Gdyby mnie zabrakło - Courtney Walsh  - ebook + książka

Gdyby mnie zabrakło ebook

Walsh Courtney

4,3

Opis

Znana aktorka Emily Ackerman całe życie kieruje się radami z listów, które matka pisała do niej przed śmiercią. Gdy zawodowa porażka sprowadza na nią falę krytyki, kobieta usuwa się do rodzinnego Nantucket, by zająć się remontem i sprzedażą odziedziczonego domu. Tam staje przed nieoczekiwanym wyzwaniem na rzecz miejscowej społeczności.

Hollis McGuire powraca na wyspę po wypadku kończącym karierę bejsbolisty. Czuje, że jego życie jest w rozsypce. Nadzieją jest pojawienie się w miejscowości dawnej przyjaciółki… dlatego jest gotowy zrobić, co może, by ją zatrzymać.

Kiedy wszyscy wokół wydają się kłamać, Emily będzie musiała wybrać pomiędzy chronieniem swojego serca a poczuciem, że ktoś jej potrzebuje.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 499

Rok wydania: 2022

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (39 ocen)
24
6
6
2
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
readingwithflowers

Dobrze spędzony czas

Przed Wami historia, która kusi piekną okładką, ale to środek jest prawdziwą perełką. To opowieść niezwykle delikatna, bolesna, w której bohaterowie mierzą się z trudnościami, przeszłością. Muszę szczerze przyznać, że ogromnie jestem zaskoczona tą historią, która jest niezwykle delikatna, bogata w spory wachlarz emocji, a przy tym spokojnie akcja brnie do przodu. Autorka stworzyła bardzo wyraziste i autentyczne postacie, a to, że akcja toczy się na trzech płaszczyznach sprawia, że czytelnik ma lepszy wgląd w cała historię, przeżycia bohaterów. Calość została idealnie ze sobą zgrana. W tej opowieści razem z postaciami mierzymy się ich lękami, problemami i tajemnicami. Podobało mi się, to w jaki sposób autorka ukazała w niej Boga oraz wiarę. Z tej książki płynie życiowa mądrosc, refleksja. Plus również za klimat małego miasteczka, piękne krajobrazy i spokój bijący z tej lektury, mimo że emocje i odkrywane przez Emily tajemnice rodzinne chwytały za serce. Muszę przyznać, że klimat tej k...
10
paula17kacz

Nie oderwiesz się od lektury

polecam
00
Master89wt

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna historia. Książki Courtney Walsh chwytają za serce i na długo zostają w pamięci. Polecam
00
MagdalenaWW

Całkiem niezła

dobrze się czytało
00
Izabela_1977

Nie oderwiesz się od lektury

spokojna, romantyczna historia o poszukiwaniu swego miejsca na ziemi
00

Popularność




Ty­tuł ory­gi­nału:
If for Any Re­ason
Au­tor:
Co­urt­ney Walsh
Tłu­ma­cze­nie z ję­zyka an­giel­skiego:
Be­ata Hry­cak
Re­dak­cja:
Do­mi­nika Wilk
Ko­rekta:
Bry­gida Grze­sik 
Na­ta­lia Chro­bak-Le­cho­szest
Opra­co­wa­nie gra­ficzne:
Ali­cja Ma­linka
Anna Bro­dziak
Skład:
Anna Bro­dziak
Zdję­cie na okładce: Ash­ra­ful Are­fin / Tre­vil­lion Ima­ges
Wek­tory: kot­koa / Fre­epik.com
ISBN 978-83-66977-33-4
© 2020 by Co­urt­ney Walsh 
© 2021 for the Po­lish edi­tion by Dre­ams Wy­daw­nic­two with per­mis­sion of Tyn­dale Ho­use Pu­bli­shers
Dre­ams Wy­daw­nic­two Li­dia Miś-No­wak
ul. Unii Lu­bel­skiej 6A, 35-016 Rze­szów
www.dre­am­swy­daw­nic­two.pl
Rze­szów 2022, wy­da­nie I
Druk: Dru­kar­nia Read Me
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Żadna część tej pu­bli­ka­cji nie może być re­pro­du­ko­wana,
prze­cho­wy­wana jako źró­dło da­nych, prze­ka­zy­wana w ja­kiej­kol­wiek me­cha­nicz­nej,
elek­tro­nicz­nej lub in­nej for­mie za­pisu bez pi­sem­nej zgody wy­dawcy.

Mo­jej córce So­phii –

jed­nej z naj­sil­niej­szych osób, które znam

Pro­log

Kochana Emily,

kiedy pi­szę te słowa, je­steś na tym świe­cie od sze­ściu dni, trzech go­dzin i trzy­dzie­stu dwóch mi­nut. Wró­ci­ły­śmy ze szpi­tala cztery dni temu, a ja przez cały ten czas nie mogę ode­rwać od Cie­bie oczu. Śpisz w dzie­cię­cym łó­żeczku obok mnie, ja zaś czu­wam i na­słu­chuję Two­jego od­de­chu.

Szcze­rze mó­wiąc, poza wsłu­chi­wa­niem się w Twój od­dech nie ro­bię nic. Czuję, że po­no­szę wy­łączną od­po­wie­dzial­ność za to, by trwał. Prawdę po­wie­dziaw­szy, tro­chę mnie to prze­raża. A ja za­wsze mó­wię prawdę. Wi­dzisz, Twoje ist­nie­nie jest dla mnie pewną nie­spo­dzianką i za­pewne dla­tego tak się de­ner­wo­wa­łam w dniach po­prze­dza­ją­cych Twoje na­ro­dziny. Po­nie­waż nie chcę ni­czego za­wa­lić.

Nie chcę wy­rzą­dzić Ci żad­nej krzywdy.

Lu­dzie za­wsze opo­wia­dają, jak cu­dow­nie jest mieć dziecko, ale nikt ni­gdy na­wet się nie za­jąk­nie, ja­kie to za­ra­zem prze­ra­ża­jące. Wi­dzisz, je­stem odro­binę prze­ra­żona i nie bar­dzo wiem, komu in­nemu o tym po­wie­dzieć. Je­stem nie­mal pewna, że moja matka wy­ko­rzy­sta­łaby mój lęk prze­ciwko mnie, więc po­dzielę się nim tylko z Tobą, moja mała có­reczko.

Po­dzielę się nim, po­nie­waż chcę, abyś wie­działa, że cza­sem mu­simy ro­bić rze­czy, któ­rych się bo­imy, by wy­nik­nęło z nich do­bro. Cza­sami naj­trud­niej­sze, z czym przy­cho­dzi się nam mie­rzyć, przy­nosi naj­lep­sze re­zul­taty. Dziwne, że tak to działa, ale taka jest prawda.

Pew­nie za­sta­na­wiasz się, dla­czego pi­szę do Cie­bie list, skoro mo­gła­bym po pro­stu wziąć Cię na ręce i po­wie­dzieć Ci to wszystko oso­bi­ście.

Cóż, za­wsze za­sta­na­wia­łam się nad moim wła­snym dzieciń­stwem. Pa­mię­tam, jak sie­dzia­łam kie­dyś na pod­ło­dze w pokoju mo­jej przy­ja­ciółki Sa­man­thy, oglą­da­jąc jej dzie­cięcy al­bum. Jej mama od sa­mego po­czątku za­pi­sy­wała roz­maite za­bawne hi­sto­ryjki o Sa­man­cie i wkle­jała je obok zdjęć przed­sta­wia­ją­cych każdy etap jej ży­cia. Moja mama nie na­leży do osób sen­ty­men­tal­nych, dla­tego ja ni­gdy nie mia­łam ta­kiego al­bumu. Nie wiem, co my­ślała, i bar­dzo tego ża­łuję. Może gdy­bym wie­działa, nie czu­ła­bym się taka sa­motna.

Brak mi sprytu, uzna­łam więc, że li­sty będą naj­bar­dziej od­po­wied­nie. Li­sty o tym, czego się w ży­ciu na­uczy­łam i co chcia­ła­bym To­bie prze­ka­zać. Li­sty mi­ło­sne do mo­jej ma­łej có­reczki. Zbiorę je ra­zem w ksią­żeczkę i dla Cie­bie prze­cho­wam. I gdy­bym z ja­kie­goś po­wodu nie mo­gła prze­ka­zać Ci tych waż­nych lek­cji oso­bi­ście, po­zo­staną spi­sane przeze mnie słowa, tak więc ni­gdy nie bę­dziesz mu­siała za­cho­dzić w głowę, co bym w ja­kiejś sy­tu­acji po­wie­działa.

Nie za­mie­rzam mar­no­wać czasu na głu­pie i błahe sprawy, będę pi­sała tylko o tym, co dla mnie naj­waż­niej­sze, je­śli więc ta ksią­żeczka wpad­nie w Twoje ręce, mam na­dzieję, że po­świę­cisz jej uwagę, na jaką za­słu­guje.

Nie je­stem mą­drą ko­bietą. Więk­szość lu­dzi na­wet nie na­zwa­łaby mnie ko­bietą, przy­naj­mniej jesz­cze nie te­raz… Jed­nak tak wiele uczę się o sa­mej so­bie, a spro­wa­dze­nie na świat dru­giej istoty spra­wia, że szybko do­ra­stam. Emily, chcę być dla Cie­bie naj­lep­szą mamą. Ty i ja kon­tra cały świat.

I wiesz co? Boję się. Mimo to mam za­miar spi­sać się naj­le­piej, jak po­tra­fię. Wiem, że będę po­peł­niać błędy, mam jed­nak na­dzieję, że mi wy­ba­czysz. Nie zda­wa­łam so­bie sprawy, jak wiele mogę dać mi­ło­ści, póki nie wzię­łam Cię w ra­miona.

P.S. Zro­bię, co w mo­jej mocy, żeby Alan i Eliza zo­sta­wili Cię w spo­koju… Przy­pusz­czam, że przede wszyst­kim będą chcieli cze­piać się mnie!

Tak bar­dzo Cię ko­cham!

Mama (ale dziw­nie to brzmi!)

Roz­dział 1

Emily Ac­ker­man nu­ciła, kiedy była zde­ner­wo­wana. Nie ja­kąś kon­kretną pio­senkę, po pro­stu pierw­szą lep­szą me­lo­dię, jaka wpa­dła jej do głowy. Tym ra­zem była to It Had to Be You w in­ter­pre­ta­cji Harry’ego Con­nicka Ju­niora ze sta­rego filmu Kiedy Harry po­znał Sally. Ulu­bio­nego filmu mamy.

Skoczna me­lo­dia tań­czyła w jej my­ślach, gdy Emily za­mknęła oczy i uda­wała, że jest gdzie­kol­wiek, byle nie na pro­mie z Hy­an­nis do Nan­tuc­ket. Uda­wała przez całe ży­cie, a od dzie­się­ciu lat po­dró­żo­wała po świe­cie – dla­czego to ta­kie trudne?

Od­chy­liła w tył głowę, my­śląc tylko o tej pio­sence – o ak­sa­mit­nym, zmy­sło­wym gło­sie Harry’ego – lecz za­miast się wy­ci­szyć, jej umysł sku­pił się wo­kół pew­nego wspo­mnie­nia. Matka tań­cząca na „ich” plaży, śpie­wa­jąca na całe gar­dło It Had to Be You, pod­czas gdy Emily za­nu­rzała stopy w chłod­nym pia­sku i śmiała się z tych wy­głu­pów.

Emily otwo­rzyła oczy i uj­rzała przed sobą wpa­trzo­nego w nią ciem­no­wło­sego chłopca o wiel­kich brą­zo­wych oczach.

– Ha­ła­su­jesz – oznaj­mił.

– An­drew, to nie­grzeczne. – Matka oto­czyła chłopca ra­mie­niem i przy­cią­gnęła go do sie­bie. – Naj­moc­niej prze­pra­szam. Pra­cu­jemy nad ma­nie­rami.

Emily uśmiech­nęła się do dziecka.

– Prze­pra­szam. Cza­sem po­grą­żam się we wła­snym świe­cie.

– Ja też – za­wtó­ro­wał An­drew. – Mam zmy­ślo­nego przy­ja­ciela, na imię ma Ken­ton.

Emily wy­trzesz­czyła oczy.

– Ja też mia­łam w dzie­ciń­stwie zmy­śloną przy­ja­ciółkę! – Sta­rała się spra­wiać wra­że­nie bar­dziej pod­eks­cy­to­wa­nej, niż była w rze­czy­wi­sto­ści. Jest ak­torką. To nie ta­kie trudne.

A jed­nak z ja­kie­goś po­wodu po­czuła we­wnętrzną pustkę.

– Mama mówi, że lu­dzie po­my­ślą, że brak mi pią­tej klepki, je­śli nie prze­stanę do sie­bie ga­dać.

Matka chłopca ści­snęła go za ra­mię.

– An­drew, zo­stawmy tę miłą pa­nią w spo­koju.

Pa­nią? Emily wie­działa, że po prze­kro­cze­niu trzy­dziestki za­czyna się rów­nia po­chyła, ale gdy lu­dzie za­czy­nają zwra­cać się do cie­bie per pani, mo­żesz rów­nie do­brze za­pi­sać się do klubu eme­ryta.

– Je­stem An­drew – cią­gnął chło­piec. Spoj­rzał na matkę i mru­gnął. – Wi­dzisz? Znam ma­niery. – Po czym zwró­cił się po­now­nie do Emily. – A te­raz ty po­wiedz, jak się na­zy­wasz.

– Emily.

– Mama mówi, że nie po­wi­nie­nem zwra­cać się do do­ro­słych po imie­niu.

– Aha. – Emily zer­k­nęła na matkę chłopca, któ­rej mina wy­ra­żała mie­sza­ninę roz­ba­wie­nia i skru­chy. – W ta­kim ra­zie mo­żesz mó­wić mi pani Ac­ker­man.

– Pani Ac­ker­man – rzekł An­drew. – Miło mi pa­nią po­znać.

Emily uznała, że lubi tego chłopca. Miała na­dzieję, że wraz z wie­kiem nie straci on swo­jego wdzięku, a jesz­cze bar­dziej li­czyła na to, że za­chowa na­tu­ral­ność i szcze­rość. Tylu zna­nych jej męż­czyzn było za­prze­cze­niem tych cech. Nie spo­tkała ani jed­nego, przy któ­rym warto by­łoby zo­stać na dłu­żej.

Zwłasz­cza nie przy Ma­xie, który – i była o tym głę­boko prze­ko­nana – przez cały czas trwa­nia ich związku nie po­wie­dział ani jed­nej szcze­rej rze­czy. Nie żeby miało to ja­kieś zna­cze­nie. Prze­strze­gane przez Emily za­sady zo­stały usta­no­wione po to, żeby chro­nić ją przed nad­mier­nym za­an­ga­żo­wa­niem. Ni­gdy nie tkwiła w związku na tyle długo, by do­wie­dzieć się, czy mo­tywy męż­czy­zny były nie­czy­ste – po trzech mie­sią­cach brała nogi za pas. Max prze­żył ich roz­sta­nie bar­dziej, niż się spo­dzie­wała. Na­wet pła­kał.

Eh… Na samo wspo­mnie­nie czuła się jak ka­wał dra­nia.

Wes­tchnęła. A już szło jej tak do­brze. Dla­czego mu­siała za­cząć my­śleć o Ma­xie?

Żal po­wró­cił, czuła, jak na wspo­mnie­nie o nim ru­mie­nią się jej po­liczki. Może na­prawdę ją ko­chał? Może po­winna była dać mu szansę?

Nie. Wzięła so­bie do serca radę mamy, jak to ro­biła we wszyst­kich spra­wach, ale zwłasz­cza w ser­co­wych. W końcu mama wie­działa co nieco o mi­ło­snych za­wo­dach.

An­ga­żuj się z pa­sją na róż­nych po­lach, ale w spra­wach serca pa­mię­taj o roz­wa­dze. Twoje serce to nie przed­miot, któ­rym sza­fuje się swo­bod­nie i bez na­my­słu. Na­leży chro­nić je za wszelką cenę, by mieć pew­ność, że nie za­wali Ci się na­gle cały świat. Po­słu­chaj mnie, Emily. Wiem, co mó­wię.

Emily bez­wied­nie wsu­nęła rękę do swo­jej to­rebki i do­tknęła mięk­kiej, sfa­ty­go­wa­nej okładki ksią­żeczki z li­stami. Była je­dyną rze­czą, z którą ni­gdy nie roz­sta­wała się pod­czas po­dróży.

Choć nie znała szcze­gó­łów, wie­działa, że Isa­belle Ac­ker­man za­znała w ży­ciu wiel­kiego mi­ło­snego za­wodu. Ża­ło­wała, że mama nie zdo­łała po­go­dzić się z tym przed śmier­cią.

W wielu kwe­stiach li­sty ogra­ni­czały się do ogól­ni­ków, ale nie w tej. Tu nie mu­siała za­cho­dzić w głowę, co po­wie­dzia­łaby matka – Isa­belle zna­la­zła spo­sób na prze­ka­za­nie swo­jej je­dy­nej córce tego prze­sła­nia, zaś Emily skwa­pli­wie z niego sko­rzy­stała.

Jej serce było bez­pieczne. Gdy ktoś za bar­dzo się zbli­żał – a cza­sem tak by­wało – wie­działa, że pora wiać. Na­le­żało ucie­kać także wtedy, gdy czuła, że za­czyna za bar­dzo ko­goś lu­bić, a tak wła­śnie stało się z Ma­xem. Był cza­ru­jący, przy­stojny, za­możny i Emily zda­wała so­bie sprawę, że gdyby nie za­cho­wała ostroż­no­ści, prze­ko­na­łaby samą sie­bie, że warto zła­mać dla niego za­sady.

Na szczę­ście zmą­drzała, nim jej serce do­znało trwa­łego uszczerbku.

W jej ży­ciu było dość znisz­czeń, z któ­rymi mu­siała się zma­gać, i nie­stety za żadne z nich nie po­no­sił winy ani Max, ani kto­kol­wiek inny. Zna­la­zła się w ta­kiej, a nie in­nej sy­tu­acji przez wła­sne głu­pie błędy – bez gro­sza przy du­szy i w roz­sypce. Nie­na­wi­dziła tego uczu­cia.

Kom­pletna po­rażka. Oto, czym jest jej ży­cie.

Kiedy skoń­czyła pi­sać sztukę, wie­rzyła w jej po­wo­dze­nie. Do­strze­gała w niej ogromny po­ten­cjał i nic nie mo­gło od­wieść jej od tego za­miaru – na­wet od­rzu­ce­nie sce­na­riu­sza przez kilku zna­nych re­ży­se­rów, któ­rzy nie chcieli mieć z tym pro­jek­tem nic wspól­nego. Nie po­zo­sta­wili jej in­nego wy­boru, jak tylko wy­pro­du­ko­wać i wy­re­ży­se­ro­wać spek­takl wła­snymi si­łami.

Po­winna była po­słu­chać. Nie po­winna była się po­ry­wać na tak duże przed­się­wzię­cie. Ale nie po­słu­chała. Uto­piła w tym spek­ta­klu wszystko, co miała.

Wło­żyła weń krew, pot i łzy – a także, i ow­szem, więk­szość pie­nię­dzy, które po­zo­stały jej z fun­du­szu po­wier­ni­czego. Kiedy więc po pre­mie­rze do­stała kosz­marne re­cen­zje („Cha­otyczna ka­ta­strofa, w któ­rej nie wia­domo, o co cho­dzi”) i sztuka ze­szła z afi­sza po dwóch ty­go­dniach, nie zo­stało jej nic prócz nie­za­pła­co­nych ho­no­ra­riów oraz upo­ka­rza­ją­cej za­wo­do­wej po­rażki.

Po­sta­wiła, można by rzec, na nie­wła­ści­wego ko­nia. Spek­takl za­po­wia­dał się zna­ko­mi­cie – była ab­so­lut­nie pewna, że okaże się wiel­kim suk­ce­sem. Jakże się my­liła.

Co gor­sza, cały te­atralny świat wie­dział o jej klę­sce. W ma­ga­zy­nie Back­stage uka­zał się długi ar­ty­kuł. Coś w ro­dzaju opo­wie­ści ku prze­stro­dze.

Re­ży­ser­ski de­biut daw­nej dzie­cię­cej gwiazdy naj­gor­szym de­biu­tem roku.

Mo­gła je­dy­nie po­cie­szać się fak­tem, że jej dziad­ko­wie nie czy­tali Back­stage.

Po­my­ślała so­bie, że śmierć dziadka pod jed­nym wzglę­dem oka­zała się bło­go­sła­wień­stwem: ni­gdy się nie do­wie­dział, że stra­ciła wszystko przez kiep­skie de­cy­zje za­wo­dowe czy też twór­cze przed­się­wzię­cia o krót­kim ży­wo­cie. Ni­gdy się nie do­wie­dział, jak nie­kom­pe­tentna jest jego wnuczka, choć prze­cież przez dłu­gie lata ob­ser­wo­wała, jak dzięki smy­kałce do in­te­re­sów za­ra­bia się mi­liony.

Ale to już prze­szłość.

Sie­dząc na pro­mie obok An­drew, swo­jego no­wego przy­ja­ciela, za­ci­snęła po­wieki i pró­bo­wała nie my­śleć o Ma­xie, po­raż­kach, dziad­kach oraz pu­stym kon­cie ban­ko­wym.

Nie wie­działa, o któ­rej z tych rze­czy naj­trud­niej bę­dzie jej za­po­mnieć. Wszyst­kie nie­ustan­nie ab­sor­bo­wały jej uwagę o każ­dej po­rze dnia. Przy­pusz­czała, że tak się dzieje, kiedy czło­wiek się­gnie dna. Zmar­no­wała mnó­stwo czasu na po­nowne prze­ży­wa­nie wła­snych błę­dów, na próby usta­le­nia, czy można było ja­koś je od­krę­cić, by wró­cić na wła­ściwy kurs.

Jak do­tąd nie tra­fiła na żadne wska­zówki, ja­koby ta­kie roz­wią­za­nie ist­niało. Wie­działa je­dy­nie, że kiedy znaj­dziesz się na dnie, by­łoby miło, gdyby ktoś po­dał ci rękę i wy­cią­gnął cię na po­wierzch­nię.

Nikt nie za­ofe­ro­wał jej po­moc­nej dłoni i może wła­śnie to było naj­gor­sze.

– Znów pani nuci – ode­zwał się An­drew. Szczery An­drew o wiel­kich brą­zo­wych oczach.

– An­drew, tylko nie wy­ro­śnij na pa­lanta, do­brze? – rzu­ciła w roz­tar­gnie­niu Emily.

Matka chłopca zmarsz­czyła czoło.

– Prze­pra­szam – po­wie­działa Emily. – Cza­sem mó­wię nie­sto­sowne rze­czy.

– Ken­ton też tak robi. Kie­dyś przez cały dzień opo­wia­dał o ku­pie. – Chło­piec miał śmier­tel­nie po­ważną minę, tak że Emily nie mo­gła się nie ro­ze­śmiać. – Jak ma na imię pani wy­my­ślona przy­ja­ciółka? – za­py­tał z uśmie­chem.

– Pra­wie jej już nie wi­duję. Ale miała na imię Kel­len.

– Kel­len – po­wtó­rzył An­drew. – Kel­len i Ken­ton. Za­łożę się, że się przy­jaź­nią.

– Za­py­taj go o to przy naj­bliż­szej oka­zji, do­brze? – po­pro­siła, od­wza­jem­nia­jąc uśmiech.

Tak cu­dow­nie ga­wę­dziło się jej z An­drew, że na­wet nie za­uwa­żyła, jak prom zwal­nia i przy­bija do portu.

Gdyby wy­star­cza­jąco mocno za­mknęła oczy, mo­głaby so­bie nie­mal wy­obra­zić, że przy­je­chała na Nan­tuc­ket jako tu­rystka. Gdyby po­wstrzy­mała błą­dzące my­śli, mo­głaby nie­mal uwie­rzyć, że to jej pierw­sza wi­zyta w tym miej­scu, że po raz pierw­szy wi­dzi na wła­sne oczy to, co do­tych­czas wi­dy­wała tylko na zdję­ciach: bru­ko­wane uliczki, szare domy w stylu sha­ker, przed któ­rymi ro­sną bujne krzewy fio­le­to­wo­nie­bie­skich hor­ten­sji, rzędy ko­lo­ro­wych vesp do wy­na­ję­cia, la­tar­nie mor­skie wa­biące znu­żo­nych po­dróż­nych, by od­po­częli na wy­spie.

Wy­spa obie­cy­wała wiele, lecz nie do­trzy­my­wała obiet­nic.

Ileż Emily by dała, żeby była to jej pierw­sza wi­zyta.

Ale tak nie jest, prawda?

Zaj­rzała do du­żej torby, w któ­rej upy­chała wszyst­kie po­trzebne rze­czy, łącz­nie z ksią­żeczką li­stów ze­bra­nych na chy­bił tra­fił, sfa­ty­go­waną po la­tach wer­to­wa­nia. Cza­sem wy­star­czyło jej do­tknąć, by po­czuć bli­skość matki.

Jed­nak gdy po­ło­żyła dłoń na pod­nisz­czo­nej, ręcz­nie zdo­bio­nej okładce, na­wet mama wy­da­wała się da­leko. Jak gdyby wy­rwano ją z ksią­żeczki w chwili, gdy na ho­ry­zon­cie uka­zała się wy­spa. Jak gdyby na­wet matka chciała za­po­mnieć.

Wszę­dzie wo­kół pa­sa­że­ro­wie promu zbie­rali swoje ba­gaże, nie mo­gąc się do­cze­kać roz­po­czę­cia se­zonu na wy­spie. Emily nie ru­szyła się z miej­sca, oszo­ło­miona i jakby lekko chora po mor­skiej po­dróży. A może nud­no­ści nie miały nic wspól­nego z ko­ły­sa­niem statku.

Gdyby była sprytna, po­trak­to­wa­łaby przy­jazd na wy­spę Nan­tuc­ket jak ode­rwa­nie pla­stra z rany. Jedno bły­ska­wiczne szarp­nię­cie i po pła­czu.

Gdyby…

– Wy­siada pani, co nie? – An­drew wy­rósł tuż przed nią, z czer­wono-żół­tym dzie­cię­cym ple­cacz­kiem na ra­mio­nach i w czer­wo­nej czapce z dasz­kiem, która miała ujarz­mić nie­sforne włosy w ko­lo­rze cze­ko­lady.

– Wła­śnie się za­sta­na­wiam – od­parła Emily z uśmie­chem.

– Lubi pani to miej­sce, co nie?

Oj. Pod­chwy­tliwe py­ta­nie. Cóż ma od­po­wie­dzieć dzie­cia­kowi? Że wy­spa okra­dła ją ze wszyst­kiego i że wró­ciła tu wy­łącz­nie z braku in­nego wy­boru? Matka chłopca praw­do­po­dob­nie we­zwa­łaby po­li­cję.

– Tak, jest cu­downe – przy­znała wresz­cie. Nie skła­mała, ani tro­chę. Nan­tuc­ket na­prawdę było cu­downe. Przy­naj­mniej dla in­nych.

– Uwiel­biam tu przy­jeż­dżać – oznaj­mił An­drew. – Pro­szę. – Wy­cią­gnął piąstkę i nią po­trzą­snął.

Pod­sta­wiła dłoń, na którą wy­padł gładki biały ka­myk.

– Zna­la­złem go la­tem na plaży. – An­drew wy­szcze­rzył zęby. Za­uwa­żyła wtedy, że lada chwila wy­pad­nie mu je­den przedni. – Niech go pani weź­mie.

Nim zdą­żyła za­pro­te­sto­wać, mama po­cią­gnęła chłopca za rękę. Obej­rzał się i po­ma­chał jej na po­że­gna­nie. Przez uła­mek se­kundy Emily po­czuła ból w sercu. Mama An­drew była praw­do­po­dob­nie młod­sza od niej. Miała ślicz­nego synka i za­pewne od­da­nego męża, który gdzieś tam na nią czeka. Ta­kie ży­cie ni­gdy nie po­cią­gało Emily, w tej jed­nak chwili – prze­lot­nej – ści­snął się jej żo­łą­dek.

Ale nie ma czasu na smutki, trzeba wy­sia­dać z promu. Chwy­ciła wa­lizkę, to­rebkę oraz dużą torbę wy­pchaną ko­sme­ty­kami, zdro­wymi ba­to­nami (żeby nie jeść byle czego), ja­go­dami ob­la­nymi gorzką cze­ko­ladą (po­nie­waż od czasu do czasu można zjeść coś nie­zdro­wego), dwiema książ­kami i całą resztą, która nie zmie­ściła się do wa­lizki.

Ru­szyła do wyj­ścia i głę­boko za­czerp­nęła po­wie­trza.

Dam radę.

Po­wta­rzała so­bie tę man­trę przez tyle mie­sięcy, że słowa utra­ciły już zna­cze­nie. W za­sa­dzie utra­ciły je już dawno, po­nie­waż kiedy zwrot się przyj­muje i zdo­bywa po­pu­lar­ność, traci na war­to­ści. Pew­nie każdy tre­ner fit­nessu w Ame­ryce wy­krzy­ki­wał te słowa przy czter­na­stym po­wtó­rze­niu szcze­gól­nie wy­ma­ga­ją­cego ćwi­cze­nia.

Ale ona na­prawdę da­wała radę. Od je­de­na­stego roku ży­cia.

Emily stała na na­brzeżu i po­now­nie wcią­gnęła w noz­drza sło­nawe po­wie­trze, a lekki za­pach ryb przy­po­mniał jej, że nie wszystko nad oce­anem jest cu­downe. Z pew­no­ścią nie.

Uszczyp­nęła się w nos i zmu­siła do ru­sze­nia na­przód. Nie po to prze­je­chała taki szmat drogi, by te­raz stchó­rzyć, a poza tym jaki miała wy­bór?

Cza­sem ża­ło­wała, że Nan­tuc­ket było dla niej stra­cone. Ko­lejna skarga, którą mo­głaby do­ło­żyć do sterty in­nych. Gdyby się nie pil­no­wała, uzbie­ra­łaby ich tak wiele, że za­mie­ni­łaby się w jedną z tych zrzę­dli­wych, wiecz­nie skrzy­wio­nych sta­rych ko­biet, jak kre­sków­kowa Ma­xine z kar­tek Hal­l­marku.

Albo jak jej wła­sna bab­cia.

Nie, ona się taka nie sta­nie. Nie Emily Ac­ker­man. Nie dziew­czyna, która szu­kała wszę­dzie roz­rywki (i zwy­kle ją znaj­do­wała). Nie ona, ten wolny duch, wę­dro­wiec, który wy­stę­po­wał w te­atrach ca­łego świata, który ma wię­cej zna­jo­mych, niż jest w sta­nie zli­czyć, i do­sko­nale wie, jak ob­ró­cić każdą po­dróż w przy­godę.

Bo to prze­cież tylko ko­lejna po­dróż, zga­dza się? Mniej­sza o to, że tym ra­zem ce­lem nie jest roz­rywka. Ta po­dróż to dla niej druga szansa – i nie może jej za­prze­pa­ścić. Po­sta­wie­nie sprawy w ten spo­sób z pew­no­ścią psuje wszel­kie plany za­bawy.

Cią­gnęła za sobą wa­lizkę, świa­doma, ja­kie to ża­ło­sne, że w wieku trzy­dzie­stu je­den lat może zmie­ścić nie­mal wszystko, co dla niej ważne, do jed­nej wa­lizki – i to wcale nie tej naj­więk­szej z kom­pletu, który przy­słała jej bab­cia dzie­więć lat temu, kiedy Emily koń­czyła col­lege.

Wes­tchnęła i po­pły­nęła da­lej ze stru­mie­niem pie­szych tu­ry­stów wy­le­wa­ją­cych się z promu na ulicę. Kiedy była mała, cze­kała na tę chwilę przez cały rok – na ten mo­ment, gdy jej klapki do­tkną bruku, na mo­ment, gdy wy­siądą z mamą w Nan­tuc­ket.

Tak wiele się zmie­niło.

Ob­ser­wu­jąc, jak czer­wono-żółty ple­cak An­drew znika w tłu­mie, szybko po­mo­dliła się w du­chu, by dni na wy­spie upły­wały mu na sa­mych przy­jem­no­ściach – pa­ła­szo­wa­niu ho­ma­rów i sma­żo­nych ryb oraz gi­gan­tycz­nych lo­dów w roż­kach z Ju­ice Baru, na pła­wie­niu się w słońcu na plaży Jet­ties.

Ży­czyła mu tych wszyst­kich przy­jem­no­ści, któ­rych od­da­wa­łaby się sama, gdyby wiele lat temu Nan­tuc­ket nie zo­stało dla niej stra­cone.

I na­gle nie była już taka pewna, czy rze­czy­wi­ście da radę.

W każ­dym ra­zie miała za­miar się prze­ko­nać.

Roz­dział 2

Dla­czego tak się de­ner­wuje?

Nie mo­gąc uspo­koić pulsu, Hol­lis McGu­ire pa­trzył, jak tłum let­ni­ków wy­siada z promu i wy­lewa się na ulicę.

Nie mi­nęło aż tak wiele czasu, od kiedy wi­dział ostat­nio Jo­lie, ale co bę­dzie, je­śli jej nie roz­po­zna? Obar­czy ją kom­plek­sem, skaże na wie­lo­let­nią te­ra­pię. Ale czy to taka rzad­kość wśród ro­dzi­ców?

Wczo­raj wie­czo­rem wy­tłu­ma­czył Ja­nie przez te­le­fon, gdzie do­kład­nie bę­dzie cze­kał. A je­żeli nie prze­ka­zała tej wia­do­mo­ści ich dwu­na­sto­let­niej córce? A je­śli Jo­lie zgu­biła się w tłu­mie? Lu­stro­wał opusz­cza­ją­cych prom lu­dzi i przez chwilę po­czuł się tak, jakby znów miał trzy­na­ście lat, jak dzie­ciak, który nie pa­suje do tego to­wa­rzy­stwa, który na­daje się je­dy­nie do czysz­cze­nia ich ba­se­nów, pie­le­nia ich chwa­stów czy no­sze­nia ich ki­jów gol­fo­wych.

Przy­glą­dał się, jak star­sza para, Rich i He­len De­lan­cey­owie, scho­dzą gę­siego z promu. Od de­kad spę­dzali w Nan­tuc­ket każde lato. To przed­sta­wi­ciele sta­rych for­tun, a Rich jest przy­zwo­itym czło­wie­kiem – to on uczył ojca Hol­lisa re­guł gry na gieł­dzie. Bez tego tato pew­nie do dziś pra­co­wałby jako in­struk­tor że­glar­stwa w miej­sco­wym klu­bie jach­to­wym, co zresztą wiele lat temu skło­niło go do przy­jazdu na wy­spę.

Jef­frey McGu­ire był kimś w ro­dzaju że­glar­skiej le­gendy, ale nie po­cho­dził z za­moż­nej ro­dziny i choć ra­dzili so­bie nie naj­go­rzej, we­dle stan­dar­dów Nan­tuc­ket byli biedni, co za­wsze drą­żyło głę­boką prze­paść mię­dzy Hol­li­sem a resztą tu­tej­szych dzie­cia­ków.

Wy­da­wało się, że to miej­sce ide­al­nie na­daje się na kil­ku­ty­go­dniowe wa­ka­cje dla Jo­lie – bądź co bądź spę­dzili ra­zem co naj­wy­żej kilka wie­czo­rów od… no cóż, wła­ści­wie od za­wsze. Nie było to dla Hol­lisa po­wo­dem do dumy, nie­mniej tak miały się sprawy.

Ale te­raz? Cóż in­nego miał do ro­boty? Jego ka­len­darz nie był za­peł­niony.

Ob­ser­wo­wał, jak tłum ma­leje, a tu na­dal ani śladu Jo­lie. Za­czy­nał się de­ner­wo­wać. Wy­jął z kie­szeni te­le­fon, by spraw­dzić, czy nie dzwo­niła albo nie wy­słała SMS-a z in­for­ma­cją, że do­tarła na miej­sce, ale ekran był pu­sty z wy­jąt­kiem ta­pety – fo­to­gra­fii córki.

Zmie­nił ją rano, prze­ra­żony, że naj­śwież­sze zdję­cie, któ­rym dys­po­no­wał, po­cho­dziło sprzed dwóch lat. Obe­szłoby się bez tego przy­po­mnie­nia – i tak było mu wstyd.

Jego spoj­rze­nie pa­dło na ko­bietę, która po­ja­wiła się na ram­pie. Nie roz­po­znał jej, ale wy­da­wała się mgli­ście zna­joma. Pa­trzył, jak za­kłada oku­lary prze­ciw­sło­neczne i od­rzuca dłu­gie, fa­lu­jące blond włosy. Miała na so­bie cienki biały T-shirt z de­kol­tem w szpic, który ścią­gnął jego wzrok tam, gdzie się­gać nie po­wi­nien. Była dość wy­soka, wyż­sza niż prze­cięt­nie, o wą­skich bio­drach i dłu­gich, smu­kłych no­gach. Na­wet gdyby nie do­strzegł w niej nic zna­jo­mego i tak by ją za­uwa­żył. Miała w so­bie na­tu­ralne piękno, które nie po­trze­bo­wało cięż­kiego ma­ki­jażu ani sztucz­nych pa­znokci.

Po kilku se­kun­dach ko­bieta ze­szła z promu, lecz szybko się za­trzy­mała. Uszczyp­nęła się w grzbiet nosa, za­ci­ska­jąc na nim palce.

W mgnie­niu oka prze­niósł się do dzie­ciń­stwa: stał na plaży obok Emily Ac­ker­man – dziew­czyny, która skra­dła jego pra­wie już na­sto­let­nie serce – trzy­ma­jąc bu­kiet świeżo ze­rwa­nych po­lnych kwia­tów i po­dzi­wia­jąc jej urodę.

– Emily? – Hol­lis się wy­pro­sto­wał i zmru­żył oczy, by le­piej przyj­rzeć się ko­bie­cie.

– Tato, je­stem.

Hol­lis drgnął na dźwięk dziew­czę­cego głosu. Od­wró­cił się i uj­rzał przed sobą córkę.

– JoJo, do­tar­łaś!

– No. – Mina dziew­czyny wska­zy­wała, że ra­czej nie jest tym fak­tem za­chwy­cona.

Jo­lie miała dwa­na­ście lat, a wy­glą­dała na dwa­dzie­ścia pięć, praw­do­po­dob­nie wsku­tek swo­bod­nych me­tod wy­cho­waw­czych Jany. Była do­brą mamą, ale czę­sto trak­to­wała Jo­lie jak jedną ze swo­ich ko­le­ża­nek. Nie żeby Hol­lis miał ja­kie­kol­wiek prawo do wy­da­wa­nia opi­nii w tej kwe­stii. W końcu nie uczest­ni­czył w spra­wo­wa­niu nad nią ro­dzi­ciel­skiej pie­czy.

Żal po­now­nie ści­snął go w dołku.

Pod­niósł wzrok, lecz po­dob­nej do Emily ko­biety już nie było. Od ich ostat­niego spo­tka­nia upły­nęły dłu­gie lata, był głupi, je­śli się łu­dził, że by ją roz­po­znał, na­wet gdyby sta­nęła mu tuż przed no­sem.

Ale ten gest szczy­pa­nia się w nos… Emily za­wsze tak ro­biła, zwy­kle wtedy, gdy była głę­boko za­to­piona w my­ślach albo czymś się mar­twiła.

Emily Ac­ker­man. Ile to już lat? I dla­czego na myśl o niej szyb­ciej za­biło mu serce? Kiedy wi­dział ją po raz ostatni, był jesz­cze dzie­cia­kiem, zbyt mło­dym, by na­zy­wać tamto za­uro­cze­nie „pierw­szą mi­ło­ścią”.

Mimo wszystko Emily za­pa­dła mu w pa­mięć. Ileż to razy się za­sta­na­wiał, co się z nią stało po tam­tej tra­gicz­nej nocy?

A kiedy prze­stał się za­sta­na­wiać…?

– Zie­mia do taty. – Jo­lie upu­ściła ple­cak na zie­mię.

Hol­lis pod­niósł ba­gaż córki. Nie może się tak roz­pra­szać. Tego lata ma się zre­ha­bi­li­to­wać. Stra­cił tak wiele czasu – wie­dział, że ma go co­raz mniej. Prze­cież jego je­dyna córka nie sta­nie się na po­wrót ma­łym dziec­kiem.

– Prze­pra­szam. Czy mama i Rick wy­je­chali po ślu­bie bez prze­szkód?

Wzru­szyła ra­mio­nami.

– Chyba tak.

– Mama mó­wiła, że masz zdję­cia z tego wiel­kiego dnia.

– Se­rio chcesz je zo­ba­czyć?

– Oczy­wi­ście.

Po chwili wy­cią­gnęła te­le­fon z tyl­nej kie­szeni.

Hol­lis bły­snął uśmie­chem.

– Po­każ mi tylko te, na któ­rych je­steś ty.

Prze­wi­jała zdję­cia, aż wresz­cie od­wró­ciła ekran w jego stronę. Uj­rzał córkę w żół­tej su­kience druhny, z bu­kie­ci­kiem ło­so­sio­wych róż w dłoni.

Wy­jął jej z ręki ko­mórkę.

– Nie­moż­liwe, że to je­steś ty.

Miała za­cze­sane do góry włosy, a kilka lo­ków zwi­sało luźno wo­kół twa­rzy. Wy­glą­dała jak li­ce­alistka wy­bie­ra­jąca się na szkolny bal. Jak ten czas leci!

Jak mógł do­pu­ścić do tego, by tak wiele go omi­nęło?

Pró­bo­wała ukryć uśmiech, lecz naj­wy­raź­niej za­re­ago­wał tak, jak ocze­ki­wała. Wie­działa, że na fo­to­gra­fii wy­gląda olśnie­wa­jąco – mu­siała czuć się jak księż­niczka. Ża­ło­wał, że nie wi­dział jej tam na żywo. Nie do­stał za­pro­sze­nia. Zresztą i tak by nie po­je­chał.

– Żółty to nie mój ko­lor. – Prze­rzu­ciła przez ra­mię ru­do­złoty pu­kiel.

– Wcale nie­prawda – za­pro­te­sto­wał Hol­lis. Prze­su­nął pal­cem po ekra­nie w na­dziei obej­rze­nia in­nych zdjęć Jo­lie, ale wy­sko­czyła fo­to­gra­fia Jany z jej mę­żem Ric­kiem. Obej­mo­wali jego córkę i wy­glą­dali jak ro­dzina z praw­dzi­wego zda­rze­nia. Hol­lis i Jana ni­gdy tak nie wy­glą­dali.

Mu­siał zmie­nić mu się wy­raz twa­rzy, bo córka szybko wy­rwała mu z ręki te­le­fon i go wy­łą­czyła. Ob­raz szczę­śli­wej trójki znik­nął.

– To mu­siał być wspa­niały dzień.

– Było w po­rządku – od­parła Jo­lie. – Oni wy­je­chali na Ha­waje, a ja wy­lą­do­wa­łam tu­taj. – Unio­sła brwi i ci­cho wes­tchnęła.

– Cie­szę się, że tu je­steś – po­wie­dział. I tak my­ślał.

– A ja się cie­szę, że ty tu je­steś. Mam co­raz cięż­sze ba­gaże.

Uśmiech­nęła się pół­gęb­kiem, on zaś zro­zu­miał, że choć nie jest jej ulu­bień­cem, nie do końca wy­padł z jej łask – na ra­zie. Po­mimo jego roz­licz­nych prób ze­psu­cia wszyst­kiego Jo­lie wy­ro­sła na na­prawdę ka­pi­talną dziew­czynę. Przy­naj­mniej on tak to wi­dział. W naj­bliż­szych ty­go­dniach prze­kona się o tym na wła­snej skó­rze.

– Mama wy­gląda na szczę­śliwą. – Wziął ba­gaże córki i po­pro­wa­dził ją do sa­mo­chodu.

– Bo tak jest. Do­brze tra­fiła. Rick po­mógł jej się po­zbie­rać. Przy nim czuje się ładna. No wiesz, daje jej wszystko, czego jej po­trzeba.

Przy­glą­dał się Jo­lie i nie mógł się na­dzi­wić, że jest taka mą­dra, spę­dziw­szy na tym świe­cie dwa­na­ście dłu­gich lat.

– De­ner­wuje cię to? – za­py­tała.

Po­my­ślał przez chwilę, że może ona ma na­dzieję, że tak jest – osta­tecz­nie jako ich córka pew­nie wy­obra­żała so­bie, że pew­nego dnia staną się wresz­cie ro­dziną, bez względu na to, jak wiele razy po­wta­rzali jej z Janą, że jest im przy­kro, ale to nie na­stąpi.

– Nie, cie­szę się, że mama jest szczę­śliwa.

Hol­lis pra­gnął szczę­ścia Jany. Chciał, by za­ko­chała się w kimś, kto bę­dzie do­brze ją trak­to­wał i kto się o nią za­trosz­czy (oraz sprawi, że po­czuje się ładna), nie chciał na­to­miast, by ten ktoś za­jął jego miej­sce jako tata Jo­lie.

Acz­kol­wiek w ciągu mi­nio­nych dwu­na­stu lat zro­bił nie­wiele, by so­bie to miej­sce za­pew­nić.

– Je­steś głodna? – za­py­tał, wrzu­ca­jąc ba­gaże Jo­lie na tylne sie­dze­nie je­epa.

– Umie­ram z głodu, ale nie mogę jeść ni­czego, co za­wiera glu­ten.

Hol­lis sta­rał się nie prze­wró­cić oczami. Chciał wspie­rać córkę, no ale… se­rio?

– Ani na­biału.

– O nie, tu­taj sta­wiam gra­nice. Je­dziemy do Ju­ice Baru – tak jak co­dzien­nie la­tem.

Wbiła w niego wzrok.

– Tato, ża­den inny ga­tu­nek nie spo­żywa mleka w do­ro­sło­ści. Wiesz, jak trudno je stra­wić?

– Nie, za to wiem, jak do­brze sma­kuje.

Wsie­dli do sa­mo­chodu i za­pu­ścili się w wą­skie, za­tło­czone uliczki. Jazda po Nan­tuc­ket zwy­kle nie była warta za­chodu, ale wy­jeż­dża­jąc rano z domu, Hol­lis nie miał po­ję­cia, jak duży może być ba­gaż na­sto­latki.

Jo­lie sie­działa w mil­cze­niu, wy­glą­da­jąc przez okno wran­glera. Grupka chłop­ców mniej wię­cej w jej wieku wy­pa­dła ze śmie­chem z Black Doga. Hol­lis uwa­żał, że coś kom­bi­nują. Jego córka zda­wała się mieć od­mienne zda­nie. Wy­krę­cała szyję, pa­trząc, jak idą ulicą. Je­den z chłop­ców pod­niósł rękę i do niej po­ma­chał. Za­chi­cho­tała i się od­wró­ciła.

– Chłopcy z Nan­tuc­ket są za­ka­zani.

– No pro­szę cię, tato… Sam by­łeś chłop­cem z Nan­tuc­ket.

Nie, nie był. Nie za bar­dzo. Jego ro­dzina spę­dzała tu let­nie mie­siące, po­nie­waż dawny kum­pel z col­lege’u za­ła­twił ta­cie pracę w klu­bie jach­to­wym. Pie­nią­dze oka­zały się na tyle do­bre, że warto było wra­cać tu rok w rok, za­bie­rać mamę Hol­lisa, a póź­niej także ro­dzinę. Umowa obej­mo­wała wy­na­ję­cie domu, więc jak Jef­frey mógłby od­mó­wić? Spa­dło im to jak manna z nieba, ta se­zo­nowa praca, która za­pew­niała dzie­ciom wa­ka­cje. Ina­czej ni­gdy by ich nie mieli.

Spę­dza­nie lata w Nan­tuc­ket stało się ro­dzinną tra­dy­cją, a dzięki kilku mą­drym in­we­sty­cjom Jef­frey McGu­ire zo­stał wła­ści­cie­lem wy­naj­mo­wa­nego wcze­śniej domku.

Więc ow­szem, Hol­lis spę­dzał tu lato, ale nie, nie był „chło­pa­kiem z Nan­tuc­ket”. Do­ra­sta­jąc, nie wie­dział, co to zna­czy mieć do­chód roz­po­rzą­dzalny. Nikt po nim nie sprzą­tał, nikt nie prze­cie­rał mu szla­ków, by mo­gły speł­niać się wszyst­kie jego ma­rze­nia. McGu­ire’owie za­ra­biali na swoje utrzy­ma­nie. On sam też wy­szedł na lu­dzi.

Pie­nią­dze były obec­nie jego naj­mniej­szym zmar­twie­niem. Te­raz pa­so­wał do tego świata. A z dru­giej strony na­dal nie pa­so­wał. Za­wsze le­piej czuł się w spor­to­wych spoden­kach niż w gar­ni­tu­rze i kra­wa­cie. W głębi du­szy wie­dział, że wciąż jest tym sa­mym dzie­cia­kiem, sie­dzą­cym z boku i pa­trzą­cym na mo­del ży­cia, na któ­rym tak na­prawdę wcale mu nie za­le­żało.

Może dla­tego czuł się out­si­de­rem.

Może dla­tego mi­nął już rok, od kiedy po­grze­bał swoje ma­rze­nia, a na­dal nie wie­dział, co da­lej.

– Znowu to ro­bisz – ode­zwała się Jo­lie, ma­cha­jąc ręką przed jego twa­rzą. – Aż tak się zło­ścisz, że mama wy­szła za mąż?

– Nie, ani tro­chę.

De­li­kat­nie przy­spie­szył, do­strze­gł­szy tamtą ko­bietę, którą ob­ser­wo­wał, jak wy­sia­dała z promu. Cią­gnęła wa­lizkę po za­tło­czo­nym chod­niku i choć z jed­nej strony wy­glą­dała jak tu­rystka, z dru­giej zda­wała się do­brze znać drogę.

– Kto to? – za­py­tała Jo­lie, po­dą­ża­jąc za jego wzro­kiem.

– Pew­nie nikt. Naj­praw­do­po­dob­niej.

– A może ktoś? – Jo­lie unio­sła brwi.

Tak. Może ktoś.

Hol­lis rzu­cił na ko­bietę ostat­nie spoj­rze­nie, do­dał gazu i od­je­chał.