32,90 zł
Na morzu – jak w miłości – sprawy nie zawsze idą zgodnie z planem.
Życie Jessy płynęło spokojnym kursem aż do chwili, gdy jej chłopak Todd zrywa z nią publicznie, podczas pierwszego tańca na weselu. Jakby tego było mało, wkrótce okazuje się, że znalazł już pocieszenie u boku Nikki – dziewczyny, która jeszcze chwilę wcześniej była z Brodym.
Jessa najchętniej zapadłaby się pod ziemię, ale los ma wobec niej inne plany. Wkrótce wyrusza na ślub przyjaciółki odbywający się na pokładzie statku płynącego na Sycylię. Problem w tym, że na rejs wybierają się również Todd i Nikki. A także Brody – irytująco przystojny i pewny siebie.
W sytuacji bez wyjścia Jessa i Brody wpadają na pomysł: skoro są skazani na towarzystwo swoich byłych, mogą przynajmniej wzbudzić w nich zazdrość. Postanawiają udawać parę i pokazać wszystkim, jak świetnie sobie radzą.
Problem w tym, że z czasem granica między udawaniem a prawdziwymi uczuciami zaczyna się niebezpiecznie zacierać…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 258
Tytuł oryginału: Going Overboard
Korekta: zespół
Copyright © by Portia MacIntosh, 2025 All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Karolina Niewiadomska, 2026 Prawa do przekładu zostały pozyskane za pośrednictwem Vicki Satlow Literary Agency oraz Book/Lab Literary Agency Copyright © for this edition by Dressler Dublin Sp. z o.o., 2026
Producent Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: sekretariat@dressler.com.pl tel. +48 22 733 50 00 www.dressler.com.pl
Dane do kontaktu Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 e-mail: biuro@swiatksiazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydawnictwoswiatksiazki.pl
Warszawa 2026
Księgarnie internetowe: swiatksiazki.pl, ksiazki.pl, czytam.pl
Dystrybucja Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl tel. +48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-68872-32-3
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
JoemuDziękuję, że zawsze byłeś przy mnie
– Rozchmurz się, kochanie, może źle zaznaczyłaś dni w kalendarzu.
Fuj. Obrzydliwe. Jakimś cudem udało mu się sprawić, że i tak już seksistowskie powiedzonko brzmi jeszcze gorzej. Trzeba przyznać, że niektórzy naprawdę potrafią wyjść poza skalę.
Ktoś mógłby powiedzieć, że to wyłącznie moja wina, że siedzę na skraju ogródka piwnego, tuż przy chodniku, jakbym wręcz prosiła się o zaczepki ze strony pijanych facetów przechodzących obok od pubu do pubu.
Co prawda teraz się uśmiecham, ale nie dlatego, że mi kazał, tylko dlatego, że ten, który rzucił tym tekstem, był przebrany za T-Rexa. Szczyt dinozaurzej natury, zgodnie z oczekiwaniami.
Kręcę drinkiem w szklance, obserwując, jak lód topnieje w popołudniowym słońcu. Utknęłam gdzieś pomiędzy niebem a piekłem. W końcu nie ma nic lepszego niż sobotnie popołudnie w ogródku pubu w słonecznym Headingley… szkoda tylko, że część uczestników Otley Run jest już na takim etapie upojenia alkoholowego, że znajdują się w tej irytującej fazie, w której bycie „trochę dupkiem” wydaje się najzabawniejsze na świecie.
Wiem, brzmię jak dziwna, zrzędliwa trzydziestodwulatka, a przecież bardzo często brałam udział w Otley Run – słynnym pub crawl w przebraniach – kiedy studiowałam w Leeds. Tyle że dziś próbuję po prostu chłonąć słońce, nacieszyć się tym, że lato chyba w końcu naprawdę nadeszło (po kilku falstartach), a ten klimat skutecznie psują takie sytuacje, jak oddawanie zbłąkanego dmuchanego banana jakiemuś dwudziestolatkowi przebranemu za Miniona, z plamą po piwie na ogrodniczkach.
Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam to, że Headingley jest taką społeczną szalką Petriego, ale dziś jestem trochę zestresowana. Miałam tu przyjść, żeby się odprężyć i poprawić sobie humor, a tymczasem siedzę sama i obserwuję świat, który dosłownie przechodzi obok – przed chwilą minął mnie ktoś wyglądający jak globus.
Uśmiecham się do siebie, gdy grupka dziewczyn przebranych za kręgle przemyka, stukając obcasami o chodnik. Mam do tego ogromny szacunek – ten upór w kwestii stylu, nawet kiedy wydaje się to niemożliwe. Nie zazdroszczę im tylko lawirowania między płytami chodnikowymi, o które sama potykam się nawet w trampkach.
Dawno nie byłam na pub crawl z Kelsey, moją najlepszą przyjaciółką. To dziwne, jak w pewnym wieku uznajesz, że jesteś już na takie rzeczy „zbyt dorosła”… a potem nagle coś się zmienia i zaczynasz czuć się… stara? Może kiedyś ją zapytam, czy nie ma na to ochoty – z szacunku dla starych dobrych czasów możemy się nawet przebrać.
Przynajmniej dzień jest słoneczny. Cała ulica skąpana jest w ciepłym blasku – a moje nogi mają swój pierwszy oficjalny występ w tym sezonie. Szorty wydawały się świetnym pomysłem na upał, ale trzeba przyznać, że moje nogi wyglądają niepokojąco… odblaskowo? Może powinnam była użyć samoopalacza, żeby nie stanowić zagrożenia dla ruchu drogowego, gdy światło odbije się od mojej trupio bladej skóry i oślepi kierowcę, ale szczerze mówiąc, tak bardzo chciałam wyjść z mieszkania i poczuć słońce na skórze, że i tak cud, że w ogóle je ogoliłam.
Bezmyślnie przeglądam Instagrama, zajmując czymś ręce, kiedy cień pada na stolik. To nie chmura – to mężczyzna.
– Wszystko w porządku, księżniczko? – mówi, a w tonie jego głosu miesza się pewność siebie i bełkot.
No i proszę. Super Mario, we własnej osobie. Superpijany Super Mario.
Jego czapka jest przyklapnięta i stara, doczepiany wąs trzyma się ostatkiem sił, ale ma pełen strój – nawet białe rękawiczki. No, zakładam, że były białe, kiedy je zakładał.
– Eee… cześć – odpowiadam uprzejmie, ale chłodno, już wracając wzrokiem do telefonu i udając, że robię coś bardzo ważnego. Bardzo pilnego. Bardzo… nie jego sprawa.
Nie łapie aluzji.
Mario siada naprzeciwko mnie, aż ławka skrzypi pod jego ciężarem – jakby protestowała w moim imieniu.
– Co taka ładna dziewczyna robi tu sama? – pyta, pochylając się nad stołem z uśmiechem, który sugeruje, że albo to kiedyś zadziałało, albo ma absurdalnie wysoką samoocenę. Stawiam na to drugie.
– Jestem z kimś – oznajmiam. – Mój chło…
– Ty też jesteś przebrana, co nie? – przerywa mi, mrużąc oczy. – Za kogo?
Mrugam z niedowierzaniem. Mam na sobie dżinsowe szorty, biały top i sandały. Długie blond włosy w luźnych falach – nic specjalnego. Kim niby miałabym być? Poza stereotypowym zestawem startowym trzydziestolatki z pokolenia milenialsów.
– Nie jestem przebrana – zapewniam bez emocji.
Uśmiecha się szeroko.
– Nie jesteś przebrana? Tym lepiej. Możesz być moją Peach. Chętnie bym się w to wgryzł.
Czuję, jak marszczy mi się czoło przy jego doborze słów. No dobra, przy jednym konkretnym słowie – to. Nie wiem, czy chce mi się płakać nad poziomem żenady, czy raczej stanąć w płomieniach.
– Urocze – mruczę pod nosem.
– No chodź, księżniczko, co ty na to?
Uch. I jeszcze puszcza oko. Jakby to miało mu pomóc.
– Nie masz jakiejś rury, do której możesz wskoczyć? – pytam, na chwilę dezorientując go uśmiechem.
Nachyla się jeszcze bliżej – zdecydowanie za blisko – a zapach zwietrzałego piwa i taniej wody kolońskiej sprawia, że nie mogę oddychać.
– Mój chłopak zaraz tu będzie – mówię, zaczynając czuć się niekomfortowo.
– Och, twój chłopak – powtarza z kpiną. – Nagle ma chłopaka.
– Tak – odpowiadam słabo.
Rozglądam się, szukając jakiejś przyjaznej twarzy, albo nawet nieprzyjaznej twarzy ochroniarza, ale nikt nie zwraca na mnie uwagi.
Mario uśmiecha się krzywo. – Jego wąs ledwo się już trzyma.
– Nie wyglądasz na taką, co ma chłopaka, księżniczko.
Marszczę brwi, bo co to w ogóle znaczy?
Wzrusza ramionami, jakby właśnie powiedział coś głębokiego.
– Mówię tylko… gdybyś była moja, nie zostawiłbym cię tu samej. Siedziałbym obok, trzymał za rękę, karmił frytkami… może szeptał coś niegrzecznego do ucha…
A mówią, że romantyzm umarł.
Mario sięga przez stół i łapie mnie za rękę. Próbuję ją wyrwać, ale ściska mocno.
– Dobra, serio, nie jestem zainteresowana – mówię wprost, bo uprzejmość nic nie daje.
– No weź, nie bądź taka – nalega, potrząsając moją ręką. – Jeden drink, no dalej. Powiedz, że się zgadzasz. Patrz, podajesz mi rękę, to wiążące.
– Naprawdę nie i naprawdę, naprawdę nie jestem zainteresowana – odpowiadam. – Puścisz moją rękę, proszę?
Słowo „proszę” wychodzi ze mnie automatycznie, jak odruch, jak pamięć mięśniowa, której całe życie próbuję się pozbyć.
– Czemu, boisz się, że twój wymyślony chłopak będzie zazdrosny? – pyta.
Najwyraźniej mi nie wierzy, co doprowadza mnie do szału, bo ja naprawdę mam chłopaka i rzeczywiście na niego czekam.
– Przepraszam za spóźnienie, kochanie. – Głos wyrywa mnie z gonitwy myśli, gdy ktoś siada obok mnie.
Odwracam się instynktownie i czuję pocałunek w policzek – no, głównie w policzek. Jego usta muskają moje tylko odrobinę, z jednej strony.
Patrzę na niego i mrugam, nie dowierzając absurdowi sytuacji.
Super Mario jakoś zrywa się na nogi – to jedyne określenie, jakie przychodzi mi do głowy – ogarnięty paniką.
– Kurde, sorry, stary, sorry – mamrocze. – Mówiła, że ma chłopaka. Myślałem, że żartuje. Przepraszam, przepraszam. Moja wina. Bez urazy, co?
– Próbujemy spędzić miły dzień, więc jeśli mógłbyś się odczepić…
– Jasne, jasne, sorry – odpowiada Mario.
Niesamowite, naprawdę – Mario nie przyjmuje odmowy od kobiety, ale kiedy pojawia się facet, nagle mamy nie jedno, nie dwa, tylko… chwila… pięć „sorry”.
– Sorry – dodaje jeszcze raz. To już sześć.
Nie wiem, co powiedzieć, więc tylko patrzę raz na jednego, raz na drugiego.
– Po prostu… idź, dobra? Wracaj do znajomych. Baw się dobrze.
Nachyla się i poklepuje Mario po ramieniu – gest jest jednocześnie przyjazny i lekko groźny. Działa.
– Tak, jasne, ty też – mówi Mario, cofając się. – Swoją drogą, jesteś legendą.
Praktycznie ucieka, a jego wąs w końcu odpada, lądując obok nas na ziemi.
Wow. Po prostu zniknął tak szybko, jak się pojawił – i nie potrzeba było żadnych magicznych słów. Wystarczyły słowa wypowiedziane przez mężczyznę. Braterski kod, ech. Ale przynajmniej sobie poszedł.
Odwracam się do mojego wybawcy. Mojego wysokiego, ciemnowłosego, przystojnego wybawcy.
Ma potargane brązowe włosy i oczy ukryte za lustrzanymi okularami przeciwsłonecznymi, które niczego nie zdradzają. Kiedy się uśmiecha, na policzkach pojawiają się dołeczki – łagodzą jego wizerunek, który i tak przyciąga uwagę przez szerokie ramiona i wysoki wzrost. Nawet siedząc, trudno tego nie zauważyć.
– Cześć – mówi z uśmiechem.
– Cześć – odpowiadam z uśmiechem.
Te okulary, obcisła czarna koszulka – nie wiem, czy bardziej przypomina tajnego agenta, czy modela z wybiegu Balenciagi, czy jedno i drugie.
– Wyglądał na miłego – dodaje.
Parskam krótkim śmiechem.
– Tak, jasne, zupełnie nie – mówię. – Dzięki za pomoc. Był… uparty.
– To bardzo delikatne określenie – odpowiada. – Od tego są mężczyźni, prawda?
– Prawda – potwierdzam, uśmiechając się coraz szerzej.
– W każdym razie… będę się zbierał…
Nie kończę zdania, żeby go zatrzymać. Znika w tłumie, zostawiając mnie z uczuciem, jakbym wypiła o kilka drinków za dużo (albo za mało) albo jakby lekkie przegrzanie sprawiło, że to wszystko mi się przywidziało. Wpatruję się w tłum, próbując go wypatrzyć, zobaczyć, gdzie poszedł… czy wróci…
– Ej, Jessa.
Głos wyrywa mnie z zamyślenia.
Odwracam się i widzę Todda, który stoi z piwem w jednej ręce i piña coladą w drugiej.
– Wow – wyrywa mi się na widok ogromnej, przepełnionej, głównie przez ilość ozdób, szklanki (dwie parasolki to już chyba lekka przesada).
– Mówiłaś, żebym cię zaskoczył – mówi, ocierając pot z czoła.
– Udało ci się – odpowiadam. – Długo cię nie było, nie wiedziałam, że jest aż tak tłoczno.
– A nie, zagapiłem się na mecz na jednym z ekranów – przyznaje. – Twój drink może być trochę rozpuszczony. Lepiej wypij go szybko.
– Ty też jesteś trochę rozpuszczony – żartuję.
– Tak się nie mówi do swojego chłopaka – odpowiada z uśmiechem. – A w ogóle, kto to był, ten obok ciebie? Znasz go?
– Nie, nie znam – mówię. – Po prostu…
– …przyszedł do naszego stolika, co? Powiedziałaś mu, żeby się odczepił?
– Nie musiałam. Sam poszedł – odpowiadam.
– Właśnie dlatego wydajecie nam się takie tajemnicze – rzuca. – Nigdy nie mówicie wprost, co macie na myśli.
– Zawsze ci mówię, co…
– Takie tajemnicze – powtarza, obracając telefon poziomo. Od razu wiadomo, co robi – włącza mecz. Chociaż z mojej perspektywy widzę tylko dużo zieleni i dużo facetów, więc tak naprawdę to może być cokolwiek innego.
Dopijam mojego sea breeze i zabieram się za piña coladę. Nawet lekko rozpuszczona powoduje natychmiastowy ból od zimna.
Todd pochłonięty sportem sprawia, że czuję się równie samotna, jak zanim wrócił. No, może poza krótkim spotkaniem z moim tajemniczym wybawcą.
Wciąż czuję jego pocałunek na policzku – jakby jego echo wciąż tam było. To było tylko muśnięcie – i może w dziesięciu procentach zahaczyło o usta – ale mam wrażenie, jakby zostawiło ślad.
Jestem mu naprawdę wdzięczna za to, że się wtrącił i mnie uratował. Zastanawiam się, kim jest, z kim tu przyszedł, za kogo był przebrany… Nie wyglądał na przebranego, ale Mario najwyraźniej wiedział, kim miał być, skoro nazwał go legendą. Z drugiej strony Mario był kompletnie pijany.
Pewnie nigdy się nie dowiem, kim był – to po prostu jakiś facet, który pojawił się dokładnie wtedy, kiedy był potrzebny. Może dlatego moja wyobraźnia tak się rozkręca, bo życie ostatnio wydaje się trochę nudne, więc czemu nie dopisać sobie paru szalonych scenariuszy do pustego płótna, jakim jest nieznajomy?
Był czymś ekscytującym… kimś interesującym… kimś innym niż Todd, który przez chwilę mnie zauważył.
Ale chwila minęła i wracam do rzeczywistości.
Mimo wszystko lepiej siedzieć przy stoliku z chłopakiem pochłoniętym meczem niż z pijanym, udawanym hydraulikiem.
Ale tylko trochę lepiej.
Rok później
Nigdy nie myślałam, że mogę zakochać się w łazience typu en suite, dopóki nie poznałam tej – i to uczucie się pogłębia za każdym razem, gdy do niej wchodzę.
Uwielbiam czuć pod stopami podgrzewane płytki, nawet w tak ciepły dzień jak dziś.
Kiedy Todd projektował ten dom, włożył ogrom pracy w najdrobniejsze szczegóły – na przykład w to, które pomieszczenia powinny być skierowane na południe i skąpane w słońcu, a które lepiej umieścić po chłodniejszej stronie domu. Naprawdę podziwiam jego dbałość o takie rzeczy.
Tutaj wszystko jest z gładkiego marmuru, pełne miękkiego światła, ze złotymi kranami lśniącymi tak, jakby ktoś codziennie je polerował, a do tego podwójne umywalki – po jednej dla każdego, obie na tyle duże, że spokojnie można by w nich wykąpać średniej wielkości psa (choć oczywiście nie ma potrzeby robić tego tutaj, bo w pomieszczeniu gospodarczym jest do tego osobny zlew).
No i wanna. Och, ta ogromna wanna. Wolno stojąca, ustawiona przy oknie sięgającym od podłogi do sufitu – ale nie takim z matowego szkła, jak można by się spodziewać. Nie, to okno wychodzi na krajobraz West Yorkshire, z niczym niezakłóconym widokiem i – co najlepsze – nie ma w pobliżu nikogo, kto mógłby cię podglądać, kiedy relaksujesz się po całym dniu.
Podchodzę do niej i przesuwam palcami po jej krawędzi, myśląc o tym, jak bardzo chciałabym teraz do niej wejść, odprężyć się, nalać sobie kieliszek wina, może zapalić świecę i pozwolić myślom po prostu odpłynąć. Czysta błogość.
Ale teraz nie mogę sobie na to pozwolić. Z wielu powodów.
Wracam do sypialni, gdzie materac miękki jak chmura kusi mnie w podobny sposób. To ogromne łóżko typu super king – niesamowicie miękkie, zasypane co najmniej ośmioma poduszkami i poduszeczkami. Takie, do którego aż chce się wskoczyć… gdyby nie idealnie przygotowana taca śniadaniowa ustawiona na kołdrze. Croissanty, kieliszki szampana, urocze słoiczki z dżemem. Budzić się przy czymś takim – to dopiero życie, prawda?
Poprawiam starannie zwinięte serwetki, ustawiając je pod odpowiednim kątem, i poleruję maleńką, przeoczoną wcześniej smugę na sztućcach. Dobrze, teraz jest idealnie.
– Gotowe – wołam.
James wchodzi do środka, z aparatem przewieszonym przez szyję, przygotowany do pracy.
– Wygląda świetnie – mówi.
– Dzięki – odpowiadam z uśmiechem. – Och, chwila, jeszcze jedno…
Biorę z komody mały wazon z pojedynczą różą i stawiam go na tacy.
– Dobra, teraz to już naprawdę wszystko.
Obserwuję Jamesa, jak zabiera się do pracy – robi zdjęcia całego pomieszczenia, a potem zbliżenia na drobne detale, które robią całą różnicę.
– Świetnie urządziłaś to miejsce – żartuje, fotografując śniadanie.
– To? Och, to nic takiego – odpowiadam, machając ręką z udawaną nonszalancją.
Z Jamesem dopracowaliśmy wszystko niemal do perfekcji. On jest fotografem dla luksusowej agencji nieruchomości – a to prawdziwa sztuka, od dodatkowych zdjęć stylu życia po ujęcia o zmierzchu. Wszystko to ma ogromne znaczenie, kiedy chodzi nie tylko o sprzedaż domu, ile o sprzedaż stylu życia.
Boże, wyobraźcie sobie budzić się tu każdego dnia. Wyobraźcie sobie mieć taki dom. Często marzę, żeby domy, w których pracuję, były moje, ale ten… ten jest naprawdę wyjątkowy.
– Och, chciałabym, żeby to miejsce zawsze tak wyglądało – odzywa się Joanne, właścicielka, dołączając do nas.
Joanne jest po czterdziestce, może na początku pięćdziesiątki. Ubrana na biało – całkowicie na biało – w ilości bieli, na jaką można sobie pozwolić tylko wtedy, gdy nie trzeba się martwić o jej zniszczenie. Jej opalenizna zdradza niedawne wakacje, a zdjęcia rozmieszczone po domu pokazują, że wakacje to u niej częsty temat. Wystarczy jedno spojrzenie na jej buty, żeby wiedzieć, że kosztują więcej niż moje tygodniowe zakupy spożywcze. Z drugiej strony nie mieszka się w takim domu, zaprojektowanym przez luksusowego architekta, nie będąc bardzo bogatym.
– Jessa! – zwraca się do mnie ciepło, uśmiechając się tak, jak ja zwykle uśmiecham się do uroczych psów. – To wygląda po prostu bosko. Widziałam twoje realizacje, ale… wow. Przeszłaś samą siebie.
– Dziękuję – odpowiadam, naprawdę zadowolona z efektu. Owszem, dom jest piękny (choć może jestem stronnicza, bo znam architekta, który go zaprojektował) i pięknie urządzony, ale moje drobne dodatki naprawdę wydobywają z niego to, co najlepsze. – To łatwe, kiedy baza jest tak dobra – dodaję. – Ja tylko dodaję trochę wykończenia.
– Chodź – mówi. – Zejdźmy na dół, niech James działa. Mam tyle pytań, a właśnie zrobiłam nam kawę.
– Brzmi świetnie – odpowiadam z uśmiechem.
Schodzę za nią po schodach, przesuwając dłonią po wypolerowanej, zakrzywionej poręczy i podziwiając okno w holu. Drzwi wejściowe znajdują się pod dwiema kondygnacjami szkła, dzięki czemu światło zalewa wnętrze – i to po północnej stronie domu. To miejsce przypomina galerię sztuki albo plan współczesnego kryminału – jest tu tyle detali, że aż trudno wszystko ogarnąć, a jednak całość działa perfekcyjnie. Za każdym razem dostrzegam coś nowego.
– No dobrze, opowiadaj – prosi, gdy wchodzimy do ogromnej kuchni typu open space. – Jak trafiłaś do tej branży?
– To było takie… naturalne – tłumaczę. – Pracowałam kiedyś w showroomie, potem u projektanta wnętrz. Zakochałam się w idei tworzenia idealnych domów, ale bardziej niż ich urządzanie pociągało mnie ich „ubieranie”. Zaczęłam robić pojedyncze zlecenia, potem nawiązałam współpracę z waszą agencją i… oto jesteśmy.
– Zawsze dodajesz to samo, czy dopasowujesz wszystko do konkretnego domu? – pyta.
Wyraźnie ją to interesuje, więc chętnie opowiadam.
– Każde miejsce jest inne. Chodzi o emocje. – Uśmiecham się, bo to mój ulubiony temat. – Nie sprzedajesz domu, tylko wizję lepszego życia. Odpowiedni zapach w przedpokoju. Idealny koc na kanapie. Książki na stoliku nocnym albo kawa na wyspie kuchennej. Detale sprawiają, że ludzie coś czują albo nawet zaczynają fantazjować. Wchodzą i myślą: „To jest dokładnie to miejsce, w którym powinnam mieszkać”.
Przechodzimy przez wysokie szklane drzwi do ogrodu.
Boże. Ten ogród.
Jest tu basen. Pełnowymiarowy, podgrzewany basen z mozaikowymi płytkami i schodkami zanurzonymi w wodzie, jak w spa albo luksusowym resorcie. Obok stoi prawie nieużywana kuchnia zewnętrzna pod pergolą, z marmurowym blatem, wbudowanymi urządzeniami i lodówką na wino – bo kto chciałby chodzić do środka po kieliszek białego? Leżaki ustawione są idealnie wokół basenu. Palenisko. Lampki rozwieszone między drzewami. Wszystko jest tak perfekcyjne, że aż wydaje się nierealne.
Joanne wskazuje mi miejsce na jednej z ogrodowych sof z lnianymi poduszkami. Trzyma kubek w dłoniach – kubek idealnie dopasowany do marmurowych blatów. Tutaj nawet zastawa potrafi się bez wysiłku dopasować do wnętrza.
– No dobrze… – Podwija nogę pod siebie. – Lubisz swoją pracę? To znaczy… stylizowanie domów, żeby się sprzedały?
Uśmiecham się.
– Bardzo – odpowiadam. – Bywa wymagająca, ale to świetne wyzwanie. Mój samochód jest zawsze pełen najróżniejszych rzeczy: roślin, świec, sztucznych cytryn, słowem, pełen wszystkiego. Ale uwielbiam to. To jak zabawa w dom dla dorosłych.
Śmieje się.
– A co dokładnie robisz? Jak wygląda cały proces? Fascynuje mnie to.
– Najpierw przechodzę przez nieruchomość i wyczuwam klimat – tłumaczę. – Potem tworzę moodboard na podstawie architektury, docelowego kupca, światła, czasem nawet kodu pocztowego. Jest ogromna różnica między stylizacją mieszkania w mieście dla młodego profesjonalisty a przygotowaniem takiego miejsca jak to.
Joanne kiwa głową, wyraźnie zafascynowana.
– Potem szukam większych elementów, takich jak meble, obrazy, dywany, rośliny, tekstylia, albo mniejszych, jak butelki wina czy świece. Chodzi o równowagę i atmosferę. O stworzenie czegoś aspiracyjnego, ale jednocześnie osiągalnego. Takiego: „Okej, tak wygląda moje życie. Mam świeże piwonie w kuchni i artystycznie rozrzucone książki o skandynawskim designie”.
Śmieje się znowu.
– Uwielbiam piwonie.
– Wiem – mówię z uśmiechem. – Są sztuczne. Nikomu nie mów.
– A co właściwie sprzedaje dom? – pyta, pochylając się. – Co sprawia, że kupujący się decydują?
– Szczerze? Detale – odpowiadam. – Wszystko tkwi w detalach. Na przykład zapachy robią ogromną różnicę. Jeśli pachnie kurzem albo wczorajszym obiadem, ludzie od razu się zniechęcają. Ale jeśli czują świeżą pościel albo wanilię, nagle robi się domowo.
– Mam całą szafkę dyfuzorów – zapewnia z dumą.
– Idealnie – odpowiadam. – A jeśli masz czas przed przyjściem oglądających, upieczenie czegoś, na przykład cynamonowych bułeczek albo nawet podgrzanie gotowego ciasta, działa cuda. To może brzmi banalnie, ale naprawdę tworzy przytulny klimat. Raz zrobiłam tak w domu pod Yorkiem i wszyscy złożyli oferty tego samego dnia.
Śmieję się, żeby zaznaczyć, że trochę żartuję – ale takie rzeczy naprawdę pomagają.
Joanne unosi brwi. Widać, że jest pod wrażeniem.
– Wow. Dobrze. Mogę to zrobić. Coś jeszcze?
– Muzyka – przyznaję. – Coś spokojnego, ambientowego. Nic rozpraszającego: bez wokalu, bez gitarowych popisów, nic zbyt energicznego. Coś, co wygładza przestrzeń.
Kiwa głową, popijając kawę.
– I porządek, jak rozumiem?
– Absolutnie – podkreślam. – I to ekstremalny. Usunąć prawie wszystko z powierzchni, schować zabawki dzieci i zwierząt, pozbyć się osobistych rzeczy. Ludzie myślą, że chcą zobaczyć „żyjący” dom, ale tak naprawdę chcą zobaczyć swoją przyszłość. Nie twoją. Im mniej rzeczy, tym lepiej. Czasem warto nawet wynająć magazyn na kilka miesięcy. Nawet jeśli potem i tak wszystko zapełnią, muszą uwierzyć, że zaczynają od zera.
– Mogę to zrobić, – Kręci głową. – Już czuję, że było warto. Powinnaś prowadzić warsztaty.
– Może… Ale wtedy kto by mnie potrzebował?
Znów się śmiejemy.
Patrzymy na basen, w którym światło odbija się w błyszczących refleksach.
Wzdycham. Jest tu naprawdę pięknie.
– To – mówię niemal do siebie – jest marzenie.
Joanne uśmiecha się porozumiewawczo.
– Prawda? – odpowiada. – Słyszałam, że twój mąż zaprojektował ten dom dla poprzedniego właściciela.
– Chłopak – poprawiam. – Tak.
– Może kiedyś zbuduje taki dla ciebie…
Ma umiejętności – to prawda. Budżet już niekoniecznie.
Chciałabym powiedzieć, że to dom, w którym zamieszkam, kiedy dorosnę… ale mając trochę ponad trzydzieści lat, chyba już powinnam być na tym etapie?
Wiem jednak, że to, co mam teraz, to nie wszystko, co mnie czeka.
Rozwijam swoją firmę, a Todd pnie się po szczeblach kariery w pracowni architektonicznej, w której pracuje, i naszym celem jest mieć to wszystko… kiedyś.
A do tego czasu będę dalej marzyć, poprawiać poduszki, układać koce i zastanawiać się, czy fikus, czy monstera bardziej „uwiedzie” emocjonalnie kupca domu za 2,3 miliona funtów.
Będę sprzedawać marzenie i opowiadać historię, aż pewnego dnia sama będę mogła ją kupić.
Oby ten dzień nie był tak odległy, jak się wydaje.
Gdy wychodzimy z kościoła, słońce uderza mnie prosto w twarz, na moment oślepiając, bo cała świątynia skąpana jest w jakimś niemal niebiańskim świetle z góry. Kiedy moje oczy się przyzwyczajają, światło staje się ciepłe i złote, takie, które sprawia, że wszystko wygląda ładniej – włosy, sukienki, kwiaty. Dzwony rozbrzmiewają, świętując wielki dzień Kelly i Logana, niemal tak głośno jak okrzyki ich przyjaciół i rodziny.
Todd mruży oczy obok mnie, poprawiając kołnierzyk, a marynarkę ma już przewieszoną przez ramię. Jemu zawsze jest gorąco, mnie zawsze zimno – czy to nie idealny przepis na związek? Wygląda, jakby się dusił i topniał jednocześnie, ale i tak się uśmiecha.
Stoimy chwilę na starych kamiennych schodach, tak długo jak trzeba, czekając na swoją kolej. W końcu ustawiamy się w rzędzie, aż ktoś krzyczy:
– No dalej!
I wszyscy zaczynamy rzucać konfetti na Kelly i Logana, kiedy wychodzą ze świątyni na zdjęcia. Wyglądają na zachwyconych, całkowicie pochłoniętych chwilą, i wszystko jest tak dobrze wyreżyserowane, że jestem pewna, że fotografie wyjdą niesamowicie.
Klaszczemy, wiwatujemy, robimy kilka ujęć, a potem powoli zaczynamy wracać na parking razem z resztą gości. Todd otwiera mi drzwi, wsuwam się do środka, a skóra siedzenia jest już nieprzyjemnie nagrzana od słońca. On wsiada od strony kierowcy i w chwili, gdy drzwi się zamykają, wypuszcza powietrze, jakby wstrzymywał oddech od pierwszego hymnu.
– No cóż – mówi, odpalając silnik. – To była bardzo długa godzina udawania, że znów jesteśmy w czwartej klasie. Już prawie spodziewałem się, że ktoś wyciągnie flet i zacznie grać He’s Got the Whole World in His Hands. Jak apel w podstawówce. A oni nawet nie są religijni.
Śmieję się.
– Niektórzy lubią ślub w kościele, niezależnie od tego, czy są wierzący, czy nie. To tradycja – przypominam mu.
– To po prostu wydaje się takie… nieszczere – odpowiada.
– Kościół, dzwony, witraże… to klimat, którego ludzie chcą w dniu swojego ślubu, nawet jeśli nie są specjalnie wierzący.
– No, to na pewno nie dla mnie – stwierdza stanowczo, rzucając mi krótkie spojrzenie. – Kiedy ja będę się żenił, to bankowo nie w kościele. Nie ma mowy.
Nie komentuję tego. Po prostu lekko się uśmiecham i patrzę przez okno na przesuwający się krajobraz.
Rozmawialiśmy o małżeństwie, Todd i ja. Zawsze w ten półżartobliwy sposób, jak robią to pary – raczej kwestia kiedy, a nie czy – ale i tak wisi to w powietrzu jak jakieś „może”. I nie znoszę tego, że ta tradycja wciąż jest tak jednostronna. Jakby to była jego decyzja, jako mężczyzny – to on decyduje, planuje, wybiera pierścionek, zadaje pytanie. Ja mam tylko czekać. Niby mamy 2025 rok, więc to aż się prosi o odświeżenie, ale jednocześnie nie ma mowy, żebym to ja miała się oświadczyć. Nie dałabym rady. Na pewno bym coś zepsuła, poza tym: co, jeśli by odmówił? Nie chcę ryzykować, skoro teraz jestem szczęśliwa.
Todd parska śmiechem, wyrywając mnie z zamyślenia.
– A słyszałaś, co powiedział ksiądz? O tym, że są razem od dzieciństwa? – pyta. – Na zawsze razem… z wyjątkiem tego jednego roku, kiedy się rozstali i oboje spotykali się z kimś innym. Ten szczegół jakoś pominęli.
Znów nie mogę się powstrzymać od śmiechu.
– Jesteś strasznie cyniczny – zauważam.
– Po prostu spostrzegawczy – odpowiada z uśmiechem. – I jestem realistą. Mogą mówić, co chcą, ale połowa ludzi w tym kościele zna prawdziwą historię.
To jedna z rzeczy, które w nim uwielbiam. Todd to typowy chłopak z Yorkshire – mówi, co myśli, zazwyczaj z suchym uśmiechem, nigdy złośliwie, po prostu szczerze. Uważa, że musicale są żenujące, joga to ściema, a każdy posiłek bez mięsa zasługuje co najmniej na sceptyczne spojrzenie. Brzmi to okropnie, kiedy mówię to na głos, ale jakoś jest w tym urok. Nie mówi niczego, żeby kogoś zranić; po prostu nie widzi sensu w udawaniu. Na szczęście wszyscy odbierają to jako urocze, a i tak więcej rzeczy zachowuje dla siebie, niż wypowiada – uwierzcie mi.
Cieszę się, że jesteśmy tu razem. Mam wrażenie, że ostatnio prawie się nie widujemy, tak bardzo jest zajęty pracą. Ja też mam sporo na głowie, ale przy nim to nic, więc nie chcę narzekać, choć trochę mi go brakowało. Jedna czy dwie noce poza domem, nawet jeśli to tylko wesele, to dokładnie to, czego potrzebujemy, żeby odzyskać trochę tej magii.
Patrzę teraz na niego, jak wciąż się uśmiecha na myśl o tej starannie wykreowanej historii miłosnej nowożeńców, i zastanawiam się, co ksiądz (albo jego niereligijny odpowiednik) powiedziałby o nas. Może małżeństwo jest gdzieś na horyzoncie, bliżej, niż mi się wydaje. Prawie mogłabym się tym podekscytować…
Ale nie. Dzisiejszy dzień należy do Kelly i Logana. Mój związek może poczekać.
Kiedy wjeżdżamy na parking przy miejscu przyjęcia, mam wrażenie, jakbym weszła do pocztówki. East Riddlesden Hall stoi przed nami – piękny, stary budynek, przez którego wnętrze przenika światło. Otaczają go gęste drzewa, a wszystko jest tak soczyście zielone, że aż nierealne. Z boku znajduje się jezioro, nad którym pochyla się płacząca wierzba, zanurzając gałęzie w wodzie. To jeden z tych widoków, przy których czujesz się jak w kostiumowym dramacie – jakby zaraz miał nadjechać konno jakiś pan Darcy i wymamrotać coś absolutnie czarującego.
Todd cicho gwiżdże, kiedy wysiadamy.
– Ale tu ładnie.
Ma rację.
Idziemy ścieżką w stronę stodoły, gdzie odbywa się przyjęcie, i czuję się, jakbym wchodziła do sennego marzenia. Migoczące światełka rozwieszone są między belkami pod sufitem, a kwiaty – wyglądające na prawdziwe, nie jak jakieś przywiędłe bukiety z supermarketu – wiszą w szklanych słoikach i oplatają drewniane kolumny. Białe zasłony miękko opadają na kamienne ściany, lekko falując na wietrze wpadającym przez otwarte drzwi. Jest romantycznie, pięknie i w jakiś sposób absurdalnie idealnie.
Stoły są nakryte jakby żywcem wyjęte z magazynu ślubnego – kwiaty, złote sztućce, eleganckie winietki i więcej świec niż na dziewięćdziesiątych urodzinach. Pachnie świeżymi kwiatami i szampanem, choć nie wiem, czy to dlatego, że faktycznie tu są, czy może gdzieś ukryto dyfuzor o zapachu „wymarzonego wesela”.
To wszystko jest zachwycające. Ale… nie pasuje do Kelly i Logana. To nie są oni. Nie do końca. To jak wtedy, gdy stylizuję dom dla klientów – wszystko dopracowane do perfekcji, wszystko piękne, a jednak trochę oderwane od rzeczywistości. Ale czemu nie? Będą patrzeć na zdjęcia z tego dnia, niezależnie od tego, co się wydarzyło, i zobaczą tylko piękno. To, co chcieli zapamiętać. To, co nieidealne – plamy na ubraniach, dziwne miny – fotograf poprawi później. Jakby nigdy tego nie było.
Dostrzegamy młodą parę przy wejściu, promieniejących w ten sposób, w jaki potrafią tylko świeżo upieczeni małżonkowie. Policzki Kelly są zaróżowione – wygląda jak najbardziej stereotypowa panna młoda – a uśmiech Logana jest szerszy niż kiedykolwiek. Todd przytula Logana i mówi mu, jakie to wszystko niesamowite, jak bardzo się cieszy ich szczęściem – kompletnie wycofując się ze wszystkiego, co mówił w samochodzie, ale w jego przypadku to nie brzmi fałszywie. On naprawdę tak myśli, po prostu pomija negatywne rzeczy. Ja przytulam Kelly i mówię jej, że wygląda pięknie, bo naprawdę wygląda.
Po krótkiej rozmowie idziemy do naszego stołu. Czuję natychmiastową ulgę, kiedy widzę, że siedzę obok Kelsey. W tym roku wesela zlewają się w jedno, mamy tylu wspólnych znajomych, że zaczynam już zapominać, kto należy do której grupy, ale Kelsey to moja najlepsza przyjaciółka, a jej narzeczony, Neil, to odpowiednik Todda – choć oczywiście oni nigdy by się tak nie nazwali.
Kelsey uśmiecha się z taką samą ulgą, kiedy siadam obok niej.
– Możesz uwierzyć, jakie to wszystko jest piękne? – mówi. A potem ścisza głos. – Tylko że… mało w tym wszystkim „ich”, prawda?
– A słyszeliście to o byciu razem na zawsze? – wtrąca Neil równie cicho.
Są dokładnie tacy jak my.
– Nawet nie zaczynaj, stary – odpowiada Todd, nalewając sobie wody.
– Wiem – dodaję, odsuwając krzesło i siadając. – Ale naprawdę jest pięknie. Jak tablica na Pintereście, która ożyła.
Kelsey się śmieje, poprawiając długi brązowy lok za uchem.
– Już niedługo twój wielki dzień – zwracam się do niej.
– Wielki tydzień – mruczy Neil.
Kelsey spogląda na swój pierścionek zaręczynowy, potem na mnie, nie mogąc ukryć mieszanki ekscytacji i nerwów.
– Wiem. Jestem podekscytowana. I przerażona. Ale głównie podekscytowana… chyba.
Sięgam po wodę Todda i biorę łyk.
– Będzie niesamowicie – zapewniam ją.
I naprawdę tak będzie. Ze wszystkich wesel w tym roku – a jest ich mnóstwo – na to czekam najbardziej. Kelsey i Neil robią coś innego. Coś… bardzo w ich stylu.
– Ona ma plan na wszystko – wypala Neil. – Na wszystko, co może pójść nie tak. Chociaż wcale sobie tego nie ułatwiła.
– To, co stworzyłam, to, mam nadzieję, piękny tydzień ślubny. Dla nas obojga, dziękuję bardzo – odpowiada.
– Bierzemy ślub na morzu – dodaje on beznamiętnie. – Jeśli Matka Natura się wkurzy, żaden twój scrapbook tego nie ogarnie.
– Najwyraźniej nie widziałeś mojego scrapbooka – mówi Kelsey do mnie z mrugnięciem, a potem do niego: – Ślub nie jest na morzu. Wiesz o tym, prawda?
Ona wie, że on wie. Taka ich dynamika.
Neil uśmiecha się jak typowy prowokator.
– No dobra, wiem, żartuję. Ale serio, pięciodniowy rejs przed ślubem? Sami prosicie się o sztorm.
– Rejs, którym dopłyniemy na ślub – poprawia go. – Bo jeden z gości nie lubi latać… zaraz, zobaczmy… kto to… a, tak… to ty.
– Ale to ty upierasz się przy ślubie na Sycylii, kochanie – odpowiada.
Mogłabym patrzeć na nich bez końca.
Kelsey przewraca oczami i mruczy coś pod nosem o tym, że równie dobrze mogłaby się uprzeć, żeby w ogóle nie brać ślubu.
Śmieję się. To cali oni. Ich przekomarzania, ich naturalny rytm – dlatego zawsze czuję się dobrze w ich towarzystwie. Todd wydaje się trochę rozkojarzony – pewnie nadal nie może przeżyć śpiewania, bo to za bardzo przypomina musical.
Kelsey naprawdę wyniosła śluby na zupełnie nowy poziom. Ona nie tylko bierze ślub za granicą. Nie, to byłoby zbyt proste. Ona wpływa na swój ślub jak królowa, zamieniając podróż w coś w rodzaju przedślubnej imprezy na morzu dla najważniejszych gości. Pięciodniowy rejs po Morzu Śródziemnym, zakończony na Sycylii, gdzie odbędzie się ceremonia. To przecież jak z filmu.
Czy wkurza mnie, że muszę wziąć tydzień wolnego? Ani trochę. Todd i ja od miesięcy mówimy o tym, że potrzebujemy wakacji, ale zawsze jesteśmy zbyt zajęci – jedno z nas albo oboje. A tak mamy wszystko w jednym – wakacje, ślub, ucieczkę od codzienności. Próbowałam znaleźć sposób, żebyśmy spędzali więcej czasu razem, więc to nasza szansa. No i zobaczymy, jak nasi najlepsi przyjaciele biorą ślub – jeszcze lepiej.
Na szczęście koszty nie są czymś, czym tacy zwykli śmiertelnicy jak my muszą się przejmować, bo Neil pochodzi z jednej z tych rodzin ze starą fortuną, a jego bliscy uwielbiają dotrzymywać kroku Jonesom. Co zabawne, ich nazwisko to Jones, więc w gruncie rzeczy dotrzymują kroku samym sobie – co brzmi całkiem trafnie. Nie spędzałam dużo czasu z jego rodziną ani znajomymi spoza naszej grupy, więc mam nadzieję, że to nie będzie jakieś sztywne wydarzenie pełne bogaczy jedzących racuszki i grających w polo.
Kelsey może nie pochodzi z takich kręgów, ale zawsze marzyła o wielkim, eleganckim ślubie – i na niego zasługuje. Rejs do jej idealnego ślubu. Bardzo cieszę się, że może spełnić swoje marzenie.
Jedzenie jest niewiarygodnie dobre – wszystkie trzy dania. Właśnie skończyliśmy deser: tartę czekoladową z czymś cytrusowym i podejrzanie uzależniającym. Zjadłam już swoją i właśnie dojadam połowę porcji Todda. No cóż, zostawił ją bez opieki, więc uznałam, że nie zamierza jej kończyć.
Dobrze, że mogłam rozmawiać z Kelsey przez cały dzień, bo Todd nie potrafi usiedzieć na miejscu dłużej niż pięć minut. Wstaje co chwilę – po drinki, wychodzi na zewnątrz, pewnie robi zdjęcia ogrodu albo starego budynku. Czasem tak ma, kiedy jest przytłoczony – ucieka w naturę i architekturę, więc po prostu daję mu na to przestrzeń.
– Skoczę tylko do toalety – mówię do Kelsey, odsuwając krzesło.
– Tylko się nie zgub – odpowiada. – Słyszałam, że to kawał drogi.
Okej, wcale nie żartowała – faktycznie trzeba „podróżować” do toalet, ale jest dostępny meleks, jeśli ktoś chce podwózkę. Wydaje mi się, że na miejscu pasażera siedzi mama Kelly, trochę wstawiona, zwisająca z tyłu, więc postanawiam przejść ten krótki odcinek pieszo, podziwiając jezioro, idąc wzdłuż brzegu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
