Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Najbardziej ciążą niespełnione obietnice
Matylda Iskrzycka wraca po śmierci matki do rodzinnej Szumawki. Na miejscu odnawia kontakt z dawnymi przyjaciółmi, z którymi rozstała się po tragicznej śmierci ich wspólnej koleżanki Poli. Początkową radość z odzyskania dawnych relacji komplikuje fakt, że każde z nich zaczyna otrzymywać dziwne groźby, a ich ogarnia coraz większe przerażenie. Kto stoi za groźbami? Jakie tajemnice skrywa Szumawka i jej mieszkańcy?
Grzechy śmiertelne to wstrząsający thriller psychologiczny, który odsłoni przed tobą mroczny świat zbrodni, obłędu i rozpaczy.
Magdalena Sobota – jest autorką cyklu kryminałów z serii Śledztwa Herminy Wasylik, powieści Żywok oraz podcastu Paliptacje oraz współautorką serii True Monsters. Interesuje się kryminalistyką, literaturą i teatrem, nieustannie starając się pogodzić swoją największą pasję – pracę – z pisaniem opowieści.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 477
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Magdalena Sobota
Copyright © Oficynka & Magdalena Sobota, Gdańsk 2026
Wszystkie prawa zastrzeżone. Książka ani jej część nie może być przedrukowywana ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Oficynki.
Wydanie pierwsze w języku polskim, Gdańsk 2026
Opracowanie redakcyjne: zespół
Skład: Dariusz Piskulak
Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz
Zdjęcia na okładce: © Daniel Rusiłowicz i AI
Ten e-book jest zgodny z wymogami
Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
ISBN 978-83-68740-06-6
www.oficynka.pl
e-mail:[email protected]
Nostalgia, gr. νóστος: powrót do domu, i ἄλγος: ból.
Mam osiemnaście lat i właśnie trwa pogrzeb mojej najlepszej przyjaciółki.
Nie, „przyjaciółka” to niedopowiedzenie. Jeżeli istnieją bratnie dusze, to ona była właśnie kimś takim. Moim dopełnieniem, brakującym elementem. Tym wszystkim, czego będę już zawsze bezskutecznie poszukiwać w innych ludziach i czego brak będzie mnie od nich odpychał niczym niewidzialna, niepowstrzymana siła. Powie mi o tym terapeuta, gdy za wiele lat wreszcie spróbuję uwolnić się od przeszłości. Teraz jeszcze tego nie wiem; wiem tylko, że straciłam coś cenniejszego, niż potrafię to opisać.
Tak, dziś trwa pogrzeb, ale my nie poszliśmy na cmentarz. A przynajmniej nie na ten, na którym trwa właśnie ceremonia.
Siedzimy na zimnej, wilgotnej trawie, pod chylącą się na prawo sosną. Pachnie torfem i lasem, mimo że to, co nas otacza, jest ledwie zagajnikiem. Opieram się plecami o zimny, szorstki kamień bardzo starej macewy. Emil, siedzący po turecku naprzeciwko mnie, ściska do połowy pustą butelkę taniego piwa. Ma zaczerwienione oczy, chociaż nie płacze.
Nic nie mówimy, mimo że ciążą nam niewypowiedziane słowa. Cisza klei się od smutku, choć tu, na wzgórzu jest lżejsza, tak jakby wiatr rozganiał wątpliwości i żale. Gdy byłam jeszcze przed dwiema godzinami w swoim domu, ubierając czarną sukienkę i upinając włosy, czułam się znacznie gorzej, chociaż pustka, którą mam pod sercem, nie zniknie jeszcze przez wiele, wiele lat.
Żaden z mieszkańców nie zachodzi do kirkutu, bo nikt nie ma takiej potrzeby. Chociaż stare, żydowskie nagrobki to cenny zabytek, a miejsce jest piękne, mało kogo z miasteczka obchodzi historia, a turystów nie ma tu żadnych. Żeby dotrzeć na ten cmentarz, trzeba wspiąć się po stu sześćdziesięciu kamiennych płytach umocowanych w stromiźnie wzgórza, co skutecznie powstrzymuje wielu potencjalnych chętnych. Dzieci z Szumawki, dla których schody to zachęcająca przygoda, boją się za to duchów nawiedzających kirkut – za tę historię odpowiedzialny jest Emil, bo chcieliśmy odstraszyć innych od naszego miejsca. Czasem trafi się historyk-amator albo pasjonat fotografii, który przybył, żeby uchwycić kilka pięknych ujęć, ale to rzadkość. Jeśli ktoś tu przychodzi, to zwykle jesteśmy my.
Ja, Emil, Kornelia, Feliks i Pola.
Tylko, że Pola już nigdy nie usiądzie z nami na tej wiecznie zimnej trawie i nie oprze się o omszałą, majestatyczną macewę.
– Wyglądasz zupełnie jak ona – mówi nagle cicho Feliks. Kornelia natychmiast wbija mu w ramię długie, szponiaste paznokcie, by się uciszył.
– Przestań – upomina go. Dobrze wiemy, że chociaż wszyscy kochaliśmy Polę, to dla mnie była najważniejsza. Znałam ją najdłużej, łączyło nas najwięcej.
– Daj mu spokój, to przecież prawda. – Potrząsam głową, włosy opadają mi na twarz. Jakby nie wystarczyło to, że dzieliłam z Polą wszystko w swoim życiu, to jeszcze wyglądałyśmy jak siostry, prawie identycznie. Obie blade, z ciężkimi, ciemnymi włosami i żółtymi oczami, jasnymi jak wypolerowany bursztyn, o podobnych rysach i sylwetkach. W miasteczku szeptali za plecami mojej matki, że musiała się z kimś puścić, bo to niemożliwe, żeby jakieś inne dziecko było tak podobne do mnie. Zwłaszcza że Pola była adoptowana, co nie stanowiło tajemnicy, i nikt nie znał jej biologicznych rodziców.
– Co teraz? – pyta Emil bezradnie. Już jako dziecko był charyzmatyczny, więc ta niepewność jest w nim obca, jak niepasująca do melodii nuta. Boję się, że jeśli on się załamie, wszystkim nam puszczą nerwy, a na razie nieźle się trzymamy.
– A co ma być? – pyta Kornelia ponuro. W jej rudych włosach migoce słońce, które wpada przez korony drzew i jak zawsze układa się w dziwne, impresjonistyczne wzory. – Będziemy w żałobie.
– Nie zapomnimy o niej – dodaje jej brat.
– Pójdziemy na studia i będziemy dalej żyć – szepcę. To prawda, wiem, że tak będzie, chociaż teraz trudno mi to sobie wyobrazić.
Emil wyciąga do mnie dłoń, ściskam ją, a chwilę później już się obejmujemy, klęcząc na zimnej ziemi starego kirkutu. Szlocham rozpaczliwie, a on przytula mnie mocno, próbując dodać otuchy. Emil pachnie jak przedwiośnie, czuję, że mogłabym go teraz pocałować, że chciałabym to zrobić, ale się powstrzymuję, bo wiem, co z ludźmi potrafi robić żałoba. I nie powinnam całować Emila, ani teraz, ani nigdy.
Feliks dołącza do nas, moje krótkie zawahanie znika, zanim dam dojść do głosu nagłym pragnieniom. We trójkę jest nam już ciasno, zbyt duszno, nasze oddechy cuchną piwem pitym z jednej butelki podawanej sobie z rąk do rąk. Kornelia obejmuje kolana rękami, wpatruje się w nas oczami pełnymi łez.
W tamten majowy dzień widzimy się wszyscy razem po raz ostatni, chociaż obiecujemy sobie przed powrotem do domów, że tak nie będzie. Mija kilka dni, zdajemy maturę, a później ja opuszczam miasteczko i już nie wracamy na stary cmentarz, żeby wypić za wieczne życie Poli ani za naszą przyjaźń.
Tamtego dnia umiera we mnie coś trudnego do zidentyfikowania, nienazwana umiejętność odpowiedzialna za budowanie więzi. Choć będę długo próbować, będę kłamać przed sobą i przed innymi, nigdy nie będę już miała prawdziwych przyjaciół.
Zupełnie tak, jakby tamtego dnia postawiono przede mną ultimatum: oni albo nikt na świecie. I jakbym nieświadomie, przez przypadek dokonała swojego wyboru.
Życie wydaje mi się takie piękne i przejrzyste, teraz kiedy jest piąta trzydzieści nad ranem, a ja dopiero co obudziłam się z głębokiego snu i jeszcze nie potrafię odróżnić go od jawy. Gdy wstanę, nasunę kapcie na stopy i owinę się szlafrokiem, a chłód klimatyzowanego powietrza mnie otrzeźwi, natychmiast stanę się taka, jak zawsze: przygaszona, jak ochrowy kolor nieba przed letnią burzą. Ale na razie wszystko jest jasne i czyste, a ja nie pamiętam, gdzie jestem, kim ani z kim.
Chcę, by ten stan trwał jak najdłużej, dlatego nie przesuwam spojrzenia w bok, na mężczyznę śpiącego bezgłośnie obok mnie ani szafkę nocną, na której leży telefon. Nie chcę ani jednego, ani drugiego. Wolałabym, aby wszystko zniknęło, żeby została wokół mnie tylko mleczna, pachnąca snem przestrzeń, w której jestem sama i wreszcie jestem wolna.
Powoli jednak napływają niechciane, poranne myśli. Trzeba wstać, ciało domaga się kofeiny, muszę je nakarmić, umyć pod chłodnym strumieniem wody, ubrać i wysłać do pracy. Jak na autopilocie, ale jednocześnie nie do końca, bo przecież jestem tam w środku, w skorupie bladej skóry, za lustrami żółtych oczu, które Rafał tak podziwiał na samym początku, zanim mu zbrzydły, a ja wraz z nimi. Świat dobija się do mnie, wyciąga z rozkosznej ciszy, w której niczego nie muszę i stanowię jedność z pościelą, przyszłością i przeszłością. Szkoda.
Wykonuję kolejne czynności, chodząc na palcach, by nie obudzić Rafała, ale koło szóstej i tak wstaje i dołącza do mnie w kuchni. Jest ubrany tylko w bokserki, nie ma idealnego ciała, ale się tym nie przejmuje. Ja też nie mam, choć w przeciwieństwie do niego jestem za chuda. Moje wklęsłości pasują idealnie do jego wypukłości, przynajmniej kiedyś tak było.
– Cześć – mówi neutralnym tonem i robi sobie kawę. – Jak się spało?
– Mogło być. A tobie?
– Też.
To nasza codzienna wymiana zdań, jeśli uda nam się w ogóle spotkać w domu. Często Rafał śpi znacznie dłużej niż ja, więc gdy się budzi, już mnie nie ma. Zresztą ostatnio zaczęłam wcześniej wychodzić, nie ma nawet siódmej, kiedy zamykam na klucz drzwi wejściowe. Wolę, kiedy żegna mnie tylko jego spokojny oddech.
– Co będziesz dzisiaj robić? – pyta, siorbiąc.
– Idę do pracy.
– Myślałem, że dzisiaj masz uczelnię – mówi lekko rozczarowanym głosem i czuję, że narasta we mnie irytacja przemieszana z poczuciem winy. Nie cierpię tego uczucia. – Pojechalibyśmy razem.
– Nie, dzisiaj nie. – Kręcę głową. – Mam zajęcia dopiero w piątek, zastępuję Ewę, pamiętasz?
Chociaż Rafał powinien orientować się w moim harmonogramie, bo pracujemy w jednej katedrze, której on jest kierownikiem, często zapomina o zmianach i modyfikacjach wprowadzanych przez doktorantów i adiunktów w planie zajęć. Już od trzech tygodni nie prowadzę konwersatoriów w poniedziałki, tylko w piątki, ale on nadal nie przyjął tego do wiadomości.
Zabrakło nam tematów. To normalny bieg rzeczy po pięciu latach związku, który zmierza donikąd i obie strony to wiedzą, lecz boją się rzucić wszystko w cholerę i powiedzieć sobie prawdę.
– Wrócę o siedemnastej – mówię, i chociaż jest dopiero szósta piętnaście, zabieram ze stolika torebkę, sweter i wychodzę z mieszkania. Cóż, trudno, będę za wcześnie.
Kiedy siadam na szorstkim siedzeniu, a tramwaj toczy się i podskakuje jak pijany, ściska mi się serce. Od dłuższego czasu powoli, powolutku pęka, a ja usiłuję sklejać szczeliny, ale nic z tego. Rafał chyba ma tak samo, choć po nim w ogóle nie widać emocji. Od dawna nie rozmawiamy szczerze, to może być przyczyna naszych problemów.
Chociaż nie, to ja jestem przyczyną. A właściwie to, że tkwię w miejscu, a on chciałby iść dalej. Nigdy nie sugerował niczego wprost, ale wiem, czego mu brakuje, o czym myśli, kiedy mnie obejmuje. Co sprawia, że pozwala mi siebie unikać, nie dąży do bliskości i nie zależy mu już na tym, z kim się spotykam, dokąd chodzę po zajęciach na uczelni, czy podrywał mnie ten młody doktor z katedry antropologii. Jest mu wszystko jedno.
Mnie też.
Docieram do kanciastego, brzydkiego budynku biblioteki i szukam w torebce kluczy, stojąc w otoczeniu nieco wysuszonego trawnika i klombów róż, które właśnie kwitną. W powietrzu czuć ich trumienny zapach, który zawsze przypomina mi o domu. To z jakiegoś powodu mnie pociesza.
Biblioteka jest cicha jak muzeum. Dominuje w niej ciemnobrązowe drewno: ciemnobrązowa jest powycierana jodełka podłogi, lśniące blaty stolików w czytelni, strzeliste regały na książki i moje długie, przykurzone biurko. Wszystko trochę trąci sklepem z antykami, i to niezbyt dobrze utrzymanym, ale dla mnie to idealne środowisko. Wieczny półmrok, który tu panuje, cienie w kątach, zapach papieru, drewniane, skrzypiące krzesła, ciemnożółte klosze lamp – to wszystko ma swój niepowtarzalny urok. Jasno jest tylko w czytelni, przy wielkim oknie, za którym widać kawałek miejskiego parku z ławkami i latarnią pokrytą ogłoszeniami. Zaraz będę musiała otworzyć to okno, żeby trochę tu przewietrzyć, zestawię też krzesła ze stolików. Wczoraj Justyna na wieczornej zmianie umyła podłogę, dlatego czuję lekki zapach lawendowego płynu do paneli.
Mogłabym tu zamieszkać. Lubię mieszkanie Rafała – jest w nim nawet klimatyzacja, bo on kiepsko znosi upały – ale nie ma w sobie tego czegoś, uroku, który wynika z historii, a który często czuje się w starych domach, archiwach, katedrach. Ja nazwałabym ten brakujący element „duszą”. Nie każdy budynek ją ma, nie każdy zasłużył. Ale moja biblioteka z całą pewnością ma duszę, a może nawet kilka. Stare duchy są uwięzione w jej ścianach, za regałami i w abażurach, pod schodami prowadzącymi na antresolę; łatwo to poczuć, kiedy jest się tu samemu przed otwarciem albo po zamknięciu. Wystarczy wsłuchać się w ciszę dzwoniącą w uszach przebrzmiałymi dawno głosami, wpatrzyć w pogrążone w półmroku, jakby w zadumie stare meble i grzbiety tomów opatrzonych starannie etykietami. Wtedy nawet największy niedowiarek poczułby ciarki na kręgosłupie, jestem pewna.
A może się mylę i to tylko moja wyobraźnia. Odkąd pamiętam, lubiłam historię, dlatego wybrałam ten kierunek studiów, a teraz doktoryzuję się w katedrze historii średniowiecznej. W bibliotece miejskiej odbywałam studenckie praktyki i tak się złożyło, że po obronie pracy magisterskiej zaproponowano mi etat z powodu odejścia jednej z bibliotekarek na urlop macierzyński. Teraz kiedy o tym myślę, to wydaje się trochę gorzkie – ja nigdy nie pójdę na taki urlop – ale miałam ogromne szczęście. Do dziś pamiętam bardzo wyraźnie uczucia, jakie towarzyszyły mi, gdy pierwszy raz przyszłam tutaj jako dwudziestolatka, niosąc papiery z uczelni. Moja opiekunka nie była w stanie znaleźć mi żadnego sensownego zajęcia, więc czyściłam szmatką półki na regałach, jedną po drugiej, godzina po godzinie. Wierzę, że są osoby, które taka robota by zniechęciła, ale ja od tamtej chwili wiedziałam, że chcę przebywać wśród tych ścian jak najczęściej. Chciałam zajmować się książkami, gromadzić je, ewidencjonować, katalogować i wypożyczać. Sprzątać te piękne wnętrza, dbać o miejskie kampanie promujące czytelnictwo, jeździć na targi, zamawiać nowe wydania, organizować wystawy… Marzenie trochę wypłowiało, gdy praktyki się skończyły, a ja zajęłam się nauką na egzaminy, ale później trafiła się oferta, a ja przyjęłam ją natychmiast, nawet bez konsultowania tego z Rafałem, który był niezadowolony, bo chciał załatwić mi pełnoetatową pracę na uczelni.
Ani przez chwilę nie żałowałam swojej decyzji. Pisanie doktoratu i prowadzenie zajęć dla studentów jest co prawda spełnieniem moich marzeń, a może raczej ambicji, ale to praca tutaj sprawia mi prawdziwą satysfakcję. Pasuję tu, bardziej niż gdziekolwiek indziej. Może to kwestia genów – czy można odziedziczyć gen bibliotekarki? – a może przeznaczenie, jeśli ktoś w nie wierzy.
Pamiętam bibliotekę z mojego rodzinnego miasta, małą i skromną, o jasnożółtych ścianach. Latem otwierano drzwi na oścież i dało się usiąść na betonowych schodkach z zabraną z półki powieścią, żeby przeczytać parę stron i upewnić się, czy chce się ją wypożyczyć. Robiłam tak czasami. Książki były dla mnie jak przyjaciele; kiedy mnie otaczały, czułam się pewniej, lepiej i bezpieczniej. W pewnym sensie dalej tak jest.
Ukojona rutyną włączam ekspres do kawy w pokoiku socjalnym, uruchamiam komputer, który dyszy i szumi jak maszyna parowa, zestawiam krzesła na podłogę i zapalam lampy. Wiem, że mam czas. Do ósmej, czyli do otwarcia, jeszcze długo, a potem i tak przyjdzie maksymalnie kilka osób. Dopiero po jedenastej zaroi się od studentów, którzy przyjdą się pouczyć i będą siedzieć tak długo, aż nie skończę zmiany i nie pójdę do domu.
Siadam w fotelu, który znajomo skrzypi, loguję się do systemu i sprawdzam kontrolnie to, co zawsze: czy wszystko w rejestrze się zgadza, co z zamówioną niedawno dostawą, ile książek jest zaległych, a ile rezerwacji, które będę musiała przygotować do odbioru, złożono przez biblioteczny portal internetowy. Od niechcenia przeglądam maile, odpisuję na dwa z nich, upijam łyk kawy.
Dzwoni telefon, ale nie stacjonarny, który ładuje się po mojej prawej stronie, tylko mój prywatny. Komórka wibruje, widzę nieznany numer. Odbieram, bo to może być któryś ze studentów albo jakiś pracownik uczelni, którego numeru nie wpisałam do książki adresowej.
– Matylda Iskrzycka – przedstawiam się. – Słucham.
– Pani Matyldo, dzień dobry – mówi obcy głos. Coś przerywa, ale słyszę, że mój rozmówca szybko oddycha, jakby dokądś szedł. – Słyszy mnie pani?
– Tak. Z kim mam przyjemność?
Przedstawia się, a potem mówi:
– Mam złe wieści, pani mama nie żyje. Bardzo mi przykro, że muszę przekazać tę wiadomość przez telefon.
Zasycha mi w ustach i czuję, że kubek z kawą za moment wypadnie mi z dłoni. Odstawiam go więc i przez chwilę wpatruję się w swoją bladą, oliwkową dłoń z widocznymi na wierzchu żyłami w kolorze malachitu. Czuję, że ta dłoń nie należy do mnie, jestem jakby odrealniona, oderwana od siebie. To dziwne.
– Umarła? – pytam, chociaż przecież już wiem. Mimo że to idiotyczne pytanie, lekarz w słuchawce odpowiada rzeczowo i cierpliwie.
– Niestety. Bardzo mi przykro, pani Matyldo.
Z jakiegoś powodu nagle widzę przed oczami maskotkę, którą matka podarowała mi na siódme urodziny. To była duża, różowa świnka z brązowymi koralikami w miejscach oczu. Gdy wyprowadziłam się z domu, została tam, nie wzięłam jej ze sobą.
Jak nazwałam tę maskotkę? Nie umiem sobie przypomnieć. Podobnie jak twarzy matki, zamiast niej mam we wspomnieniach tylko rozmazane kontury, starą fotografię w sepii, ale z całą pewnością nie człowieka. Co robiłam, kiedy ostatecznie zatarła mi się w pamięci? Siedziałam na piwie z koleżankami ze studiów? Podrywałam swojego wykładowcę z historii średniowiecznej? Paliłam papierosa za papierosem, ślęcząc nad notatkami? A może to był proces, a nie chwila, jakby ktoś ścierał we mnie coś gumką do mazania, pocierając aż do krwi, ale ja nie poczułam?
– Przykro mi – powtarza lekarz, chcąc się upewnić, że nadal go słucham.
– Dziękuję – mówię cicho. – Mogę poznać szczegóły?
– Pani matka miała dwa tygodnie temu operację – oznajmia mężczyzna. – Stanowiła właściwie jedyną szansę na pełne wyleczenie. Niestety, to był ryzykowny zabieg, o czym pani matka wiedziała i na co wyraziła zgodę. I się nie powiódł.
– Ona była chora? – Te słowa wymykają mi się z ust, zanim je przemyślę, i od razu czuję, że lekarz po drugiej stronie z dezaprobatą zaciska usta, chociaż przecież nie mogę tego usłyszeć. Uważa mnie teraz za wyrodną córkę, co każdemu przyszłoby w tej sytuacji dość naturalnie. Ale nie jestem zła ani rozdrażniona, bo wiem, że pewnie on nie miał matki-widma, tylko pełnokrwistą kobietę, która potrafiła się uśmiechać. Nie można zrozumieć czegoś, czego się nigdy nie przeżyło.
– Miała raka trzustki. Postawiliśmy diagnozę półtora roku temu – informuje mnie, a ja mam ściśnięte gardło, choć nie czuję się smutna, tylko rozbita i zagubiona.
Przez osiemnaście miesięcy wiedziała, że jest śmiertelnie chora. Osiemnaście miesięcy chemii, łysienia, rzygania, powolnego godzenia się ze śmiercią, bólu i samotności. Czy dziwię się, że nie zadzwoniła i mi o tym nie powiedziała? Nie. Ja też bym jej o niczym nie powiedziała, więc ją rozumiem, nawet teraz. Ale lekarz nie rozumie. Gdy się odzywa, słyszę irytację.
– Jest pani w telefonie matki wpisana jako kontakt na wypadek nagłych zdarzeń – powiadamia mnie. – Przyjedzie pani zająć się formalnościami? W przeciwnym wypadku…
– Przyjadę – przerywam mu. Teraz wszystko, co było między mną i matką, a także to, czego nie było, traci na aktualności. Każda opowieść ma jakiś koniec i to jest właśnie nasz finał, rozdział, który muszę zamknąć, czy tego chcę, czy nie.
– Jak szybko zdoła pani tu dotrzeć?
Orientuję się, że nie mam pojęcia, dokąd muszę pojechać. Robię się czerwona ze wstydu, ale on nie może mnie zobaczyć, więc pytam:
– Do którego szpitala?
– Lubuski Ośrodek Onkologii – odpowiada.
– Będę jutro – wyduszam, a on dziękuje mi oschle i się rozłącza. Odkładając telefon, czuję ulgę, chociaż jednocześnie wiadomość o śmierci matki ciąży mi między żebrami.
Koniec. Lubię, gdy na ostatniej stronie powieści pojawia się to słowo, bo jest takie definitywne, ostateczne i podsumowujące. Nie wiedziałam o tym aż do teraz, ale najwyraźniej gorzej, kiedy dotyczy mnie samej, bo nagle paraliżuje mnie lęk.
DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ
prolog
jeden
2023 – Matylda
2023 – Feliks
2023 – Matylda
2023 – Kornelia
2023 – Feliks
2023 – Matylda
dwa
2023 – Kornelia
2008 – Kornelia
2023 – Emil
2023 – Matylda
trzy
2008 – Matylda
2023 – Kornelia
2023 – Matylda
2023 – Feliks
2008 – Feliks
2023 – Kornelia
cztery
2023 – Matylda
2008 – Emil
2008 – Kornelia
2008 – Matylda
pięć
2008 – Emil
2023 – Matylda
2008 – Kornelia
2023 – Matylda
2008 – Matylda
2023 – Kornelia
2023 – Emil
2008 – Matylda
2023 – Matylda
2008 – Kornelia
2008 – Feliks
2023 – Matylda
sześć
2023 – Kornelia
2023 – Matylda
2023 – Kornelia
2008 – Emil
2023 – Alicja
2008 – Feliks
siedem
2023 – Emil
2008 – Emil
2008 – Alicja
2023 – Alicja
2023 – Kornelia
2023 – Matylda
2023 – Rafał
2023 – Feliks
2023 – Emil
osiem
2023 – Matylda
2008 – Matylda
2023 – Matylda
2023 – Kornelia
2023 – Alicja
2008 – Feliks
2023 – Alicja
dziewięć
2023 – Matylda
2023 – Emil
2023 – Matylda
2023 – Kornelia
dziesięć
2023 – Kornelia
2023 – Feliks
2023 – Kornelia
2023 – Matylda
2023 – Kornelia
2023 – Matylda
2023 – Feliks
2023 – Matylda
jedenaście
2023 – Matylda
2023 – Feliks
2023 – Matylda
2008 – Pola
2008 – Kornelia
2008 – Emil
2008 – Pola
2023 – Matylda
2008 – Pola
2023 – Pola
2023 – Matylda
2023 – Emil
epilog
2023 – Rafał
2025 – Emil, Matylda i Pola
