7,99 zł
Od czego zaczyna się podróż w czasie? Wystarczy moment, chwila, mały bodziec. I nagle przenosimy się wstecz, do rzeczywistości, która żyje w cudzych wspomnieniach. Być może to właśnie przydarzyło się Mikołajowi.
Pewnego dnia chłopak odwiedza Muzeum Powstania Warszawskiego. To nie była zwyczajna wizyta, bo nagle Mikołaj oglądając wystawę przenosi się w sam środek powstania warszawskiego. Wszystko jest takie prawdziwe i realne, w tym również niebezpieczeństwo i śmierć. Na ratunek Mikołajowi rusza jego starszy brat Wojtek. Choć na co dzień trudno im się było porozumieć, to w świecie wojny będą musieli przejść prawdziwy test braterskiej miłości. Czy obaj go przetrwają?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 288
Galop '44
Copyright © 2014, 2019 Monika Kowaleczko-Szumowska i SAGA Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788328104808
1. Wydanie w formie e-booka, 2019
Format: EPUB 2.0
Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.
SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont
moim synom
Pojawienie się w jednej rodzinie dwóch tak różnych chłopców jak Wojtek i Mikołaj graniczyło z wybrykiem natury lub rzadką mutacją genetyczną. Zdarzyło się chyba jedynie na zasadzie przyciągania się przeciwności. I nie chodziło tylko o to, że trzynastoletni Mikołaj miał proste, jasne włosy i błękitne oczy, a starszy od niego o cztery lata Wojtek – ciemne loki i piwne oczy. Chodziło o coś znacznie więcej – charakterami różnili się tak bardzo, że razem stanowili mieszankę wybuchową.
Szalony i entuzjastycznie nastawiony do świata Mikołaj nie dogadywał się ze starszym bratem. Mikołaj czytał kilka książek naraz, a jeśli nie czytał, ruszał się w sposób nieskoordynowany, zawsze musiał coś strącić, zepsuć albo zalać sokiem – zazwyczaj markowe ubrania brata. Poukładanemu i powściągliwemu Wojtkowi najtrudniej było zaakceptować właśnie nieprzewidywalność Mikołaja, który leniwe popołudnie potrafił zmienić w beczkę prochu z tlącym się lontem. Nic dziwnego, że Wojtek momentami miał go dość. Właściwie to zwykle miał go dość.
Wojtek był małomówny i zamknięty w sobie, a swojego brata traktował jak kosmitę i zazwyczaj nie miał ani czasu, ani ochoty, ani cierpliwości z nim przebywać. Trochę usprawiedliwiało go to, że był od Mikołaja kilka lat starszy. Rodzice gotowi byli finansować ich wspólne wyjścia, i może by się nawet czasem skusił, gdyby nie to, że przebywanie z Mikołajem kończyło się zawsze wielkim wstydem. Z własnej inicjatywy Wojtek przypominał sobie o bracie właściwie tylko raz do roku, kiedy mama zmuszała go do porządków w pokoju. Wtedy wnosił do sypialni młodszego brata pudło starych zabawek, ubrań i książek i stawiał je na podłodze. Siadał na łóżku, popijał pepsi i wyceniał wszystko, co Mikołaj chciał zatrzymać. W ten sposób udawało mu się wyciągnąć od brata trochę kasy. Raz, kiedy Wojtek był w wyjątkowo dobrym humorze, podarował bratu resztę swoich śmieci i niedopitą pepsi. Mikołaja, choć nikomu o tym nie mówił, bolał brak prawdziwego zainteresowania ze strony Wojtka, co objawiało się głównie szarpaniną, kłótniami i wzajemną złośliwością.
Wszyscy wyszliby na tym lepiej, gdyby zostawiono braci w spokoju. Może by się nawet zaprzyjaźnili? Ale dorosłym prawdy oczywiste często zbyt trudno pojąć. Mama i tata od dawna niecierpliwie wypatrywali pojawienia się pomiędzy chłopcami braterskich uczuć, aż w końcu postanowili im dopomóc w sposób właściwy rodzicom, czyli kompletnie chybiony. Ponieważ bracia lubili muzykę, mama i tata namówili ich nauczycielkę od pianina, żeby przećwiczyła z nimi jakiś utwór na cztery ręce. Pani Ela wybrała Galop, mało znane dzieło niemieckiego kompozytora Richarda Eilenberga. Wspólna gra miała zaczarować rzeczywistość i zbliżyć chłopców do siebie, ale okazała się niewypałem.
Na koncert zorganizowany w czerwcu, na zakończenie roku nauki gry na pianinie, przybyła cała rodzina. Numerem popisowym był oczywiście Galop. Gra z Mikołajem na cztery ręce była dla Wojtka męczarnią. Na próbach celnym kopnięciem udawało mu się doprowadzić brata do porządku, ale przy publiczności złożonej z babć, cioć i rodziców, śledzących i komentujących każdy ich ruch, nie mógł. Mikołaj galopował więc jak szalony przez zapis nutowy, podczas gdy Wojtek gimnastykował się, żeby utrafić z akompaniamentem. Na koniec były ukłony i brawa, których Wojtek nie cierpiał, więc uciekł z salonu do swojego pokoju, podczas gdy jego brat w pojedynkę przyjmował oklaski.
Tacy już byli. Muzyka była ich jedynym wspólnym zainteresowaniem, poza tym niewiele ich łączyło. Który sensowny rodzic w takiej sytuacji wysłałby nadpobudliwego Mikołaja pod opieką znudzonego siedemnastolatka na obchody uroczystości państwowych?! Niestety rodzice bardzo często zachowują się tak, jakby pewne rzeczy zupełnie do nich nie docierały.
Gdy, jak co roku, pierwszego sierpnia o godzinie siedemnastej w Warszawie zawyły syreny, a samochody pędzące ulicami miasta zatrzymały się, Wojtek i Mikołaj siedzieli w samym epicentrum uroczystości – w Muzeum Powstania Warszawskiego. Żeby zagłuszyć wycie syren, Wojtek wcisnął słuchawki ipoda głęboko do uszu. Dzięki temu jedynym dźwiękiem w jego głowie był jego ulubiony kawałek Metalliki – Nothing Else Matters.
Samoloty, które wystartowały z Okęcia, kreśliły właśnie na niebie smugę w barwach narodowych, a mieszkańcy z zadartymi głowami obserwowali rysunek na niebie. W Parku Wolności odezwał się pamiątkowy dzwon „Monter”. Miasto zatrzymało się, zasłuchane, a starsi warszawiacy ukradkiem ocierali łzy. Siedemnastoletniego Wojtka okropnie denerwowało to patriotyczne pochlipywanie.
Kiedy był mały, uwielbiał defilady i tym podobne patriotyczne uroczystości, ale w miarę jak dorastał, jego fascynacja słabła. Narodowo-religijny koktajl, którym go wykarmiono w domu i katolickiej Szkole Sióstr Felicjanek, w liceum wyśmiali jego rówieśnicy. A ponieważ ciężko mu było się oprzeć presji kolegów, udawał, że cały ten patriotyzm nic go nie obchodzi. Jego wrażliwość skryła się pod markowymi ciuchami i skorupą obojętności.
W tym roku na obchody rocznicy wybuchu powstania chłopcy wybrali się sami, ponieważ rodzice musieli wyjechać. Tata zakwalifikował się na kilkutygodniowe szkolenie w Londynie, podczas którego miał okazję współpracować ze znanymi specjalistami ze swojej branży. Była to dla niego wielka szansa zawodowa i bardzo chciał jechać. Mama z jednej strony uważała, że powinna mu towarzyszyć, a z drugiej nie chciała zostawiać chłopców samych. Była w rozterce.
– To przecież jeszcze dzieci! – denerwowała się.
– Dzieci? – Tato spojrzał badawczo na swoich nastoletnich synów. – Nie wyglądają.
Chłopcy mieli prawie tyle samo wzrostu co ich ojciec.
– Dacie radę? – zapytała mama.
– Oczywiście. – Mikołaj podniósł znad książki nieobecne oczy.
– Jasne – dodał Wojtek, który gotów był zostać z bratem, żeby tylko móc do woli grać na laptopie i ipadzie.
Decyzja zapadła i rodzice wyjechali pod koniec lipca, zostawiając chłopcom długą listę rzeczy do zrobienia. Na pierwszym miejscu znalazła się wizyta w Muzeum Powstania Warszawskiego w rocznicę wybuchu powstania. Wojtek obiecał, że zawiezie Mikołaja na obchody i po uroczystościach odwiezie go do domu. Niby nic takiego, a jednak okazało się to brzemienne w skutki.
Wojtek nie zamierzał niańczyć brata w muzeum. Zbyt dobrze pamiętał wizytę sprzed roku, kiedy zapytany przez przewodnika, kto podjął decyzję o wybuchu powstania, Mikołaj wykrzyknął na cały głos: „Rząd blondynek!”. To był cały Mikołaj: totalnie zakręcony. Po pierwsze, nie miał racji, a po drugie, tylko w jego nieprzewidywalnym mózgu rząd w Londynie mógł skojarzyć się z rządem blondynek. Przewodnik, gdy to usłyszał, osłupiał, Wojtek parsknął śmiechem, mama się obruszyła, a ojciec pogroził Mikołajowi i skończyło się awanturą. Mikołaj tłumaczył radośnie (dobry humor nigdy go nie opuszczał), że myślał, że to okupacyjny pseudonim polskiego rządu na emigracji. Jasne!
Ich rodzice traktowali uroczystości związane z powstaniem warszawskim tak, jakby sami brali w nim udział. Co gorsza, Mikołaj był o tym święcie przekonany. Dopiero niedawno Wojtek wybił mu to z głowy (i to dosłownie, sam zresztą też wtedy oberwał).
Jak co roku pierwszego sierpnia przed muzeum panował tłok. Wojtek z Mikołajem weszli razem do środka, ale rozdzielili się tuż za progiem. Wojtek poszedł do sali kinowej, rozsiadł się na widowni i spod przymkniętych powiek śledził powstańczą kronikę. Znał ją dobrze, bo co roku puszczali to samo. Ludzie na ekranie w przyspieszonym tempie biegali, salutowali, strzelali. Byli bardzo przejęci, ale wyglądali komicznie.
Wojtek zdawał sobie sprawę z tego, że puszczenie Mikołaja samopas w muzeum ma pewne minusy. Trzeba będzie go szukać, ponieważ z pewnością nie zastanie go tam, gdzie się umówili. Ale taka była cena uwolnienia się od nieznośnego brata.
Jeśli chodzi o Mikołaja, to z braku towarzystwa Wojtka był raczej zadowolony. Oczywiście, że wolałby po muzeum biegać z kimś, ale jego starszy brat się do tego nie nadawał. Ciągle by się złościł i go strofował. Więc Mikołaj dał za wygraną, choć czasami marzyły mu się wspólne eskapady z Wojtkiem. Niestety, bez wzajemności.
Mikołaj miał w Muzeum Powstania swoje miejsca. Trudno o nich powiedzieć: ulubione – raczej miejsca, które go silnie przyciągały. Na pierwszym piętrze wisiało zdjęcie młodego powstańca wychodzącego z kanału. Z włazu wystawała głowa w czarnym berecie zsuniętym do tyłu i dłoń, wyciągnięta jakby do powitania. Mikołaj dobrze wiedział, że chłopak z nikim się nie przywita, a rękę wyciągnął odruchowo, żeby się nią zasłonić, bo wyszedł z kanału prosto na Niemców. Wokół jego szyi zaciskał się pasek, na którym trzymano go jak na smyczy. Gdyby skoczył w dół, zawisłby na tym pasku, a z karabinu wycelowanego w jego głowę posypałby się grad kul. Mikołaj czuł, że chłopak rozważył już tę opcję.
Patrzył na zdjęcie przez dłuższą chwilę, a potem szybko się odwrócił i ruszył do podziemi, gdzie znajdowała się replika kanałów. Lubił tam wchodzić. Wystarczyło zamknąć oczy, żeby znaleźć się w zawieszeniu pomiędzy rzeczywistością a przeszłością. Mikołaj kochał to uczucie i towarzyszący mu dreszczyk emocji. Kto wie, czy za każdym razem uda mu się trafić do wyjścia?
W drodze do podziemi Mikołaj przebiegł obok powstańczego kina, nie zwracając uwagi na Wojtka, który siedział na widowni. Przed wejściem do kanału było pusto; w środku panowała ciemność. Mikołaj uśmiechnął się: od dawna chciał przejść kanał bez światła. Schylił głowę i dał nura do środka. Kanał był ciasny. Specjalnie go tak zbudowano, żeby spotęgować efekt.
Tymczasem Wojtek zauważył przebiegającego obok niego brata i nawet się ucieszył. Teraz przynajmniej wiedział, gdzie go szukać. A gdy Mikołaj wyjdzie z podziemi, najprostsza droga powrotna będzie prowadziła również przez widownię kina.
W tym momencie zawyły syreny i na ten dźwięk, oznaczający godzinę siedemnastą, ludzie wokół Wojtka poderwali się na równe nogi i wyprężyli na baczność. Tylko Wojtek pozostał na miejscu. Jeszcze godzina, westchnął, a potem zgarniam Mikołaja i wracamy do domu. Nagle poczuł bolesne ukłucie pod łopatką. Odwrócił się i dwa rzędy dalej zobaczył wyprężonego jak struna starszego pana, który wymownie potrząsał drewnianą laską.
– OK, OK – burknął Wojtek i spionizował się.
– Szykuj się! – rzucił Dziadunio.
– Słucham? – zapytał Wojtek, wyjmując z uszu słuchawki.
– Szykuj się – powtórzył Dziadunio.
– Na co? – zdziwił się Wojtek.
– Zobaczysz.
Bredzi, pomyślał Wojtek. Dziadunia znał z widzenia, ponieważ spotykał go co roku na obchodach rocznicy wybuchu powstania. Dziadunio był samozwańczym strażnikiem godziny „W”. Wojtek nie raz widział, jak starszy pan syczał na rozmawiających, a nawet tłukł laską tych, którym nie chciało się wstawać. Chyba tylko po to ją nosił, bo poruszał się całkiem dziarsko, za to bardzo skutecznie dyscyplinował nią młode pokolenie. Niech mu będzie, pomyślał Wojtek, a kiedy minuta ciszy się skończyła, znów usiadł i oddał się słuchaniu muzyki.
Kiedy zawyły syreny sygnalizujące godzinę „W” i rozdzwonił się „Monter”, Mikołaj był w kanale. Odruchowo wyciągnął ręce na boki i poczuł wilgoć na ścianach. Pod nogami zachlupotała mu woda. Musiał pochylić głowę, żeby nie uderzyć w sufit, który wyraźnie się obniżał. Nieźle to podrasowali w tym roku, ucieszył się. Pojawił się nawet jakiś kanałowy zapaszek. Pamiętał, że replika kanału nie była długa. Kończyła się włazem, do którego prowadziła żelazna drabinka. Właz był zawsze zamknięty, a na ekspozycję wracało się boczną odnogą kanału. Kiedy dotarł pod właz, energicznie skręcił do wyjścia, ale ku swemu zaskoczeniu wpadł na oślizgły mur. Dotknął ściany; przejścia nie było. Zrobił w tył zwrot, żeby wrócić, skąd przyszedł, ale w oczy zajrzała mu nieprzenikniona ciemność. Poczuł się nieswojo. Rozumiem, puknął się w czoło, w tym roku wychodzi się przez właz. Wspiął się po żelaznej drabince. Spróbował plecami wypchnąć pokrywę, ale nic z tego. Dopiero kiedy nacisnął barkiem, pokrywa uniosła się i zsunęła na bok. Zaciekawiony Mikołaj wystawił głowę na zewnątrz.
Po ciemnościach panujących w kanale oślepiło go popołudniowe słońce, które tak naprawdę ledwie wyglądało zza chmur. Zamknął oczy i po chwili znów je otworzył. Znajdował się na środku opustoszałego placu, który jakby znał z jakiegoś zdjęcia. Nie zdziwiły go wybuchy ani odgłosy strzelaniny – to było w Muzeum Powstania na porządku dziennym. Zdziwił się dopiero, kiedy ktoś chwycił go za kark i przygiął do ziemi.
– Chyl łep, psa krew.
Mikołaj nie zrozumiał, ale na wszelki wypadek cofnął się w głąb włazu i przyczaił na klamrach. Po chwili w prześwicie nad nim pojawiła się nieznajoma twarz.
– Wyłazi? – zapytał jej właściciel.
– Jasne – odpowiedział Mikołaj, zachwycony takim zwrotem akcji.
Szykowało się coś naprawdę niesamowitego. Mikołaj wygramolił się na zewnątrz i przypadł do ziemi, pociągnięty w dół przez tamtego. Dziwny jakiś, pomyślał Mikołaj, odczołgując się za nim od włazu. W pewnym momencie mężczyzna poderwał się i zgięty wpół popędził do najbliższej bramy. Mikołaj zrobił to samo. Dopiero w bramie miał okazję przyjrzeć się nowemu znajomemu. Stał przed nim młody, dwudziestoparoletni mężczyzna, szczerzący w uśmiechu białe zęby. Miał pucołowatą, dziecinną twarz, krótkie czarne włosy i zawadiacki uśmiech.
– Nice, ha? Finally! Nasz powstanie.
– Pan… – wykrztusił Mikołaj – kim…
– Pan Kim?! – Nieznajomy zaprzeczył gwałtownie, potrząsając głową. – Pan Lotnik.
– Co? – Mikołaj osłupiał.
– Jak ma na imię? – zapytał nieznajomy.
– Kto? – Mikołaj się rozejrzał. W bramie oprócz nich stało jeszcze kilka osób.
Nieznajomy dźgnął go palcem w pierś.
– To.
– To jest Mikołaj – przedstawił się Mikołaj.
– Hi, Mikolaj. – Nieznajomy wyciągnął rękę, którą Mikołaj uścisnął zaskoczony. – Janek – oznajmił przyjaźnie. – Halifax1. – Rozłożył ręce na boki, udając samolot. – Pif, paf, wielka bum. Pali siem! – wrzasnął tak głośno, że kilkoro ludzi stojących w bramie spojrzało w ich stronę. Tymczasem Janek, robiąc zmartwioną minę, podwinął jedno ramię jak ranny ptak i zademonstrował upadek na bok. – Więźnia uciek! – oświadczył triumfalnie.
– Aha – przytaknął Mikołaj, który o dziwo zrozumiał, że chodzi o katastrofę lotniczą samolotu Janka i jego ucieczkę z niewoli.
W tym momencie do bramy od strony podwórka wpadł chłopak w wieku Mikołaja, ledwo wyhamował przed Jankiem i coś do niego wysapał. Janek machnął ręką na pożegnanie i wycofał się z bramy przez podwórze.
Mikołaj oszołomiony patrzył za nim przez chwilę, a kiedy zniknął mu z oczu, przeniósł wzrok na nowego przybysza. Na widok bufiastych spodni do kolan i wytartego swetra, w który był ubrany, aż otworzył usta. To nie wyglądało na obchody rocznicy wybuchu powstania ani na żadną inscenizację czy rekonstrukcję. Nowy chłopak patrzył na niego z wyraźnym rozbawieniem.
– Coś nie gra? – rzucił.
Zdumiony Mikołaj nie odpowiedział.
– Prorok. – Chłopak wyciągnął rękę.
– Mikołaj.
– Skąd takie klawe sztany wytrzasnąłeś? – Prorok roześmiał się.
– Co?
– To. – Prorok pociągnął go za nogawkę jego spodni. – Mucha nie siada.
O co mu chodzi, pomyślał Mikołaj, to przecież zwykłe jeansy. Sam wygląda nie najlepiej. Zdziwiło go, że są tak różnie ubrani. Przez chwilę się nie odzywał, aż w końcu zadał dręczące go pytanie.
– To… – machnął ręką w kierunku opustoszałego placu i wysokiego budynku, skąd dobiegały strzały – powstanie warszawskie?
– Nie, listopadowe – prychnął Prorok.
– Tak czy inaczej, przegraliście.
Łagodne oczy Proroka pociemniały. Sweter przewieszony przez ramię wylądował na ziemi, dłonie zacisnęły w pięści, twarz wykrzywiła. Jednym susem dopadł Mikołaja i wziął zamach. Mikołaj cofnął się gwałtownie.
– Powtórz! – syknął Prorok.
W jego oczach czaiła się wściekłość. Widać to jego słaby punkt, pomyślał Mikołaj i zrobił jeszcze jeden krok w tył.
– Coś mi się pokręciło – bąknął.
Prorok opuścił pięści. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.
– Znasz Janka? – zapytał Mikołaj, żeby rozładować sytuację.
– Zajmuje się dorszami – odpowiedział Prorok, podnosząc sweter.
– Ma sklep rybny? – zapytał Mikołaj z nadzieją, że uda mu się znaleźć jakiś punkt zaczepienia w nowej rzeczywistości.
Prorok przyglądał się Mikołajowi zmrużonymi oczami.
– Z choinki się urwałeś? Dorsze to angielscy jeńcy wojenni, którzy uciekli z niemieckich obozów. A ty? Skąd się tu wziąłeś?
– Ja? – Mikołaj zupełnie nie wiedział, co ma odpowiedzieć. – Przeszedłem tu kanałem – powiedział zgodnie z prawdą.
– Kanałem? – Prorok gwizdnął z uznaniem. – Idziemy?
Mikołajowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wyskoczył z bramy za Prorokiem, ale obaj cofnęli się równie prędko, jak wypadli na ulicę, ponieważ na placu wywiązała się strzelanina. Od bramy do bramy przeskakiwał mężczyzna w ułańskiej rogatywce, z karabinem w jednej, a laską w drugiej ręce. Wymachiwał nią bardzo energicznie w kierunku najwyższego budynku na placu.
– Do ataku! – krzyczał, wpadając do kolejnych bram. – Na drapacz!
Na jego rozkaz chłopcy w biało-czerwonych opaskach na ramieniu wyskoczyli na chodnik i rzucili się w kierunku drapacza chmur. Po tych, którzy padli, trafieni niemieckimi kulami, pobiegły sanitariuszki. Dowódca wydał kolejny rozkaz i młody chłopak, uginający się pod ciężarem granatnika, położył się na skraju chodnika, całkiem niedaleko bramy, skąd całej akcji przyglądali się Mikołaj i Prorok. Dwóch innych podawało mu pociski. Chłopak chwilę majstrował przy sprzęcie, aż w końcu wystrzelił. Mikołaj i Prorok śledzili lot pocisku, a raczej smugę po nim. Pierwszy pocisk sięgnął celu, ale nie wybuchł, dopiero drugi zmiótł część balkonu na piętrze drapacza chmur nad zaparkowanym poniżej niemieckim samochodem. Niemcy rzucili się do ucieczki. Wypadli z budynku na plac, gdzie dostali się pod ostrzał. W tym samym czasie szturmujący powstańcy wdarli się do budynku bocznymi drzwiami. Po niedługim czasie na dachu pojawiła się biało-czerwona flaga.
– Hura! – rozległy się okrzyki.
Tymczasem z głębi ulicy nadjechały niemieckie czołgi. Powstańcy, którzy ubezpieczali atakujących, obrzucili je granatami, ale tylko jeden stanął w ogniu. Pozostałe ostrzeliwały kamienice na placu, a kolejne nadjeżdżały z przeciwnej strony. Zrobiło się gorąco.
Zupełnie nieoczekiwanie Mikołaj przypomniał sobie o spotkaniu z Wojtkiem przed bramą muzeum o godzinie szóstej. Wiedział, że jego brat będzie wściekły, jeśli się nie zjawi. Ale jak miał się stąd wydostać? Gdzie się właściwie znajdował i jak tu trafił? Właz! Przyszedłem tu kanałem, pomyślał, więc kanałem powinienem wrócić.
– Muszę lecieć – powiedział do Proroka.
– Szkoda.
– Wrócę – obiecał Mikołaj.
Schylony popędził do włazu i zsunął się po klamrach. Dalej nogi poniosły go same. I zamiast natknąć się na ścianę blokującą drogę, wyszedł prosto na ekspozycję.
Ku wielkiemu zaskoczeniu Wojtka za pięć szósta Mikołaj wypadł z podziemi na widownię kina i na łeb na szyję popędził w górę po schodach. Nie mogąc się nadziwić punktualności brata, Wojtek ruszył za nim. Nie zauważył, że Mikołaj zostawia po sobie brudne i mokre ślady, na które zwiedzający patrzą z oburzeniem, usuwając się mu z drogi. Nie zauważył nawet tego, że niektórzy zatykają nosy. Był zadowolony, że wszystko poszło tak gładko.
Gdy wracali kolejką do domu, Mikołaj zamęczał Wojtka pytaniami.
– Co byś zrobił, gdybyś trafił do powstania?
– Coś tu jedzie. – Wojtek spojrzał na brata podejrzliwie.
Mikołaj odruchowo wsunął nogi głębiej pod siedzenie. Buty musiały mu się zabrudzić w kanale.
– Walczyłbyś? – nie dawał za wygraną.
Wojtek zatkał sobie nos.
– Ja bym walczył. – Mikołaj się zamyślił.
Wojtek spojrzał na niego badawczo.
– A ty? – dopytywał się Mikołaj.
– Ja bym wiał, gdzie pieprz rośnie. – Wojtek wzruszył ramionami.
Wysiedli na stacji PKP Anin i poszli do domu.
Następnego dnia Mikołaj od rana nie dawał Wojtkowi spokoju. Koniecznie chciał znów jechać do muzeum. Dwukrotnej wizyty nie było w umowie, ale Mikołaj zaoferował, że w zamian za to sam robi wszystkie prace w domu, których całą listę zostawili im rodzice. Wojtek zgodził się na taki układ.
Tym razem, kiedy dotarli do muzeum, Mikołaj zwlekał z odejściem.
– Co byś zrobił, gdybyś znalazł się w powstaniu? – powtórzył jak echo swoje pytanie. – Walczyłbyś?
Wojtek spojrzał na niego jak na idiotę.
– Dlaczego nie? – nie dawał mu spokoju Mikołaj.
– Bo ja wiem? – Wojtek wzruszył ramionami.
I tak się rozstali.
Kiedy Mikołaj wychynął z kanału po drugiej stronie, plac był udekorowany jak na święto narodowe. Z dachu drapacza chmur, z budynku poczty, z okien wszystkich kamienic powiewały biało-czerwone flagi. Roiło się od wiwatujących ludzi. Mikołajowi udzieliło się powszechne podniecenie i ciekawie rozglądał się wokół. Mieszkańcy padali sobie w objęcia, wyrzucali w górę kapelusze i czapki. Grupa powstańców zebrała się przy brzegu betonowego zbiornika z wodą, wkopanego w ziemię. Spoceni, ściągali ubranie i jeden po drugim wskakiwali do basenu. Chlapali się jak dzieci. Obok znienacka pojawiła się ekipa filmowa. Filmowcy rozłożyli sprzęt i zaczęli kręcić. Mikołaj zrobił kilka głupich min do kamery, ale nie wzbudził niczyjego zainteresowania.
– Serwus! – odezwał się znajomy głos.
– Hej! – Mikołaj rozpromienił na widok Proroka.
***
Tymczasem Wojtek czekał na Mikołaja na widowni muzealnego kina i znudzony spoglądał na ekran, gdzie jak zwykle leciała kronika. Jakiś powstaniec ściągnął koszulę przez głowę, zdjął spodnie i skoczył na główkę do betonowego zbiornika z wodą. Za jego przykładem poszli następni. Kroniki z tamtych lat odtwarzane są zawsze w przyspieszonym tempie, więc skoki powstańców wyglądały jak gra w pchełki: koszula, spodnie, chlup do wody; koszula, spodnie, chlup do wody. „Po zdobyciu budynku Prudentialu i Poczty Głównej na placu Napoleona chwila odpoczynku”, komentował lektor. Wojtek wzruszył ramionami i poprawił słuchawki ipoda w uszach.
I w tym momencie na ekranie, w samym rogu kadru, pojawiło się dwóch chłopców, z których niższy miał na sobie bufiaste spodnie do kolan, a wyższy… dziwnie znajomą bluzę z napisem „CALIFORNIA BEACH GUARD”. Chłopak stroił głupie miny. Wojtek przyjrzał mu się uważniej i ze zdumienia poderwał się na równe nogi, bo… bo to był… Mikołaj! Kamera minęła chłopców, omiotła ogarnięty euforią plac i wiwatujących ludzi. Na ekranie pojawił się wysoki budynek i powiewająca na dachu biało-czerwona flaga. Nastąpił kolejny najazd na kąpiących się powstańców i w rogu kadru znów pojawili się ci sami chłopcy. Wojtek wytrzeszczał z niedowierzaniem oczy. To do gnojka podobne, pomyślał, wpakował się na jakiś plan filmowy. Ale przecież to autentyczna kronika, widział ją niejeden raz! Co jest? W tej samej chwili chłopcy puścili się biegiem i zniknęli z obrazu.
Wojtek przecisnął się do końca rzędu pomiędzy siedzącymi ludźmi i instynktownie ruszył do podziemi. Gdzie on jest? Przeskakując po dwa stopnie, zbiegł po schodach. Gwałtownym ruchem odsunął kotarę, która zasłaniała wejście, skręcił w lewo i stanął przed repliką kanału. Wiedział, że to jedno z ulubionych miejsc Mikołaja. Co mu strzeliło do głowy? Rozzłoszczony Wojtek wsunął głowę w ciemny otwór. Poczuł się dziwnie, kiedy przypomniał sobie natarczywe pytania brata.
– Wyłaź! – zawołał półgłosem, podejrzewając Mikołaja o jakiś idiotyczny dowcip, ale odpowiedziała mu cisza.
Wojtek zrobił kilka kroków w głąb.
– Wychodź! – syknął. – Natychmiast!
Nikt nie odpowiedział. W kanale panowały nieprzeniknione ciemności, a pod nogami zachlupotały mu ścieki. Wojtek wyjął z kieszeni zapalniczkę, zapalił ją i trzymając przed sobą, zrobił kilka kroków wzdłuż ściany. W miarę jak nowe trampki Nike’a nasiąkały mu śmierdzącą mazią, narastała w nim wściekłość. Będzie musiał mi je odkupić, pomyślał i wzdrygnął się, kiedy poczuł, że trampki przemiękły i cuchnąca ciecz przelewa mu się między palcami. Nagle puknął się w czoło, zatrzymał i sięgnął do kieszeni spodni. Wyciągnął komórkę i wybrał numer Mikołaja.
Zadzwonił piętnaście razy i piętnaście razy usłyszał wesoły głos brata: „Mikołaj nie może znaleźć telefonu. Zadzwoń później!”. Już nic głupszego nie mógł nagrać, zdenerwował się Wojtek. Kopnął w ścianę, śmierdząca maź chlapnęła mu na ubranie i na twarz. Przeklinając, ruszył w głąb kanału.
Tuż przed nim z mroku wyłoniły się sylwetki ludzi poruszających się bezszelestnie i w całkowitej ciemności. Wojtek rozpłaszczył się na wilgotnej, pokrytej szlamem ścianie, żeby zejść im z drogi. W świetle zapalniczki mignęły biało-czerwone opaski. Ci ludzie nie wyglądali na odwiedzających muzeum, raczej na aktorów ze starego filmu albo jakiejś rekonstrukcji historycznej.
– Zgaś to! – rzucił jeden z nich, wskazując na zapalniczkę. – Guza szukasz?
– Nie, brata – odpowiedział Wojtek. – Ale na jedno wychodzi.
Wytężył wzrok, żeby zobaczyć, czy nie ma między nimi Mikołaja, ale nie było. Kiedy go minęli, ruszył powoli dalej i wkrótce znalazł się pod włazem z żelazną drabinką. Wspiął się po stopniach, wypchnął pokrywę i ostrożnie wystawił głowę. Spojrzał i osłupiał. Przed sobą miał dalszy ciąg kroniki, którą przed chwilą oglądał w muzealnym kinie. W betonowym basenie pluskali się półnadzy mężczyźni. Wokół biegali ogarnięci euforią ludzie, u wylotu placu po prawej stronie wznosił się drapacz chmur, z którego powiewała biało-czerwona flaga, a po lewej stało rozległe gmaszysko. Tylko Mikołaja nigdzie nie było widać. Wojtek podciągnął się i wylądował na chodniku, kompletnie zdezorientowany. Zdecydowanie nie lubił takich sytuacji.
– Ha-alt! – usłyszał za plecami stanowczy dziewczęcy głos.
Obrócił się zaskoczony. Przed nim w dwuszeregu zatrzymało się sześciu facetów w poszarpanych mundurach. Miny mieli nietęgie, ręce trzymali w górze. Nieźle jak na statystów, stwierdził Wojtek, bo wyglądali na autentycznie przestraszonych. Prowadziła ich szczupła dziewczyna z karabinem. Niezła, pomyślał Wojtek.
– Zapomniałem roli. – Rozłożył ręce. – Nie wiedziałem, że to dziś. – Wykrzywił się w uśmiechu i cofnął, robiąc przejście. Jednocześnie przyłożył dwa palce, salutując do odkrytej głowy, żeby nie popsuć ujęcia.
– Geradeaus! – krzyknęła dziewczyna, posyłając mu pogardliwe spojrzenie i dziwaczna grupa minęła Wojtka.
Patrzył za nimi zdezorientowany. Gdzie kamery, operatorzy, reżyser? Rozejrzał się po ulicy i przy betonowym basenie zauważył ekipę filmową. Zbierali się już. Chowali kamery, pakowali taśmy. Ale graty, pomyślał Wojtek i nagle uderzyło go to, że filmowcy pasowali jak ulał do otoczenia. Jak powiedziałaby jego pani od polskiego: „wyglądali jak z epoki”. I wtedy po raz pierwszy przemknęło mu przez głowę, że wszystko dookoła to nie inscenizacja powstania i nie plan filmowy. Że to sierpień 1944!
Bzdura, wzruszył ramionami. Nie ma wehikułów czasu, powrotów do przeszłości, takie rzeczy dzieją się tylko w filmach i książkach. Znajdę Mikołaja, skopię mu tyłek, wracamy do muzeum, a stamtąd do domu. Po chwili namysłu zmienił kolejność: znajdę Mikołaja, wrócimy do domu i dopiero wtedy go zleję. Nie zamierzał w tym dziwnym miejscu zostawać dłużej, niż było to konieczne.
Przez plac wracała właśnie dziewczyna z karabinem, który Wojtek przed chwilą wziął za atrapę. Szła w jego kierunku, ale tym razem sama. Ładna była: szczupła, wysoka, czarnowłosa. Wojtek, zapominając o Mikołaju, znowu przystawił dwa palce do skroni. Ale ona minęła go bez słowa, tylko jej czarne loki, spięte w koński ogon, zakołysały się gniewnie. Karabin, przewieszony przez ramię, również.
– To – zawołał Wojtek, żeby ją zatrzymać – Prudential?
– Opuść łapę – odpowiedziała, nie odwracając się.
Jej głos zabrzmiał rozkazująco i Wojtek posłusznie opuścił salutującą dłoń. Dziewczyna podeszła do niego. Patrząc na nią, poczuł się idiotycznie. Jasne, że to był Prudential, prawdziwy, nie żadna dekoracja, a to gmaszysko obok to budynek Poczty Głównej. Przecież słyszał, co mówił lektor w kronice. Z budynku drapacza chmur wybiegali zaaferowani chłopcy z biało-czerwonymi opaskami, wyprowadzano też kolejnych przestraszonych jeńców. Ona też, jeszcze przed chwilą, prowadziła jeńców, a nie żadnych statystów. Jasna cholera, zaklął w duchu Wojtek, kiedy dotarło do niego, że trafił do powstania. Z wrażenia zrobiło mu się gorąco. Nie miał pojęcia, jak to było możliwe, ale jednego był pewny: Mikołaj maczał w tym palce!
Po pierwszej fali oszołomienia poczuł, jak ogarnia go zgroza. Niezależnie od tego, jak głęboko Wojtek wciskał sobie słuchawki ipoda do uszu podczas obchodów rocznicy wybuchu powstania, wiedział, jak się zakończyło. Porażką, przegraną, klęską, pogromem. Ludność cywilna zdziesiątkowana, powstańcy pokonani, miasto zrównane z ziemią. Rozejrzał się po ogarniętej euforią ulicy i nogi się pod nim ugięły. Nie dlatego, że się przestraszył, że podzieli los tych ludzi, bo to nie przyszło mu do głowy. Nie dlatego, że bał się o Mikołaja, bo na razie był na niego głównie zły. Nagle uświadomił sobie, że trafił do miasta żywych trupów. Otaczających go ludzi zaraz rozszarpią kule lub przysypie gruz. Większość z nich nie przeżyje następnych kilku tygodni. Zatrzymał wzrok na stojącej przed nim dziewczynie. Ona również nie miała żadnych szans.
– W porządku? – odezwała się trochę łagodniej, bo patrzył na nią, jakby zobaczył zjawę.
Ten wystraszony chłopak przypominał jej Tadka, sąsiada z Wawra, choć tamten był rudy, a on – ciemny blondyn. Ostatnie spotkanie z Tadkiem zapamiętała dobrze, choć starała się nie wracać myślami do tamtego dnia.
***
To zdarzyło się w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia 1939 roku, który spędziła z ojcem u ciotki. Na chwilę zapomnieli o tym, że jest wojna i że nie ma już mamy, a kiedy wieczorem wracali do domu kolejką, usiedli z ojcem naprzeciw siebie i oglądali skromne świąteczne prezenty. Ojciec zdobył dla niej, jak co roku, książkę po angielsku, tym razem pierwszą powieść J.R.R. Tolkiena pod tytułem Hobbit. There and Back Again. Nie została jeszcze przetłumaczona na polski, ale ojcu to nie przeszkadzało: kochał literaturę angielską i czytał ją w oryginale. I uważał, że ona też powinna. W tym celu zamierzał wysłać ją na wakacje do Londynu, ale teraz było to niemożliwe. Teraz wiercił się na siedzeniu naprzeciw niej, bo nie mógł się doczekać, kiedy weźmie książkę do ręki. Postanowiła skrócić jego męki.
– Chcesz zobaczyć? – spytała, podając mu Hobbita.
Uśmiechnął się i wziął książkę, ale zamiast czytać, zaczął przeglądać obrazki. Zajrzała mu przez ramię i zobaczyła wygodnie urządzoną norkę, śmiesznego człowieczka z owłosionymi stopami, pykającego przed kominkiem fajkę i pochylonego nad nim czarodzieja z długą, białą brodą. Czarodziej coś mu tłumaczył, wsparty na zakrzywionym kiju. Minę miał dość groźną. Na następnym obrazku były krasnoludy, góra złota, wielki smok z błyszczącymi łuskami. To chyba bajka dla dzieci, pomyślała. W tym momencie pociąg wjechał na stację PKP Wawer.
Ojciec wysiadł z książką w ręku, a ona zaraz za nim zeskoczyła lekko ze stopnia na śnieg. Na peronie, gdzie zwykle o tej porze dnia było spokojnie, roiło się od Niemców, którzy zablokowali wszystkie zejścia. Czar świątecznego wieczoru prysł natychmiast. Ludzie, którzy wysiedli za nimi, widząc uzbrojonych Niemców, próbowali się cofnąć, ale na próżno. Drzwi pociągu się zatrzasnęły. Niemcy wpadli pomiędzy zbitych w ciasną gromadkę pasażerów i zaczęli ich roztrącać kolbami karabinów. Ojciec potknął się i upadł na kolana.
– Tato. – Kucnęła przy nim.
– Lidka.
Ktoś ją szarpnął i odepchnął tak mocno, że poślizgnęła się na śniegu. Mężczyzn oddzielono od reszty pasażerów i pod karabinami sprowadzano z peronu.
I właśnie wtedy mignął jej przed oczami Tadek rudzielec. Ich oczy spotkały się, a zaraz potem razem z pozostałymi mężczyznami popędzono Tadka w noc. Peron opustoszał. Na zdeptanym śniegu leżał Hobbit.
Kogo i czego Niemcy szukali w tę świąteczną noc, dowiedziała się dopiero później od człowieka, który cudem przeżył. W odwecie za śmierć dwóch swoich podoficerów z rąk grasujących po okolicy rzezimieszków Niemcy wygarnęli mężczyzn z okolicznych domów i z pociągu. Tadek rudzielec znalazł się wśród nich zupełnie przypadkiem. Nie powinni go byli wziąć, brali tylko dorosłych, ale nikt nie zapytał Tadka, ile ma lat. W nocy pojmanych prowizoryczny niemiecki sąd skazał na śmierć, a nad ranem popędzono ich dziesiątkami na opuszczoną posesję. Tam ustawiono ich pod płotem, kazano zdjąć czapki z głów i uklęknąć. Za nimi w szerokim rozkroku ustawili się niemieccy żołnierze. Na rozkaz zaterkotały serie. Zupełnym przypadkiem ojciec znalazł się obok Tadka rudzielca i w ostatniej chwili złapał go za rękę.
***
Lidka wróciła myślami do rzeczywistości. Przystojny, choć dziwnie ubrany, milczący chłopak nadal stał przed nią. A w jego piwnych oczach czaił się strach. Nie zdziwiło jej to – po pięciu latach niemieckiej okupacji każdy z nich nosił w sobie swój własny koszmar. To był wspólny mianownik ich pokolenia – nieodpowiednie dla ich wieku potworności, których stali się świadkami.
– W porządku? – powtórzyła pytanie.
– Nic mi nie jest. – Patrząc na Lidkę, Wojtek uświadomił sobie, że od momentu, kiedy zobaczył Mikołaja na ekranie muzealnego kina, nie minęło więcej niż dziesięć minut, więc jeżeli się pospieszy, to może jeszcze gdzieś go znajdzie i zdoła zabrać do domu, zanim tutaj zrobi się naprawdę gorąco. Bez słowa ruszył w stronę, w którą pobiegł Mikołaj. Po chwili jednak zawrócił.
– Jestem Wojtek.
– Miło mi. – Dziewczyna się uśmiechnęła. – Lidka.
– Do widzenia – powiedział, nie wierząc, że kiedykolwiek jeszcze ją zobaczy.
– Trzymaj się.
Kiwnął głową i odszedł.
Przypomniał sobie, że podczas walk poszczególne dzielnice Warszawy były od siebie odcięte. Dlatego postanowił nie ruszać się z tej, w której się znalazł. Miał nadzieję, że Mikołaj również nie zawędrował daleko. Nie wątpił już, że to naprawdę powstanie warszawskie. Ostatecznie przekonali go o tym powstańcy, którzy z unieruchomionego niemieckiego czołgu wyciągali karabin i jakieś graty.
– Pozwól bliżej, synku. – Jeden z nich skinął na niego.
Wojtek podszedł powoli i nieufnie. Kilku było dobrze uzbrojonych. Ustawiali na chodniku skrzynki z amunicją wyciągnięte z czołgu.
– Pomożesz? – zapytał ten, który go przywołał, i nie czekając na odpowiedź, włożył mu w ręce skrzynkę, po czym wskazał miejsce w formującej się kolumnie cywilów i powstańców, dźwigających zdobycze z czołgu.
– Panie plutonowy – zniecierpliwił się powstaniec na czele kolumny – ruszamy?
– Tak.
Ruszyli. Wojtek, oszołomiony, szedł za swoim poprzednikiem. Kolumna posuwała się pod ścianami domów. Niektóre z mijanych ulic wyglądały znajomo, inne nie. Szli krótko, prawie zaraz skręcili w bramę, przeszli przez podwórko otoczone ze wszystkich stron ścianami wysokich kamienic i zatrzymali się. Wojtek odstawił skrzynkę tam gdzie inni i nie mając pomysłu na dalszy ciąg, skierował się do bramy wychodzącej na dużą ulicę.
Aleje Jerozolimskie 22, Wojtek odczytał z tabliczki przytwierdzonej do muru nazwę i numer ulicy, na której się znajdował. Wyjrzał ostrożnie z bramy i osłupiał, bo na taki widok zupełnie nie był przygotowany. Z ulicy wiało cmentarną pustką, na szynach leżał przewrócony na bok tramwaj, a środkiem jezdni ze zgrzytem i łomotem przetaczały się czołgi z wymalowanymi czarnymi krzyżami. Sunęły w kierunku mostu Poniatowskiego na Wiśle. Zanim Wojtek zdążył ochłonąć, na ulicę z sąsiedniej bramy z hurgotem wyjechał manekin. Zawieszony na drucie rozciągniętym w poprzek, podążał na drugą stronę. Zaterkotały niemieckie karabiny, a kiedy przycichły, zaskoczone wytrzymałością sunącego przez ulicę dziwadła, z bramy wypadł chłopak i popędził w ślad za manekinem. Karabiny milczały jeszcze parę sekund, co dało chłopakowi czas na pokonanie kilku pierwszych metrów, ale zaraz znowu się rozszczekały. Strzelano z wielkiego gmaszyska znajdującego się po przekątnej. Chłopak biegł, celując w bramę po przeciwnej stronie Alei. Był mniej więcej w połowie drogi, kiedy z tej samej bramy jego śladem na ulicę wyskoczył kolejny dzieciak. To w sumie nie jest takie głupie, pomyślał Wojtek. Teraz niemieckie karabiny musiały się podzielić, co znacznie zwiększało szanse całego przedsięwzięcia. Tyle tylko, że drugim delikwentem, biegnącym przez Aleje na złamanie karku, był Mikołaj. Wojtek zastygł i patrzył, jak kostkę pod butami brata dziurawią kule. Przerażony, nie spuszczał wzroku z Mikołaja do momentu, kiedy tamten wpadł do bramy po drugiej stronie ulicy. Dopiero wtedy wściekłość wzięła w nim górę. Przypomniał sobie, przez kogo się tu znalazł, i już miał wyskoczyć na ulicę, kiedy czyjaś ręka złapała go mocno za ramię.
– Przepustka? – spytał niewiele od niego starszy powstaniec, wychylając się zza worków z piaskiem.
– Po brata! – szarpnął się Wojtek.
– Kolejka – powiedział tamten, wskazując na ludzi ustawionych wzdłuż muru. – Ruszamy dopiero po zmroku.
Wojtek zauważył ludzi stojących pod ścianą.
– A małolaty z sąsiedniej bramy? – zdenerwował się.
– Widocznie z przepustką – odpowiedział powstaniec.
– Wątpię! – syknął Wojtek, ale zrozumiał, że dyskusja z uzbrojonym chłopakiem nic nie da.
Jednocześnie kątem oka zerknął na ponure gmaszysko, najeżone lufami niemieckich karabinów i jego chęć na przebieżkę przez Aleje osłabła. Cofnął się w głąb podwórka.
Gromadziło się tam coraz więcej ludzi. Między nimi stali starsi państwo ubrani po cywilnemu, z papierowymi teczkami w dłoniach. Wyglądali na ważnych urzędników. Pani miała na sobie spódnicę i bluzkę, a pan koszulę wpuszczoną w spodnie. Pan co chwila ocierał chustką spocone czoło; pani prostowała dłońmi spódnicę. Oboje rozglądali się niepewnie, jakby na kogoś czekali. Po chwili do bramy wpadła czarnowłosa dziewczyna z placu Napoleona. Wszędzie jej pełno, zdziwił się Wojtek. Dziewczyna podeszła do dwojga cywilów i przywitała się z nimi. Słyszał wyraźnie każde wypowiedziane przez nich słowo.
– Przysłano mnie, aby państwa przeprowadzić – mówiła Lidka. – Na początek wszystkie papiery włożymy do plecaków. Żeby nie przeszkadzały.
Oboje bardzo sprawnie wykonali jej polecenie.
– Kto pobiegnie pierwszy? – zapytała. – Bo razem nie można.
– Niech pani wyznaczy – odezwała się kobieta i kolejny raz nerwowym ruchem wygładziła spódnicę.
– Pani – zdecydowała dziewczyna.
Nie zaprotestowali, ani ona, ani on. Byli bardzo mili, bardzo kulturalni i ufali Lidce w stu procentach. Nie mieli o nic pretensji, stali cichutko i słuchali. A ona, trochę zaniepokojona ich wiekiem i zadaniem, które ich czekało, objaśniała wszystko cierpliwie.
– Tam leży trup. – Wskazała na środek ulicy.
Wojtek spojrzał i wzdrygnął się. Na szynach tramwajowych leżało skulone samotne ciało. Na razie tylko jedno. Za chwilę może ich przybyć, pomyślał. Może dołączyć do niego pani w spódnicy, dziewczyna z końskim ogonem albo spocony pan z chusteczką. A gdyby jemu pozwolono pobiec przez Aleje, być może już by tam leżał.
– Z tej strony są dobrze wstrzelani – dziewczyna wskazała na gmaszysko po przekątnej – więc trzeba startować mocno i biec ile sił na drugą stronę. Od trupa można już bez wielkich obaw. A tam wskoczyć w czarną bramę i po wszystkim.
Kiwnęli głowami, jakby nie stanowiło to problemu, tylko pan nieustannie pracował chusteczką. Wojtek bił się z myślami.
– Ja też – odezwał się nagle, podchodząc do nich.
Lidka odwróciła się, zaskoczona. Wzruszyła ramionami, ale go nie odpędziła. We czwórkę podeszli do wylotu bramy. Stojący tam powstaniec otaksował ich wzrokiem, szczególnie Wojtka.
– On też? – zwrócił się do Lidki.
Skinęła głową. Wojtek zerknął w lewo. Potężny gmach straszył czeluściami okien. Wojtek wyobraził sobie, że w każdym z nich czai się lufa karabinu i polujący na jego życie wróg. Dużo się nie pomylił.
– Pani pierwsza – odezwała się Lidka.
Ale kobieta się nie poruszyła.
– No? – ponagliła ją Lidka.
– Proszę powiedzieć: hop – szepnęła pani.
Lidka poczekała, aż ostrzał ucichnie.
– Hop! – powiedziała i pani wyskoczyła z bramy jak z katapulty.
