Gęstsza od krwi - Mike Omer - ebook + audiobook + książka

Gęstsza od krwi ebook i audiobook

Mike Omer

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Morderca, który wypija krew z ofiar?

Agent Tatum Gray i profilerka Zoe Bentley sądzili, że widzieli już wszystko, lecz to barbarzyńskie morderstwo młodej kobiety sprawiło, że aż ich zemdliło.

Nie sądzili, że będą pracować nad taką sprawą... Lecz odłóżmy wampiryzm na bok. Sposób działania mordercy jest identyczny jak Roda Glovera — seryjnego zabójcy, który prześladuje Zoe od dzieciństwa. Kryminolodzy uważają, że to jego dzieło, ale nie tylko jego... Aby zrealizować swoje chore potrzeby, musiał znaleźć równie zdeprawowanego wspólnika.

Frustracja Zoe rośnie, gdy kolejna kobieta zostaje znaleziona martwa i wydrenowana z krwi — a inna zaginęła. Czas ucieka: Zoe wie, że to jej śmierć byłaby ukoronowaniem dokonań Glovera w tej obłąkańczej grze, ciągnącej się od dwudziestu lat. Aby powstrzymać Glovera i jego obrzydliwego wspólnika, będzie musiała odrzucić zahamowania i zgłębić ich motywację; lecz czy przez to nie stanie się kolejną ofiarą mrocznego, naprawdę mrocznego pragnienia?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 495

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 13 min

Lektor: Filip Kosior

Oceny
4,5 (416 ocen)
261
116
31
7
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
rypula

Nie oderwiesz się od lektury

świetna
10
Jacekzylak

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna, dynamiczna i mocna książka, aż szkoda, że to już koniec.
10
calicja

Nie oderwiesz się od lektury

Brakuje w wersji audio kilku rozdziałów.
00
Emigar

Nie oderwiesz się od lektury

świetna
00
xGabrysia

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna!
00

Popularność




Roz­dział 1

Pią­tek, 14 paź­dzier­nika 2016

Cathe­rine zawsze uwa­żała, że jej dusza nic nie waży. Składa się bowiem z myśli, uczuć oraz prze­ko­nań – pojęć nie­ma­te­rial­nych i lek­kich jak pro­mie­nie słońca. Z dru­giej strony, dusza zawiera też ludz­kie tajem­nice. A te z dnia na dzień cią­żyły Cathe­rine coraz bar­dziej.

Gdyby mogła je dźwi­gać na grzbie­cie, być może zdo­ła­łaby z nimi żyć jak gdyby ni­gdy nic. Wyobra­żała sobie mocny ple­cak, taki jak miał jej wujek – zaopa­trzony w sprzączki i wyście­łane szelki. Upcha­łaby do niego wszyst­kie swoje sekrety, rów­no­mier­nie roz­kła­da­jąc cię­żar, i zapięła pas bio­drowy.

Nie­stety, tajem­nice same decy­do­wały, gdzie aku­rat zagosz­czą. Cza­sami opla­tały jej szyję, cią­gnąc ją w dół i powo­du­jąc, że cho­dziła ze zwie­szoną głową. Innym razem wpeł­zały do jej brzu­cha, a wtedy łapały ją skur­cze i zgięta wpół, co godzina bie­gała do łazienki. Teraz zacza­iły się w jej sercu i ści­skały je tak, że odno­siła wra­że­nie, iż lada chwila pęk­nie albo po pro­stu się zatrzyma.

Rano zadzwo­niła do pracy i poin­for­mo­wała, że jest chora – już trzeci raz w tym tygo­dniu. Jej tata się mar­twił, ale kiedy ją pod­py­ty­wał, wykrę­cała się, mówiąc, że to tylko „kobiece sprawy”. Teraz, póź­nym wie­czo­rem, sie­działa w swoim salo­nie. Na ekra­nie tele­wi­zora coś migało, a ona pró­bo­wała pła­kać.

Tyle że łzy zapo­mniały drogi do ujścia. Nie­ustan­nie zale­wały jej gar­dło, przez co głos brzmiał chro­pawo i zrzę­dli­wie, ale już od dawna nie wypły­wały na zewnątrz. Ulży­łoby jej, gdyby mogła się roz­pła­kać. Wtedy może zdo­ła­łaby unieść brzmię swo­ich tajem­nic. Ale jej oczy pozo­sta­wały suche. Za to usta drżały, przez co czuła się głu­pio, jak małe dziecko.

Sekrety są lep­kie. Trzeba uwa­żać, bo mogą zatkać kana­liki łzowe.

Bawiła się tele­fo­nem, jak to wie­lo­krot­nie robiła w ostat­nich tygo­dniach, i prze­glą­dała listę kon­tak­tów – w zakładce „Ulu­bione” na pierw­szym miej­scu figu­ro­wał jej tata. Bar­dzo sto­sow­nie, bo rze­czy­wi­ście był jej ulu­bień­cem. Jej ulu­bio­nym rodzi­cem, ulu­bio­nym czło­wie­kiem, ulu­bioną istotą na całym świe­cie. Jemu mogła wyznać prawdę. A wtedy cię­żar w jej sercu znikłby raz na zawsze. Palec Cathe­rine zawisł nad ekra­nem. Przez mgnie­nie oka nie­mal czuła tak ocze­ki­waną ulgę.

A potem nawie­dziły ją obrazy. Jego zbo­la­łej twa­rzy. Nie był już młody. W zeszłym roku prze­szedł atak serca, leka­rze stwier­dzili, że „nie­wiele bra­ko­wało”. Jak bar­dzo mogłoby mu zaszko­dzić jej wyzna­nie?

Wyobra­żona ulga prze­kształ­ciła się w strach i doj­mu­jące poczu­cie winy. Nie mogła mu tego zro­bić.

Zaszlo­chała – dźwięk był prze­raź­liwy, zwie­rzęcy. Suchy jak pieprz, zero łez.

Nie­spo­dzie­wane puka­nie do drzwi spra­wiło, że serce pode­szło jej do gar­dła. Przez chwilę nie potra­fiła sobie wyobra­zić, kto to może być. Było bar­dzo późno. Przy­ja­ciele i sąsie­dzi przed przyj­ściem wysła­liby jej ese­mesa, zwłasz­cza o takiej porze. Nagle ją olśniło. To ojciec. Mar­twi się o nią, chce się prze­ko­nać, jak sobie radzi.

Wystar­czy mu rzut oka na jej twarz, by się zorien­to­wać, że córka ma bar­dzo poważny pro­blem. Że jeśli cho­dzi o „kobiece sprawy”, to na pewno nie o te, które się powta­rzają co mie­siąc. Czy jeśli ją zapyta, będzie potra­fiła go okła­mać? Nie w tej chwili. Nie tego wie­czoru. Będzie musiała powie­dzieć mu o wszyst­kim.

Gdy wstała i chwiej­nie ruszyła do drzwi, wal­czyły w niej ulga, strach i poczu­cie winy. Szybko wyj­rzała przez wizjer.

– O? – bąk­nęła ze zdzi­wie­niem. Znała tego męż­czy­znę, ale nie był to jej ojciec.

Wycią­gnęła rękę do zasuwki, nie­świa­do­mie, z czy­stego odru­chu, bo po dłu­gim dniu wciąż jesz­cze była sko­ło­wana. Nagle poczuła, że coś jest nie tak. W ataku paniki gorącz­kowo pró­bo­wała zebrać myśli i powstrzy­mać palce, bo zdała sobie sprawę, że drzwi muszą pozo­stać zamknięte. Ten czło­wiek nie miał prawa tu być. A w jego oczach migo­tało coś nie­okre­ślo­nego, ale groź­nego.

Tyle że połą­cze­nie mię­dzy jej mózgiem a cia­łem chwi­lowo szwan­ko­wało. Niczym na zwol­nio­nym fil­mie prze­krę­ciła gałkę zasuwki.

Gwał­tow­nie pchnięte drzwi ude­rzyły ją w twarz, pora­ził ją para­li­żu­jący ból. Pole­ciała do tyłu i upa­dła ple­cami na pod­łogę. Przed oczami wiro­wały jej czarne plamy, prawa strona twa­rzy pul­so­wała. Z oczu try­snęły łzy – naresz­cie zna­la­zły drogę na zewnątrz. Spró­bo­wała krzyk­nąć, a przy­naj­mniej się ode­zwać.

Jego dłoń zatkała jej usta, a także nos. Nie była w sta­nie oddy­chać. Nie mogła wydać żad­nego dźwięku. Zaczęła się sza­mo­tać.

Ude­rzył ją.

Cathe­rine zapa­dła w błogi nie­byt.

Po chwili jej powieki zatrze­po­tały. Odno­siła dziwne wra­że­nie, że usta ma pełne wełny. I rze­czy­wi­ście, uświa­do­miła sobie, że są czymś zatkane. Unio­sła rękę, żeby pozbyć się tego cze­goś.

– Ani się waż.

Sły­sząc ten roz­kaz, zamarła w bez­ru­chu.

– Tak ma być, nie chcę, żebyś mi się tu darła.

Sku­piła wzrok na zna­nej sobie twa­rzy i zamru­gała, w duchu bła­ga­jąc go, żeby ją puścił.

– To potrwa tylko chwilkę – cią­gnął nie­mal ze skru­chą.

Coś miał w dłoni. Strzy­kawkę.

Przy­cią­gnął prawą rękę Cathe­rine do sie­bie i uniósł strzy­kawkę, żeby wbić ją w jej ramię. Wydała zdu­szony krzyk, spró­bo­wała uwol­nić rękę. Była słaba, a on trzy­mał ją tak mocno, że aż bolało, ale nagłe szarp­nię­cie go zasko­czyło i nie tra­fił tam, gdzie zamie­rzał. Jęk­nęła, gdy igła wbiła się w jej ramię.

– Zobacz, coś naro­biła! – wark­nął ze zło­ścią; znowu ujrzała ten błysk w jego oczach. Moc­niej ści­snął jej nad­gar­stek, aż do bólu, i jesz­cze raz wbił igłę. Wolną ręką spró­bo­wała podra­pać mu twarz.

Spo­licz­ko­wał ją.

– W ten spo­sób nijak nie tra­fię w żyłę – mruk­nął. Dźgnął ją jesz­cze raz, pokrę­cił głową i z iry­ta­cją mam­ro­tał coś pod nosem.

Wyszarp­nęła rękę i poczuła pie­kący ból, gdy igła roz­darła jej ciało. Z poszar­pa­nej rany pocie­kła krew. Zakrę­ciło jej się w gło­wie, miała wra­że­nie, że zaraz zemdleje.

– Szlag! – Z wście­kło­ścią odrzu­cił strzy­kawkę w róg pokoju. Spoj­rzał na Cathe­rine, zaci­ska­jąc zęby ze zło­ści. A potem zer­k­nął na jej krwa­wiącą rękę. Wytrzesz­czył oczy i z tru­dem prze­łknął ślinę.

Nachy­lił się i ku obrzy­dze­niu Cathe­rine zli­zał krew z jej ramie­nia. Gdy poczuła na skó­rze szorstki język, szarp­nęła się z odrazy i prze­ra­że­nia. Chciała mu się wyrwać, lecz mocno trzy­mał jej rękę. A potem wark­nął jak pies.

Moc­niej przy­ci­snął usta i zaczął chłep­tać. W mil­cze­niu patrzyła, jak wysysa krew z jej roze­rwa­nego ciała. W końcu się cof­nął; po bro­dzie spły­wała mu czer­wona strużka.

– Musia­łem. – Skrzy­wił się ze wsty­dem. – Prze­pra­szam.

Świat znów pociem­niał.

Gdy odzy­skała świa­do­mość, już go przy niej nie było. W pobliżu sły­szała jakiś dziwny lament. Płacz? Tak. To on wyda­wał te dźwięki. Na­dal był w jej domu i pła­kał.

Poli­cja. Musi wezwać poli­cję. Spró­bo­wała się zmu­sić do dzia­ła­nia, żeby wstać, lecz ręce i nogi odma­wiały jej posłu­szeń­stwa. Krew z ramie­nia kapała na pod­łogę.

W końcu zdo­łała się ruszyć. Wyrwała kne­bel z ust. Już miała wstać, ale zamarła, sły­sząc za sobą jakiś odgłos.

Nagle poczuła, że na jej szyi coś się zaci­snęło. Dusiła się, usi­ło­wała szar­pać za pętlę, lecz nie mogła wsu­nąć pod nią pal­ców. Otwo­rzyła sze­roko usta, żeby krzyk­nąć. Nie zdo­łała wydać naj­mniej­szego dźwięku. Nie była w sta­nie oddy­chać. Przed oczami tań­czyły jej czarne plamy, widziała jak przez mgłę.

Roz­legł się cichy, paskudny rechot i mru­czący głos wyszep­tał jej do ucha:

– To teraz się zaba­wimy.

Roz­dział 2

Sobota, 15 paź­dzier­nika 2016

Śled­cza Holly O’Don­nell stała w kory­ta­rzu, patrząc, jak per­so­nel medyczny ostroż­nie kła­dzie ciało Cathe­rine Lamb na noszach. Samych zwłok, w zapię­tym na suwak worku, nie było widać. Ale ich widok wrył jej się w pamięć. Kosmyki splą­ta­nych wło­sów, przy­le­pione zaschniętą krwią do policzka. Siniaki kon­tra­stu­jące z pośmiertną bla­do­ścią. Podarte ubra­nie, świa­dec­two ostat­niego, nie­uchron­nego upo­ko­rze­nia Cathe­rine. Cza­sami O’Don­nell potra­fiła posta­wić tamę i zacho­wać pro­fe­sjo­nalną rezerwę. Ale nie dzi­siaj.

Dwaj ludzie z noszami uważ­nie lawi­ro­wali w salo­nie, żeby nie wdep­nąć w wielką kałużę zaschnię­tej krwi. Gdy wyszli, O’Don­nell kon­cen­tro­wała się przez chwilę. Po usu­nię­ciu zwłok atmos­fera na miej­scu zbrodni zawsze się zmie­nia. Ludzie prze­stają szep­tać. Poli­cjanci odzy­skują luz, przy­stę­pu­jąc do swo­ich obo­wiąz­ków. Cza­sami ktoś rzuci jakiś dow­cip. Wszyst­kich ogar­nia poczu­cie ulgi. Trupa już nie ma. Nad­szedł czas, by żywi robili swoje.

W łagod­nym świe­tle wpa­da­ją­cym przez okno O’Don­nell uważ­nie rozej­rzała się dookoła. Dom był nie­wielki i przed tym maka­brycz­nym incy­den­tem zapewne cał­kiem miły. Przy­tulna sypial­nia, przy­jemny salon z kanapą i nie­wielkim tele­wi­zo­rem. Kuch­nia była wpraw­dzie za mała, ale w tej cia­sno­cie Cathe­rine Lamb doko­nała ist­nych cudów, wie­sza­jąc na ścia­nie garnki i patel­nie w taki spo­sób, jakby były czę­ścią wystroju. Przez kuchenne okno widać było kawa­łek podwórka za domem – zapusz­czony traw­nik, pełen chwa­stów i zwię­dłych liści.

O’Don­nell odwró­ciła się do Garzy, poli­cjanta, który stał w kuchni i prze­glą­dał swój szki­cow­nik.

– A teraz zrób salon – powie­działa.

Ski­nął głową, acz z ura­żoną miną i nieco za późno. O’Don­nell przy­wy­kła już do takich prze­ja­wów nie­chęci. Do gli­nia­rzy patrzą­cych na nią tak, jakby nie zasłu­żyła na miano śled­czej czy w ogóle poli­cjantki. I jakby w żad­nym razie nie miała prawa im roz­ka­zy­wać.

A tym­cza­sem to ona tu rzą­dziła, czy się to komu podoba, czy nie. Garza będzie musiał się pod­po­rząd­ko­wać.

Wszedł do salonu z blo­kiem rysun­ko­wym w ręce i zacze­kał na nią. Zawa­hała się, iry­to­wała ją wielka plama krwi na pod­ło­dze. Nie dałaby rady nad nią przejść. Taki drą­gal jak Garza nie miał z tym pro­blemu, ale ona musiała ją prze­sko­czyć, co zresztą robiła już dwu­krot­nie. A w ochra­nia­czach na buty, które sama kazała wszyst­kim wło­żyć, łatwo mogła się pośli­znąć i prze­wró­cić. Nie mówiąc o tym, że jej zda­niem wyglą­dała śmiesz­nie, pod­ska­ku­jąc w taniej gar­sonce niczym kró­lik.

Prze­sko­czyła nad krwią i – jak­żeby ina­czej – pośli­znęła się i omal nie prze­wró­ciła. Odzy­skaw­szy rów­no­wagę, spoj­rzała na Garzę, pro­wo­ku­jąc go, żeby się roze­śmiał. Ale się nie odwa­żył.

Sku­piła się na pracy i mie­rząc pokój taśmą, poda­wała wymiary Garzy, a ten zapi­sy­wał je w swoim bloku. To on i jego part­ner pierwsi zja­wili się na miej­scu. O’Don­nell po przyj­ściu przy­dzie­liła rolę rysow­nika Garzy, a dru­giemu poli­cjan­towi zle­ciła pil­no­wa­nie terenu. Upo­rali się już z łazienką i sypial­nią, a z salo­nem zacze­kali na wynie­sie­nie zwłok.

O’Don­nell posta­wiła obok leżą­cego na pod­ło­dze tele­fonu ofiary znacz­nik dowo­dowy. Ten miał numer osiem. Dzie­wiątkę umie­ściła koło podar­tego sta­nika. Znacz­niki z nume­rami od dzie­się­ciu do pięt­na­stu zna­la­zły się przy krwa­wych śla­dach stóp w salo­nie. Po jed­nym z pierw­szych docho­dzeń, które pro­wa­dziła w spra­wie mor­der­stwa, omal nie prze­grali w sądzie, bo ozna­czyli trzy odci­ski butów tylko jed­nym nume­rem, przez co zdję­cie było do kitu. Ni­gdy wię­cej.

– Nie zapo­mnij zazna­czyć na szkicu kie­runku, w któ­rym pro­wa­dzą ślady – powie­działa.

– Nie zapo­mnę. – Garza mie­rzył odle­głość mię­dzy tele­fo­nem ofiary a drzwiami pokoju.

– I przy każ­dym kroku zapisz jego dłu­gość.

Spoj­rzał na nią z nie­sma­kiem, bez słowa. Prze­cież znał się na swo­jej robo­cie, nie musiała nim dyry­go­wać. Ona jed­nak wolała dmu­chać na zimne. W ostat­nich mie­sią­cach przy­szło jej się kajać tak czę­sto, że miała tego powy­żej uszu.

Krą­żyła po pokoju, uwa­ża­jąc, żeby nie wdep­nąć w krew, i spraw­dzała, czy cze­goś nie prze­ga­piła. Nie zauwa­żyła nic takiego. Wró­ciła więc do Garzy i rzu­ciła okiem na szkic. Nie­chęt­nie musiała przy­znać w duchu, że dobrze się spi­sał. Szkic był sta­ranny, pomiary skru­pu­latne i pedan­tyczne.

Jej uwagę przy­kuła gło­śna wymiana zdań. Poli­cjant na zewnątrz z kimś się kłó­cił, szy­ko­wała się praw­dziwa awan­tura. Dzien­ni­ka­rze już się zwie­dzieli? Czy to tylko wścib­ski sąsiad?

Znowu prze­sko­czyła przez plamę krwi; tym razem się nie pośli­znęła. W ska­ka­niu przez kałuże krwi wyraź­nie nabie­rała wprawy. Wyszła na dwór, mru­żąc oczy w słońcu.

Dom Cathe­rine Lamb wraz z maleń­kim ogród­kiem od frontu i kawał­kiem chod­nika odgro­dzili taśmą. Part­ner Garzy, mło­dziak świeżo po aka­de­mii, stał na wydzie­lo­nym tere­nie, trzy­ma­jąc księgę wejść i wyjść na miej­sce zda­rze­nia. Po dru­giej stro­nie żół­tej taśmy zatrzy­mali się męż­czy­zna i kobieta. Ona miała na sobie długi beżowy trencz oraz brą­zową weł­nianą czapkę i taki sam sza­lik; ręce trzy­mała w kie­sze­niach. On był w czar­nym płasz­czu narzu­co­nym na szary gar­ni­tur.

Głos kobiety wybi­jał się ponad gwar ruchu ulicz­nego, kiedy sztor­co­wała mło­dego.

– Wystar­czy nam kilka minut. W pań­skim naj­lep­szym inte­re­sie leży…

– Prze­pra­szam, co tu się dzieje? – zawo­łała O’Don­nell, pod­cho­dząc do nich; było tak zimno, że z jej ust uno­siła się para.

– Fede­ralni – odparł żół­to­dziób. – Chcą wejść na miej­sce zbrodni.

O’Don­nell zmarsz­czyła czoło i spoj­rzała na nich. Męż­czy­zna był wyso­kim, bar­czy­stym bru­ne­tem. Stał w prze­sad­nie nie­dba­łej pozie, nieco przy­gar­biony, niczym lice­ali­sta zgry­wa­jący luzaka. Kobieta do pew­nego stop­nia sta­no­wiła jego prze­ci­wień­stwo. Nie się­gała mu nawet do ramie­nia. Spod weł­nia­nej czapki wymy­kały się kosmyki ruda­wych wło­sów, deli­katne usta wykrzy­wiał gry­mas nie­za­do­wo­le­nia i była tak spięta, jakby lada chwila miała się na kogoś rzu­cić. Jej długi, zakrzy­wiony nos był zaró­żo­wiony z zimna. Spoj­rzała na O’Don­nell, która omal nie cof­nęła się o krok. Oczy tej kobiety miały kolor trawy, a prze­ni­kliwy wzrok wytrą­cał z rów­no­wagi. Ona nie patrzyła na O’Don­nell; poli­cjantka odnio­sła wra­że­nie, że bada każdy por jej skóry.

– Śled­cza O’Don­nell – przed­sta­wiła się, pró­bu­jąc nie ucie­kać od świ­dru­ją­cego spoj­rze­nia tej kobiety. – A wy jeste­ście…?

– Agent Gray. – Męż­czy­zna mach­nął legi­ty­ma­cją FBI. – A to jest dok­tor Ben­tley.

– To miej­sce zbrodni pod­lega poli­cji miej­skiej Chi­cago. Nie może­cie wejść. W każ­dym razie dopóki nie skoń­czymy.

– To mor­der­stwo może być zwią­zane ze śledz­twem, które wła­śnie pro­wa­dzimy – powie­działa Ben­tley. – Wystar­czy nam kilka minut, żeby się…

– Skąd wie­cie, że to mor­der­stwo? – spy­tała O’Don­nell.

Gray z iry­ta­cją zer­k­nął na swoją part­nerkę, ale spra­wiała wra­że­nie, że tego nie zauwa­żyła. Wes­tchnął.

– Dosta­li­śmy cynk od porucz­nika Mar­ti­neza. Zadzwo­nił z infor­ma­cją, że we wła­snym domu została udu­szona nie­jaka Cathe­rine Lamb, lat dwa­dzie­ścia pięć.

O’Don­nell zacho­wy­wała kamienną twarz, pró­bu­jąc nie oka­zać gniewu. Do tej pory miała dobre zda­nie o Mar­ti­ne­zie, który, podob­nie jak ona, pra­co­wał w Wydziale Kry­mi­nal­nym rejonu Area Cen­tral. Co on sobie myślał, dono­sząc FBI o lokal­nym mor­der­stwie? A już dzie­le­nie się wstęp­nymi, nie­po­twier­dzo­nymi infor­ma­cjami, takimi jak przy­czyna śmierci, było błę­dem, jakiego nie popeł­niłby nawet żół­to­dziób.

– W jaki spo­sób to mor­der­stwo wiąże się z waszą sprawą?

– Nie wolno nam o tym mówić – odparł szybko Gray, widząc, że Ben­tley otwiera usta.

O’Don­nell posłała im sztuczny uśmiech.

– Muszę się zająć miej­scem zbrodni. Miłego dnia.

– Chwi­leczkę! – rzu­ciła ostro Ben­tley; w jej oczach bły­snął gniew.

O’Don­nell ode­szła. Póź­niej pogada sobie z Mar­ti­ne­zem i dowie się, co tu jest grane.

– Pani śled­cza! – zawo­łał za nią agent Gray. – Znaj­dzie pani dla mnie dwie minutki? Chyba mamy dla pani pewne infor­ma­cje.

O’Don­nell wes­tchnęła i zawró­ciła. Gray miał pokorną minę, wyglą­dał na zawsty­dzo­nego.

– Pozwoli pani na słówko? – zapy­tał.

O’Don­nell zgięła się, prze­szła pod żółtą taśmą i odda­liła się o kilka metrów, by poli­cjant nie mógł ich usły­szeć.

– O co cho­dzi? – spy­tała agen­tów, któ­rzy ruszyli za nią.

– Pro­wa­dzimy śledz­two w spra­wie seryj­nego zabójcy, nazywa się Rod Glo­ver – oznaj­mił agent Gray. – Przez mniej wię­cej dzie­sięć lat miesz­kał w Chi­cago pod przy­braną toż­sa­mo­ścią.

– A co on ma wspól­nego z tym mor­der­stwem?

– Nie jeste­śmy pewni, czy Rod Glo­ver jest w to zamie­szany. Ale on dusi swoje ofiary. A jego ostatni znany adres był w tej dziel­nicy, w McKin­ley Park.

– To dosyć przy­pad­kowy zwią­zek – zauwa­żyła O’Don­nell. – Zja­wia­cie się na miej­scu każ­dego śledz­twa w oko­licy, jeśli zacho­dzi podej­rze­nie mor­der­stwa przez udu­sze­nie?

Ben­tley prych­nęła nie­cier­pli­wie.

– W tej oko­licy rzadko docho­dzi do zabójstw na tle sek­su­al­nym, któ­rych ofiary są duszone…

– Do zabójstw na tle sek­su­al­nym? Mar­ti­nez powie­dział wam, że to jest mord o pod­łożu sek­su­al­nym?

– Powie­dział, że ubra­nie ofiary zostało podarte.

– Po cho­lerę wam o tym mówił? To nie jego śledz­two i nic na ten temat nie tra­fiło jesz­cze do rapor­tów. On… – Nagle ele­menty ukła­danki wsko­czyły na swoje miej­sce. – Dok­tor Ben­tley? Zoe Ben­tley, pro­fi­lerka kry­mi­nalna? To pani pra­co­wała z Mar­ti­ne­zem nad sprawą Pętla­rza z Zakładu Pogrze­bo­wego.

– Tak.

Trzy mie­siące wcze­śniej całe Chi­cago żyło w stra­chu przed seryj­nym zabójcą, który mor­do­wał i bal­sa­mo­wał młode kobiety, a ich zwłoki zosta­wiał upo­zo­wane w róż­nych czę­ściach mia­sta. Kie­ru­jący śledz­twem porucz­nik Mar­ti­nez zwró­cił się o pomoc do FBI. Dok­tor Ben­tley i agent Gray nale­żeli do grupy docho­dze­nio­wej, która w końcu zła­pała mor­dercę.

– Nie jeste­ście z dele­ga­tury FBI w Chi­cago.

– Nie – przy­znał Gray. – Jeste­śmy z Sek­cji Ana­liz Beha­wio­ral­nych.

– I przy­pad­kiem aku­rat dzi­siaj wpa­dli­ście do Chi­cago? – prych­nęła scep­tycz­nie O’Don­nell. Sek­cja Ana­liz Beha­wio­ral­nych miała sie­dzibę w Quan­tico w Wir­gi­nii, kawał drogi stąd.

– Nie­zu­peł­nie. Jeź­dzimy tro­pem Glo­vera. W Chi­cago jeste­śmy od tygo­dnia.

– A teraz chce­cie prze­jąć śledz­two? Tylko dla­tego, że waszym zda­niem sprawa może mieć zwią­zek z…

– Niczego nie przej­mu­jemy. – Gray uspo­ka­ja­jąco uniósł ręce. – Chcemy tylko usta­lić, czy to moż­liwe, że Glo­ver jest w to zamie­szany.

– Świet­nie. – O’Don­nell wzru­szyła ramio­nami. – Poga­daj­cie ze swo­imi w tutej­szej dele­ga­tu­rze. Dostaną od nas mate­riały ze śledz­twa, będzie­cie mogli je sobie obej­rzeć.

– Byłoby znacz­nie lepiej, gdy­bym mogła zoba­czyć miej­sce zbrodni na wła­sne oczy – pal­nęła Ben­tley.

– Lepiej? Dla kogo?

– Dla wszyst­kich. Mamy dużo więk­sze doświad­cze­nie w pro­fi­lo­wa­niu tego typu ata­ków. Jeśli obej­rzymy miej­sce…

O’Don­nell miała dość pro­tek­cjo­nal­nego zacho­wa­nia tej kobiety.

– W aktach znaj­dzie­cie zdję­cia.

Ben­tley już miała coś odszczek­nąć, ale Gray dotknął jej ramie­nia, więc zamknęła usta.

– Niech pani posłu­cha, możemy wam pomóc ze śledz­twem – powie­dział. – I udo­stęp­nić środki fede­ralne.

Wła­śnie na to O’Don­nell liczyła od samego początku. W Chi­cago testy DNA miały absur­dalne opóź­nie­nia. Ale gdyby fede­ralni sami zapro­po­no­wali im sko­rzy­sta­nie ze swo­jego labo­ra­to­rium? Przy­dałby jej się taki fart.

Poza tym zże­rała ją cie­ka­wość. Od wielu osób sły­szała o Zoe Ben­tley i spra­wie Pętla­rza z Zakładu Pogrze­bo­wego. Ludzie uwiel­biali mówić o Ben­tley nie­mal w takim samym stop­niu, jak lubili gadać o O’Don­nell i nie­daw­nym skan­dalu. Pro­fi­lerkę kry­mi­nalną opi­sy­wano roz­ma­icie, jedni jako baje­rantkę, inni jako geniu­sza. Pod­czas docho­dze­nia w spra­wie Pętla­rza z Zakładu Pogrze­bo­wego coś poszło nie tak i Ben­tley odnio­sła poważne obra­że­nia. Zdaje się, że ona i jej part­ner zata­ili przed poli­cją ważne infor­ma­cje. O’Don­nell sły­szała nawet absur­dalną plotkę o tym, że w chwili aresz­to­wa­nia mor­dercy Ben­tley była pół­naga. Ta kobieta nie­wąt­pli­wie spra­wiała, że o niej mówiono.

O’Don­nell chciała zoba­czyć ją w akcji.

– Zgoda – powie­działa. – Może­cie się rozej­rzeć. Ale jeśli każę wam spa­dać, to spa­da­cie.

– Jasne, pani tu rzą­dzi. – Agent Gray bły­snął zębami w uśmie­chu.

Zapro­wa­dziła ich do domu. Ben­tley i Gray wpi­sali się do księgi i weszli za O’Don­nell do środka. Garza na­dal szki­co­wał coś w salo­nie. Foto­graf, który do niego dołą­czył, robił zbli­że­nia jed­nego z krwa­wych odci­sków stóp. O’Don­nell zapi­sała sobie w pamięci, by kazać mu zro­bić kilka ujęć wszyst­kich śla­dów razem.

– Ręka­wiczki i ochra­nia­cze na buty. – Wska­zała pudełka przy wej­ściu. Obser­wo­wała minę Ben­tley, gdy ta dostrze­gła wielką plamę krwi.

– Ofiara krwa­wiła – mruk­nęła Ben­tley, wkła­da­jąc ręka­wiczki.

Jak dotąd nie zaim­po­no­wała poli­cjantce zdol­no­ścią deduk­cji.

– Mar­ti­nez o tym nie wspo­mi­nał? – spy­tała O’Don­nell nie­win­nie. Choć wie­działa, że tego nie zro­bił, ta infor­ma­cja nie tra­fiła do wstęp­nego raportu poli­cjan­tów, któ­rzy pierwsi zja­wili się na miej­scu.

Ben­tley puściła jej słowa mimo uszu i wło­żyła ochra­nia­cze na buty. Pode­szła do plamy krwi i nie zatrzy­mu­jąc się, prze­sko­czyła nad nią do salonu.

O’Don­nell to ziry­to­wało. Zoe Ben­tley była od niej niż­sza, a mimo to zdo­łała prze­sko­czyć krwawą kałużę z gra­cją jakiejś cho­ler­nej gazeli.

Roz­dział 3

Zoe uważ­nie przyj­rzała się wiel­kiej pla­mie krwi i śla­dom stóp, które bie­gły po pod­ło­dze salonu. W pierw­szej chwili trudno było wyło­wić z tego jakiś sens. Odci­ski stóp były roz­ma­zane i zacho­dziły na sie­bie. Stop­niowo jed­nak uło­żyła to sobie w gło­wie. Ktoś kilka razy zato­czył koło przy wej­ściu do pokoju, a potem poszedł w naj­dal­szy kąt i z powro­tem. Kil­ka­krot­nie wszedł w kałużę krwi, co zapewne świad­czyło o tym, że nie bar­dzo wie­dział, co robić, albo był roz­trzę­siony.

Leżący na pod­ło­dze sta­nik został roze­rwany, meta­lowa sprzączka z tyłu była wygięta. A co z resztą ubrań? Też podarte? Odsu­nęła to oczy­wi­ste pyta­nie, nie chciała, żeby zmą­ciło jej osąd. Czy to wygląda na robotę Glo­vera?

Jeśli nie prze­sta­nie o nim myśleć, nie­uchron­nie zacznie dopa­so­wy­wać fakty do zało­żo­nej tezy. Ale nie była pewna, czy zdoła unik­nąć tego pyta­nia. Glo­ver rósł w jej myślach niczym paso­żyt­ni­cze pną­cze, wdzie­rał się w każdy zaką­tek umy­słu, dusząc wszel­kie inne myśli.

Od kilku tygo­dni ona i Tatum meto­dycz­nie śle­dzili poczy­na­nia Glo­vera, cofa­jąc się o dzie­sięć lat. Przy­po­mi­nało to pusz­czony do tyłu film. Zaczęli od miej­sca, gdzie go widziano ostat­nio – od budynku, w któ­rym sama miesz­kała. Wyna­jął lokum jako Daniel Moore i przez ponad mie­siąc śle­dził Zoe i jej sio­strę Andreę. A kiedy Zoe w związku ze śledz­twem wyje­chała do Tek­sasu, zaata­ko­wał. Tylko szczę­śli­wym zbie­giem oko­licz­no­ści Andrea nie ucier­piała i zdo­łała uciec. Pod­czas akcji Glo­ver został postrze­lony i zaszył się w swoim zawil­go­co­nym miesz­ka­niu, gdzie docho­dził do sie­bie. Tech­nicy orze­kli, że omal nie umarł, ale udało mu się powstrzy­mać krwa­wie­nie. A kiedy tylko sta­nął na nogi, zwiał.

To nie wszystko. Glo­ver umie­rał. Nie od postrzału, powód był bar­dziej pro­za­iczny. Miał nie­ope­ra­cyj­nego raka mózgu, przez co stał się groź­niej­szy niż wcze­śniej. Zdy­cha­jąca bestia nie ma nic do stra­ce­nia.

Zoe odwró­ciła się do O’Don­nell. Śled­cza stała po dru­giej stro­nie pokoju, nie spusz­cza­jąc ciem­nych oczu z foto­grafa, który przy­kuc­nął, by zro­bić serię ujęć krwa­wych odci­sków stóp.

– Mogę zoba­czyć zdję­cia zwłok? – spy­tała Zoe poli­cjantkę.

O’Don­nell zmarsz­czyła czoło i zasta­na­wiała się przez chwilę, jakby była to wygó­ro­wana prośba. W końcu pole­ciła foto­gra­fowi, żeby poka­zał zdję­cia.

Ten wstał, szczu­płym pal­cem popra­wił na nosie oku­lary w gru­bej opra­wie i w sku­pie­niu zaczął prze­wi­jać zdję­cia w apa­ra­cie.

Do salonu wszedł Tatum.

– Są plamy krwi w sypialni – poin­for­mo­wał, wska­zu­jąc przez ramię za sie­bie. – Kolejne ślady stóp i smugi zosta­wione przez zakrwa­wiony palec na sto­liku noc­nym i na ścia­nie.

– Odci­ski pal­ców? – spy­tała Zoe.

– Wąt­pię, gołym okiem ich nie zauwa­ży­łem… po pro­stu smugi i już. Tech­nik twier­dzi, że wyglą­dają tak, jakby ten, kto je zosta­wił, nosił ręka­wiczki.

– Ręka­wiczki wska­zują na pla­no­wa­nie, a ten baj­zel tutaj to kom­pletna pro­wi­zorka – powie­działa Zoe.

– Plamy krwi są także na umy­walce i pod­ło­dze łazienki.

– Mył się tam?

– Na to wygląda.

Zoe pró­bo­wała sobie wyobra­zić prze­bieg wypad­ków, gdy naraz ode­zwał się foto­graf:

– O, mam.

Pod­szedł do nich i poka­zał ekran z tyłu apa­ratu.

Przez chwilę Zoe nie mogła się poła­pać, na co patrzy.

– To są zwłoki? – spy­tała. – Były zakryte?

– Tak – powie­działa za jej ple­cami O’Don­nell. – Była nakryta kocem.

– Kto ją zna­lazł? – włą­czył się Tatum.

– Jej ojciec, Albert Lamb – odparła O’Don­nell.

– I to on ją zakrył?

– Twier­dzi, że nie, podobno zna­lazł ją w takim sta­nie – odpo­wie­działa poli­cjantka. – Potwier­dzają to dowody rze­czowe. Widzi pani te plamy na kocu?

Foto­graf prze­rzu­cił zdję­cia i zna­lazł zbli­że­nie dwóch dużych brą­zo­wych plam.

– Plamy krwi. – O’Don­nell wska­zała je pal­cem. – Kiedy ktoś ją nakry­wał, krew była jesz­cze świeża. Ale zanim tu dotar­li­śmy, nastą­piło poważne stę­że­nie pośmiertne ciała, a krew wyschła. Ofiara nie żyła już od jakie­goś czasu. A zakryto ją kocem krótko po śmierci.

Czy poli­cjantka roz­wa­żyła alter­na­tywę? Zabójcą mógł być ojciec. Mógł nakryć zwłoki kocem, a na poli­cję zadzwo­nić kilka godzin póź­niej.

– Czyli że zastał ją pod kocem i tak ją zosta­wił? – spy­tał Tatum z nie­do­wie­rza­niem.

– Nie. Odkrył ją, zoba­czył, że jest mar­twa i sztywna. Mimo to, według tego, co zeznał na początku, pró­bo­wał ją ocu­cić. A w końcu zakrył ją z powro­tem i zadzwo­nił pod dzie­więć­set jede­na­ście.

Foto­graf prze­wi­nął jesz­cze kilka zdjęć nakry­tych zwłok, zro­bio­nych pod róż­nymi kątami. Nagle się zatrzy­mał. Zdję­cie na ekra­nie poka­zy­wało nagie ciało.

Nie­trudno było zro­zu­mieć, dla­czego ojciec z powro­tem zakrył córkę.

Kobieta leżała zgięta wpół, nogi miała pod­ku­lone, a spód­nicę zsu­niętą do kostek. Koszulę podartą, lewą pierś odsło­niętą. Była bez maj­tek. Jeśli ojciec chciał przy­sło­nić córkę, to trudno byłoby mu pod­cią­gnąć spód­nicę przy takim uło­że­niu nóg.

Zoe zer­k­nęła na podarty sta­nik na pod­ło­dze, ozna­ko­wany numer­kiem dowo­do­wym.

– Zna­leź­li­ście jej majtki?

– Jesz­cze nie. Wciąż prze­glą­damy śmieci.

– Skoro nie ma ich tutaj, raczej ich nie znaj­dzie­cie – powie­działa Zoe. – Zabrał je. To jego tro­feum.

Uważ­nie obej­rzała zdję­cie. Cała ręka ofiary była zlana krwią, jej twarz też była ochla­pana; pasma wło­sów przy­le­gały do zakrwa­wio­nego policzka. Na lewej nodze także miała plamy krwi, ale te raczej nie pocho­dziły bez­po­śred­nio z rany. Zapewne na jakimś eta­pie noga ofiary otarła się o krew na pod­ło­dze. Szyję kobiety szpe­ciły siniaki – być może ślady po pętli, ale na tak małym ekra­nie trudno to było oce­nić, zwłasz­cza że zdję­cie zro­biono w sze­ro­kim pla­nie.

Foto­graf na­dal prze­wi­jał zdję­cia, coraz szyb­ciej, jakby nie mógł na nie patrzeć, co Zoe wydało się dziwne. Prze­cież sam je zro­bił.

– Zaraz – rzu­ciła. – Wróć do poprzed­niego.

Prze­wi­nął jedno zdję­cie do tyłu. Było to zbli­że­nie śla­dów na szyi. Rze­czy­wi­ście wyglą­dały jak po dusze­niu, a jed­nak Zoe na­dal nie miała pew­no­ści. Jej uwagę zwró­ciło co innego – deli­katna srebrna nić na szyi kobiety.

– Czy miała jakąś biżu­te­rię? – spy­tała.

– Krzy­żyk na srebr­nym łań­cuszku. Jej ojciec twier­dzi, że ni­gdy go nie zdej­mo­wała – odpo­wie­działa O’Don­nell.

– Dla­czego tego nie zabrał jako tro­feum? – mruk­nęła Zoe.

– Może biżu­te­ria go nie kręci – pod­su­nął Tatum.

Zoe kiw­nęła głową. Cał­kiem moż­liwe, cho­ciaż seryjni zabójcy zbie­ra­jący tro­fea zazwy­czaj brali też biżu­te­rię. Zwłasz­cza jeśli – tak jak w tym przy­padku – ofiarę udu­szono, a łań­cu­szek miała na szyi. Zabójca nie mógł go prze­cież nie zauwa­żyć. A może to nim udu­sił dziew­czynę? Uważ­niej przyj­rzała się zdję­ciu. Nic na to nie wska­zy­wało. Łań­cu­szek by pękł, sta­now­czo był zbyt deli­katny.

– Mówi­łeś, że na sto­liku noc­nym zostały smugi po pal­cach – zwró­ciła się Zoe do Tatuma. – Była tam jakaś biżu­te­ria?

– Nie wiem.

– Była szka­tułka na biżu­te­rię – wyja­śniła O’Don­nell. – A w niej dwie bran­so­letki.

– Dwie bran­so­letki i łań­cu­szek – posu­mo­wała Zoe. – Praw­do­po­dob­nie zabójca prze­szu­kał jej rze­czy, zna­lazł łań­cu­szek i zapiął go jej na szyi już po doko­na­niu mor­der­stwa.

– Wąt­pię – powie­działa O’Don­nell. – Jej ojciec mówił, że ni­gdy go nie zdej­mo­wała. Dużo bar­dziej praw­do­po­dobne, że zabójca po pro­stu szu­kał cze­goś war­to­ścio­wego, co mógłby zabrać. Bran­so­letki to tanie świe­ci­dełka, więc je zosta­wił. Spy­tamy ojca, czy miała jakąś cenną biżu­te­rię.

Zoe poczuła przy­pływ iry­ta­cji, ale nie wda­wała się w dys­ku­sję. Patrzyła, jak foto­graf prze­gląda resztę zdjęć – być może po dłuż­szym cza­sie znowu miała przed oczami dzieło Glo­vera.

Kiedy razem z Tatu­mem odkryli, jakie nazwi­sko przy­brał Glo­ver, ruszyli jego śla­dem. Wie­dzieli już, że w ostat­nich latach miesz­kał w Chi­cago. Zna­leźli jego dawne miesz­ka­nie w McKin­ley Park, zaj­mo­wane teraz przez parę stu­den­tów. Dotarli do jego ostat­niego miej­sca zatrud­nie­nia, ale sześć mie­sięcy wcze­śniej stra­cił tam posadę ser­wi­santa. Kilka dni spę­dzili na roz­mo­wach z jego daw­nymi kole­gami z pracy i prze­ło­żo­nymi, pró­bu­jąc zebrać jakie­kol­wiek infor­ma­cje. Więk­szość kole­gów uwa­żała go za świet­nego faceta. Zawsze chętny do pomocy, skory do żar­tów i śmie­chu. Jego szef użył nawet okre­śle­nia: „miał ducha pracy w zespole”.

Dwie kole­żanki z pracy uwa­żały, że jest w nim coś nie­po­ko­ją­cego, ale nie potra­fiły tego spre­cy­zo­wać.

Zoe znała to uczu­cie. Sama go doświad­czyła, gdy miała czter­na­ście lat, a Rod Glo­ver był jej sąsia­dem. Na początku wyda­wał się faj­nym gościem, był cza­ru­jący i zabawny. Z cza­sem jego zacho­wa­nie sta­wało się dziwne, budziło lęk. Mniej wię­cej w tym samym cza­sie zaczęły się zabój­stwa mło­dych kobiet.

– To już ostat­nie – rzekł foto­graf i opu­ścił apa­rat.

– Są ślady broni? – spy­tał Tatum, odwra­ca­jąc się do O’Don­nell.

– Zakła­dam, że użył dwóch narzę­dzi – odparła poli­cjantka. – Ślady na jej szyi wska­zują na udu­sze­nie jakimś sznu­rem albo paskiem. A krwa­wie­nie było efek­tem paskud­nej rany cię­tej na jej ramie­niu. Czyli posłu­żył się także jakimś ostrzem. Jej koszula też zresztą wygląda, jakby czę­ściowo została prze­cięta. – Wska­zała na ślady stóp. – Zdaje się, że zabójca prze­szedł przez pokój, żeby coś pod­nieść z pod­łogi. Widzi pani, jak ślady koń­czą się tuż przed ścianą? Idę o zakład, że zatrzy­mał się tam, żeby przy­kuc­nąć.

Śled­cza nieco uro­sła w oczach Zoe.

– Myśli pani, że to był nóż?

– Jestem tego pra­wie pewna. Jeśli pani tam podej­dzie, zoba­czy pani kilka kro­pli krwi tuż obok znacz­nika numer szes­na­ście. Moim zda­niem skap­nęły z ostrza.

Zoe prze­szła w róg pokoju, przy­kuc­nęła i obej­rzała pod­łogę. Zoba­czyła kilka ide­al­nie okrą­głych brą­zo­wych plam. Obok niej kuc­nął Tatum.

– Te kro­ple spa­dły pio­nowo – orzekł. – Dla­tego są okrą­głe, nie elip­tyczne. Co zna­czy, że nie są roz­bry­zgiem z dru­giej strony pokoju. Praw­do­po­dob­nie to tutaj rzu­cono narzę­dzie.

Zoe kiw­nęła głową, pró­bu­jąc sobie to wyobra­zić.

– Może pod­szedł tu z nożem w ręku. I zatrzy­mał się na kilka sekund. To by wyja­śniało pocho­dze­nie tych kro­pli.

– Nie jestem tech­ni­kiem kry­mi­na­li­stycz­nym – zastrzegł się Tatum. – Ale zobacz, nie ma roz­bry­zgów wokół kro­pli. Gdyby spa­dły z wyso­ko­ści pół metra czy wię­cej, wokół każ­dej z nich byłby mały koli­sty roz­bryzg. Skoro ich nie ma, to zna­czy, że krew kapała z wyso­ko­ści zale­d­wie kilku cen­ty­me­trów. Sądzę, że śled­cza O’Don­nell ma rację. Narzę­dzie leżało tutaj, z ostrza cie­kła krew, więc zabójca pod­szedł, żeby je zabrać.

Zoe zga­dzała się z nim. To było naj­prost­sze wyja­śnie­nie. Wyobra­ziła sobie tę scenę. Zabójca zaata­ko­wał ofiarę, gro­żąc jej nożem. Wywią­zała się sza­mo­ta­nina i nóż ska­le­czył kobietę w ramię. I co dalej? Czy ofie­rze udało się jakoś roz­broić napast­nika i odrzu­cić nóż w kąt? Nie­wy­klu­czone.

Wypro­sto­wała się, pró­bo­wała myśleć. Cała ta scena wska­zy­wała na sprzeczne zacho­wa­nia. Wcho­dze­nie w kałużę krwi, nakry­wa­nie zwłok, zosta­wia­nie plam krwi w całym miesz­ka­niu. Wszystko to na odle­głość trą­ciło zagu­bie­niem, stra­chem, a może i wsty­dem. Nato­miast ręka­wiczki świad­czyły o pla­no­wa­niu. Bra­ku­jąca bie­li­zna sta­no­wiła tro­feum. Ale wisio­rek za nic tu nie paso­wał. Czy śmierć nastą­piła wsku­tek wypadku? Trudno powie­dzieć, Zoe nie była nawet pewna, czy ofiara zmarła na sku­tek upływu krwi czy udu­sze­nia.

Prze­waż­nie bez trudu wyobra­żała sobie moż­liwe sce­na­riu­sze. Tu jed­nak roz­ma­ite szcze­góły nijak nie paso­wały do sie­bie.

Coś prze­ga­pili.

Roz­dział 4

Tatum jesz­cze raz rozej­rzał się po pokoju, pró­bu­jąc się wczuć w sytu­ację ofiary.

Na tym polu aku­rat czuł się bez­piecz­nie. Widział, jak Zoe wnika w umysł mor­dercy tak łatwo, jakby wkła­dała swe­ter, co zawsze robiło na nim wra­że­nie, ale i tro­chę go iry­to­wało. On aku­rat tego nie potra­fił. Rzecz jasna, znał sta­ty­styki, czy­tał dłu­ga­śne prace naukowe na temat seryj­nych zabój­ców, wywiady z nimi i zapo­zna­wał się z ich pro­fi­lami tak grun­tow­nie, że śnili mu się nie­mal co noc. Ale, odwo­łu­jąc się do ana­lo­gii ze swe­trem, w jego przy­padku wczu­wa­nie się w psy­chikę seryj­nego zabójcy było jak wci­ska­nie się w kaftan bez­pie­czeń­stwa, i to o dwa numery za mały. Było bole­sne, nie­wy­ko­nalne, a po wszyst­kim czuł się obo­lały i wykoń­czony.

Na szczę­ście znaczna część ich pracy obra­cała się wokół pozna­wa­nia ofiar. Zro­zu­mie­nie ich postę­po­wa­nia pozwala stwier­dzić, co zwró­ciło na nie uwagę mor­dercy. Przy­daje się także odkry­cie tego, jak reagują, kiedy zostaną zaata­ko­wane, co przy oka­zji wiele mówi o psy­chice zabójcy. Nie­któ­rzy napast­nicy stają się bru­talni w obli­czu potul­nej ofiary, inni zaś stają się groźni tylko wów­czas, gdy ta pró­buje wal­czyć. Poznaj ofiarę, a będziesz w pół drogi do zro­zu­mie­nia mor­dercy.

Cathe­rine Lamb była roz­ko­ja­rzona, może nawet miała depre­sję. Cały dom nosił ślady zapusz­cze­nia – nie­pod­lane rośliny, zaku­rzone para­pety, pełny po brzegi kosz z pra­niem. Ow­szem, mogło to świad­czyć o tym, że jest fleją, ale mnó­stwo rze­czy wska­zy­wało na coś wręcz prze­ciw­nego. Ubra­nia były sta­ran­nie zło­żone; łazienka, pomi­ja­jąc świeże plamy krwi, lśniła czy­sto­ścią; jedze­nie w lodówce było świeże. Brud i nie­po­rzą­dek były powierz­chowne, świe­żej daty – cienka powłoka gnę­bią­cej ją zgry­zoty.

Czy była samotna? Może się z kimś uma­wiała, zapewne przez inter­net. Jeśli była wyjąt­kowo nie­ostrożna, mogła się zgo­dzić, żeby facet pod­je­chał po nią i zabrał ją na randkę. To by tłu­ma­czyło brak śla­dów wła­ma­nia. Ale nie, to nie paso­wało do podar­tego ubra­nia, które widział na zdję­ciach. Cathe­rine nie pla­no­wała wyj­ścia do mia­sta, kiedy została zaata­ko­wana.

Zer­k­nął na Zoe i już miał wspo­mnieć o ubra­niu, ale przy­gry­zała wargę, marsz­cząc czoło. W ten spo­sób dawała znać, żeby jej nie prze­szka­dzać, bo nad czymś myśli.

O’Don­nell też patrzyła na Zoe. Śled­cza miała krę­cone, się­ga­jące nie­mal do ramion blond włosy; ubrana była w szare spodnie i gra­na­towy żakiet. Podejrz­li­wie mru­żyła cze­ko­la­dowe oczy. Tatum uwiel­biał cze­ko­ladę i miał sła­bość do egzo­tycz­nych sma­ków – cze­ko­lady sło­nej albo pikant­nej – ale ni­gdy jesz­cze nie widział cze­ko­lady podejrz­li­wej. Poli­cjantka prze­krzy­wiła głowę w lewo, tak jak zro­biła to wcze­śniej, kiedy wyszła im na spo­tka­nie przed domem.

O’Don­nell wyglą­dała jak zbla­zo­wany widz na poka­zie ilu­zjo­ni­sty. Jakby cze­kała, aż ten wycią­gnie kró­lika z kape­lu­sza, by mogła powie­dzieć, że sie­dział tam cały czas albo że był ukryty w ręka­wie. Chodź obej­rzeć Tatuma Graya, magika w dzie­dzi­nie pro­fi­lo­wa­nia kry­mi­na­li­stycz­nego. Wybierz kartę, dowolną. Twoja karta to… walet pik. Bez­ro­botny, praw­do­po­dob­nie biały, ma dwa­dzie­ścia, góra dwa­dzie­ścia pięć lat, jako dziecko moczył się w łóżku i drę­czył koty.

Zauwa­żyła, że jej się przy­gląda.

– I jak? Myśli pan, że to robota waszego czło­wieka? – spy­tała.

– Za wcze­śnie, żeby o tym prze­są­dzać – odparł odru­chowo.

Unio­sła brwi.

– Widzi pan tu coś, co ją łączy z innymi ofia­rami? Czy jest do nich podobna? Czy po wcze­śniej­szych mor­der­stwach zabie­rał tro­fea? Czy zakry­wał zwłoki?

– Rod Glo­ver nie zakry­wał poprzed­nich zwłok – przy­znał Tatum. – Ale są podo­bień­stwa…

– Wobec tego dla­czego aku­rat tę zakrył?

– Może być kilka powo­dów. – Tatum wzru­szył ramio­nami. – Nie­któ­rzy seryjni zabójcy przy­kry­wają czymś swoje ofiary, bo się wsty­dzą. Poza tym to forma abs­trak­cji… zamie­nia­nie ofiary w przed­miot.

– Zakrył ją z tego samego powodu, z któ­rego zapiął jej łań­cu­szek na szyi. – Zoe odwró­ciła się do nich. – On ją znał.

O’Don­nell splo­tła ręce pod biu­stem. Wyglą­dało na to, że chce coś powie­dzieć, gdy naraz zawo­łał ją sto­jący przed domem poli­cjant.

– Pani śled­cza!

– Prze­pra­szam – powie­działa O’Don­nell i wyszła na dwór.

Tatum jesz­cze raz zer­k­nął na miej­sce zbrodni i poszedł za nią. Na zewnątrz, po dru­giej stro­nie poli­cyj­nej taśmy, stał jakiś męż­czy­zna. Miał prze­krwione oczy i potar­gane włosy. Tatum oce­nił go na sześć­dzie­siąt lat, cho­ciaż ten czło­wiek, zgar­biony i z trzę­są­cymi się rękami, wyglą­dał raczej na dzie­więć­dzie­siąt. Tatum znał te objawy, widy­wał je aż za czę­sto. Tak wygląda czło­wiek zmiaż­dżony przez żal. Praw­do­po­dob­nie był to Albert Lamb, ojciec Cathe­rine, który zna­lazł jej zwłoki. W ręce miał nie­wielką foliową torbę.

– Panie Lamb. – Głos O’Don­nell się zmie­nił, cała suro­wość zni­kła. – Bar­dzo mi przy­kro, ale na­dal nie może pan…

– Przy­nio­słem jej tro­chę ubrań – prze­rwał jej Lamb ochry­ple. – Żeby ją ubrać. Mia­łem tro­chę jej ubrań w domu, więc pomy­śla­łem…

– Pro­szę pana, w tej chwili to nie jest konieczne. Póź­niej prze­każe pan jej ubra­nia do domu pogrze­bo­wego, a tam…

– Ale jej ubra­nie było podarte! – Po twa­rzy męż­czy­zny pocie­kły łzy. – Ona by nie chciała… trzeba ją… pro­szę, ta koszula jest zapi­nana na guziki, łatwo będzie ją wło­żyć. Mogę to zro­bić sam, potem sobie pójdę. Wpuść­cie mnie tylko na chwilkę… – Zgiął się wpół, chcąc przejść pod taśmą. Poli­cjant z księgą wejść i wyjść już miał go zła­pać, ale uprze­dziła go O’Don­nell, która poło­żyła Lam­bowi dłoń na ramie­niu; wyglą­dało to, jakby chciała mu pomóc przejść do domu, a tym­cza­sem sku­tecz­nie mu to unie­moż­li­wiła.

– Pań­skiej córki już tu nie ma – powie­działa. – Zabrali ją do kost­nicy. Prze­pro­wa­dzą sek­cję zwłok. Potem będzie można zabrać ciało do domu pogrze­bo­wego i wtedy da im pan rze­czy, w które mają ją ubrać.

Bez­rad­nie spoj­rzał na torbę, łza skap­nęła z jego brody na zie­mię.

– Chce pan, żebym to zabrała do kost­nicy? – spy­tała O’Don­nell. – Powiem im.

Cie­kawe, co im powiesz? – pomy­ślał Tatum, ale na twa­rzy męż­czy­zny zoba­czył wyraz ulgi. Lamb usły­szał to, co chciał usły­szeć, a wład­cza postawa i rze­czowy ton poli­cjantki przy­nio­sły mu ulgę.

– Tak, dzię­kuję – szep­nął.

– A czy teraz czuje się pan już na siłach, żeby odpo­wie­dzieć nam na kilka pytań?

– Tak. Ja… prze­pra­szam, że wcze­śniej nie… Ale po pro­stu nie mogłem…

– Nie ma pro­blemu, pro­szę pana. – O’Don­nell prze­wró­ciła kartkę w note­sie. – Może mi pan powie­dzieć…

– Czy to jest ten drugi poli­cjant? – Lamb wska­zał Tatuma.

O’Don­nell obej­rzała się przez ramię.

– Jaki drugi poli­cjant?

– Nie powinno was być dwoje? Chyba pro­wa­dzi­cie śledz­twa parami?

– Ow­szem – odparła zasko­czona O’Don­nell.

Poja­wił się pro­blem. Rzecz jasna, jej part­nera nie było na miej­scu, ale wolała nie mówić tego Lam­bowi. Praw­do­po­dob­nie chciała, by nie odniósł wra­że­nia, że do śmierci Cathe­rine Lamb poli­cja wyde­le­go­wała tylko jedną śled­czą.

Agent FBI zro­bił krok w przód.

– Jestem Tatum Gray – przed­sta­wił się. – Pra­cuję ze śled­czą O’Don­nell.

Lamb z roz­tar­gnie­niem ski­nął głową. Tatum napo­tkał wzrok O’Don­nell, która łyp­nęła na niego krzywo. Naj­wy­raź­niej z jej strony nie mógł ocze­ki­wać niczego innego.

Odwró­ciła się do zała­ma­nego męż­czy­zny.

– Czy może mi pan opo­wie­dzieć jesz­cze raz, co się zda­rzyło dziś rano?

– Zadzwo­ni­łem do Cathy… Cathe­rine. Wczo­raj była chora. Ostat­nio czę­sto cho­ro­wała, więc się mar­twi­łem. Nie odbie­rała. Dzwo­ni­łem kilka razy, ale bez skutku. Wobec tego przy­je­cha­łem. Pomy­śla­łem, że może potrzebna jej pomoc.

– Która była wtedy godzina?

– Która…? Nie wiem.

– O któ­rej zadzwo­nił pan do niej po raz pierw­szy?

– Około ósmej.

– A ile czasu minęło, zanim posta­no­wił pan przy­je­chać?

– Myślę, że jakieś pół godziny.

– Zaraz po ostat­nim tele­fo­nie?

– Tak… nie. Po dro­dze dzwo­ni­łem do niej jesz­cze dwa razy.

– Czyli wyszedł pan o ósmej trzy­dzie­ści i po dro­dze dwu­krot­nie dzwo­nił pan do córki. A o któ­rej pan tu dotarł?

– Spa­cer­kiem to jest jakieś pięt­na­ście minut. Czyli byłem tu gdzieś za kwa­drans dzie­wiąta.

O’Don­nell kiw­nęła głową, zapi­su­jąc to w note­sie.

– Pukał pan?

– Kilka razy, ale nie otwie­rała, więc prze­krę­ci­łem klamkę. Drzwi nie były zamknięte na klucz.

– Czy to pana zasko­czyło?

– Tak, Cathe­rine zawsze zamyka drzwi na klucz.

– Pro­szę mówić dalej.

– Wsze­dłem. W środku pano­wał bała­gan, na pod­ło­dze leżał jakiś koc. Zapla­miony. A jej… widzia­łem wysta­jącą spod koca jej rękę.

– Pro­szę pana, czy jest pan pewien, że kiedy pan wszedł do domu, córka była zakryta kocem?

– Tak! – Jego głos się zała­mał. – Leżała pod kocem. Odrzu­ci­łem go i… była zimna, a ubra­nie miała podarte. Na całym ciele miała krew i siniaki. Krzyk­ną­łem jej imię, potrzą­sną­łem nią. Była sztywna. – Lamb miał nie­obecny wzrok, wspo­mi­na­jąc te kosz­marne chwile. – Zadzwo­ni­łem pod dzie­więć­set jede­na­ście.

– A co pan zro­bił potem?

– Powie­dzieli, że już jadą. Miała podarte ubra­nie, więc… Więc zakry­łem ją z powro­tem. A potem wysze­dłem z domu. Musia­łem wyjść. Nie mogłem tam zostać. Cze­ka­łem na przy­jazd poli­cji na dwo­rze.

– Kiedy się zja­wi­li­śmy, miała na szyi łań­cu­szek. Srebrny łań­cu­szek z krzy­ży­kiem. Czy był na jej szyi, kiedy pan ją zna­lazł?

– Tak. Pra­wie ni­gdy go nie zdej­mo­wała.

Na­dal pytała go o to, co robił, dokład­nie spraw­dza­jąc szcze­góły. Tatum się przy­słu­chi­wał. Zacho­wa­nie Alberta wska­zy­wało, że jest zdez­o­rien­to­wany i zroz­pa­czony. Nie­które pyta­nia poli­cjantka musiała powta­rzać kil­ka­krot­nie, zanim odpo­wie­dział. Tatum przy­ła­pał się na tym, że ma nadzieję, iż śled­cza da mu spo­kój. W pew­nym momen­cie Zoe wyszła z domu, sta­nęła obok niego i też zaczęła słu­chać.

– Czy wie pan o kimś, kto mógłby chcieć skrzyw­dzić Cathe­rine? – spy­tała poli­cjantka.

– Nie! Wszy­scy ją kochali.

– Może się z kimś pokłó­ciła? Zauwa­żył pan coś nie­zwy­kłego?

Chwila waha­nia, po czym odparł:

– Nie.

O’Don­nell lekko prze­chy­liła głowę na bok.

– Wspo­mniał pan, że w ostat­nim tygo­dniu Cathe­rine cho­ro­wała.

– Tak, nie cho­dziła do pracy.

– A gdzie pra­co­wała?

– Jest zarządcą w moim kościele.

– W pań­skim kościele? Pan jest pasto­rem?

– Zga­dza się, w kościele bap­ty­stów River­side.

O’Don­nell prze­rwała na chwilę, żeby to sobie zapi­sać, oraz – jak się domy­ślał Tatum – spoj­rzeć na sprawę pod nowym kątem. Nie był zbyt obe­znany z wewnętrzną poli­tyką Chi­cago, ale zakła­dał, że mor­der­stwo córki pastora, która sama też pra­co­wała w kościele, z punktu widze­nia mediów oraz ofi­cjeli powinno być trak­to­wane abso­lut­nie prio­ry­te­towo.

– A zatem ostat­nio brała wolne w pracy – pod­jęła O’Don­nell. – Ile razy?

– Dwa… nie, w ostat­nim tygo­dniu trzy razy. Ale… wcze­śniej też opu­ściła kilka dni.

– Mówiła, z jakiego powodu?

– Nie.

– Czy pań­skim zda­niem wyglą­dała na chorą?

– Tak. Stale była zmę­czona. Cathy jest taką ener­giczną i szczę­śliwą kobietą, a w zeszłym mie­siącu… – zawie­sił głos. W powie­trzu wisiał czas teraź­niej­szy, nie­wi­doczny, ale ostry jak brzy­twa. Po chwili Lamb odchrząk­nął. – Opusz­czała się też jako wolon­ta­riuszka.

– Powie­dział pan, że była wiecz­nie zmę­czona – rze­kła O’Don­nell. – A czy wyglą­dała jak ktoś, kto jest chory? Skar­żyła się, że coś ją boli? Że ma gorączkę? Czy miała katar? Coś jej dole­gało?

– Nie, nic z tych rze­czy. Mówiła, że to kobiece sprawy.

– Czy jest moż­liwe, że miała kło­poty? Pro­blemy natury oso­bi­stej, a nie fizycz­nej?

– Z takich powo­dów ni­gdy nie opu­ści­łaby pracy. – Jego oczy zalśniły, mokre i pełne roz­pa­czy. – Kościół i wolon­ta­riat były dla niej wszyst­kim.

– A gdzie pra­co­wała jako wolon­ta­riuszka?

– W kościele. Jako doradca reli­gijny. Nasz kościół ma dwóch dorad­ców reli­gijnych, w tym moją córkę.

– Komu dora­dzała w spra­wach reli­gii?

– Każ­demu w potrze­bie.

– A czy dora­dzała komuś regu­lar­nie, pro­szę pana?

– Róż­nym takim. Nasto­lat­kom mają­cym kło­poty, ludziom bied­nym albo takim, któ­rzy tra­cili wiarę… – Mówił coraz wol­niej, spra­wiał wra­że­nie kogoś, kto nagle usi­łuje szyb­ciej myśleć, niż mówić. – Po pro­stu ludziom w potrze­bie.

O’Don­nell zmru­żyła oczy. Pew­nie zacho­wa­nie Lamba także zwró­ciło jej uwagę.

– Ludziom w potrze­bie – powtó­rzyła. – Kobie­tom. I męż­czy­znom.

– Ow­szem – przy­tak­nął Lamb.

– Takim, któ­rzy chcieli wró­cić na dobrą drogę? – pod­su­nął Tatum.

– Otóż to.

– Byłym ska­zań­com? – dopy­ty­wał się dalej agent.

Zapa­dła długa cisza.

– Czy Cathe­rine dora­dzała byłym ska­zań­com? – spy­tała w końcu O’Don­nell. Szybko poro­zu­miała się wzro­kiem z Tatu­mem.

– Cza­sami. Zro­zum­cie, ci ludzie zro­bi­liby dla Cathe­rine wszystko. Ni­gdy by jej nie… nie zro­bi­liby cze­goś takiego.

– Rozu­miem – powie­działa O’Don­nell.

Zmie­niła temat, jakby prze­stał ją inte­re­so­wać, ale kolejne pyta­nia doty­czyły spraw zupeł­nie nie­istot­nych, miały na celu uśpić czuj­ność pastora. Kiedy na koniec roz­mowy popro­siła o namiary na kilka osób, podał je bez waha­nia. W tym dane dru­giego doradcy reli­gij­nego.

A gdy już zdo­była wszystko, co chciała, pastor odszedł, zgar­biony i wycień­czony. To był naj­gor­szy dzień w jego życiu.

– No cóż, stwier­dziła pani, że zabójca Cathe­rine ją znał – powie­działa O’Don­nell.

– Tak uwa­żam – przy­znała Zoe.

– A jeśli jest nim były ska­za­niec z jej kościoła, to nie cho­dzi o waszego faceta, zga­dza się?

– Rod Glo­ver ni­gdy nie tra­fił do wię­zie­nia.

– Świet­nie – rzu­ciła poli­cjantka nie­odwo­łal­nym tonem. – Będę was infor­mo­wała.

– A kiedy odbę­dzie się sek­cja zwłok? – zapy­tał Tatum.

– Praw­do­po­dob­nie jutro z samego rana.

– Możemy w niej uczest­ni­czyć? Jak tylko dosta­niemy pro­to­kół z sek­cji zwłok, będzie nas pani miała z głowy.

Kolejne wro­gie spoj­rze­nie i prze­krzy­wie­nie głowy, ale w końcu ustą­piła.

– Zgoda. Zostaw­cie mi swój numer. Dam wam znać, jak się dowiem, o któ­rej to będzie.

Roz­dział 5

Nie­dziela, 16 paź­dzier­nika 2016

Zoe i Tatum cze­kali przed kost­nicą. Medy­kiem sądo­wym oka­zała się kobieta w śred­nim wieku, dok­tor Ter­rel, która nie była zachwy­cona prze­pro­wa­dza­niem sek­cji zwłok w obec­no­ści trzech osób patrzą­cych jej na ręce.

– Tu panuje już dosta­teczny tłok. – Wska­zała rząd komór chłod­ni­czych do prze­cho­wy­wa­nia zwłok za jej ple­cami. Zoe odnio­sła wra­że­nie, że nie po raz pierw­szy żar­to­wała w ten spo­sób. Korzy­sta­jąc z wol­nego czasu, wysko­czyli więc na szyb­kie śnia­da­nie do pobli­skiej kafejki, gdzie prze­czy­tali pozba­wione kon­kre­tów arty­kuły o mor­der­stwie. Wró­cili po dwóch godzi­nach i dowie­dzieli się, że sek­cja na­dal trwa.

Zoe stra­ciła już zain­te­re­so­wa­nie tą sprawą. Zabój­stwo Cathe­rine Lamb w oko­licy, gdzie kie­dyś miesz­kał Glo­ver, wyglą­dało na czy­sty zbieg oko­licz­no­ści, nic wię­cej. Było zbyt wiele odchy­leń od typo­wego dla Glo­vera modus ope­randi.

Glo­ver ata­ko­wał kobiety na dwo­rze, prze­waż­nie w pobliżu zbior­ni­ków wod­nych i we względ­nie ustron­nych miej­scach, gdzie nie gro­ziło natknię­cie się na świad­ków. Napa­ści w domu ostat­nio doko­nał przed mie­sią­cem, wów­czas zaata­ko­wał Andreę, sio­strę Zoe. A skoro w rezul­ta­cie omal nie zgi­nął, Zoe wąt­piła, by porwał się na to raz jesz­cze.

Zakry­cie zwłok ofiary rów­nież nie było dla niego typowe. W każ­dym przy­padku Glo­ver po doko­na­niu zabój­stwa zupeł­nie tra­cił zain­te­re­so­wa­nie cia­łem ofiary. Zoe nie widziała powodu, dla któ­rego tym razem mia­łoby być ina­czej.

Nie, Zoe przy­pusz­czała, że zabójca Cathe­rine Lamb wywo­dzi się z grona jej zna­jo­mych. Fakt, że mor­derca użył ręka­wi­czek, praw­do­po­dob­nie wska­zy­wał na pre­me­dy­ta­cję – ten czło­wiek zapla­no­wał, że zgwałci ją i zabije. Po wszyst­kim dopa­dły go jed­nak wyrzuty sumie­nia. Pogu­bił się, wdep­nął w krew i zosta­wił wszę­dzie ślady stóp. Nakrył zwłoki, by zła­go­dzić poczu­cie winy. Zoe nie była tylko pewna co do łań­cuszka – może O’Don­nell miała rację, był na szyi ofiary od początku, a zabójca go zlek­ce­wa­żył.

W takim razie po co zabie­rał majtki ofiary? To ją gnę­biło. Zabie­ra­nie tro­feum kłó­ciło się z wyrzu­tami sumie­nia.

Nie miało to jed­nak zna­cze­nia. Może roz­darł­szy majtki, wepchnął je po pro­stu do kie­szeni? W każ­dym zabój­stwie wystę­pują drobne ano­ma­lie.

Nie­cier­pli­wie spoj­rzała na zega­rek. Tra­cili cenny czas. To śledz­two nie mogło się cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność. Man­cuso, sze­fowa sek­cji, zgo­dziła się, by Zoe i Tatum wyje­chali do Chi­cago na dzie­sięć dni, śla­dem Roda Glo­vera, i ten czas nie­mal się koń­czył. Zostały im rap­tem dwa dni, a Zoe chciała spraw­dzić jesz­cze kilka tro­pów, zanim osta­tecz­nie się podda. Każdą minutę cze­ka­nia na wynik nie­zwią­za­nej z ich śledz­twem sek­cji zwłok mogliby spo­żyt­ko­wać na…

Drzwi kost­nicy otwo­rzyły się i w progu sta­nęła śled­cza O’Don­nell. Ruchem ręki zapro­siła ich do środka. Wyda­wało się, że pobla­dła, choć może był to tylko efekt jaskra­wego świa­tła jarze­nió­wek.

Zoe weszła do pomiesz­cze­nia. Oddy­chała płytko, spo­dzie­wa­jąc się typo­wego smrodu mie­szanki śmierci i che­mi­ka­liów. Ciało Cathe­rine Lamb leżało na stole, na tuło­wiu wid­niała wielka bli­zna w kształ­cie litery Y. Zoe pierw­szy raz zoba­czyła Cathe­rine na wła­sne oczy. Kiedy z bli­ska przyj­rzała się ranom na szyi ofiary, prze­szły ją ciarki. Ciała wszyst­kich ofiar Glo­vera nosiły wła­śnie takie ślady.

– Zakoń­czy­łam sek­cję zwłok i odkry­łam kilka rze­czy. Podzie­li­łam się tym już ze śled­czą O’Don­nell – oznaj­miła dok­tor Ter­rel. – Wstępny pro­to­kół będzie gotowy jutro, ale O’Don­nell chciała, żebym was poin­for­mo­wała o tym, co zna­la­złam.

– Dzię­ku­jemy… jeste­śmy wdzięczni – odparł Tatum.

Ter­rel szybko ski­nęła głową.

– Kiedy przy­stą­pi­łam do bada­nia ciała, stę­że­nie pośmiertne było pełne. Zazwy­czaj ozna­cza to, że śmierć nastą­piła dwa­na­ście do dwu­dzie­stu czte­rech godzin wcze­śniej, ale w pew­nych oko­licz­no­ściach ten czas może być krót­szy, zwłasz­cza jeśli mię­śnie ofiary pra­co­wały sil­nie przed śmier­cią.

– Na przy­kład jeśli ofiara się bro­niła – wtrą­cił Tatum.

– Otóż to. Jed­nakże bada­jąc plamy opa­dowe, zna­la­złam coś cie­ka­wego.

Plamy opa­dowe to sino­czer­wone plamy na skó­rze poja­wia­jące się po śmierci. Two­rzą się w wyniku zale­ga­nia krwi spły­wa­ją­cej pod wpły­wem jedy­nej siły dzia­ła­ją­cej pośmiert­nie – gra­wi­ta­cji.

– Wyraźne plamy opa­dowe wystę­pują na lewym boku ofiary. – Ter­rel wska­zała ciemne sińce na lewej ręce i udzie Cathe­rine. – Ale jeśli obej­rzy­cie uważ­nie jej prawy bok, zoba­czy­cie, że tam rów­nież widać nie­znaczne plamy opa­dowe.

– Ciało zostało prze­krę­cone po śmierci – powie­działa Zoe. – Obró­cone na drugi bok.

– Zna­le­ziono ją leżącą na pra­wym boku – przy­po­mniała O’Don­nell. – To moim zda­niem wska­zuje, że prze­krę­cono ją długo po śmierci, kiedy stę­że­nie pośmiertne było już pra­wie cał­ko­wite.

– Czyli sądzi pani, że zro­bił to jej ojciec – rzekł Tatum.

Zoe poki­wała głową. To miało sens. To Albert Lamb zna­lazł Cathe­rine. Jak zeznał, potrzą­snął nią, pró­bu­jąc ją obu­dzić, i zapewne nie zda­wał sobie sprawy, że przy oka­zji prze­krę­cił ją na drugi bok. Jeśli rze­czy­wi­ście tak było, pozwo­li­łoby to zawę­zić czas śmierci, bo wie­dzieli, o któ­rej Albert Lamb zastał mar­twą córkę.

Ot, cie­ka­wostka. Pod­sta­wowa zasada mówi, by nie ruszać niczego na miej­scu zbrodni, dopóki poli­cja nie zakoń­czy pracy. Ale w tym przy­padku spo­sób, w jaki Albert Lamb poru­szył zwłoki, pozwoli na bar­dziej pre­cy­zyjne usta­le­nie czasu zgonu.

– Nie jest moż­liwe okre­śle­nie, czy ciało pier­wot­nie leżało na lewym boku, czy na pra­wym – oświad­czyła Ter­rel. – Nie­wy­klu­czone też, że naj­pierw leżała na pra­wym boku, kilka godzin póź­niej prze­krę­cono ją na lewy, a potem, kiedy nastą­piło cał­ko­wite stę­że­nie pośmiertne, z powro­tem prze­wró­cono ją na prawy.

– Potrafi pani osza­co­wać, jak długo leżała na lewym boku? – spy­tał Tatum.

– W mojej oce­nie od ośmiu do dzie­się­ciu godzin.

W takim razie, jeśli sce­na­riusz zapro­po­no­wany przez O’Don­nell był pra­wi­dłowy, Cathe­rine Lamb zamor­do­wano mię­dzy jede­na­stą a pierw­szą w nocy.

– Zna­la­złam świeże ślady sto­sunku sek­su­al­nego i otar­cia warg sro­mo­wych mniej­szych. Nie dowo­dzi to jed­no­znacz­nie, że doszło do gwałtu, ale też nie są to ślady typowe dla dobro­wol­nego sto­sunku.

Podob­nie jak podarta i roze­rwana odzież oraz bra­ku­jące majtki. Dok­tor Ter­rel musiała w miarę moż­no­ści zacho­wać bez­stron­ność, ale Zoe nie miała wąt­pli­wo­ści, że doszło do gwałtu.

– Obra­że­nia są na twa­rzy, ramio­nach, kola­nach i na lewej piersi. Żadne nie spo­wo­do­wało pęk­nię­cia skóry. Przy­czyną śmierci była asfik­sja. Ślady na szyi wska­zują na udu­sze­nie. Bie­gną poziomo, a takie uło­że­nie dowo­dzi, że nie mamy do czy­nie­nia z powie­sze­niem, czyli że naj­praw­do­po­dob­niej doszło do mor­der­stwa. Ślady dusze­nia są sze­ro­kie i płyt­kie, nie zosta­wiły otarć ani sinia­ków. Dla­tego sądzę, że posłu­żono się czymś sze­ro­kim i gład­kim, na przy­kład paskiem.

Albo kra­wa­tem. Zoe nie mogła opę­dzić się od tej myśli, serce waliło jej jak mło­tem. Rod Glo­ver dusił swoje ofiary kra­wa­tami. Które pozo­sta­wiały dokład­nie takie same ślady jak opi­sane przez Ter­rel.

– Nie zala­złam bruzd ani zadra­pań mogą­cych powstać od łań­cuszka, który ofiara miała na sobie, kiedy ją tu przy­wie­ziono. – Ter­rel ode­rwała wzrok od ciała. – Pew­no­ści nie mam, ale moim zda­niem nie miała tego łań­cuszka na szyi, kiedy ją mor­do­wano.

Oczy O’Don­nell i Zoe spo­tkały się na uła­mek sekundy.

– A co może nam pani powie­dzieć o ranie od noża? – zapy­tał Tatum.

– Przede wszyst­kim powiem, że ta rana nie została zadana nożem. – Ter­rel obe­szła zwłoki i wska­zała ranę na ramie­niu. – Przy bliż­szym spoj­rze­niu widać trzy rany, nie jedną. Dwa małe nakłu­cia i trze­cią ranę, znacz­nie więk­szą. To rany pozo­sta­wione przez igłę. Siniak na nad­garstku, o, tutaj, świad­czy o tym, że ktoś ją mocno trzy­mał. Praw­do­po­dob­nie w chwili, kiedy wbi­jał igłę.

– Denatce coś wstrzyk­nięto? – spy­tał Tatum.

– Bar­dzo praw­do­po­dobne, cho­ciaż muszę pocze­kać na raport z tok­sy­ko­lo­gii. Ta igła była jed­nak bar­dzo gruba. Jej śred­nica wyno­siła mię­dzy pół­tora a jeden i osiem dzie­sią­tych mili­me­tra. A zatem była to igła numer szes­na­ście albo sie­dem­na­ście G. Do zastrzy­ków zwy­kle używa się cień­szych igieł. Taki roz­miar sto­so­wany jest w krwio­daw­stwie. Poza tym nie rozu­miem, dla­czego dźgał ją tą igłą kilka razy.

Tatum zmarsz­czył czoło.

– Może po pro­stu kom­plet­nie nie zna się na zastrzy­kach.

Ter­rel przy­tak­nęła ruchem głowy.

– To prawda. Patrz­cie… widzi­cie to zasi­nie­nie? – Wska­zała olbrzymi fio­le­towy siniak wokół naj­więk­szej rany. – Praw­do­po­dob­nie powstało na sku­tek roze­rwa­nia naczyń krwio­no­śnych w trak­cie zastrzyku.

Zoe schy­liła się i przyj­rzała z bli­ska. Kształt i wiel­kość sińca przy­wo­dziły jej na myśl cał­kiem co innego.

– Czy ten siniak nie jest za duży jak na pozo­sta­łość po igle? – spy­tała.

– To zależy. Duża rana świad­czy o tym, że igła została wbita bar­dzo pry­mi­tyw­nie – odparła dok­tor Ter­rel.

Zoe wychwy­ciła w jej gło­sie lek­kie waha­nie, więc dopy­ty­wała się dalej:

– A jeśli ten siniak spo­wo­do­wało ssa­nie?

Ter­rel przyj­rzała mu się.

– Sądzę, że to moż­liwe.

Śled­cza O’Don­nell chyba zała­pała, o co cho­dzi.

– Myśli pani, że to malinka?

– Jak mówiła pani dok­tor, gru­bość igły była nie­ty­powa dla zastrzyku – wyja­śniła Zoe. – Może pró­bo­wał uto­czyć z niej krew dla sie­bie do spo­ży­cia. A kiedy zoba­czył, jak wypływa, nie mógł się powstrzy­mać.

Tatum, O’Don­nell i Ter­rel spoj­rzeli na nią zarówno z podzi­wem, jak i z nie­sma­kiem. Zoe nie przej­mo­wała się ich nie­do­wie­rza­niem. Picie krwi nie było czymś nie­spo­ty­ka­nym, czę­sto towa­rzy­szyło napa­ściom na tle sek­su­al­nym i wystę­po­wało u seryj­nych zabój­ców.

– Jeśli rze­czy­wi­ście tak było, toby wyja­śniało te rany – powie­działa Ter­rel. – Pierw­sze dwa nakłu­cia prze­biły mię­śnie. Nie potra­fił się wkłuć w jej żyłę. Za trze­cim razem tra­fił w żyłę odłok­ciową, ale przy­pad­kiem ją roze­rwał. Może ofiara się sza­mo­tała, wyszarp­nęła rękę i taki jest tego efekt. Utratę krwi spo­wo­do­wało to roz­dar­cie. Ale żeby powstał taki siniak, musiał się do niej przy­ssać z wiel­kim zapa­łem.

– Czy da się to jakoś spraw­dzić? – spy­tała O’Don­nell.

Ter­rel zasta­na­wiała się przez chwilę.

– Za pomocą spek­tro­sko­pii flu­ore­scen­cyj­nej mogę spraw­dzić, czy nie zostały resztki śliny.

– Myśli pani, że miał w tym doświad­cze­nie? – spy­tała Zoe. – Czy dźgał strzy­kawką wszę­dzie, gdzie zoba­czył żyłę?

– Trudno powie­dzieć, bo wygląda na to, że wal­czyła. W takiej sytu­acji nawet pro­fe­sjo­nalna pie­lę­gniarka mia­łaby kło­pot z wbi­ciem igły. Ale zawo­do­wiec celo­wałby raczej w żyłę pośrod­kową łok­cia. To mi wygląda na dzieło kogoś, kto widział, jak to się robi, zapewne z sieci, ale sam ni­gdy tego nie pró­bo­wał i nikt go fachowo nie nauczył.

Dok­tor Ter­rel podała jesz­cze kilka mniej istot­nych szcze­gó­łów, ale Zoe słu­chała jed­nym uchem. Glo­ver ni­gdy nie inte­re­so­wał się krwią swo­ich ofiar, a tym bar­dziej jej nie spo­ży­wał. Podob­nie jak inne tropy, które badali przez cały tydzień, także ten zapro­wa­dził ich w ślepą uliczkę.

Roz­dział 6

– Miała pani rację co do łań­cuszka – powie­działa O’Don­nell, gdy tylko wyszli z kost­nicy. – Chyba rze­czy­wi­ście zapiął go na szyi Cathe­rine już po jej śmierci.

Nic nie wska­zy­wało na to, żeby Zoe była tym szcze­gól­nie prze­jęta. Wyda­wała się dużo bar­dziej zmę­czona niż poprzed­niego dnia. No to mogły sobie podać rękę – O’Don­nell padała z nóg. Czę­ściowo z powodu sek­cji zwłok. Po nich zawsze się czuła, jakby prze­bie­gła paskudny mara­ton w smro­dzie. Ale ubie­gły dzień też zro­bił swoje.

Prze­słu­chi­wa­nie sąsia­dów nic nie dało. Na całej ulicy nikt nie widział ani nie sły­szał niczego nie­zwy­kłego i nikt nie znał Cathe­rine Lamb zbyt dobrze. O’Don­nell poświę­ciła kilka godzin na roz­mowę z dwiema naj­bliż­szymi przy­ja­ciół­kami Cathe­rine. Od kilku mie­sięcy widy­wały się z nią coraz rza­dziej, bo mówiła, że ma dużo pracy w kościele. Obie zauwa­żyły, że pod­czas każ­dego spo­tka­nia wyda­wała się nie­na­tu­ral­nie zmę­czona. Jedna z nich podej­rze­wała ją o depre­sję.

O’Don­nell nie prze­słu­chała ponow­nie ojca Cathe­rine. Oka­zało się, że przed trzema laty umarła matka dziew­czyny. Zarzą­dzała wów­czas kościo­łem i córka prze­jęła po niej obo­wiązki, naj­pierw nie­for­mal­nie, a potem już cał­kiem ofi­cjal­nie.

Poli­cjantka poroz­ma­wiała krótko z dru­gim doradcą reli­gij­nym w kościele, nie­ja­kiem Patric­kiem Car­pen­te­rem. Wciąż był w szoku na wieść o tym, co się stało, ale sam także prze­ży­wał cięż­kie chwile – tydzień wcze­śniej jego żona tra­fiła nagle do szpi­tala z podej­rze­niem zagro­że­nia ciąży. Od kilku dni nie widział się z Cathe­rine, roz­ma­wiali tylko krótko przez tele­fon w pią­tek, kilka godzin przed jej śmier­cią. Na pyta­nie, czy Cathe­rine ostat­nio wyda­wała się chora albo zmę­czona, odparł, że niczego takiego nie zauwa­żył. O’Don­nell popro­siła go o listę osób, któ­rym udzie­lali porad, i natych­miast atmos­fera stała się lodo­wata. Car­pen­ter kate­go­rycz­nie odmó­wił poda­nia jakich­kol­wiek nazwisk, a na koniec, bar­dzo nie­chęt­nie, zgo­dził się poroz­ma­wiać o tym jesz­cze naza­jutrz.

– Posta­wię wam coś do picia – zapro­po­no­wała O’Don­nell.

– Dzięki – odparł Tatum. – Ale powin­ni­śmy…

– Nie zajmę wam dużo czasu. – O’Don­nell pode­szła do auto­matu po dru­giej stro­nie kory­ta­rza. Prze­cią­gnęła kartę przez czyt­nik i wzięła dla sie­bie cola-colę. Otwo­rzyła puszkę i roz­legł się miły dla ucha syk, obie­cu­jący cukrową roz­kosz. Pocią­gnęła długi łyk, by pozbyć się nud­no­ści i bólu głowy, po czym odwró­ciła się do Zoe i Tatuma, któ­rzy przy­glą­dali się jej zdez­o­rien­to­wani. – Co dla was? Ja po sek­cji zwłok zawsze potrze­buję cukru.

Oboje też popro­sili o coca-colę. Przez chwilę w mil­cze­niu pocią­gali ze swo­ich puszek, sto­jąc przed kost­nicą. Wspa­niały mate­riał na reklamę: „Coca-cola, świe­żość w ustach po oglą­da­niu wyj­mo­wa­nia mózgu z czaszki”.

Chyba jed­nak przy­dałby się copyw­ri­ter, żeby wysma­żył lep­szy slo­gan.

Zabrzę­czał tele­fon O’Don­nell. Dzwo­nił Kyle.

– Tak? – Ode­brała takim tonem, by mąż od razu wie­dział, że nie ma teraz czasu na poga­duszki.

– Mamu­sia?

Od razu zła­god­niała.

– Cześć, skar­bie. Nie bar­dzo mogę teraz roz­ma­wiać. Czy wszystko w porządku?

– Nie. – Głos Nel­lie brzmiał, jakby się miała roz­pła­kać. – Sytu­acja awa­ryjna.

Nel­lie miała pięć lat, ale wie­działa już, co to jest sytu­acja awa­ryjna. Bo tylko wtedy miała prawo dzwo­nić do matki. Czyli że sytu­acja awa­ryjna to taka, która pozwala zadzwo­nić do mamy.

O’Don­nell wes­tchnęła.

– O co cho­dzi, szkra­bie?

– Tata nie może zna­leźć moich fio­le­to­wych spodni. A potrze­buję ich na przy­ję­cie u Anny, mówi­łam ci, że ich potrze­buję, i obie­ca­łaś, że je upie­rzesz, żebym mogła je wło­żyć, a teraz tata mówi, że mam wło­żyć czarne spodnie, ale nie mogę.

O’Don­nell usły­szała w tle krzyk męża:

– Nel­lie, nie zawra­caj mamie głowy… to bar­dzo piękne spodnie. Chodź, Nel­lie, nie… – Nagle jego głos ucichł.

– Nel­lie? – rzu­ciła O’Don­nell. – Jesteś tam?

– Tak, zamknę­łam się w łazience.

O’Don­nell znów wes­tchnęła.

– Powiedz tacie, że są na kana­pie z pra­niem. – Kanapa z pra­niem była zwy­czajną kanapą w salo­nie, ale ponie­waż była stale zarzu­cona pra­niem, nikt ni­gdy na niej nie sia­dał.

– Tata już szu­kał na kana­pie z pra­niem. Naro­bił bała­ganu. – Nel­lie była wyraź­nie zado­wo­lona, że może zaka­blo­wać ojca.

– Są na trze­ciej ster­cie od lewej, pod bia­łymi koszu­lami.

– Tato! – wrza­snęła Nel­lie piskli­wie, pew­nie przez zamknięte drzwi do łazienki. – Fio­le­towe spodnie są na kana­pie z pra­niem pod bia­łymi koszu­lami w trze­ciej ster­cie!

Nie była to naj­bar­dziej sto­sowna chwila, ale O’Don­nell poczuła dziwną radość, sły­sząc, jak córka wyma­wia „fio­le­towe”. Mała zawsze zwal­niała przy tym sło­wie, jakby pró­bu­jąc poskła­dać sylaby, co matka uwa­żała za wyjąt­kowo uro­cze.

– Już tam szu­ka­łem – dobiegł stłu­miony, ziry­to­wany głos Kyle’a.

– Poszu­kaj jesz­cze raz! – wrza­snęła Nel­lie.

O’Don­nell zer­k­nęła na Tatuma i Zoe.

– Jesz­cze sekundkę – rzu­ciła.

– Zna­lazł je – poin­for­mo­wała Nel­lie. – Dzię­kuję, mamu­siu.

– Pa, kocha­nie. Baw się dobrze.

Nel­lie się roz­łą­czyła, a poli­cjantka scho­wała tele­fon do kie­szeni.

– Roz­ma­wia­łam wczo­raj z Mar­ti­ne­zem – zwró­ciła się do fede­ral­nych. – A raczej się na niego wydar­łam. Nie miał prawa infor­mo­wać was o mor­der­stwie, zanim nie pogada ze mną.

– Nie chcie­li­śmy się wtry­niać na cudze podwórko – zapew­nił Tatum.

– Ale jakoś wam to nie prze­szka­dzało – odpa­liła O’Don­nell. – Nie­ważne. Mar­ti­nez mówi, że jeste­ście upier­dliwi jak cho­lera.

– Nasze rela­cje są skom­pli­ko­wane – wyja­śnił Tatum.

– Ale powie­dział też, że zna­cie się na swo­jej robo­cie. Chęt­nie posłu­cham waszego zda­nia w tej spra­wie. Dwu­krot­nie pro­wa­dzi­łam śledz­two w spra­wie zabój­stwa na tle sek­su­al­nym. Jedno popeł­nił były chło­pak, w dru­gim cho­dziło o gwałt, który się wymknął spod kon­troli. Takie sprawy potra­fię ogar­nąć. Ale z tym, żeby mor­derca pił krew swo­jej ofiary, jesz­cze się nie spo­tka­łam. Albo żeby przed wyj­ściem tra­cił czas na zapi­na­nie denatce łań­cuszka. Mar­ti­nez mówił, że gdy­by­ście mogli mi spo­rzą­dzić pro­fil tego mor­dercy…

– Pro­wa­dzimy teraz inne śledz­two – prze­rwała jej Zoe.

– Mówiła pani… w spra­wie Roda Glo­vera. A jeśli to ten sam facet?

– Mało praw­do­po­dobne.

– Dla­czego?

– To miej­sce zbrodni znacz­nie się różni od Glo­vera…

Tele­fon poli­cjantki znów zabrzę­czał.

– Wró­cimy do tego. – Z iry­ta­cją wyjęła tele­fon. Ale tym razem dzwo­nił Lar­sen, z labo­ra­to­rium. To on nad­zo­ro­wał tech­ni­ków w spra­wie Cathe­rine Lamb. Ode­brała. – O’Don­nell.

– Mam coś dla cie­bie – oznaj­mił Lar­sen.

O’Don­nell cze­kała. Lar­sen też. Nale­żał do tych, któ­rzy zawsze każą się pro­sić.

Wes­tchnęła.

– Co zna­la­złeś?

– Zba­da­li­śmy zebrane na miej­scu odci­ski butów. – Wczo­raj powie­dział jej, że mają odci­ski pra­wego i lewego buta mor­dercy, numer dzie­więć. Mówił, że mając but, bez trudu dopa­suje go do odci­sku, jeżeli uda jej się zdo­być to obu­wie. W sądzie bar­dzo by się to przy­dało. – Jest ich mnó­stwo, z róż­nych pokoi. Segre­go­wa­łem je dzi­siaj i zauwa­ży­łem, że jeden jest inny. To czę­ściowy odcisk, zdjęty w łazience. But wyraź­nie się różni. Z pew­no­ścią nie nale­żał do ofiary, a skoro wszyst­kim kaza­łaś nacią­gnąć na buty kon­domy, to wy też go nie zosta­wi­li­ście.

– Przed nami na miej­scu był jej ojciec – przy­po­mniała mu O’Don­nell. – Może to on wszedł do łazienki. – Wyobra­ziła go sobie, jak bie­gnie do toa­lety, żeby puścić pawia. Nie wspo­mniał o tym, ale byłoby to cał­kiem zro­zu­miałe.

– Ojciec nosi numer sie­dem i pół. Nasz odcisk ma numer osiem i pół. No to jesz­cze raz przej­rze­li­śmy wszystko, co mamy, i zgad­nij, co się oka­zało?

Czy naprawdę miała się domy­ślać? Posta­no­wiła nie ryzy­ko­wać.

– Co?

– Pamię­tasz te krwawe smugi po pal­cach, które zna­leź­li­śmy w całym domu? Bez dwóch zdań zosta­wiły je dwie pary rąk. Wysła­łem je spe­cowi od dak­ty­lo­sko­pii, a on to potwier­dził. Dło­nie, nawet w ręka­wicz­kach, można roz­po­znać po wielu cechach, nie tylko po odci­skach pal­ców, i wystę­pują tu istotne róż­nice.

– Czyli że w domu denatki po mor­der­stwie prze­by­wały dwie osoby? Obie to męż­czyźni?

– Pra­wie na pewno męż­czyźni, co wynika z roz­miaru butów i struk­tury dłoni. Ale to nie wszystko…

Znów zapa­dła cisza.

– Co jesz­cze? – spy­tała O’Don­nell.

– Wyobraź sobie, że wpa­dłem na pomysł, żeby sta­ran­niej zba­dać jesz­cze teren na zewnątrz. Jeśli przed drzwiami było dwóch męż­czyzn, mogli zosta­wić jakieś ślady. Na podwórku zna­leź­li­śmy jesz­cze jeden odcisk buta numer osiem i pół. A na futry­nie kolejny odcisk dłoni. Nie pod­nie­caj się, nie ma odci­sków pal­ców, ale ten odcisk pasuje do odci­sku dłoni dru­giego osob­nika.

– Rozu­miem. Coś jesz­cze?

– To wszystko.

– Infor­muj mnie na bie­żąco – rzu­ciła i wie­dząc, że na to czeka, dodała: – Świetna robota, Lar­son.

W Zoe zaszła odmiana. Zmę­czona, przy­bita osoba sprzed chwili zni­kła, sie­działa napięta, pod­eks­cy­to­wana.

– Na miej­scu zbrodni było dwóch męż­czyzn? – spy­tała.

– Na to wygląda – odparła ostroż­nie O’Don­nell.

– To tłu­ma­czy nie­spój­no­ści. – Zoe zer­k­nęła na Tatuma. – Jeśli Glo­ver połą­czył siły z kimś jesz­cze…

– Kimś mniej doświad­czo­nym – wpadł jej w słowo Tatum. – Kim łatwo można mani­pu­lo­wać.

– Podat­nym na jakieś fan­ta­zje, które Glo­ver mógł zaspo­koić – dodała Zoe. – Ten gość praw­do­po­dob­nie miał fan­ta­zje na temat Cathe­rine. Wła­śnie dla­tego wybrali aku­rat ją. To ktoś, kto ją znał.

– I komu praw­do­po­dob­nie sama otwo­rzyła drzwi – rzekł Tatum.

– On działa pierw­szy… to usta­lili zawczasu. Mógł nawet nie wie­dzieć, że Glo­ver ją zabije, ale Glo­ver wie­dział.

– Potem Glo­ver ją zabija. Jego wspól­nik w zbrodni ma poczu­cie winy. Zakrywa ofiarę. Znaj­duje łań­cu­szek i zawie­sza na jej szyi.

– A Glo­ver zabiera swoje tro­feum.

Obser­wu­jąc ich, jak uzu­peł­niają się zgod­nie z jakąś sobie tylko znaną dyna­miką, O’Don­nell poczuła ukłu­cie zazdro­ści. Swego czasu też miała takie poro­zu­mie­nie, ze swoim pierw­szym part­ne­rem. Ona i Jim zaczęli pra­co­wać razem, kiedy dostała awans na śled­czą w wydziale zabójstw. Byli part­ne­rami przez czter­na­ście mie­sięcy. Wtedy nie wie­działa jesz­cze, jakie ma szczę­ście. Zakła­dała, że ich rela­cja – ten brak zgrzy­tów – to w tej robo­cie nor­malka. Ale potem Jima awan­so­wali i prze­nie­śli, a ona dostała do pomocy Manny’ego Shea. I zro­bił się baj­zel. Z Man­nym miała do wyboru albo się sprze­dać, albo przy­my­kać oko. A kiedy jego szem­rane inte­resy szlag tra­fił, przy­szło jej za to zapła­cić. Teraz, rzecz jasna, pra­co­wała sama.

Patrząc, jak Zoe i Tatum wpa­dają sobie w słowo i koń­czą za sie­bie zda­nia, jak poro­zu­mie­wają się wzro­kiem, prze­ka­zu­jąc sobie tre­ści nie­do­stępne dla postron­nych, wró­ciła w czasy dzie­ciń­stwa, kiedy stała sama i obser­wo­wała hasa­jące na podwórku dzieci.

– Nie chcę psuć wam zabawy – powie­działa, choć wła­śnie to robiła. – Ale nie ma dowodu, że wasz Glo­ver maczał w tym palce. Nie chcę, żeby­ście mi spa­prali śledz­two z góry przy­ję­tymi zało­że­niami.

– Ma pani rację – rzu­cił szybko Tatum. – Ale chęt­nie pomo­żemy.

– Nie chcę, żeby­ście zro­bili mi pro­fil tego mor­dercy i orze­kli, że to na pewno wasz facet – cią­gnęła O’Don­nell scep­tycz­nie. Zale­żało jej na ich pomocy, ale z daleka było widać, co kom­bi­nują.

– Możemy zacząć od pro­filu tego dru­giego – zapro­po­no­wała Zoe. – Tego, który napił się krwi ofiary. Praw­do­po­dob­nie to on ją przy­krył kocem.

– Tego nie może pani być pewna – zapro­te­sto­wała poli­cjantka.

Zoe pod­chwy­ciła jej wzrok. O’Don­nell pomy­ślała, że oczy psy­cho­lożki są jak oczy kota tuż przed ata­kiem.

– Możemy się przy­dać.

Tak naprawdę O’Don­nell była wdzięczna za wszelką pomoc.

Roz­dział 7

Męż­czy­zna panu­jący nad sobą nie lubił spać. W każ­dym razie od pew­nego czasu, kon­kret­nie odkąd prze­stał brać lekar­stwa.

Przed­tem w ogóle się nad tym nie zasta­na­wiał. Roz­ma­ite proszki, które zaży­wał, od razu ści­nały go na dzie­sięć, dwa­na­ście, a nawet czter­na­ście godzin dzien­nie. W głę­bo­kim śnie miał wra­że­nie, że zanu­rza się w mokrym cemen­cie. I nic mu się nie śniło. Wie­dział, że każ­demu coś się śni, ale co za róż­nica, skoro i tak nic nie pamię­tał?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki