U ciebie czy u mnie? - Portia MacIntosh - ebook

U ciebie czy u mnie? ebook

Portia MacIntosh

0,0
32,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Romantyczna komedia o różnicach, przyciąganiu i szukaniu własnego miejsca – zarówno w domu, jak i w sercu.

Serena traci mieszkanie i z radością przyjmuje ofertę przyjaciółki – ma zaopiekować się jej domem podczas jej podróży.

Niestety, nie jest jedyną osobą, która otrzymała to zaproszenie. W domu pojawia się także Ziggy, arogancki, niechlujny i… niezwykle przystojny muzyk.

Ich wspólne mieszkanie szybko staje się polem bitwy o przestrzeń i spokój, a każde kolejne nieporozumienie prowadzi do śmiechu, złości… i do przyciągania, którego oboje nie mogą w nieskończoność ignorować.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 260

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Your Place or Mine?

Korekta: zespół

Copy­ri­ght © by Por­tia MacIn­tosh, 2023 All rights rese­rved Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Karo­lina Nie­wia­dom­ska, 2026 Prawa do prze­kładu zostały pozy­skane za pośred­nic­twem Vicki Satlow Lite­rary Agency oraz Book/Lab Lite­rary Agency Copy­ri­ght © for this edi­tion by Dres­sler Dublin Sp. z o.o., 2026

Pro­du­cent Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 00 www.dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu Wydaw­nic­two Świat Książki 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 e-mail: biuro@swiatk­siazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydaw­nic­two­swiatk­siazki.pl

War­szawa 2026

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-68812-56-5

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Dedykacja

Dla Joego – z któ­rym bar­dzo łatwo się żyje

Rozdział 1

Dzień ślubu to naj­bar­dziej wyjąt­kowy dzień w życiu… dokład­nie taki sam jak u wszyst­kich innych.

Ellen z całą pew­no­ścią uważa, że jej będzie abso­lut­nie wyjąt­kowy. Sie­dzi naprze­ciwko mnie, bez prze­rwy opo­wia­da­jąc o zbli­ża­ją­cym się ślu­bie, jed­no­cze­śnie bez­li­to­śnie kry­ty­ku­jąc rze­komo okropne wesela, na któ­rych była wcze­śniej, a przy tym wszyst­kim zmu­sza mnie do pró­bo­wa­nia cia­sta za cia­stem. Ni­gdy nie przy­pusz­cza­łam, że mogę mieć dość cia­sta, a tu pro­szę.

Gdyby ludzie wie­dzieli, na co się piszą, zanim po raz pierw­szy zgo­dzą się zostać świad­kową, wąt­pię, że kto­kol­wiek powie­działby „tak”. A już kom­plet­nie nie potra­fię sobie wyobra­zić, by ktoś zro­bił to dwa razy. Jasne, mię­dzy naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami ist­nieje pewna wza­jem­ność – jeste­ście swo­imi świad­ko­wymi w tych wiel­kich dniach – ale niech Bóg ma w opiece tę, która wycho­dzi za mąż pierw­sza, bo po mie­sią­cach tego wszyst­kiego druga panna młoda nie tylko będzie ocze­ki­wać stan­dar­do­wych obo­wiąz­ków świad­ko­wej, ale zapra­gnie też zemsty.

– To chyba powinno być cia­sto owo­cowe, prawda? – pyta Ellen, grze­biąc widel­cem w wani­lio­wym bisz­kop­cie, jakby odpo­wie­dzi miały kryć się w jego wnę­trzu.

– To tra­dy­cja, z któ­rej coraz wię­cej par rezy­gnuje – odpo­wia­dam. – Cia­sto owo­cowe ma sym­bo­li­zo­wać płod­ność. Cho­dzi o to, że ser­wuje się je z nadzieją, iż przy­nie­sie wam w przy­szło­ści gro­madkę dzieci. Mówi się nawet, że tort ma trzy pię­tra po to, by dolne zjeść w dniu ślubu, środ­kowe roz­dać gościom na wynos, a górne zamro­zić i zjeść na chrzcie pierw­szego dziecka.

– Zamro­zić? – odpo­wiada z nie­do­wie­rza­niem.

– Tak, prze­cho­wuje się je w zamra­żarce – mówię bez naj­mniej­szego entu­zja­zmu, jedy­nie rela­cjo­nu­jąc fakty.

– A co, jeśli nie ma się dzieci? – dopy­tuje. – Albo jeśli czeka się na nie naprawdę długo, kiedy jest się już sta­rym… na przy­kład po trzy­dzie­stce czy coś?

Posta­na­wiam nie ana­li­zo­wać jej uwagi na temat ludzi po trzy­dzie­stce jako „sta­rych”. Nie dam rady teraz tego udźwi­gnąć – zwłasz­cza gdy mój talerz już ugina się pod cię­ża­rem ciast, któ­rych nie chcę jeść.

– Nie­któ­rzy jedzą je w pierw­szą rocz­nicę ślubu – mówię. – Ale oczy­wi­ście wcale nie trzeba go zacho­wy­wać.

Ellen wypusz­cza powie­trze z policz­ków.

– Nie wiem… cia­sto, które może cię zapłod­nić i prze­trwać rok? To aż każe się zasta­na­wiać, co oni do niego dodają.

Mówi to z auten­tycz­nym prze­ra­że­niem. Po chwili mruży oczy i spo­gląda na mnie nie­mal oskar­ży­ciel­sko.

– Zostanę przy bisz­kop­cie – decy­duje w końcu. – Wani­lia, cytryna czy cze­ko­lada, co byś wybrała?

– Pew­nie po jed­nym pię­trze każ­dego – przy­znaję. – Żeby każdy zna­lazł coś dla sie­bie.

– Aha, ale widzisz, to byłby twój dzień ślubu – przy­po­mina mi. – Zapo­mnij o gościach. Masz zado­wo­lić sie­bie i nikogo wię­cej.

– I pana mło­dego, oczy­wi­ście – zauwa­żam.

– No… tak – zga­dza się nie­chęt­nie. – Ale prze­cież wszy­scy wie­dzą, że cho­dzi głów­nie o pannę młodą, prawda?

Ellen pusz­cza do mnie oko. Chyba naj­le­piej, żebym nic na to nie odpo­wia­dała.

– Nie pró­bo­wa­ły­śmy jesz­cze tego z różo­wym lukrem – mówi. – No dalej, porów­najmy je z wani­lio­wym.

Z moich ust wymyka się poje­dyn­cze czknię­cie. Jadłam lunch – z dese­rem – nie­całą godzinę temu, jestem tak pełna, że fizycz­nie nie jestem w sta­nie zmie­ścić kolej­nego kęsa. Waham się, a Ellen to zauważa.

– Pro­szę – błaga. – Bycie panną młodą jest wystar­cza­jąco trudne, nie mogę robić tego sama. Wła­śnie po to są świad­kowe: żeby poma­gały podej­mo­wać takie decy­zje.

Odci­nam widel­cem mikro­sko­pijny kawa­łek cia­sta z brzegu por­cji. Gdy tylko tra­fia na język, cukier z tru­skaw­ko­wego lukru ata­kuje moje kubki sma­kowe, a śli­nianki zaczy­nają pra­co­wać na naj­wyż­szych obro­tach, pró­bu­jąc roz­cień­czyć tę sło­dycz.

– Naj­bar­dziej podoba mi się tru­skaw­kowy lukier – mówię.

– Twoja twarz powinna się o tym dowie­dzieć – gani mnie. – Nie wyglą­dasz, jak­byś się nim zachwy­cała.

Masuję lewą skroń wolną ręką. Prawą ści­skam wide­lec. Bądź miła, Serena.

– Prze­pra­szam, po pro­stu jestem strasz­nie naje­dzona, mia­łam duży lunch – odpo­wia­dam.

– Ale wie­dzia­łaś, że dziś tu przy­cho­dzimy – odpiera. – Ter­min był usta­lony od mie­sięcy.

Nie czuję, żebym była jej winna wyja­śnie­nia. Mimo to mówię dalej.

– Facet, z któ­rym się spo­ty­kam, zabrał mnie na lunch, żeby uczcić swój awans – mówię. – Zja­dłam za dużo, a potem jesz­cze zamó­wi­łam ogromny deser. Te cia­sta są prze­piękne, po pro­stu nie dam rady zjeść wię­cej.

– Jasne, ale nie wszystko kręci się wokół cie­bie – przy­po­mina mi z nie­za­do­wo­loną miną.

Nie­za­leż­nie od tego, jak się teraz czuję, jesz­cze bar­dziej współ­czuję bied­nemu narze­czo­nemu Ellen, bo ona naprawdę zaczyna przy­po­mi­nać pannę młodą rodem z kosz­ma­rów.

– Gdy­by­śmy mogły spró­bo­wać jesz­cze cze­ko­la­do­wego… – zaczyna znowu, igno­ru­jąc wszystko, co przed chwilą powie­dzia­łam.

Nie koń­czy, bo prze­rywa nam Arnold – naj­dłu­żej pra­cu­jący w her­ba­ciarni „U Diany” gospo­darz. Prze­ci­ska się wła­śnie przez zatło­czoną salę, mija­jąc per­fek­cyj­nie nakryte sto­liki pełne pań na lun­chu, sie­dzą­cych pod żyran­do­lami, przy dźwię­kach for­te­pianu gra­ją­cego muzykę w tle. Towa­rzy­szy mu drobna bru­netka o wyraź­nie zestre­so­wa­nej minie. Dziew­czyna opada na krze­sło przy naszym sto­liku.

– Wiem, wiem, spóź­ni­łam się – traj­ko­cze, wpy­cha­jąc torby pod stół. Potem odwraca się do mnie. – A ty, do cho­lery, kim jesteś?

Mówi do mnie. Arnold posyła mi współ­czu­jący uśmiech i wraca na swoje sta­no­wi­sko.

– Jestem Serena – odpo­wia­dam.

Na chwilę sze­roko otwiera oczy, jakby doma­gała się dal­szych wyja­śnień.

– To pie­karka – mówi Ellen. – Skoro mnie wysta­wi­łaś, potrze­bo­wa­łam kogoś do pró­bo­wa­nia ciast.

Moje życie nie jest na tyle inte­re­su­jące – i nie mam wystar­cza­jąco dużo przy­ja­ciół – by zostać czy­jąś świad­kową. Byłam tylko zastęp­czą degu­sta­torką ciast, do czasu aż pojawi się praw­dziwa przy­ja­ciółka Ellen.

Ellen odwraca się do mnie.

– Możesz już iść – mówi od nie­chce­nia. Phi, po tym wszyst­kim, co razem prze­szły­śmy?

Gdy tylko koń­czy zda­nie, coś jakby się w niej wyłą­cza. Ofi­cjal­nie wypa­dłam z jej orbity. Jej kole­żanka odpra­wia mnie ruchem głowy.

– Zasta­na­wia­łam się, co robisz w towa­rzy­stwie jed­nej z poko­jó­wek z Down­ton Abbey – drwi, par­ska­jąc śmie­chem.

Wsta­jąc, prze­jeż­dżam języ­kiem po przed­nich zębach, byle tylko zająć usta czymś innym niż mówie­niem. Mówie­nie tego, co się myśli, zawsze wpę­dza w kło­poty, prawda? Okej, czarna sukienka do kolan z koron­ko­wym bia­łym far­tusz­kiem nie jest szczy­tem mody, a dłu­gie blond włosy ścią­gnięte w niski kok (ozdo­biony durną, fal­ban­kową opa­ską) wcale nie poma­gają mojej okrą­głej twa­rzy, ale bez prze­sady, jestem prze­cież w pracy.

Dla Ellen mogę być tylko zastęp­czą kole­żanką i „pie­karką”, ale moja rola w her­ba­ciarni jest znacz­nie bar­dziej zło­żona. Jestem kimś w rodzaju wscho­dzą­cej gwiazdy kuchni – uczę się robić wszyst­kie wymyślne torty i pyszne kanapki w iko­nicz­nym „stylu Diany”, dla któ­rego ludzie potra­fią przy­je­chać z dru­giego końca kraju. To spory awans w porów­na­niu z cza­sami, gdy zaczy­na­łam tu jako kel­nerka, bo oprócz pracy w kuchni nad­zo­ruję też część wesel­nego cate­ringu.

Diana Atwood, mózg całej her­ba­ciarni, powie­działa, że daje mi dodat­kowe obo­wiązki, żebym mogła spraw­dzić, w któ­rej czę­ści biz­nesu będę naj­szczę­śliw­sza. Kel­ne­ro­wa­nie ni­gdy nie było moim życio­wym celem, ale Diana dała mi pracę, gdy naprawdę jej potrze­bo­wa­łam, więc bar­dzo doce­niam to, że pozwala mi teraz roz­wi­nąć skrzy­dła i zna­leźć coś, co spra­wia mi przy­jem­ność. Muszę przy­znać, że po spo­tka­niu z kil­koma pan­nami mło­dymi pokroju Ellen coraz bar­dziej skła­niam się ku pracy, która nie wymaga kon­taktu z klien­tami.

– Kolejna zado­wo­lona klientka? – pyta Maël, widząc moją minę.

Maël jest naszym eta­to­wym fran­cu­skim cukier­ni­kiem. No, fran­cu­skim od strony mamy. Nazywa się Smith, uro­dził się w Hali­fax i wycho­wał w Hors­forth, ale uważa, że jego pocho­dze­nie nadaje mu auten­tycz­no­ści, któ­rej nie da się wyce­nić – ja uwa­żam, że po pro­stu świet­nie wyko­nuje swoją robotę.

– Kolejna panna młoda z pie­kła rodem – popra­wiam go. – Szcze­rze mówiąc, myśla­łam, że ist­nieją tylko w fil­mach. Moja teo­ria jest taka, że coś na wcze­snym eta­pie pla­no­wa­nia ślubu opę­tuje kobiety.

– Może to pre­sja zor­ga­ni­zo­wa­nia imprezy na tyle spek­ta­ku­lar­nej, żeby pogo­dzić się z myślą o byciu z jed­nym męż­czy­zną do końca życia – zasta­na­wia się gło­śno.

Par­skam śmie­chem.

– Jesteś z Mar­ty­nem od trze­ciej klasy liceum – przy­po­mi­nam mu.

– Nie przy­po­mi­naj – odpo­wiada, choć wiem, że żar­tuje. – Jego naj­now­szy genialny pomysł to prze­pro­wadzka do Edyn­burga, żeby być bli­żej sio­stry i jej dzie­cia­ków.

– Nie podoba ci się to? – pytam z cie­ka­wo­ścią.

– Nie­zbyt – mówi. – Głów­nie dla­tego, że tak bar­dzo kocham tę pracę. Nastaw czaj­nik.

Robię, co każe. Pijemy tu chyba tyle samo her­baty, co ser­wu­jemy klien­tom.

– Jeśli będzie dalej naci­skał, może będziemy musieli znów wypu­ścić Serenę-oszustkę – śmieje się.

– Oszustkę? – dopy­tuje Clare, wpa­da­jąc przez waha­dłowe drzwi tyłem, cią­gnąc wózek pełen brud­nych naczyń.

Clare jest jedną z kel­ne­rek. Ma nade mną całe dekady doświad­cze­nia. Czuję, że w ciągu roku pracy tutaj nauczy­łam się od niej wię­cej niż gdzie­kol­wiek indziej, a bio­rąc pod uwagę, że to Maël, mój dawny szkolny kolega, w ogóle dał mi znać o tej pracy, two­rzymy tu coś na kształt rodziny. Diana zawsze nazywa nas swo­imi dziećmi, choć Bóg jeden wie, że jej praw­dziwe potom­stwo nie jest powo­dem do dumy.

– Kiedy byli­śmy w szkole, Serena miała nie­sa­mo­wity talent do mani­pu­lo­wa­nia ludźmi – tłu­ma­czy Maël. – Taki tro­chę w stylu Robin Hooda. Wie­działa dokład­nie, jak spra­wić, żeby rze­czy się wyda­rzyły: wycią­gnąć całą klasę z nie­spra­wie­dli­wego dyżuru po lek­cjach albo dopro­wa­dzić do tajem­ni­czego znik­nię­cia kasety do testu Coopera, żeby nikt nie musiał go wypeł­niać. Ludzie przy­cho­dzili do niej nawet po porady ser­cowe. O ile wiem, zawsze uży­wała swo­ich mocy w dobrym celu, ale jeśli mia­łaś chło­paka, któ­rego chcia­łaś się pozbyć, Serena dokład­nie wie­działa, co powie­dzieć, nie­za­leż­nie od tego, czy chcia­łaś zostać przy­ja­ciółmi, czy spa­lić wszystko do gołej ziemi. Moją ulu­bioną sztuczką było jed­nak to, że jeśli nie chcia­łaś być tą złą przy roz­sta­niu, Serena dosko­nale wie­działa, co zro­bić, żeby zostać rzu­coną. I to bez robie­nia cze­go­kol­wiek naprawdę okrop­nego. To było genialne. Lubi­łaś kom­bi­no­wać, prawda?

– Serena! – śmieje się Clare, prze­wra­ca­jąc oczami, po czym znika z powro­tem na sali z wóz­kiem pię­trzą­cych się pod­wie­czor­ków.

– Ni­gdy nie roz­dzie­li­ła­bym cie­bie z Mar­ty­nem – infor­muję Maëla. – Jeśli jeste­ście razem od tylu lat, to nie zerwie­cie teraz. Poza tym jestem już za doro­sła na takie akcje.

– À pro­pos doro­sło­ści – przy­po­mina sobie nagle. – Jak tam lunch z twoim chło­pa­kiem… a może to już narze­czony?

Sta­wiam jego fili­żankę her­baty na bla­cie z kon­tro­lo­wa­nym stuk­nię­ciem. Zde­cy­do­wa­nie mnie drażni – i jest tego świa­domy.

– Dean jest tylko face­tem, z któ­rym się spo­ty­kam, nie moim chło­pa­kiem. A ten „spe­cjalny lunch” oka­zał się po pro­stu świę­to­wa­niem jego awansu w pracy – wyja­śniam.

– Myśla­łem, że to ty będziesz naszą następną panną młodą z pie­kła rodem – mówi, pusz­cza­jąc do mnie oko znad fili­żanki. – Myślisz, że róż­ni­ła­byś się czymś od klien­tek?

– Nie ma nawet sensu o tym myśleć – odpo­wia­dam. – Mał­żeń­stwo zde­cy­do­wa­nie nie jest moim pla­nem w naj­bliż­szej przy­szło­ści.

Nie cho­dzi o to, że jestem prze­ciwna mał­żeń­stwu albo idei poślu­bie­nia Deana. Po pro­stu to zde­cy­do­wa­nie za wcze­śnie, żeby roz­wa­żać cokol­wiek takiego. Spo­ty­kamy się dopiero od kilku mie­sięcy, nawet nie jeste­śmy „ofi­cjal­nie” parą.

Clare wraca.

– Cokol­wiek on mówi, igno­ruj go – nalega. – W wieku trzy­dzie­stu jeden lat wciąż jesteś młoda, ludzie teraz biorą śluby dużo póź­niej.

– Widzisz? Teraz wszy­scy biorą śluby na sta­rość – dodaje Maël zło­śli­wie.

Wysta­wiam do niego język.

– Prze­pra­szam wszyst­kich, czy mogę pro­sić o chwilę uwagi? – prze­rywa nam Arnold, wcho­dząc do kuchni z, jak mi się wydaje, całą załogą będącą aktu­al­nie na zmia­nie. – Pro­szę, to ważne. Mam coś do prze­ka­za­nia.

– No i się zaczyna – szep­cze Maël do mnie, na szczę­ście na tyle cicho, że Arnold go nie sły­szy. – Zaraz wspo­mni, że pra­cuje tu naj­dłu­żej i bla, bla, bla.

Jest jed­nak coś w twa­rzy Arnolda, co mnie nie­po­koi. Brak w niej emo­cji, brak koloru na policz­kach. Wiem, że to brzmi głu­pio, ale praca Arnolda jako gospo­da­rza nie­mal ociera się o aktor­stwo. Jego czarny gar­ni­tur zawsze jest nie­ska­zi­tel­nie czy­sty – szcze­rze mówiąc, ni­gdy nie widzia­łam na nim choćby dro­binki kurzu. Dziew­czyna na prak­ty­kach kie­dyś wpa­dła na niego z zapa­loną tor­tową świecą uro­dzi­nową, a my do dziś żar­tu­jemy, że musi trak­to­wać ten gar­ni­tur jaki­miś magicz­nymi środ­kami che­micz­nymi, które odpy­chają kata­strofy (przy­da­łyby mi się). Poza tym poru­sza się dokład­nie tak, jak można by się spo­dzie­wać: z klasą, spo­ko­jem i pełną kon­trolą. Teraz jed­nak jego ramiona są opusz­czone, mowa ciała jest zupeł­nie inna, jakby wypadł z roli.

– Jako naj­dłu­żej pra­cu­jący czło­nek zespołu w Dia­nie… – zaczyna.

No dobrze, jed­nak nie do końca. Maël nie potrafi powstrzy­mać chi­chotu, widząc, jak jego prze­po­wied­nia się speł­nia.

– Weź coś wresz­cie na poważ­nie! – nie­mal krzy­czy Arnold. Kolor gwał­tow­nie wraca na jego policzki. Rów­nie szybko jed­nak znika, gdy Arnold bie­rze się w garść, ale już wiem, że coś jest bar­dzo nie tak.

– No już, uspo­kój się – mówi Maël. – To nie tak, jakby ktoś umarł.

Arnold otrze­puje się, jakby ta chwi­lowa utrata pano­wa­nia nad sobą mogła w jaki­kol­wiek spo­sób znisz­czyć jego gar­ni­tur.

– Wła­śnie tu się mylisz, mój drogi – odpo­wiada. – A teraz pro­szę, wszy­scy słu­chaj­cie…

Rozdział 2

– Z któ­rej strony? – pyta mnie duchowny po pięć­dzie­siątce, marsz­cząc brwi.

– Z któ­rej strony? – powta­rzam za nim.

Kiwa głową w stronę pustych ławek za sobą.

– Och, prze­pra­szam, chyba tra­fi­łam do nie­wła­ści­wego kościoła – odpo­wia­dam spe­szona, bo czyż nie jest tak, że zawsze zbyt szybko zakła­damy, iż to my popeł­ni­li­śmy błąd? Wybie­ra­nie strony wydaje się nie­wła­ściwe, prze­cież przy­szłam na pogrzeb, nie na wesele.

Jestem nie­wol­nicą roz­kła­dów jazdy auto­bu­sów, co zazwy­czaj ozna­cza, że mam do wyboru: przyjść za wcze­śnie albo za późno. Spóź­nie­nie się na pogrzeb nie wyda­wało się dobrą opcją. Przy­naj­mniej mam czas, żeby zna­leźć wła­ściwy kościół.

Duchowny jakby czyta w moich myślach.

– Nie, jest pani we wła­ści­wym miej­scu – mówi. – Lewa strona należy do brata, prawa do sio­stry.

Sze­roko otwie­ram oczy. Nagle wszystko nabiera sensu.

– Och… w takim razie żadna – odpo­wia­dam. Nie wiem, co innego mogła­bym powie­dzieć.

– Prze­pra­szam, muszę przy­znać, że dziś nie jestem w naj­lep­szym nastroju – mówi, prze­su­wa­jąc dło­nią po łysie­ją­cej gło­wie. – Dener­wuję się nabo­żeń­stwem. Skąd znała pani Dianę?

– Była moją sze­fową – odpo­wia­dam, po czym się uśmie­cham. – A wła­ści­wie… była kimś o wiele wię­cej.

– Były­ście sobie bli­skie? – pyta. Z początku brzmi to jak pyta­nie, ale gdy jego twarz łagod­nieje, orien­tuję się, że raczej potwier­dza fakt.

– Bar­dzo bli­skie – mówię. – Tak wiele jej zawdzię­czam.

– Jest pani bar­dzo wcze­śnie, może zro­bię pani her­batę? – pro­po­nuje. – Choć przy­znam, że mam w tym pewien inte­res. Jeśli mi pani pomoże, ja też będę mógł się odwdzię­czyć.

– Och? – To jedyne, na co mnie stać.

Czuję się tak, jak­bym miała zaraz zawrzeć pakt z dia­błem cho­ciaż układ z duchow­nym to raczej jego prze­ci­wień­stwo.

– Cóż, jest her­bata – zaczyna. – I mógł­bym pozwo­lić pani usiąść na dobrym miej­scu pod­czas nabo­żeń­stwa, żeby nie musiała pani wybie­rać strony. No i oczy­wi­ście pomoc duchow­nemu świet­nie wygląda w CV… przy Bra­mach Nie­bie­skich.

Jestem pewna, że potrzeba mi cze­goś wię­cej niż refe­ren­cji od księ­dza, ale ta myśl spra­wia mi przy­jem­ność.

– W kościele jest coś takiego jak dobre miej­sca? – pytam.

– Oczy­wi­ście – odpo­wiada z dumą, pro­wa­dząc mnie do zaple­cza. – Pro­szę usiąść, naprawdę dziś zupeł­nie nie wiem, co robić.

Widzę despe­ra­cję w jego oczach. Oczy­wi­ście, że mu pomogę. To zna­czy, jeśli będę w sta­nie.

Przed­sta­wia się jako Ken, nale­wa­jąc nam her­baty w pomiesz­cze­niu, które mogę opi­sać jedy­nie jako pokój socjalny z małą kuch­nią – bo oczy­wi­ście kościoły mają pokoje socjalne, po pro­stu się nad tym nie zasta­na­wiamy, prawda? W końcu siada obok mnie przy wysłu­żo­nym drew­nia­nym stole.

– Zakła­dam, że zna pani Andrew i Aga­thę Atwood – zaczyna, pod­su­wa­jąc mi paczkę cze­ko­la­do­wych her­bat­ni­ków.

– Znam – potwier­dzam.

Andrew i Aga­tha to dzieci Diany – no dobrze, „dzieci”, bo skoro Diana miała pra­wie osiem­dzie­siąt lat, to muszą być już po czter­dzie­stce. Jak to czę­sto bywa w przy­padku dzieci boga­tych rodzi­ców, Andrew i Aga­tha są roz­piesz­czeni, rosz­cze­niowi i chciwi. Diana zawsze powta­rzała, że nie wie, gdzie popeł­niła błąd, skoro wyro­śli na takich ludzi. Wyobra­żała sobie, że doro­sną i będą pra­co­wać w rodzin­nym biz­ne­sie, ale żadne z nich nie miało ochoty pra­co­wać. Gdy mąż Diany – ich ojciec – zmarł, a oni odzie­dzi­czyli sporą sumę, tylko utwier­dziło ich to w obra­nym stylu życia. Co dziwne, ich podo­bień­stwo spra­wia, że są ze sobą w cią­głym kon­flik­cie – stąd dwie strony kościoła.

– Popro­si­łem ich oboje o infor­ma­cje o Dia­nie, bo zawsze sta­ram się mówić o czło­wieku indy­wi­du­al­nie, każdy może wygło­sić kilka słów i dobrać hymny – wyja­śnia Ken. – Bar­dzo zależy mi na uho­no­ro­wa­niu czy­je­goś życia: kim dana osoba była, jaki miała wpływ na świat i co po sobie zosta­wiła.

– To brzmi naprawdę pięk­nie – mówię.

– Tyle że ani Andrew, ani Aga­tha nie potra­fili powie­dzieć mi zbyt wiele o swo­jej matce – cią­gnie. – Andrew przy­słał to. Pro­szę spoj­rzeć…

Podaje mi zło­żoną kartkę, na któ­rej wid­nieje:

Imię: Diana Atwood

Data zgonu: 14:02, 20.01.2023

Przy­czyna śmierci: zawał serca

Miej­sce zgonu: LGI

Opada mi szczęka.

– Nie­zbyt dobry mate­riał na mowę pogrze­bową, prawda? – mówi Ken. – Aga­tha przy­słała wię­cej, ale oka­zało się, że to po pro­stu bio­gra­fia Diany z jej strony inter­ne­to­wej. Mia­łem nadzieję, że mogłaby mi pani opo­wie­dzieć o Dia­nie: jak się pozna­ły­ście, co kochała, jaka była, co zna­czył dla niej jej biz­nes.

Jak to moż­liwe, że jej wła­sne dzieci nie potra­fią powie­dzieć o niej niczego oso­bi­stego? Choć wła­ści­wie wcale mnie to nie dziwi – ni­gdy jej nie odwie­dzały.

Biorę głę­boki oddech, szu­ka­jąc słów.

– Powie­działa pani, że wszystko jej pani zawdzię­cza – pod­po­wiada Ken. – Może od tego zaczniemy? Jeśli oczy­wi­ście nie ma pani nic prze­ciwko.

– Mój tata wyje­chał za gra­nicę, gdy byłam mała, więc zosta­ły­śmy tylko ja i mama – zaczy­nam. – Kiedy zmarła, byłam kom­plet­nie zdru­zgo­tana… i zupeł­nie zagu­biona. Zre­zy­gno­wa­łam z pracy, żeby opie­ko­wać się nią pod koniec życia, więc po jej śmierci było naprawdę ciężko. W panice szu­ka­łam jakiej­kol­wiek pracy, nie licząc na nic szcze­gól­nego, szcze­rze mówiąc, to nie licząc na nic. Wtedy jedna z moich szkol­nych kole­ża­nek udo­stęp­niła ogło­sze­nie o nabo­rze kel­ne­rów do kawiarni Diany. Wysła­łam CV i dosta­łam zapro­sze­nie na roz­mowę z samą Dianą. Kole­żanka powie­działa mi, że Diana zapra­szała wszyst­kich, bo taka wła­śnie była, ale gdy usia­dłam naprze­ciwko niej i wyja­śni­łam prze­rwę w CV, od razu ruszyła do dzia­ła­nia. Zupeł­nie jak moja mama.

– Dała pani pracę w chwili, gdy naj­bar­dziej jej pani potrze­bo­wała – mówi Ken z uśmie­chem.

– Nie tylko to – odpo­wia­dam. – Dała mi też dach nad głową, w miesz­ka­niu nad her­ba­ciar­nią. Choć twier­dziła, że moja pen­sja jest pomniej­szona o czynsz, nie sądzę, by to była prawda. Przy­jęła mnie pod swoje skrzy­dła, nauczyła wszyst­kiego i sta­ły­śmy się sobie bar­dzo bli­skie.

Głos lekko mi drży, więc Ken zmie­nia temat.

– Co lubiła? – pyta. – Co spra­wiało, że Diana była Dianą?

– Uwiel­biała Elvisa – mówię z uśmie­chem. – Naprawdę, szcze­rze go kochała. A kry­mi­nały były jej ulu­bio­nymi pro­gra­mami w tele­wi­zji. Aha, no i The Great Bri­tish Bake Off. Zawsze powta­rza­łam, że powinna się zgło­sić, a ona mówiła, że nie jest wystar­cza­jąco inte­re­su­jąca do tele­wi­zji. A ja uwa­żam, że była i że zmiaż­dży­łaby kon­ku­ren­cję w każ­dym sezo­nie. Ale nic nie było w sta­nie odcią­gnąć jej od her­ba­ciarni. Ludzie bez prze­rwy pró­bo­wali ją odku­pić, ale nie ist­niała suma, która by ją sku­siła. Eme­ry­tura też ni­gdy nie wcho­dziła w grę. Po pro­stu za bar­dzo kochała swoją pracę i swo­ich pra­cow­ni­ków. Zawsze mówiła, że jeste­śmy jak rodzina, a mając taką rodzinę jak jej wła­sna… kto mógłby ją winić za stwo­rze­nie nowej?

Od chwili, gdy dotarła do mnie straszna wia­do­mość o Dia­nie, nie byłam w sta­nie myśleć o niej bez smutku. Teraz jed­nak nie potra­fię się nie uśmiech­nąć. Dobrze jest przy­po­mnieć sobie te dobre rze­czy – to, co kochała i co czy­niło ją tak wyjąt­kową osobą.

– Sereno, bar­dzo mi przy­kro z powodu two­jej straty – mówi Ken. – I nie jestem w sta­nie wystar­cza­jąco podzię­ko­wać ci za to, że dałaś mi obraz praw­dzi­wej Diany, dzięki któ­remu mogę ją poże­gnać tak, jak na to zasłu­guje.

– To naprawdę mini­mum, jakie mogę zro­bić – odpo­wia­dam. – Będzie mi jej strasz­nie bra­ko­wało. Ode­szła tak nagle, tak nie­spo­dzie­wa­nie… nie mia­łam szansy się poże­gnać. Dobrze wie­dzieć, że mogę pomóc, choćby w mały spo­sób.

– Ludzie powinni zacząć się scho­dzić – mówi Ken. – Spi­szę notatki, żeby niczego nie zapo­mnieć, ale jeśli przej­dzie pani przez tamte drzwi i pój­dzie nawą, Diana już tam jest. Jeśli chcia­łaby pani poże­gnać się z nią w ciszy, zanim przyjdą inni.

– Myśla­łam, że zwy­kle przy­jeż­dża się kara­wa­nem – mówię bez zasta­no­wie­nia.

– Andrew i Aga­tha nie mogli się doga­dać – odpo­wiada, zaci­ska­jąc na moment usta. – To był chyba kom­pro­mis.

– Rozu­miem. Dzię­kuję.

Idę nawą do miej­sca, gdzie Diana czeka na spo­czy­nek.

Gdy byłam mała – mia­łam osiem, może dzie­więć lat – i zmarła moja bab­cia, zoba­czy­łam jej trumnę, pierw­szą w życiu, i byłam nią prze­ra­żona. Mama powie­działa mi wtedy, żebym się nie bała – że babci tam nie ma, że to tylko sym­bol. Wzię­łam to dosłow­nie i przez kilka lat byłam prze­ko­nana, że trumny to po pro­stu puste skrzy­nie. Teraz, gdy jestem star­sza, rozu­miem, co miała na myśli. Diany nie ma tutaj – nie naprawdę. Ode­szła. Mimo to nie potra­fię się powstrzy­mać, by nie prze­su­nąć dło­nią po gład­kim drew­nie i nie wyszep­tać:

– Żegnaj. Dzię­kuję za wszystko.

Sły­szę trzask, a potem…

– Ilu milio­nów jesz­cze potrze­bu­jesz? – pyta wście­kle kobiecy głos.

– Myślisz, że nie­wiele ponad milion na głowę ze sprze­daży domu wystar­czy nam na całe życie? – odpo­wiada męż­czy­zna. – Jak zwy­kle ode­rwana od rze­czy­wi­sto­ści, sio­strzyczko.

– Zacho­wu­jesz się jak palant w kościele – syczy.

– To kwe­stia opi­nii, ale ty wła­śnie powie­dzia­łaś „palant” w kościele, a to jest o wiele gor­sze – ripo­stuje.

Wzdy­cham. Serce ciąży mi jesz­cze bar­dziej, gdy patrzę, jak doro­słe dzieci Diany kłócą się, idąc razem nawą. Naprawdę muszą robić to wła­śnie teraz?

Andrew jest wierną kopią swo­jego ojca. Diana miała w her­ba­ciarni mnó­stwo zdjęć swo­jego zmar­łego męża, Armanda, i patrząc na Andrew, mam wra­że­nie, jak­bym oglą­dała współ­cze­sny reboot tej samej postaci. Jest wysoki i szczu­pły, z ide­al­nie przy­strzy­żoną brodą, taką, któ­rej nie da się utrzy­mać bez grze­bie­nia i dro­giego olejku. Ciemne włosy i ciemne oczy nadają mu aurę tajem­ni­czo­ści, ale jego chłodna, nie­przy­stępna postawa spra­wia, że wcale nie chce się go lepiej poznać. Aga­tha nato­miast jest bar­dzo podobna do matki. No, do wer­sji Diany prze­pusz­czo­nej przez maszynę do pro­duk­cji disney­ow­skich czar­nych cha­rak­te­rów. Jej rysy są napięte, jakby żało­wała ener­gii na poru­sza­nie mię­śniami twa­rzy (choć to zapewne i tak głów­nie zasługa botoksu, któ­rym pró­buje zatrzy­mać czas, a który w prak­tyce tylko utrwala gry­mas nie­za­do­wo­le­nia, jaki musiała mieć w chwili wstrzyk­nię­cia).

Aga­tha łapie ze mną kon­takt wzro­kowy.

– Eee… kim ty jesteś? – pyta. – I co robisz przy naszej mamie?

– Prze­pra­szam, tylko się żegna­łam – odpo­wia­dam. – Bar­dzo mi przy­kro z powodu waszej straty. Kocha­łam waszą mamę, była nie­sa­mo­wita.

– Cho­lera, nie jesteś jakimś nie­ślub­nym dziec­kiem, prawda? – pyta Andrew. – Bo jeśli tak, to żad­nych pie­nię­dzy nie dosta­niesz.

– Nie, nie – tłu­ma­czę szybko. – Pra­co­wa­łam dla waszej mamy. Miesz­ka­łam w lokalu nad her­ba­ciar­nią. Nazy­wam się Serena, spo­tka­li­śmy się już kilka razy.

Oczy­wi­ste jest, że żadne z nich mnie nie pamięta.

– Świet­nie, to może powiesz mojej tępej sio­strze, że biz­nes świet­nie pro­spe­ruje? – rzuca Andrew, co prawda nie­zbyt uprzej­mie, ale przy­naj­mniej używa słowa „pro­szę”.

– Tak, oczy­wi­ście – potwier­dzam.

– No dobrze, w takim razie możemy powal­czyć o wię­cej – ustę­puje Aga­tha, wyraź­nie nie­chęt­nie.

– O wię­cej… czego? – pytam, zanim zdążę się powstrzy­mać.

– To nie twoja sprawa – zaczyna Aga­tha. Po chwili namy­słu dodaje:

– Cho­ciaż w sumie jed­nak to jest też twoja sprawa. Sprze­da­jemy to miej­sce. Całość. Biz­nes, budy­nek, wszystko.

– Nie może­cie tego zro­bić – wymyka mi się.

Andrew się śmieje.

– A niby czemu? Mama nam je zosta­wiła…

– Jedyną rze­czą, przy któ­rej wasza mama zawsze była abso­lut­nie nie­ugięta, było to, że ni­gdy nie sprzeda her­ba­ciarni – przy­po­mi­nam mu, sta­ra­jąc się pano­wać nad emo­cjami. Ale to dla mnie ważne, bo dla Diany było ważne i oni oboje dosko­nale o tym wie­dzą. – Ona by tego nie znio­sła – dodaję, tak spo­koj­nie, jak tylko potra­fię.

– No cóż, nie bar­dzo ma teraz moż­li­wość nią zarzą­dzać, prawda? – zauważa Aga­tha. Nie poj­muję, jak może być tak obo­jętna, sto­jąc kilka metrów od trumny wła­snej matki.

– Komu sprze­da­je­cie? – pytam.

Oczy­wi­ście to nie moja sprawa, ale przez lata nie­zli­czone osoby pró­bo­wały kupić her­ba­ciar­nię, budy­nek albo jedno i dru­gie. Naj­lep­sze, na co mogła­bym liczyć, to sprze­daż komuś z kon­ku­ren­cji Diany.

– Jesteś strasz­nie wścib­ska – mówi Andrew z roz­ba­wie­niem. – Skoro musisz wie­dzieć: kupuje to sieć pubów. Tak naprawdę cho­dzi im tylko o budy­nek, więc zmu­szamy ich do kupna także biz­nesu i to grubo powy­żej ceny, mimo że go nie chcą. Genialne, prawda?

– Serio, wasza mama byłaby tym prze­ra­żona – mówię. Czuję, że mam obo­wią­zek to powie­dzieć, nie tylko ze względu na moją lojal­ność wobec Diany, ale dla­tego, że była ich matką, a oni nie zdają sobie sprawy, jak straszny błąd popeł­niają.

– Chwila, jesteś po pro­stu wku­rzona, bo będziesz musiała zna­leźć sobie nowe miej­sce do życia? – pyta Aga­tha, tylko lekko ziry­to­wana, cał­ko­wi­cie mija­jąc się z sed­nem sprawy. – To w ogóle nie cho­dzi o mamę, prawda? Wow. Wyko­rzy­sty­wać śmierć cudzej matki, żeby mieć dach nad głową. Żenada.

– To nie tak – upie­ram się, sta­ra­jąc się, by mój głos brzmiał sta­now­czo, choć z każdą sekundą tracę pew­ność sie­bie.

Aga­tha nie zamie­rza słu­chać.

– To było raczej nie­for­mal­nie, prawda? – dopy­tuje. – Nie masz żad­nej umowy najmu?

O Boże. Nie mam. Diana pozwa­lała mi tam miesz­kać prak­tycz­nie za darmo. Moja twarz musi zdra­dzać wszystko, czego Aga­tha potrze­buje się dowie­dzieć.

– W takim razie musisz się wynieść do końca tygo­dnia – oznaj­mia chłodno.

– Ale dziś jest pią­tek – zauwa­żam.

– Och, ona o tym wie – mówi Andrew z roz­ba­wie­niem, z miną czło­wieka, który dosko­nale zdaje sobie sprawę z tego, jaka Aga­tha potrafi być okropna; i zupeł­nie mu to nie prze­szka­dza.

– Dobrze, dobrze. Masz jesz­cze ponie­dzia­łek i wto­rek, żeby opróż­nić miesz­ka­nie. I wiesz co? Zapła­cimy ci nor­mal­nie, ale nie musisz już przy­cho­dzić do pracy – dodaje.

– Serio? – pyta Andrew z nie­do­wie­rza­niem, jakby było to zupeł­nie nie w jej stylu.

– Nie chcemy, żeby zepsuła sprze­daż, prawda? – mówi pół­gło­sem.

Patrzę na nich przez chwilę. Reali­stycz­nie rzecz bio­rąc – czy mogę cokol­wiek zro­bić? Diana i ja były­śmy sobie bli­skie, ale nie mam żad­nego głosu, żad­nych praw. Nie mogę nic. Jedyne, co mi pozo­staje, to odejść.

Przed kościo­łem gro­ma­dzi się coraz wię­cej ludzi – grupki żałob­ni­ków stoją w chło­dzie, każdy owi­nięty w płaszcz, pró­bu­jąc ochro­nić się przed mrocz­nym, stycz­nio­wym dniem. Prze­bie­gam wzro­kiem po twa­rzach, aż dostrze­gam kogoś zna­jo­mego.

Maël, wyglą­da­jący wyjąt­kowo ele­gancko w dopa­so­wa­nym czar­nym gar­ni­tu­rze, nie­mal się roz­pro­mie­nia, gdy mnie widzi.

– Serena, szybko – nalega.

Pod­cho­dzę do niego jak naj­szyb­ciej, zanim ktoś zauważy jego sze­roki uśmiech.

– Jesteś zadzi­wia­jąco wesoły jak na pogrzeb – zauwa­żam.

– Oczy­wi­ście, że jest mi strasz­nie smutno – mówi, choć wcale tak nie brzmi. Ale wiem, że w głębi duszy naprawdę jest. – Ale rozej­rzyj się. To miej­sce aż roi się od york­shire’owskiej śmie­tanki towa­rzy­skiej. Są tu nawet jacyś zawod­nicy Leeds Lions.

– Sły­sza­łam, że to buce – odpo­wia­dam. – Nie naj­lepsi kom­pani do żałoby.

– A tak w ogóle, co robi­łaś w kościele? Zała­twia­łaś nam dobre miej­sca? – pyta.

Śmieję się.

– Wła­ści­wie… tak. – Po chwili dodaję:

– Wpa­dłam tam na Andrew i Aga­thę.

Maël krzywi się.

– Domy­ślam się, że to było paskudne. Andrew to Patrick Bate­man w wer­sji budże­to­wej, tylko bez pracy, a Aga­tha jest po pro­stu obrzy­dliwa.

– Powie­dzieli mi coś – zaczy­nam, po czym zawie­szam głos. – Umiesz docho­wać tajem­nicy?

– Nie – odpo­wiada bez mru­gnię­cia okiem. – Ale dla cie­bie zro­bię wyją­tek.

– Sprze­dają Dianę – mówię krótko, ści­sza­jąc głos.

– Dianę… co?

– Her­ba­ciar­nię!

– Nie!

Maël jest tak samo zszo­ko­wany jak ja.

– Sprze­daż była ostat­nią rze­czą, jakiej chciała Diana – mówi. – Cho­lera jasna, prze­wraca się w gro­bie. Cho­lera… ona nawet jesz­cze w nim nie leży.

– I nawet nie sprze­dają komuś, kto zostawi ją otwartą – dodaję z wes­tchnie­niem. – Sprze­dają tej sieci pubów, która od lat pró­bo­wała dorwać się do budynku.

– „U Diany” ma się zamie­nić w pie­przo­nego „Sta­rego Dun­cana”? – pyta z nie­do­wie­rza­niem.

Żadna liczba rug­bi­stów w gar­ni­tu­rach nie jest teraz w sta­nie popra­wić Maëlowi humoru. Wręcz prze­ciw­nie – jego abso­lutne zała­ma­nie wydaje się jesz­cze głęb­sze.

– O Boże, wła­śnie coś sobie uświa­do­mi­łem – zaczyna. – Prze­no­szę się do Edyn­burga.

– Co?

– Stracę pracę – mówi. – Nie ma szans, żebym teraz mógł zostać w Leeds.

Choć smutno to przy­znać, Maël i Mar­tyn są moimi dwoma naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi, a poza nimi nie mam zbyt wielu bli­skich osób. Tak to już bywa po trzy­dzie­stce, gdy zna­jomi zaczy­nają wyprze­dzać cię w życio­wych „eta­pach”. Moi żonaci przy­ja­ciele są albo zbyt zajęci, albo zbyt szczę­śliwi w swo­ich małych, dwu­oso­bo­wych bań­kach, by chcieć cho­dzić na imprezy z sin­gielką. Wła­ści­wie trudno ich za to winić. Gdy­bym miała part­nera w domu, pew­nie też chcia­ła­bym spę­dzać z nim cały czas. Rezy­gna­cja z pracy, by opie­ko­wać się mamą, rów­nież nie pomo­gła – kom­plet­nie zruj­no­wała moje życie towa­rzy­skie. Choć nie żałuję ani przez sekundę – zro­bi­ła­bym to znowu bez waha­nia. Dla­tego tak bar­dzo cie­szy­łam się, że tra­fi­łam do pracy z Maëlem. Oczy­wi­ście byłoby mi strasz­nie smutno, gdyby się wypro­wa­dził, ale ni­gdy, przeni­gdy nie pró­bo­wa­ła­bym go zatrzy­mać. Muszę go wspie­rać.

– Przy­naj­mniej ty będziesz mieć gdzie miesz­kać – mówię. – I chło­paka, któ­remu na tobie zależy.

– Wiesz co? To może się dla cie­bie dobrze skoń­czyć – mówi Maël. – Jak Dean się dowie, pew­nie pozwoli ci zamiesz­kać u sie­bie.

– Myślisz? – pytam. – To chyba za wcze­śnie?

– W sytu­acjach kry­zy­so­wych „za wcze­śnie” prze­staje obo­wią­zy­wać – oznaj­mia. – O, patrz, wszy­scy wcho­dzimy do środka.

Zacze­piam ramię o ramię Maëla i ruszamy w stronę kościoła.

– To będzie jesz­cze bar­dziej łamiące serce – szep­cze.

– Edyn­burg jest ładny – mówię, ale wiem, co ma na myśli.

Nie powiem, że Diana kochała swoją her­ba­ciar­nię bar­dziej niż wła­sne dzieci, ale była dla niej jak jedno z nich – i praw­do­po­dob­nie dawała jej wię­cej niż Andrew i Aga­tha kie­dy­kol­wiek. Nie tylko sprze­daż, ale i zamknię­cie miej­sca jest cał­ko­wi­cie sprzeczne z jej wolą. Powin­nam sku­piać się na poże­gna­niu kobiety, którą kocha­łam jak członka rodziny, a zamiast tego nie mogę prze­stać myśleć o tym, jak bar­dzo ją krzyw­dzą – oraz o tym, że za kilka dni nie będę miała ani domu, ani pracy.

Może Maël ma rację. Może Dean zapro­po­nuje, żebym u niego zamiesz­kała – nawet jeśli jego mru­kliwy współ­lo­ka­tor ma żela­zną zasadę „żad­nych dziew­czyn”. Wiem, że to za wcze­śnie, by się wpro­wa­dzać po kilku mie­sią­cach luź­nego spo­ty­ka­nia się, ale chcę wie­rzyć, że znamy się już na tyle dobrze, by mógł mnie wes­przeć.

Chyba wkrótce się prze­ko­nam…

Rozdział 3

Sie­dząc na sofie w miesz­ka­niu, roz­glą­dam się po pokoju. Przez ostatni rok nazy­wa­łam to miej­sce domem – aż trudno uwie­rzyć, że muszę je opu­ścić.

Więk­szość mebli nie jest moja; kiedy się wpro­wa­dzi­łam, miesz­ka­nie było w pełni ume­blo­wane. Mimo to zna­la­złam spo­sób, żeby nadać mu oso­bi­sty cha­rak­ter. Diana lubiła pastele i kwia­towe motywy, więc wyko­rzy­sta­łam tę kolo­ry­stykę, doda­jąc swoje akcenty – rośliny, drobne ozdoby i uro­cze gra­fiki.

Dean sie­dzi obok mnie na kana­pie. Jedną ręką obej­muje mnie i czule masuje ramię, drugą opiera na moim udzie. Tak wiele dla mnie zna­czy, że przy­je­chał nie­mal natych­miast po tym, jak wró­ci­łam z pogrzebu tylko po to, żeby upew­nić się, że wszystko ze mną w porządku i spró­bo­wać popra­wić mi humor.

– Par­szywcy – mówi, kiedy koń­czę opo­wia­dać mu o Andrew i Aga­cie oraz ich pla­nach sprze­daży her­ba­ciarni wbrew woli zmar­łej matki. – Ludzie potra­fią być abso­lut­nymi gni­dami.

– Zawsze, gdy myślę, że pozna­łam naj­gor­szego czło­wieka na tej pla­ne­cie, ktoś znaj­duje spo­sób, żeby udo­wod­nić mi, że się myli­łam – wzdy­cham.

– Powin­naś spró­bo­wać pracy w finan­sach – mówi. – Tam wszy­scy są gni­dami.

– Diana byłaby zdru­zgo­tana, gdyby wie­działa, co się dzieje – mówię cicho.

– Wiem, że spo­tka­łem ją tylko raz, na chwilę, i było widać, że nie zro­bi­łem na niej naj­lep­szego wra­że­nia, ale ty ją wyraź­nie uwiel­bia­łaś, a ona uwiel­biała cie­bie – uspo­kaja mnie Dean.

– Tak, zwy­kle miała nie­zły instynkt, jeśli cho­dzi o ludzi – przy­znaję. – Ale roz­ma­wiała z tobą tylko przez minutę czy dwie. Po pro­stu włą­czył jej się tryb nado­pie­kuń­czej matki i spraw­dzała, czy jesteś wystar­cza­jąco dobry.

– I jaki byłby wer­dykt? – pyta z uśmie­chem.

– Poko­cha­łaby cię, gdyby miała oka­zję cię lepiej poznać – odpo­wia­dam.

– Uu, ostroż­nie, rzu­casz tak tym sło­wem na „K” – dro­czy się.

– Powie­dzia­łam, że ona by cię poko­chała – przy­po­mi­nam mu. – Mnie prze­ko­nać jest znacz­nie trud­niej.

– Zapa­mię­tam – odpo­wiada z uśmie­chem.

– Wisienką na tor­cie jest to, że oprócz utraty pracy, stracę też to miesz­ka­nie – dodaję. – Chcą, żebym się wynio­sła w ciągu kilku dni.

– To brzmi nie­roz­sąd­nie – mówi Dean, natych­miast prze­cho­dząc w tryb zawo­dowy. – Co mówi umowa najmu? Chcesz, żebym na nią zer­k­nął?

– To miłe z two­jej strony, ale… ni­gdy nie mia­ły­śmy umowy – przy­znaję. – Wiem, brzmi to głu­pio, ale choć Diana mówiła, że moje wyna­gro­dze­nie było pomniej­szone o czynsz, w rze­czy­wi­sto­ści chyba w ogóle nie brała ode mnie pie­nię­dzy. Pozwa­lała mi tu miesz­kać za darmo, więc nie było umowy. Myślała tylko o mnie, chciała, żebym miała gdzie miesz­kać, skoro u niej pra­co­wa­łam. Żadna z nas nie zakła­dała, że to wszystko skoń­czy się w ten spo­sób.

Łza, która od dłuż­szej chwili zbie­rała się pod dolną powieką, w końcu wymyka się i spływa po policzku. Szybko ją ocie­ram.

– Wła­śnie dla­tego tu jestem – mówi Dean. – Żeby popra­wić ci humor. Przy­nio­słem pizzę, te okropne gotowe drinki, które lubisz, a nawet obej­rzę z tobą jeden z two­ich mafij­nych fil­mów, choć pró­bo­wa­łaś mnie już do tego zmu­sić wcze­śniej.

Czuję, jak cię­żar, który przy­gniata mnie od rana, zaczyna powoli ustę­po­wać.

– Ni­gdy nie pozna­łam nikogo, kto potra­fiłby zasnąć pod­czas oglą­da­nia Chłop­ców z ferajny – mówię, pozwa­la­jąc sobie na uśmiech. – Masz szczę­ście, że wciąż tu jesteś.

– To może mieć coś wspól­nego z pierw­szym punk­tem mojego planu dzia­ła­nia – mówi, nachy­la­jąc się bli­żej.

Gdy składa poca­łunki na mojej szyi, po omacku szuka zamka z tyłu czar­nej sukienki, którą mia­łam dziś na pogrze­bie – jedy­nej ele­ganc­kiej czar­nej sukienki, jaką posia­dam.

Dean jest przy­stojny. Widać, że lubi siłow­nię – ma musku­larną syl­wetkę, choć jego mię­śnie wydają się być jedy­nie „dla oka”. Ma bar­dzo schludny, wręcz kor­po­ra­cyjny wygląd – to zapewne efekt pracy w poważ­nej branży, jaką są finanse. Ciemne włosy nosi krótko przy­strzy­żone i zacze­sane do tyłu, a jego ubra­nia są zawsze ele­ganc­kie i dopa­so­wane, jakby w każ­dej chwili mógł wysko­czyć na posie­dze­nie zarządu (nie wiem, czy fak­tycz­nie w nich uczest­ni­czy, ale wia­domo, o co cho­dzi). Jest naprawdę atrak­cyjny… ale nikt nie jest wystar­cza­jąco atrak­cyjny tuż po sty­pie.

Kiedy jego poca­łunki stają się bar­dziej natar­czywe, odsu­wam go moż­li­wie naj­de­li­kat­niej.

– Prze­pra­szam – mówię. – Po pro­stu… trudno mi teraz poczuć odpo­wiedni nastrój.

Po wyra­zie jego twa­rzy widzę, że tylko ja tak się czuję.

– Szcze­rze mówiąc, mar­twi mnie też moja sytu­acja miesz­ka­niowa – dodaję.

– Tak, tak, nie dzi­wię się – odpo­wiada, cofa­jąc się nieco, zarówno fizycz­nie, jak i emo­cjo­nal­nie.

No dalej, Dean. Powiedz, że mogę u cie­bie zostać. Choćby na kilka nocy, dopóki cze­goś nie znajdę. Pro­szę, pro­szę. Nie zmu­szaj mnie, żebym musiała o to pro­sić.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki