32,90 zł
Romantyczna komedia o różnicach, przyciąganiu i szukaniu własnego miejsca – zarówno w domu, jak i w sercu.
Serena traci mieszkanie i z radością przyjmuje ofertę przyjaciółki – ma zaopiekować się jej domem podczas jej podróży.
Niestety, nie jest jedyną osobą, która otrzymała to zaproszenie. W domu pojawia się także Ziggy, arogancki, niechlujny i… niezwykle przystojny muzyk.
Ich wspólne mieszkanie szybko staje się polem bitwy o przestrzeń i spokój, a każde kolejne nieporozumienie prowadzi do śmiechu, złości… i do przyciągania, którego oboje nie mogą w nieskończoność ignorować.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 260
Tytuł oryginału: Your Place or Mine?
Korekta: zespół
Copyright © by Portia MacIntosh, 2023 All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Karolina Niewiadomska, 2026 Prawa do przekładu zostały pozyskane za pośrednictwem Vicki Satlow Literary Agency oraz Book/Lab Literary Agency Copyright © for this edition by Dressler Dublin Sp. z o.o., 2026
Producent Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: sekretariat@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 00 www.dressler.com.pl
Dane do kontaktu Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 e-mail: biuro@swiatksiazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydawnictwoswiatksiazki.pl
Warszawa 2026
Księgarnie internetowe: swiatksiazki.pl, ksiazki.pl, czytam.pl
Dystrybucja Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki ul. Poznańska 91 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-68812-56-5
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Dla Joego – z którym bardzo łatwo się żyje
Dzień ślubu to najbardziej wyjątkowy dzień w życiu… dokładnie taki sam jak u wszystkich innych.
Ellen z całą pewnością uważa, że jej będzie absolutnie wyjątkowy. Siedzi naprzeciwko mnie, bez przerwy opowiadając o zbliżającym się ślubie, jednocześnie bezlitośnie krytykując rzekomo okropne wesela, na których była wcześniej, a przy tym wszystkim zmusza mnie do próbowania ciasta za ciastem. Nigdy nie przypuszczałam, że mogę mieć dość ciasta, a tu proszę.
Gdyby ludzie wiedzieli, na co się piszą, zanim po raz pierwszy zgodzą się zostać świadkową, wątpię, że ktokolwiek powiedziałby „tak”. A już kompletnie nie potrafię sobie wyobrazić, by ktoś zrobił to dwa razy. Jasne, między najlepszymi przyjaciółkami istnieje pewna wzajemność – jesteście swoimi świadkowymi w tych wielkich dniach – ale niech Bóg ma w opiece tę, która wychodzi za mąż pierwsza, bo po miesiącach tego wszystkiego druga panna młoda nie tylko będzie oczekiwać standardowych obowiązków świadkowej, ale zapragnie też zemsty.
– To chyba powinno być ciasto owocowe, prawda? – pyta Ellen, grzebiąc widelcem w waniliowym biszkopcie, jakby odpowiedzi miały kryć się w jego wnętrzu.
– To tradycja, z której coraz więcej par rezygnuje – odpowiadam. – Ciasto owocowe ma symbolizować płodność. Chodzi o to, że serwuje się je z nadzieją, iż przyniesie wam w przyszłości gromadkę dzieci. Mówi się nawet, że tort ma trzy piętra po to, by dolne zjeść w dniu ślubu, środkowe rozdać gościom na wynos, a górne zamrozić i zjeść na chrzcie pierwszego dziecka.
– Zamrozić? – odpowiada z niedowierzaniem.
– Tak, przechowuje się je w zamrażarce – mówię bez najmniejszego entuzjazmu, jedynie relacjonując fakty.
– A co, jeśli nie ma się dzieci? – dopytuje. – Albo jeśli czeka się na nie naprawdę długo, kiedy jest się już starym… na przykład po trzydziestce czy coś?
Postanawiam nie analizować jej uwagi na temat ludzi po trzydziestce jako „starych”. Nie dam rady teraz tego udźwignąć – zwłaszcza gdy mój talerz już ugina się pod ciężarem ciast, których nie chcę jeść.
– Niektórzy jedzą je w pierwszą rocznicę ślubu – mówię. – Ale oczywiście wcale nie trzeba go zachowywać.
Ellen wypuszcza powietrze z policzków.
– Nie wiem… ciasto, które może cię zapłodnić i przetrwać rok? To aż każe się zastanawiać, co oni do niego dodają.
Mówi to z autentycznym przerażeniem. Po chwili mruży oczy i spogląda na mnie niemal oskarżycielsko.
– Zostanę przy biszkopcie – decyduje w końcu. – Wanilia, cytryna czy czekolada, co byś wybrała?
– Pewnie po jednym piętrze każdego – przyznaję. – Żeby każdy znalazł coś dla siebie.
– Aha, ale widzisz, to byłby twój dzień ślubu – przypomina mi. – Zapomnij o gościach. Masz zadowolić siebie i nikogo więcej.
– I pana młodego, oczywiście – zauważam.
– No… tak – zgadza się niechętnie. – Ale przecież wszyscy wiedzą, że chodzi głównie o pannę młodą, prawda?
Ellen puszcza do mnie oko. Chyba najlepiej, żebym nic na to nie odpowiadała.
– Nie próbowałyśmy jeszcze tego z różowym lukrem – mówi. – No dalej, porównajmy je z waniliowym.
Z moich ust wymyka się pojedyncze czknięcie. Jadłam lunch – z deserem – niecałą godzinę temu, jestem tak pełna, że fizycznie nie jestem w stanie zmieścić kolejnego kęsa. Waham się, a Ellen to zauważa.
– Proszę – błaga. – Bycie panną młodą jest wystarczająco trudne, nie mogę robić tego sama. Właśnie po to są świadkowe: żeby pomagały podejmować takie decyzje.
Odcinam widelcem mikroskopijny kawałek ciasta z brzegu porcji. Gdy tylko trafia na język, cukier z truskawkowego lukru atakuje moje kubki smakowe, a ślinianki zaczynają pracować na najwyższych obrotach, próbując rozcieńczyć tę słodycz.
– Najbardziej podoba mi się truskawkowy lukier – mówię.
– Twoja twarz powinna się o tym dowiedzieć – gani mnie. – Nie wyglądasz, jakbyś się nim zachwycała.
Masuję lewą skroń wolną ręką. Prawą ściskam widelec. Bądź miła, Serena.
– Przepraszam, po prostu jestem strasznie najedzona, miałam duży lunch – odpowiadam.
– Ale wiedziałaś, że dziś tu przychodzimy – odpiera. – Termin był ustalony od miesięcy.
Nie czuję, żebym była jej winna wyjaśnienia. Mimo to mówię dalej.
– Facet, z którym się spotykam, zabrał mnie na lunch, żeby uczcić swój awans – mówię. – Zjadłam za dużo, a potem jeszcze zamówiłam ogromny deser. Te ciasta są przepiękne, po prostu nie dam rady zjeść więcej.
– Jasne, ale nie wszystko kręci się wokół ciebie – przypomina mi z niezadowoloną miną.
Niezależnie od tego, jak się teraz czuję, jeszcze bardziej współczuję biednemu narzeczonemu Ellen, bo ona naprawdę zaczyna przypominać pannę młodą rodem z koszmarów.
– Gdybyśmy mogły spróbować jeszcze czekoladowego… – zaczyna znowu, ignorując wszystko, co przed chwilą powiedziałam.
Nie kończy, bo przerywa nam Arnold – najdłużej pracujący w herbaciarni „U Diany” gospodarz. Przeciska się właśnie przez zatłoczoną salę, mijając perfekcyjnie nakryte stoliki pełne pań na lunchu, siedzących pod żyrandolami, przy dźwiękach fortepianu grającego muzykę w tle. Towarzyszy mu drobna brunetka o wyraźnie zestresowanej minie. Dziewczyna opada na krzesło przy naszym stoliku.
– Wiem, wiem, spóźniłam się – trajkocze, wpychając torby pod stół. Potem odwraca się do mnie. – A ty, do cholery, kim jesteś?
Mówi do mnie. Arnold posyła mi współczujący uśmiech i wraca na swoje stanowisko.
– Jestem Serena – odpowiadam.
Na chwilę szeroko otwiera oczy, jakby domagała się dalszych wyjaśnień.
– To piekarka – mówi Ellen. – Skoro mnie wystawiłaś, potrzebowałam kogoś do próbowania ciast.
Moje życie nie jest na tyle interesujące – i nie mam wystarczająco dużo przyjaciół – by zostać czyjąś świadkową. Byłam tylko zastępczą degustatorką ciast, do czasu aż pojawi się prawdziwa przyjaciółka Ellen.
Ellen odwraca się do mnie.
– Możesz już iść – mówi od niechcenia. Phi, po tym wszystkim, co razem przeszłyśmy?
Gdy tylko kończy zdanie, coś jakby się w niej wyłącza. Oficjalnie wypadłam z jej orbity. Jej koleżanka odprawia mnie ruchem głowy.
– Zastanawiałam się, co robisz w towarzystwie jednej z pokojówek z Downton Abbey – drwi, parskając śmiechem.
Wstając, przejeżdżam językiem po przednich zębach, byle tylko zająć usta czymś innym niż mówieniem. Mówienie tego, co się myśli, zawsze wpędza w kłopoty, prawda? Okej, czarna sukienka do kolan z koronkowym białym fartuszkiem nie jest szczytem mody, a długie blond włosy ściągnięte w niski kok (ozdobiony durną, falbankową opaską) wcale nie pomagają mojej okrągłej twarzy, ale bez przesady, jestem przecież w pracy.
Dla Ellen mogę być tylko zastępczą koleżanką i „piekarką”, ale moja rola w herbaciarni jest znacznie bardziej złożona. Jestem kimś w rodzaju wschodzącej gwiazdy kuchni – uczę się robić wszystkie wymyślne torty i pyszne kanapki w ikonicznym „stylu Diany”, dla którego ludzie potrafią przyjechać z drugiego końca kraju. To spory awans w porównaniu z czasami, gdy zaczynałam tu jako kelnerka, bo oprócz pracy w kuchni nadzoruję też część weselnego cateringu.
Diana Atwood, mózg całej herbaciarni, powiedziała, że daje mi dodatkowe obowiązki, żebym mogła sprawdzić, w której części biznesu będę najszczęśliwsza. Kelnerowanie nigdy nie było moim życiowym celem, ale Diana dała mi pracę, gdy naprawdę jej potrzebowałam, więc bardzo doceniam to, że pozwala mi teraz rozwinąć skrzydła i znaleźć coś, co sprawia mi przyjemność. Muszę przyznać, że po spotkaniu z kilkoma pannami młodymi pokroju Ellen coraz bardziej skłaniam się ku pracy, która nie wymaga kontaktu z klientami.
– Kolejna zadowolona klientka? – pyta Maël, widząc moją minę.
Maël jest naszym etatowym francuskim cukiernikiem. No, francuskim od strony mamy. Nazywa się Smith, urodził się w Halifax i wychował w Horsforth, ale uważa, że jego pochodzenie nadaje mu autentyczności, której nie da się wycenić – ja uważam, że po prostu świetnie wykonuje swoją robotę.
– Kolejna panna młoda z piekła rodem – poprawiam go. – Szczerze mówiąc, myślałam, że istnieją tylko w filmach. Moja teoria jest taka, że coś na wczesnym etapie planowania ślubu opętuje kobiety.
– Może to presja zorganizowania imprezy na tyle spektakularnej, żeby pogodzić się z myślą o byciu z jednym mężczyzną do końca życia – zastanawia się głośno.
Parskam śmiechem.
– Jesteś z Martynem od trzeciej klasy liceum – przypominam mu.
– Nie przypominaj – odpowiada, choć wiem, że żartuje. – Jego najnowszy genialny pomysł to przeprowadzka do Edynburga, żeby być bliżej siostry i jej dzieciaków.
– Nie podoba ci się to? – pytam z ciekawością.
– Niezbyt – mówi. – Głównie dlatego, że tak bardzo kocham tę pracę. Nastaw czajnik.
Robię, co każe. Pijemy tu chyba tyle samo herbaty, co serwujemy klientom.
– Jeśli będzie dalej naciskał, może będziemy musieli znów wypuścić Serenę-oszustkę – śmieje się.
– Oszustkę? – dopytuje Clare, wpadając przez wahadłowe drzwi tyłem, ciągnąc wózek pełen brudnych naczyń.
Clare jest jedną z kelnerek. Ma nade mną całe dekady doświadczenia. Czuję, że w ciągu roku pracy tutaj nauczyłam się od niej więcej niż gdziekolwiek indziej, a biorąc pod uwagę, że to Maël, mój dawny szkolny kolega, w ogóle dał mi znać o tej pracy, tworzymy tu coś na kształt rodziny. Diana zawsze nazywa nas swoimi dziećmi, choć Bóg jeden wie, że jej prawdziwe potomstwo nie jest powodem do dumy.
– Kiedy byliśmy w szkole, Serena miała niesamowity talent do manipulowania ludźmi – tłumaczy Maël. – Taki trochę w stylu Robin Hooda. Wiedziała dokładnie, jak sprawić, żeby rzeczy się wydarzyły: wyciągnąć całą klasę z niesprawiedliwego dyżuru po lekcjach albo doprowadzić do tajemniczego zniknięcia kasety do testu Coopera, żeby nikt nie musiał go wypełniać. Ludzie przychodzili do niej nawet po porady sercowe. O ile wiem, zawsze używała swoich mocy w dobrym celu, ale jeśli miałaś chłopaka, którego chciałaś się pozbyć, Serena dokładnie wiedziała, co powiedzieć, niezależnie od tego, czy chciałaś zostać przyjaciółmi, czy spalić wszystko do gołej ziemi. Moją ulubioną sztuczką było jednak to, że jeśli nie chciałaś być tą złą przy rozstaniu, Serena doskonale wiedziała, co zrobić, żeby zostać rzuconą. I to bez robienia czegokolwiek naprawdę okropnego. To było genialne. Lubiłaś kombinować, prawda?
– Serena! – śmieje się Clare, przewracając oczami, po czym znika z powrotem na sali z wózkiem piętrzących się podwieczorków.
– Nigdy nie rozdzieliłabym ciebie z Martynem – informuję Maëla. – Jeśli jesteście razem od tylu lat, to nie zerwiecie teraz. Poza tym jestem już za dorosła na takie akcje.
– À propos dorosłości – przypomina sobie nagle. – Jak tam lunch z twoim chłopakiem… a może to już narzeczony?
Stawiam jego filiżankę herbaty na blacie z kontrolowanym stuknięciem. Zdecydowanie mnie drażni – i jest tego świadomy.
– Dean jest tylko facetem, z którym się spotykam, nie moim chłopakiem. A ten „specjalny lunch” okazał się po prostu świętowaniem jego awansu w pracy – wyjaśniam.
– Myślałem, że to ty będziesz naszą następną panną młodą z piekła rodem – mówi, puszczając do mnie oko znad filiżanki. – Myślisz, że różniłabyś się czymś od klientek?
– Nie ma nawet sensu o tym myśleć – odpowiadam. – Małżeństwo zdecydowanie nie jest moim planem w najbliższej przyszłości.
Nie chodzi o to, że jestem przeciwna małżeństwu albo idei poślubienia Deana. Po prostu to zdecydowanie za wcześnie, żeby rozważać cokolwiek takiego. Spotykamy się dopiero od kilku miesięcy, nawet nie jesteśmy „oficjalnie” parą.
Clare wraca.
– Cokolwiek on mówi, ignoruj go – nalega. – W wieku trzydziestu jeden lat wciąż jesteś młoda, ludzie teraz biorą śluby dużo później.
– Widzisz? Teraz wszyscy biorą śluby na starość – dodaje Maël złośliwie.
Wystawiam do niego język.
– Przepraszam wszystkich, czy mogę prosić o chwilę uwagi? – przerywa nam Arnold, wchodząc do kuchni z, jak mi się wydaje, całą załogą będącą aktualnie na zmianie. – Proszę, to ważne. Mam coś do przekazania.
– No i się zaczyna – szepcze Maël do mnie, na szczęście na tyle cicho, że Arnold go nie słyszy. – Zaraz wspomni, że pracuje tu najdłużej i bla, bla, bla.
Jest jednak coś w twarzy Arnolda, co mnie niepokoi. Brak w niej emocji, brak koloru na policzkach. Wiem, że to brzmi głupio, ale praca Arnolda jako gospodarza niemal ociera się o aktorstwo. Jego czarny garnitur zawsze jest nieskazitelnie czysty – szczerze mówiąc, nigdy nie widziałam na nim choćby drobinki kurzu. Dziewczyna na praktykach kiedyś wpadła na niego z zapaloną tortową świecą urodzinową, a my do dziś żartujemy, że musi traktować ten garnitur jakimiś magicznymi środkami chemicznymi, które odpychają katastrofy (przydałyby mi się). Poza tym porusza się dokładnie tak, jak można by się spodziewać: z klasą, spokojem i pełną kontrolą. Teraz jednak jego ramiona są opuszczone, mowa ciała jest zupełnie inna, jakby wypadł z roli.
– Jako najdłużej pracujący członek zespołu w Dianie… – zaczyna.
No dobrze, jednak nie do końca. Maël nie potrafi powstrzymać chichotu, widząc, jak jego przepowiednia się spełnia.
– Weź coś wreszcie na poważnie! – niemal krzyczy Arnold. Kolor gwałtownie wraca na jego policzki. Równie szybko jednak znika, gdy Arnold bierze się w garść, ale już wiem, że coś jest bardzo nie tak.
– No już, uspokój się – mówi Maël. – To nie tak, jakby ktoś umarł.
Arnold otrzepuje się, jakby ta chwilowa utrata panowania nad sobą mogła w jakikolwiek sposób zniszczyć jego garnitur.
– Właśnie tu się mylisz, mój drogi – odpowiada. – A teraz proszę, wszyscy słuchajcie…
– Z której strony? – pyta mnie duchowny po pięćdziesiątce, marszcząc brwi.
– Z której strony? – powtarzam za nim.
Kiwa głową w stronę pustych ławek za sobą.
– Och, przepraszam, chyba trafiłam do niewłaściwego kościoła – odpowiadam speszona, bo czyż nie jest tak, że zawsze zbyt szybko zakładamy, iż to my popełniliśmy błąd? Wybieranie strony wydaje się niewłaściwe, przecież przyszłam na pogrzeb, nie na wesele.
Jestem niewolnicą rozkładów jazdy autobusów, co zazwyczaj oznacza, że mam do wyboru: przyjść za wcześnie albo za późno. Spóźnienie się na pogrzeb nie wydawało się dobrą opcją. Przynajmniej mam czas, żeby znaleźć właściwy kościół.
Duchowny jakby czyta w moich myślach.
– Nie, jest pani we właściwym miejscu – mówi. – Lewa strona należy do brata, prawa do siostry.
Szeroko otwieram oczy. Nagle wszystko nabiera sensu.
– Och… w takim razie żadna – odpowiadam. Nie wiem, co innego mogłabym powiedzieć.
– Przepraszam, muszę przyznać, że dziś nie jestem w najlepszym nastroju – mówi, przesuwając dłonią po łysiejącej głowie. – Denerwuję się nabożeństwem. Skąd znała pani Dianę?
– Była moją szefową – odpowiadam, po czym się uśmiecham. – A właściwie… była kimś o wiele więcej.
– Byłyście sobie bliskie? – pyta. Z początku brzmi to jak pytanie, ale gdy jego twarz łagodnieje, orientuję się, że raczej potwierdza fakt.
– Bardzo bliskie – mówię. – Tak wiele jej zawdzięczam.
– Jest pani bardzo wcześnie, może zrobię pani herbatę? – proponuje. – Choć przyznam, że mam w tym pewien interes. Jeśli mi pani pomoże, ja też będę mógł się odwdzięczyć.
– Och? – To jedyne, na co mnie stać.
Czuję się tak, jakbym miała zaraz zawrzeć pakt z diabłem chociaż układ z duchownym to raczej jego przeciwieństwo.
– Cóż, jest herbata – zaczyna. – I mógłbym pozwolić pani usiąść na dobrym miejscu podczas nabożeństwa, żeby nie musiała pani wybierać strony. No i oczywiście pomoc duchownemu świetnie wygląda w CV… przy Bramach Niebieskich.
Jestem pewna, że potrzeba mi czegoś więcej niż referencji od księdza, ale ta myśl sprawia mi przyjemność.
– W kościele jest coś takiego jak dobre miejsca? – pytam.
– Oczywiście – odpowiada z dumą, prowadząc mnie do zaplecza. – Proszę usiąść, naprawdę dziś zupełnie nie wiem, co robić.
Widzę desperację w jego oczach. Oczywiście, że mu pomogę. To znaczy, jeśli będę w stanie.
Przedstawia się jako Ken, nalewając nam herbaty w pomieszczeniu, które mogę opisać jedynie jako pokój socjalny z małą kuchnią – bo oczywiście kościoły mają pokoje socjalne, po prostu się nad tym nie zastanawiamy, prawda? W końcu siada obok mnie przy wysłużonym drewnianym stole.
– Zakładam, że zna pani Andrew i Agathę Atwood – zaczyna, podsuwając mi paczkę czekoladowych herbatników.
– Znam – potwierdzam.
Andrew i Agatha to dzieci Diany – no dobrze, „dzieci”, bo skoro Diana miała prawie osiemdziesiąt lat, to muszą być już po czterdziestce. Jak to często bywa w przypadku dzieci bogatych rodziców, Andrew i Agatha są rozpieszczeni, roszczeniowi i chciwi. Diana zawsze powtarzała, że nie wie, gdzie popełniła błąd, skoro wyrośli na takich ludzi. Wyobrażała sobie, że dorosną i będą pracować w rodzinnym biznesie, ale żadne z nich nie miało ochoty pracować. Gdy mąż Diany – ich ojciec – zmarł, a oni odziedziczyli sporą sumę, tylko utwierdziło ich to w obranym stylu życia. Co dziwne, ich podobieństwo sprawia, że są ze sobą w ciągłym konflikcie – stąd dwie strony kościoła.
– Poprosiłem ich oboje o informacje o Dianie, bo zawsze staram się mówić o człowieku indywidualnie, każdy może wygłosić kilka słów i dobrać hymny – wyjaśnia Ken. – Bardzo zależy mi na uhonorowaniu czyjegoś życia: kim dana osoba była, jaki miała wpływ na świat i co po sobie zostawiła.
– To brzmi naprawdę pięknie – mówię.
– Tyle że ani Andrew, ani Agatha nie potrafili powiedzieć mi zbyt wiele o swojej matce – ciągnie. – Andrew przysłał to. Proszę spojrzeć…
Podaje mi złożoną kartkę, na której widnieje:
Imię: Diana Atwood
Data zgonu: 14:02, 20.01.2023
Przyczyna śmierci: zawał serca
Miejsce zgonu: LGI
Opada mi szczęka.
– Niezbyt dobry materiał na mowę pogrzebową, prawda? – mówi Ken. – Agatha przysłała więcej, ale okazało się, że to po prostu biografia Diany z jej strony internetowej. Miałem nadzieję, że mogłaby mi pani opowiedzieć o Dianie: jak się poznałyście, co kochała, jaka była, co znaczył dla niej jej biznes.
Jak to możliwe, że jej własne dzieci nie potrafią powiedzieć o niej niczego osobistego? Choć właściwie wcale mnie to nie dziwi – nigdy jej nie odwiedzały.
Biorę głęboki oddech, szukając słów.
– Powiedziała pani, że wszystko jej pani zawdzięcza – podpowiada Ken. – Może od tego zaczniemy? Jeśli oczywiście nie ma pani nic przeciwko.
– Mój tata wyjechał za granicę, gdy byłam mała, więc zostałyśmy tylko ja i mama – zaczynam. – Kiedy zmarła, byłam kompletnie zdruzgotana… i zupełnie zagubiona. Zrezygnowałam z pracy, żeby opiekować się nią pod koniec życia, więc po jej śmierci było naprawdę ciężko. W panice szukałam jakiejkolwiek pracy, nie licząc na nic szczególnego, szczerze mówiąc, to nie licząc na nic. Wtedy jedna z moich szkolnych koleżanek udostępniła ogłoszenie o naborze kelnerów do kawiarni Diany. Wysłałam CV i dostałam zaproszenie na rozmowę z samą Dianą. Koleżanka powiedziała mi, że Diana zapraszała wszystkich, bo taka właśnie była, ale gdy usiadłam naprzeciwko niej i wyjaśniłam przerwę w CV, od razu ruszyła do działania. Zupełnie jak moja mama.
– Dała pani pracę w chwili, gdy najbardziej jej pani potrzebowała – mówi Ken z uśmiechem.
– Nie tylko to – odpowiadam. – Dała mi też dach nad głową, w mieszkaniu nad herbaciarnią. Choć twierdziła, że moja pensja jest pomniejszona o czynsz, nie sądzę, by to była prawda. Przyjęła mnie pod swoje skrzydła, nauczyła wszystkiego i stałyśmy się sobie bardzo bliskie.
Głos lekko mi drży, więc Ken zmienia temat.
– Co lubiła? – pyta. – Co sprawiało, że Diana była Dianą?
– Uwielbiała Elvisa – mówię z uśmiechem. – Naprawdę, szczerze go kochała. A kryminały były jej ulubionymi programami w telewizji. Aha, no i The Great British Bake Off. Zawsze powtarzałam, że powinna się zgłosić, a ona mówiła, że nie jest wystarczająco interesująca do telewizji. A ja uważam, że była i że zmiażdżyłaby konkurencję w każdym sezonie. Ale nic nie było w stanie odciągnąć jej od herbaciarni. Ludzie bez przerwy próbowali ją odkupić, ale nie istniała suma, która by ją skusiła. Emerytura też nigdy nie wchodziła w grę. Po prostu za bardzo kochała swoją pracę i swoich pracowników. Zawsze mówiła, że jesteśmy jak rodzina, a mając taką rodzinę jak jej własna… kto mógłby ją winić za stworzenie nowej?
Od chwili, gdy dotarła do mnie straszna wiadomość o Dianie, nie byłam w stanie myśleć o niej bez smutku. Teraz jednak nie potrafię się nie uśmiechnąć. Dobrze jest przypomnieć sobie te dobre rzeczy – to, co kochała i co czyniło ją tak wyjątkową osobą.
– Sereno, bardzo mi przykro z powodu twojej straty – mówi Ken. – I nie jestem w stanie wystarczająco podziękować ci za to, że dałaś mi obraz prawdziwej Diany, dzięki któremu mogę ją pożegnać tak, jak na to zasługuje.
– To naprawdę minimum, jakie mogę zrobić – odpowiadam. – Będzie mi jej strasznie brakowało. Odeszła tak nagle, tak niespodziewanie… nie miałam szansy się pożegnać. Dobrze wiedzieć, że mogę pomóc, choćby w mały sposób.
– Ludzie powinni zacząć się schodzić – mówi Ken. – Spiszę notatki, żeby niczego nie zapomnieć, ale jeśli przejdzie pani przez tamte drzwi i pójdzie nawą, Diana już tam jest. Jeśli chciałaby pani pożegnać się z nią w ciszy, zanim przyjdą inni.
– Myślałam, że zwykle przyjeżdża się karawanem – mówię bez zastanowienia.
– Andrew i Agatha nie mogli się dogadać – odpowiada, zaciskając na moment usta. – To był chyba kompromis.
– Rozumiem. Dziękuję.
Idę nawą do miejsca, gdzie Diana czeka na spoczynek.
Gdy byłam mała – miałam osiem, może dziewięć lat – i zmarła moja babcia, zobaczyłam jej trumnę, pierwszą w życiu, i byłam nią przerażona. Mama powiedziała mi wtedy, żebym się nie bała – że babci tam nie ma, że to tylko symbol. Wzięłam to dosłownie i przez kilka lat byłam przekonana, że trumny to po prostu puste skrzynie. Teraz, gdy jestem starsza, rozumiem, co miała na myśli. Diany nie ma tutaj – nie naprawdę. Odeszła. Mimo to nie potrafię się powstrzymać, by nie przesunąć dłonią po gładkim drewnie i nie wyszeptać:
– Żegnaj. Dziękuję za wszystko.
Słyszę trzask, a potem…
– Ilu milionów jeszcze potrzebujesz? – pyta wściekle kobiecy głos.
– Myślisz, że niewiele ponad milion na głowę ze sprzedaży domu wystarczy nam na całe życie? – odpowiada mężczyzna. – Jak zwykle oderwana od rzeczywistości, siostrzyczko.
– Zachowujesz się jak palant w kościele – syczy.
– To kwestia opinii, ale ty właśnie powiedziałaś „palant” w kościele, a to jest o wiele gorsze – ripostuje.
Wzdycham. Serce ciąży mi jeszcze bardziej, gdy patrzę, jak dorosłe dzieci Diany kłócą się, idąc razem nawą. Naprawdę muszą robić to właśnie teraz?
Andrew jest wierną kopią swojego ojca. Diana miała w herbaciarni mnóstwo zdjęć swojego zmarłego męża, Armanda, i patrząc na Andrew, mam wrażenie, jakbym oglądała współczesny reboot tej samej postaci. Jest wysoki i szczupły, z idealnie przystrzyżoną brodą, taką, której nie da się utrzymać bez grzebienia i drogiego olejku. Ciemne włosy i ciemne oczy nadają mu aurę tajemniczości, ale jego chłodna, nieprzystępna postawa sprawia, że wcale nie chce się go lepiej poznać. Agatha natomiast jest bardzo podobna do matki. No, do wersji Diany przepuszczonej przez maszynę do produkcji disneyowskich czarnych charakterów. Jej rysy są napięte, jakby żałowała energii na poruszanie mięśniami twarzy (choć to zapewne i tak głównie zasługa botoksu, którym próbuje zatrzymać czas, a który w praktyce tylko utrwala grymas niezadowolenia, jaki musiała mieć w chwili wstrzyknięcia).
Agatha łapie ze mną kontakt wzrokowy.
– Eee… kim ty jesteś? – pyta. – I co robisz przy naszej mamie?
– Przepraszam, tylko się żegnałam – odpowiadam. – Bardzo mi przykro z powodu waszej straty. Kochałam waszą mamę, była niesamowita.
– Cholera, nie jesteś jakimś nieślubnym dzieckiem, prawda? – pyta Andrew. – Bo jeśli tak, to żadnych pieniędzy nie dostaniesz.
– Nie, nie – tłumaczę szybko. – Pracowałam dla waszej mamy. Mieszkałam w lokalu nad herbaciarnią. Nazywam się Serena, spotkaliśmy się już kilka razy.
Oczywiste jest, że żadne z nich mnie nie pamięta.
– Świetnie, to może powiesz mojej tępej siostrze, że biznes świetnie prosperuje? – rzuca Andrew, co prawda niezbyt uprzejmie, ale przynajmniej używa słowa „proszę”.
– Tak, oczywiście – potwierdzam.
– No dobrze, w takim razie możemy powalczyć o więcej – ustępuje Agatha, wyraźnie niechętnie.
– O więcej… czego? – pytam, zanim zdążę się powstrzymać.
– To nie twoja sprawa – zaczyna Agatha. Po chwili namysłu dodaje:
– Chociaż w sumie jednak to jest też twoja sprawa. Sprzedajemy to miejsce. Całość. Biznes, budynek, wszystko.
– Nie możecie tego zrobić – wymyka mi się.
Andrew się śmieje.
– A niby czemu? Mama nam je zostawiła…
– Jedyną rzeczą, przy której wasza mama zawsze była absolutnie nieugięta, było to, że nigdy nie sprzeda herbaciarni – przypominam mu, starając się panować nad emocjami. Ale to dla mnie ważne, bo dla Diany było ważne i oni oboje doskonale o tym wiedzą. – Ona by tego nie zniosła – dodaję, tak spokojnie, jak tylko potrafię.
– No cóż, nie bardzo ma teraz możliwość nią zarządzać, prawda? – zauważa Agatha. Nie pojmuję, jak może być tak obojętna, stojąc kilka metrów od trumny własnej matki.
– Komu sprzedajecie? – pytam.
Oczywiście to nie moja sprawa, ale przez lata niezliczone osoby próbowały kupić herbaciarnię, budynek albo jedno i drugie. Najlepsze, na co mogłabym liczyć, to sprzedaż komuś z konkurencji Diany.
– Jesteś strasznie wścibska – mówi Andrew z rozbawieniem. – Skoro musisz wiedzieć: kupuje to sieć pubów. Tak naprawdę chodzi im tylko o budynek, więc zmuszamy ich do kupna także biznesu i to grubo powyżej ceny, mimo że go nie chcą. Genialne, prawda?
– Serio, wasza mama byłaby tym przerażona – mówię. Czuję, że mam obowiązek to powiedzieć, nie tylko ze względu na moją lojalność wobec Diany, ale dlatego, że była ich matką, a oni nie zdają sobie sprawy, jak straszny błąd popełniają.
– Chwila, jesteś po prostu wkurzona, bo będziesz musiała znaleźć sobie nowe miejsce do życia? – pyta Agatha, tylko lekko zirytowana, całkowicie mijając się z sednem sprawy. – To w ogóle nie chodzi o mamę, prawda? Wow. Wykorzystywać śmierć cudzej matki, żeby mieć dach nad głową. Żenada.
– To nie tak – upieram się, starając się, by mój głos brzmiał stanowczo, choć z każdą sekundą tracę pewność siebie.
Agatha nie zamierza słuchać.
– To było raczej nieformalnie, prawda? – dopytuje. – Nie masz żadnej umowy najmu?
O Boże. Nie mam. Diana pozwalała mi tam mieszkać praktycznie za darmo. Moja twarz musi zdradzać wszystko, czego Agatha potrzebuje się dowiedzieć.
– W takim razie musisz się wynieść do końca tygodnia – oznajmia chłodno.
– Ale dziś jest piątek – zauważam.
– Och, ona o tym wie – mówi Andrew z rozbawieniem, z miną człowieka, który doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jaka Agatha potrafi być okropna; i zupełnie mu to nie przeszkadza.
– Dobrze, dobrze. Masz jeszcze poniedziałek i wtorek, żeby opróżnić mieszkanie. I wiesz co? Zapłacimy ci normalnie, ale nie musisz już przychodzić do pracy – dodaje.
– Serio? – pyta Andrew z niedowierzaniem, jakby było to zupełnie nie w jej stylu.
– Nie chcemy, żeby zepsuła sprzedaż, prawda? – mówi półgłosem.
Patrzę na nich przez chwilę. Realistycznie rzecz biorąc – czy mogę cokolwiek zrobić? Diana i ja byłyśmy sobie bliskie, ale nie mam żadnego głosu, żadnych praw. Nie mogę nic. Jedyne, co mi pozostaje, to odejść.
Przed kościołem gromadzi się coraz więcej ludzi – grupki żałobników stoją w chłodzie, każdy owinięty w płaszcz, próbując ochronić się przed mrocznym, styczniowym dniem. Przebiegam wzrokiem po twarzach, aż dostrzegam kogoś znajomego.
Maël, wyglądający wyjątkowo elegancko w dopasowanym czarnym garniturze, niemal się rozpromienia, gdy mnie widzi.
– Serena, szybko – nalega.
Podchodzę do niego jak najszybciej, zanim ktoś zauważy jego szeroki uśmiech.
– Jesteś zadziwiająco wesoły jak na pogrzeb – zauważam.
– Oczywiście, że jest mi strasznie smutno – mówi, choć wcale tak nie brzmi. Ale wiem, że w głębi duszy naprawdę jest. – Ale rozejrzyj się. To miejsce aż roi się od yorkshire’owskiej śmietanki towarzyskiej. Są tu nawet jacyś zawodnicy Leeds Lions.
– Słyszałam, że to buce – odpowiadam. – Nie najlepsi kompani do żałoby.
– A tak w ogóle, co robiłaś w kościele? Załatwiałaś nam dobre miejsca? – pyta.
Śmieję się.
– Właściwie… tak. – Po chwili dodaję:
– Wpadłam tam na Andrew i Agathę.
Maël krzywi się.
– Domyślam się, że to było paskudne. Andrew to Patrick Bateman w wersji budżetowej, tylko bez pracy, a Agatha jest po prostu obrzydliwa.
– Powiedzieli mi coś – zaczynam, po czym zawieszam głos. – Umiesz dochować tajemnicy?
– Nie – odpowiada bez mrugnięcia okiem. – Ale dla ciebie zrobię wyjątek.
– Sprzedają Dianę – mówię krótko, ściszając głos.
– Dianę… co?
– Herbaciarnię!
– Nie!
Maël jest tak samo zszokowany jak ja.
– Sprzedaż była ostatnią rzeczą, jakiej chciała Diana – mówi. – Cholera jasna, przewraca się w grobie. Cholera… ona nawet jeszcze w nim nie leży.
– I nawet nie sprzedają komuś, kto zostawi ją otwartą – dodaję z westchnieniem. – Sprzedają tej sieci pubów, która od lat próbowała dorwać się do budynku.
– „U Diany” ma się zamienić w pieprzonego „Starego Duncana”? – pyta z niedowierzaniem.
Żadna liczba rugbistów w garniturach nie jest teraz w stanie poprawić Maëlowi humoru. Wręcz przeciwnie – jego absolutne załamanie wydaje się jeszcze głębsze.
– O Boże, właśnie coś sobie uświadomiłem – zaczyna. – Przenoszę się do Edynburga.
– Co?
– Stracę pracę – mówi. – Nie ma szans, żebym teraz mógł zostać w Leeds.
Choć smutno to przyznać, Maël i Martyn są moimi dwoma najlepszymi przyjaciółmi, a poza nimi nie mam zbyt wielu bliskich osób. Tak to już bywa po trzydziestce, gdy znajomi zaczynają wyprzedzać cię w życiowych „etapach”. Moi żonaci przyjaciele są albo zbyt zajęci, albo zbyt szczęśliwi w swoich małych, dwuosobowych bańkach, by chcieć chodzić na imprezy z singielką. Właściwie trudno ich za to winić. Gdybym miała partnera w domu, pewnie też chciałabym spędzać z nim cały czas. Rezygnacja z pracy, by opiekować się mamą, również nie pomogła – kompletnie zrujnowała moje życie towarzyskie. Choć nie żałuję ani przez sekundę – zrobiłabym to znowu bez wahania. Dlatego tak bardzo cieszyłam się, że trafiłam do pracy z Maëlem. Oczywiście byłoby mi strasznie smutno, gdyby się wyprowadził, ale nigdy, przenigdy nie próbowałabym go zatrzymać. Muszę go wspierać.
– Przynajmniej ty będziesz mieć gdzie mieszkać – mówię. – I chłopaka, któremu na tobie zależy.
– Wiesz co? To może się dla ciebie dobrze skończyć – mówi Maël. – Jak Dean się dowie, pewnie pozwoli ci zamieszkać u siebie.
– Myślisz? – pytam. – To chyba za wcześnie?
– W sytuacjach kryzysowych „za wcześnie” przestaje obowiązywać – oznajmia. – O, patrz, wszyscy wchodzimy do środka.
Zaczepiam ramię o ramię Maëla i ruszamy w stronę kościoła.
– To będzie jeszcze bardziej łamiące serce – szepcze.
– Edynburg jest ładny – mówię, ale wiem, co ma na myśli.
Nie powiem, że Diana kochała swoją herbaciarnię bardziej niż własne dzieci, ale była dla niej jak jedno z nich – i prawdopodobnie dawała jej więcej niż Andrew i Agatha kiedykolwiek. Nie tylko sprzedaż, ale i zamknięcie miejsca jest całkowicie sprzeczne z jej wolą. Powinnam skupiać się na pożegnaniu kobiety, którą kochałam jak członka rodziny, a zamiast tego nie mogę przestać myśleć o tym, jak bardzo ją krzywdzą – oraz o tym, że za kilka dni nie będę miała ani domu, ani pracy.
Może Maël ma rację. Może Dean zaproponuje, żebym u niego zamieszkała – nawet jeśli jego mrukliwy współlokator ma żelazną zasadę „żadnych dziewczyn”. Wiem, że to za wcześnie, by się wprowadzać po kilku miesiącach luźnego spotykania się, ale chcę wierzyć, że znamy się już na tyle dobrze, by mógł mnie wesprzeć.
Chyba wkrótce się przekonam…
Siedząc na sofie w mieszkaniu, rozglądam się po pokoju. Przez ostatni rok nazywałam to miejsce domem – aż trudno uwierzyć, że muszę je opuścić.
Większość mebli nie jest moja; kiedy się wprowadziłam, mieszkanie było w pełni umeblowane. Mimo to znalazłam sposób, żeby nadać mu osobisty charakter. Diana lubiła pastele i kwiatowe motywy, więc wykorzystałam tę kolorystykę, dodając swoje akcenty – rośliny, drobne ozdoby i urocze grafiki.
Dean siedzi obok mnie na kanapie. Jedną ręką obejmuje mnie i czule masuje ramię, drugą opiera na moim udzie. Tak wiele dla mnie znaczy, że przyjechał niemal natychmiast po tym, jak wróciłam z pogrzebu tylko po to, żeby upewnić się, że wszystko ze mną w porządku i spróbować poprawić mi humor.
– Parszywcy – mówi, kiedy kończę opowiadać mu o Andrew i Agacie oraz ich planach sprzedaży herbaciarni wbrew woli zmarłej matki. – Ludzie potrafią być absolutnymi gnidami.
– Zawsze, gdy myślę, że poznałam najgorszego człowieka na tej planecie, ktoś znajduje sposób, żeby udowodnić mi, że się myliłam – wzdycham.
– Powinnaś spróbować pracy w finansach – mówi. – Tam wszyscy są gnidami.
– Diana byłaby zdruzgotana, gdyby wiedziała, co się dzieje – mówię cicho.
– Wiem, że spotkałem ją tylko raz, na chwilę, i było widać, że nie zrobiłem na niej najlepszego wrażenia, ale ty ją wyraźnie uwielbiałaś, a ona uwielbiała ciebie – uspokaja mnie Dean.
– Tak, zwykle miała niezły instynkt, jeśli chodzi o ludzi – przyznaję. – Ale rozmawiała z tobą tylko przez minutę czy dwie. Po prostu włączył jej się tryb nadopiekuńczej matki i sprawdzała, czy jesteś wystarczająco dobry.
– I jaki byłby werdykt? – pyta z uśmiechem.
– Pokochałaby cię, gdyby miała okazję cię lepiej poznać – odpowiadam.
– Uu, ostrożnie, rzucasz tak tym słowem na „K” – droczy się.
– Powiedziałam, że ona by cię pokochała – przypominam mu. – Mnie przekonać jest znacznie trudniej.
– Zapamiętam – odpowiada z uśmiechem.
– Wisienką na torcie jest to, że oprócz utraty pracy, stracę też to mieszkanie – dodaję. – Chcą, żebym się wyniosła w ciągu kilku dni.
– To brzmi nierozsądnie – mówi Dean, natychmiast przechodząc w tryb zawodowy. – Co mówi umowa najmu? Chcesz, żebym na nią zerknął?
– To miłe z twojej strony, ale… nigdy nie miałyśmy umowy – przyznaję. – Wiem, brzmi to głupio, ale choć Diana mówiła, że moje wynagrodzenie było pomniejszone o czynsz, w rzeczywistości chyba w ogóle nie brała ode mnie pieniędzy. Pozwalała mi tu mieszkać za darmo, więc nie było umowy. Myślała tylko o mnie, chciała, żebym miała gdzie mieszkać, skoro u niej pracowałam. Żadna z nas nie zakładała, że to wszystko skończy się w ten sposób.
Łza, która od dłuższej chwili zbierała się pod dolną powieką, w końcu wymyka się i spływa po policzku. Szybko ją ocieram.
– Właśnie dlatego tu jestem – mówi Dean. – Żeby poprawić ci humor. Przyniosłem pizzę, te okropne gotowe drinki, które lubisz, a nawet obejrzę z tobą jeden z twoich mafijnych filmów, choć próbowałaś mnie już do tego zmusić wcześniej.
Czuję, jak ciężar, który przygniata mnie od rana, zaczyna powoli ustępować.
– Nigdy nie poznałam nikogo, kto potrafiłby zasnąć podczas oglądania Chłopców z ferajny – mówię, pozwalając sobie na uśmiech. – Masz szczęście, że wciąż tu jesteś.
– To może mieć coś wspólnego z pierwszym punktem mojego planu działania – mówi, nachylając się bliżej.
Gdy składa pocałunki na mojej szyi, po omacku szuka zamka z tyłu czarnej sukienki, którą miałam dziś na pogrzebie – jedynej eleganckiej czarnej sukienki, jaką posiadam.
Dean jest przystojny. Widać, że lubi siłownię – ma muskularną sylwetkę, choć jego mięśnie wydają się być jedynie „dla oka”. Ma bardzo schludny, wręcz korporacyjny wygląd – to zapewne efekt pracy w poważnej branży, jaką są finanse. Ciemne włosy nosi krótko przystrzyżone i zaczesane do tyłu, a jego ubrania są zawsze eleganckie i dopasowane, jakby w każdej chwili mógł wyskoczyć na posiedzenie zarządu (nie wiem, czy faktycznie w nich uczestniczy, ale wiadomo, o co chodzi). Jest naprawdę atrakcyjny… ale nikt nie jest wystarczająco atrakcyjny tuż po stypie.
Kiedy jego pocałunki stają się bardziej natarczywe, odsuwam go możliwie najdelikatniej.
– Przepraszam – mówię. – Po prostu… trudno mi teraz poczuć odpowiedni nastrój.
Po wyrazie jego twarzy widzę, że tylko ja tak się czuję.
– Szczerze mówiąc, martwi mnie też moja sytuacja mieszkaniowa – dodaję.
– Tak, tak, nie dziwię się – odpowiada, cofając się nieco, zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie.
No dalej, Dean. Powiedz, że mogę u ciebie zostać. Choćby na kilka nocy, dopóki czegoś nie znajdę. Proszę, proszę. Nie zmuszaj mnie, żebym musiała o to prosić.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
