupiutka, Carolino – odrzekła mãe.
Zbeształa Patulous, że naraziła mnie na niebezpieczeństwo i rozkazała jej trzymać się z dala od naszego szlachetnego gościa ze swymi paskudnymi miksturami. Wątpię, by sporządzony przez niewolnicę napar z liści mógł wywrzeć wrażenie na człowieku, który obdarzył zaufaniem Indianina Tupí. Zdaje mi się, że mãe w głębi ducha cieszy się, że hrabia znalazł się u nas.
Doktor Braga, gdy go zbadał, wszedł do bawialni i się przeżegnał. Stłumiłam szloch, obawiając się jak najgorszych wieści. Ale nie! Doktor Braga oznajmił, że choć nie wie, dlaczego hrabia jest chory i majaczy, jest z niego twarda sztuka. Troskliwa opieka i dobre odżywianie mogły dać mu szansę. Błagałam mamãe, by pozwoliła mi się nim zajmować, argumentując, że wydaje się dużo spokojniejszy, gdy mówię do niego po francusku. Wiadomo było, że Ignatius się nim odpowiednio nie zaopiekuje – niewolnicy zasypiają, gdy tylko znikamy im z oczu. Doktor Braga zgodził się ze mną. Mãe nie mogła spierać się z autorytetem naukowym, z pewnością zaś nie chciała zostać posądzona o odmowę udzielenia pomocy tak znakomitej osobistości.
I tak piszę te słowa, siedząc w dawnym pokoju papy na sienniku ułożonym na podłodze. Później, by nie zasnąć, poczytam memu hrabiemu Balzaca. Myślę, że mu się to spodoba.
Sobota
Mamãe przychodziła początkowo dwa razy dziennie; sprawdzała memu pacjentowi puls i patrzyła, jak karmię go bulionem. Reaguje, gdy mówię mu, aby połykał. Teraz mamãe prawie nie przychodzi. Przejrzałam sakwy, które Tupí zostawił na podjeździe. Znalazłam skórzane woreczki w różnych rozmiarach, pełne roślin, owadów i motyli, trochę bardzo brudnej odzieży, rewolwer, jakieś przyrządy z brązu, służące do pomiarów (tak sądzę); ponad dwadzieścia grafitowych ołówków i czarny notes, w większości niezapisany. Przeczytałam pierwszą stronę. Dotyczy jego odkryć. Bardzo naukowy tekst. Zamknęłam notes z trzaskiem. To prywatne zapiski. Nie jestem jak ciotka Julianne, która węszy wszędzie plotki lub martwi się, czy mój hrabia to człowiek pobożny. Znienawidziłabym każdego, kto przeczytałby mój osobisty dziennik. (Chowam go w książce na temat prawa kanonicznego, z której wycięłam starannie środkowe strony). Położyłam notes hrabiego na stoliku obok jego łóżka wraz z naostrzonym przeze mnie ołówkiem.
Udawałam, że po prostu zasnął, a już za chwilę obudzi się i zacznie zapisywać swoje wielkie myśli. On nie może umrzeć. Modlę się o jego ocalenie.
Piątek
Dziś, gdy się obudziłam, Patulous stała nad moim pacjentem ze świecą w dłoni. Nasze oczy spotkały się. Przyłożyła palec do ust i odstawiła lichtarz. W prawej dłoni trzymała duży liść, wypełniony jakąś papką. Palcami wtłoczyła mu ją do ust, głaszcząc go po gardle, jak psa, którego chce się nakłonić, aby połknął lekarstwo. Nie powstrzymałam jej; byłam zbyt przestraszona, by to zrobić. Nie poprawiło mu się. Może to jakaś dziwna choroba rodem z dżungli? Europejskie lekarstwa doktora Bragi jej nie wyleczą; podobne trzeba leczyć podobnym. Jeśli wyleczy go kapłanka candomblé, to znaczy, że taka była wola Boga.
Patulous skończyła, odchrząknęła i machnęła pękiem liści abafé. Jej zrogowaciałe palce zadrapały mnie w policzek, gdy wtykała świeżą gałązkę ruty za moje ucho, by mnie uchronić przed złym okiem, a potem położyła moją dłoń na głowie hrabiego. Nie zdjęłam jej, gdy mruczała swoje zaklęcia. Jej pomarszczona twarz wykrzywiła się w uśmiechu i Patulous ucałowała wierzch mojej dłoni. Powinnam obawiać się, że pójdę do piekła, jeśli zezwolę na takie pogańskie praktyki, lecz zdawały mi się wówczas błogosławieństwem. Moja dłoń pozostała na czole hrabiego, gdy Patulous trajkotała coś w swoim języku, tańcząc do wtóru niewidzialnych bębnów. Tańczyła coraz szybciej i szybciej, otwierając szeroko niewidzące oczy. Patrzyłam na cienie tańczące wraz z nią i odmawiałam po cichu Zdrowaś Mario, jak gdyby jedno mogło zniweczyć efekt drugiego. Wreszcie osunęła się na podłogę, wyczerpana. Nie ośmieliłam się jej dotknąć. Czy duchy wciąż przy niej są? Zdjęłam dłoń z czoła mojego pacjenta i ujęłam jego wychudzoną rękę; poczułam, jak ciepła krew płynie w jego żyłach. Byliśmy ze sobą związani, w tym życiu, a może w następnym.
François
Dzień? Miesiąc? Miejsce?
Żyję. Spływa na mnie księżycowy blask. Poduszka jest mokra od potu, leżę pod moskitierą w jakimś pokoju. Na szerokim łożu. Siadam. Kręci mi się w głowie. Na sienniku obok śpi dziewczyna. Na podłodze leży zwinięta w kłębek postać. Porusza się. To stara czarna niewolnica. Spogląda na mnie i na ołówek skrzypiący w mojej dłoni. Chrząka. Wyciąga rękę. Chce zabrać ołówek, notatnik…
Ranek. Dziewczyna leżąca na sienniku obok łóżka, młoda Brazylijka portugalskiego pochodzenia, nadal śpi, zwinięta na boku; rozpuszczone czarne włosy otaczają owalną twarz i spadają na plecy. Ma w sobie coś nieziemskiego: jest młoda, nietknięta przez życie. Czarna niewolnica chrapie na kocu rozrzuconym w kącie. Siadam, przepełniony ulgą. Żyję, nadal żyję. Patrzę na swoje ręce. Szczypię się po ramionach. Czerwone ślady. Odporność mojej skóry osłabła. Dmucham w złożone dłonie, by uchwycić zapach oddechu. Jest kwaśny. Oglądam swój tułów i nogi; bez wątpienia straciłem na wadze.
Jestem w domu, w bardzo zamożnym domu. A jednak ostatnie, co pamiętam, to dżungla. Gdzie jest Ubirajara? Czy zginął? Rozbił obóz na zewnątrz, czy może rozpłynął się w dżungli, wrócił do swego plemienia? Na stoliku leży mój notatnik terenowy. Niecierpliwie przewracam kartki.
Cała ta podróż jest daremna. Opisy w notatniku są mętne, a w rozważaniach o taksonomii trudno uchwycić sens. Moja praca jest bezwartościowa. Zdaje się, że skupiłem się głównie na Lepidoptera. Dlaczego? Tok mego rozumowania wydaje się nieodgadniony. Składam to na karb gorączki. Najbardziej gorzka jest świadomość, że ten kraj – nie, cały kontynent południowoamerykański odrzuca moje badania przyrodnicze. Wpatruję się w chwiejne pismo. Straszne zmęczenie. Osobliwe myśli.
4 września 1852, dom Luisa D’Araujo Fonçeca
Moja śpiąca królewna zbudziła się wreszcie i spojrzała na mnie jak na ducha. Przedstawiłem się po portugalsku. Odpowiedziała po francusku; wyjaśniła, skąd się tu wziąłem. Gdy wyjawiła mi, od jak dawna choruję, przeprosiłem za niedogodność, jaką okoliczność ta stała się dla jej rodziny. Zarumieniła się i odrzekła, że pielęgnowanie mnie było dla niej zaszczytem. Pomarszczona niewolnica obudziła się i zmierzyła mnie wzrokiem tak podejrzliwym, że zacząłem zastanawiać się, czy majacząc w gorączce zrobiłem coś strasznego.
Dziewczyna zapewniła mnie, że nie i przedstawiła się jako Carolina D’Araujo Fonçeca. Oprócz niej w rezydencji przebywa obecnie tylko jej matka. Ojciec zmarł niedawno. Jej brat, Luis, wyjechał do Rio w interesach. Nagle, jak przystało na dobrze wychowaną Brazylijkę, uświadomiła sobie, że jest nieodpowiednio ubrana i siedzi na sienniku w sypialni nieznajomego mężczyzny. Zalała się krwistym rumieńcem i wyjąkała, że powiadomi matkę o poprawie mego stanu; potrzebowała przyzwoitki. Wyszła z gracją, otulając się srebrzystym szalem. Niewolnica także się podniosła, ruszyła do drzwi, potem zaś zwróciła ku mnie oczy (bystre, choć powleczone bielmem) i obdarzyła spojrzeniem, które przejęło mnie głębokim niepokojem. Starałem się to zlekceważyć, lecz jestem poruszony, w moich myślach panuje zamęt, a wszystko wydaje się nierzeczywiste. Trzy tygodnie majaczeń?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Są to moje notatki słowo w słowo. Już na początku studiów ukończyłem korespondencyjny kurs stenografii. Okazał się niezwykle pomocny w dalszej edukacji. Gdy musiałem składać w sądzie protokoły, dyktowałem swoje notatki sekretarzowi, który przepisywał je, nadając im czytelną formę. NS [wróć]
2. Notabene pan Kenny uśmiechnął się i zamilkł na dłuższą chwilę, ja zaś zapisałem: „Należy uzbroić się w cierpliwość, nie ponaglać tego człowieka. Potrzeba mu atmosfery wzajemnego zaufania”. NS [wróć]
3. Mamãe to pieszczotliwe zdrobnienie słowa „matka”. Wersja formalna brzmi mãe. Zachowałem obie wersje w tekście w oryginale, aby lepiej zrozumieć przemyślenia młodej Caroliny. Tłumacz [wróć]
4. Engenho to plantacja. Na engenho rodziny Fonçeca pracowało zapewne około 300 niewolników. Tłumacz [wróć]
5. Companheira a sua vida oznacza „jego towarzyszka życia”. Tłumacz [wróć]
6. Mãe de santõ – Święta Matka – to kapłanka candomblé. Candomblé to afrykańska tradycja religijna i lecznicza, która przybyła do Brazylii wraz z niewolnikami. Wykorzystuje ona rośliny do praktyk duchowych i leczniczych. Jest niezwykle popularna. Tłumacz [wróć]
7. Te fragmenty są niemal nieczytelne. Współrzędne zostały wytarte i zapisane ponownie zbyt wiele razy, aby dało się je odcyfrować. Tłumacz [wróć]
