Gdy ponosi nas fala - Portia MacIntosh - ebook

Gdy ponosi nas fala ebook

Portia MacIntosh

0,0
32,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Na morzu – jak w miłości – sprawy nie zawsze idą zgodnie z planem.

Życie Jessy płynęło spokojnym kursem aż do chwili, gdy jej chłopak Todd zrywa z nią publicznie, podczas pierwszego tańca na weselu. Jakby tego było mało, wkrótce okazuje się, że znalazł już pocieszenie u boku Nikki – dziewczyny, która jeszcze chwilę wcześniej była z Brodym.

Jessa najchętniej zapadłaby się pod ziemię, ale los ma wobec niej inne plany. Wkrótce wyrusza na ślub przyjaciółki odbywający się na pokładzie statku płynącego na Sycylię. Problem w tym, że na rejs wybierają się również Todd i Nikki. A także Brody – irytująco przystojny i pewny siebie.

W sytuacji bez wyjścia Jessa i Brody wpadają na pomysł: skoro są skazani na towarzystwo swoich byłych, mogą przynajmniej wzbudzić w nich zazdrość. Postanawiają udawać parę i pokazać wszystkim, jak świetnie sobie radzą.

Problem w tym, że z czasem granica między udawaniem a prawdziwymi uczuciami zaczyna się niebezpiecznie zacierać…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 258

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Going Over­bo­ard

Korekta: zespół

Copy­ri­ght © by Por­tia MacIn­tosh, 2025 All rights rese­rved Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Karo­lina Nie­wia­dom­ska, 2026 Prawa do prze­kładu zostały pozy­skane za pośred­nic­twem Vicki Satlow Lite­rary Agency oraz Book/Lab Lite­rary Agency Copy­ri­ght © for this edi­tion by Dres­sler Dublin Sp. z o.o., 2026

Pro­du­cent Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl tel. +48 22 733 50 00 www.dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu Wydaw­nic­two Świat Książki 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 e-mail: biuro@swiatk­siazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydaw­nic­two­swiatk­siazki.pl

War­szawa 2026

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91  e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. +48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-68872-32-3

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

JoemuDzię­kuję, że zawsze byłeś przy mnie

Rozdział 1

– Roz­ch­murz się, kocha­nie, może źle zazna­czy­łaś dni w kalen­da­rzu.

Fuj. Obrzy­dliwe. Jakimś cudem udało mu się spra­wić, że i tak już sek­si­stow­skie powie­dzonko brzmi jesz­cze gorzej. Trzeba przy­znać, że nie­któ­rzy naprawdę potra­fią wyjść poza skalę.

Ktoś mógłby powie­dzieć, że to wyłącz­nie moja wina, że sie­dzę na skraju ogródka piw­nego, tuż przy chod­niku, jak­bym wręcz pro­siła się o zaczepki ze strony pija­nych face­tów prze­cho­dzą­cych obok od pubu do pubu.

Co prawda teraz się uśmie­cham, ale nie dla­tego, że mi kazał, tylko dla­tego, że ten, który rzu­cił tym tek­stem, był prze­brany za T-Rexa. Szczyt dino­zau­rzej natury, zgod­nie z ocze­ki­wa­niami.

Kręcę drin­kiem w szklance, obser­wu­jąc, jak lód top­nieje w popo­łu­dnio­wym słońcu. Utknę­łam gdzieś pomię­dzy nie­bem a pie­kłem. W końcu nie ma nic lep­szego niż sobot­nie popo­łu­dnie w ogródku pubu w sło­necz­nym Headin­gley… szkoda tylko, że część uczest­ni­ków Otley Run jest już na takim eta­pie upo­je­nia alko­ho­lo­wego, że znaj­dują się w tej iry­tu­ją­cej fazie, w któ­rej bycie „tro­chę dup­kiem” wydaje się naj­za­baw­niej­sze na świe­cie.

Wiem, brzmię jak dziwna, zrzę­dliwa trzy­dzie­sto­dwu­latka, a prze­cież bar­dzo czę­sto bra­łam udział w Otley Run – słyn­nym pub crawl w prze­bra­niach – kiedy stu­dio­wa­łam w Leeds. Tyle że dziś pró­buję po pro­stu chło­nąć słońce, nacie­szyć się tym, że lato chyba w końcu naprawdę nade­szło (po kilku fal­star­tach), a ten kli­mat sku­tecz­nie psują takie sytu­acje, jak odda­wa­nie zbłą­ka­nego dmu­cha­nego banana jakie­muś dwu­dzie­sto­lat­kowi prze­bra­nemu za Miniona, z plamą po piwie na ogrod­nicz­kach.

Nie zro­zum­cie mnie źle, uwiel­biam to, że Headin­gley jest taką spo­łeczną szalką Petriego, ale dziś jestem tro­chę zestre­so­wana. Mia­łam tu przyjść, żeby się odprę­żyć i popra­wić sobie humor, a tym­cza­sem sie­dzę sama i obser­wuję świat, który dosłow­nie prze­cho­dzi obok – przed chwilą minął mnie ktoś wyglą­da­jący jak glo­bus.

Uśmie­cham się do sie­bie, gdy grupka dziew­czyn prze­bra­nych za krę­gle prze­myka, stu­ka­jąc obca­sami o chod­nik. Mam do tego ogromny sza­cu­nek – ten upór w kwe­stii stylu, nawet kiedy wydaje się to nie­moż­liwe. Nie zazdrosz­czę im tylko lawi­ro­wa­nia mię­dzy pły­tami chod­nikowymi, o które sama poty­kam się nawet w tramp­kach.

Dawno nie byłam na pub crawl z Kel­sey, moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką. To dziwne, jak w pew­nym wieku uzna­jesz, że jesteś już na takie rze­czy „zbyt doro­sła”… a potem nagle coś się zmie­nia i zaczy­nasz czuć się… stara? Może kie­dyś ją zapy­tam, czy nie ma na to ochoty – z sza­cunku dla sta­rych dobrych cza­sów możemy się nawet prze­brać.

Przy­naj­mniej dzień jest sło­neczny. Cała ulica ską­pana jest w cie­płym bla­sku – a moje nogi mają swój pierw­szy ofi­cjalny występ w tym sezo­nie. Szorty wyda­wały się świet­nym pomy­słem na upał, ale trzeba przy­znać, że moje nogi wyglą­dają nie­po­ko­jąco… odbla­skowo? Może powin­nam była użyć samo­opa­la­cza, żeby nie sta­no­wić zagro­że­nia dla ruchu dro­go­wego, gdy świa­tło odbije się od mojej tru­pio bla­dej skóry i oślepi kie­rowcę, ale szcze­rze mówiąc, tak bar­dzo chcia­łam wyjść z miesz­ka­nia i poczuć słońce na skó­rze, że i tak cud, że w ogóle je ogo­li­łam.

Bez­myśl­nie prze­glą­dam Insta­grama, zaj­mu­jąc czymś ręce, kiedy cień pada na sto­lik. To nie chmura – to męż­czy­zna.

– Wszystko w porządku, księż­niczko? – mówi, a w tonie jego głosu mie­sza się pew­ność sie­bie i beł­kot.

No i pro­szę. Super Mario, we wła­snej oso­bie. Super­pi­jany Super Mario.

Jego czapka jest przy­klap­nięta i stara, docze­piany wąs trzyma się ostat­kiem sił, ale ma pełen strój – nawet białe ręka­wiczki. No, zakła­dam, że były białe, kiedy je zakła­dał.

– Eee… cześć – odpo­wia­dam uprzej­mie, ale chłodno, już wra­ca­jąc wzro­kiem do tele­fonu i uda­jąc, że robię coś bar­dzo waż­nego. Bar­dzo pil­nego. Bar­dzo… nie jego sprawa.

Nie łapie alu­zji.

Mario siada naprze­ciwko mnie, aż ławka skrzypi pod jego cię­ża­rem – jakby pro­te­sto­wała w moim imie­niu.

– Co taka ładna dziew­czyna robi tu sama? – pyta, pochy­la­jąc się nad sto­łem z uśmie­chem, który suge­ruje, że albo to kie­dyś zadzia­łało, albo ma absur­dal­nie wysoką samo­ocenę. Sta­wiam na to dru­gie.

– Jestem z kimś – oznaj­miam. – Mój chło…

– Ty też jesteś prze­brana, co nie? – prze­rywa mi, mru­żąc oczy. – Za kogo?

Mru­gam z nie­do­wie­rza­niem. Mam na sobie dżin­sowe szorty, biały top i san­dały. Dłu­gie blond włosy w luź­nych falach – nic spe­cjal­nego. Kim niby mia­ła­bym być? Poza ste­reo­ty­po­wym zesta­wem star­to­wym trzy­dzie­sto­latki z poko­le­nia mile­nial­sów.

– Nie jestem prze­brana – zapew­niam bez emo­cji.

Uśmie­cha się sze­roko.

– Nie jesteś prze­brana? Tym lepiej. Możesz być moją Peach. Chęt­nie bym się w to wgryzł.

Czuję, jak marsz­czy mi się czoło przy jego dobo­rze słów. No dobra, przy jed­nym kon­kret­nym sło­wie – to. Nie wiem, czy chce mi się pła­kać nad pozio­mem żenady, czy raczej sta­nąć w pło­mie­niach.

– Uro­cze – mru­czę pod nosem.

– No chodź, księż­niczko, co ty na to?

Uch. I jesz­cze pusz­cza oko. Jakby to miało mu pomóc.

– Nie masz jakiejś rury, do któ­rej możesz wsko­czyć? – pytam, na chwilę dez­orien­tu­jąc go uśmie­chem.

Nachyla się jesz­cze bli­żej – zde­cy­do­wa­nie za bli­sko – a zapach zwie­trza­łego piwa i taniej wody koloń­skiej spra­wia, że nie mogę oddy­chać.

– Mój chło­pak zaraz tu będzie – mówię, zaczy­na­jąc czuć się nie­kom­for­towo.

– Och, twój chło­pak – powta­rza z kpiną. – Nagle ma chło­paka.

– Tak – odpo­wia­dam słabo.

Roz­glą­dam się, szu­ka­jąc jakiejś przy­ja­znej twa­rzy, albo nawet nieprzy­ja­znej twa­rzy ochro­nia­rza, ale nikt nie zwraca na mnie uwagi.

Mario uśmie­cha się krzywo. – Jego wąs ledwo się już trzyma.

– Nie wyglą­dasz na taką, co ma chło­paka, księż­niczko.

Marsz­czę brwi, bo co to w ogóle zna­czy?

Wzru­sza ramio­nami, jakby wła­śnie powie­dział coś głę­bo­kiego.

– Mówię tylko… gdy­byś była moja, nie zosta­wił­bym cię tu samej. Sie­dział­bym obok, trzy­mał za rękę, kar­mił fryt­kami… może szep­tał coś nie­grzecz­nego do ucha…

A mówią, że roman­tyzm umarł.

Mario sięga przez stół i łapie mnie za rękę. Pró­buję ją wyrwać, ale ści­ska mocno.

– Dobra, serio, nie jestem zain­te­re­so­wana – mówię wprost, bo uprzej­mość nic nie daje.

– No weź, nie bądź taka – nalega, potrzą­sa­jąc moją ręką. – Jeden drink, no dalej. Powiedz, że się zga­dzasz. Patrz, poda­jesz mi rękę, to wią­żące.

– Naprawdę nie i naprawdę, naprawdę nie jestem zain­te­re­so­wana – odpo­wia­dam. – Puścisz moją rękę, pro­szę?

Słowo „pro­szę” wycho­dzi ze mnie auto­ma­tycz­nie, jak odruch, jak pamięć mię­śniowa, któ­rej całe życie pró­buję się pozbyć.

– Czemu, boisz się, że twój wymy­ślony chło­pak będzie zazdro­sny? – pyta.

Naj­wy­raź­niej mi nie wie­rzy, co dopro­wa­dza mnie do szału, bo ja naprawdę mam chło­paka i rze­czy­wi­ście na niego cze­kam.

– Prze­pra­szam za spóź­nie­nie, kocha­nie. – Głos wyrywa mnie z goni­twy myśli, gdy ktoś siada obok mnie.

Odwra­cam się instynk­tow­nie i czuję poca­łu­nek w poli­czek – no, głów­nie w poli­czek. Jego usta muskają moje tylko odro­binę, z jed­nej strony.

Patrzę na niego i mru­gam, nie dowie­rza­jąc absur­dowi sytu­acji.

Super Mario jakoś zrywa się na nogi – to jedyne okre­śle­nie, jakie przy­cho­dzi mi do głowy – ogar­nięty paniką.

– Kurde, sorry, stary, sorry – mam­ro­cze. – Mówiła, że ma chło­paka. Myśla­łem, że żar­tuje. Prze­pra­szam, prze­pra­szam. Moja wina. Bez urazy, co?

– Pró­bu­jemy spę­dzić miły dzień, więc jeśli mógł­byś się odcze­pić…

– Jasne, jasne, sorry – odpo­wiada Mario.

Nie­sa­mo­wite, naprawdę – Mario nie przyj­muje odmowy od kobiety, ale kiedy poja­wia się facet, nagle mamy nie jedno, nie dwa, tylko… chwila… pięć „sorry”.

– Sorry – dodaje jesz­cze raz. To już sześć.

Nie wiem, co powie­dzieć, więc tylko patrzę raz na jed­nego, raz na dru­giego.

– Po pro­stu… idź, dobra? Wra­caj do zna­jo­mych. Baw się dobrze.

Nachyla się i pokle­puje Mario po ramie­niu – gest jest jed­no­cze­śnie przy­ja­zny i lekko groźny. Działa.

– Tak, jasne, ty też – mówi Mario, cofa­jąc się. – Swoją drogą, jesteś legendą.

Prak­tycz­nie ucieka, a jego wąs w końcu odpada, lądu­jąc obok nas na ziemi.

Wow. Po pro­stu znik­nął tak szybko, jak się poja­wił – i nie potrzeba było żad­nych magicz­nych słów. Wystar­czyły słowa wypo­wie­dziane przez męż­czy­znę. Bra­ter­ski kod, ech. Ale przy­naj­mniej sobie poszedł.

Odwra­cam się do mojego wybawcy. Mojego wyso­kiego, ciem­no­wło­sego, przy­stoj­nego wybawcy.

Ma potar­gane brą­zowe włosy i oczy ukryte za lustrza­nymi oku­la­rami prze­ciw­sło­necz­nymi, które niczego nie zdra­dzają. Kiedy się uśmie­cha, na policz­kach poja­wiają się dołeczki – łago­dzą jego wize­ru­nek, który i tak przy­ciąga uwagę przez sze­ro­kie ramiona i wysoki wzrost. Nawet sie­dząc, trudno tego nie zauwa­żyć.

– Cześć – mówi z uśmie­chem.

– Cześć – odpo­wia­dam z uśmie­chem.

Te oku­lary, obci­sła czarna koszulka – nie wiem, czy bar­dziej przy­po­mina taj­nego agenta, czy modela z wybiegu Balen­ciagi, czy jedno i dru­gie.

– Wyglą­dał na miłego – dodaje.

Par­skam krót­kim śmie­chem.

– Tak, jasne, zupeł­nie nie – mówię. – Dzięki za pomoc. Był… uparty.

– To bar­dzo deli­katne okre­śle­nie – odpo­wiada. – Od tego są męż­czyźni, prawda?

– Prawda – potwier­dzam, uśmie­cha­jąc się coraz sze­rzej.

– W każ­dym razie… będę się zbie­rał…

Nie koń­czę zda­nia, żeby go zatrzy­mać. Znika w tłu­mie, zosta­wia­jąc mnie z uczu­ciem, jak­bym wypiła o kilka drin­ków za dużo (albo za mało) albo jakby lek­kie prze­grza­nie spra­wiło, że to wszystko mi się przy­wi­działo. Wpa­truję się w tłum, pró­bu­jąc go wypa­trzyć, zoba­czyć, gdzie poszedł… czy wróci…

– Ej, Jessa.

Głos wyrywa mnie z zamy­śle­nia.

Odwra­cam się i widzę Todda, który stoi z piwem w jed­nej ręce i piña coladą w dru­giej.

– Wow – wyrywa mi się na widok ogrom­nej, prze­peł­nio­nej, głów­nie przez ilość ozdób, szklanki (dwie para­solki to już chyba lekka prze­sada).

– Mówi­łaś, żebym cię zasko­czył – mówi, ocie­ra­jąc pot z czoła.

– Udało ci się – odpo­wia­dam. – Długo cię nie było, nie wie­dzia­łam, że jest aż tak tłoczno.

– A nie, zaga­pi­łem się na mecz na jed­nym z ekra­nów – przy­znaje. – Twój drink może być tro­chę roz­pusz­czony. Lepiej wypij go szybko.

– Ty też jesteś tro­chę roz­pusz­czony – żar­tuję.

– Tak się nie mówi do swo­jego chło­paka – odpo­wiada z uśmie­chem. – A w ogóle, kto to był, ten obok cie­bie? Znasz go?

– Nie, nie znam – mówię. – Po pro­stu…

– …przy­szedł do naszego sto­lika, co? Powie­dzia­łaś mu, żeby się odcze­pił?

– Nie musia­łam. Sam poszedł – odpo­wia­dam.

– Wła­śnie dla­tego wyda­je­cie nam się takie tajem­ni­cze – rzuca. – Ni­gdy nie mówi­cie wprost, co macie na myśli.

– Zawsze ci mówię, co…

– Takie tajem­ni­cze – powta­rza, obra­ca­jąc tele­fon poziomo. Od razu wia­domo, co robi – włą­cza mecz. Cho­ciaż z mojej per­spek­tywy widzę tylko dużo zie­leni i dużo face­tów, więc tak naprawdę to może być cokol­wiek innego.

Dopi­jam mojego sea bre­eze i zabie­ram się za piña coladę. Nawet lekko roz­pusz­czona powo­duje natych­mia­stowy ból od zimna.

Todd pochło­nięty spor­tem spra­wia, że czuję się rów­nie samotna, jak zanim wró­cił. No, może poza krót­kim spo­tka­niem z moim tajem­ni­czym wybawcą.

Wciąż czuję jego poca­łu­nek na policzku – jakby jego echo wciąż tam było. To było tylko muśnię­cie – i może w dzie­się­ciu pro­cen­tach zaha­czyło o usta – ale mam wra­że­nie, jakby zosta­wiło ślad.

Jestem mu naprawdę wdzięczna za to, że się wtrą­cił i mnie ura­to­wał. Zasta­na­wiam się, kim jest, z kim tu przy­szedł, za kogo był prze­brany… Nie wyglą­dał na prze­bra­nego, ale Mario naj­wy­raź­niej wie­dział, kim miał być, skoro nazwał go legendą. Z dru­giej strony Mario był kom­plet­nie pijany.

Pew­nie ni­gdy się nie dowiem, kim był – to po pro­stu jakiś facet, który poja­wił się dokład­nie wtedy, kiedy był potrzebny. Może dla­tego moja wyobraź­nia tak się roz­kręca, bo życie ostat­nio wydaje się tro­chę nudne, więc czemu nie dopi­sać sobie paru sza­lo­nych sce­na­riu­szy do pustego płótna, jakim jest nie­zna­jomy?

Był czymś eks­cy­tu­ją­cym… kimś inte­re­su­ją­cym… kimś innym niż Todd, który przez chwilę mnie zauwa­żył.

Ale chwila minęła i wra­cam do rze­czy­wi­sto­ści.

Mimo wszystko lepiej sie­dzieć przy sto­liku z chło­pa­kiem pochło­nię­tym meczem niż z pija­nym, uda­wa­nym hydrau­li­kiem.

Ale tylko tro­chę lepiej.

Rozdział 2

Rok póź­niej

Ni­gdy nie myśla­łam, że mogę zako­chać się w łazience typu en suite, dopóki nie pozna­łam tej – i to uczu­cie się pogłę­bia za każ­dym razem, gdy do niej wcho­dzę.

Uwiel­biam czuć pod sto­pami pod­grze­wane płytki, nawet w tak cie­pły dzień jak dziś.

Kiedy Todd pro­jek­to­wał ten dom, wło­żył ogrom pracy w naj­drob­niej­sze szcze­góły – na przy­kład w to, które pomiesz­cze­nia powinny być skie­ro­wane na połu­dnie i ską­pane w słońcu, a które lepiej umie­ścić po chłod­niej­szej stro­nie domu. Naprawdę podzi­wiam jego dba­łość o takie rze­czy.

Tutaj wszystko jest z gład­kiego mar­muru, pełne mięk­kiego świa­tła, ze zło­tymi kra­nami lśnią­cymi tak, jakby ktoś codzien­nie je pole­ro­wał, a do tego podwójne umy­walki – po jed­nej dla każ­dego, obie na tyle duże, że spo­koj­nie można by w nich wyką­pać śred­niej wiel­ko­ści psa (choć oczy­wi­ście nie ma potrzeby robić tego tutaj, bo w pomiesz­cze­niu gospo­dar­czym jest do tego osobny zlew).

No i wanna. Och, ta ogromna wanna. Wolno sto­jąca, usta­wiona przy oknie się­ga­ją­cym od pod­łogi do sufitu – ale nie takim z mato­wego szkła, jak można by się spo­dzie­wać. Nie, to okno wycho­dzi na kra­jo­braz West York­shire, z niczym nie­za­kłó­co­nym wido­kiem i – co naj­lep­sze – nie ma w pobliżu nikogo, kto mógłby cię pod­glą­dać, kiedy relak­su­jesz się po całym dniu.

Pod­cho­dzę do niej i prze­su­wam pal­cami po jej kra­wę­dzi, myśląc o tym, jak bar­dzo chcia­ła­bym teraz do niej wejść, odprę­żyć się, nalać sobie kie­li­szek wina, może zapa­lić świecę i pozwo­lić myślom po pro­stu odpły­nąć. Czy­sta bło­gość.

Ale teraz nie mogę sobie na to pozwo­lić. Z wielu powo­dów.

Wra­cam do sypialni, gdzie mate­rac miękki jak chmura kusi mnie w podobny spo­sób. To ogromne łóżko typu super king – nie­sa­mo­wi­cie mięk­kie, zasy­pane co naj­mniej ośmioma podusz­kami i podu­szecz­kami. Takie, do któ­rego aż chce się wsko­czyć… gdyby nie ide­al­nie przy­go­to­wana taca śnia­da­niowa usta­wiona na koł­drze. Cro­is­santy, kie­liszki szam­pana, uro­cze sło­iczki z dże­mem. Budzić się przy czymś takim – to dopiero życie, prawda?

Popra­wiam sta­ran­nie zwi­nięte ser­wetki, usta­wia­jąc je pod odpo­wied­nim kątem, i pole­ruję maleńką, prze­oczoną wcze­śniej smugę na sztuć­cach. Dobrze, teraz jest ide­al­nie.

– Gotowe – wołam.

James wcho­dzi do środka, z apa­ra­tem prze­wie­szo­nym przez szyję, przy­go­to­wany do pracy.

– Wygląda świet­nie – mówi.

– Dzięki – odpo­wia­dam z uśmie­chem. – Och, chwila, jesz­cze jedno…

Biorę z komody mały wazon z poje­dyn­czą różą i sta­wiam go na tacy.

– Dobra, teraz to już naprawdę wszystko.

Obser­wuję Jamesa, jak zabiera się do pracy – robi zdję­cia całego pomiesz­cze­nia, a potem zbli­że­nia na drobne detale, które robią całą róż­nicę.

– Świet­nie urzą­dzi­łaś to miej­sce – żar­tuje, foto­gra­fu­jąc śnia­da­nie.

– To? Och, to nic takiego – odpo­wia­dam, macha­jąc ręką z uda­waną non­sza­lan­cją.

Z Jame­sem dopra­co­wa­li­śmy wszystko nie­mal do per­fek­cji. On jest foto­gra­fem dla luk­su­so­wej agen­cji nie­ru­cho­mo­ści – a to praw­dziwa sztuka, od dodat­ko­wych zdjęć stylu życia po uję­cia o zmierz­chu. Wszystko to ma ogromne zna­cze­nie, kiedy cho­dzi nie tylko o sprze­daż domu, ile o sprze­daż stylu życia.

Boże, wyobraź­cie sobie budzić się tu każ­dego dnia. Wyobraź­cie sobie mieć taki dom. Czę­sto marzę, żeby domy, w któ­rych pra­cuję, były moje, ale ten… ten jest naprawdę wyjąt­kowy.

– Och, chcia­ła­bym, żeby to miej­sce zawsze tak wyglą­dało – odzywa się Joanne, wła­ści­cielka, dołą­cza­jąc do nas.

Joanne jest po czter­dzie­stce, może na początku pięć­dzie­siątki. Ubrana na biało – cał­ko­wi­cie na biało – w ilo­ści bieli, na jaką można sobie pozwo­lić tylko wtedy, gdy nie trzeba się mar­twić o jej znisz­cze­nie. Jej opa­le­ni­zna zdra­dza nie­dawne waka­cje, a zdję­cia roz­miesz­czone po domu poka­zują, że waka­cje to u niej czę­sty temat. Wystar­czy jedno spoj­rze­nie na jej buty, żeby wie­dzieć, że kosz­tują wię­cej niż moje tygo­dniowe zakupy spo­żyw­cze. Z dru­giej strony nie mieszka się w takim domu, zapro­jek­to­wa­nym przez luk­su­so­wego archi­tekta, nie będąc bar­dzo boga­tym.

– Jessa! – zwraca się do mnie cie­pło, uśmie­cha­jąc się tak, jak ja zwy­kle uśmie­cham się do uro­czych psów. – To wygląda po pro­stu bosko. Widzia­łam twoje reali­za­cje, ale… wow. Prze­szłaś samą sie­bie.

– Dzię­kuję – odpo­wia­dam, naprawdę zado­wo­lona z efektu. Ow­szem, dom jest piękny (choć może jestem stron­ni­cza, bo znam archi­tekta, który go zapro­jek­to­wał) i pięk­nie urzą­dzony, ale moje drobne dodatki naprawdę wydo­by­wają z niego to, co naj­lep­sze. – To łatwe, kiedy baza jest tak dobra – dodaję. – Ja tylko dodaję tro­chę wykoń­cze­nia.

– Chodź – mówi. – Zejdźmy na dół, niech James działa. Mam tyle pytań, a wła­śnie zro­bi­łam nam kawę.

– Brzmi świet­nie – odpo­wia­dam z uśmie­chem.

Scho­dzę za nią po scho­dach, prze­su­wa­jąc dło­nią po wypo­le­ro­wa­nej, zakrzy­wio­nej porę­czy i podzi­wia­jąc okno w holu. Drzwi wej­ściowe znaj­dują się pod dwiema kon­dy­gna­cjami szkła, dzięki czemu świa­tło zalewa wnę­trze – i to po pół­noc­nej stro­nie domu. To miej­sce przy­po­mina gale­rię sztuki albo plan współ­cze­snego kry­mi­nału – jest tu tyle detali, że aż trudno wszystko ogar­nąć, a jed­nak całość działa per­fek­cyj­nie. Za każ­dym razem dostrze­gam coś nowego.

– No dobrze, opo­wia­daj – prosi, gdy wcho­dzimy do ogrom­nej kuchni typu open space. – Jak tra­fi­łaś do tej branży?

– To było takie… natu­ralne – tłu­ma­czę. – Pra­co­wa­łam kie­dyś w show­ro­omie, potem u pro­jek­tanta wnętrz. Zako­cha­łam się w idei two­rze­nia ide­al­nych domów, ale bar­dziej niż ich urzą­dza­nie pocią­gało mnie ich „ubie­ra­nie”. Zaczę­łam robić poje­dyn­cze zle­ce­nia, potem nawią­za­łam współ­pracę z waszą agen­cją i… oto jeste­śmy.

– Zawsze doda­jesz to samo, czy dopa­so­wu­jesz wszystko do kon­kret­nego domu? – pyta.

Wyraź­nie ją to inte­re­suje, więc chęt­nie opo­wia­dam.

– Każde miej­sce jest inne. Cho­dzi o emo­cje. – Uśmie­cham się, bo to mój ulu­biony temat. – Nie sprze­da­jesz domu, tylko wizję lep­szego życia. Odpo­wiedni zapach w przed­po­koju. Ide­alny koc na kana­pie. Książki na sto­liku noc­nym albo kawa na wyspie kuchen­nej. Detale spra­wiają, że ludzie coś czują albo nawet zaczy­nają fan­ta­zjo­wać. Wcho­dzą i myślą: „To jest dokład­nie to miej­sce, w któ­rym powin­nam miesz­kać”.

Prze­cho­dzimy przez wyso­kie szklane drzwi do ogrodu.

Boże. Ten ogród.

Jest tu basen. Peł­no­wy­mia­rowy, pod­grze­wany basen z mozai­ko­wymi płyt­kami i schod­kami zanu­rzo­nymi w wodzie, jak w spa albo luk­su­so­wym resor­cie. Obok stoi pra­wie nie­uży­wana kuch­nia zewnętrzna pod per­golą, z mar­mu­ro­wym bla­tem, wbu­do­wa­nymi urzą­dze­niami i lodówką na wino – bo kto chciałby cho­dzić do środka po kie­li­szek bia­łego? Leżaki usta­wione są ide­al­nie wokół basenu. Pale­ni­sko. Lampki roz­wie­szone mię­dzy drze­wami. Wszystko jest tak per­fek­cyjne, że aż wydaje się nie­re­alne.

Joanne wska­zuje mi miej­sce na jed­nej z ogro­do­wych sof z lnia­nymi podusz­kami. Trzyma kubek w dło­niach – kubek ide­al­nie dopa­so­wany do mar­mu­ro­wych bla­tów. Tutaj nawet zastawa potrafi się bez wysiłku dopa­so­wać do wnę­trza.

– No dobrze… – Pod­wija nogę pod sie­bie. – Lubisz swoją pracę? To zna­czy… sty­li­zo­wa­nie domów, żeby się sprze­dały?

Uśmie­cham się.

– Bar­dzo – odpo­wia­dam. – Bywa wyma­ga­jąca, ale to świetne wyzwa­nie. Mój samo­chód jest zawsze pełen naj­róż­niej­szych rze­czy: roślin, świec, sztucz­nych cytryn, sło­wem, pełen wszyst­kiego. Ale uwiel­biam to. To jak zabawa w dom dla doro­słych.

Śmieje się.

– A co dokład­nie robisz? Jak wygląda cały pro­ces? Fascy­nuje mnie to.

– Naj­pierw prze­cho­dzę przez nie­ru­cho­mość i wyczu­wam kli­mat – tłu­ma­czę. – Potem two­rzę mood­bo­ard na pod­sta­wie archi­tek­tury, doce­lo­wego kupca, świa­tła, cza­sem nawet kodu pocz­to­wego. Jest ogromna róż­nica mię­dzy sty­li­za­cją miesz­ka­nia w mie­ście dla mło­dego pro­fe­sjo­na­li­sty a przy­go­to­wa­niem takiego miej­sca jak to.

Joanne kiwa głową, wyraź­nie zafa­scy­no­wana.

– Potem szu­kam więk­szych ele­men­tów, takich jak meble, obrazy, dywany, rośliny, tek­sty­lia, albo mniej­szych, jak butelki wina czy świece. Cho­dzi o rów­no­wagę i atmos­ferę. O stwo­rze­nie cze­goś aspi­ra­cyj­nego, ale jed­no­cze­śnie osią­gal­nego. Takiego: „Okej, tak wygląda moje życie. Mam świeże piwo­nie w kuchni i arty­stycz­nie roz­rzu­cone książki o skan­dy­naw­skim desi­gnie”.

Śmieje się znowu.

– Uwiel­biam piwo­nie.

– Wiem – mówię z uśmie­chem. – Są sztuczne. Nikomu nie mów.

– A co wła­ści­wie sprze­daje dom? – pyta, pochy­la­jąc się. – Co spra­wia, że kupu­jący się decy­dują?

– Szcze­rze? Detale – odpo­wia­dam. – Wszystko tkwi w deta­lach. Na przy­kład zapa­chy robią ogromną róż­nicę. Jeśli pach­nie kurzem albo wczo­raj­szym obia­dem, ludzie od razu się znie­chę­cają. Ale jeśli czują świeżą pościel albo wani­lię, nagle robi się domowo.

– Mam całą szafkę dyfu­zo­rów – zapew­nia z dumą.

– Ide­al­nie – odpo­wia­dam. – A jeśli masz czas przed przyj­ściem oglą­da­ją­cych, upie­cze­nie cze­goś, na przy­kład cyna­mo­no­wych bułe­czek albo nawet pod­grza­nie goto­wego cia­sta, działa cuda. To może brzmi banal­nie, ale naprawdę two­rzy przy­tulny kli­mat. Raz zro­bi­łam tak w domu pod Yor­kiem i wszy­scy zło­żyli oferty tego samego dnia.

Śmieję się, żeby zazna­czyć, że tro­chę żar­tuję – ale takie rze­czy naprawdę poma­gają.

Joanne unosi brwi. Widać, że jest pod wra­że­niem.

– Wow. Dobrze. Mogę to zro­bić. Coś jesz­cze?

– Muzyka – przy­znaję. – Coś spo­koj­nego, ambien­to­wego. Nic roz­pra­sza­ją­cego: bez wokalu, bez gita­ro­wych popi­sów, nic zbyt ener­gicz­nego. Coś, co wygła­dza prze­strzeń.

Kiwa głową, popi­ja­jąc kawę.

– I porzą­dek, jak rozu­miem?

– Abso­lut­nie – pod­kre­ślam. – I to eks­tre­malny. Usu­nąć pra­wie wszystko z powierzchni, scho­wać zabawki dzieci i zwie­rząt, pozbyć się oso­bi­stych rze­czy. Ludzie myślą, że chcą zoba­czyć „żyjący” dom, ale tak naprawdę chcą zoba­czyć swoją przy­szłość. Nie twoją. Im mniej rze­czy, tym lepiej. Cza­sem warto nawet wyna­jąć maga­zyn na kilka mie­sięcy. Nawet jeśli potem i tak wszystko zapeł­nią, muszą uwie­rzyć, że zaczy­nają od zera.

– Mogę to zro­bić, – Kręci głową. – Już czuję, że było warto. Powin­naś pro­wa­dzić warsz­taty.

– Może… Ale wtedy kto by mnie potrze­bo­wał?

Znów się śmie­jemy.

Patrzymy na basen, w któ­rym świa­tło odbija się w błysz­czą­cych reflek­sach.

Wzdy­cham. Jest tu naprawdę pięk­nie.

– To – mówię nie­mal do sie­bie – jest marze­nie.

Joanne uśmie­cha się poro­zu­mie­waw­czo.

– Prawda? – odpo­wiada. – Sły­sza­łam, że twój mąż zapro­jek­to­wał ten dom dla poprzed­niego wła­ści­ciela.

– Chło­pak – popra­wiam. – Tak.

– Może kie­dyś zbu­duje taki dla cie­bie…

Ma umie­jęt­no­ści – to prawda. Budżet już nie­ko­niecz­nie.

Chcia­ła­bym powie­dzieć, że to dom, w któ­rym zamiesz­kam, kiedy doro­snę… ale mając tro­chę ponad trzy­dzie­ści lat, chyba już powin­nam być na tym eta­pie?

Wiem jed­nak, że to, co mam teraz, to nie wszystko, co mnie czeka.

Roz­wi­jam swoją firmę, a Todd pnie się po szcze­blach kariery w pra­cowni archi­tek­to­nicz­nej, w któ­rej pra­cuje, i naszym celem jest mieć to wszystko… kie­dyś.

A do tego czasu będę dalej marzyć, popra­wiać poduszki, ukła­dać koce i zasta­na­wiać się, czy fikus, czy mon­stera bar­dziej „uwie­dzie” emo­cjo­nal­nie kupca domu za 2,3 miliona fun­tów.

Będę sprze­da­wać marze­nie i opo­wia­dać histo­rię, aż pew­nego dnia sama będę mogła ją kupić.

Oby ten dzień nie był tak odle­gły, jak się wydaje.

Rozdział 3

Gdy wycho­dzimy z kościoła, słońce ude­rza mnie pro­sto w twarz, na moment ośle­pia­jąc, bo cała świą­ty­nia ską­pana jest w jakimś nie­mal nie­biań­skim świe­tle z góry. Kiedy moje oczy się przy­zwy­cza­jają, świa­tło staje się cie­płe i złote, takie, które spra­wia, że wszystko wygląda ład­niej – włosy, sukienki, kwiaty. Dzwony roz­brzmie­wają, świę­tu­jąc wielki dzień Kelly i Logana, nie­mal tak gło­śno jak okrzyki ich przy­ja­ciół i rodziny.

Todd mruży oczy obok mnie, popra­wia­jąc koł­nie­rzyk, a mary­narkę ma już prze­wie­szoną przez ramię. Jemu zawsze jest gorąco, mnie zawsze zimno – czy to nie ide­alny prze­pis na zwią­zek? Wygląda, jakby się dusił i top­niał jed­no­cze­śnie, ale i tak się uśmie­cha.

Sto­imy chwilę na sta­rych kamien­nych scho­dach, tak długo jak trzeba, cze­ka­jąc na swoją kolej. W końcu usta­wiamy się w rzę­dzie, aż ktoś krzy­czy:

– No dalej!

I wszy­scy zaczy­namy rzu­cać kon­fetti na Kelly i Logana, kiedy wycho­dzą ze świą­tyni na zdję­cia. Wyglą­dają na zachwy­co­nych, cał­ko­wi­cie pochło­nię­tych chwilą, i wszystko jest tak dobrze wyre­ży­se­ro­wane, że jestem pewna, że foto­gra­fie wyjdą nie­sa­mo­wi­cie.

Klasz­czemy, wiwa­tu­jemy, robimy kilka ujęć, a potem powoli zaczy­namy wra­cać na par­king razem z resztą gości. Todd otwiera mi drzwi, wsu­wam się do środka, a skóra sie­dze­nia jest już nie­przy­jem­nie nagrzana od słońca. On wsiada od strony kie­rowcy i w chwili, gdy drzwi się zamy­kają, wypusz­cza powie­trze, jakby wstrzy­my­wał oddech od pierw­szego hymnu.

– No cóż – mówi, odpa­la­jąc sil­nik. – To była bar­dzo długa godzina uda­wa­nia, że znów jeste­śmy w czwar­tej kla­sie. Już pra­wie spo­dzie­wa­łem się, że ktoś wycią­gnie flet i zacznie grać He’s Got the Whole World in His Hands. Jak apel w pod­sta­wówce. A oni nawet nie są reli­gijni.

Śmieję się.

– Nie­któ­rzy lubią ślub w kościele, nie­za­leż­nie od tego, czy są wie­rzący, czy nie. To tra­dy­cja – przy­po­mi­nam mu.

– To po pro­stu wydaje się takie… nie­szczere – odpo­wiada.

– Kościół, dzwony, witraże… to kli­mat, któ­rego ludzie chcą w dniu swo­jego ślubu, nawet jeśli nie są spe­cjal­nie wie­rzący.

– No, to na pewno nie dla mnie – stwier­dza sta­now­czo, rzu­ca­jąc mi krót­kie spoj­rze­nie. – Kiedy ja będę się żenił, to ban­kowo nie w kościele. Nie ma mowy.

Nie komen­tuję tego. Po pro­stu lekko się uśmie­cham i patrzę przez okno na prze­su­wa­jący się kra­jo­braz.

Roz­ma­wia­li­śmy o mał­żeń­stwie, Todd i ja. Zawsze w ten pół­żar­to­bliwy spo­sób, jak robią to pary – raczej kwe­stia kiedy, a nie czy – ale i tak wisi to w powie­trzu jak jakieś „może”. I nie zno­szę tego, że ta tra­dy­cja wciąż jest tak jed­no­stronna. Jakby to była jego decy­zja, jako męż­czy­zny – to on decy­duje, pla­nuje, wybiera pier­ścio­nek, zadaje pyta­nie. Ja mam tylko cze­kać. Niby mamy 2025 rok, więc to aż się prosi o odświe­że­nie, ale jed­no­cze­śnie nie ma mowy, żebym to ja miała się oświad­czyć. Nie dała­bym rady. Na pewno bym coś zepsuła, poza tym: co, jeśli by odmó­wił? Nie chcę ryzy­ko­wać, skoro teraz jestem szczę­śliwa.

Todd par­ska śmie­chem, wyry­wa­jąc mnie z zamy­śle­nia.

– A sły­sza­łaś, co powie­dział ksiądz? O tym, że są razem od dzie­ciń­stwa? – pyta. – Na zawsze razem… z wyjąt­kiem tego jed­nego roku, kiedy się roz­stali i oboje spo­ty­kali się z kimś innym. Ten szcze­gół jakoś pomi­nęli.

Znów nie mogę się powstrzy­mać od śmie­chu.

– Jesteś strasz­nie cyniczny – zauwa­żam.

– Po pro­stu spo­strze­gaw­czy – odpo­wiada z uśmie­chem. – I jestem reali­stą. Mogą mówić, co chcą, ale połowa ludzi w tym kościele zna praw­dziwą histo­rię.

To jedna z rze­czy, które w nim uwiel­biam. Todd to typowy chło­pak z York­shire – mówi, co myśli, zazwy­czaj z suchym uśmie­chem, ni­gdy zło­śli­wie, po pro­stu szcze­rze. Uważa, że musi­cale są żenu­jące, joga to ściema, a każdy posi­łek bez mięsa zasłu­guje co naj­mniej na scep­tyczne spoj­rze­nie. Brzmi to okrop­nie, kiedy mówię to na głos, ale jakoś jest w tym urok. Nie mówi niczego, żeby kogoś zra­nić; po pro­stu nie widzi sensu w uda­wa­niu. Na szczę­ście wszy­scy odbie­rają to jako uro­cze, a i tak wię­cej rze­czy zacho­wuje dla sie­bie, niż wypo­wiada – uwierz­cie mi.

Cie­szę się, że jeste­śmy tu razem. Mam wra­że­nie, że ostat­nio pra­wie się nie widu­jemy, tak bar­dzo jest zajęty pracą. Ja też mam sporo na gło­wie, ale przy nim to nic, więc nie chcę narze­kać, choć tro­chę mi go bra­ko­wało. Jedna czy dwie noce poza domem, nawet jeśli to tylko wesele, to dokład­nie to, czego potrze­bu­jemy, żeby odzy­skać tro­chę tej magii.

Patrzę teraz na niego, jak wciąż się uśmie­cha na myśl o tej sta­ran­nie wykre­owa­nej histo­rii miło­snej nowo­żeń­ców, i zasta­na­wiam się, co ksiądz (albo jego nie­re­li­gijny odpo­wied­nik) powie­działby o nas. Może mał­żeń­stwo jest gdzieś na hory­zon­cie, bli­żej, niż mi się wydaje. Pra­wie mogła­bym się tym pod­eks­cy­to­wać…

Ale nie. Dzi­siej­szy dzień należy do Kelly i Logana. Mój zwią­zek może pocze­kać.

Kiedy wjeż­dżamy na par­king przy miej­scu przy­ję­cia, mam wra­że­nie, jak­bym weszła do pocz­tówki. East Rid­dles­den Hall stoi przed nami – piękny, stary budy­nek, przez któ­rego wnę­trze prze­nika świa­tło. Ota­czają go gęste drzewa, a wszystko jest tak soczy­ście zie­lone, że aż nie­re­alne. Z boku znaj­duje się jezioro, nad któ­rym pochyla się pła­cząca wierzba, zanu­rza­jąc gałę­zie w wodzie. To jeden z tych wido­ków, przy któ­rych czu­jesz się jak w kostiu­mo­wym dra­ma­cie – jakby zaraz miał nad­je­chać konno jakiś pan Darcy i wymam­ro­tać coś abso­lut­nie cza­ru­ją­cego.

Todd cicho gwiż­dże, kiedy wysia­damy.

– Ale tu ład­nie.

Ma rację.

Idziemy ścieżką w stronę sto­doły, gdzie odbywa się przy­ję­cie, i czuję się, jak­bym wcho­dziła do sen­nego marze­nia. Migo­czące świa­tełka roz­wie­szone są mię­dzy bel­kami pod sufi­tem, a kwiaty – wyglą­da­jące na praw­dziwe, nie jak jakieś przy­wię­dłe bukiety z super­mar­ketu – wiszą w szkla­nych sło­ikach i opla­tają drew­niane kolumny. Białe zasłony miękko opa­dają na kamienne ściany, lekko falu­jąc na wie­trze wpa­da­ją­cym przez otwarte drzwi. Jest roman­tycz­nie, pięk­nie i w jakiś spo­sób absur­dal­nie ide­al­nie.

Stoły są nakryte jakby żyw­cem wyjęte z maga­zynu ślub­nego – kwiaty, złote sztućce, ele­ganc­kie winietki i wię­cej świec niż na dzie­więć­dzie­sią­tych uro­dzi­nach. Pach­nie świe­żymi kwia­tami i szam­pa­nem, choć nie wiem, czy to dla­tego, że fak­tycz­nie tu są, czy może gdzieś ukryto dyfu­zor o zapa­chu „wyma­rzo­nego wesela”.

To wszystko jest zachwy­ca­jące. Ale… nie pasuje do Kelly i Logana. To nie są oni. Nie do końca. To jak wtedy, gdy sty­li­zuję dom dla klien­tów – wszystko dopra­co­wane do per­fek­cji, wszystko piękne, a jed­nak tro­chę ode­rwane od rze­czy­wi­sto­ści. Ale czemu nie? Będą patrzeć na zdję­cia z tego dnia, nie­za­leż­nie od tego, co się wyda­rzyło, i zoba­czą tylko piękno. To, co chcieli zapa­mię­tać. To, co nie­ide­alne – plamy na ubra­niach, dziwne miny – foto­graf poprawi póź­niej. Jakby ni­gdy tego nie było.

Dostrze­gamy młodą parę przy wej­ściu, pro­mie­nie­ją­cych w ten spo­sób, w jaki potra­fią tylko świeżo upie­czeni mał­żon­ko­wie. Policzki Kelly są zaró­żo­wione – wygląda jak naj­bar­dziej ste­reo­ty­powa panna młoda – a uśmiech Logana jest szer­szy niż kie­dy­kol­wiek. Todd przy­tula Logana i mówi mu, jakie to wszystko nie­sa­mo­wite, jak bar­dzo się cie­szy ich szczę­ściem – kom­plet­nie wyco­fu­jąc się ze wszyst­kiego, co mówił w samo­cho­dzie, ale w jego przy­padku to nie brzmi fał­szy­wie. On naprawdę tak myśli, po pro­stu pomija nega­tywne rze­czy. Ja przy­tulam Kelly i mówię jej, że wygląda pięk­nie, bo naprawdę wygląda.

Po krót­kiej roz­mo­wie idziemy do naszego stołu. Czuję natych­mia­stową ulgę, kiedy widzę, że sie­dzę obok Kel­sey. W tym roku wesela zle­wają się w jedno, mamy tylu wspól­nych zna­jo­mych, że zaczy­nam już zapo­mi­nać, kto należy do któ­rej grupy, ale Kel­sey to moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka, a jej narze­czony, Neil, to odpo­wied­nik Todda – choć oczy­wi­ście oni ni­gdy by się tak nie nazwali.

Kel­sey uśmie­cha się z taką samą ulgą, kiedy sia­dam obok niej.

– Możesz uwie­rzyć, jakie to wszystko jest piękne? – mówi. A potem ści­sza głos. – Tylko że… mało w tym wszyst­kim „ich”, prawda?

– A sły­sze­li­ście to o byciu razem na zawsze? – wtrąca Neil rów­nie cicho.

Są dokład­nie tacy jak my.

– Nawet nie zaczy­naj, stary – odpo­wiada Todd, nale­wa­jąc sobie wody.

– Wiem – dodaję, odsu­wa­jąc krze­sło i sia­da­jąc. – Ale naprawdę jest pięk­nie. Jak tablica na Pin­te­re­ście, która ożyła.

Kel­sey się śmieje, popra­wia­jąc długi brą­zowy lok za uchem.

– Już nie­długo twój wielki dzień – zwra­cam się do niej.

– Wielki tydzień – mru­czy Neil.

Kel­sey spo­gląda na swój pier­ścio­nek zarę­czy­nowy, potem na mnie, nie mogąc ukryć mie­szanki eks­cy­ta­cji i ner­wów.

– Wiem. Jestem pod­eks­cy­to­wana. I prze­ra­żona. Ale głów­nie pod­eks­cy­to­wana… chyba.

Się­gam po wodę Todda i biorę łyk.

– Będzie nie­sa­mo­wi­cie – zapew­niam ją.

I naprawdę tak będzie. Ze wszyst­kich wesel w tym roku – a jest ich mnó­stwo – na to cze­kam naj­bar­dziej. Kel­sey i Neil robią coś innego. Coś… bar­dzo w ich stylu.

– Ona ma plan na wszystko – wypala Neil. – Na wszystko, co może pójść nie tak. Cho­ciaż wcale sobie tego nie uła­twiła.

– To, co stwo­rzy­łam, to, mam nadzieję, piękny tydzień ślubny. Dla nas obojga, dzię­kuję bar­dzo – odpo­wiada.

– Bie­rzemy ślub na morzu – dodaje on bez­na­mięt­nie. – Jeśli Matka Natura się wku­rzy, żaden twój scrap­book tego nie ogar­nie.

– Naj­wy­raź­niej nie widzia­łeś mojego scrap­bo­oka – mówi Kel­sey do mnie z mru­gnię­ciem, a potem do niego: – Ślub nie jest na morzu. Wiesz o tym, prawda?

Ona wie, że on wie. Taka ich dyna­mika.

Neil uśmie­cha się jak typowy pro­wo­ka­tor.

– No dobra, wiem, żar­tuję. Ale serio, pię­cio­dniowy rejs przed ślu­bem? Sami pro­si­cie się o sztorm.

– Rejs, któ­rym dopły­niemy na ślub – popra­wia go. – Bo jeden z gości nie lubi latać… zaraz, zobaczmy… kto to… a, tak… to ty.

– Ale to ty upie­rasz się przy ślu­bie na Sycy­lii, kocha­nie – odpo­wiada.

Mogła­bym patrzeć na nich bez końca.

Kel­sey prze­wraca oczami i mru­czy coś pod nosem o tym, że rów­nie dobrze mogłaby się uprzeć, żeby w ogóle nie brać ślubu.

Śmieję się. To cali oni. Ich prze­ko­ma­rza­nia, ich natu­ralny rytm – dla­tego zawsze czuję się dobrze w ich towa­rzy­stwie. Todd wydaje się tro­chę roz­ko­ja­rzony – pew­nie na­dal nie może prze­żyć śpie­wa­nia, bo to za bar­dzo przy­po­mina musi­cal.

Kel­sey naprawdę wynio­sła śluby na zupeł­nie nowy poziom. Ona nie tylko bie­rze ślub za gra­nicą. Nie, to byłoby zbyt pro­ste. Ona wpływa na swój ślub jak kró­lowa, zamie­nia­jąc podróż w coś w rodzaju przed­ślub­nej imprezy na morzu dla naj­waż­niej­szych gości. Pię­cio­dniowy rejs po Morzu Śród­ziem­nym, zakoń­czony na Sycy­lii, gdzie odbę­dzie się cere­mo­nia. To prze­cież jak z filmu.

Czy wku­rza mnie, że muszę wziąć tydzień wol­nego? Ani tro­chę. Todd i ja od mie­sięcy mówimy o tym, że potrze­bu­jemy waka­cji, ale zawsze jeste­śmy zbyt zajęci – jedno z nas albo oboje. A tak mamy wszystko w jed­nym – waka­cje, ślub, ucieczkę od codzien­no­ści. Pró­bo­wa­łam zna­leźć spo­sób, żeby­śmy spę­dzali wię­cej czasu razem, więc to nasza szansa. No i zoba­czymy, jak nasi naj­lepsi przy­ja­ciele biorą ślub – jesz­cze lepiej.

Na szczę­ście koszty nie są czymś, czym tacy zwy­kli śmier­tel­nicy jak my muszą się przej­mo­wać, bo Neil pocho­dzi z jed­nej z tych rodzin ze starą for­tuną, a jego bli­scy uwiel­biają dotrzy­my­wać kroku Jone­som. Co zabawne, ich nazwi­sko to Jones, więc w grun­cie rze­czy dotrzy­mują kroku samym sobie – co brzmi cał­kiem traf­nie. Nie spę­dza­łam dużo czasu z jego rodziną ani zna­jo­mymi spoza naszej grupy, więc mam nadzieję, że to nie będzie jakieś sztywne wyda­rze­nie pełne boga­czy jedzą­cych racuszki i gra­ją­cych w polo.

Kel­sey może nie pocho­dzi z takich krę­gów, ale zawsze marzyła o wiel­kim, ele­ganc­kim ślu­bie – i na niego zasłu­guje. Rejs do jej ide­al­nego ślubu. Bar­dzo cie­szę się, że może speł­nić swoje marze­nie.

Jedze­nie jest nie­wia­ry­god­nie dobre – wszyst­kie trzy dania. Wła­śnie skoń­czy­li­śmy deser: tartę cze­ko­la­dową z czymś cytru­so­wym i podej­rza­nie uza­leż­nia­ją­cym. Zja­dłam już swoją i wła­śnie doja­dam połowę por­cji Todda. No cóż, zosta­wił ją bez opieki, więc uzna­łam, że nie zamie­rza jej koń­czyć.

Dobrze, że mogłam roz­ma­wiać z Kel­sey przez cały dzień, bo Todd nie potrafi usie­dzieć na miej­scu dłu­żej niż pięć minut. Wstaje co chwilę – po drinki, wycho­dzi na zewnątrz, pew­nie robi zdję­cia ogrodu albo sta­rego budynku. Cza­sem tak ma, kiedy jest przy­tło­czony – ucieka w naturę i archi­tek­turę, więc po pro­stu daję mu na to prze­strzeń.

– Sko­czę tylko do toa­lety – mówię do Kel­sey, odsu­wa­jąc krze­sło.

– Tylko się nie zgub – odpo­wiada. – Sły­sza­łam, że to kawał drogi.

Okej, wcale nie żar­to­wała – fak­tycz­nie trzeba „podró­żo­wać” do toa­let, ale jest dostępny meleks, jeśli ktoś chce pod­wózkę. Wydaje mi się, że na miej­scu pasa­żera sie­dzi mama Kelly, tro­chę wsta­wiona, zwi­sa­jąca z tyłu, więc posta­na­wiam przejść ten krótki odci­nek pie­szo, podzi­wia­jąc jezioro, idąc wzdłuż brzegu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki