Helikopter w ogniu - Mark Bowden - ebook + książka

Helikopter w ogniu ebook

Mark Bowden

4,5
17,06 zł

lub
Opis

Kanwa filmu Ridley’a Scotta i międzynarodowy bestseller końca XX wieku, którego polskie wydanie ukazuje się po raz pierwszy prawie 20 lat po wydarzeniach w Mogadiszu. Próba ujęcia adiutantów somalijskiego watażki zakończona strąceniem 2 helikopterów i śmiercią 18 amerykańskich żołnierzy nie jest luźnym rozważaniem nad sensem amerykańskiej interwencji, ale trzymającą w napięciu niemalże stenograficzną relacją z pola bitwy. Książka Marka Bowdena przypomina dokładnie ułożoną grę strategiczną, w której pionkami są elitarne oddziały rangersów i Delta Force, grę rozsypującą się na naszych oczach jak kostki domina. Nieprzypadkowo Bitwa o Mogadiszu, jak nazwały operację wojskową media stanowi klasyczne studium przypadku jak wszystko, co miało pójść dobrze, poszło całkowicie źle.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 690




Gorzka opowieść o tym, jak pycha przemienianajlepsze zamiary w ich przeciwieństwo i sprawia, że upragnieni wybawcy stają się przeklętymi ciemiężcami.

Wojciech Jagielski

Gazeta Wyborcza

Przewaga książki nad kinowym arcydziełem jest oczywista. Natężenie akcji wystarczy na obdzielenie kilku filmów. Widać też szerszy kontekst dramatu, który rozegrał się w Mogadiszu. Nie jest to tylko walka dobra ze złem.

Wojciech Lorenz

Rzeczpospolita

To ulubiona opowieść tych, którzy widzieli współczesną wojnę. Jest prawdziwa i realistyczna. Miłośnicy filmu odnajdą w książce szczegółowe opisy krwawej bitwy w Mogadiszu i wyznania żołnierzy, którzy przeżyli tam piekło.

Rafał Stańczyk

TVP

„Helikopter w ogniu” wciąga nas w sam środek bitwy w zaułkach Mogadiszu. Książka, na podstawie której powstał świetny film pod tym samym tytułem, jest niezwykle realistycznym opisem jednej z najbardziej dramatycznych akcji amerykańskiej armii w ostatnich latach. Bowden wykonał kawał świetnej roboty.

Bertold Kittel

TVN

Większość z nas traktuje „Helikopter w ogniu” jako świetnie zrealizowaną hollywoodzką fikcję. Bo tak jest najłatwiej. Ale to zdarzyło się naprawdę, i miało jeszcze bardziej tragiczny wymiar niż w książce Marka Bowdena czy filmie Ridleya Scotta. Ta somalijska operacja amerykańskich sił specjalnych pociągnęła za sobą wiele ofiar i nie przypominała „chirurgicznej” likwidacji Osamy bin Ladena. Do dziś trwają dyskusje, czy można było uniknąć tragedii i kto jest jej winny. „Helikopter w ogniu” to głos w tej debacie – głos wyjątkowo mocny, choć pozbawiony kategorycznych ocen. To dzieło na miarę „Plutonu”.

Artur Górski

Focus Śledczy

Mark Bowden to jeden z najlepszych reportażystów amerykańskich. By napisać „Helikopter w ogniu”, dotarł do żołnierzy sił specjalnych USA i ich zwierzchników. Pojechał też do Somalii, by na operację w Mogadiszu spojrzeć oczami bojowników tamtejszych milicji klanowych. Tak powstał przejmujący zapis dramatu stu kilkudziesięciu Amerykanów i tysięcy Somalijczyków, po którym świat porzucił Somalię. I nie chce tam wrócić.

Jędrzej Winiecki

Polityka

Precyzyjny opis brutalności współczesnej wojny, od którego cierpnie skóra. Po lekturze tej książki nawet najemnicy z Legii Cudzoziemskiej przekonają się do pacyfizmu.

Andrzej Chojnowski

CKM

Wydaje się, że o masakrze w Mogadiszu napisano i powiedziano już wszystko. Ba, nawet zrealizowano o niej kasowy film. Tymczasem jednak Mark Bowden dodaje do tej niby zakończonej dyskusji głosy żołnierzy. Tych, którzy tam byli, walczyli i często po ludzku bali się. Dodaje i otwiera dyskusję na nowo.

Michał Elmerych

Focus Historia

Mark Bowden

Helikopter w ogniu

W przekładzie

Aleksandry Brożek

Przedmowa

SŁAWOMIR PETELICKI

elikopter w ogniu” to książka niezwykła. Powinien przeczytać ją każdy, kogo interesuje otaczający świat, który jest tak zbudowany, że gdy kończy się jeden konflikt zbrojny, zaraz zaczyna się kolejny albo kilka toczy się równolegle. Są to małe wojny o ograniczonym zasięgu, na które cywilizowane kraje wysyłają swoich najwybitniejszych wojowników, żeby w ich imieniu zabijali złych i ratowali dobrych.

Pierwszego uczestnika operacji „Irene” spotkałem w listopadzie 1994 roku wPort-au-Prince w RepubliceHaiti, gdzie dowodziłem kontyngentemGROM-u w związku z amerykańską interwencją wojskową. Porównał onHaiti, zwane przez amerykańskich żołnierzy „Piekielną Dziurą”, doSomalii. Tu i tam były kilkusetosobowe bandy i totalny chaos, powiedział. Miał rację! Przekonałem się o tym, gdy po pierwszym miesiącu operacji ośmiu żołnierzyUS Army popełniło samobójstwo. Gdy amerykański tygodnik „Newsweek” przedstawił to na pierwszej stronie, rzecznik praw obywatelskich śp. prof. TadeuszZieliński zaniepokoił się sytuacją żołnierzyGROM-u. Podziękowałem mu za troskę i wyjaśniłem, że czujemy się znakomicie, ponieważ jest duża różnica pomiędzy operatorami jednostek specjalnych a żołnierzami nawet elitarnych oddziałów wojskowych. „Helikopter w ogniu” – jak żadna inna książka – przedstawia kolosalne różnice w wyszkoleniu i psychice operatorówDelty i innych żołnierzy biorących udział w operacji „Irene”.

PodpułkownikaGary’egoHarrella dowodzącego komandosamiDelty w operacji „Irene” poznałem jesienią 1995 r. w stołówce tej ściśle tajnej jednostki. Ówczesny dowódcaDelty pułkownik BernardMcCabe przedstawił mi go, mówiąc, że niedawno wrócił do pełni formy po zaleczeniu rany od kuli, która dosięgła go wSomalii w czasie operacji „Irene”. Od razu polubiłem tego potężnie zbudowanego wojownika o uścisku dłoni niedźwiedzia. Ponownie ścisnąłem jego dłoń w 1998 r., kiedy pułkownikHarrell był już dowódcąDelty. Przeprowadziliśmy razem bardzo ważną operację, o której do dziś wie tylko kilka osób. Brał w niej również udział EricOlson, jako komandorUS NAVESEAL, obecny admirał i głównodowodzącySił Operacji Specjalnych USA. Czterech komandosówGROM-u otrzymało za tę operację Krzyże Zasługi za Dzielność od Prezydenta RP. Sam zostałem honorowym komandosemUS NAVESEAL, a odGary’ego otrzymałem piękny nóż bojowy i jego przyjaźń! Jako generał dowodzący operacjami specjalnymi w Dowództwie Centralnym GaryHarrell zawsze wspierał komandosówGROM-u, odwiedzając ich w Iraku i Afganistanie. Ta wspaniała książka, jak mało która, pokazuje żołnierską przyjaźń, która najlepiej sprawdza się na polu walki.

Powinni ją koniecznie przeczytać politycy, którzy – siedząc bezpiecznie w wygodnych fotelach – wysyłają żołnierzy do śmiertelnej walki, nie dając im często należnego wsparcia. Bohaterscy wojownicy wSomalii zginęli przede wszystkim dlatego, że prezydent USA BillClinton odmówił im odpowiedniego wsparcia lotniczego. Wystarczył jeden C130 Gunship, który – stawiając ścianę ognia na ziemi – odciąłby dostęp bandytów do zestrzelonych śmigłowców. Nie musieliby pewnie zginąć bohaterscy snajperzyDelty, sierżanci GaryGordon i RandyShughart, odznaczeni pośmiertnie najwyższym amerykańskim odznaczeniem Medalem Honoru. Tak jak nie musiałby zginąć bohaterski kapitan DanielAmbroziński, gdyby na pomoc jego ostrzeliwanemu przez talibów patrolowi przyleciał uzbrojony śmigłowiec MI-17. Helikopter przybył nieuzbrojony, bo minister obrony narodowej nie chciał słuchać próśb dowódcy Wojsk Lądowych.

I tak jak wMogadiszu bandyci watażkiAidida, tak w Afganistanie talibowie przez 6 godzin bezkarnie ostrzeliwali patrol śp. kapitana DanielaAmbrozińskiego. Trzeba o tym przypominać politykom, którzy niezależnie od tragedii mają niezmiennie dobre samopoczucie. Dlaczego? Chyba dlatego że przeważnie w przeciwieństwie do narażających życie dla ojczyzny żołnierzy brak im odwagi i honoru.

Operacje somalijską i afgańską łączy jeszcze jedna klamra. Amerykańskie śmigłowce wMogadiszu zestrzelili bojownicyAl-Kaidy, którzy szkolili bandytówAidida. Części wyposażenia śmigłowcówblack hawk zniszczonych w czasie operacji „Irene” amerykańscy komandosiDelty znaleźli w pieczarach Tora Bora i być może – choć tego nie wiemy – po 13 latach zabili lub pojmali tych, którzy je zestrzelili.

Sławomir Petelicki (ur. 1946) – generał brygady Wojska Polskiego w stanie spoczynku, twórca i dwukrotny dowódca Jednostki WojskowejGROM.

Mojej mamie, Ricie Lois Bowden, oraz w hołdzie pamięci mojego ojca, Richarda

Nie ma znaczenia, co ludzie myślą o wojnie, odparł sędzia. Wojna przetrwa. Równie dobrze możecie zapytać ludzi, co myślą o kamieniu. Wojna była zawsze. Zanim nastał człowiek, już czekała na niego. Wojna to rzemiosło najwyższej rangi, czekające na swojego najznamienitszego rzemieślnika.

Cormac Mc Carthy „Krwawy południk”1

1

1

odczas startu śmigłowca Eversmann odmawiał zdrowaśkę. Siedział skulony w fotelu, pomiędzy dwoma mechanikami zajmującymi miejsca z prawej i lewej strony, trzymając kolana długich nóg na wysokości ramion. W helikopterze znajdował się ściśnięty oddział Eversmanna – tuzin mężczyzn w jasnobrązowych, maskujących mundurach polowych i kamizelkach kuloodpornych. Znał ich twarze tak dobrze, że byli dla niego jak bracia. Bardziej doświadczeni członkowie załogi, a wśród nich Eversmann (dwudziestosześcioletni sierżant sztabowy, który miał już za sobą pięcioletni kontrakt) od lat mieszkali i trenowali razem. Niektórzy spotkali się już podczas szkolenia podstawowego, po którym odbyli kurs w szkole spadochronowej, a następnie trening w Szkole Rangersów. Zjeździli wspólnie kawał świata, między innymi Koreę, Tajlandię, Amerykę Środkową. Znali się od podszewki, nawet lepiej niż większość braci; wspólnie pili, wdawali się w bójki, spali w lesie na gołej ziemi, skakali ze spadochronem, wspinali się na góry, z sercami w gardłach zmagali się z nurtem spienionych rzek, pocili się w piekącym słońcu lub trzęśli z zimna podczas mrozów, wspólnie cierpieli głód i zmagali się ze znużeniem. Mieli zwyczaj nabijać się z dziewczyn kumpli lub śmiać z tych, którzy żadnej nie mieli. W środku nocy wymykali się z bazy w Fort Benning, by ratować kolegów z opresji, kiedy ci spili się do nieprzytomności lub wkurzyli barmana w jakiejś knajpie czy klubie nocnym przy Victory Drive. Przez te wszystkie lata przygotowywali się na taką chwilę jak ta. Tyczkowaty sierżant miał po raz pierwszy objąć dowództwo. Czuł z tego powodu niepokój.

„Módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen”.

Popołudnie, 3 października 1993 roku. Grupa desantowa Eversmanna, Chalk Four, należała do formacji rangersów, która razem z operatorami Delta Force miała wkrótce złożyć niespodziewaną wizytę na zebraniu przywódców klanu Habr Gidr w sercu somalijskiego miasta, Mogadiszu. Klan dowodzony przez watażkę Mohameda Farraha Aidida wszedł w konflikt ze Stanami Zjednoczonymi, a teraz był skazany na klęskę. Dziś należało aresztować dwóch adiutantów Aidida w domu, w którym zaplanowano spotkanie przywódców klanu. Następnie mieli zostać przewiezieni na wyspę na południowym wybrzeżu, nieopodal somalijskiego miasta Kismaju. Tu znajdowało się więzienie, do którego napływała ostatnio coraz większa liczba przywódców wojowniczego ugrupowania. Rola oddziału Eversmanna w tym wypadzie była prosta. Każda z czterech grup desantowych rangersów miała przydzielony fragment kwartału, na którym znajdował się dom stanowiący cel ataku. Żołnierze oddziału Eversmanna mieli opuścić się na linach ze śmigłowca na północno-zachodnim narożniku i zająć pozycję blokującą. Do otoczonej przez rangersów z czterech stron strefy, w której komandosi Delty zamierzali przystąpić do działania, nie miała prawa wcisnąć się nawet mysz.

Wcześniej wiele razy wykonywali podobne zadania zarówno podczas ćwiczeń, jak i w trakcie sześciu poprzednich misji grupy zadaniowej. Ponieważ Eversmann miał wyraźny plan, wiedział, w którą stronę ma skierować oddział, kiedy znajdzie się na ziemi. Tam będą już czekali jego żołnierze; ci, którzy opuszczą śmigłowiec z lewej strony, zbiorą się po lewej stronie ulicy, ci, którzy zjadą z prawej, zgromadzą się po prawej. Następnie rozproszą się w obu kierunkach, podczas gdy sanitariusze i najmłodsi chłopcy zajmą środek. Starszy szeregowy Todd Blackburn, świeżo upieczony absolwent ogólniaka na Florydzie, był jedynym żółtodziobem w śmigłowcu Eversmanna, który nawet jeszcze nie był w Szkole Rangersów. Trzeba będzie mieć na oku jego, a także nieco starszego sierżanta Scotta Galentine’a, który niedawno przyjechał na zastępstwo prosto z Benning i brakowało mu doświadczenia w Mogadiszu. Eversmann czuł ciężar odpowiedzialności za młodych żołnierzy. Tym razem ich życie zależało od niego.

Po zajęciu miejsca z przodu śmigłowca jako dowódca otrzymał nieporęczne słuchawki z mikrofonem, połączone czarnym, grubym przewodem z gniazdkiem w suficie. Zdjął hełm i umieścił słuchawki na uszach.

Jeden z mechaników klepnął go w ramię.

– Matt, nie zapomnij zdjąć tego przed wyjściem – powiedział, wskazując na kabel.

Potem dość długo – chyba godzinę – czekali w helikopterze stojącym na rozgrzanym asfalcie lotniska, wdychając gryzący zapach paliwa. Żołnierze coraz bardziej spoceni pod kamizelkami kuloodpornymi i sprzętem z niepokojem ściskali w rękach broń. Zastanawiali się, czy misja nie zostanie odwołana, zanim zdążą oderwać się od ziemi. Dotychczas często się to zdarzało. Na każdą misję przypadało dwadzieścia fałszywych alarmów. Kiedy przybyli do Mogadiszu pięć tygodni temu, byli tak podekscytowani, że za każdym razem, gdy wchodzili na pokład śmigłowców, radosne okrzyki dobiegały z jednego helikoptera do drugiego. Teraz takie mobilizacje jak dzisiejsza stały się dla nich rutyną i z reguły nie zapowiadały niczego szczególnego2.

„Irene” to hasło, na które czekała dziś pokaźna grupa żołnierzy zebrana w maszynach, wśród których były cztery dwuosobowe śmigłowce szturmowe AH-6 Little Bird, mogące dolecieć prawie wszędzie. Tym razem, po raz pierwszy, wyposażono je w rakiety. Dwa z nich miały wykonać wstępny przelot nad celem, dwa pozostałe odpowiadały za ubezpieczenie tyłów. Na akcję czekały też cztery helikoptery MH-6 Little Bird z umocowanymi po obu stronach specjalnymi ławkami dla grupy uderzeniowej sił desantowych, oddziału C Delty, ściśle tajnej jednostki do zadań specjalnych w armii. Do wylotu było również gotowych osiem black hawków o charakterystycznym, wydłużonym kształcie. W każdym z nich tłoczyli się żołnierze: w dwóch miały lecieć siły desantowe Delty wraz z ich dowódcami, cztery miały przetransportować rangersów (kompania B, 3. Batalion 75 Pułku Piechoty U.S. Army, w skrócie 75. Pułk Rangersów z Fortu Benning w Georgii), jeden miał przewieźć elitarny oddział poszukiwawczo-ratowniczy CSAR3, w kolejnym lecieli dowódcy misji – podpułkownik Tom Matthews, który nadzorował pracę pilotów w 160. Pułku Lotnictwa Operacji Specjalnych (ang. SOAR) oraz odpowiedzialny za ludzi na ziemi podpułkownik Delty Gary Harrell. Przed bramą czekał konwój lądowy składający się z dziewięciu szerokich hummerów4 oraz trzech pięciotonowych ciężarówek. W nich mieli zostać wywiezieni z miejsca akcji schwytani Somalijczycy oraz żołnierze z grup desantowych. W hummerach znajdowali się rangersi, komandosi Delty oraz czterej żołnierze należący do SEAL5 Team Six, stanowiącej część sił specjalnych marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych. Razem z helikopterami rozpoznawczymi i samolotami szpiegowskimi w akcji brało udział dziewiętnaście statków powietrznych, dwanaście pojazdów oraz około stu sześćdziesięciu ludzi – potężna armada powietrzna gotowa do natychmiastowego ataku6.

Wiele wskazywało na to, że dzisiejszy alarm nie okaże się fałszywy. Dowódca grupy zadaniowej rangersów, generał dywizji William F. Garrison, przyszedł ich pożegnać. Nigdy wcześniej tego nie robił. Garrison – wysoki, szczupły mężczyzna w kamuflażu pustynnym, o siwych włosach i z ledwie tlącym się cygarem sterczącym z kącika ust – chodził od jednego śmigłowca do drugiego, a następnie zaglądał do każdego hummera.

– Uważajcie na siebie – radził z silnym teksańskim akcentem.

Nie pominął nikogo.

– Powodzenia.

Każdemu rzucił coś na pożegnanie.

– Bądź ostrożny7.

Zwiększające obroty silniki wprawiały powietrze w drżenie, krew w żyłach żołnierzy krążyła coraz szybciej. Nareszcie mogli poczuć się jak uniesiona pięść amerykańskiej potęgi militarnej. To było ekscytujące. Biada każdemu, kto stanie im na drodze. Obładowani granatami oraz amunicją do świeżo naoliwionej broni czuli, jak pod kuloodpornymi kamizelkami serca walą im jak młotem. Przepełniała ich nadzieja przemieszana ze strachem. Powtarzali bezgłośnie plan działania, odmawiali modlitwy, sprawdzali broń i ćwiczyli w myślach taktykę, odprawiali żołnierskie rytuały. Robili wszystko, co w jakikolwiek sposób mogło przygotować ich do bitwy. Wiedzieli, że misja może okazać się trudna. Czekał ich zuchwały atak za dnia, natarcie na „Morze Czarne” jak nazywano terytorium klanu Habr Gidr w centrum Mogadiszu stanowiące twierdzę watażki Aidida. Ich celem był kamienny, pobielany wapnem dwupiętrowy dom – nowoczesny, segmentowy budynek z płaskim dachem stojący w jednym z niewielu nieokaleczonych jeszcze przez wojnę skupisk większych zabudowań. Na krajobraz miasta składały się przede wszystkim niezliczone, pokryte blachą rudery. W labiryncie gruntowych dróg okolonych kaktusami mieszkały setki tysięcy członków klanu. Nie było żadnej dokładnej mapy okolicy. Istny Dziki Zachód.

Żołnierze przyglądali się pociskom przeciwpancernym ładowanym na śmigłowce AH-6. Garrison przed żadną z poprzednich misji nie wydał takiego rozkazu, mogło to więc oznaczać kłopoty. Zaopatrzyli się w dodatkową amunicję, wypchali magazynkami i granatami każdą kieszeń uprzęży nośnych. Zostawili manierki, bagnety, noktowizory i wszelkie inne przedmioty stanowiące zbędny balast podczas szybkiego ataku za dnia. Perspektywa trudnej walki nie przerażała ich ani trochę. Jako niezwyciężeni zdobywcy i krwawi mściciele witali niebezpieczeństwo z otwartymi ramionami. Po sześciu tygodniach guzdrania się nareszcie skopią jakiś ważny, somalijski tyłek.

Dokładnie 32 minuty po godzinie piętnastej usłyszeli przez interkom spokojny głos wyraźnie zadowolonego dowódcy oddziału, starszego chorążego Michaela Duranta:

– Pieprzona „Irene”.

Powietrzna armada opuściła w końcu nędzne lotnisko i uniosła się w błękitną przestrzeń, gdzie niebo zlewało się z Oceanem Indyjskim. Minęli zaśmieconą łachę białego piasku i pomknęli tuż nad spienionymi grzywami fal, które tworzyły równoległe do brzegu, delikatne grzebienie. Lecieli w zwartym szyku, posuwając się na południowy zachód, wzdłuż linii brzegowej. Po bokach każdego śmigłowca dyndały obute nogi spragnionych akcji żołnierzy, którzy siedzieli na specjalnych, umocowanych z zewnątrz ławeczkach lub w otwartych drzwiach helikopterów.

Mogadiszu, coraz wyraźniejsze na mglistym, pustynnym horyzoncie, w świetle popołudniowego słońca było tak jasne, jakby przysłona ziemskiego obiektywu zacięła się na chwilę. Widziane z odległości stare portowe miasto miało kasztanową barwę; piaszczyste drogi w kolorze ochry, domy kryte hiszpańską dachówką lub pordzewiałą blachą. Jedyne wysokie budowle, które przetrwały lata wojny domowej, to białe, zdobione minarety – islam wciąż pozostawał święty dla wszystkich Somalijczyków. Karłowate drzewka wystawały nieco ponad niskie dachy, a stojące wśród nich wysokie kamienne mury z wypłowiałymi pozostałościami żółtej, różowej i szarej farby były jak znikające wspomnienie po przedwojennej cywilizacji. Mogadiszu, graniczące z pustynią od zachodu oraz błyszczącymi wodami oceanu od strony wschodniej, mogłoby być sennym nadmorskim kurortem.

Amerykanie nadlecieli od strony oceanu, później skręcili w prawo, na północny wschód i posuwali się wzdłuż zachodniego brzegu miasta. Ich oczom ukazała się przerażająca rzeczywistość, katastrofa miejsca, które stało się stolicą piekła. Miasto wyglądało, jakby dotknęła je śmiertelna choroba. Nieliczne wybrukowane ulice, oszpecone przez góry śmieci, rumowiska oraz zardzewiałe wraki spalonych samochodów, stopniowo obracały się w ruinę. Ocalałe mury i budynki widniejące pośród szarych stert gruzu nosiły ospowate ślady po pociskach. Pochylone pod złowieszczym kątem dawne słupy telefoniczne ze sterczącymi na wszystkie strony resztkami drutów, które dawno temu zostały sprzedane na złom na kwitnącym czarnym rynku, przypominały złowieszcze lalki wudu. W miejscach publicznych stały klocowate kamienne platformy, pozostałości po rzeźbach z czasów dyktatora Mohameda Siada Barre’a. Obdarto je z wierzchniej warstwy nie z powodu rewolucyjnego ferworu – wandale potrzebowali brązu i miedzi, na których sprzedaży można było co nieco zarobić. Prestiżowe niegdyś budynki – siedziby dawnego rządu oraz uniwersytet – teraz zamieszkiwali uchodźcy. Wszystko, co miało jakąkolwiek wartość, zostało splądrowane, łącznie z metalowymi ramami okiennymi, klamkami i zawiasami. Nocą w oknach drugiego i trzeciego piętra dawnego Instytutu Politechniki można było dostrzec ogniska. Każdy skrawek wolnej przestrzeni pokrywała zwarta zabudowa prowizorycznych wiosek w postaci szałasów z patyków przykrytych warstwami szmat oraz chałup kleconych z przypadkowych kawałków drewna i pordzewiałej blachy. Obserwowane z góry osady wzniesione przez pozbawionych domów ludzi przypominały ropiejący wrzód na ciele miasta8.

W helikopterze Super Six Seven Eversmann powtarzał w myślach plan. Zanim jego oddział znajdzie się na ulicy, operatorzy Delty rozpoczną obławę na Somalijczyków oraz akcję przejęcia domu, strzelając do każdego, kto będzie na tyle głupi, by stawiać opór. Otrzymali informację, że w budynku stanowiącym cel ataku są dwie grube ryby, ludzie określeni przez grupę zadaniową jako „osobistości najwyższego szczebla” – dwóch najważniejszych adiutantów Aidida. Gdy operatorzy Delty będą wykonywali zadanie, rangersi zajmą się zabezpieczaniem miejsca przed ciekawskimi. Równocześnie do miasta wjedzie konwój składający się z ciężarówek oraz hummerów, który musi dotrzeć do atakowanego budynku. Pojmani Somalijczycy zostaną zapakowani do ciężarówek, po czym grupa desantowa i żołnierze z pozycji blokujących dołączą do konwoju i odjadą, by w to piękne niedzielne popołudnie spędzić jeszcze trochę czasu na plaży. Cała akcja zajmie około godziny.

Z tylnej części śmigłowców black hawk usunięto fotele, aby zrobić miejsce dla rangersów. Część żołnierzy siedziała w otworze drzwiowym, a pozostali przycupnęli na skrzynkach z amunicją bądź na rozłożonych na podłodze kewlarowych osłonach przeciwodłamkowych. Mieli na sobie kamuflaż pustynny, kewlarowe kamizelki, hełmy, a na nałożonych na wierzch uprzężach nośnych około 25 kilogramów sprzętu i amunicji. Każdy nosił gogle oraz grube skórzane rękawice ochronne. Pod kilkoma warstwami sprzętu nawet najszczuplejsi wyglądali jak roboty o zwalistych i onieśmielających posturach. Za dnia, spędzając czas wolny w hangarze mieszkalnym, z reguły mieli na sobie tylko podkoszulki i szorty w brązowym kolorze. Wówczas większość przypominała typowych pryszczatych nastolatków (średnia wieku w formacji wynosiła dziewiętnaście lat). Byli dumni z otrzymanego statusu rangersów. Uniknęli dzięki niemu większości otępiających, niewiele mających wspólnego z walką ćwiczeń, które doprowadzały do szału niejednego rekruta. Rangersi cały swój czas poświęcali wyłącznie przygotowaniom do wojny. Byli szybsi, sprawniejsi, po prostu najlepsi – ich motto brzmiało: „Rangersi zawsze na czele!”. Każdy z nich co najmniej trzy razy starał się o obecny status – najpierw trzeba było dostać się do armii, potem do sił powietrznodesantowych, na koniec do rangersów. Byli śmietanką, najbardziej zmotywowanymi młodymi żołnierzami swego pokolenia. Zostali wybrani, by stanowić żywy przykład ideału armii. W formacji nie było kobiet, czarni należeli do mniejszości (w stuczterdziestoosobowej kompanii było tylko dwóch). Niektórzy rangersi byli zawodowymi żołnierzami. Do tej grupy należał porucznik Larry Perino, który w 1990 roku ukończył West Point. Inni zaliczali się do osób osiągających lepsze od rówieśników wyniki, szukających nowych wyzwań. Jednym z nich był specjalista9 John Waddell z grupy desantowej Chalk Two, który wstąpił do armii po ukończeniu szkoły średniej w Natchez w stanie Missisipi z najwyższą możliwą średnią ocen. Niektórych można by zakwalifikować do szaleńców, którzy poszukiwali fizycznego wyzwania. Jeszcze inni pobyt w wojsku traktowali jako drogę do samodoskonalenia, gdyż po ukończeniu szkoły nie mogli znaleźć celu w życiu bądź mieli problemy z narkotykami, alkoholem, prawem lub wszystkimi trzema powyższymi naraz. Znali życie lepiej niż większość młodych mężczyzn w ich wieku, którzy wczesną jesienią mieli już za sobą kilka tygodni zimowego semestru na studiach. Niejeden z nich poznał gorzki smak porażki lub był obiektem złego traktowania bądź docinków. Ale nie było wśród nich dekowników. Każdy pracował na to, by być w formacji, i to zapewne ciężej niż przez całe dotychczasowe życie. Ci, którzy mieli awanturniczą przeszłość, byli wobec siebie surowi. Pod przykrywką twardych żołnierzy kryli się szczerzy, przepełnieni patriotyzmem i pełni idealistycznych poglądów młodzi ludzie. Propozycję sloganu reklamowego armii: „Bądź, kimkolwiek możesz być”, potraktowali dosłownie.

Reprezentowali wyższy poziom niż zwykli żołnierze. Wyróżniali się też atletycznymi posturami oraz fryzurami na jeża z wygolonymi bokami głów. Rangersi, z właściwym dla amerykańskich żołnierzy zawołaniem Hooah, uważali się za największych zapaleńców w armii. Wielu, o ile czuli się na siłach, starało się dołączyć do sił specjalnych. Niektórzy z nich mogli spróbować sił w Delcie i w ten sposób wstąpić w szeregi cieszących się doskonałą kondycją, idealnie przystosowanych do zadań, tajnych „superżołnierzy”, którzy przewodzili dzisiejszej akcji. Tylko najlepsi z nich mogli otrzymać taką szansę i tylko jeden na dziesięciu wstępnie zakwalifikowanych żołnierzy przechodził selekcję. W tej prastarej męskiej hierarchii rangersi byli mniej więcej w połowie drabiny, podczas gdy operatorzy Delty zajmowali szczebel najwyższy.

Rangersi wiedzieli, że najpewniejszą drogą na szczyt jest doświadczenie zdobyte w walce. Dotychczas Mogadiszu droczyło się z nimi. Wojna lada chwila miała się rozpocząć. Nawet nieliczne misje, choć ekscytujące, okazywały się zbyt krótkie. Somalijczycy – określani przez Amerykanów „chuchrakami” lub „zdechlakami” – oddawali w ich kierunku kilka chaotycznych strzałów, które wystarczały, by wzburzyć krew rangersów i wywołać piekielną kanonadę strzałów w odpowiedzi, jednak na tyle krótką, że nie można było jej nazwać zaciekłą wymianą ognia.

Tymczasem rangersi marzyli o prawdziwej walce. Jeśli czasem któremuś nasuwały się wątpliwości, nie dawał im dojść do głosu. Niejeden na początku bał się wojny, ale z czasem pokonywał strach. Zwłaszcza na szkoleniu rangersów, podczas którego odpadała mniej więcej jedna czwarta kandydatów. Ci, którzy z powodzeniem ukończyli szkolenie i otrzymali naszywkę rangersa, niewątpliwie mogli poszczycić się jednym z największych osiągnięć w życiu. Słabi zostali w tyle. Silni pięli się w górę. Później nadchodziły tygodnie, miesiące, lata nieustannego szkolenia, a oni nie mogli doczekać się wojny. Czuli się jak drużyna piłkarska, która przez lata ćwiczy dwanaście godzin, siedem dni w tygodniu. Byli jak wybitni sportowcy mający za sobą wyczerpujące i niebezpieczne treningi często zakończone siniakami, lecz nie mieli ani jednej okazji, by zagrać prawdziwy mecz.

Czekali na bitwę. Przekazywali sobie naznaczone oślimi uszami książki opisujące wspomnienia żołnierzy, w tym również rangersów, którzy brali udział w konfliktach zbrojnych. Delektowali się przyjacielskim, braterskim tonem tych historii, żałując biednych frajerów, którzy się poddali, lub słabeuszy, którzy w wyniku doznanych obrażeń stali się niepełnosprawni. Zarazem utożsamiali się z odważnymi i walecznymi żołnierzami, którym udało się przetrwać bitwę, nie doznawszy draśnięcia. Przyglądali się starym fotografiom nieodmiennie przedstawiającym ten sam widok: młodych, brudnych i zmęczonych mężczyzn w spodniach od munduru polowego i z identyfikatorami na szyi, którzy pozowali do zdjęcia w jakimś egzotycznym kraju, trzymając ręce na ramionach kolegów. Na zdjęciach tych widzieli siebie w otoczeniu własnych kumpli, walczących we własnej wojnie. To był ten test, jedyny, jaki miał znaczenie.

Sierżant Mike Goodale próbował kiedyś podczas pobytu na przepustce w Illinois wytłumaczyć to matce. Była pielęgniarką i nie mogła zrozumieć jego brawury.

– Po co ktokolwiek miałby chcieć wziąć udział w wojnie? – dociekała.

Goodale zapytał ją, jakby się czuła, gdyby po wszelkich szkoleniach przygotowujących ją do zawodu pielęgniarki, nigdy nie dano jej szansy na pracę w szpitalu. Tłumaczył, że wówczas czułaby się właśnie tak jak on.

– Człowiek chce sprawdzić, czy rzeczywiście nadaje się do tej roboty – wyjaśnił.

Zupełnie jak ci faceci z książek, którzy mogli udowodnić, na co ich stać. A teraz przyszła kolej na następne pokolenie rangersów. Ich pokolenie.

To, że żaden z ludzi czekających dziś w helikopterach nie wiedział o Somalii nawet tyle, by napisać o niej wypracowanie w ogólniaku, nie miało znaczenia. Bez wahania przyjęli szansę, jaką dała im armia. Walczący między sobą watażkowie tak spustoszyli kraj, że ludność umierała z głodu. Kiedy rządy innych państw przekazywały Somalii żywność, watażkowie konfiskowali ją, krwawo tłumiąc próby ich powstrzymania. Cywilizowany świat zatem postanowił pokazać, kto tu rządzi, i zaprosić najbardziej niegrzecznych chłopców na tej planecie, aby wyrównali rachunki. Dobrze powiedziane. Niewiele rzeczy, które rangersi widzieli od swojego przyjazdu pod koniec sierpnia, mogło zmienić ten punkt widzenia. Mogadiszu przypominało postapokaliptyczny świat z „Mad Maxa” z Melem Gibsonem – świat, w którym rządziły wędrowne gangi uzbrojonych rzezimieszków. Przyjechali tu, aby zgromić najbardziej uciążliwych watażków, przywrócić ład i porządek.

Eversmannowi sama przynależność do rangersów od zawsze sprawiała radość. Nie był pewien, czy ma ochotę brać na swoje barki odpowiedzialność za innych, nawet tymczasowo. Wyróżnienie to dostał z braku innych kandydatów. Poprzedni sierżant został wezwany do domu z powodu choroby w rodzinie, a u faceta, który go zastąpił, ujawniła się epilepsja. Eversmann był następnym starszym stopniem oficerem z kolei. Przyjął zadanie z wahaniem. Tego ranka, podczas mszy w kantynie modlił się żarliwie za misję.

Kiedy w końcu znaleźli się w górze, Eversmann tryskał energią i czuł, że rozpiera go duma na widok powietrznej armady. To była nowoczesna armia. Nad celem znajdowało się już wsparcie wywiadowcze, które, choć niewielkie w obliczu tego, na co Ameryka mogła sobie pozwolić, składało się z satelitów, osiągających wysoki pułap lotu samolotów szpiegowskich P3 orion oraz trzech helikopterów rozpoznawczych OH-58. Te ostatnie kształtem przypominały zaokrąglone z przodu śmigłowce Little Bird z tą różnicą, że powyżej wirnika głównego miały mniej więcej półtorametrowy kulisty „polip”. Śmigłowce rozpoznawcze były wyposażone w kamery wideo oraz sprzęt radiowy, który miał transmitować na żywo przebieg akcji generałowi dywizji Garrisonowi oraz innym starszym oficerom w centrum operacyjnym na plaży. Filmowcy i pisarze mogli wyobrażać sobie szczytowe możliwości wojska Stanów Zjednoczonych, ale to tu miała uderzyć prawdziwa armia – dobrze naoliwiona, doskonale wyposażona maszyna bojowa z końca XX wieku. Najlepsi Amerykanie wybierali się na wojnę, a sierżant Matt Eversmannem był wśród nich10.

2

Dotarcie do celu zajęło im tylko 3 minuty. W słuchawkach Eversmann miał dostęp do prawie wszystkich używanych częstotliwości, mógł między innymi nasłuchiwać sieć dowodzenia, łączącą dowództwo na ziemi z krążącymi w górze w śmigłowcu dowodzenia i nadzoru Matthewsem i Harrellem oraz z Garrisonem i wyższymi oficerami, którzy pozostali w centrum operacyjnym. Piloci mieli własną linię łączności z odpowiedzialnym za dowodzenie z powietrza Matthewsem, natomiast Delta i rangersi dysponowali osobnymi wewnętrznymi systemami łączności radiowej. Podczas akcji wszelkie inne częstotliwości w mieście były zagłuszane. Po dłuższym okresie zakłóceń Eversmann usłyszał równocześnie opanowane głosy różnych osób – to poszczególne oddziały przygotowywały się do desantu.

Zanim helikoptery black hawk zbliżyły się do miasta od północy, lecące przodem śmigłowce Little Bird znalazły się prawie nad celem. Wciąż jeszcze mogli zrezygnować z misji.

Ich niepokój nagle wzbudziły opony, które palono na ulicy nieopodal celu. Somalijczycy często wzniecali ogień, aby sprowadzić milicję. A jeśli zbliżali się w kierunku pułapki?

– „Te opony palą się już od dłuższego czasu czy dopiero je zapalili, odbiór?”11 – zapytał pilot śmigłowca Little Bird.

– „Paliły się już, kiedy krążyliśmy tu rano” – odpowiedział pilot któregoś z helikopterów rozpoznawczych.

– „Dwie minuty”. – Eversmann usłyszał w słuchawkach głos pilota Super Six Seven12.

Śmigłowce Little Bird ustawiły się w pozycji przygotowującej je do manewru polegającego na nagłym wzniesieniu się w górę, a potem zanurkowaniu bezpośrednio nad domem stanowiącym cel ataku. Dzięki temu podczas lotu w dół ich wyrzutnie przeciwpancerne i karabiny będą skierowane ku dołowi. Jeden po drugim, kolejne jednostki powtarzały hasło oznaczające rozpoczęcie akcji – „Lucy”: Romeo Six Four – pułkownik Harrell, Kilo Six Four – kapitan Scott Miller, dowódca oddziału desantowego Delty, Barber Five One – doświadczony pilot, starszy chorąży Randy Jones w prowadzącym śmigłowcu szturmowym AH-6, Julia Six Four – kapitan Mike Steele, dowódca rangersów na pokładzie śmigłowca Duranta oraz Uniform Six Four – podpułkownik Danny McKnight, który nadzorował konwój przygotowany do ewakuowania wszystkich z miejsca akcji. Kolumna pojazdów była już kilka przecznic od celu.

– „Tutaj Romeo Six Seven do wszystkich jednostek. Lucy, Lucy, Lucy”.

– „Tutaj Kilo Six Four. Zrozumiałem, Lucy”.

– „Tutaj Barber Five One. Zrozumiałem, Lucy”.

– „Julia Six Four. Zrozumiałem, Lucy”.

– „Tutaj Uniform Six Four. Zrozumiałem, Lucy”.

– „Wszystkie jednostki, Lucy”.

Była piętnasta czterdzieści trzy. Dowódcy w centrum operacyjnym zobaczyli na ekranach zatłoczoną dzielnicę Mogadiszu – Bakarę. Ten rejon miasta był w znacznie lepszym stanie niż pozostałe. Charakterystyczny punkt stanowił hotel Olympic, pięciopiętrowy, biały kloc, który wyglądał, jakby powstał z ułożonych na sobie, prostokątnych bloków z kwadratowymi balkonami na każdym piętrze. Przecznicę dalej na południe stał kolejny, bardzo podobny do tego budynek. Oba rzucały cień na skrzyżowania, gdzie trasę Hawlwadig Road przecinały gruntowe uliczki, które w promieniach popołudniowego słońca przybrały rdzawopomarańczową barwę. Na podwórkach i pomiędzy mniejszymi domami rosły drzewa. Cel ataku znajdował się przy Hawlwadig Road, w odległości jednego kwartału od hotelu. Ten dwupiętrowy budynek także przypominał konstrukcję nałożonych na siebie bloków. Miał kształt litery L, płaski dach, a z przodu tylko jedną kondygnację. Po stronie południowej znajdowało się małe podwórko, a długi szereg domów okalał wysoki kamienny mur. Przed domem, od strony Hawlwadig Road, przechodzili ludzie, jeździły samochody i wozy ciągnięte przez osły. Zwyczajne, niedzielne popołudnie. Cel ataku znajdował się w odległości zaledwie kilku przecznic od centrum najtłoczniejszego targowiska w mieście. Ludzie na dole, przez kilka ostatnich miesięcy przyzwyczajani do dźwięku przelatujących w górze śmigłowców, nie zwrócili uwagi na dwa helikoptery Little Bird, które zbliżały się z północy. W centrum operacyjnym dwa śmigłowce pojawiły się w górnej części ekranu, a następnie ostro skręciły na wschód i zniknęły z pola widzenia.

Żaden helikopter nie oddał strzału13.

– Minuta – poinformował Eversmanna pilot Super Six Seven.

Tuż po ataku operatorów Delty na budynek rangersi mieli opuścić się na linach ze śmigłowców i utworzyć kordon opasujący cel ataku14.

Komandosi Delty siedzieli na ławeczkach znajdujących się na zewnątrz zaokrąglonych kadłubów czterech śmigłowców MH-6 Little Bird, przy czym na każdy helikopter przypadało czterech żołnierzy. Nosili czarne obszerne kamizelki kuloodporne oraz plastikowe kaski hokejowe15, w uszach mieli zatyczki, a pod kaskami zestawy słuchawkowe, dzięki którym utrzymywali ze sobą stały kontakt głosowy. Na ich mundurach nie było insygniów. Zbliżając się do celu, patrzyli w dół na uniesione w górę, przestraszone twarze mijanych ludzi, przyglądali się ich dłoniom, zachowaniu, starając się dociec, co czeka ich w momencie lądowania. Po pojawieniu się śmigłowców Little Bird przestraszony tłum rozproszył się, a samochody oddaliły w różnych kierunkach. Wiatr wywołany przez siłę wirników poderwał kolorowe suknie kobiet, a kilku przechodniów przewrócił. Ci rangersi, którzy wciąż byli w powietrzu, odnieśli wrażenie, jakby ludzie gestami zapraszali ich do lądowania i walki.

Pierwsze dwa śmigłowce Little Bird od razu wylądowały na południe od celu, w wąskiej, pożłobionej koleinami uliczce, podrywając grubą chmurę kurzu, która zupełnie przesłoniła widoczność zarówno pilotom, jak i siedzącym na ławkach żołnierzom. Jeden ze śmigłowców wylądował w miejscu przeznaczonym dla drugiego, tamten więc był zmuszony skręcić ostro w prawo, po czym wykonał szybki obrót w kierunku zachodnim i wylądował bezpośrednio przed celem.

Sierżant Norm Hooten, dowódca załogi czwartego śmigłowca Little Bird, obniżając lot, by zawisnąć w powietrzu, poczuł, że śmigło maszyny zadrasnęło ścianę budynku stanowiącego cel ataku. Stwierdziwszy, że helikopter jest w najniższym możliwym punkcie, Hooten i jego drużyna wykopali na zewnątrz linę i skoczyli, by zjechać w dół. To był najkrótszy fast-roping16 w historii. Okazało się, że znajdowali się zaledwie 30 centymetrów nad ziemią.

Natychmiast pobiegli w stronę domu. Szturmowanie budynków było specjalnością Delty. Liczyła się przede wszystkim szybkość. Kiedy w wypełnionym po brzegi budynku nagle dały się słyszeć eksplozje, pojawił się dym i błyski ognia, zdezorientowani ludzie w środku wpadli w przerażenie. Zgodnie z logiką większość powinna paść na ziemię lub schować się w zakamarkach. Jeśli komandosi Delty dopadli ich w tym stanie oszołomienia, niemal każdy wykonywał surowe, proste rozkazy bez szemrania. Rangersi widzieli już chłopaków z Delty podczas kilku operacji i zdążyli zauważyć, że ci poruszali się tak szybko i zdecydowanie, iż trudno było sobie wyobrazić, by komukolwiek mogło przyjść do głowy stawienie im oporu. Ale nawet kilka sekund robiło różnicę. Im więcej czasu atakowani mieli na zorientowanie się w sytuacji, tym trudniej było ich sobie podporządkować.

Pierwsza grupa szturmowa dowodzona przez sierżanta Matta Riersona wylądowała w południowej uliczce, po czym rzuciła na podwórko nieszkodliwe granaty hukowo-błyskowe i po otwarciu metalowej bramy wtargnęła do środka. Ludzie Riersona pokonali kilka schodów z tyłu budynku i natychmiast wbiegli do domu, krzycząc, by wszyscy padli na podłogę. Czteroosobowa grupa Hootena razem z ludźmi dowodzonymi przez sierżanta Paula Howe’a zbliżyła się do zachodniej strony budynku, która znajdowała się tuż przy Hawlwadig Road. Załoga Hootena wpadła do sklepu papierniczego Olympic. Na jego frontowej ścianie wymalowano kolorowe obrazki przedstawiające maszyny do pisania, długopisy, ołówki i inne materiały biurowe. W środku było sześciu czy siedmiu Somalijczyków, którzy natychmiast padli na podłogę i wyciągnęli przed siebie ramiona w odpowiedzi na wykrzyczane rozkazy. Hooten słyszał dobiegające z zewnątrz pojedyncze wystrzały, znacznie częstsze niż podczas wszystkich poprzednich misji. Załoga Howe’a wpadła do budynku obok. Umięśniony sierżant podciął nogi oszołomionemu, stojącemu tuż przed wejściem Somalijczykowi, powalając go na ziemię. Howe omiótł pomieszczenie samopowtarzalnym karabinem CAR-15, czarną bronią o futurystycznym wyglądzie z bagnetem z przodu. Szczególnie ważne było przejęcie natychmiastowej kontroli nad sytuacją. W pomieszczeniu, które okazało się hurtownią, znajdowały tylko worki i jakieś drobiazgi.

Członkowie obu grup wiedzieli, że szukają domu mieszkalnego, szybko więc wycofali się na ulicę. Pobiegli wzdłuż Hawlwadig Road w kierunku południowym i skręcili w lewo, kierując się na podwórze, gdzie dotarła już inna grupa operatorów. Kiedy mijali róg ulicy, w powietrzu wirowało coraz więcej pyłu. Zbliżały się śmigłowce black hawk.

W pierwszym lecieli dowódca Delty odpowiedzialny za dowodzenie akcją oraz grupa wsparcia. Ich helikopter zawisł w powietrzu jeden kwartał od celu, nad Hawlwadig Road, a kapitan Miller oraz inni komandosi z pokładu opuszczali się na linach w dół. Ta grupa, razem z załogą z następnego śmigłowca black hawk, miała stanowić drugą falę żołnierzy atakujących dom. Z tyłu natomiast zbliżały się cztery kolejne helikoptery transportujące rangersów, którzy mieli zająć pozycje po czterech stronach kwartału i utworzyć kordon wokół atakowanego budynku.

Kiedy wyrzucono liny ze śmigłowca Super Six Six, który zatrzymał się w powietrzu nad południowo-zachodnim narożnikiem kwartału, grupa desantowa Chalk Three zaczęła zjeżdżać na linach na ulicę dwójkami, po jednym żołnierzu z każdej strony helikoptera. Każdego rangersa wyskakującego ze śmigłowca mechanik żegnał okrzykiem „Odwagi!”. Sięgający właśnie po linę sierżant Keni Thomas pomyślał: „Pieprz się, koleś. To nie ty tam idziesz”17.

Pilot śmigłowca Super Six Seven zatrzymał maszynę w powietrzu wysoko nad Hawlwadig Road, dwa kwartały od celu, po czym zwrócił się do Eversmanna:

– Przygotujcie się do wyrzucenia lin.

Grupa desantowa Chalk Four, znajdująca się jakieś dwadzieścia metrów nad ziemią, dotychczas jeszcze nie próbowała opuszczać helikoptera metodą szybkiej liny z tej wysokości. Mimo odległości dzielącej ich od podłoża kurz przedostawał się przez otwarte drzwi. Eversmann czekał, aż pozostałych pięć helikopterów black hawk znajdzie się na wytyczonej pozycji. Miał wrażenie, że trwa to niebezpiecznie długo. Nawet wśród ryku silników i hałasu obracających się śmigieł mężczyźni wyraźnie słyszeli odgłosy wystrzałów. Nieruchomy black hawk stanowił łatwy cel. Nylonowe liny o grubości siedmiu i pół centymetra leżały w zwojach tuż przy wyjściu. Specjalista Dave Diemer czekał przy drzwiach po prawej stronie razem z sierżantem Caseyem Joyce’em. Na końcu kolejki, przy drzwiach z lewej strony stał najmłodszy z nich – Blackburn. Kiedy na rozkaz pilota kopnięciem zrzucili liny, jedna z nich spadła na samochód. To kosztowało ich kolejne cenne sekundy. Aby przeciągnąć linę na ziemię, pilot przesunął maszynę nieco do przodu.

– Jesteśmy trochę oddaleni od wyznaczonej pozycji – powiedział do Eversmanna. Znajdowali się przecznicę dalej na północ od przydzielonego im narożnika.

– Nic nie szkodzi – odpowiedział sierżant przekonany, że na ziemi będzie bezpieczniej.

– Sto metrów od celu – ostrzegł pilot.

Eversmann uniósł kciuk.

Mężczyźni zaczęli wyskakiwać poganiani przez mechaników okrzykami: Dalej! Dalej!

Eversmann miał opuścić śmigłowiec jako ostatni. Kiedy zdjął słuchawki, natychmiast ogłuszył go hałas helikoptera oraz odgłosy eksplozji i strzałów na dole. Podczas misji zawsze nosił zatyczki do uszu, ale dziś zostawił je, wiedząc, że nałoży słuchawki. Zaczepił je o manierkę i sięgnął po gogle. Podekscytowanie wywołało mętlik w jego głowie, wszystkie jego ruchy stały się powolne. Zamierzał nałożyć gogle, a następnie, pomny na słowa mechanika, przed wyjściem zostawić słuchawki na fotelu. Ale cholerny pasek od gogli się urwał. Eversmann przez chwilę majstrował przy nim, ale ponieważ ostatni z jego ludzi opuścił już śmigłowiec, rzucił gogle i wyskoczył, wyrywając kabel od słuchawek z gniazdka w suficie i zabierając je ze sobą.

Nie zdawał sobie sprawy, że są aż tak wysoko. Droga w dół była znacznie dłuższa niż podczas treningów. Siła tarcia sprawiła, że grube, skórzane rękawice sierżanta się podarły. Teraz ten odcinek wydawał mu się dwa razy dłuższy, a ryzyko znacznie większe. Zbliżając się do podłoża, Eversmann dostrzegł coś poprzez kurz kłębiący się pod stopami. Jeden z jego ludzi leżał na plecach w miejscu, gdzie lina dotykała gruntu. Poczuł narastającą rozpacz. „A więc jednego już postrzelili!”. Chwycił mocno linę, by uniknąć zderzenia z ciałem kolegi. To był jeden z młodych rangersów. Stopy Eversmanna dotknęły ziemi tuż obok leżącego. Po chwili o ziemię klapnęły skręcone liny wyrzucone przez mechaników z helikoptera. Kiedy black hawk oddalił się i zrobiło się ciszej, a kurz zaczął opadać, poczuli piżmową woń miasta przypominającą zapach dojrzałego owocu18.

Blackburn krwawił z nosa i uszu. Sanitariusz szeregowy Mark Good już się nim zajmował. Jedno oko chłopaka było otwarte, drugie zamknięte. Z ust płynęła krew, wydawał z siebie bulgoczący dźwięk. Był nieprzytomny. Good przeszedł szkolenie pierwszej pomocy w nagłych wypadkach, ale tym razem był bezsilny. Miał do czynienia z najpoważniejszym urazem od czasu przyjazdu do Somalii.

Chłopak nie został postrzelony, lecz z jakiegoś powodu nie zdołał złapać liny i spadł z helikoptera prosto na ulicę, dwadzieścia metrów niżej. Niedawno otrzymał nową funkcję pomocnika operatora karabinu maszynowego M60, miał więc przy sobie dużo amunicji i był cięższy niż podczas poprzednich misji i treningów, gdy ćwiczył zjazd metodą szybkiej liny. Prawdopodobnie to przyczyniło się do wypadku. Jednym z powodów mogła też być wyjątkowo duża dziś wysokość czy nawet samo podekscytowanie przed walką. Ranny najwyraźniej miał uszkodzone narządy wewnętrzne. Eversmann odsunął się na chwilę i szybko policzył swój oddział.

Hawlwadig Road miała około 14 metrów szerokości i, podobnie jak w całym Mogadiszu, walały się tu śmieci i gruz. Chmura pyłu przerzedziła się nieco, sierżant zobaczył więc, że jego ludzie, zgodnie z planem, zajęli miejsca przy pobrudzonych błotem ścianach, po obu stronach ulicy. Eversmann i Good zostali sami na środku drogi, przy Blackburnie. Było gorąco, a drobny piasek lepił się do nosa, uszu, a nawet oczu. Wokół świstały kule, ale, na szczęście, strzały Somalijczyków były niecelne. Co ciekawe, fakt, że są pod ostrzałem, nie od razu dotarł do sierżanta. Przelatujące blisko pociski powinny zwrócić uwagę, ale Eversmann był zajęty czym innym, by dostrzec atak. W końcu oprzytomniał. Kule wydawały głośny, kłapiący dźwięk, niczym łamane patyki orzesznika. Eversmann po raz pierwszy był pod ostrzałem. „A więc tak to wygląda”. Ponieważ stanowił duży, nieosłonięty cel, postanowił znaleźć schronienie. Razem z Goodem wzięli Blackburna pod pachy, jednocześnie przytrzymując mu głowę, by unieruchomić szyję. Następnie przeciągnęli go na zachód od skrzyżowania i ukryli się za dwoma zaparkowanymi samochodami19.

Eversmann krzyknął do radiooperatora, szeregowego Jasona Moore’a, by ten wezwał kapitana Mike’a Steele’a przez sieć łączności kompanii. Steele i dwóch poruczników, Larry Perino oraz Jim Lechner, opuścili się z helikoptera z pozostałymi żołnierzami z grupy desantowej Chalk One na południowo-wschodnim rogu wyznaczonego kwartału. Grupa Chalk Four zajmowała narożnik północno-zachodni. Mijały minuty. Moore, który był w znacznej odległości od sierżanta, odkrzyknął, że nie może połączyć się ze Steele’em.

– Jak to, nie możesz się połączyć?

Moore wzruszył ramionami. Ten ustawicznie żujący tytoń rozrabiaka z Prinston w New Jersey miał pod hełmem zestaw słuchawkowy pozwalający na rozmowę bez użycia rąk. Przed wyruszeniem na misję taśmą przymocował włącznik mikrofonu do karabinu. „Zgrabne”, pomyślał. Ale kiedy zjeżdżał z helikoptera w dół, przez nieuwagę zahaczył przewodem o linę. Kabel uległ zniszczeniu na skutek siły tarcia. Moore jednak jeszcze tego nie zauważył i nie miał pojęcia, dlaczego nikt nie reaguje na jego zabiegi o nawiązanie łączności20.

Eversmann spróbował połączyć się przez krótkofalówkę. Steele nie odpowiadał, ale po kilku próbach usłyszał porucznika Perina. Pamiętając o tym, że to ich pierwsza walka, a on po raz pierwszy objął dowództwo, starał się mówić powoli i wyraźnie. Wyjaśnił, że Blackburn spadł, jest poważnie ranny i trzeba go zabrać z miejsca akcji. Dawał do zrozumienia, że sprawa jest pilna, a równocześnie nie chciał wszczynać paniki.

– Powtórz – odpowiedział Perino.

Głos sierżanta był chwilami ledwie słyszalny. Eversmann powtórzył komunikat. Nastąpiła przerwa. A potem znów usłyszał Perina:

– Powtórz, odbiór.

Eversmann zaczął krzyczeć: „Człowiek jest ranny, musimy go stąd jak najszybciej wydostać!”.

– Spokojnie – odpowiedział Perino.

To rozwścieczyło Eversmanna. „Zaraz zdejmie mnie jakiś snajper”21, pomyślał.

Rozmowa ta poskutkowała przybyciem dwóch sanitariuszy Delty, którzy biegli teraz w górę Hawlwadig Road. Sierżanci Kurt Schmid oraz Bart Bullock, bardziej doświadczeni od Gooda, natychmiast zaczęli mu pomagać. Schmid umieścił w gardle Blackburna rurkę, która miała usprawnić oddychanie. Bullock wbił igłę w ramię chłopaka, by podłączyć kroplówkę22.

Tymczasem strzelanina się nasilała. Oficerowie obserwujący akcję na ekranach w centrum operacyjnym czuli się, jakby włożyli kij w mrowisko. Oglądanie na żywo relacji z bitwy było niesamowitym, a zarazem przerażającym przeżyciem. Kamery w górze filmowały tłumy Somalijczyków, którzy wznosili barykady i podpalali opony, by sprowadzić pomoc. Na ulice wyległy tysiące, przeważnie uzbrojonych, ludzi. Nadbiegali z różnych części miasta w kierunku targowiska w dzielnicy Bakara, gdzie duża grupa krążących w górze helikopterów wyraźnie zaznaczała miejsce walki. Z odległych rejonów miasta nadjeżdżały pojazdy pełne uzbrojonych mężczyzn. Największa grupa zdawała się napływać z północy. Tłum podążał bezpośrednio w kierunku miejsca, gdzie przebywali teraz Eversmann i jego grupa desantowa Chalk Two, która ubezpieczała północno-wschodni narożnik.

Ludzie Eversmanna rozproszyli się i zaczęli strzelać we wszystkich kierunkach, poza miejscem, gdzie stał szturmowany przez Deltę budynek. Po przeciwnej stronie ulicy od opatrujących Blackburna sanitariuszy sierżant Casey Joyce strzelał z M16 w kierunku rosnącego tłumu na północy. Somalijczycy wychodzili grupkami, po dwunastu lub więcej, zza rogów kilka przecznic dalej, inni wypadali nagle z pobliskich uliczek, oddawali strzały i się chowali. Choć bali się uzbrojonych Amerykanów, podchodzili coraz bliżej. Rangersów ograniczały zasady walki, zgodnie z którymi mogli strzelać tylko do osób celujących do nich z broni, jednak przestrzeganie tych zasad nie było możliwe. W ich kierunku padały strzały, a na końcu ulicy widzieli Somalijczyków z bronią. Niestety, ludzie z karabinami wmieszali się w tłum nieuzbrojonych, wśród których byli kobiety i dzieci. Zachowanie Somalijczyków budziło zdziwienie. Z reguły osoby niebiorące udziału w walce uciekały po usłyszeniu pierwszych strzałów i wybuchów. W Mogadiszu wszyscy przybywali tłumnie w miejsce, w którym pojawił się chaos. Mężczyźni, kobiety, dzieci, nawet osoby starsze i niedołężne. Wszyscy nagle chcieli być świadkami wydarzeń. Rangersi, którzy przyczaili się przy murze po obu stronach ulicy, bezgłośnie błagali gapiów, by się wynieśli.

Nic nie przebiegało zgodnie ze scenariuszem nakreślonym przez Eversmanna. Jego grupa wciąż znajdowała się przecznicę dalej na północ od wyznaczonej pozycji. Wcześniej myślał, że po znalezieniu się na ziemi przebiegną na właściwe miejsce, ale upadek Blackburna oraz nieoczekiwana strzelanina uniemożliwiły to. Czas płatał im figle. Trudno to zrozumieć komuś, kto tam nie był. Wydarzenia następowały w zawrotnym tempie, ale ponieważ szybkość postrzegania Eversmanna zmieniła się, sekundy wydawały się minutami. Nie miał pojęcia, jak długo już tam byli. Dwie minuty? Pięć minut? Dziesięć? Trudno było uwierzyć, że w tak krótkim czasie zapanowało piekło.

Wiedział, że operatorzy Delty się spieszą. Co chwila odwracał się, by sprawdzić, czy zbliża się konwój. Było na to za wcześnie, ale i tak oglądał się z nadzieją, ponieważ pojawienie się konwoju oznaczałoby, że akcja ma się ku końcowi. Obróciwszy się kilkanaście razy, w końcu zobaczył, że zza rogu, jakieś trzy przecznice w dół ulicy, wytacza się hummer prowadzący kolumnę. Co za ulga. „Może chłopaki z Delty już skończyły i będziemy mogli się stąd wynieść”23, pomyślał.

Schmid, sanitariusz Delty, który właśnie skończył badać Blackburna, był zaniepokojony. Chłopak miał poważny uraz głowy, a z tyłu na szyi wyrósł pokaźny guz. To mogło być złamanie. Schmid spojrzał na Eversmanna.

– Trzeba wynieść go stąd na noszach, sierżancie. Natychmiast. Inaczej umrze24.

Eversmann znów połączył się z Perinem.

– Słuchaj, jeśli chłopak ma przeżyć, musimy go stąd zabrać. Możesz przysłać tu jakiś transport?

Nie, żaden z hummerów nie mógł do nich podjechać. Eversmann przekazał wiadomość sanitariuszowi Delty.

– Sierżancie, musimy go wywieźć – powtórzył Schmid.

Eversmann wezwał więc dwóch sierżantów ze swojego oddziału, Caseya Joyce’a oraz Jeffa McLaughlina, starając się przekrzyczeć nasilające się odgłosy walki.

– Musicie zanieść Blackburna do pojazdów, które stoją w pobliżu atakowanego domu.

Rozłożyli nosze i ułożyli na nich Blackburna. Zabrało go pięciu mężczyzn: Joyce i McLaughlin szli z przodu, Bullock i Schmid z tyłu, Good biegł obok, trzymając worek z kroplówką podłączoną do ramienia chłopaka. Biegli pochyleni. McLaughlin nie wierzył, że Blackburn się z tego wykaraska. Leżał na noszach bezwładnie, wciąż krwawiąc z nosa i ust. Mimo nawoływań: „Wytrzymaj! Wytrzymaj!”, wyglądało na to, że przestał walczyć o życie. Co chwilę musieli kłaść nosze na ziemi, aby odpowiedzieć ogniem na strzały. Robili kilka kroków, odkładali Blackburna, strzelali, podnosili go, nieśli kilka metrów i znowu kładli.

– Musimy coś zrobić, żeby hummery podjechały do nas – powiedział Schmid. – Jeśli będziemy tak cały czas podnosić i kłaść nosze, zabijemy go.

Joyce zgłosił się na ochotnika i pobiegł ściągnąć któregoś hummera25.

3

Oficerom w centrum operacyjnym, którzy śledzili przebieg akcji na ekranach i przysłuchiwali się rozmowom w głośnikach, wydawało się, że na razie wszystko przebiega pomyślnie. Centrum operacyjne ulokowano w dwupiętrowym, pobielanym wapnem budynku przylegającym do hangaru w bazie lotniczej grupy zadaniowej rangersów. Po jednej stronie dachu, z którego sterczało tyle anten i drutów, że żołnierze nazywali go „jeżozwierzem”, znajdowało się wgniecenie, pamiątka po pocisku z moździerza. Z długiego korytarza na parterze wchodziło się do trzech pomieszczeń, w których starsi oficerowie ze słuchawkami na uszach uważnie obserwowali przebieg misji na ekranach monitorów. Generał dywizji Garrison, żując cygaro, śledził akcję z tylnej części pokoju operacyjnego. Wyświetlane w kolorze obrazy walki pochodziły z kamer samolotu szpiegowskiego orion oraz śmigłowców zwiadowczych. Oficerowie w centrum operacyjnym mogli też prowadzić nasłuch pięciu czy sześciu częstotliwości radiowych. Garrison i jego ludzie prawdopodobnie mieli bardziej aktualne informacje o walce niż jakikolwiek dowódca w historii, ale i tak niewiele mogli zobaczyć czy podsłuchać. Dopóki wszystko przebiegało zgodnie z planem, dopóty decyzje musieli podejmować żołnierze biorący bezpośrednio udział w walce. Zadaniem generała było utrzymanie kontroli nad sytuacją i zaplanowanie kolejnych działań. Gdyby coś było nie tak, mógł skontaktować się ze stacjonującymi w Mogadiszu siłami ONZ. W bazie ONZ czekały oddziały z 10. Dywizji Górskiej – trzy regularne kompanie o różnym stopniu gotowości. Na razie jednak takiej potrzeby nie było. Poza jednym rannym rangersem misja przebiegała pomyślnie. Mniej więcej w tym czasie, gdy przekazano wiadomość o upadku Blackburna, operatorzy Delty poinformowali przez radio, że znaleźli poszukiwanych mężczyzn wewnątrz szturmowanego budynku. Akcja miała skończyć się powodzeniem.

Wysłanie żołnierzy w biały dzień do dzielnicy Bakara zwanej „Czarnym Morzem Aidida” było przedsięwzięciem ryzykownym. Pobliskie targowisko stanowiło centrum świata klanu Habr Gidr. Szturm na budynek znajdujący się tuż obok był policzkiem wymierzonym watażce. Siły ONZ stacjonujące w Mogadiszu, w których skład wchodzili głównie Pakistańczycy, ponieważ oddziały piechoty morskiej U.S. Marines wycofały się w maju, nie wybrałyby się do tej części miasta26. Było to jedyne miejsce w całym Mogadiszu, gdzie ludzie Aidida byli w stanie rozpętać zaciekłą walkę w krótkim czasie. Garrison zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Waszyngton nie przyjąłby do wiadomości wielu strat po stronie amerykańskiej. W notatce napisanej przed zaledwie kilkoma tygodniami Garrison ostrzegał:

„Jeśli podejdziemy w pobliże targowiska w dzielnicy Bakara, niewątpliwie wygramy strzelaninę, ale możemy przegrać wojnę”27.

Czas akcji też przyczyniał się do zwiększenia ryzyka. Ludzie Garrisona woleli pracować w nocy. Helikopterami kierowali wyborowi piloci z 160. Pułku Lotniczego Operacji Specjalnych (160th SOAR), którzy nazywali siebie Nocnymi Łowcami28. Specjalizowali się w lotach w czarną, bezksiężycową noc, kiedy to dzięki noktowizorom mogli poruszać się równie sprawnie jak w środku dnia. Piloci jednostki brali udział prawie w każdej operacji sił lądowych Stanów Zjednoczonych od czasów wojny wietnamskiej. W czasie wolnym od walki doskonalili swoje i tak już znaczne umiejętności. Nie bali się niczego. Potrafili wlecieć w miejsca tak ciasne, że gdyby ktoś spróbował umieścić tam helikopter przy użyciu dźwigu, okazałoby się to niemożliwe. Ciemność sprzyjała operatorom Delty i rangersom, sprawiała, że ich szybkość i precyzja stawały się jeszcze bardziej śmiercionośne29. Noc dawała im kolejną przewagę. Wielu Somalijczyków, a zwłaszcza młodzi mężczyźni, którzy krążyli po Mogadiszu w improwizowanych pojazdach bojowych (tak zwanych wozach technicznych wyposażonych w karabiny maszynowe M230) było uzależnionych od czuwaliczki jadalnej, zwanej tutaj khatem. Roślina ta, wyglądem przypominająca nieco rukiew wodną, zawiera pewną ilość amfetaminy. Większość tubylców zaczynała żuć khat około południa, toteż późnym popołudniem byli już pod jej działaniem – czuli się naładowani energią, podenerwowani, zniecierpliwieni, skorzy do czynów. Wieczorem z kolei miłośnicy khatu padali wykończeni. Zatem dzisiejsza misja odbywała się w najgorszym możliwym miejscu w Mogadiszu i w najgorszym możliwym czasie31.

Mimo to szansa schwytania dwóch najważniejszych ludzi Aidida za jednym zamachem była zbyt kusząca, by ją zmarnować. Trzy poprzednie akcje poszły gładko. Ryzyko było wpisane w ten zawód. W końcu odwagi im nie brakowało, to dzięki niej się tu znaleźli.

Somalijczycy do tej pory byli świadkami sześciu wypadów, zatem mniej więcej wiedzieli, czego się spodziewać. Mimo to grupa operacyjna dołożyła wszelkich starań, by utrzymać tubylców w niepewności. Trzy razy dziennie, bez względu na to, czy mieli przeprowadzić akcję, czy nie, Garrison pakował ludzi do helikopterów i wysyłał nad miasto. Na początku rangersi uwielbiali te podniebne przejażdżki, podczas których, wciśnięci w fotele na tyłach black hawków, wyobrażali sobie, że walczą o życie. Posiadający niezwykłe zdolności Nocni Łowcy nurkowali nisko i szybko, a skręcali tak ostro, że lecący z nimi rangersi czuli się, jakby ich narządy wewnętrzne przesuwały się na jedną stronę ciała. Nieraz przemykali nad ulicą tuż poniżej linii dachów. Wówczas po obu stronach drogi było widać sylwetki ludzi majaczące za chmurą pyłu. Już za moment podrywali się kilkaset metrów w górę tylko po to, by z wrzaskiem pomknąć znowu w dół. Kapral Jamie Smith napisał do rodziny w Long Valley w stanie New Jersey, że loty te były „jak jazda ogromną kolejką górską w wesołym miasteczku!”. Jednak po jakimś czasie nawet one spowszedniały.

Garrison był ostrożny i starał się różnicować taktykę. Zazwyczaj nadlatywali helikopterami i wracali w pojazdach, ale czasem nadjeżdżali samochodami, by wrócić w śmigłowcach, czasem zarówno nadlatywali, jak i oddalali się w helikopterach. Schemat się zmieniał. Poza tym, co najważniejsze, oddziały były naprawdę dobre: doświadczone i świetnie wyszkolone.

Wiele razy byli już o włos od pojmania Aidida, ale nie udało się. Niemniej schwytanie go nie było ich jedynym celem. Podczas sześciu poprzednich misji zaszczepili strach w ludziach kacyka, a w ostatnim czasie zaczęli wyłapywać jego najważniejszych popleczników. Garrison uważał, że radzili sobie świetnie i nie zważał na doniesienia w prasie, kiedy to jego żołnierzy nazwano partaczami. Gdy przez nieuwagę na jednej z pierwszych misji aresztowali grupę pracowników ONZ („pracownicy” zostali przyłapani w zakazanej strefie z towarami zakupionymi na czarnym rynku), gazety ochrzciły ich mianem Keystone Kops, nawiązując do popularnego niegdyś w Stanach serialu o nieudolnych policjantach. Garrison skopiował te artykuły i powiesił w hangarze. To jeszcze bardziej zirytowało chłopaków, ale dla opinii publicznej i urzędników w Waszyngtonie, dla których niezmiernie ważne było to, co mówią w CNN, grupa operacyjna była jedynie bandą frajerów. Zlecono im pozornie łatwe zadanie pojmania somalijskiego hochsztaplera i watażki Mohameda Farraha Aidida lub, gdyby to się miało nie powieść, zlikwidowanie jego organizacji, tymczasem od sześciu tygodni nie odnotowano wyraźnego sukcesu. Waszyngton tracił cierpliwość, a presja stawała się coraz większa32.

Rankiem Garrison rozmyślał o tym w biurze. To było jak próba odbicia podkręconej piłki z przepaską na oczach. Dysponował siłami wystarczającymi, by napaść na budynek – jakikolwiek budynek – w Mogadiszu w zaledwie kilka minut. To nie było pierwsze lepsze wojsko. Byli szybsi, silniejsi, bardziej inteligentni i bardziej doświadczeni niż jakikolwiek żołnierz na świecie.

Wystarczyło wskazać pierwszy budynek, a żołnierze z Delty przejęliby go tak szybko, że źli faceci w środku leżeliby związani, zanim jeszcze rozległby się huk błyskdymek33 i zanim dźwięk wyważonych drzwi przebrzmiałby w ich uszach. Mogli załadować całą tę bandę do ciężarówki czy helikoptera, nim milicja z dzielnicy zdążyłaby naciągnąć spodnie. Do tego byli zdolni ludzie Garrisona. Co więcej, często równocześnie robili kolorowe nagranie całej operacji dla celów szkoleniowych i by się pochwalić po powrocie do Pentagonu. Nie mogli jednak przystąpić do działania dopóty, dopóki informatorzy w mieście nie wskażą im tego cholernego budynku.

Przez trzy noce z rzędu szykowali się do ataku na dom, w którym podobno miał pojawić się Aidid, o czym donosili szpiedzy generała. Za każdym razem nie udawało się go znaleźć.

Garrison od pierwszego dnia wiedział, że będzie miał problem z wywiadem. Pierwotny plan przewidywał współpracę z odważnym szpiegiem, Somalijczykiem, który miał dobre kontakty i stał na czele tutejszej siatki operacyjnej CIA. Jego zadaniem było wręczenie Aididowi eleganckiej, ręcznie wykonanej laski z ukrytym nadajnikiem w środku. Plan wydawał się idealny, lecz w pierwszy dzień po przybyciu na miejsce Garrison dowiedział się od dowódcy swoich ludzi, podpułkownika Dave’a McKnighta, że ich najważniejszy informator strzelił sobie w głowę podczas gry w rosyjską ruletkę – durnej zabawy, popularnej wśród ludzi, którzy zbyt długo wiedli niebezpieczne życie.

– Nie zabił się – relacjonował McKnight. – Ale jesteśmy udupieni.

Współpraca z miejscowymi miała wady.

Mało kto wiedział o tym lepiej niż Garrison, który stanowił żywy obraz wojskowego twardziela. Miał siwe, krótko ostrzyżone włosy, nosił kamuflaż pustynny i ciężkie buty wojskowe, w przewieszonej przez ramię kaburze trzymał pistolet M9, a w kąciku ust nieodłączne cygaro. Wojował od prawie trzydziestu lat, mimo to był jednym z najmniej znanych ważnych oficerów armii amerykańskiej. Przeprowadzał tajne operacje na całym świecie; w Azji, na Bliskim Wschodzie, w Afryce, Ameryce Środkowej i Południowej, na Karaibach. Wszystkie misje miały wspólną cechę – ich powodzenie zależało od współpracy z miejscową ludnością.

Ponadto odpowiedzialny za misję dowódca musiał twardo stąpać po ziemi. Generał był niepoprawnym cynikiem. Wykonywał swoje obowiązki i nie oczekiwał wiele. Jednak dla swoich ludzi był wymagający. Jego szorstka bezpośredniość pasowała do oficera, który rozpoczął karierę jako prosty szeregowiec, a nie jako absolwent akademii wojskowej. Dwukrotnie służył w Wietnamie, angażując się tam w realizację brutalnego, okrytego złą sławą programu Feniks, w którego ramach zlokalizowano i zabito wioskowych przywódców Wietkongu34. Przeżycie to mogłoby sprowadzić na ziemię każdego idealistę. Garrison awansował do stopnia generała dywizji bez potrzeby uczestniczenia w życiu politycznym, w którym należało używać wdzięcznych eufemizmów i częstych niedomówień. Jako szczery realista, unikał przepychu i pretensjonalności, które towarzyszyły życiu wojskowych wyższego szczebla. Nieodłącznym elementem żołnierki była walka – zabijanie tych, którzy mogą zabić ciebie. Tu liczyła się umiejętność użycia siły i podstępu w niebezpiecznym świecie. Wojaczka to także życie w brudzie, sranie w lesie, spartańskie warunki, liczne trudności i śmiertelne ryzyko. Krótko mówiąc, paskudna robota. Mimo to niektórzy ją lubili, a nawet poświęcili jej życie. Garrison był jednym z nich. Skwapliwie przyjmował jej okrucieństwo. Mógłby powiedzieć: „Ten człowiek musi umrzeć”. Tak po prostu. Niektórzy ludzie musieli umrzeć. Takie były prawa tego świata. Nic nie cieszyło Garrisona bardziej niż dobrze przeprowadzony atak, a jeśli robiło się zbyt gorąco i trzeba było pokazać, kto tu rządzi, wówczas należało rozpętać piekło. Po co ktoś miałby być żołnierzem, jeśli nie cieszyłaby go burząca krew w żyłach, zacięta strzelanina? Jego cieszyła, był fachowcem.

Wzbudzał lojalność i przywiązanie dzięki temu, że potrafił żartować z samego siebie. Gdy snuł jakąś historię – a był wspaniałym gawędziarzem – w puencie często stawiał się w pozycji ofiary. Uwielbiał opowiadać o tym, jak dołożył starań, by wynająć kapelę rockową (wykładając pięć tysięcy dolarów z własnej kieszeni), która miała zapewnić rozrywkę jego podwładnym podczas kilkumiesięcznej misji pokojowej na pustyni Synaj, po czym jakiś nieświadomy sytuacji żołnierz wesoło oznajmił mu, że kapela jest „do dupy”. Po opowiedzeniu puenty przesuwał koniec cygara do drugiego kącika ust i uśmiechał się z zażenowaniem. Potrafił żartować z własnych ambicji, co nie było częste w armii. „Jeśli będziecie powtarzać te bzdury – mawiał do swoich oficerów – jak mam kiedykolwiek zostać generałem?”. Wspinając się po szczeblach kariery prowadzącej do JSOC (Połączonego Dowództwa Operacji Specjalnych), przez pewien czas piastował stanowisko dowódcy w Delcie. Kiedy w połowie lat osiemdziesiątych przybył do Bragg jako świeżo awansowany pułkownik, jego wygląd, a dokładniej krótko ostrzyżone włos, wzbudziły podejrzliwość i pogardę wśród chłopaków z Delty, którzy nosili typowe dla cywilów fryzury z włosami podciętymi poniżej uszu, zarost, a nawet bokobrody. Jednak niedługo po objęciu nowego stanowiska Garrison uratował im tyłki. Kilku tajnych „superżołnierzy” zostało przyłapanych na dorabianiu sobie na boku. Pobierali środki finansowe na tajne, międzynarodowe misje zarówno od armii, jak i Departamentu Stanu. W wyniku skandalu cała jednostka mogła zostać rozwiązana, zwłaszcza że i tak wielu starszych oficerów z tradycyjnych oddziałów nią gardziło. Nowy pułkownik z „jeżem” na głowie mógłby zyskać kilka punktów i zwiększyć szanse na awans, publicznie wyrażając oburzenie i wyrzucając winnych. Zamiast tego Garrison położył na szali swoją karierę, stając w obronie jednostki i nakładając karę jedynie na osoby, które dopuściły się największych nadużyć. Wybiegiem tym uratował skórę wielu fachowcom, a jego ludzie nie zapomnieli mu tego. Z czasem jego niefrasobliwy, teksański styl bycia oraz subtelna pewność siebie udzieliły się całej jednostce. Zdarzało się, że chłopcy z przedmieść New Jersey po kilku tygodniach w Delcie zaczynali nosić buty ze spiczastymi czubkami, żuli tytoń i przeciągali głoski jak kowboje.

Garrison przebywał w centrum operacyjnym od pięciu tygodni. Większość czasu spędzał w małym prywatnym biurze obok pokoju operacyjnego, gdzie mógł wyciągnąć długie nogi, oprzeć wysokie buty o blat biurka i odizolować się od wszelkiego hałasu. W przypadku takiej akcji jak ta hałas był jednym z największych problemów. Trudno było odróżnić ważne sygnały od innych dźwięków. W pokoju generała nie było żadnych rzeczy związanych z życiem prywatnym, takich jak zdjęcia rodzinne czy pamiątki. W każdej chwili mógł opuścić budynek i nie pozostawić po sobie żadnych śladów.

Mieli wykonać robotę i zniknąć. Do tego czasu musieli pracować dwadzieścia cztery godziny na dobę. Za budynkiem stała przyczepa, w której generał co jakiś czas robił sobie mniej więcej pięciogodzinną drzemkę. Poza tym większość czasu spędzał na stanowisku dowodzenia – opanowany i gotowy na atak.

Tak też było poprzedniej nocy. Najpierw otrzymali informację, że Aidid, którego kryptonim brzmiał „Miś Yogi”, jest w dzielnicy nazywanej Morzem Czarnym, na terenie zamkniętym należącym do Sheika Adena Adery. Miejscowy szpieg usłyszał o tym od pracującego tam służącego. Zatem kamery z oriona, starego, dużego samolotu szpiegowskiego z napędem śmigłowym, który niemal bezustannie krążył wysoko nad Mogadiszu, zrobiły zbliżenie obszaru, a niewielkie śmigłowce zwiadowcze wzbiły się nad miasto. Żołnierze założyli na siebie cały sprzęt. Teren Adena Adery był jednym z zaplanowanych wcześniej celów, zatem mobilizacja nie zajęła dużo czasu. Niemniej mogli przystąpić do akcji dopiero wtedy, gdy otrzymają potwierdzenie od informatorów. Tak zadecydował Garrison. Zaliczyli już za dużo kompromitujących wpadek. Generał chciał, by przed rozpoczęciem akcji dwaj somalijscy szpiedzy, którzy wejdą do dzielnicy, rzeczywiście zobaczyli Aidida. Wówczas mieli zostawić przy odpowiednim budynku lampę stroboskopową emitującą światło podczerwone. Udało im się dotrzeć w to miejsce, ale opuścili je, nie wypełniwszy żadnego z zadań. Tłumaczyli później, że było tam aż czterdziestu strażników, więcej niż zwykle. Upierali się, że Aidid znajdował się w okolicy, zatem rangersi powinni zacząć działać. Garrison nalegał, by jeden z nich wrócił tam ze światłem podczerwonym, znalazł pieprzonego Misia Yogi i zaznaczył to cholerne miejsce. Dopiero teraz powiedzieli, że nie mogą wrócić. Minęła już godzina dwudziesta pierwsza, było ciemno, a bramy zamknięto na noc. Strażnicy zażądaliby hasła, którego szpiedzy nie znali.

Najwyraźniej mieli pecha. Garrison niechętnie odwołał kolejną misję. Piloci zatrzymali silniki helikopterów, a żołnierze zdjęli z siebie sprzęt i wrócili do łóżek.

Wówczas pojawiły się nowe wieści. Ci sami somalijscy szpiedzy donieśli, że Aidid opuścił zamknięty teren w konwoju składającym się z trzech pojazdów z wyłączonymi światłami, które jechały na zachód w stronę hotelu Olympic. Jeden z informatorów śledził konwój, ale niestety stracił go z oczu, kiedy pojazdy skręciły na północ, w stronę ulicy October 21st Road. Informacja wydawała się ważna, jednak dwa śmigłowce OH-58, które nadal krążyły nad miastem, nic nie zauważyły. Dzięki kamerom z noktowizorem obserwowany teren widać było prawie tak wyraźnie, jak w biały dzień, z tą różnicą, że słoneczne światło zastąpiła zielona poświata. Niestety ani załoga helikopterów, ani ludzie przed ekranami w centrum operacyjnym niczego nie dostrzegli!

„W rezultacie można było odczuć zniechęcenie w [miejscowej siatce szpiegowskiej] oraz w grupie operacyjnej” – napisał odręcznie tego ranka Garrison, siedząc przy biurku w centrum operacyjnym. W ten sposób dał upust frustracji, która narastała w nim przez ostatnie czterdzieści trzy dni. Notatka była zaadresowana do generała piechoty morskiej Josepha Hoara, jego dowódcy w CENTCOM-ie35.

„Zasadniczo członkowie [miejscowej siatki szpiegowskiej] zdają się wierzyć, że raport z drugiej ręki, od osoby, która nie jest członkiem grupy operacyjnej, powinien wystarczyć. Ja tak nie uważam. Ponadto jeśli informacja pochodząca z [miejscowej siatki szpiegowskiej] nie jest zgodna z tym, co widzi załoga naszych helikopterów (obraz rejestrowany przez śmigłowce widzimy w centrum operacyjnym), oczywiste jest, że podejmując decyzję, biorę pod uwagę przede wszystkim to, co widzę, a nie relacje informatorów. Wydarzenia podobne do tych z poprzedniej nocy, kiedy to Zespół 2 utrzymywał, że Aidid właśnie opuścił zamknięty teren w konwoju składającym się z trzech pojazdów, podczas gdy żaden z nas tych pojazdów nie widział, nie wpływają dobrze na nasze morale”.

Zbyt wiele razy znaleźli się o włos od porażki. Okresy bezczynności pomiędzy akcjami nazbyt się wydłużały. W ciągu sześciu tygodni wypełnili tylko sześć misji, przy czym większość z nich nie była spektakularnym sukcesem. Po pierwszym ataku, kiedy aresztowali dziewięciu pracowników ONZ w Lig Ligato, urzędnicy w Waszyngtonie rwali włosy z głowy. Przewodniczący Kolegium Szefów Połączonych Sztabów Colin Powell powiedział później: „Szlag mnie trafił”. Stany Zjednoczone wystosowały publiczne przeprosiny, a pojmanych bezzwłocznie zwolniono.

Grupa szturmowa 14 września zaatakowała dom, który okazał się siedzibą Ahmena Jilao – somalijskiego generała, bliskiego sprzymierzeńca ONZ oraz człowieka przygotowywanego do roli dowódcy planowanych somalijskich sił policyjnych. Zniecierpliwieni żołnierze chcieli w końcu kogoś zaatakować. Kogokolwiek. Wystarczył więc jeden impuls, by sprowokować ich od ataku. Kiedy jeden z rangersów zgłosił, że widział Aidida w konwoju pojazdów przed ambasadą Włoch, zmobilizowano oddział szturmowy, który aresztował nieźle wystraszonego generała Jilao oraz trzydziestu ośmiu towarzyszących mu ludzi. Znów trzeba było przepraszać. Wszyscy „podejrzani” zostali zwolnieni. W depeszy do urzędników w Waszyngtonie, zawierającej szczegóły tego niefortunnego posunięcia, amerykański delegat Robert Gosende napisał: „Liczymy się ze szkodami, jakie powstały w zaatakowanych budynkach (…). Generał Jilao otrzymał przeprosiny od wszystkich zainteresowanych osób. Nie wiemy, czy osobą, którą mylnie uznano za generała Aidida, był generał Jilao. Trudno byłoby pomylić te dwie osoby. Jilao ma dużo jaśniejszą cerę. Aidid jest szczupły i posiada ostre, podobne do semickich rysy twarzy. Jilao jest raczej przy kości i ma okrągłą twarz (…). Martwimy się, czy informacja o tym wydarzeniu nie przedostanie się do prasy”.

Informacja nie znalazła się w mediach, ale w osobom z oficjalnych kręgów grupa zadaniowa znów przypominała nieudolnych policjantów z filmu „Keystone Kops”. Nie miało znaczenia, że każda z tych misji, choć piekielnie trudna i niebezpieczna, została mistrzowsko zrealizowana. Ponadto nikt nie został poważnie ranny. Nie doceniono też, że podczas ostatniego wypadu schwytali Osmana Atto, człowieka ze ścisłego kręgu najbliższych współpracowników Aidida, czuwającego nad finansami watażki. Ludzie z Waszyngtonu niecierpliwili się. Kongres chciał, by żołnierze wrócili do domów, a administracja Clintona zamierzała zdjąć Aidida z piedestału i pozbawić go roli człowieka dyktującego warunki w Somalii. Z sierpnia zrobił się wrzesień, po wrześniu przyszedł październik. Każdy kolejny dzień zwłoki oznaczał coraz większe zniecierpliwienie Amerykanów i reszty świata. Wszyscy czekali na obalenie sprawiającego kłopoty watażki z Mogadiszu, człowieka, którego Madeleine K. Albright, ambasador Stanów Zjednoczonych przy ONZ, nazwała „zbirem”.

Garrison nie mógł pozwolić sobie na kolejne błędy, nawet jeśli ostrożność miała oznaczać zmarnowanie okazji. Wiedział, że zwierzchnicy, a nawet niektórzy z jego ludzi, zarzucali mu niepewność dotyczącą organizacji kolejnych misji. Jednak czego można było się spodziewać przy tak zawodnej siatce wywiadowczej?

„Przed wyruszeniem na akcję z reguły muszą być spełnione następujące warunki: [członek miejscowej siatki szpiegowskiej] informuje, że zauważył Aidida lub jego adiutantów, następnie zdjęcie zrobione z naszego helikoptera podczas wstępnego rozpoznania potwierdza doniesienie szpiega, przy czym raport informatora jest nadal aktualny”, napisał Garrison w notatce do Hoara. „Nie ma takiego miejsca w Mogadiszu, gdzie moglibyśmy nie odnieść zwycięstwa w walce. Jednak jest mnóstwo takich, gdzie możemy pójść tylko po to, by się ośmieszyć”36.

Tymczasem dzisiaj rano, niczym manna z nieba, przyszła wiadomość, że twarde warunki generała zostały spełnione.

W każdy niedzielny poranek członkowie klanu Habr Gidr gromadzili się na drodze Via Lenin, gdzie obrzucali obelgami żołnierzy ONZ i ich amerykańskich goryli. Wśród najważniejszych mówców był dziś Omar Salad, jeden z głównych doradców politycznych Aidida. Członkowie klanu nie zorientowali się jeszcze, że rangersi chcieli schwytać wszystkich najważniejszych członków gangu Aidida, Salad więc nawet nie próbował się ukrywać.

Był jednym z ludzi określanych przez ONZ jako „osobistości najwyższego szczebla”. Po zebraniu widziano, jak jego biała toyota land cruiser oraz kilka innych samochodów odjeżdżają na północ, w stronę targowiska w dzielnicy Bakara. Zaobserwowano, że Salad wchodzi do domu położonego przecznicę na północ od hotelu Olympic. Około trzynastej trzydzieści informację tę potwierdził somalijski szpieg, który połączył się przez radio i doniósł, że Salad spotkał się z Abdim „Qeybdidem” Hassanem Awale, rzekomym ministrem spraw wewnętrznych Aidida. Dwa główne cele! Być może Aidid też tam był, ale – jak zwykle – nikt tak naprawdę go nie widział.

Wysoko w górze orion skierował kamery na okolicę, a śmigłowce rozpoznawcze poleciały nad miasto, nad Morze Czarne, aby obserwować tę samą drogę. Na ekranach telewizyjnych w centrum operacyjnym pojawił się obraz przedstawiający tłum ludzi oraz dużą liczbę samochodów – typowe niedzielne popołudnie na targowisku.

Aby dokładnie oznaczyć miejsce spotkania Salada z Qeybdidem, somalijski informator miał przyjechać przed hotel małym srebrnym sedanem z czerwonymi pasami na drzwiach, a następnie wysiąść i podnieść maskę, udając, że sprawdza, czy wszystko w porządku z silnikiem. Dzięki temu kamery z helikopterów mogłyby go uchwycić. Wówczas miał pojechać na północ i zatrzymać się dokładnie przed domem, gdzie naradzali się przywódcy klanu. Informator wypełnił wszystkie polecenia, lecz manewr z maską wykonał tak szybko, że helikoptery nie zdążyły go uchwycić.