Gniew Bogini - Nicol Mirosławska - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Gniew Bogini ebook i audiobook

Nicol Mirosławska

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

48 osób interesuje się tą książką

Opis

Czasem dla miłości jesteśmy w stanie pokonać nawet śmierć.

Ale czy jesteśmy gotowi ponieść tego konsekwencje?

Kiedy Nithe traci swoją ukochaną, jego świat rozpada się na kawałki. Gdy wydaje mu się, że już nigdy nie zdoła się pozbierać, pojawia się iskra nadziei. Mimo sprzeciwu tych, którzy widzą w jego planie czyste szaleństwo, Nithe nie waha się ani przez moment. Jeśli istnieje choć cień szansy na ocalenie Lei, zrobi wszystko. Pytanie tylko, jak wysoką cenę przyjdzie mu za to zapłacić…

Lea trafia do miejsca, którego nie życzyłaby największemu wrogowi. Ale nawet tam znajduje kogoś, kto jest gotów zaoferować jej pomoc. Oczywiście nie za darmo. Lea przystaje na warunki i rusza w otchłań czyhających na każdym kroku niebezpieczeństw. Rozdarta między przeznaczeniem a tęsknotą za bliskimi coraz bardziej zatraca się w destrukcyjnych emocjach, które są jej zupełnie obce.

 

Czy zdoła dokonać właściwego wyboru i będzie walczyć do utraty tchu za świat, który już raz ją pogrzebał?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 566

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 14 godz. 0 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Marcin StecAnna Szymańczyk

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Z PŁOMIENI CHAOSU TOM 3

Gniew Bogini

NICOL MIROSŁAWSKA

Dla wszystkich, którzy choć raz musieli coś poświęcić albo z czegoś zrezygnować.

Życzę Wam, by pojawił się ktoś, kto naprawdę to dostrzeże i doceni.

Symbolika maków

W starożytnej Grecji mak był symbolem odrodzenia. Składano go w ofierze, aby ułatwić ludziom przejście przez proces umierania. Poza tym symbolizuje wieczny sen, pamięć dla poległych, a także przemijanie i wolność.

ROZDZIAŁ 1

LEA

Śmierć nadeszła niespodziewanie, ale nie wydawała się okrutna. Kołysała mnie w swych ramionach, próbując dać namiastkę bezpieczeństwa i spokoju. I mimo że nie czułam już palącego bólu, który wcześniej zalewał moje ciało, emocje wciąż się tliły, nadając cierpieniu zupełnie nowy wymiar. Bolała mnie dusza. Tęsknota, żal, niewyobrażalny smutek – te uczucia zdominowały wszystko inne.

Trudno było mi pogodzić się z faktem, że koniec nastąpił właśnie teraz. W chwili, gdy moje serce w końcu odnalazło właściwy kierunek. Przeznaczenie pogrywało ze mną według własnych, brutalnych zasad.

Wspomnienia wybrzmiały we mnie krzykiem. Słyszałam głosy przyjaciół, widziałam ich twarze, gesty… Jak echo odbijające się od ścian umysłu. Żywiłam nadzieję, że to wszystko okaże się snem, lecz nie miałam już nic do powiedzenia. Pozostała jedynie bolesna świadomość oraz niepojęta samotność. Nie chciałam, by moje istnienie stało się opowiadaną przy ognisku historią. Pragnęłam nadal pozostawać częścią ich codzienności. Mogłam jednak tylko wyobrażać sobie tę rzeczywistość, pogrążona w całkowitej ciemności, z której nie istniało wyjście.

Czy właśnie tak to miało wyglądać? Czy będę przeżywać i rozpamiętywać wszystko w nieskończoność? Nie miałam pojęcia, jak długo trwałam w tym dziwnym zawieszeniu, ale czułam się cholernie zmęczona… Zmęczona i przerażona jednocześnie.

W końcu przestałam walczyć z tym, czego i tak nie mogłam pokonać. Pozwoliłam, by mrok wciągnął mnie bez reszty. Myśli rozpłynęły się jak mgła, a wraz z nimi zniknęło poczucie upływającego czasu.

Stało się to jednak dopiero wtedy, gdy pogodziłam się ze śmiercią.

ROZDZIAŁ 2

NIKOS

Odkąd Lea wypowiedziała swoje ostatnie słowa, czas przestał istnieć, rozmył się w bólu, który rozdzierał od środka. Za każdym razem, gdy ktoś próbował mnie od niej odciągnąć, szalałem. Wpadałem w furię, niezdolny do logicznego myślenia, gotów rzucić się na każdego, kto usiłował nas rozdzielić. Wreszcie wszyscy zrezygnowali. Zostałem sam na dziedzińcu, wśród rozrzuconych, bezimiennych ciał. Ale to nie miało znaczenia. Nic już nie miało znaczenia.

Nie potrafiłem wypuścić Lei z ramion. Trzymałem się jej kurczowo, jakby to mogło cofnąć czas. Lecz ciało, które tuliłem, było już zimne, a ja wciąż nie potrafiłem się z tym pogodzić. Wyrzucałem sobie wszystko. Każdą decyzję, każdy krok, który doprowadził nas tutaj. Pozwoliłem jej iść z nami, naiwnie wierząc, że zdołam zapobiec tragedii. Powinienem był ją zatrzymać, zamknąć gdzieś, choćby siłą, nawet gdyby błagała, krzyczała i znienawidziła mnie za to. Wtedy przynajmniej… wciąż by żyła.

Niebo nad nami zasnuły ciężkie, burzowe chmury blokujące każdy promień wschodzącego słońca. Gdy pierwszy płatek śniegu opadł na moją twarz, wciąż trwałem w bezruchu, jak w milczącym oczekiwaniu na cud. W głębi duszy chciałem wierzyć, że ten śnieg może przynieść oczyszczenie, że Lea otworzy oczy, a nowa rzeczywistość okaże się jedynie złym snem.

Cud jednak nie nadszedł.

Zamiast niego nieboskłon rozdarła błyskawica. Najpierw jedna, zaraz potem druga, jeszcze silniejsza. Ziemia zadrżała od potężnego grzmotu, który przetoczył się przez dziedziniec. Powietrze skwierczało od magii, czułem ją pod skórą. Mrowiła, pulsowała, dzika i nieujarzmiona. Wraz z nią narastały emocje, wśród których dominował gniew. Nie był on jednak całkowicie mój. Pochodził od Yazmin. Bogini się wściekła.

W ciągu kilku następnych sekund burza przybrała na sile, niosąc ze sobą gwałtowne podmuchy wiatru i zamieć. Cały świat wokół zniknął za białą kurtyną. Nieruchome ciała przykryła warstwa nieskazitelnie czystego śniegu, przypominającego miękką pierzynę.

– Nikosie.

Wzdrygnąłem się, gdy Xavier wypowiedział moje imię.

– Musimy się stąd wynieść, zanim Wielka Czwórka odkryje, że wciąż tu jesteśmy.

– Nie zostawię jej – syknąłem, obejmując ciało Lei jeszcze mocniej.

– Nie możemy…

– Nie ruszę się bez niej!

Doradca najpierw głęboko westchnął, po czym opadł na kolana i zacisnął dłonie na moich ramionach tak mocno, że poczułem wbijające się w skórę paznokcie.

– Ona nie żyje, Nikosie. Wiem, że trudno ci się z tym pogodzić, wszystkim nam jest ciężko, ale nie możesz tu tkwić bez końca.

Przez moment patrzyliśmy na siebie z wrogością, jakby każdy z nas próbował zmusić drugiego do ustąpienia. Xavier zacisnął mocno powieki, a gdy ponownie je otworzył, w jego błękitnych oczach przelewała się determinacja. Dodał ze zdecydowaniem:

– Wciąż jeszcze mamy sprawy, których nie dokończyliśmy. Musimy przygotować plan awaryjny i natychmiast się stąd wydostać. Pożegnaj się z nią i ruszajmy.

Gdy dotarły do mnie jego słowa, z ust wyrwało się ciche, bezsilne westchnienie. Wiedziałem, że ma rację. Nie powinniśmy tu dłużej zostać. W końcu to nie była już tylko moja walka. Wciągnąłem w nią bliskich i nie mogłem dalej ryzykować ich życiem.

– Pochowam ją. A potem stąd odlecimy.

Xavier wydawał się nieprzekonany, ale ostatecznie skinął głową.

Wziąłem ją w ramiona i ruszyłem w stronę akademii. Sprawiała wrażenie zbyt lekkiej, jakby jej dusza już dawno odeszła, zostawiając tylko pustą powłokę. Mijałem tych, którzy porządkowali pole walki, jednak nie zwracałem na nich uwagi. Liczyło się tylko to, by dotrzeć do katakumb. Było tam chłodno, sucho i wbrew pozorom bezpiecznie. Wystarczająco, by Lea mogła tu spocząć, zanim przygotuję wszystko do pochówku.

Ułożyłem jej ciało na kamiennej ławie i okryłem je własnym płaszczem, noszącym ślady zaschniętej krwi. Wyciągnąłem dłoń, przywołałem żywioł ognia i zapaliłem pojedynczą świecę; drżący płomień migotał za każdym razem, gdy przez szczeliny do środka wślizgiwał się lekki podmuch wiatru. Usiadłem tuż obok, chcąc spędzić z nią ostatnie chwile.

Wyglądała tak niewinnie, zupełnie jakby śniła i lada chwila miała otworzyć oczy, by posłać mi jedno z tych swoich zadziornych, ciepłych spojrzeń. Ale jej oczy pozostały zamknięte. Przywarłem do niej, nie mogąc powstrzymać drżenia rąk. Przesunąłem palce po jej włosach, a następnie po zimnym jak lód policzku.

– Nie tak miało się to skończyć, najdroższa. Jeśli już któreś z nas miało odejść, to powinienem być ja.

Ująłem jej zimną dłoń i przymknąłem powieki, chcąc chociaż na moment zapomnieć o cierpieniu, w którym trwałem. Nigdy nie doświadczyłem tak palącego bólu. Nawet wtedy, gdy Yazmin pogrążyła się w wiecznym śnie. Jednocześnie czułem się odrętwiały i pusty, wręcz okradziony z cząstki duszy. Poruszyłem się lekko i pochyliłem nad nią, wpatrując się w twarz Lei. Pragnąłem zapamiętać każdą niedoskonałość, rysę i każdy pieg na nosie, zanim czas postanowi je zatrzeć.

Wkrótce usłyszałem kroki. Ten dźwięk sprawił, że mimowolnie napiąłem mięśnie, gotowy do reakcji, mimo iż wiedziałem, że musiał to być ktoś z naszych. Wróg zadałby sobie choć odrobinę trudu, by stąpać ciszej. Niechętnie odwróciłem głowę i napotkałem pełne współczucia spojrzenie Silvy.

Jego twarz emanowała udręką. Mojej uwadze nie umknął fakt, że oczy przyjaciela były spuchnięte i zaczerwienione. W dłoni trzymał bukiet polnych kwiatów, zgnieciony od zbyt mocnego uścisku. Przełknąłem gulę w gardle.

– Xavier powiedział, że cię tu znajdę – wyszeptał niemal bezgłośnie. – Mogę?

Zamiast odpowiedzieć, skinąłem jedynie głową. Nie ufałem własnemu głosowi. A już na pewno nie, kiedy uzmysłowiłem sobie, że nie tkwię w tej agonii całkiem sam.

Silva podszedł powoli, każdy krok wymagał od niego niezwykłej siły. Uklęknął przy Lei, położył kwiaty obok jej dłoni i omiótł ją zbolałym wzrokiem. Dotknął palców. Zrobił to delikatnie, z szacunkiem. W każdym jego geście odbijały się ból i miłość, której nie zdążył wyrazić.

– Nie powinno jej tu być – powiedział w końcu. – Nie w tym lochu. W ogóle nie powinna znaleźć się wśród nas. Przynosimy tylko kłopoty… Powinna odkrywać świat, przeżywać pierwszą miłość… – Głos mu się załamał, a oddech zadrżał, gdy próbował wyrzucić z siebie nagromadzony żal. – Powinny żyć. A my im to odebraliśmy.

Zacisnąłem dłonie, niezdolny do odpowiedzi. Każde jego słowo przeszywało mnie jak ostrze, a mimo to nie zaprzeczyłem. Miał rację. I doskonale wiedziałem, co kryło się za słowem „im”. Nie mówił wyłącznie o Lei, ale także o swojej siostrze, Siran. Obie zasłużyły na wszystko, czego los nie pozwolił im doświadczyć.

Gdyby przeznaczenie ich nie wybrało, zapewne wciąż by żyły. Obie.

Silva usiadł przy moim boku. Nie próbował mnie pocieszać ani mówić, że się ułoży. Rozumiał, że bez Lei wszystko było już stracone, i nie chodziło tylko o misję, która teraz stała się wręcz niemożliwa do zrealizowania, lecz o nas samych. Bez niej świat bezpowrotnie pogrążył się w mroku.

– Oddałbym wszystko, by móc zwrócić jej życie – wyszeptałem, nie odrywając wzroku od bladej twarzy dziewczyny.

Silva otarł łzy z policzków.

– Nie ma na świecie magii, która mogłaby to uczynić – odparł z goryczą.

I wtedy usłyszeliśmy trzeci głos:

– Na ziemi może nie.

Odwróciliśmy się gwałtownie. W ciemności stał Shagar, jego sylwetka pozostawała ledwie widoczna w nikłym blasku świecy. Nie usłyszeliśmy jego kroków. Wcale mnie to nie zdziwiło, biorąc pod uwagę, kim był.

– Ale są jeszcze bogowie – kontynuował, wchodząc powoli do środka. – Nie wszyscy są sprawiedliwi. A już na pewno nie wszyscy są miłosierni, lecz niektórzy… potrafią słuchać.

Zamarliśmy. Silva spojrzał na mnie, potem na Shagara, jakby nie wiedział, czy to, co usłyszał, jest czystym szaleństwem, czy podstępem. W przeciwieństwie do mnie potrafił zachować dość rozwagi, by naprawdę wsłuchać się w jego słowa. Ja natomiast chwytałem się ich kurczowo, jak tonący brzytwy.

– O czym ty mówisz? – zapytałem ostrożnie, próbując stwarzać chociażby pozory, że wcale nie pragnąłem chwycić go za poły munduru i uzyskać więcej odpowiedzi siłą.

Shagar uśmiechnął się blado. Zerknął na Leę, a jego uśmiech natychmiast przygasł, ustępując miejsca melancholii. Chciałbym wierzyć, że tylko grał, lecz on zdawał się darzyć ją prawdziwym uczuciem… Być może nie miało to związku z miłością, tak jak podejrzewałem wcześniej, ale ewidentnie stanowiła jego słabość. I po raz pierwszy w całym swoim pieprzonym życiu nie miałem mu tego za złe. Wręcz przeciwnie. Wierzyłem, że jeśli Shagar coś do niej czuje, ten jeden raz nie spróbuje wyprowadzić mnie na manowce.

– Istnieje miejsce, gdzie granica między życiem a śmiercią jest tak cienka, że niemal się zaciera. Gdzie można rozmawiać… negocjować. Ale podobno cena jest bardzo wysoka.

Znów zapadła cisza. Myśli kotłowały mi się w głowie, a serce biło szybciej, jakby już zdążyło podjąć decyzję.

– Gdzie? – zapytałem w końcu. – Gdzie jest to miejsce?

Shagar wzruszył ramionami i skrzyżował ręce na torsie.

– Nie wiem dokładnie. To tylko pogłoski. Mówią, że jeśli desperacko pragnie się sprowadzić kogoś z powrotem… bogowie sami odpowiedzą.

– Bzdura – wycedziłem, potrząsając głową. – Gdyby to była prawda, już bym został wysłuchany.

Mag wbił we mnie spojrzenie. Jego oczy się zwęziły, a wzrok nabrał ostrości, niemal wyzywającej.

– Doprawdy? A prosiłeś? Czy tylko się nad sobą użalałeś? To dwie zupełnie różne rzeczy.

Zamilkłem. Słowa Shagara uderzyły mocniej, niż chciałem przyznać. Czy naprawdę prosiłem? Czy błagałem z całego serca, czy tylko tonąłem w żalu, oczekując, że ktoś zabierze ode mnie choć część tego przeklętego cierpienia?

Silva spuścił wzrok, zapewne nie zamierzał uczestniczyć w tej rozmowie. A może sam zmagał się z tymi samymi pytaniami i nie chciał, bym dostrzegł jego wątpliwości?

– Jeśli to prawda, to co trzeba zrobić? Jak ich wezwać?

Mag podszedł bliżej. W jego spojrzeniu nie dostrzegłem triumfu, tylko jakiś dziwny ciężar.

– Podobno musisz znaleźć się na krawędzi życia i śmierci… Jedną nogą być w świecie umarłych. Tylko w ten sposób zdołasz nawiązać kontakt z bogami.

Kurwa.

Silva podniósł głowę. Jego twarz była blada jak płótno. Wędrował wzrokiem między nami, wyraźnie przerażony, chyba zastanawiał się, czy obaj nie postradaliśmy zmysłów.

– Nie pozwolę ci na to – powiedział nagle. – To szaleństwo. Nie mamy pewności, czy to prawda… A nawet jeśli, to co potem? Co jeśli nie wrócisz albo jeżeli Lea wróci… ale nie taka, jaką pamiętamy?

Zerknąłem na nią. Nieruchomą, a jednak wciąż tak piękną, jakby czas nie miał nad nią żadnej władzy. Myśl, że jej spojrzenie znów mogłoby napotkać moje, że uśmiech, który znałem na pamięć, powróciłby choć na chwilę – rozbudziła we mnie zupełnie nowy poziom determinacji. Wiedziałem, że nie cofnę się przed niczym. Byłem gotów nawet na śmierć, jeśli dzięki temu Lea mogłaby odzyskać życie.

– Jeżeli istnieje choć cień szansy – zwróciłem się do przyjaciela – muszę ją wykorzystać. Nawet jeśli to oznacza, że sam się zatracę.

Shagar skinął głową, najwyraźniej dokładnie takiej odpowiedzi się spodziewał.

– Nie ma mowy! – wybuchnął Silva, zrywając się z miejsca. Poczerwieniał ze złości, a oczy błyszczały mu gniewem. – Jesteście popieprzeni, obaj! Nie możemy igrać z przeznaczeniem! Nie wolno zaburzać naturalnego porządku! Lea odeszła, Nikosie, i musisz się z tym pogodzić. – Zamilkł na chwilę, ale tylko po to, by nabrać powietrza i wyrzucić z siebie kolejne słowa: – Nie możesz się kierować egoistycznym pragnieniem odzyskania jej! To chore! A jeśli sprowadzisz coś, co nie będzie już Leą? Co jeżeli cena okaże się zbyt wysoka?

Stałem nieruchomo, czując, jak jego słowa rozrywają mnie od środka. Lecz nie mogłem się wycofać. Nie, kiedy podjąłem już decyzję.

– Nie istnieje cena, której nie byłbym w stanie zapłacić – odparłem, mrużąc gniewnie oczy, po czym dodałem z naciskiem: – Zrobię. Wszystko.

Silva przyglądał mi się z niedowierzaniem, szukając resztek zdrowego rozsądku, których mógłby się chwycić, żeby mną potrząsnąć. Bezskutecznie. Nie mógł znaleźć niczego poza desperacką nadzieją, doprowadzającą mnie na skraj szaleństwa.

Opadł z powrotem na kamienną ławę, obezwładniony bezsilnością.

– Nie powstrzymam cię – powiedział w końcu, jakby dopiero to do niego dotarło. – Ale nie przyłożę do tego ręki. Nie mam już siły żegnać tych, których kocham.

Skinąłem głową. Rozumiałem to. A może po prostu też brakowało mi siły, by wciągać go w kolejną historię, która nie dawała gwarancji powodzenia. Już i tak wystarczająco go zawiodłem… Jak zresztą wszystkich.

Shagar podszedł do mnie i położył mi dłoń na ramieniu.

– Ja z przyjemnością ci pomogę. – Kącik jego ust drgnął nieznacznie, choć w oczach czaił się cień niepokoju. – Wierzę, że zdołasz ją sprowadzić z powrotem.

Spojrzałem na nią jeszcze raz. Okryta moim płaszczem wyglądała, jakby chroniła się przed światem, który ją zawiódł. Bezbronna. Zgaszona przez coś, na co nie miała wpływu.

Silva siedział w milczeniu, z twarzą ukrytą w dłoniach. Nie odezwał się ani słowem. Kochał ją jak siostrę, ale ingerencja w naturalny porządek rzeczy wykraczała poza jego granice. Nie miałem mu tego za złe. Od zawsze różniliśmy się w wielu kwestiach. A mimo to byliśmy nierozłączni. Wierzyłem, że mimo mojej decyzji nasza przyjaźń przetrwa i Silva zdoła mi wybaczyć.

Odwróciłem się do Shagara. Popatrzyłem mu głęboko w oczy i powiedziałem stanowczo:

– Zrób to. Wbij mi sztylet w serce.

ROZDZIAŁ 3

LEA

Ocknęłam się w miejscu, w którym panowała bezwzględna noc. A mimo to widziałam wszystko bardzo dokładnie; w oddali majaczyły ciemne skały, a nieopodal płynęła rzeka, której nurt zdawał się przeczyć naturze. Woda przypominała płynny atrament, gęsty i nieprzenikniony.

Podniosłam się powoli. Moje ciało drżało, zesztywniałe od leżenia na zimnych kamieniach. Spojrzałam w niebo, ale mimo ciemności moim oczom nie ukazały się znajome gwiezdne konstelacje. Nie było księżyca roztaczającego wokół siebie blask. Nad głową rozciągało się sklepienie utkane z głębokiej, nieprzeniknionej czerni. Im dłużej się w nie wpatrywałam, tym odczuwałam coraz większy niepokój. Zrobiłam krok w stronę rzeki. Jej powierzchnia lśniła nieruchomo, przypominając obsydian. Cisza wokół zdawała się na mnie napierać, a powietrze drżało pod wpływem jakiegoś dziwnego, trudnego do nazwania napięcia. Przez cały ten czas czułam na sobie czyjś wzrok. Czyjąś natarczywą obecność. Oddziaływała na wszystkie moje zmysły. Nikogo nie dostrzegłam, a jednak podświadomość mówiła, że nie jestem sama. Zatrzymałam wzrok na dziwnej cieczy imitującej wodę. Patrzyłam na nią jak zahipnotyzowana, czując, że coś mnie do niej przyciąga, a serce biło mi szybciej.

Nie musiałam długo czekać.

Z ciemnego nurtu wyłoniła się postać. Czarna szata oplatała jej sylwetkę, stapiając się z krajobrazem niczym cień. Sunęła z niepokojącą gracją, sprawiając wrażenie, jakby unosiła się nad powierzchnią wody. Wokół niej drżało powietrze, wibrujące od niewidzialnej siły. Nagle uniosła ręce i zsunęła kaptur.

Zamarłam.

Ujrzałam męskie oblicze otoczone srebrzystą poświatą. Twarz była blada, ziemista, niemal kredowa. Oczy – całkowicie białe, pozbawione źrenic i tęczówek – wbiły się we mnie z taką intensywnością, że przez moment zapomniałam, jak się oddycha.

Przekręcił delikatnie głowę i uniósł kącik ust. Ten gest, choć przypominał uśmiech, okazał się zimny i okrutny, pozbawiony cienia człowieczeństwa. Mimowolnie cofnęłam się o krok. Nie ze strachu. Strach był już tylko wspomnieniem. Kierował mną głęboko zakorzeniony instynkt, echo dawnego życia, które nie chciało całkiem zgasnąć.

– Nie powinno cię tu być – powiedział, a tembr jego głosu nie tyle rozbrzmiewał w przestrzeni, co wibrował w moim wnętrzu. – Nie podjęłaś nawet walki o swe życie. Rozczarowałaś mnie, Leo.

– Kim… jesteś?

Odnosiłam wrażenie, jakbym nie odzywała się latami. Słowa grzęzły mi w gardle, a każda próba ich wydobycia stanowiła walkę z własnym ciałem. Mężczyzna przyglądał mi się oceniająco.

– Władcą Podziemia – odparł niemal szeptem. – Tym, przed którym drżą żywi i umarli. Masz szczęście, że trafiłaś właśnie tu, a nie do Niebios. Zanudziłabyś się tam z tym swoim ognistym temperamentem. Oni uwielbiają posłuszeństwo, a ty, cóż… Chyba masz z tym dość spory problem.

Zadrżałam. Panika zalała moje ciało, rozlewając się po nim jak trucizna. Dlaczego trafiłam właśnie tutaj? Do miejsca, gdzie kończyli najgorsi – magowie bez sumienia, ludzie pozbawieni kręgosłupa moralnego. Przecież nie byłam jedną z nich. Nie mogłam być.

– Anu… – wyszeptałam łamiącym się głosem, przeklinając się w duchu za to, że nie zdołałam zapanować nad emocjami.

– We własnej osobie – odparł, kłaniając się nisko z przesadną elegancją. Jego ruchy emanowały pewnością siebie, zakrawającą na arogancję, jakby fakt, kim był, stanowił powód do chwały. – A ty jesteś wcieleniem tej, która pragnęła nas zgładzić – kontynuował, delektując się każdym słowem jak wybornym winem. – Tą, która miała sprawić, by sprawiedliwości stało się zadość. Ale skoro stoisz tu przede mną… zakładam, że plan się nie powiódł. Znowu. To takie… rozczarowujące.

Nie miałam siły, by zaprzeczyć. Coraz bardziej wątpiłam, czy kiedykolwiek byłabym w stanie udźwignąć tak trudne i odpowiedzialne zadanie. Zginęłam, zanim zdążyłam stanąć do walki… A może po prostu nie podjęłam się wyzwania? Zmarnowałam szansę, by udowodnić, że jestem godna ciężaru, który mi powierzono. Albo… wcale nie chciałam walczyć. Może od początku pozostawałam tylko cieniem nadziei, a nie źródłem.

– Umarłam… – podsumowałam bardziej do siebie niż do niego.

Anu uśmiechnął się szerzej, a twarz rozpromieniła się srebrzystym światłem, podobnym do aury, która go spowijała.

– Śmierć to tylko kolejny etap wędrówki, Leo. Nie trzeba się jej obawiać, chociaż w moim królestwie ta podróż rzeczywiście nie należy do lekkich i prostych.

– Cudownie – prychnęłam, z trudem powstrzymując przewrócenie oczami.

Anu zbliżył się nagle, stanął zaskakująco blisko i pochylił się tak, że jego twarz niemal musnęła moją. Wstrząsnął mną dreszcz, gdy poczułam, jak wciąga powietrze, jakby mnie obwąchiwał. Z przesadną ostrożnością ujął kosmyk moich włosów w blade palce. Obracał go, przechylając głowę w bok z tą samą fascynacją, z jaką drapieżnik przygląda się schwytanej ofierze.

Zamarłam, wstrzymując oddech.

– Fascynujące – wymruczał, zaciągając się zapachem. Przymknął powieki, a jego twarz przybrała wyraz niepokojącego uniesienia, jakby czerpał z tego jakąś chorą, niewytłumaczalną przyjemność.

Wzdrygnęłam się, czując narastające obrzydzenie. Coś w tym było mocno niewłaściwe. Po raz pierwszy, odkąd tu trafiłam, ogarnął mnie prawdziwy lęk przed tym, co mogę tu spotkać.

– Pachniesz życiem – skwitował.

Cofnęłam się o krok, próbując zwiększyć dystans między nami. Uniosłam podbródek i spojrzałam na Anu wyzywająco. Sekundę później pojawiła się trwoga i natychmiast tego pożałowałam.

– Dopiero co umarłam. Co w tym dziwnego?

Roześmiał się miękko i jak gdyby nigdy nic znów się do mnie zbliżył. Ponownie chwycił mnie za włosy i szarpnął za nie gwałtownie, zmuszając, bym na niego patrzyła.

– Na tym etapie powinnaś już cuchnąć śmiercią – wyszeptał, po czym oblizał usta. – Minęło kilka godzin, odkąd umarłaś, a mimo to wciąż tli się w tobie życie. Tak dawno nie czułem tej świeżości, że z trudem się powstrzymuję, by nie sięgnąć po więcej.

Przesunął kciukiem wzdłuż mojej żuchwy i musnął delikatnie dolną wargę. Palce drugiej dłoni zacisnął mocno na moich i z wyraźną, choć niepokojącą stanowczością nakierował je na swoje krocze i zacisnął na twardej męskości. Jęknął przeciągle.

W normalnych okolicznościach serce waliłoby mi w piersi niczym młot, ale tutaj, pod ziemią, nie wyczuwałam jego chaotycznego bicia. Rozszerzyłam oczy pod wpływem zdumienia i wyrwałam się mężczyźnie, czując, jak pod skórą pulsuje pożoga.

– Jesteś nienormalny – wyrzuciłam z obrzydzeniem. – Zbliż się do mnie jeszcze raz, a przysięgam, że puszczę z dymem całe to twoje pieprzone królestwo. – Machnęłam dłonią na otaczającą nas przestrzeń.

– Grozisz mi? – Uniósł brew, uśmiechając się łobuzersko. – A ja właśnie zamierzałem przedstawić ci propozycję, której naprawdę nie powinnaś odrzucać.

Nie wiedziałam, czy bardziej kipiałam ze złości, czy zwyczajnie targał mną strach. On natomiast sprawiał wrażenie wyraźnie rozbawionego. To tylko dolało oliwy do ognia.

– Nie ma mowy, bym poszła z tobą do łóżka – wycedziłam.

Anu westchnął przeciągle, jakby moje słowa były jedynie drobną niedogodnością.

– Szkoda, doznałabyś przyjemności, o jakiej nigdy nie śniłaś, ale nie taką propozycję miałem na myśli.

Zaplotłam ręce na piersiach.

– Dobijanie z tobą targu świadczyłoby o tym, że kompletnie postradałam rozum. Dzięki, ale nie skorzystam.

– Nawet gdyby stawką był powrót do świata żywych?

Puls mi przyspieszył, choć w piersi panowała głucha pustka. To uczucie było irracjonalne, przypominało ból fantomowy. Myśl o powrocie do życia, do Nithego… o wyrwaniu się z rąk tego obłąkanego szaleńca, okazała się tak kusząca, że niemal bolesna. Ale przede wszystkim nierealna. Umarłam i nikt nie mógł tego zmienić, nawet władca Podziemia.

Roześmiałam się gorzko, nie próbując już kryć cierpienia. Bóg obserwował mnie z niezmąconym spokojem, zdawało się, że moja reakcja była dla niego czymś zupełnie oczywistym, wręcz spodziewanym.

– Żal ci, prawda? – zapytał. – Żal tego, co za sobą zostawiłaś. Tego, co oddałaś w tak bezsensowny sposób.

Zacisnęłam zęby, starając się odzyskać nad sobą kontrolę. Nie chciałam, by widział, że trafił w sedno. Ale on już to wyczuł. Przenikał moje emocje z łatwością, jakby były jedynie kolejną stroną w otwartej księdze.

– Chciałbym powiedzieć, że masz czas, żeby się zastanowić, lecz musiałbym skłamać – dodał, po czym zaczął się oddalać. – Każda kolejna sekunda zwłoki sprawi, że nić życia, która, nie wiedząc dlaczego, wciąż się w tobie tli, zacznie się kruszyć. A gdy pęknie, nie będzie już odwrotu. Zostaniesz tu na zawsze. I zaczniemy się razem świetnie bawić.

Czy naprawdę chciałam rozważyć układ z nim? Nawet jeśli jego propozycja mogła być pułapką? Przecież Anu należał do generacji bogów, którą Yazmin zamierzała zgładzić… Zatem dlaczego nie wydawał się rozgniewany, a bardziej zrezygnowany? Jakby zwycięstwo nie miało dla niego żadnego znaczenia. Miałam mętlik w głowie.

– Stój! – krzyknęłam, gdy jego sylwetka niemal rozpłynęła się w mroku. – Potrzebuję więcej informacji i… chcę poznać cenę – dodałam drżącym głosem.

Anu odwrócił głowę i zmierzył mnie spojrzeniem spod uniesionej brwi. Po chwili skinął lekko, co znaczyło, że podjął jakąś decyzję.

– Wyjaśnię przy kolacji. W końcu jesteś wyjątkowym gościem. A tacy zasługują na specjalne traktowanie.

– A nie mówiłeś przed chwilą, że każda sekunda zwłoki zwiększa ryzyko, że utknę tu z tobą na zawsze?

Zignorował moje słowa, a może w ogóle do niego nie dotarły. Wskazał coś palcem. Podążyłam za nim wzrokiem i dopiero wtedy to zobaczyłam.

W oddali, na tle obsydianowego nieba majaczył czarny pałac – monumentalna budowla osadzona na wulkanicznej skale. Po jej zboczach spływały leniwie strumienie lawy, przypominające żyły pulsujące tuż pod cienką warstwą skóry. Czerwień była jedynym kolorem, który przełamywał wszechobecną czerń. Jedynym dowodem na to, że to miejsce wciąż tętni życiem, choć nie takim, które znałam z definicji.

Przełknęłam ślinę.

– Tam mieszkasz?

– Nie martw się – odparł z tajemniczym uśmiechem. – Wygląda groźnie, ale w środku jest znacznie przytulniej. Mam nawet bibliotekę, której, jestem pewien, że mogłabyś mi pozazdrościć.

Ruszył przed siebie, chyba nawet przez chwilę nie brał pod uwagę, że byłabym w stanie się mu sprzeciwić. Ja jednak stałam jak wrośnięta w ziemię. Wychodziło na to, że wyczuł moje zawahanie, bo zatrzymał się i spojrzał na mnie przez ramię.

– Chodźmy, Leo.

Każda komórka ciała krzyczała, by zawrócić. Instynkt podpowiadał, że kroczy przede mną szaleniec, któremu pod żadnym pozorem nie powinnam ufać. A jednak ten sam mężczyzna był jedyną opcją na odzyskanie mojego życia. Ryzykiem, które mimo wszystko wydawało się warte podjęcia.

Zrobiłam krok. Potem kolejny.

Szłam ostrożnie, cały czas trzymając się od niego na bezpieczną odległość. Po powitaniu, jakie mi zafundował, wolałam zachować dystans. Przez większość wędrówki władca Podziemia milczał, wyraźnie zamyślony.

Gdy w końcu dotarliśmy na kamienny most, pod którym znajdowała się fosa, poczułam, że grunt pod stopami zaczyna pulsować. Delikatnie, niemal niezauważalnie, jakby oddychał. Wydawało się, że coś żyło pod powierzchnią.

I wszystko wskazywało na to, że tak właśnie było.

Spojrzałam w dół, ale nie ujrzałam czarnej otchłani. Zamiast niej dostrzegłam zamarzniętą taflę. Pod nią poruszało się coś ogromnego… i przerażająco obcego. Stworzenie wiło się pod lodem niczym gigantyczny wąż. Jego czarne cielsko przecinały pulsujące, czerwono-żółte pęknięcia.

Przyspieszyłam kroku, chcąc znaleźć się jak najdalej.

Pałac górował nad nami, ukazując w pełni swoją złowrogą majestatyczność. Jego mroczne wieże wznosiły się ku obsydianowemu niebu. W swoim życiu widziałam wiele budowli, od ruin po opływające bogactwem rezydencje, żadna jednak nie wzbudziła we mnie tylu skrajnych emocji.

We wnętrzu dostrzegłam zaledwie kilka wąskich okien. Wszystkie zasłonięte karmazynowymi zasłonami, które poruszały się lekko, choć powietrze zdawało się całkowicie nieruchome. Było duszno, jakby od wieków nie przeszedł tędy żaden świeży podmuch wiatru.

Anu zatrzymał się przed masywnymi wrotami żłobionymi w misterną sieć wzorów. Te wijące się linie sprawiały wrażenie ożywać w chwili, gdy wyczuły jego obecność. Spojrzał przez ramię i uśmiechnął się pokrzepiająco. Ten gest, choć pozornie ludzki, miał w sobie coś nienaturalnego. Pchnął drzwi z zaskakującą łatwością. Zawahałam się tylko przez ułamek sekundy.

Odetchnęłam głęboko, a następnie ruszyłam przed siebie, powtarzając w myślach, że skoro do tej pory tak wiele przetrwałam, poradzę sobie też z kolacją u obłąkanego boga.

W końcu nie miałam już nic do stracenia.

ROZDZIAŁ 4

LEA

Po przekroczeniu progu pałacu od razu zrozumiałam, co Anu miał na myśli, mówiąc, że to miejsce jest znacznie przytulniejsze, niż się wydaje.

Hol pałacu, choć z zewnątrz surowy, okazał się emanować domowym ciepłem. Przestrzeń wypełniały miękkie dywany łagodzące chłód marmuru, a w powietrzu unosił się delikatny zapach róż, zupełnie niepasujący do monumentalnej architektury. Złota poświata ogromnego żyrandola otulała wnętrze światłem przypominającym zachód słońca, podkreślając subtelne stiuki w barwie kości słoniowej. W kątach stały aksamitne fotele i niewielkie stoliki, zapraszające do odpoczynku. Całość tworzyła atmosferę eleganckiego, przytulnego salonu, który nie onieśmielał, lecz koił zmysły i budził poczucie bezpieczeństwa.

– I jak? – zapytał, zatrzymując się na środku holu.

Zanim odpowiedziałam, raz jeszcze objęłam wzrokiem to niezwykłe wnętrze.

– Dosyć zaskakująco.

Uśmiechnął się lekko, jakby moja reakcja była dokładnie taka, jakiej oczekiwał. Sprawiał wrażenie wyraźnie zadowolonego.

– Cieszę się, że ci się podoba – odparł z dumą i ruszył wzdłuż korytarza, który rozciągał się za holem. – Niektórzy spodziewają się chłodu, ciemności, może nawet krwi na ścianach. Ale to moja ostoja.

Każdy krok zapadał się w miękkim dywanie, tłumiąc odgłos naszych stóp. Ściany emanowały ciepłem, jakby ktoś tchnął w nie odrobinę życia.

– To miejsce… mocno kontrastuje z otoczeniem na zewnątrz – odezwałam się cicho, bardziej do siebie niż do niego.

I nie miałam na myśli samego otoczenia, gdyż zmieniło się także zachowanie władcy. Gdy Anu przekroczył próg pałacu, złagodniał, zostawiając za sobą tamtego szaleńca. Tego, który mnie obwąchiwał… i nie tylko.

– Bo Podziemie nie jest tym, co wszyscy sobie wyobrażają – poinformował, nie odwracając się. – To nie tylko mrok i potępienie. To pamięć. Spokój. – Zatrzymał się przed kolejnymi drzwiami, tym razem mniejszymi od poprzednich, lecz równie misternie zdobionymi. – Gotowa? – zapytał, spoglądając na mnie z ukosa.

Nie odpowiedziałam od razu. W mojej głowie wciąż krążyły obrazy: róże, światło, aksamitne fotele. Bogowie, a co, jeśli to wszystko jest tylko fasadą? Iluzją, która ma mnie zmylić?

Wzięłam głęboki oddech.

– Gotowa – powiedziałam, choć nie byłam pewna, czy to prawda.

Drzwi otworzyły się bezszelestnie, jakby same ustąpiły przed jego wolą. Za nimi rozciągała się przestrzeń, która na moment odebrała mi dech w piersi. Sala okazała się ogromna, lecz nie zimna. Światło płonących świec odbijało się od złoconych ram obrazów, od kryształowych kielichów i od tafli ciemnego drewna, z którego wykonano stół – okrągły, masywny, a mimo to elegancki. Na jego powierzchni rozłożono zastawę wyglądającą jak wyjęta z królewskiego bankietu: porcelana o delikatnych wzorach, sztućce z ciemnego srebra, kielichy z winem, które połyskiwało jak rubiny.

– Kiedy zdążyłeś to wszystko przygotować? – zapytałam, nie kryjąc zdziwienia.

Anu uśmiechnął się tajemniczo, po czym bezszelestnie odsunął jedno z dwóch krzeseł i zaprosił mnie, bym zajęła miejsce. Musnął palcami moje ramię i kark, a mną znów wstrząsnął dreszcz. W dłoni niemalże natychmiast uformował się płomień, którym w niego cisnęłam.

– Nie. Dotykaj. Mnie – warknęłam, zaciskając z całych sił szczęki.

Jego szata zajęła się ogniem, ale Anu strzepnął go jak niewidzialny okruch i po płomieniach nie było już śladu. No, może z wyjątkiem wypalonej w materiale dziury.

Zmroził mnie wzrokiem i pokręcił głową z dezaprobatą.

– To moja ulubiona szata.

Usiadłam ostrożnie, starając się nie naruszyć perfekcyjnie ułożonej kompozycji zastawy, podczas gdy Anu zajął miejsce po przeciwnej stronie stołu. Subtelne, niemal eterycznie piękne wnętrze boleśnie kontrastowało z moim wyglądem. Byłam brudna, zmęczona, z zaschniętą plamą krwi na bluzce – tuż nad sercem, w miejscu, gdzie jeszcze niedawno tkwiła strzała. Otoczona porcelaną i srebrem, siedząc przy stole, który wyglądał jak wyjęty z pałacowych sal, czułam się jak obcy element w doskonale skomponowanej układance. Niepasująca. Wyrwana z innego świata.

Zatrzymał wzrok na kielichu. Wino połyskiwało w krysztale, przyciągając spojrzenie jak zaklęty artefakt. Poczułam nagłe, niemal bolesne pragnienie. Od jak dawna moje usta nie zaznały choćby kropli wody? Godziny? Dnia? Czas zatracił sens, rozpłynął się w bólu i chaosie. Każda komórka ciała krzyczała o ulgę, o odrobinę wilgoci, która ugasiłaby to pragnienie.

A jednak trwałam w bezruchu.

Sparaliżowana niepewnością i przytłoczona wątpliwościami nie śmiałam sięgnąć po kielich jako pierwsza.

– Tutaj czas jest pojęciem względnym – podjął. – W tym miejscu wszystko podporządkowane jest mojej woli.

Na dowód swoich słów zaklaskał w dłonie. Stół zatrząsł się lekko i w mgnieniu oka pokrył się dziesiątkami aromatycznych potraw. Rozszerzyłam oczy pod wpływem nagłego szoku. Pieczony indyk o złocistej skórce, ryby, owoce morza ułożone niczym klejnoty, desery, misy pełne soczystych owoców, które cieszyły wzrok wyrazistymi barwami. Zapachy uderzyły we mnie z taką siłą, że poczułam łzy. Głód, dotychczas będący cieniem, teraz objawił się w całej swojej brutalnej natarczywości.

Anu ani przez chwilę nie zwrócił uwagi na zastawiony stół. Skupiał spojrzenie wyłącznie na mnie. Ani razu również nie mrugnął.

– Zanim przejdziemy do sedna… – odezwał się, sięgając po wino. Głos miał miękki, lecz podszyty jakąś ostrą nutą. – Pozwól, że wzniesiemy toast. – Uniósł kielich, a na jego wargach zagościł uśmiech. Z pozoru delikatny, niemal niezauważalny… ale niezaprzeczalnie przebiegły. – Za naszą owocną znajomość – powiedział, akcentując ostatnie słowo tak, jakby miało jakieś ukryte znaczenie.

Zatrzymał dłoń w oczekiwaniu na mój ruch. Sięgnęłam po naczynie, nie odrywając od niego wzroku. Wkrótce dźwięk obijających się o siebie kieliszków przeszył ciszę, a przez moje ciało przebiegł dreszcz. Wewnętrzne pragnienie wybuchło niczym ogień. Każda cząstka mnie błagała o ukojenie dla zaschniętego gardła. Musiałam skupić całą wolę, by nie wypić zawartości jednym gwałtownym haustem.

Anu obserwował mnie spokojnie, aż w końcu lekko skinął głową. Uniosłam kielich do ust. Z pierwszym łykiem ogarnęło mnie niespodziewane odprężenie.

Zamknęłam oczy.

Przez moment czułam… siebie. Nie tę udręczoną, ranną i zagubioną dziewczynę, ale tę, która niegdyś znała swoją wartość i miejsce na ziemi. Której świat nie zdołał złamać. Tę, której serce tętniło mocą, nie strachem. Czułam się potężniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.

Kiedy uchyliłam powieki, wszystko wokół delikatnie się rozmazało. Świece pulsowały niespokojnym blaskiem, jakby tańczyły w rytmie moich oddechów. Barwy stały się intensywniejsze, powietrze gęstsze.

– To jedynie przedsmak… – powiedział cicho, z głową przechyloną lekko w bok – …tego, kim możesz się stać, jeśli dokonasz właściwego wyboru. A może raczej… tego, kim byłaś, zanim odebrano ci to, co należało do ciebie.

– Naprawdę jesteś w stanie zwrócić mi życie? – szepnęłam, patrząc mu prosto w pozbawione źrenic, białe oczy, sprawiające wrażenie stworzonych do maskowania emocji.

W jadalni rozległ się jego śmiech. Melodyjny, pełen dźwięku, a jednocześnie szorstki, wręcz zimny.

– Zwrócić? – powtórzył z rozbawieniem, jakby słowo samo w sobie było dowcipem. – Nikt nie jest w stanie przywrócić życia, nawet ja. – Spojrzał w zawartość kielicha z teatralną uwagą.

Zmrużyłam oczy. Co do…

– Mogę dać ci trochę czasu. Nadszedł moment, byś odnalazła Tablicę Losów. Jeśli ci się powiedzie, nieśmiertelność stanie się twoim prawem. Powrócisz jako pełnoprawna bogini. Matka Życia.

Jego słowa opadły na mnie jak ciężki płaszcz.

Przełknęłam ślinę. Gardło było tak suche, że ten prosty gest wydawał się walką. Myśli wirowały jak opętane. Miałam ich mnóstwo, ale jedna dominowała nad wszystkimi – pytanie, którego nie odważyłam się zadać, choć wibrowało w moich skroniach, gotowe przebić się przez wargi: Co będzie jego ceną?

Zacisnęłam dłonie na brzegu krzesła, szukając w nim oparcia.

– A co, jeśli mi się nie uda? – szepnęłam, ledwo poruszając ustami.

Anu pochylił się ku mnie, cień uśmiechu zatańczył na jego wargach.

– Wtedy umrzesz po raz drugi. Tym razem bez możliwości powrotu.

Z przesadną elegancją nabił kawałek ryby na widelec. Uniósł go do ust i zjadł powolnym kęsem, delektując się nie tyle smakiem, co samym momentem.

– Ile czasu dostanę?

– Tego nikt nie potrafi określić. Ale poczujesz, kiedy zacznie się kończyć. Będziesz coraz słabsza, coraz bardziej rozproszona.

– Czego chcesz w zamian? – zapytałam, coraz mocniej zaciskając palce na krawędzi krzesła.

Obserwowałam uważnie Anu, być może w jego ruchach kryła się odpowiedź, której nie chciał udzielić wprost. Podczas gdy on raczył się daniami z niezmąconym spokojem, ja nie mogłam operować sztućcami – dłonie mi drżały, a napięcie ściskało gardło.

Odgryzł kolejny kęs i dopiero wtedy, bez spojrzenia w moją stronę, rzucił:

– Kiedy odzyskasz władzę, wyciągniesz mnie stąd. To jedyne, czego oczekuję w zamian.

Wciągnęłam powietrze ze świstem, bo nagle zabrakło mi tchu.

Jego żądanie brzmiało jak kiepski żart. Jak niby miałabym wyciągnąć go z Podziemia, jeżeli od tysięcy lat pozostawał jego panem? Dlaczego sam nie opuścił tego miejsca, skoro był przeklętym bogiem? Gdzieś musiał kryć się haczyk.

– Nie możesz po prostu odejść? – zapytałam, próbując dostrzec cokolwiek, co pozwoliłoby mi zrozumieć.

Anu odłożył starannie sztućce.

– Ktoś musiałby mnie zastąpić. To miejsce nie może pozostać bez nadzoru – powiedział spokojnie, niemal obojętnie.

Gdy zacisnął szczęki, zbyt mocno, zbyt gwałtownie, zrozumiałam, że to tylko maska. Po raz pierwszy zobaczyłam w nim cień prawdziwych emocji – tych, które dotąd tak skrzętnie ukrywał.

– Jak zapewne się domyślasz – dodał z gorzkim uśmiechem – nie ustawiają się kolejki do objęcia tej jakże zaszczytnej posady.

Odruchowo parsknęłam śmiechem, zanim zdążyłam się powstrzymać.

– Czyli nie chodzi o to, żebym cię stąd wyciągnęła… tylko żebym znalazła kogoś, kto dobrowolnie cię zastąpi?

Skinął głową, bez cienia wahania.

– A gdybym… – przełknęłam ślinę – gdybym spróbowała cię oszukać? Nie dotrzymała słowa?

Tym razem to on się roześmiał. Głośno i głęboko, tak że dźwięk odbił się echem od ścian, wprawiając w drżenie karmazynowe zasłony.

Nie wyglądał na rozgniewanego. Wręcz przeciwnie, sprawiał wrażenie autentycznie rozbawionego, jakby moje pytanie było dziecinnie naiwne.

– Och, Leo… wtedy naprawdę nie chciałbym znaleźć się w twojej skórze.

Zamilkłam, usiłując okiełznać chaos kłębiący się w głowie.

Wyobraziłam sobie siebie na jego miejscu – uwięzioną w tej bezbarwnej, nierzeczywistej przestrzeni nie przez setki, lecz przez tysiące lat. Zanurzoną po szyję w samotności.

Przyjrzałam mu się uważniej.

Dopiero teraz dostrzegłam to, co wcześniej mi umykało – drobne pęknięcia w jego postawie, cienie pod oczami. Wszystko to było echem zmęczenia. Wypalenia, którego nie potrafił dłużej ukrywać.

– Tak naprawdę nie mam wyboru, prawda? – wyszeptałam, choć znałam już odpowiedź.

Spojrzał na mnie z łagodnością, która bolała bardziej niż gniew.

– Zawsze masz wybór. Ale niezależnie od tego, jakiego dokonasz, stanie się on twoim przeznaczeniem. Zostało ci ono zapisane, zanim jeszcze pojawiłaś się na tym świecie.

Wreszcie w pełni zrozumiałam, co Nithe próbował mi przez cały czas przekazać. Nie znalazłam się tu przypadkiem. Że to miejsce, ta rozmowa, ten moment – wszystko prowadziło do tej jednej decyzji. Do roli, której nie wybrałam, a która wybrała mnie. Bez względu na wszystko tak po prostu musiało być…

– Zgoda – powiedziałam, spuszczając wzrok.

Bóg wyciągnął w moim kierunku dłoń, by przypieczętować umowę uściskiem. Skinął głową z powagą.

– Zgoda – powtórzył, a w jego głosie rozbrzmiała ulga. – W takim razie… czas na deser.

Pstryknął palcami, a na stole przed nami pojawiły się puchary lodów ozdobione bitą śmietaną i kawałkami czekolady.

– Spróbuj. Są nieziemskie. To jedna z nielicznych rzeczy, do których mam prawdziwą słabość.

Sięgnęłam po łyżeczkę i zanurzyłam ją w gałce o pistacjowym kolorze.

– Mogę zadać ci pytanie? – odezwałam się ostrożnie, unosząc na niego spojrzenie.

– Pytaj. Choć nie obiecuję, że odpowiem. – Uśmiechnął się zawadiacko i powoli oblizał łyżeczkę.

Postanowiłam zacząć od czegoś prostego, by uśpić jego czujność. Mimo że był bogiem, biła od niego samotność i nienasycona potrzeba rozmowy. Może właśnie dzięki temu uda mi się wyciągnąć z niego coś, co później mogłabym wykorzystać?

– Jak długo rządzisz Podziemiem?

Rozsiadł się wygodniej, splatając dłonie za karkiem. Jego białe oczy na ułamek sekundy rozbłysnęły oślepiającym światłem, po czym znów przygasły.

– Zdecydowanie zbyt długo – stwierdził rzeczowo.

Już myślałam, że na tym zakończy, gdy westchnął i dodał:

– Jakieś trzydzieści tysięcy lat. Na początku Yazmin i Khaoss rządzili światem sami. Ale kiedy bogini Harmonii tchnęła w ziemię życie, potrzebowała pomocy. I wtedy stworzyła nas.

– A to prawda, że Dhara wdała się w romans z Khaossem i tak zrodzili się pierwsi magowie? – rzuciłam niby od niechcenia, a nie jak coś, co zżerało mnie żywcem z ciekawości.

Anu odchylił się na krześle, splatając dłonie na torsie.

– O tak… – mruknął. – To był dość niespodziewany obrót spraw. Ale czego można oczekiwać po istotach stworzonych na wzór pierworodnych bogów? Jesteśmy wyrachowani, przebiegli. Więc moja kochana siostra postanowiła uwieść boga Chaosu, żeby mieć wpływ na większość jego decyzji. Nie przewidziała tylko jednego, że Khaoss wybierze przyjaźń. Bo my… nie jesteśmy zdolni do miłości.

– Co dokładnie masz na myśli?

Wiedziałam, że powinnam trzymać język za zębami, jednak ciekawość już dawno przejęła stery, a rozsądek został gdzieś w tyle. Oddałabym naprawdę wiele, żeby poznać tę historię od podszewki.

Anu roześmiał się ochryple, a w jego głosie pojawiła się ostra, niebezpieczna nuta, która sprawiła, że ciarki przebiegły mi po plecach.

– Naprawdę sądzisz, że ci to zdradzę? – Uniósł brew. – Może niebawem sama sobie przypomnisz. A jeśli nie… cóż. Najwidoczniej tak miało być. – Oparł łokcie o stół i pochylił się lekko w moją stronę. Jego oczy znów błysnęły czymś, czego nie potrafiłam nazwać. Rozbawieniem? Ostrzeżeniem? – Ale skoro już tak sobie miło gawędzimy – zaczął powoli, jakby smakował każde słowo. – Mogę ci podpowiedzieć, co powinnaś zrobić, by ją zabić.

Gdybym wciąż miała bijące serce, pewnie właśnie próbowałoby wyrwać się z piersi.

– Bo właśnie o to ci chodzi, czyż nie? – obniżył głos do niebezpiecznie miękkiego tonu. – Poprzednim razem ci się nie udało, ale wierzę, że teraz będzie inaczej. Wszystko zależy od ciebie.

Oczy rozszerzyły mi się ze zdumienia.

– Dlaczego…? – wyszeptałam, zanim osłupienie całkowicie przejęło nade mną kontrolę.

Zrozumiałam, że decyzje zapadały za moimi plecami, a ja tylko próbowałam nadążyć, udając, że mam na cokolwiek wpływ. Oni wszyscy mieli swoje plany. Ja natomiast pozostawałam narzędziem, elementem układanki, który można było dowolnie przesuwać.

A jednak… jakaś część mnie zaczynała się z tym godzić. Może to desperacja, może gniew, a może zwyczajnie świadomość, że tylko w ten sposób mogłam ochronić tych, których kochałam.

– Jak by to ująć… rodzinne niesnaski – odparł z pozorną lekkością. – Chcę, żeby Dhara zapłaciła za to, co mi zrobiła. I jestem gotów podzielić się z tobą tą wiedzą, pod warunkiem, że obiecasz mnie oszczędzić.

Zamrugałam, usiłując zrozumieć ukryty sens jego propozycji.

– Czy to oznacza, że od tej chwili będziesz po naszej stronie? Że zostaniesz naszym sojusznikiem?

– Dziwi cię to? – odparł z przekąsem. – W końcu masz już całkiem pokaźną drużynę.

– Nie odpowiedziałeś.

Anu westchnął przeciągle, nie kryjąc irytacji.

– Tak. Możesz na mnie liczyć.

Z trudem powstrzymałam triumfujący uśmiech, który aż cisnął się na usta.

– W takim razie… niech będzie.

Przez krótką chwilę panowała cisza. Anu obserwował mnie uważnie, zapewne próbując ocenić, czy podjął właściwą decyzję. W końcu skinął głową i przemówił nieco ciszej:

– Poprzednim razem cię przechytrzyliśmy. Rzuciłaś nam wyzwanie, a my zamiast siebie posłaliśmy armię ludzi, na których zależało nam najmniej. Nikt się nie spodziewał, że zginie przy tym tak wielu magów. – Zmrużył oczy, pogrążając się we wspomnieniach. – Jako bogowie żywimy się magią. Bez niej słabniemy. Każde z nas ma swój fragment świata i dzięki niemu istnieje.

Przełknęłam ślinę, próbując nadążyć.

– Ja i Gayan odpowiadamy za umarłych. Tak więc po bitwie zyskaliśmy ogromne pokłady mocy. Dhara natomiast była odpowiedzialna za życie – dokończył. – Kiedy tylu ludzi i magów poległo, osłabła tak bardzo, że potrzebowała pomocy. Udała się do Gayana i do dziś ukrywa się w Niebiosach, wciąż dochodząc do siebie.

Wciągnęłam powietrze, czując, jak coś zimnego osiada mi w żołądku.

– Ale przecież nie ma możliwości, żebym dostała się do Niebios – starałam się brzmieć rzeczowo, choć głos lekko mi zadrżał.

– Wcale nie musisz tam wchodzić – uspokoił. – Wystarczy, że zabijesz pierwszych magów. Wtedy Dhara sama zejdzie na ziemię, owładnięta furią. W końcu to jej dzieci. To dla nich unicestwiła Khaossa. Dla nich podjęła walkę z Yazmin.

Rozchyliłam usta, po czym odruchowo przyłożyłam palce do warg. Czy on właśnie mówił o Wielkiej Czwórce? O Shagarze?

Nie. Nie ma mowy. Nie po tym wszystkim, co dla mnie zrobił. Polubiłam go. Na bogów… zaufałam mu. Miałabym go teraz zdradzić?

W jadalni nagle zrobiło się duszno. Powietrze zgęstniało, a mój oddech stał się płytki i nierówny. Dokładnie tak jak wtedy, gdy miewałam ataki paniki.

Tylko czy nieżywi mogą mieć ataki paniki?

Przestrzeń wypełnił głuchy, niski ryk, od którego mięśnie napięły się w gotowości. Po chwili ziemia mocno się zatrzęsła. Szyby w oknach zadrżały ostrzegawczo, a w kilku miejscach pojawiły się drobne pęknięcia. Wszystkie świece zgasły jednocześnie, pogrążając komnatę w całkowitej ciemności.

Rozejrzałam się bezradnie, wytężając wzrok.

– Co się dzieje? – zapytałam drżącym głosem.

Anu nie wyglądał na zaskoczonego. Zmarszczył brwi, jakby analizował coś, co tylko on był w stanie wyczuć.

– Ciekawe… – wyszeptał, bardziej do siebie niż do mnie, zupełnie ignorując moje pytanie. – Wstał powoli, a w jego głosie zabrzmiała nuta żalu, gdy dodał: – Muszę cię przeprosić. Obowiązki wzywają. Zanim jednak opuścisz mój świat, ktoś chciałby z tobą porozmawiać… – Urwał, celowo przeciągając ciszę. – Czeka na ciebie w komnacie, na końcu korytarza – powiedział w końcu tonem, który nie dopuszczał sprzeciwu.

Uniosłam brew, oczekując dalszych wyjaśnień. Milczenie było jednak jego jedyną odpowiedzią.

– A jak potem wrócę do świata żywych? – zapytałam, usiłując utrzymać na powierzchni równowagę, która coraz bardziej drżała w posadach.

– To zostaw mnie – odparł spokojnie, po czym puścił mi oczko.

Podszedł do ciężkich drzwi i otworzył je powoli. Zawiasy jęknęły, a chłód z korytarza wdarł się do środka. Dał mi jasny sygnał, że czas na mnie.

– Mam nadzieję, że odpowiednio wykorzystasz informacje, które ci przekazałem. Liczę na ciebie, Leo.

Nie odpowiedziałam, po prostu wyszłam, rzuciwszy mu ostatnie, przelotne spojrzenie, które miałam nadzieję, że zapamięta. Wiedziałam, że prędzej czy później się spotkamy. Liczyłam jedynie na to, że okoliczności będą dla mnie bardziej sprzyjające.

Drzwi zatrzasnęły się za mną z hukiem, który odbił się echem od marmurowych ścian. Przede mną rozciągał się długi korytarz, wąski i surowy, oświetlony bladym światłem sączącym się z niewidocznego źródła. Wyglądał inaczej, obco.

Zrobiłam kilka niepewnych kroków, każdy z nich wydawał się zbyt głośny w tej nienaturalnej ciszy.

Mniej więcej w połowie drogi poczułam nagły podmuch wiatru. Mogłabym przysiąc, że coś musnęło moje ramię. Przez ciało przebiegła boleśnie znajoma iskra. Zatrzymałam się gwałtownie, a dłoń odruchowo powędrowała do piersi.

– To niemożliwe… – wyszeptałam.

Korytarz świecił pustką, lecz przez moment poczułam, że nie byłam tam sama. Kamienne ściany milczały, światło nie drgało, a echo moich kroków zdawało się gasnąć zbyt szybko.

Wydawało mi się, że ktoś właśnie przeszedł obok.

Ktoś, komu oddałam swe serce.

Czułam go, nie mogłam pomylić tego wrażenia z żadnym innym, to musiał być on.

ROZDZIAŁ 5

NIKOS

Pierwszą myślą po ocknięciu była ta, że trafiłem w samo serce mroku. Do miejsca, w którym nie sposób poczuć choćby cienia radości. Powietrze okazało się tak stęchłe, że każdy oddech palił w płucach, jakbym wciągał w siebie coś martwego. Rozejrzałem się, wciąż nie pojmując, jak wszystko mogło wyglądać tak… jałowo i niepokojąco. Ciemność, gęsta i lepka jak smoła, wypełniała każdy skrawek przestrzeni. W oddali majaczyły sylwetki istot pozbawionych skóry, sunących przed siebie w jednostajnym, melancholijnym rytmie. Żółć podeszła mi do gardła, gdy dostrzegłem odsłonięte ścięgna, a między nimi przebłyski białych kości. Wyglądały jak oskórowane zwierzęta, które ktoś zmusił do ciągłego marszu, choć już dawno nie powinny istnieć. Z każdym ich ruchem powietrze drżało, niosąc ze sobą słodkawą woń rozkładu. Tuż za sznurem tych przedziwnych stworzeń płynęła rzeka. Jej barwa przywodziła na myśl najczarniejszą noc, przepełnioną całym mrokiem tego świata.

Wzdrygnąłem się.

Coś było wyraźnie nie tak. Czyżby Shagar mnie oszukał?

Niech to. To okazałoby się całkiem w jego stylu.

Podniosłem się z trudem, czując rozrywający dyskomfort w klatce piersiowej. Rana co prawda nie krwawiła, ale pulsowała tępym, uporczywym bólem, jakby coś w środku wciąż próbowało się wyrwać. Na moment pociemniało mi przed oczami i zatoczyłem się do tyłu, lecz zdołałem odzyskać równowagę, zanim upadłem. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że cisza wokół była nienaturalna. Zbyt ciężka, zbyt gęsta, nawet jak na miejsce pozbawione jakiegokolwiek życia.

Poczułem delikatne drżenie pod stopami i spojrzałem w dół. Ziemia pulsowała pode mną, jakby coś ogromnego pełzło tuż pod powierzchnią.

– Co do… – wyszeptałem.

Drżenie narastało, przechodząc w głuchy pomruk, który wibrował w kościach. Mógłbym przysiąc, że usłyszałem przeciągłe, chropowate westchnienie, nieprzypominające niczego, co kiedykolwiek słyszałem.

Uniosłem wzrok, odruchowo szukając reakcji martwych istot, zmierzających bogowie wiedzą dokąd, ale żadna z nich nie zwróciła uwagi na to, co się dzieje. Zdawały się całkowicie nieświadome zarówno mojej obecności, jak i tego, co kryło się pod ziemią.

Grunt się wybrzuszył, a coś ogromnego naparło od spodu z taką siłą, że musiałem podeprzeć się ręką, by nie runąć na kolana. Pęknięcia rozbiegły się wzdłuż miejsca, w którym stałem, a z ich wnętrza buchnął tak przenikliwy chłód, że aż zdrętwiały mi palce.

Nie czekając, rzuciłem się naprzód, jak najdalej od tego, co próbowało się wydostać na powierzchnię.

Za plecami usłyszałem trzask pękającej ziemi, ale nie miałem odwagi się odwrócić. Zdawałem sobie sprawę, że to, co się tam kryło, było starsze i potężniejsze ode mnie. Powietrze przesiąkło prastarą magią. Ciężką, duszącą, tak intensywną, że całkowicie wypierała smród stęchlizny i rozkładu.

Biegłem mimo osłabienia spowodowanego raną. Nad głowami sunących w szeregu oskórowanych istot dostrzegłem czarny pałac, sprawiający wrażenie wykutego z jednego bloku kamienia. Jego mury wznosiły się niczym poszarpane szpony, gotowe rozedrzeć niebo.

Zacisnąłem zęby i ruszyłem w tamtym kierunku. Mrok gęstniał z każdym krokiem, a po raz pierwszy, odkąd Yazmin obdarzyła mnie magią, czułem się wobec niego całkowicie bezbronny. Ten mrok nie był mi posłuszny… Jakby został utkany z innej, zupełnie obcej mi materii. Nie z tego świata.

Nagle dobiegł mnie przeraźliwy ryk, w którym mieszały się agonalne wrzaski i lamenty setek, jeśli nie tysięcy istnień. Serce podeszło mi do gardła, a dłonie instynktownie powędrowały do uszu. Ale nie mogły mnie ochronić przed tym dźwiękiem. Ten ryk przenikał wszystko: powietrze, ziemię, mnie.

Poczułem na plecach gorący oddech. Odruchowo się odwróciłem… i natychmiast tego pożałowałem.

Tuż za mną pełzł gigantyczny wąż. Jego cielsko było przecięte siecią pulsujących, czerwonych żył, natomiast ślepia zdawały się płonąć furią. Wbiły się we mnie z taką intensywnością, że aż zabrakło mi tchu. Z ostrych kłów kapała gęsta, karmazynowa ciecz, niepokojąco przypominająca krew.

Ja pierdolę. Miałem przesrane.

Każdy ruch palił bólem. Adrenalina pchała mnie naprzód, a świadomość, że potwór sunie tuż za mną, sprawiała, że nogi poruszały się szybciej, niż pozwalało na to ciało.

Usłyszałem za sobą świszczący wdech bestii, przepełniony obietnicą śmierci.

Tym razem jednak nie popełniłem błędu i nie odwróciłem się, by sprawdzić, jak blisko się znajdowała.

Pałac wyrósł przede mną jak twierdza. Wrota, które jeszcze przed chwilą były zamknięte, nagle rozwarły się z głuchym jękiem. Rzuciłem się do przodu, ostatkiem sił pokonując dzielący mnie dystans. Wbiegłem do środka w chwili, gdy powietrze za mną przeciął potężny świst.

Wąż uderzył ogonem w mur.

Cała konstrukcja zadrżała w posadach, grożąc, że lada moment runie. Kamienne bloki jęknęły, kurz posypał się z sufitu, a echo uderzenia rozeszło się po wnętrzu niczym potężny grzmot.

Byłem pewien, za chwilę moment wypluję płuca. Mięśnie drżały z wysiłku, gdy próbowałem wyrównać oddech. Rozejrzałem się, uświadamiając sobie, że przede mną rozciągał się wąski, pogrążony w ciemności korytarz, który z każdym krokiem zdawał się na mnie napierać.

Miałem wrażenie, że śnię. Że znów utknąłem w jednym ze swoich koszmarów.

Ale jeśli to była jedna z prób, które musiałem przejść, by odzyskać Leę, nie zawahałbym się ani przez moment. Nawet gdy serce dudniło mi w piersi jak młot, a powietrze gęstniało z każdą sekundą i zmieniało oddech w walkę o przetrwanie.

Demony przeszłości dopadły mnie w najmniej odpowiednim momencie.

Znów poczułem się jak tamten mały chłopiec, samotny i przestraszony, mierzący się z lękami, które niegdyś wydawały się nie do pokonania. Ojciec miał własny sposób karania – zamykał mnie w ciasnej skrytce pod podłogą. Nie docierało tam światło, a zapach kurzu i wilgoci wypełniał moje nozdrza.

Nie samo zamknięcie było jednak najgorsze.

Prawdziwy koszmar zaczął się wtedy, gdy zostawił mnie tam i już nigdy nie wrócił. Spędziłem w ciemności kilkanaście dni, nie mając pojęcia, czy na zewnątrz trwa dzień, czy noc. Głód ściskał żołądek coraz mocniej, a pragnienie wypalało gardło. W końcu zacząłem majaczyć. Czekałem. Uparcie, naiwnie wierząc, że ojciec wróci.

Ale nie wrócił.

Zostawił na pastwę losu dziesięcioletniego chłopca, którego nigdy nie kochał.

Gdyby nie Wren, która mnie wtedy odnalazła, prawdopodobnie zdechłbym tam z głodu i pragnienia.

Tam, w tej skrytce, nauczyłem się, że miłość nie jest czymś oczywistym. Że nie każdy, kto powinien cię chronić, rzeczywiście to robi. Od tamtej pory budowałem wokół siebie mur. Aż do chwili, gdy w moim życiu pojawiła się Yazmin. Ona jako pierwsza zdołała się przez niego przebić. Nie siłą, lecz obecnością. Przekuła moją nieufność w moc, nadała mojemu życiu kierunek.

Mimo to nie ona go zburzyła.

Dopiero Lea dotarła do mnie naprawdę. Nie próbowała forsować moich barier. Zamiast tego siadała obok, cierpliwie, dzień po dniu, aż sam zacząłem wyciągać cegły.

Przy niej nauczyłem się oddychać. Dzięki niej pojąłem, że bliskość nie musi ranić.

Zrozumiałem to dopiero teraz, gdy stałem w ciemności, a przeszłość próbowała wciągnąć mnie z powrotem w swoje zimne objęcia.

Wypuściłem z ust drżący oddech i ruszyłem przed siebie. Spojrzałem w dół na tunikę przesiąkniętą krwią, ale ku mojemu zdziwieniu rana po ciosie Shagara już nie sprawiała bólu. Przed utratą przytomności paliła żywym ogniem, teraz jednak czułem jedynie lekkie mrowienie. Tylko zaschnięta krew przypominała mi, jaką cenę przyszło mi zapłacić, by znaleźć się w tym miejscu. Mogłem jedynie mieć nadzieję, że Shagar trafił wystarczająco precyzyjnie. Że jego sztylet przeszył serce w taki sposób, by nie odebrać mi życia, tylko postawić mnie na krawędzi.

Cholera. Nienawidziłem tego uczucia. Tego, że musiałem zaufać komuś innemu, zamiast polegać wyłącznie na sobie. Pozostało mi wierzyć, że zdołam wrócić.

Nagle przez korytarz przetoczył się nienaturalny podmuch wiatru. W tej samej chwili wyraźnie poczułem czyjąś obecność. Przemknęła obok mnie, niemal bezszelestnie, ocierając się o moje ramię z taką delikatnością, że przez ciało przeszedł elektryzujący impuls.

Iskra, której nie pomyliłbym z żadną inną.

I choć niczego nie dostrzegłem w ciemności, byłem pewien, że to ona.

Lea. Moja Lea.

Przez ułamek sekundy nasze światy się zetknęły. Czas i przestrzeń zadrżały, pozwalając nam na ten jeden, niemożliwy moment. Zamknąłem oczy, próbując zatrzymać to uczucie, zanim zniknie.

– Lea? – wyszeptałem w ciemność. Jednocześnie wytężyłem wzrok, usiłując dostrzec choćby cień, choćby najmniejszy ruch w gęstniejącym mroku.

Odpowiedziała mi tylko cisza. Głucha i bezlitosna. Pustka znów wpełzła do mojego wnętrza, wypierając tę ulotną nadzieję. A może to, co przed chwilą poczułem, było tylko złudzeniem, okrutnym żartem albo… kolejną próbą.

Uniosłem wzrok ku drzwiom na końcu korytarza, spod których sączyło się ciepłe światło.

Gdy dotarłem do nich, ująłem klamkę i na moment się zawahałem. Nie wiedziałem, co znajdę po drugiej stronie. Potrzebowałem chwili, by zebrać myśli i się przygotować.

Skrzydło ustąpiło bez oporu, a w korytarzu rozbrzmiał cichy jęk zawiasów. Światło z wnętrza zalało mnie ciepłem, niemal przytłaczając swoją intensywnością po mroku, w którym tkwiłem tak długo. Musiałem zmrużyć oczy. Pokój był niewielki, prawie całkowicie pusty. Na środku stało lustro. Duże, stare, oprawione w rzeźbioną ramę, której ornamenty przypominały wijące się gałęzie porośnięte liśćmi.

Przekroczyłem próg i podszedłem bliżej.

Tafla nie odbiła mojego wizerunku. Zamiast niego po drugiej stronie ukazała się Lea. Klęczała na zabrudzonej, zakrwawionej kamiennej posadzce, z bezwładnie opuszczoną głową. Jej ramiona były uniesione nad głowę, skute ciężkimi łańcuchami rozchodzącymi się w kształt litery V. Na nadgarstkach widniały czerwone pręgi, a w niektórych miejscach skóra została rozdarta aż do żywego mięsa. Poszarpana tunika odsłaniała siniaki i zadrapania, a włosy, zlepione zaschniętą krwią, opadały niedbale na twarz. Ten widok okazał się tak brutalny, że poczułem, jak żółć podchodzi mi do gardła.

Do pomieszczenia wszedł postawny mężczyzna, znacznie wyższy ode mnie, odziany w czarną szatę z kapturem. Powoli zsunął go z głowy, ukazując nieludzką twarz z oczami pozbawionymi źrenic i tęczówek. Jego skóra była blada, pokryta pajęczą siecią popękanych krwinek. W dłoni trzymał skórzany bat, kredowymi palcami przesuwał po nim z niemal czułą precyzją, jakby pieścił ulubione zwierzę. Zbliżał się do Lei powoli, przywodząc na myśl drapieżnika. Jedną ręką chwycił ją mocno za podbródek, drugą wymierzył cios. Bat przeciął powietrze, zostawiając na policzku dziewczyny krwawy ślad.

Chociaż nie słyszałem żadnego dźwięku, moja wyobraźnia zadziałała natychmiast. W głowie rozległ się trzask uderzenia i cichy jęk.

– Ja pierdolę… – wyszeptałem łamiącym się głosem, zmuszając się, by nie zacisnąć powiek.

Mimo przeczucia graniczącego z pewnością, że to, co ujrzałem, było jedynie iluzją, widok jej twarzy rozrywał mi serce. Spierzchnięte, przecięte w kilku miejscach wargi wykrzywiały się w grymasie bólu. Podbite oko miała tak spuchnięte, że nie dało się dostrzec tęczówki. Z nosa spływała świeża krew, mieszając się z zaschniętą, tworząc groteskową maskę cierpienia. Przez ułamek sekundy spojrzenie Lei spotkało się z moim, a z ust wydobyło się bezgłośne „wybacz mi”. Mężczyzna odchylił twarz dziewczyny, po czym powoli zlizał krew z policzka.

Rzuciłem się naprzód, rozpaczliwie próbując przedrzeć się na drugą stronę. Pragnąłem go zabić, choć już się domyślałem, kim był. Tylko jedną istotę opisywano jako mężczyznę pozbawionego źrenic… Anu, władca Podziemia. Zbliżyłem się do lustra, a moje palce zetknęły się ze szkłem.

I wtedy światło zgasło.

Lustro pękło z hukiem, rozpryskując się na tysiące ostrych odłamków. Instynktownie zamknąłem oczy i osłoniłem twarz ramionami. Kilka kawałków przecięło skórę, zostawiając po sobie cienkie, piekące rany.

Gdy rozchyliłem powieki, zobaczyłem mężczyznę siedzącego przy stole. Rozsiadł się wygodnie, z nogami nonszalancko skrzyżowanymi na blacie. W jednej dłoni trzymał kielich wina, którego rubinowa głębia połyskiwała w nikłym świetle. Na jego ustach igrał rozbawiony uśmiech, lekki, ale niepokojący.

Zacisnąłem szczęki, próbując stłumić narastającą irytację.

– Witaj, Nithe… albo Nikosie. Jak właściwie mam się do ciebie zwracać? – zapytał głębokim głosem, w którym pobrzmiewała nuta rozbawienia.

– To bez znaczenia, Anu – odparłem chłodno, jasno pokazując, że wiem, z kim mam do czynienia, i tym samym darując sobie dalszą farsę.

Patrzył na mnie martwym spojrzeniem, które sugerowało, że widzi znacznie więcej, niż powinien. Wolną dłonią wskazał na krzesło po drugiej stronie stołu, wyraźnie dając mi do zrozumienia, że mam usiąść. Z wahaniem spełniłem jego polecenie.

– Jesteś albo głupcem, albo desperatem – podjął, przyglądając mi się uważnie.

– A może jednym i drugim – wtrąciłem, uśmiechając się gorzko.

Mężczyzna skinął głową w geście zgody, po czym zdjął nogi z blatu i sięgnął po butelkę z winem. Napełnił drugi kielich i podsunął mi go pod nos.

Rozejrzałem się wokół. Pomieszczenie wydawało się większe niż wcześniej, jakby ściany odsunęły się w cień, ustępując miejsca przestrzeni, której wcześniej nie dostrzegałem. Panował tu chłód. Jedynym źródłem ciepła i światła były dziesiątki płonących świec, rozstawionych w pozornym nieładzie. Drżące płomienie rzucały łagodne refleksy na ściany, tworząc złudzenie domowego spokoju.

– Zdajesz sobie sprawę, gdzie trafiłeś? – zapytał, wyrywając mnie z refleksji.

Przytaknąłem ostrożnie, po czym powiedziałem:

– Nie rozumiem tylko dlaczego. Lea nie powinna była trafić tutaj…

Na jego twarzy pojawił się ostentacyjny grymas, jakby moje słowa stanowiły dla niego osobistą zniewagę.

– To nie ty o tym decydujesz. Skoro jest w Podziemiu, to znaczy, że nie zasłużyła na zbawienie. Jej dusza nie była czysta.

Tym razem to ja się skrzywiłem. Gniew zaczął we mnie buzować. Poruszyłem się nerwowo na krześle, a serce przyspieszyło, uderzając w piersi jak młot.

– Bzdura – rzuciłem twardo, nie próbując już ukrywać emocji. Zacisnąłem dłonie w pięści, czując, jak paznokcie wbijają się w skórę. – Wasz system zawiódł. Jestem pewien, że ona zasłużyła na to bardziej niż ktokolwiek.

Mężczyzna przez chwilę milczał, wpatrując się we mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Jego nikły uśmiech wyrażał… współczucie? A może rozbawienie? Trudno było stwierdzić.

– Ślepa wiara to piękna rzecz – powiedział w końcu. – Ale często opiera się na tym, co chcemy widzieć, a nie na tym, co jest.

– Nie rozumiem. – Zmarszczyłem brwi. – Znasz ją? Widziałeś jej życie?

– Znam prawdę – odparł z naciskiem. – A prawda nie zawsze jest tym, co pokazuje powierzchnia. Lea… skrywała więcej, niż ci się wydaje.

Zamarłem. Przez chwilę nie mogłem wydobyć z siebie głosu. W głowie kłębiły się wspomnienia. Jej śmiech, czułość, spojrzenia pełne światła. Czy to wszystko było tylko fasadą? Nie, niemożliwe.

Pokręciłem przecząco głową.

– Kłamiesz – powiedziałem cicho, ale stanowczo. – Lea prezentowała dobroć w najczystszej postaci. Jej dusza była czysta jak łza.

Anu pochylił się lekko, jakby chciał mi coś zdradzić, ale jego głos pozostał chłodny:

– Zatem powiedz mi, Nikosie, jak wiele jesteś gotów poświęcić, by ją odzyskać? Bo w przeciwnym razie splamię jej czystość. Lea stanie się moją zabawką, będę ją niszczyć z rozkoszą, raz za razem, aż nie zostanie z niej absolutnie nic.

Żołądek zacisnął mi się w bolesny supeł. Zimny pot wystąpił na czoło, spływał powoli po skroniach. Wyobraziłem sobie, co ten pomyleniec mógłby z nią zrobić. Sama wizja, którą podsunął mi poprzez zwierciadło, okazała się wystarczająco okrutna, bym gotów był zaprzedać mu duszę, byle tylko ją uwolnić.

Zanim Shagar wbił mi sztylet w serce, żywiłem przekonanie, że zmierzam po nią do Niebios. Tymczasem znalazłem się w miejscu, którego nie życzyłbym najgorszemu wrogowi. Nie mogłem jej tu zostawić. Nie w tym przeklętym piekle stworzonym dla zepsutych dusz. A już na pewno nie z tym szaleńcem.

Odetchnąłem głęboko, przygotowując się na najgorsze.

– Wszystko. Zrobię wszystko.

ROZDZIAŁ 6

LEA

Spodziewałam się wielu rzeczy, ale nie tego. Gdy tylko zobaczyłam Aethera, nogi się pode mną ugięły. Siedział pod ścianą z pochyloną głową i łokciami opartymi o kolana. Ramiona zwisały bezwładnie. Wyglądał jak cień dawnego siebie. Wypalony, pozbawiony blasku, którym kiedyś tak skutecznie zwodził innych.

Poczułam tak silny gniew, że przez chwilę nie mogłam oddychać. To on odebrał mi wszystko. Moje życie, które dopiero zaczynało nabierać kształtu. Nadzieję i miłość. Mężczyzna, który zaopiekował się mną tylko po to, by ostatecznie wydać na mnie wyrok. Wpatrywałam się w niego z niedowierzaniem. W mojej piersi buzowało coś dzikiego – mieszanina bólu, furii i czegoś obrzydliwego… Pragnienia zemsty. Nie zasługiwał na litość. Nie po tym, co zrobił.

Bez wahania rzuciłam się w jego stronę, gotowa zadać cios, który miał być odpowiedzią na to, co mi odebrał. W moich dłoniach pulsowały potężne kule ognia, drżące w oczekiwaniu na rozkaz. Ale czy naprawdę mogłam go unicestwić tutaj, w Podziemiu? W końcu oboje już nie żyliśmy.

Aether uniósł wzrok, a ja zatrzymałam się w pół kroku. Wystarczył jeden moment, jedno spojrzenie, bym zwątpiła. Jego szmaragdowe oczy lśniły bólem i udręką. Poczuciem winy, którego nie sposób było odegrać. Otworzył usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Tylko cichy, urywany oddech, przeplatany łkaniem, które zdawało się rozrywać go od środka. Żadnych przeprosin. Żadnych wyjaśnień. Nic, co mogłoby pomóc mi zrozumieć, dlaczego tak postąpił. A mimo to całą sobą czułam, że żałuje tego, co zrobił.

Pokręciłam głową i opadłam na posadzkę, tuż obok niego. Nie odsunął się, lecz na chwilę zesztywniał, wstrzymując oddech.