Gdy gaśnie światło, przychodzą łzy - Fabiane Guimarães - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Gdy gaśnie światło, przychodzą łzy ebook i audiobook

Fabiane Guimarães

3,7

83 osoby interesują się tą książką

Opis

Dwoje bohaterów, dwie rodziny, różne problemy, jeden wspólny mianownik – miłość.

 

Cecília opuszcza Rio de Janeiro i wraca do Brasíli, by tam uporać się ze śmiercią rodziców. Jednak przebywanie w domu zmarłych nie koi pustki powstałej po stracie bliskich, a jedynie rodzi więcej pytań i wątpliwości. Pojawienie się nieznajomego mężczyzny – Caio – tylko potęguję rodzącą się już paranoję.

 

João to samotny ojciec, który pragnie lepszego życia dla chorującego na porażenie mózgowe syna. Marzy o wyjeździe do Chin, gdzie chłopiec mógłby wziąć udział w eksperymentalnej kuracji, która wykracza poza jego możliwości finansowe. Chęć zdobycia pieniędzy skłania go do kradzieży psów. Do czego jeszcze będzie w stanie posunąć się zdesperowany ojciec?

W wersji audio tę intrygującą historię wspaniale opowiedzieli Magdalena Schejbal i Bartosz Głogowski.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 137

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 3 godz. 49 min

Lektor: Fabiane Guimaraes

Oceny
3,7 (24 oceny)
8
6
5
5
0
Sortuj według:
Krystyna61

Nie oderwiesz się od lektury

Krótka, dobra
00
amierzej

Z braku laku…

Czytadło, w które wpleciono ideę pochwały eutanazji, tej dla ludzi. Jest też mowa o eutanazji zwierząt i tylko ta wzbudza wątpliwości i smutek.
00
RudyBoblin

Dobrze spędzony czas

Ciekawa pod kątem narracji. Przeplatające się rozdziały, których wydarzenia kumulują się i nawarstwiają.
00

Popularność




Fabiane Guimarães

Gdy gaśnie światło, przychodzą łzy

Dla mojego ojca i mojej matki

Cecília

Powiedzieli: „Ty jesteś silna, Cecílio, wiemy, że sama sobie ze wszystkim poradzisz, tym razem nie będzie pasztetu drobiowego z majonezem, ciasteczek serowych i filiżanek kawy pełnych cukru, tym razem pogrzeb będzie skromny, z niewielką liczbą osób do wykarmienia”. Członkowie mojej rodziny (a raczej tego, co z niej zostało) nie zgodzili się przyjechać. Spotykali się tylko na Boże Narodzenie, później zaczęli się widywać na pogrzebach, a teraz nie widują się już w ogóle. Nie chcieli wybierać się aż do Pirenópolis, żeby opłakiwać dwóch honorowych członków, zarazem najstarszych, tego stowarzyszenia krwi. Nikt nie lubi odległych miast. Ani szacunku wymuszanego przez genetykę.

Trzeba zacząć od tego, że przyjazd tam okazał się feralny. Lot się opóźnił, Brasília przywitała mnie oberwaniem chmury, wynajęty samochód nie miał odmgławiacza. Jazda trwała prawie dwie godziny, świat się kończył (tak to jest, na pustyni nigdy nie pada, ale kiedy pada, to po to, by udowodnić, że to, czego człowiek najbardziej pragnie, tylko go niszczy). Niczego nie widziałam, prowadziłam na tej drodze stanowej z prędkością około trzydziestu kilometrów na godzinę, zimne krople pryskały mi na twarz przez półotwartą szybę, wodę miałam nawet w oczach. Ale jechałam dalej, bo właśnie to robią ludzie, gdy nie wiedzą, co robić. Nadszedł taki moment, w którym nie miałam już pewności, czy płaczę z powodu śmierci moich rodziców, czy z powodu przeszywającego poczucia winy, że nie było mnie przy nich, by pożegnać się jak należy.

Niebawem minie sześć lat, odkąd postanowiłam przeprowadzić się do Rio de Janeiro. Ze względu na złamane serce porzuciłam pracę weterynarki (niezbyt dobrą pracę, ale zawsze pracę) i uciekłam od wszystkiego. „Ale tam jest taka przemoc, pełno faweli i bandytów”, powiedziała wtedy moja matka z szeroko otwartymi cudownymi niebieskimi oczami, których po niej nie odziedziczyłam. „Nawet nie umiesz pływać”, zauważył ojciec, który nie cierpiał wybrzeża tylko dlatego, że nie miał żadnych powiązań z oceanem. Powinnam była zostać, z moimi zwierzętami, z moją pomszczoną miłością, powinnam zaopiekować się rodzicami.

– Nie pamiętam ostatniej rzeczy, którą mi powiedzieli – poskarżyłam się przez telefon mojej najlepszej przyjaciółce po zatankowaniu w mieście Corumbá.

– A czy to takie ważne? – odpowiedziała.

– Jasne, że tak! – odparowałam. Człowiek musi pamiętać ostatnie słowa osób, które umierają, żeby nosić je później w pamięci, z dumą, niczym medalion. Nawet gdyby było to coś banalnego, jak na przykład: nie zapomnij zanieść ubrań do pralni albo dobrze zjadłaś? Znając moich rodziców, na pewno mogło to być coś takiego. Chciałabym tylko móc odpowiedzieć, że zjadłam tyle, że o mało nie pękłam i podzieliłam bluzki kolorami. Żeby ich uszczęśliwić, choćby na kilka minut, a nie tylko przysparzać im trosk moim niedbalstwem, brakiem odwagi i arogancką dumą z powodu rzeczy, których nie byłam w stanie zrobić. Których nigdy nie będę w stanie zrobić.

Podobno umarli szczęśliwi, ponieważ byli razem. Jedno obok drugiego, trzymając się za ręce, z kozami hałasującymi na podwórku – odeszli o zmierzchu, we śnie, ich serca przestały bić niemal jednocześnie. Po pięćdziesięciu latach małżeństwa oboje opuścili mnie w tym samym czasie. Uważałam, że to niesprawiedliwe. To tak, jak gdyby ze mnie zrezygnowali. Miałam ochotę krzyczeć, płakać i tupać nogą jak rozpieszczone dziecko, którym byłam. Nie mogłam jednak tego zrobić, bo ci, którzy tolerowali moje kryzysy i kochali moje wady, właśnie odeszli w niedostępne miejsce. Nie zdążyłam nawet poprawić makijażu, gdy wjechałam do miniaturowego miasteczka, w którym oni chcieli pozostać na zawsze. Musiałam się spotkać z przedsiębiorcą pogrzebowym, zapłacić rachunek, ułożyć menu mdłego poczęstunku. Wszystko w środku turystycznej kapsuły czasu: brukowane uliczki, latarnie i mosty z poprzedniego wieku.

Właściciel zakładu pogrzebowego bynajmniej nie zachowywał się delikatnie. Był zdenerwowany i przejęty – od dawna nikt nie umarł. Mówił o tysiącu rzeczy, podczas gdy ja potykałam się w moich butach na wysokim obcasie, oczywiście nieodpowiednich w tym miasteczku z nierównymi uliczkami. Zaprowadził mnie do swojej małej kostnicy. Byli tam, mój ojciec i moja matka, nadzy, w szufladach – widziałam ich wtedy ostatni raz. Ledwo pogodziłam się z żółtą barwą ich ciał, a łysy facet ciągle dopytywał, czy wolę mahoń, czy dąb. Na trumny.

– Czy panienka już się zdecydowała?

– W porządku, Dom, ja się nią zajmę – usłyszałam czyjś szept, gdy właśnie miałam zwymiotować z rozpaczy.

To była czarnoskóra starsza kobieta z białymi włosami ściśniętymi w kok. Jej zaczerwienione, podrażnione oczy przepełniał smutek. Nie zapytałam, kim jest, nie chciałam udawać silnej, jedynie zgodziłam się, by mnie przytuliła. Bez przerwy płakałam, mimowolnie wdychając jej miętowy zapach. Od dawna, bardzo dawna nie płakałam tak w ramionach obcej osoby.

– Możesz płakać, córciu. Płacz dobrze robi – powtarzała, poklepując mnie po plecach.

– Przepraszam – powiedziałam, gdy zdołałam złapać oddech.

Ona się uśmiechnęła i skinęła głową, wyraźnie pokazując, że nie muszę się tłumaczyć.

– Chcesz ich ubrać? Czy ja mam to zrobić?

Poczułam, że to byłaby zniewaga, gdybym nie zdołała ubrać własnych rodziców. Cóż, nie zdołałam. Choć próbowałam. Wzięłam biały strój, który przygotowano dla mojej matki, i przypomniałam sobie, jak nie cierpiała tej spódnicy przed kolano: „Moje kolana są takie grube, miałaś szczęście, Cecílio, że odziedziczyłaś je po ojcu. Kolano jest pępkiem nogi”, mawiała, by potem pokładać się ze śmiechu. I niebieski garnitur taty, porządnie wyprasowany, z tym okropnym szarym krawatem i materiałem już stęchłym ze starości.

„Nosiłem krawat przez całe życie”, lubił powtarzać, „żeby powiesić się na darmo. Teraz założę krawat tylko w dniu, w którym ponownie wyjdziesz za mąż”.

Nigdy nie wyszłam ponownie za mąż.

Nie wierzyłam też w Boga, nie cierpiałam muzyki sertaneja, nie tańczyłam forró, nie miałam pracy i byłam wegetarianką.

– Zawiodłam ich na wiele sposobów – rzuciłam do starszej kobiety, siedząc na podłodze w korytarzu, gdy ona skończyła już zadanie, które powinno należeć do mnie. – Nie byłam taką córką, jakiej chcieli.

– Głupstwa, dziewczyno. Przyjaźniłam się z twoją matką, odkąd sprowadziła się tu z twoim ojcem. Zawsze opowiadała o tobie z wielką satysfakcją.

– Oni tak bardzo mnie kochali. A ja nie dałam nic w zamian.

– Ojciec i matka tego nie oczekują.

Miała na imię Luzia, była krawcową i sąsiadką, która zadzwoniła do mnie poprzedniego wieczoru, kobietą, która nie ufała ciszy po drugiej stronie ogrodzenia. Tego wszystkiego dowiedziałam się dopiero po uroczystości, na którą przyszło zaskakująco dużo osób. To, jak dobrymi ludźmi byli moi rodzice, uświadomiłam sobie dopiero wtedy, gdy na pogrzebie zobaczyłam długą kolejkę nieznajomych, którzy przyszli złożyć kondolencje z mocnymi uściskami i serdecznymi słowami. Nie chciał tu przyjechać żaden z członków ich rodziny, tymczasem setki osób, które znały ich tylko przez kilka lat, chciały uczcić ich pamięć. „Twoja matka była świętą kobietą”, powiedziała dziewczyna w ciąży, „ze względu na nią, mojej córce dam na imię Margarete”. Ktoś przyniósł mi nawet małe słodycze w kształcie ptaszków, maleńkich gołąbków ulepionych z cukru, które – jak mi powiedziano – smakują jak duch święty. Na końcu, kiedy trumny opuszczano do płytkich grobów na malutkim cmentarzu, poczułam, że to wcale nie była taka wielka niesprawiedliwość. Umarli razem. Nie opuścili mnie. Wypełnili jedynie przysięgę miłości, której nigdy nie będę w stanie zrozumieć. – Nie wiem, jak mam dziękować za tę całą pomoc – powiedziałam pani Luzii, która została, aby po tym całym huraganie zaprowadzić mnie w bezpieczne miejsce. Otulając się ciężkim wełnianym szalem, który miała na ramionach, sprawiała wrażenie zaciekawionej, choć zarazem trochę nieśmiałej, niemalże skrępowanej. – Dlaczego nikt z tobą nie przyjechał? – zapytała.

Wstydziłam się przyznać do braku szacunku z ich strony.

– Nie mogli.

– A ten twój kuzyn?

– Jaki kuzyn?

– Ten, który czasami ich odwiedzał.

Potrzebowałam chwili, żeby przetrawić tę kwestię. Wydawało mi się, że w środku jest tak samo twarda i zagmatwana jak ja.

– Nie mam żadnego kuzyna, pani Luzio. Tylko kuzynki. Dalekie.

– Owszem, masz. Twoja matka mi powiedziała. Że to jej siostrzeniec.

– O czym pani mówi?

Wtedy pojawiła się podejrzliwość.

João

– Przystojniak – stwierdziła recepcjonistka, szepcząc cichutko przy ladzie do nowej instruktorki hydroterapii. – I jest samotnym ojcem.

Fernanda zlustrowała dokładnie faceta wychodzącego z przebieralni. Miał kasztanową skórę, mocne ciało, które wydawało się jakby wyrzeźbione w drewnie. Nieregularne i właśnie dlatego hipnotyzujące. Następnie jej oczy skupiły się na tym, co zwracało jeszcze większą uwagę. W ramionach trzymał wątłe i zdeformowane dziecko – chłopczyka z przykurczami mięśni i żywymi oczami.

– To Adam, biedaczek cierpi na porażenie mózgowe – poinformowała recepcjonistka tonem kogoś, kto znajduje defekt w towarze wyeksponowanym w witrynie sklepowej. – Nawet nie masz pojęcia, jak jest oddany temu chłopcu.

Biorąc gwizdek i czepek pływacki, instruktorka zignorowała te komentarze. To był jej pierwszy dzień, nie szukała chłopaka. Spotkawszy nad basenem nowego ucznia, poczuła, że jej serce bezwiednie ściska współczucie. Na rękach ojca chłopiec mrugał w sposób niekontrolowany, po brodzie spływała mu ślina.

– Dzień dobry. Mam na imię Fernanda. Jestem nową instruktorką – wyjaśniła. On spojrzał na nią zdziwiony, jakby trochę niedostępny, a może zmęczony.

– João. Oczywiście muszę wejść do wody razem z nim.

– W porządku.

Adam musiał mieć cztery albo pięć lat. Był cherlawym chłopcem z rzadkimi kręconymi włosami i tymi bezlitosnymi oczami, które powodowały dyskomfort u każdego racjonalnego człowieka. Na chudym i powykrzywianym ciele miał kąpielówki z nadrukiem z kreskówki. Basen nie znajdował się blisko miejsca ich zamieszkania, ale ojciec nie ustawał w wysiłkach, żeby go socjalizować. Zakolegowali się już z pewnymi staruszkami, którzy rozpieszczali Adama, jak gdyby chłopiec potrafił zrozumieć, na czym polega zabawa. Nie, nie potrafił. Był ruchomym warzywem, jak stwierdziła matka, gdy go porzucała. Warzywem, które uwielbiało dotyk wody, kiedy João wchodził z nim do basenu, unosząc się na ogromnej i spokojnej niebieskiej powierzchni, gdzie dźwięki były filtrowane i przejrzyste, a poruszanie się nie sprawiało bólu.

Lata walki ukształtowały tego „idealnego mężczyznę”. Nie zawsze taki był. Radzenie sobie z synem z poważnym upośledzeniem w wieku trzydziestu lat to odpowiedzialność, od której na początku wolał się uchylić z powodu zwyczajnego braku doświadczenia. Zostawiał dziecko pod opieką własnej matki, emerytki, która miała wystarczająco wolnego czasu, lecz niewiele serca. Nadszedł taki dzień, kiedy i ona odeszła, oznajmiając: „Dbaj o niego, jest twój, ja ruszam na wycieczkę, nie szukaj mnie więcej”. Z nieruchomym dzieckiem w ramionach João się zastanawiał: i co teraz?

Matka chłopca była lafiryndą. Próżniaczką bez serca, która zostawiła chorego malca na jego barkach. On, nędzny weterynarz, który zarabiał pieniądze, zabijając psy i koty: dzień po dniu usypiał nieuleczalnie chore czworonogi w ośrodku zajmującym się kontrolą populacji bezdomnych zwierząt. Ręce wracały do domu ciężkie od śmierci i od razu wypisywały czek dla opiekunki-pielęgniarki. „Tutaj jest jego butelka, proszę karmić ostrożnie”, uprzedzała dziewczyna w bieli, która wydawała się bardziej matką niż ta prawdziwa. „On może się udławić”.

Wyrzuty sumienia pojawiały się wtedy, kiedy João przypominał sobie, co zwykle czuł jednej z tych nocy, gdy porównywał bezpańskie psy ze swoim synem – chore psy przynajmniej szczekały. Duża owłosiona ręka trzymająca butelkę czasami drżała. „Co by się stało, gdybym pozwolił, żeby mleko gromadziło się w atroficznym gardle, dostało się do płuc, płynęło przez usta bez kontroli?”, myślał. „On może się udławić”.

Adam był zapchlonym szczeniakiem bez świadomości. Nie czułby bólu, nie czułby niczego, poszłoby szybko i João byłby wolny. Weterynarz jednak przerwał, rzucając opróżnioną do połowy butelką o ścianę, płacząc konwulsyjnie i przytulając jęczącego chłopca – czuł się winny. Odnosiło się wrażenie, że jego życie było jednym rytuałem przewin.

Wtedy zrozumiał, że jeśli chodzi o jego syna, to oczekiwania były znacznie mniej wygórowane niż w przypadku pozostałych dzieci. Podczas gdy inni rodzice puchli z dumy, widząc, jak ich pociechy chodzą na czworakach, a potem wypowiadają pierwsze słowa, João miał ochotę krzyczeć z radości, kiedy Adam zdołał się uśmiechnąć.

Weterynarz chciał jednak więcej. Dzięki sesji fizjoterapeutycznej i wielu innym zajęciom w Szpitalu imienia Sarah Kubitschek właśnie się dowiedział, że syn ma duszę. Czasami dało się ją zobaczyć, gdy zasypiali razem na łóżku i jasne oczy chłopca, zezowate i pozbawione kontroli, spoczywały na czuwającym ojcu. Z twarzy można było wyczytać czułość i wdzięczność.

Musiał istnieć jakiś sposób, żeby go stamtąd wydostać, ze środka własnego ciała. João nie myślał o niczym innym, szukał możliwości leczenia. Była jedna taka terapia. W Chinach, u specjalistów zajmujących się komórkami macierzystymi. Kosztowała pieniądze, których nie miał. Jeszcze.

– Czy on się urodził taki…? – zapytała nowa instruktorka po zakończeniu zajęć, nieco skrępowana.

João nie miał z tym problemu.

– Taki się urodził – odparł. – Przepraszam, jestem już spóźniony do pracy.

Opuścił budynek z torbą przewieszoną przez ramię, pchając wózek inwalidzki, na którym przypięty pasem bezpieczeństwa Adam ze spokojem sprzeciwiał się temu, że musieli wyjść. Już nigdy więcej nie będę uprawiał seksu, stwierdził João. Światło się zmieniło. Pobiegł, żeby złapać autobus.

Tego dnia uśmiercił nową dostawę: pięć psów i trzy koty.

Cecília

Właściciel zakładu pogrzebowego przyszedł, żeby przekazać mi klucz do niebieskiego domku – zwykła formalność, bo nikt nie zadał sobie trudu, żeby cokolwiek zamknąć. Umarli, zostawiwszy otwarte drzwi, na znak uprzejmości wobec sąsiadów. Świadoma, że ruch pozwoli mi stłumić tę całą rozpacz, pootwierałam szeroko drewniane okna, weszłam do salonu z szydełkowymi ozdobami, starłam kurz z mebli.

Ostatni raz byłam tu pięć, sześć miesięcy temu. Narzekałam, że nie mogę znaleźć miejsca w terminarzu (który wcale nie był zapełniony), żeby jechać tyle godzin drogą lądową. Nie mogliście się ukryć w jakimś miejscu, które miałoby lotnisko? „Ach, córciu”, odpowiadał ojciec, „dobrze nam się tutaj żyje. Czas przemija tak samo szybko jak my”.

Oboje byli emerytowanymi urzędnikami, historia ich miłości zaczęła się na korytarzach banku. Przez całe moje dzieciństwo mieszkaliśmy w jednym z najbardziej tradycyjnych kwartałów w dzielnicy Asa Sul, w budynkach z pilotisami i cobogosami1, podwórkami obsadzonymi tabebujami i pełnymi cykad. Podczas jednego ze swoich licznych wyjazdów zachwycili się miasteczkiem w stanie Goiás. A potem bezceremonialnie ogłosili, że wracają do domu: znaleźli idealne miejsce. Nigdy nie rozumiałam tego zmęczenia cywilizacją i nawet nie przejęłam się faktem, że w wieku osiemdziesięciu lat izolowanie się jest dość niebezpieczne.

1 (port.) Cobogós – ażurowe bloki wykorzystywane do budowy ścianek działowych oraz ścian zewnętrznych, powszechnie stosowane w Brazylii; nazwa cobogó (l. poj.) pochodzi od pierwszych sylab nazwisk jego twórców: Portugalczyka Amadeu Oliveiry Coimbry, Niemca Ernesta Augusta Boeckmanna i Brazylijczyka Antônia de Góisa. W swoich projektach stosował je m.in. Oscar Niemeyer, główny architekt Brasílii [wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki].

Łóżko, na którym ich znaleziono, było niezasłane. Po prawej stronie wezgłowia stała butla z tlenem mojego ojca – czekał na płuco. Po stronie matki – szklanka wody i egzemplarz Biblii. Radiografia rzeczy, które ich niszczyły: trudności z oddychaniem i niezachwiana wiara.

Pamiętam, jak ojciec palił bez przerwy przy oknie, odpalając jednego papierosa od drugiego, czasami bez wyjmowania z ust. Raz, przy szpitalnym łóżku podczas jednej z licznych zapaści, zapytałam go, czy żałuje. „Wszyscy kiedyś umrą”, odpowiedział, „Na moje szczęście butelkują tlen”. Spokojne powietrze Goiás, turystyczne i laickie miasto najwyraźniej mu służyło: nastąpiła remisja i nawet lekarz nie wierzył, że to potrwa tak długo.

„Jestem twardy. Nie umiem już oddychać, ale jeszcze trzymam się na nogach”. Nigdy nie wymawiał słowa rak, był człowiekiem wiecznie używającym eufemizmów. Zwykł mówić o swoim „małym problemie”, o „chorobie”.

Mama z kolei cierpiała na mniej elokwentne, lecz groźniejsze schorzenia. Cukrzyca i nadciśnienie, jak zdradzała góra tabletek w szafce łazienkowej. Przez całe życie była pulchna i rumiana, nawet gdy jedzenie nie było już możliwym przywilejem. Kiedy złościła się na kogoś, potem mówiła z tym swoim rozkosznym śmiechem: „proszę mi wybaczyć tę niegrzeczność, jestem po prostu głodna”.

Nie planowali mnie. Byłam jednym z tych niespodziewanych i późnych dzieci. W sąsiedztwie wszyscy sądzili, że małżeństwo Raula i Margarete na zawsze pozostanie samo. Zamiast menopauzy, zjawiłam się ja. Boski cud, jak zwykła powtarzać moja matka. Wolałam jednak myśleć, że było to leczenie niepłodności, które przyniosło efekt dopiero po wielu latach. Odkąd skończyłam osiem lat, żyłam przerażona tym momentem, w którym jedno z nich odchodzi, zostawia mnie z tym drugim i z bezbrzeżną samotnością, ponieważ całe życie spędzone razem później nie może się utrzymać bez jednego z elementów.

Kiedy jest się dzieckiem i ma się rodziców starszych niż normalnie, pojęcie wieczności zaczyna przerażać bardzo wcześnie. Wychwyciłam także sposób, w jaki pomarszczone dłonie napełniają pudełka z drugim śniadaniem do szkoły i zaplatają włosy – ubrania i przekąski zawsze miałam z poprzedniego wieku. Wszystko było zmęczeniem. Nawet wtedy, gdy towarzyszyli moim przejażdżkom rowerowym, sapiąc w obliczu najmniejszego nacisku. „Jeszcze jest wcześnie, tatusiu”, protestowałam naburmuszona, siedząc na rowerku z taką ilością energii, że mogłam rozwalić świat. W tamtym czasie on dyszał już od samego mówienia.

Mieliśmy pieska (wabił się Wąs), który pełnił funkcję mojego towarzysza na niewidzialnych bystrzach na placu zabaw, co robił z zapałem godnym atlety, choć czasami potykał się o własne futro. Zanim stał się mój, należał do moich rodziców, aż nadszedł taki moment, kiedy po prostu padł bezwładnie w ogrodzie, powalony w środku zabawy. Klęcząc nad sztywnym ciałem mojego psa, trącałam go, wąchałam, a nawet krzyczałam, podnosząc jego długie uszy, przekonana, że zwierzęta także robią psikusy. Moja próba obudzenia go była zapalnikiem, który sprawił, że później postanowiłam zostać weterynarką: w głębi duszy chciałam tylko zyskać moc, żeby tego uniknąć. Żeby przyjaciele mogli żyć dłużej.

Ojciec przyszedł z ręcznikiem i zawinął w niego Wąsa. Mama miała uspokoić moje rozpaczliwe łkanie. „Co się z nim stało?”, chciałam wiedzieć. „Dokąd poszedł?”

„Był już bardzo stary”, wyjaśniła mi.

Od tamtej pory do moich koszmarów dołączyła nowa bohaterka: niewidzialna ręka, która zabierała z tego świata dusze, kiedy kończył się ich czas. Zaczęłam rozumieć, że białe nitki, które gromadziły się w brodzie mojego taty, oraz worki i zmarszczki wokół niebieskich oczu mamy sygnalizowały końcowe odliczanie. Ludzie też mieli termin przydatności. Nie chciałam rosnąć, ponieważ dorastanie oznaczało, że oni niedługo będą musieli odejść. Urodziny kojarzyły mi się z pożegnaniami.

Przez całe swoje życie przysięgałam, że jestem przygotowana na ich śmierć, by na końcu się przekonać, że absolutnie nie byłam gotowa. Czy ktoś jest?