Wydawca: Buchmann Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 520 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Fundusz - M. M. Petlińska

Rdzeń książki został oparty o sprawę Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. Na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych dochodzi do niespotykanych dotąd spadków, które doprowadziły do ruiny inwestorów, przedsiębiorców i gospodarkę. Piotr Mylczek, młody pracownik Ministerstwa Finansów zostaje zaangażowany do specjalnego zespołu, który ma wyjaśnić przyczyny zamieszania. Podczas pracy odkrywa, że doszło do olbrzymich manipulacji, w które mogą być zamieszane spółki notowane na GPW. Odsunięty od sprawy, postanawia za wszelką cenę dowiedzieć się, kto stoi za spadkami na GPW, manipulacjami szefa KNF i tajemnicą FOZZ. Nie wie, że równolegle rozgrywa się inna bitwa, która może doprowadzić do rozpadu Unii Europejskiej i wojny w Europie.

Opinie o ebooku Fundusz - M. M. Petlińska

Fragment ebooka Fundusz - M. M. Petlińska

FUN­DUSZ

M. M. PE­TLIŃ­SKA

Warszawa 2013

Au­tor­ka M. M. Pe­tliń­ska

Re­dak­cja Ja­cek Ring

Ko­rek­ta Mag­da­le­na Goł­da­now­ska

Pro­jekt gra­ficz­ny i okład­ka Krzysz­tof Kieł­ba­siń­ski

Skład TYPO

© Co­py­ri­ght by GWF sp. z o.o., War­sza­wa 2013

All ri­ghts re­se­rved

ISBN 978-83-7881-814-4

ul. Fok­sal 17

00-372 War­sza­wa

www.buch­mann.pl

www.wab.com.pl

www.wil­ga.com.pl

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej Mi­chał Olew­nik / Wy­daw­nic­two Buch­mann

i Mi­chał Na­ko­ne­czy / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

A je­śli pie­nią­dze z FOZZ nie za­gi­nę­ły, ale zo­sta­ły za­in­we­sto­wa­ne i przez lata pra­co­wa­ły na rzecz swo­ich wła­ści­cie­li?

Da­nie­lo­wi

Tyl­ko kro­wy cho­dzą sta­dem.

Lwy za­wsze sa­mot­nie.

Isto­ta, któ­rą czło­wiek naj­mniej zna,

któ­rej za­wsze za­wie­rza,

któ­ra go pra­wie za­wsze zdra­dza,

jest to on sam.

Ste­fan Wi­twic­ki

PROLOGWarszawa, rok 1989Waga państwa

Spo­tka­nie trwa­ło już bli­sko dwie go­dzi­ny i nic nie wska­zy­wa­ło na jego szyb­kie za­koń­cze­nie lub tym bar­dziej, po­my­ślał Ka­wec­ki, wy­pra­co­wa­nie ja­kie­goś po­ro­zu­mie­nia. Od kil­ku­na­stu mi­nut po­wstrzy­my­wał się od za­bra­nia gło­su, bar­dziej przy­pa­tru­jąc się, niż słu­cha­jąc to­czą­cej się dys­ku­sji. Sie­dzie­li w kom­for­to­wo urzą­dzo­nym sa­lo­ni­ku w bu­dyn­ku PHZ Uni­ver­sal, w biu­rze prze­wod­ni­czą­ce­go FOZZ Fran­cisz­ka Klam­ka. Choć może „sa­lo­nik” to zbyt wy­szu­ka­ne sło­wo na okre­śle­nie dwu­na­stu me­trów kwa­dra­to­wych, wy­po­sa­żo­nych w mięk­ką sofę, trzy fo­te­le, kil­ka krze­seł i ławę ze szkla­nym bla­tem. Nie­wąt­pli­wie jed­nak za­le­tą tego miej­sca była ci­sza. I brak pod­słu­chu. Cho­ciaż, kto wie?

Ża­ło­wał, że dał się Wald­ko­wi na­mó­wić na tę ro­bo­tę. Ini­cja­ty­wa lu­dzi do­brej woli, jak usły­szał. Ja­sne. Znał obec­nych z wi­dze­nia, z nie­któ­ry­mi na­wet wy­mie­niał się po­glą­da­mi. Znaj­do­wa­li się wśród nich przed­sta­wi­cie­le Mi­ni­ster­stwa Fi­nan­sów, Mi­ni­ster­stwa Han­dlu Za­gra­nicz­ne­go oraz Na­ro­do­we­go Ban­ku Pol­skie­go. Sam Kla­mek był tak­że człon­kiem Rady Nad­zor­czej Ban­ku Han­dlo­we­go. Przy­pad­ko­wo za­war­te przy­jaź­nie i wpły­wo­we so­ju­sze w eli­cie wła­dzy. Nie zmie­nia­ło to jed­nak fak­tu, że byli dziw­ną zbie­ra­ni­ną re­pre­zen­tan­tów róż­nych pro­fe­sji, któ­rych łą­czy­ło jed­no: po­li­ty­ka.

I oni mie­li de­cy­do­wać o przy­szło­ści tego kra­ju! Kto im dał do tego man­dat?!

– …a co po­wie­cie pań­stwo na to, że Ko­ściół ka­to­lic­ki lada chwi­la otrzy­ma oso­bo­wość praw­ną? Zmia­ny są nie­uchron­ne! Mu­si­my iść z ich du­chem cza­su, od­po­wie­dzieć na wo­ła­nie na­ro­du i wy­ko­rzy­stać szan­sę, przed któ­rą sta­nę­li­śmy!

Ka­wec­ki po­pa­trzył na mów­cę. Bo­gu­sław Abroń­czyk prze­ma­wiał z pa­sją god­ną mło­de­go po­wstań­ca. Gdy­by jed­nak zo­ba­czył krze­sło, któ­re nie­bez­piecz­nie za­czy­na­ło wy­gi­nać się od cię­ża­ru jego cia­ła i pseu­do­dy­na­micz­nych ru­chów lub… na­po­ru jego ego. Z tego gru­biut­kie­go chłop­ta­sia bę­dzie za kil­ka lat ka­wał po­li­ty­ka skur­wy­sy­na, po­my­ślał. Bar­dziej jed­nak nie­bez­piecz­na była mina sie­dzą­cej obok ko­bie­ty, za­stęp­czy­ni prze­wod­ni­czą­ce­go. Wie­ra, bo tak mia­ła na imię, zdą­ży­ła wstać i ener­gicz­nie ge­sty­ku­lu­jąc, za­czę­ła wy­ra­żać swo­je po­par­cie, go­to­wa za­raz unieść się i od­le­cieć na fali po­lo­tu wła­snych słów. Po­pa­trzył na Wald­ka, któ­ry go­tów był spi­jać sło­wa z jej ust. Trze­ba bę­dzie z nim w wol­nej chwi­li po­ga­dać. Ta ko­bie­ta nie po­do­ba­ła się Ka­wec­kie­mu. Przyj­rzał się twa­rzom po­zo­sta­łych obec­nych. Nie­któ­re wy­ra­ża­ły nie­po­kój, inne prze­ję­cie, każ­da za­an­ga­żo­wa­nie. Nie­do­brze.

– …roz­ma­wia­łem z kil­ko­ma oso­ba­mi – kon­ty­nu­ował gru­bas. – Za kil­ka ty­go­dni wyj­dzie pierw­szy nu­mer nie­pod­le­ga­ją­ce­go wła­dzom pi­sma. Ofi­cjal­nie! Wol­ne me­dia, ro­zu­mie­cie?! Wol­ność kra­ju jest tuż za ro­giem! Lu­dzie wresz­cie do­wie­dzą się, co na­praw­dę tu się dzie­je, a na­szym obo­wiąz­kiem jest i bę­dzie ich in­for­mo­wać!

– No, ale nie moż­na nie brać pod uwa­gę fa­tal­nej sy­tu­acji go­spo­dar­czej na­sze­go kra­ju – włą­czył się Do­stań­ski. – Słu­chaj­cie, prze­cież co­raz wię­cej lu­dzi wy­jeż­dża z kra­ju. We­dle ostat­nich da­nych licz­ba wy­da­nych wiz ro­śnie wręcz la­wi­no­wo. W ze­szłym roku po­nad mi­lion Po­la­ków po­sta­no­wi­ło zo­stać za gra­ni­cą, w tym roku może ich być dwa razy tyle!

– Do­brze, bę­dzie mniej chęt­nych do po­dzia­łu pie­nię­dzy – mruk­nął prze­wod­ni­czą­cy.

Ka­wec­ki zer­k­nął na nie­go. Pie­nią­dze! Wo­kół nich wszyst­ko się krę­ci­ło! Sta­nę­li przed wy­zwa­niem, o ja­kim kil­ka lat temu mo­gli tyl­ko po­ma­rzyć. Mie­li w za­się­gu ręki bi­lio­ny zło­tych, mi­liar­dy do­la­rów, któ­re mo­gli wy­ko­rzy­stać na od­bu­do­wę kra­ju. Pie­nią­dze, któ­re mogą za­de­cy­do­wać o przy­szło­ści Pol­ski, spra­wić, by po tylu la­tach każ­dy nor­mal­ny czło­wiek czuł się bez­piecz­nie w swo­im domu. By ko­bie­ty mo­gły ro­dzić dzie­ci, któ­re będą mia­ły za­pew­nio­ną edu­ka­cję, a przed­się­bior­cy za­kła­dać fir­my, wie­dząc, że nikt im ich nie zna­cjo­na­li­zu­je. By każ­dy mógł wy­zna­wać taką wia­rę, jaką mu na­ka­zu­je ro­zum, su­mie­nie i tra­dy­cja.

Od wie­lu lat set­ki lu­dzi, i on tak­że, an­ga­żo­wa­ło się w cha­ry­ta­tyw­ną dzia­łal­ność na rzecz uzdro­wie­nia pań­stwa, co za­bie­ra­ło im mło­dość, a nie­kie­dy ro­dzi­nę i ży­cie. Nie­je­den z nich stra­cił ro­dzi­ców pod­czas woj­ny, nie­je­den zre­zy­gno­wał z ła­twych za­rob­ków i po­wa­ża­nia w okre­sie roz­kwi­tu ko­mu­ni­zmu w Pol­sce. Waż­na była god­ność i po­czu­cie obo­wiąz­ku. Czu­li się – przez gło­wę Ka­wec­kie­mu prze­mknę­ło, że wła­ści­wie to może tyl­ko on to czuł – mę­ża­mi sta­nu, od­po­wie­dzial­ny­mi za losy kra­ju. Wie­dzie­li wię­cej, my­śle­li szyb­ciej, więc i dzia­ła­li za in­nych. Był dum­ny z tego po­wo­du, wie­dział, że tak trze­ba, że nie moż­na in­a­czej. Przy tym sa­mym sta­no­wi­sku trwa­li rów­nież lu­dzie sie­dzą­cy te­raz wo­kół nie­go. Tak przy­najm­niej mu się wy­da­wa­ło.

No bo jak in­a­czej, do cho­le­ry, wy­tłu­ma­czyć ten zlot srok, któ­ry się tu wła­śnie od­by­wał?!

W jego oczach to, co chcie­li zro­bić obec­ni tu lu­dzie, to ko­lej­ny roz­biór Pol­ski, o tyle bo­le­sny, że kraj miał szan­sę wła­śnie się pod­nieść, i o tyle przy­kry, że byli to lu­dzie, któ­rym ktoś kie­dyś za­ufał. Wła­ści­wie, po­my­ślał, na­le­ża­ło­by to do­pre­cy­zo­wać: chcie­li do­ko­nać gra­bie­ży lub prze­stęp­stwa w za­leż­no­ści od tego, czy uwa­ża­li, że pie­nią­dze na­le­ży roz­dy­spo­no­wać po­mię­dzy eli­tę kra­ju, czy też w ogó­le nie in­ge­ro­wać w do­tych­cza­so­wą dzia­łal­ność fun­du­szu. Na­wet jak na jego ską­pe do­świad­cze­nie trzy­dzie­stu lat ży­cia na tym świe­cie było to po­gwał­ce­nie wszel­kich praw.

– Krzysz­tof, a jak wy­glą­da spra­wa dłu­gów? – rzu­cił w jego stro­nę Kla­mek. Dziw­ne swo­ją dro­gą, że gość od­po­wie­dzial­ny za dzia­ła­nie tego ca­łe­go cyr­ku nie ma zie­lo­ne­go po­ję­cia o da­nych, na pod­sta­wie któ­rych ma pra­co­wać.

Jako skarb­nik Fun­du­szu Ob­słu­gi Za­dłu­że­nia Za­gra­nicz­ne­go Krzysz­tof Ka­wec­ki był oso­bą naj­le­piej po­in­for­mo­wa­ną o ka­pi­ta­le i sta­tu­cie fun­du­szu, któ­re­go ce­lem mia­ło być gro­ma­dze­nie środ­ków prze­zna­czo­nych na ob­słu­gę za­dłu­że­nia za­gra­nicz­ne­go Pol­ski oraz go­spo­da­ro­wa­nie tymi środ­ka­mi. Do­daj­my, po­my­ślał, pie­nię­dzy z bu­dże­tu pań­stwa, któ­rych wy­da­wa­nia nikt nie kon­tro­lo­wał. Skąd się wzię­ły te pie­nią­dze? Były, po pro­stu były. Pol­ska prze­cież nie mia­ła pro­wa­dzo­nej księ­go­wo­ści. Pań­stwo u pro­gu jed­nych z naj­waż­niej­szych zmian w swo­jej hi­sto­rii nie mia­ło jed­ne­go spój­ne­go sys­te­mu ra­chun­ko­we­go. Lata za­nie­dbań wy­cho­dzi­ły te­raz jak rak płuc u wie­lo­let­nie­go pa­la­cza. Tyle że po­ja­wi­ły się oso­by, któ­re uzna­ły, że moż­na coś z tym zro­bić. I za wie­dzą oraz zgo­dą władz stwo­rzo­no fun­dusz, któ­ry miał sku­po­wać na ryn­ku wtór­nym po znacz­nie ob­ni­żo­nych ce­nach dług za­gra­nicz­ny Pol­skiej Rzecz­po­spo­li­tej Lu­do­wej. Przy­świe­ca­ją­ca twór­com FOZZ wspa­nia­ło­myśl­na idea dzia­ła­nia ku za­do­wo­le­niu obu stron – Pol­ski, bo zmniej­sza swój dług, i wie­rzy­cie­li, któ­rzy zga­dza­li się na utra­tę czę­ści dłu­gu w za­mian za szyb­kie od­zy­ska­nie sto­sun­ko­wo nie­wiel­kiej jego czę­ści – zo­sta­ła szyb­ko przez Ka­wec­kie­go zwe­ry­fi­ko­wa­na. Uprzy­tom­nił so­bie, że oto jego zmysł fi­nan­so­wy i ta­lent tech­nicz­ny są ko­łem za­ma­cho­wym naj­więk­szej ma­szyn­ki do ro­bie­nia pie­nię­dzy, jaka kie­dy­kol­wiek w Pol­sce ist­nia­ła. FOZZ nie pro­wa­dził ewi­den­cji zo­bo­wią­zań i na­leż­no­ści, ani też trans­ak­cji, któ­re w jego ra­mach prze­pro­wa­dza­no. W świe­tle pra­wa mię­dzy­na­ro­do­we­go dzia­łal­ność Fun­du­szu była nie­le­gal­na. A to ozna­cza­ło, że sto­sun­ko­wo ła­two moż­na było wy­cią­gać bez­kar­nie pie­nią­dze z puli pań­stwo­wej i sza­stać nimi we­dług wła­sne­go uzna­nia.

Na­le­ża­ło coś z tym zro­bić. Tyle, że Ka­wec­ki nie był głu­pi – pod­nieść krzyk z tego po­wo­du ozna­cza­ło ska­zać sie­bie i praw­do­po­dob­nie ro­dzi­nę na ba­ni­cję spo­łecz­ną jako wro­gów Pol­skiej Zjed­no­czo­nej Par­tii Ro­bot­ni­czej. Co­dzien­nie sta­wiał czo­ła rze­czy­wi­sto­ści re­al­ne­go so­cja­li­zmu wy­ma­ga­ją­cej od czło­wie­ka ab­sur­dal­ne­go wy­sił­ku, żeby w ogó­le prze­żyć. A cóż do­pie­ro zro­bić coś wię­cej?

– We­dług róż­nych sza­cun­ków – za­czął spo­koj­nie – jest tego oko­ło czter­dzie­stu sze­ściu mi­liar­dów do­la­rów, z cze­go dwa­na­ście na­le­ży się Lon­dy­no­wi, a resz­ta Pa­ry­żo­wi. FOZZ dys­po­nu­je ma­jąt­kiem, któ­ry po­wi­nien wy­star­czyć na po­kry­cie za­dłu­że­nia Klu­bu Lon­dyń­skie­go. A przy do­brym go­spo­da­ro­wa­niu za kil­ka lat może i Pa­ryż spła­ci­my…

– Za kil­ka lat! Prze­cież nie mamy tyle cza­su! – wzbu­rzył się Abroń­czyk. – Te­raz, kie­dy FOZZ jest nie­za­leż­ny od Mi­ni­ster­stwa Fi­nan­sów? Kie­dy ma swój sta­tut i może dzia­łać sa­mo­dziel­nie?! Za chwi­lę ktoś może to ukró­cić! Mu­si­my te­raz za­cząć dzia­łać! Coś zro­bić! Co­kol­wiek!

– To może za­łóż­my fir­my – za­pro­po­no­wał prze­wod­ni­czą­cy. Kil­ka osób z za­cie­ka­wie­niem po­chy­li­ło się w jego kie­run­ku. – Pod­nie­sie­my PKB, damy pra­cę…

– Dro­dzy pań­stwo, przy­po­mnę raz jesz­cze cel dzia­ła­nia FOZZ – prze­rwał Ka­wec­ki. – Fun­du­sze, któ­rych mamy za­da­nie strzec, na­le­żą do pań­stwa pol­skie­go. Ta­jem­ni­cą po­li­szy­ne­la jest cel dzia­ła­nia FOZZ. Co waż­ne jed­nak, pie­nią­dze po­cho­dzą z bu­dże­tu pań­stwa, a to ozna­cza, że skła­da­li się na nie nasi ro­dzi­ce i dziad­ko­wie. Je­ste­ście tu, po­nie­waż po­dob­nie jak ja uwa­ża­cie, że dzia­ła­jąc na skró­ty, moż­na cza­sa­mi zy­skać. Ale to nie zna­czy zy­skać dla sie­bie. – Krzysz­tof wstał i za­czął cho­dzić po po­ko­ju. – Nie moż­na od­dać tych pie­nię­dzy w ręce garst­ki wy­brań­ców. Dla­cze­go? – Wska­zał na Abroń­czy­ka. – Bo prze­cież sam pan mó­wił, że sto­imy u pro­gu de­mo­kra­cji. Wszyst­ko musi być zgod­ne z pra­wem. A to zna­czy, że lu­dzie będą chcie­li wie­dzieć, na co po­szły te pie­nią­dze i kto zde­cy­do­wał, że to wła­śnie tam­ci, a nie oni je otrzy­ma­li. Kto się czu­je na si­łach, żeby roz­dy­spo­no­wać te fun­du­sze? Py­tam, kto!?

Ostat­nie sło­wa przy­bra­ły for­mę krzy­ku, po któ­rym za­pa­dła ci­sza. Krzysz­tof po­pa­trzył na twa­rze obec­nych, ale każ­dy błą­dził wzro­kiem po go­łych i brud­nych ścia­nach sa­lo­ni­ku. Ka­wec­ki usiadł i się­gnął po ku­bek z wy­sty­głą kawą. Upił łyk i skrzy­wił się. Zmie­lo­ne ziar­na ta­niej kawy za­la­ne wrząt­kiem sma­ko­wa­ły pa­skud­nie na­wet na cie­pło.

Kla­mek wpa­try­wał się w nie­go przez chwi­lę, za­nim za­czął mó­wić. Nie mógł so­bie wy­obra­zić lep­sze­go ar­gu­men­tu.

– Moi dro­dzy – za­czął ci­cho i po­wo­li. – Moim zda­niem Krzysz­tof ma ra­cję i nie mo­że­my prze­ciw­dzia­łać zmia­nom, do któ­rych sami dą­ży­my. Wła­dza nie­sie za sobą od­po­wie­dzial­ność, któ­rej cię­żar wła­śnie przy­szło nam po­czuć. Sko­ro sta­tut FOZZ zo­stał usta­no­wio­ny wbrew pra­wu mię­dzy­na­ro­do­we­mu, to po­win­ni­śmy go po­sta­wić w stan li­kwi­da­cji. – Za­wie­sił na chwi­lę głos, po­tę­gu­jąc dra­ma­tycz­ność chwi­li. – Ale to ozna­cza, że pie­nią­dze utkną w biu­ro­kra­tycz­nej ma­chi­nie po­li­tycz­nej i w naj­lep­szym wy­pad­ku tra­fią do ZSRR.

– Co więc pro­po­nu­jesz?

Zda­wa­ło mu się, że głos Wie­ry zdra­dzał wy­raź­ne zde­ner­wo­wa­nie.

– Mo­że­my wy­ko­rzy­stać po­ten­cjał fun­du­szu. Zwięk­szyć moż­li­wo­ści pro­duk­cyj­ne. Stwo­rzyć nowe ryn­ki…

Ka­wec­ki nie słu­chał. Miał dość ty­rad prze­sy­co­nych żą­dzą pie­nię­dzy i na­iw­no­ścią. Bali się, ale też wzrok przy­sła­nia­ła im chci­wość. On też się bał, ale ten strach był inny. Oni chcie­li się tyl­ko obro­nić. On zaś wal­czył, a wal­ka nie­sie ze sobą ry­zy­ko. Wi­dział to, cze­go inni chy­ba nie do­strze­ga­li. Trans­for­ma­cja bę­dzie cięż­ka i bo­le­sna. Bez­ro­bo­cie co praw­da jest jesz­cze ni­skie, ale nie­ba­wem będą za­my­ka­ne nie­ren­tow­ne za­kła­dy, a wte­dy pięt­na­ście, może na­wet dwa­dzie­ścia pięć pro­cent Po­la­ków zo­sta­nie bez pra­cy. Lu­dzie wyj­dą na uli­ce, za­czną się straj­ki i pro­te­sty, roz­kwit­nie sza­ra stre­fa. I ko­rup­cja.

Je­śli te­raz wła­ści­wie nie za­go­spo­da­ru­je się tych pie­nię­dzy, to ro­zej­dą się one na za­po­mo­gi i dat­ki dla bied­nych. Lub, co gor­sza, sta­ną się pod­wa­li­ną ma­jąt­ków eli­ty biz­ne­so­wej kra­ju, obec­nej no­ta­be­ne w tym po­miesz­cze­niu. Pol­ska po­trze­bo­wa­ła moc­nej stra­te­gii i re­al­ne­go wspar­cia, aby po­wstać z ko­lan.

Spoj­rzał na Wald­ka. Ten kiw­nął mu gło­wą. Spo­tka­nie mia­ło się ku koń­co­wi.

Póź­ny po­nie­dział­ko­wy wie­czór oka­zał się nad­zwy­czaj chłod­ny na­wet jak na po­ło­wę kwiet­nia, co wi­dać było po sku­lo­nych syl­wet­kach mi­ja­ją­cych ich prze­chod­niów. A może to tyl­ko efekt bar­dzo cie­płe­go week­en­du, któ­ry do­pie­ro co mi­nął, oraz prze­świad­cze­nia, że to ostat­nie chłod­ne dni tej wio­sny? Szli w ci­szy aż do skrzy­żo­wa­nia z Kru­czą. Wy­glą­da­li jak dwóch urzęd­ni­ków ty­ra­ją­cych przez cały dzień w pra­cy. Ka­wec­ki, wyż­szy, miał atle­tycz­ną bu­do­wę cia­ła i sze­ro­kie ra­mio­na. Znad sze­ro­kie­go koł­nie­rza wy­sta­wa­ła czar­na czu­pry­na. Do­stań­ski był niż­szy i drob­niej­szej po­stu­ry, co przy jego krót­szych no­gach i szyb­szym tem­pie kro­ku spra­wia­ło wra­że­nie, jak­by w pół­bie­gu pró­bo­wał na­dą­żyć za kro­kiem to­wa­rzy­sza. Ode­zwał się pierw­szy.

– Wiesz, Krzy­chu… chy­ba nie było to zbyt mą­dre. Będą chcie­li wy­pi­sać cię z klu­bu.

– Nie dbam o to – mruk­nął Ka­wec­ki.

– A po­wi­nie­neś. Ktoś musi za­dbać o go­spo­da­ro­wa­nie pie­niędz­mi.

– Wy­pro­wadź mnie z błę­du, je­śli się mylę. – Za­trzy­mał się i spoj­rzał na przy­ja­cie­la. – Czy je­ste­śmy je­dy­ny­mi ludź­mi, któ­rzy nie chcą tej kasy dla sie­bie?!

Do­stań­ski za­mru­gał i otwo­rzył usta, ale nic nie po­wie­dział. Ode­zwał się do­pie­ro po chwi­li.

– Nie wy­glą­da to za do­brze. – Ru­szy­li da­lej.

– A co sły­chać na ko­ry­ta­rzach? – Krzysz­tof miał na my­śli Mi­ni­ster­stwo Fi­nan­sów, w któ­rym to na sta­no­wi­sku za­stęp­cy sze­fa jed­ne­go z de­par­ta­men­tów pra­co­wał Do­stań­ski.

– Sła­bo. Mówi się, że cze­ka nas hi­per­in­fla­cja. Już te­raz in­fla­cja gwał­tow­nie przy­śpie­szy­ła, a naj­gor­sze do­pie­ro przed nami. Lu­dzie będą się bu­rzyć… Roz­ma­wia­łem z Bal­ce­ro­wi­czem kil­ka dni temu. Mó­wił coś o te­ra­pii szo­ko­wej. Dziw­na na­zwa jak na pro­ces, któ­ry ma trwać całe lata. Ale chcą szyb­ko za­cząć. Wszyst­kie re­for­my na­raz. Wiesz, pra­wo, po­dat­ki i tak da­lej.

– Są­dzisz, że im się uda?

– Jemu? Tak. Im? Nie wiem. Sam zresz­tą chy­ba ro­zu­miesz. Rząd…

– Tak, tak. – Krzysz­tof uśmiech­nął się po­nu­ro. – Nie ma go.

Do­stań­ski kiw­nął gło­wą.

– Nie ma u wła­dzy lu­dzi zdol­nych po­rwać tłum, któ­rym ten tłum za­ufa. Gdzie tyl­ko spoj­rzysz, ja­kiś eko­no­mi­sta: Bal­ce­ro­wicz tu, Bie­lec­ki tam. To do­brze. Ale lu­dzie po­trze­bu­ją cze­goś wię­cej niż ta­be­le i wy­kre­sy. Chcą przy­wód­cy. Wiesz, sil­ne­go, mą­dre­go i do­bre­go. A tu co? Ro­bot­ni­cy. – Wes­tchnął. – Bę­dzie cięż­ko z tym fun­du­szem, co?

Krzysz­tof nie od­po­wie­dział. Skrę­ci­li na skwer przy wjeź­dzie w Smol­ną i usie­dli na ław­ce przo­dem do sie­dzi­by Ko­mi­te­tu Cen­tral­ne­go PZPR. Tu zwy­kle się że­gna­li. Ka­wec­ki ru­szał przed sie­bie w kie­run­ku Alei Ujaz­dow­skich, Do­stań­ski je­chał dwu­dziest­ką piąt­ką na Pra­gę.

– Chcesz to zro­bić, praw­da? – spy­tał Krzysz­to­fa, któ­ry od­wró­cił gło­wę i wska­zał pod­bród­kiem bu­dy­nek par­tii.

– A mam inne wyj­ście? – rzu­cił.

– Plan B?

– Mniej wię­cej. – Wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Do­brze. – Do­stań­ski za­wa­hał się. – Je­steś na to go­to­wy? Co z Ma­rią i…?

– Prze­cież nie mam wy­bo­ru! – wark­nął Krzysz­tof. Wstał i za­czął cho­dzić wzdłuż ław­ki. – Tu nie cho­dzi o mnie czy o cie­bie, czy na­wet o na­sze po­ko­le­nie. Tu cho­dzi o to cho­ler­ne pań­stwo, któ­re ktoś gno­ił przez tyle lat tak moc­no, że te­raz jest ban­kru­tem! Ban­kru­tem jest bank roz­li­cze­nio­wy! Nie ma nic, żad­nej in­fra­struk­tu­ry ra­chun­ko­wej, żeby móc spraw­nie go­spo­da­ro­wać mie­niem, któ­re zo­sta­ło! A ten cały FOZZ – mach­nął w kie­run­ku, z któ­re­go przy­szli – to ja­kaś że­na­da! Co z tego, że nie jest już we­wnętrz­ną kasą Mi­ni­ster­stwa Fi­nan­sów? Czy wiesz, że roz­po­czął dzia­łal­ność bez usta­lo­nych sta­nów po­cząt­ko­wych ak­ty­wów i pa­sy­wów? Nikt nie pro­wa­dzi księ­gi na­leż­no­ści i zo­bo­wią­zań pań­stwa, wszyst­ko jest na oko! Nie mamy na­wet pla­nu kont! A mnie każą kon­tro­lo­wać kasę, z któ­rej każ­dy bie­rze, na co chce i kie­dy chce, i to bez po­kwi­to­wa­nia!

– No tak, ale…

– Cze­kaj – prze­rwał przy­ja­cie­lo­wi Ka­wec­ki, wciąż cho­dząc w kół­ko. – Te dup­ki od au­dy­tu śmie­ją się nam w oczy i mó­wią: „Eve­ry­thing is OK”. Tyl­ko że wiesz co? Z za­gra­ni­cy wciąż pły­ną do nas mi­lio­ny do­la­rów, a Okę­cie le­d­wo na­dą­ża z ob­słu­gą przy­lo­tów. Dla­cze­go tak się dzie­je? – Choć sta­rał się kon­tro­lo­wać głos, mó­wił z co­raz więk­szą we­rwą. – Bo w in­te­re­sie wszyst­kich za­in­te­re­so­wa­nych jest, aby Pol­ska nie upa­dła! – Na­chy­lił się nad Wald­kiem i za­raz wy­pro­sto­wał. – Po­myśl! Nowy ry­nek zby­tu, mi­lio­ny kon­su­men­tów spra­gnio­nych ko­lo­ro­wych opa­ko­wań, nie­za­go­spo­da­ro­wa­na zie­mia, wszyst­ko w cen­trum Eu­ro­py! Tyl­ko że to nie wy­star­czy, żeby wyjść na pro­stą. W tej chwi­li na­wet Ro­sja ma wyż­szy PKB na miesz­kań­ca niż Pol­ska. Niem­cy mają trzy­krot­nie wyż­szy. Mo­że­my ich go­nić całe wie­ki. – Krzysz­tof usiadł i do­dał szep­tem: – Lub do­ko­nać sko­ko­we­go roz­wo­ju… I dla­te­go mu­szę to zro­bić. – Spoj­rzał na ze­ga­rek. Do­cho­dzi­ła dwu­dzie­sta trze­cia. – Po­mo­żesz mi?

Do­stań­ski kiw­nął gło­wą. Krzysz­tof przez chwi­lę od­dy­chał głę­bo­ko, w tym cza­sie przy­ja­ciel wstał.

Po­roz­ma­wia­li jesz­cze tro­chę, po­tem po­że­gna­li się i każ­dy ru­szył w swo­ją stro­nę. Ża­den z nich nie za­uwa­żył drob­nej po­sta­ci w ja­snym płasz­czu, któ­ra ob­ser­wo­wa­ła ich z przy­stan­ku au­to­bu­so­we­go przy Ale­jach Je­ro­zo­lim­skich, a po­tem ru­szy­ła nie­śpiesz­nie w kie­run­ku nad­jeż­dża­ją­ce­go tram­wa­ju.

Dro­ga do domu wy­da­wa­ła mu się dziw­nie krót­ka. Po­szedł na pie­cho­tę przez Plac Trzech Krzy­ży, Ale­ja­mi Ujaz­dow­ski­mi, a na­stęp­nie skrę­cił w Pięk­ną. Boże, ile bym dał, roz­ma­rzył się Krzysz­tof, żeby tak iść całe ży­cie, a nie mu­sieć ro­bić tego, co przy­pa­dło mi w udzia­le. Wie­dział, że nie da­ro­wał­by so­bie, gdy­by po­stą­pił in­a­czej. Ale opu­ścić ro­dzi­nę, być może na dłu­gie mie­sią­ce, w imię pro­wa­dzo­nej w kon­spi­ra­cji wal­ki dla oj­czy­zny?

Było to za­da­nie po­twor­ne, tym bar­dziej, że sam je so­bie na­rzu­cił.

Otwo­rzył bra­mę i wszedł na po­dwó­rze. Miesz­ka­li na trze­cim pię­trze ka­mie­ni­cy z okna­mi wy­cho­dzą­cy­mi na uli­cę. Miesz­ka­nie było małe, ale schlud­ne. Ot, czter­dzie­ści me­trów kwa­dra­to­wych po­dzie­lo­nych na sa­lo­nik z anek­sem ku­chen­nym, ła­zien­kę i sy­pial­nię. Wszedł, nie za­pa­la­jąc świa­tła, od­wie­sił płaszcz na wie­szak i zdjął buty. Na­słu­chi­wał ja­kichś oznak ży­cia, ale obie ko­bie­ty jego ży­cia już spa­ły. Usiadł przy se­kre­ta­rzy­ku i za­pa­lił sta­rą po­rdze­wia­łą lamp­kę. Wy­rwał ze sko­ro­szy­tu kart­kę, wziął dłu­go­pis i za­czął pi­sać. Jed­nak sło­wa, któ­re ci­snę­ły mu się na usta, nie chcia­ły przy­lgnąć do pa­pie­ru. Po pół­go­dzi­nie zgniótł kart­kę i wy­rzu­cił do ko­sza w kuch­ni. Po­ukła­dał rze­czy na se­kre­ta­rzy­ku, tak aby wy­glą­da­ły na nie­ru­sza­ne. Po chwi­li na­my­słu wró­cił do kuch­ni, wy­jął kart­kę z ko­sza i scho­wał do kie­sze­ni. Żad­nych śla­dów.

Ukuc­nął i od­chy­lił dy­wan na środ­ku po­ko­ju. Pod­niósł jed­ną z wie­lu ob­lu­zo­wa­nych de­sek, wsu­nął rękę aż po ło­kieć i wy­cią­gnął za­wi­niąt­ko, w któ­rym znaj­do­wał się mały klu­czyk. Po­pra­wił dy­wan i po­szedł do ła­zien­ki. Za­wsze był dum­ny z ka­se­to­nów na su­fi­cie, w du­żym stop­niu przy­czy­nił się do tego fakt, że sam je ukła­dał. Uwa­żał, że na­da­ją ta­kim miej­scom jak ła­zien­ka szla­chec­kiej wy­twor­no­ści. Sta­nął na kra­wę­dzi wan­ny i prze­su­nął jed­ną z li­ste­wek. Od­sło­nił się sta­ry za­mek, w któ­ry wło­żył klu­czyk. Gdy go prze­krę­cił, je­den z ka­se­to­nów opadł na za­wia­sach. Wy­jął skrzyn­kę, któ­ra znaj­do­wa­ła się w pod­wie­szo­nym su­fi­cie, i zaj­rzał do środ­ka. Po­my­śleć, że wszyst­ko, co po­trzeb­ne jest do za­wład­nię­cia fun­du­sza­mi FOZZ, znaj­do­wa­ło się w tym po­jem­ni­ku. Za­mknął scho­wek i wró­cił do sa­lo­nu.

Spoj­rzał na ze­ga­rek w chwi­li, gdy wska­zów­ka mia­ła po­ka­zać pół­noc. Prze­brał się w czy­ste rze­czy, po czym do­kład­nie spraw­dził, czy ma ze sobą wszyst­kie do­ku­men­ty. Kie­dy obej­mo­wał funk­cję skarb­ni­ka FOZZ, do­stał pasz­port dy­plo­ma­tycz­ny. Wów­czas na­wet nie po­dej­rze­wał, jak szyb­ko bę­dzie mu po­trzeb­ny. Chwy­cił tor­bę, w któ­rej wcze­śniej wy­lą­do­wa­ła skrzyn­ka, i zer­k­nął na drzwi sy­pial­ni. Ku­si­ło go, żeby zaj­rzeć, po­ca­ło­wać, przy­tu­lić. Na­ci­snął jed­nak klam­kę, wy­szedł i za­mknął drzwi. Żad­nych wąt­pli­wo­ści.

Na ze­wnątrz było chłod­no, uli­ce opu­sto­sza­ły. Od­szu­kał wzro­kiem fiat Wald­ka i ru­szył w jego kie­run­ku. Wsiadł bez sło­wa i ru­szy­li. Po kil­ku mi­nu­tach za­trzy­ma­li się przy Ale­jach Je­ro­zo­lim­skich 44, skąd wy­szli dwie go­dzi­ny wcze­śniej. Dwie go­dzi­ny? Boże, a jak­by mi­nę­ły całe wie­ki.

Ka­wec­ki wszedł ci­cho na górę i otwo­rzył drzwi. Jako skarb­nik miał pra­wie wszyst­kie klu­cze, a ha­sła, cze­ki i de­wi­zy były w… otwo­rzył znaj­du­ją­cy się za ob­raz­kiem sejf i wy­cią­gnął z nie­go tecz­ki. Po ko­lei wkła­dał je do tor­by. Po chwi­li wszyst­ko za­mknął, spraw­dził, czy nie zo­sta­wił żad­nych śla­dów, i zszedł na dół do auta.

War­szaw­skie uli­ce były opu­sto­sza­łe, więc na lot­ni­sko do­je­cha­li w kil­ka­na­ście mi­nut. Do­stań­ski za­trzy­mał się przy chod­ni­ku i zga­sił sil­nik.

– Masz – po­wie­dział i wci­snął Krzysz­to­fo­wi plik do­la­rów. – Przy­da ci się.

– Nie mu­sia­łeś… Dzię­ku­ję.

– Nie ma spra­wy. – Uśmiech­nął się i zer­k­nął na tor­bę Krzysz­to­fa. – Zwró­cisz z na­wiąz­ką.

– Taa… – Ka­wec­ki spoj­rzał przed sie­bie. Noc była ciem­na, wo­kół żad­ne­go zna­ku ży­cia. Je­dy­nie kil­ka­na­ście me­trów za nimi na po­sto­ju sa­mot­nie sta­ła pod­nisz­czo­na tak­sów­ka. – Za­opie­ku­jesz się nimi? Ma­ria może być w du­żym szo­ku.

– Oczy­wi­ście. – Kiw­nął gło­wą i spoj­rzał mu w oczy. – Ty… wró­cisz, praw­da?

– No coś ty, Wal­dek! – Krzysz­tof aż się uśmiech­nął, ale po chwi­li spo­waż­niał. – Nie wiem, ile to po­trwa. Mie­siąc? Kwar­tał? Zo­ba­czy­my, jak się tu­taj spra­wy uło­żą.

– Masz tam ko­goś?

– Tak, ale ode­zwę się do­pie­ro, jak wy­lą­du­ję. Nie chcę po­zo­sta­wić żad­nych śla­dów.

– Czy ja… mam coś zro­bić? – Głos Wald­ka był dziw­nie ci­chy.

– Ten cały Uni­ver­sal jest przy­kryw­ką dla Ro­sjan. – Ka­wec­ki ką­tem oka do­strzegł, że przy­ja­ciel po­ki­wał gło­wą. – A zda­je się, że i nasz Kla­mek do­brze żyje z pre­ze­sem tej fir­my. Je­śli masz ko­goś, to wy­ślij go tam. Niech im do­ło­ży do pie­ca.

– W po­rząd­ku. Na po­czą­tek spusz­czę na Uni­ver­sal skar­bów­kę. – Do­stań­ski uśmiech­nął się, ale za­raz spo­waż­niał. – No, leć już. – Uści­snę­li się.

– Pil­nuj tu wszyst­kie­go.

– Po­wo­dze­nia!

– Wza­jem­nie. – Krzysz­tof otwo­rzył drzwi i ru­szył sprę­ży­stym kro­kiem w kie­run­ku ter­mi­na­lu. Nie było od­wro­tu. Czy pod­jął słusz­ną de­cy­zję? Czy miał wy­bór? I co te­raz? – po­my­ślał, pa­trząc na ta­bli­cę od­lo­tów. Co te­raz bę­dzie?

Po­wo­li, jak­by wal­cząc z opo­rem po­wie­trza, ru­szył w kie­run­ku okien­ka ka­so­we­go PLL LOT. Po­cie­szał się, że LOT to nie­for­mal­na sie­dzi­ba woj­sko­wych służb wy­wia­dow­czych, więc tro­chę wody w Wi­śle upły­nie, za­nim in­for­ma­cja o jego wy­jeź­dzie prze­ciek­nie do „cy­wil­nych” mi­ni­sterstw. A wte­dy bę­dzie już za póź­no.

Wie­dział, że swo­im czy­nem wstrzą­śnie pod­wa­li­na­mi nie­jed­nej in­sty­tu­cji i nie­jed­na gło­wa po­le­ci za jego uciecz­kę.

Ale nie mógł przy­pusz­czać, że jego po­wrót prze­cią­gnie się jak ody­se­ja, a przy­czy­ną bę­dzie nie sam wy­jazd, a sło­wa, któ­re wy­po­wie­dział na koń­cu.

ROZDZIAŁ IWarszawa, rok 2011Pokorny poker

Ten ma­jo­wy wto­rek miał być z wie­lu po­wo­dów inny niż po­zo­sta­łe. Po za­mie­sza­niu na gieł­dzie, do ja­kie­go do­szło po­przed­nie­go dnia, dy­rek­tor dzia­łu prze­ka­zał mu ob­słu­gę pry­wat­ne­go ra­chun­ku ma­kler­skie­go Ma­te­usza Ka­ra­so­wi­cza. Wła­śnie JEMU. Wresz­cie twar­de mi­lio­ny do in­we­sto­wa­nia, a nie mar­ne kil­ka­set ty­się­cy oszczęd­no­ści wy­ściu­bio­nych od ca­łej ro­dzi­ny. Dwa lata su­mien­nej pra­cy – w tym kur­wi­doł­ku, punk­cie ob­słu­gi, z przy­kle­jo­nym co­dzien­nie do twa­rzy uśmie­chem kie­ro­wa­nym do ską­pych, bo­jaź­li­wych i ma­lucz­kich klien­tów – wresz­cie za­czę­ły pro­cen­to­wać. I pro­szę: bach! Le­d­wo ty­dzień temu prze­nie­sio­no go do dzia­łu klien­tów in­dy­wi­du­al­nych, a już przy­dzie­lo­no mu do ob­słu­gi naj­więk­szych gra­czy. Ka­rol Le­wiń­ski po­my­ślał, że oto na jego oczach urze­czy­wist­nia się za­sa­da rzą­dzą­ca gieł­dą, gdzie je­den musi stra­cić, aby inny mógł zy­skać. Szko­da było mu tego ma­kle­ra – jak mu tam, chy­ba To­mek – któ­ry po­le­ciał ostat­nio, ale cóż, taki ry­nek.

Uśmiech­nął się. Je­śli tyl­ko uda mu się wy­pro­wa­dzić ra­chu­nek na pro­stą, cze­go był ab­so­lut­nie pe­wien, to może li­czyć na so­lid­ną pre­mię. Może na­wet Ka­ra­so­wicz po­wie­rzy mu inne ak­ty­wa w za­rzą­dza­nie. Kto wie? Spoj­rzał na swo­je od­bi­cie w oknie au­to­bu­su. No i za­wsze może li­czyć na wzrost wła­snych no­to­wań, rzecz ja­sna. Kie­dyś, jesz­cze pod­czas stu­diów na uni­wer­sy­te­cie, usły­szał, że sła­wa dla mło­dych lu­dzi ozna­cza po­wo­dze­nie. Chy­ba do­ty­czy to tych żół­to­dzio­bów, co to za­ro­bią tro­chę gro­sza i uwa­ża­ją, że cały świat mają u stóp. Prych­nął. Miał pra­wie trzy­dziest­kę na kar­ku i od kil­ku lat za­su­wał do ro­bo­ty. Jaka to mło­dość? Ale dziś wstał wcze­śniej niż zwy­kle, po­szedł po­bie­gać, a po­tem na­wet zjadł śnia­da­nie. Za­pro­si więc tę ślicz­ną ana­li­tycz­kę z ban­ko­we­go na ko­la­cję i po­ka­że jej, jaką fan­ta­zję po­tra­fią mieć ma­kle­rzy. Musi tyl­ko naj­pierw do­je­chać do biu­ra, a z tym ro­bił się pro­blem.

War­sza­wa bu­dzi­ła się tego dnia wol­no i z ocią­ga­niem, jak gdy­by pró­bo­wa­ła uciec w sen przed cze­ka­ją­cy­mi ją wy­da­rze­nia­mi, któ­rym mu­sia­ła sta­wić czo­ło. Bu­dzi­ki z roz­my­słem igno­ro­wa­no, po­dob­nie jak pi­ka­nie te­le­fo­nów czy płacz dzie­ci. Kie­dy jed­nak roz­są­dek na­ka­zał w koń­cu otwo­rzyć oczy, po­wró­ci­ła ad­re­na­li­na, a z nią po­śpiech ogra­ni­cza­ją­cy po­ran­ne czyn­no­ści do nie­zbęd­ne­go mi­ni­mum. Miesz­kań­cy mia­sta i oko­lic ru­szy­li do pra­cy. Jed­ni kie­row­cy bar­dziej agre­syw­nie niż zwy­kle za­jeż­dża­li so­bie dro­gę, wbi­ja­jąc się na naj­bar­dziej ob­le­ga­ne pasy ru­chu. Inni, sto­jąc w kor­ku, z ocią­ga­niem pod­jeż­dża­li ko­lej­ne kil­ka me­trów, co iry­to­wa­ło wła­ści­cie­li aut sto­ją­cych za nimi. Po­wie­trze było nie­mal gę­ste od nad­mia­ru stre­su i te­sto­ste­ro­nu. Po­stron­ny ob­ser­wa­tor mógł­by za­uwa­żyć, że spo­kój i sku­pie­nie lu­dzi ma­la­ły wprost pro­por­cjo­nal­nie do od­le­gło­ści dzie­lą­cej ich od cen­trum mia­sta. Na mo­ście Po­nia­tow­skie­go, tuż przy zjeź­dzie w pra­wo na Wi­sło­stra­dę, zde­rzy­ły się dwa auta oso­bo­we i je­den wóz do­staw­czy, sku­tecz­nie blo­ku­jąc wjazd w stro­nę cen­trum. Się­ga­ją­cy aż do Gro­chow­skiej ko­rek nie­któ­rzy kie­row­cy pró­bo­wa­li omi­nąć, skrę­ca­jąc w lewo, w kie­run­ku Tra­sy Ła­zien­kow­skiej. Tam jed­nak, pra­wie aż do zjaz­du na Ale­je Ujaz­dow­skie, moż­na było po­su­wać się, i to po­wo­li, tyl­ko jed­nym pa­sem ru­chu, gdyż dru­gi był za­blo­ko­wa­ny przez ze­psu­te i cze­ka­ją­ce na po­moc dro­go­wą auto pro­wa­dzo­ne przez ko­bie­tę. Mi­ja­ją­cy ją kie­row­cy tyl­ko krę­ci­li gło­wa­mi. Dla­cze­go ktoś nie za­trzy­ma się i nie ze­pchnie jej na bok? Trze­ci pas, prze­zna­czo­ny dla au­to­bu­sów, ob­sta­wi­ła po­li­cja, któ­ra tego dnia za­no­to­wa­ła nad­zwy­czaj wy­so­ki utarg.

Ci, któ­rzy je­cha­li z pół­no­cy, wsku­tek re­mon­tu roz­sy­pu­ją­cych się ulic Ma­ry­monc­kiej i Po­pie­łusz­ki ska­za­ni byli na wiecz­nie za­kor­ko­wa­ną ale­ję Pry­ma­sa Ty­siąc­le­cia lub tyl­ko im zna­ne bocz­ne dro­gi do­jaz­do­we. Spo­koj­niej było na po­łu­dniu War­sza­wy. Z po­wo­du wio­sen­ne­go obe­rwa­nia chmu­ry i za­la­nia kil­ku­dzie­się­ciu me­trów kwa­dra­to­wych te­re­nów za­bu­do­wa­nych oraz kil­ku waż­nych ar­te­rii, w tym alei KEN i uli­cy Pu­ław­skiej oraz me­tra, część osób w ogó­le nie wy­je­cha­ła do pra­cy, a ci, któ­rzy bar­dzo chcie­li bądź mu­sie­li wy­ru­szyć, utknę­li praw­do­po­dob­nie jesz­cze w sa­mym Pia­secz­nie. Od stro­ny za­chod­niej wjazd do mia­sta wy­glą­dał jak co dzień. Z tą jed­nak róż­ni­cą, że sto­ją­cy w kor­kach w alei Kra­kow­skiej kie­row­cy ob­ser­wu­ją­cy sznur wy­jeż­dża­ją­cych z War­sza­wy sa­mo­cho­dów za­sta­na­wia­li się, czy aby od razu do nich nie do­łą­czyć.

Naj­bar­dziej ludz­kim miej­scem, gdzie nie ci­chły roz­mo­wy ani śmiech, były tram­wa­je i au­to­bu­sy. Po­de­ner­wo­wa­ni ma­tu­rzy­ści, roz­pra­wia­ją­cy o cze­ka­ją­cych ich eg­za­mi­nach, sku­pia­li na so­bie uwa­gę tych wszyst­kich, któ­rzy po­trze­bo­wa­li za­pew­nie­nia, że nor­mal­ne ży­cie to­czy się da­lej. Wra­że­nie to mi­ja­ło, gdy po­jaz­dy za­trzy­my­wa­ły się na przy­stan­kach przy pla­cu Trzech Krzy­ży lub ron­dzie de Gaul­le’a. Roz­mo­wy ci­chły, a na wy­sia­da­ją­cych pa­trzo­no jak na ska­zań­ców lub – o zgro­zo! – na wi­no­waj­ców.

– Prze­pra­szam za spóź­nie­nie – rzu­cił Le­wiń­ski, wcho­dząc. – Kor­ki i… – urwał w po­ło­wie zda­nia.

W dzia­le nie było jesz­cze na­wet po­ło­wy pra­cow­ni­ków, a miny obec­nych nie za­chę­ca­ły do dys­ku­sji. Bez sło­wa rzu­cił swo­ją tecz­kę na krze­sło. Jak chcą się umar­twiać, to ich pro­blem. Ru­szył w po­szu­ki­wa­niu kawy. W kuch­ni było pu­sto, co dziw­ne jak na 8.40, kie­dy każ­dy jest spra­gnio­ny ko­fe­ino­we­go do­pa­la­cza. Wy­jął z szaf­ki ku­bek, je­den z tak zwa­nych ni­czy­ich, wsy­pał dwie łyż­ki kawy roz­pusz­czal­nej, tyle samo cu­kru, za­lał do po­ło­wy mle­kiem i do­peł­nił cie­płą wodą z dys­try­bu­to­ra. Za­do­wo­lo­ny ru­szył z po­wro­tem do po­ko­ju.

Cho­ciaż ob­słu­gi­wa­li naj­więk­szych klien­tów in­dy­wi­du­al­nych tego biu­ra i ge­ne­ro­wa­li znacz­ną część jego przy­cho­dów, trud­no było na­zwać miej­sce ich pra­cy bar­dzo wy­god­nym. Nie­wąt­pli­wym plu­sem było to, że nie pra­co­wa­li w po­miesz­cze­niu typu open spa­ce po­dzie­lo­nym ścian­ka­mi o wy­so­ko­ści metr osiem­dzie­siąt. Mie­li osob­ny po­kój, z od­dziel­ną kli­ma­ty­za­cją i wej­ściem. To pierw­sze ozna­cza­ło, że nie mu­szą zno­sić nad­mier­ne­go chło­du lub du­cho­ty, któ­ry­mi po­tra­fił po­trak­to­wać współ­pra­cow­ni­ków „wła­ści­ciel” po­krę­tła kli­ma­ty­za­cji. Dru­gie było bar­dziej przy­ziem­ne – licz­ba po­ten­cjal­nych zło­dziei port­fe­li czy te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych za­my­ka­ła się na pra­cow­ni­kach tego po­ko­ju. I jak nie na­zwać tego miej­sca luk­su­so­wym?

Pra­co­wa­li w dzie­wię­ciu: pię­ciu z li­cen­cją ma­kler­ską, trzech do­rad­ców in­we­sty­cyj­nych i je­den chłop­czyk na prak­ty­kach, przy­ucza­ją­cy się głów­nie w przy­no­sze­niu kawy. Każ­dy z pra­cow­ni­ków miał do dys­po­zy­cji czte­ry mo­ni­to­ry, usta­wio­ne pię­tro­wo w dwóch rzę­dach. Sie­dzie­li w nie­wiel­kiej od­le­gło­ści od sie­bie, przy po­dłuż­nym bla­cie w kształ­cie li­te­ry L. Za ple­ca­mi mie­li dwie duże pla­zmy: na jed­nej za­zwy­czaj na­sta­wia­no TVN CNBC, na dru­giej Blo­om­berg lub CNN. Po­ni­żej stał sto­lik, na któ­ry po­win­na być do­star­cza­na świe­ża pra­sa. Po­win­na – ale w ca­łym biu­rze znacz­nie zre­du­ko­wa­no licz­bę za­ma­wia­nych pa­pie­ro­wych wy­dań ty­tu­łów pra­so­wych, wsku­tek cze­go otrzy­my­wa­li je­dy­nie „Par­kiet” i „Puls Biz­ne­su”, ale do­pie­ro po tym, jak naj­pierw przej­rzał je za­rząd. Po le­wej od wej­ścia znaj­do­wał się ma­leń­ki ga­bi­net ich dy­rek­to­ra. Ścia­na dzie­lą­ca po­miesz­cze­nia była prze­szklo­na, co wy­raź­nie su­ge­ro­wa­ło pra­cow­ni­kom, czym mają się zaj­mo­wać w trak­cie pra­cy.

Chło­pak usiadł przy swo­jej czę­ści sto­łu, włą­czył kom­pu­ter, wy­sy­pał okru­chy z kla­wia­tu­ry i prze­su­nął pa­pie­ry uło­żo­ne wo­kół, ro­biąc tym sa­mym miej­sce na ku­bek z kawą. Ra­dość i pew­ność sie­bie, któ­rą prze­ja­wiał kil­ka mi­nut temu, bły­ska­wicz­nie ustą­pi­ły miej­sca su­che­mu, acz­kol­wiek jesz­cze nie w peł­ni doj­rza­łe­mu pro­fe­sjo­na­li­zmo­wi. Za dwie dzie­wią­ta na­pię­cie i pod­nie­ce­nie, któ­re ogar­nia­ły wszyst­kich w po­miesz­cze­niu, były już pra­wie na­ma­cal­ne. Zer­k­nął w kie­run­ku dy­rek­to­ra. Cho­dził po po­ko­ju, kon­fe­ru­jąc z kimś ostro przez te­le­fon.

O dzie­wią­tej ty­sią­ce osób w mie­ście i kra­ju wstrzy­ma­ło od­dech, z czuj­no­ścią wy­pa­tru­jąc ja­kie­go­kol­wiek symp­to­mu ru­chu no­to­wań ak­cji i in­dek­sów w dół. Te drgnę­ły i na otwar­ciu WI­G20 za­no­to­wał 1901 punk­tów. Dzień wcze­śniej ten sam in­deks, sku­pia­ją­cy naj­więk­sze i naj­bar­dziej płyn­ne spół­ki na war­szaw­skim par­kie­cie, za­no­to­wał spa­dek pra­wie o 398 punk­tów. No­to­wa­nia nie­któ­rych in­stru­men­tów za­mra­ża­no, co jesz­cze bar­dziej zwięk­sza­ło na­pię­cie na gieł­dzie. Nig­dy wcze­śniej nie wi­dzia­no bo­wiem, aby tak ogrom­ny zjazd na war­to­ści in­dek­su do­ko­nał się w tak krót­kim cza­sie. Na­wet pod­czas bes­sy w la­tach 2007–2008 spa­dek in­dek­su o 500 punk­tów trwał kil­ka dni. Tego po­ran­ka WI­G20 za­czął o pół­to­ra punk­tu wy­żej niż dzień wcze­śniej na za­mknię­ciu i choć nie było to spek­ta­ku­lar­ne wy­da­rze­nie, to­wa­rzy­szy­ło mu ci­che wes­tchnie­nie ulgi.

Nie jest źle, po­my­ślał Ka­rol i zer­k­nął raz jesz­cze na za­war­tość port­fe­li pod­opiecz­nych klien­tów. Ak­cje, któ­re po­sia­da­li, po bar­dziej lub mniej licz­nych spad­kach rów­nież od­no­to­wa­ły po­wol­ny ruch w górę. Do­brze, do­ku­pu­je­my.

Le­wiń­ski za­zna­czył na mo­ni­to­rze zle­ce­nie kup­na ak­cji i przy­ci­snął en­ter. Zle­ce­nie zo­sta­ło do­łą­czo­ne do kar­ne­tu zle­ceń biu­ra ma­kler­skie­go i jako ca­łość prze­ka­za­ne do CAP, apli­ka­cji cer­ty­fi­ko­wa­ne­go do­stę­pu do sys­te­mu no­tu­ją­ce­go WAR­SET. Z CAP zle­ce­nie po­wę­dro­wa­ło do sys­te­mu HUB, a stam­tąd do kom­pu­te­ra cen­tral­ne­go. Ten przy­jął zle­ce­nie, zwe­ry­fi­ko­wał jako po­praw­ne, i wy­słał do HUB in­for­ma­cję o jego przy­ję­ciu, skąd tra­fi­ła ona dro­gą po­wrot­ną do biu­ra ma­kler­skie­go i kom­pu­te­ra nadaw­cy. W tym sa­mym mo­men­cie na­le­żą­cy do ar­chi­tek­tu­ry sys­te­mu no­tu­ją­ce­go mo­duł In­de­xa­tor ob­li­czył nową war­tość in­dek­sów. Sys­tem no­tu­ją­cy wy­słał te in­for­ma­cje do sys­te­mu dys­try­bu­cji in­for­ma­cji gieł­do­wych DIFF, skąd zo­sta­ły prze­ka­za­ne do róż­nych od­bior­ców, w tym do Ko­mi­sji Nad­zo­ru Fi­nan­so­we­go, Kra­jo­we­go De­po­zy­tu Pa­pie­rów War­to­ścio­wych, biur ma­kler­skich i dys­try­bu­to­rów in­for­ma­cji.

Po­nie­waż za­miesz­cze­nie zle­ce­nia w ar­ku­szu zle­ceń było rów­no­waż­ne ze zo­bo­wią­za­niem in­we­sto­ra do za­war­cia trans­ak­cji na okre­ślo­nych przez sie­bie wa­run­kach, zle­ce­nie zo­sta­ło po­myśl­nie zre­ali­zo­wa­ne.

Moż­na było się roz­luź­nić i za­cząć dzwo­nić do klien­tów. Za­po­wia­dał się cie­ka­wy dzień.

O ile ci­sza przed bu­rzą jest zja­wi­skiem po­wszech­nie zna­nym i roz­po­zna­wal­nym, o tyle tej ka­ta­stro­fy nic nie za­po­wia­da­ło. Kie­dy już za­pra­co­wa­ny na­ród fi­nan­si­stów za­czął oswa­jać ry­nek – i sa­mych sie­bie – na­gle wszyst­ko ru­nę­ło. Po­tem mó­wio­no, że symp­to­my przy­po­mi­na­ły no­wo­twór: naj­pierw jest ból, na przy­kład w no­dze, wi­zy­ta u le­ka­rza, brak wła­ści­wej dia­gno­zy. Kie­dy jed­nak wi­dać już prze­rzu­ty, a cho­ro­ba do­słow­nie po­że­ra cały or­ga­nizm, na le­cze­nie jest za póź­no.

O tym, że po­peł­nił błąd w oce­nie, Le­wiń­ski zo­rien­to­wał się o dwie mi­nu­ty za póź­no. Naj­pierw in­deks ob­ni­żył się o 1 punkt. Nic wiel­kie­go, może ktoś wpadł w po­płoch. Ku­pu­je­my. Jed­nak po kil­ku se­kun­dach spadł o ko­lej­ne trzy punk­ty. Po­tem o je­de­na­ście, szes­na­ście. Jak w ma­ra­zmie mło­dy ma­kler ob­ser­wo­wał po­więk­sza­ją­cą się prze­strzeń dzie­lą­cą po­zio­mą li­nię wska­zu­ją­cą po­ziom za­mknię­cia WI­G20 z dnia po­przed­nie­go od jego obec­nej war­to­ści. Zer­k­nął na inne in­dek­sy. Tak­że roz­po­czę­ły gwał­tow­ne i ostre szu­ka­nie dna. Przez kil­ka se­kund jego umysł wy­pie­rał ze świa­do­mo­ści ob­ra­zy wi­dzia­ne ocza­mi. 1873 punk­ty… 1841… 1807… Oprzy­tom­niaw­szy, ze­rwał się z fo­te­la i wpadł do ga­bi­ne­tu dy­rek­to­ra.

– Sze­fie! Musi pan to zo­ba­czyć…!

Jak­by na za­wo­ła­nie ode­zwa­ła się naj­pierw jed­na z ko­mó­rek w po­ko­ju, po czym za­czę­ły dzwo­nić inne te­le­fo­ny. Dy­rek­tor wy­sko­czył z po­ko­ju, za­czął krzy­czeć i wy­da­wać ja­kieś po­le­ce­nia. Ka­rol nie słu­chał. Pa­trzył na wy­świe­tlacz swo­jej ko­mór­ki. Dzwo­nił Ka­ra­so­wicz, za­pew­ne z in­for­ma­cją, że bły­sko­tli­wa ka­rie­ra ma­kler­ska Le­wiń­skie­go wła­śnie do­bie­gła koń­ca.

Tego dnia dźwięk brzę­czą­cych te­le­fo­nów niósł się przez całą War­sza­wę: od Pu­ław­skiej przez Wo­ło­ską, Wspól­ną, Mar­szał­kow­ską, Se­na­tor­ską, aż do pla­cu Trzech Krzy­ży. Wie­sław Roz­łuc­ki, kie­dy był jesz­cze pre­ze­sem GPW, po­wie­dział, że to pa­ni­ka spra­wia, iż lu­dzie tra­cą, bo pie­nią­dze na gieł­dzie są prze­cież wir­tu­al­ne. Tyl­ko jak to wy­tłu­ma­czyć czło­wie­ko­wi, któ­ry wczo­raj miał na kon­cie kil­ka jak naj­bar­dziej re­al­nych mi­lio­nów zło­tych, a dziś le­d­wie kil­ka­na­ście ty­się­cy? Spe­cja­li­ści od fi­nan­sów oraz in­we­sty­cji chwy­ci­li za słu­chaw­ki i z ca­łych sił sta­ra­li się uspo­ko­ić swo­ich klien­tów, co i tak nie mia­ło więk­sze­go zna­cze­nia, bo pra­wie nikt nie wie­dział, co się dzie­je.

Ci, któ­rzy wsta­li po dzie­sią­tej rano, oszczę­dzi­li so­bie złu­dzeń, że gieł­da – i ich port­fe­le – od­ro­bią stra­ty. W cią­gu kil­ku go­dzin WI­G20 spadł o ko­lej­ne 192 punk­ty, cią­gnąc za sobą po­zo­sta­łe in­dek­sy war­szaw­skie­go par­kie­tu. Ak­cje blue-chi­pów przy­po­mi­na­ły ubra­nia na wy­prze­da­ży z ze­szło­rocz­nej ko­lek­cji na via dei Con­dot­ti. Nikt ich nie chciał.

Jak grzy­by po desz­czu za­czę­ły wo­kół bu­dyn­ku GPW wy­ra­stać eki­py dzien­ni­ka­rzy. Wozy trans­mi­syj­ne TVN24 i TVN CNBC, Pol­sat News, TVP1 oraz TVP Info ob­sta­wi­ły Ksią­żę­cą od Roz­brat po Nowy Świat. Re­por­te­rzy za­ję­li miej­sca przy wszyst­kich wej­ściach i wyj­ściach. Co pięć me­trów moż­na było spo­tkać zna­jo­mą twarz, któ­ra nada­wa­ła na żywo lub prze­pro­wa­dza­ła wy­wiad z nie­szczę­śni­kiem, któ­ry wpadł w si­dła me­dio­wych na­jeźdź­ców.

Ob­lę­że­nie prze­ży­wa­ły tak­że punk­ty ob­słu­gi klien­tów. Od rana wszyst­kie sta­no­wi­ska skła­da­nia zle­ceń były za­ję­te przez sta­łych by­wal­ców, za­nie­po­ko­jo­nych wy­da­rze­nia­mi dnia po­przed­nie­go. Te­raz ma­so­wo do­łą­cza­li do nich ci, któ­rzy nie mo­gli do­dzwo­nić się do swo­ich ma­kle­rów lub zło­żyć zle­ceń przez moc­no ob­cią­żo­ny sys­tem. Ale na­wet w tych biu­rach ma­kler­skich, któ­re za­po­bie­gaw­czo wzmoc­ni­ły sze­re­gi swo­ich pra­cow­ni­ków w POK-ach, trud­no było za­pa­no­wać nad co­raz więk­szym cha­osem i pa­ni­ką. Do pra­cow­ni­ków do­cie­ra­ły uryw­ki py­tań w ro­dza­ju: „Jak to nie mogę sprze­dać?”, „Co to zna­czy, że ko­szyk zle­ceń kup­na jest pu­sty?”, „Dla­cze­go spół­ka nic nie robi?!”, a jesz­cze mniej rze­tel­nych in­for­ma­cji, któ­re mo­gły­by nie­co za­ła­go­dzić at­mos­fe­rę. Tłu­my w POK-ach gęst­nia­ły z mi­nu­ty na mi­nu­tę i nie było moż­li­wo­ści za­po­biec temu, aby roz­pacz in­we­sto­rów, tra­cą­cych wła­śnie masę pie­nię­dzy, prze­ro­dzi­ła się we wście­kłość na biu­ra ma­kler­skie, któ­re prze­cież ob­ra­ca­ły tymi pie­niędz­mi. Po­nie­waż szlag tra­fił wszel­kie za­ka­zy na­grań i trans­mi­sji te­le­wi­zyj­nych z punk­tów ob­słu­gi klien­tów, w wie­czor­nych wia­do­mo­ściach wi­dzo­wie mo­gli zo­ba­czyć, jak do­cho­dzi do szar­pa­nin i rę­ko­czy­nów. W ca­łej Pol­sce pod­pa­lo­no kil­ka POK-ów, a w kil­ku­na­stu wy­bi­to szy­by. W War­sza­wie do ga­bi­ne­tu pre­ze­sa jed­ne­go z du­żych biur ma­kler­skich wdar­ła się grup­ka in­we­sto­rów – a za nimi eki­pa te­le­wi­zyj­na – do­ma­ga­ją­cych się zwro­tu swo­ich pie­nię­dzy. Po­go­to­wie i straż po­żar­na wy­jeż­dża­ły kil­ka­na­ście razy, a po­li­cyj­ne aresz­ty wy­peł­ni­ły się po brze­gi za­dba­ny­mi zwy­kle je­go­mo­ścia­mi, tym ra­zem w po­szar­pa­nych ma­ry­nar­kach.

O go­dzi­nie dwu­na­stej, gdy in­deks WI­G20 za­no­to­wał 1657 punk­tów, a spad­ki kur­sów ak­cji pu­blicz­nych spół­ek wy­nio­sły śred­nio sześć­dzie­siąt pro­cent, za­rząd GPW za­wie­sił no­to­wa­nia od­by­wa­ją­ce się na wszyst­kich ryn­kach. Do­pie­ro pod ko­niec dnia po­ja­wi­ły się pierw­sze nie­ofi­cjal­ne do­nie­sie­nia, że stra­ty in­we­sto­rów – wsku­tek za­dzia­ła­nia in­stru­men­tów po­chod­nych – się­ga­ły po­nad ty­sią­ca dwu­stu pro­cent.

Po­mi­mo bli­sko dwu­dzie­sto­let­nie­go pro­gra­mu edu­ka­cji na te­mat ryn­ku ka­pi­ta­ło­we­go tego dnia śro­do­wi­sko ma­kler­skie zo­sta­ło zgod­nie na­zwa­ne ban­dą przy­głu­pów i nie­ro­bów. Gieł­da Pa­pie­rów War­to­ścio­wych w War­sza­wie zy­ska­ła mia­no bez­sil­ne­go i bez­wład­ne­go wał­ka, któ­ry moż­na to­czyć w do­wol­nym kie­run­ku, a Ko­mi­sja Nad­zo­ru Fi­nan­so­we­go zo­sta­ła ochrzczo­na pro­sty­tut­ką ryn­ku ka­pi­ta­ło­we­go, któ­ra daje temu, kto ma wię­cej.

* * *

– Moim zda­niem mamy do czy­nie­nia z no­wym ro­dza­jem ata­ku ter­ro­ry­stycz­ne­go. Wszel­kie dane, ja­ki­mi dys­po­nu­je­my w chwi­li obec­nej, wska­zu­ją, że była to ma­ni­pu­la­cja ryn­kiem fi­nan­so­wym na nie­spo­ty­ka­ną do­tąd ska­lę.

– Ale czy to moż­li­we, żeby ktoś był w sta­nie wy­ło­żyć tak ol­brzy­mi ka­pi­tał?

– W Pol­sce być może nie, ale pro­szę pa­mię­tać, że ka­pi­ta­li­za­cja spół­ek war­szaw­skiej gieł­dy to rap­tem pięć pro­cent LSE czy NYSE Eu­ro­next…

Na te­le­fo­nie le­żą­cym na biur­ku za­ma­ja­czy­ło świa­teł­ko „se­kre­ta­riat”. Ode­brał.

– Pa­nie pre­mie­rze – ode­zwał się głos w słu­chaw­ce – pa­no­wie: prze­wod­ni­czą­cy Do­stań­ski i pre­zes Ma­cie­jew­ski do pana.

– Za­pra­szam.

An­to­ni Riks wy­ci­szył pi­lo­tem głos w te­le­wi­zo­rze i po­pra­wił ma­ry­nar­kę. Po chwi­li w drzwiach po­ja­wi­ły się dwie zna­jo­me, wy­jąt­ko­wo dziś bla­de i zmę­czo­ne twa­rze.

– Wi­tam pa­nów. Pro­szę. Nie, Ka­siu, dzię­ku­je­my za kawę.

Bez zbęd­nych grzecz­no­ści pre­mier wska­zał im sofę, a sam za­jął miej­sce w sto­ją­cym nie­opo­dal fo­te­lu. Nie trze­ba psy­cho­lo­ga, żeby stwier­dzić, że przyj­mo­wał ge­ne­ra­łów po prze­gra­nej bi­twie. Pre­zes gieł­dy, Je­rzy Ksa­we­ry Ma­cie­jew­ski, miał wor­ki pod ocza­mi, a zwy­kle ele­ganc­ko na­że­lo­wa­ne blond wło­sy były dziś roz­czo­chra­ne. Rzu­cił się na sofę, jak gdy­by ostat­nio sie­dział na krze­śle elek­trycz­nym. Na wy­gnie­cio­nej ma­ry­nar­ce miał kil­ka plam po ka­wie. Wal­de­mar Do­stań­ski, prze­wod­ni­czą­cy KNF, za­cho­wał nie­co wię­cej kla­sy, ale i on wy­glą­dał na moc­no wy­czer­pa­ne­go. W tym przy­pad­ku pre­mier stwier­dził to bar­dziej po mi­nie niż po ubio­rze, bo wie­dział, że za­rów­no w swo­im ga­bi­ne­cie, jak i w au­cie Do­stań­ski miał za­wsze kil­ka za­pa­so­wych ko­szul.

– Co no­we­go wie­my? – za­py­tał go­spo­darz.

– Pa­nie pre­mie­rze – za­czął szef KNF – szcze­rze mó­wiąc, nie wie­my, co się sta­ło. Być może to na­gły od­pływ ka­pi­ta­łu za­gra­nicz­ne­go, choć wy­da­je się to mało praw­do­po­dob­ne, bo sy­tu­acja go­spo­dar­cza kra­ju jest do­bra.

Co do tego ostat­nie­go nikt nie miał wąt­pli­wo­ści. Roz­po­czę­te dwa lata temu przez nowy rząd re­for­my po­wo­li przy­no­si­ły po­zy­tyw­ne efek­ty: bez­ro­bo­cie ma­la­ło, spa­da­ła in­fla­cja, opie­ka zdro­wot­na sta­ła się do­brem ogól­nie do­stęp­nym. I wy­star­czy­ło po­sa­dzić na wła­ści­wych stoł­kach lu­dzi, któ­rzy wzię­li się do ro­bo­ty, po­my­ślał pre­mier.

– Inne moż­li­wo­ści?

– Ba­da­my to – od­parł Do­stań­ski. – Nie mo­że­my wy­klu­czyć ma­ni­pu­la­cji, ale chciał­bym się po­wstrzy­mać od wy­gła­sza­nia nie­upraw­nio­nych są­dów.

Ma­cie­jew­ski się wy­pro­sto­wał.

– Moim zda­niem cała GPW sta­ła się po­li­go­nem walk po­mię­dzy ol­brzy­mi­mi in­sty­tu­cja­mi fi­nan­so­wy­mi – wtrą­cił. – Być może nie cho­dzi na­wet o prze­ję­cie kon­tro­li nad gieł­dą czy zba­da­nie sta­nu ryn­ku, ale o wy­pró­bo­wa­nie ja­kichś no­wych me­tod…

– No do­brze, a dla­cze­go tak póź­no za­re­ago­wa­li­ście?

– Pro­szę? – Ma­cie­jew­ski chrząk­nął.

– Prze­cież prze­pi­sy zo­bo­wią­zu­ją was do za­wie­sze­nia no­to­wań, gdy tyl­ko prze­kro­czą okre­ślo­ny pu­łap, praw­da? – Pre­zes GPW miał wra­że­nie, że pre­mier prze­wier­ci go wzro­kiem na wy­lot.

– No tak… ale są­dzi­li­śmy, że się od­bi­je…

– Od­bi­ło to chy­ba to­bie, Jur­ku! – Riks wstał i za­czął krą­żyć po po­ko­ju. – Wiesz, co zro­bią in­we­sto­rzy? Ze­chcą się pro­ce­so­wać! Za­żą­da­ją zwro­tu pie­nię­dzy, i będą mie­li ra­cję! I kto za to za­pła­ci?! Bo chy­ba nie my­ślisz, że pań­stwo!

– Sys­tem nie dzia­łał tak, jak trze­ba – za­czął nie­pew­nie Ma­cie­jew­ski. – Mie­li­śmy pro­ble­my tech­nicz­ne. Więk­szość no­to­wa­nych na gieł­dzie in­stru­men­tów prze­kro­czy­ła do­pusz­czal­ne wi­deł­ki. Za­czę­li­śmy za­mra­żać no­to­wa­nia każ­de­go z nich, ale kom­pu­ter się za­wie­sił. Więc chwi­lę dłu­żej to trwa­ło, za­nim wy­łą­czy­li­śmy wszyst­ko…

Pre­mier spoj­rzał na nie­go ze zdu­mie­niem.

– Za­wie­sza­li­ście no­to­wa­nia każ­de­go z in­stru­men­tów osob­no?

– Nie. – Ma­cie­jew­ski ener­gicz­nie za­prze­czył ru­chem gło­wy. – Zna­czy, na po­cząt­ku tak. To jest nor­mal­na pro­ce­du­ra. Ale po­tem, gdy znów kom­pu­ter za­sko­czył, a ak­cje da­wa­ły nura, za­wie­si­li­śmy wszyst­kie no­to­wa­nia…

– I co za­mier­za­cie zro­bić? Prze­pro­sić?

– Nie wiem na ra­zie, czy jest za co. – Szef GPW wzru­szył ra­mio­na­mi. – KDPW mie­li u sie­bie wszyst­kie trans­ak­cje. Pew­nie jesz­cze dłu­go nie do­wie­my się, kto nam tak na­mie­szał na par­kie­cie.

– Chwi­lecz­kę – wtrą­cił się Do­stań­ski. – Po­wo­ła­łem spe­cjal­ny ze­spół, któ­ry ma prze­ana­li­zo­wać wszyst­kie trans­ak­cje prze­pro­wa­dza­ne na GPW w cią­gu ostat­nich ty­go­dni i po­rów­nać je z da­ny­mi świa­to­wy­mi. Je­śli było to dzia­ła­nie umyśl­ne, za kil­ka dni nie bę­dzie co do tego wąt­pli­wo­ści.

– I co?

– Je­śli do­wie­my się, kto za tym stoi, to bę­dzie od kogo ścią­gać cho­ciaż­by ewen­tu­al­ne od­szko­do­wa­nia.

Pre­mier się za­my­ślił. Ta­kie sy­tu­acje za­wsze wy­ma­ga­ją spe­cjal­nych ekip do­cho­dze­nio­wych. Może rze­czy­wi­ście le­piej, żeby pra­co­wa­li nad tym zna­ją­cy się na rze­czy fi­nan­si­ści niż do­brzy w krę­ce­niu fil­mów lu­dzie z CBA?

– Kto nad tym pra­cu­je? – za­py­tał po chwi­li.

– Naj­lep­si z…

– Do­sta­niesz jesz­cze ko­goś od Abroń­czy­ka.

Co praw­da Mi­ni­ster­stwo Fi­nan­sów za­rzą­dza­ne przez Bo­gu­sła­wa Abroń­czy­ka za­czę­ło wresz­cie dzia­łać spraw­nie, i to bar­dzo, ale to nie zna­czy, że ma się mie­szać w spra­wy in­nych in­sty­tu­cji. Do­stań­ski już otwie­rał usta, żeby coś po­wie­dzieć, ale pre­mier tyl­ko pod­niósł rękę i zwró­cił się do Ma­cie­jew­skie­go.

– A jak na­stro­je w biu­rach?

– Uspo­ko­iło się – od­parł rze­czo­wo Ma­cie­jew­ski. Po So­do­mie i Go­mo­rze, któ­ra mia­ła miej­sce w cią­gu dnia, wie­czór przy­niósł ostu­dze­nie emo­cji. Za­rzą­dzo­ne przez pre­zy­den­ta War­sza­wy i wpro­wa­dzo­ne rów­nież w in­nych więk­szych mia­stach kon­tro­le po­li­cyj­ne nie do­no­si­ły o żad­nych zna­czą­cych wy­stęp­kach, wy­łą­cza­jąc nad­mier­ne spo­ży­cie al­ko­ho­lu, co w su­mie było ja­koś dla wszyst­kich zro­zu­mia­łe.

– A co na to same spół­ki?

Pre­zes GPW wes­tchnął.

– Żą­da­ją po­wo­ła­nia ko­mi­sji śled­czej. Kil­ka gro­zi po­zwa­mi o nie­na­le­ży­te do­peł­nie­nie przez gieł­dę i nad­zór swo­ich obo­wiąz­ków w za­kre­sie kon­tro­li ryn­ku ka­pi­ta­ło­we­go. – Po­pra­wił się na so­fie. – Nic no­we­go w ta­kiej sy­tu­acji. Spo­ty­ka­my się ju­tro po po­łu­dniu.

– Do­brze. – Riks zer­k­nął na ze­ga­rek. Do­cho­dzi­ła dwu­dzie­sta. – Rano mam kon­fe­ren­cję pra­so­wą. Co w koń­cu po­wie­dzieć dzien­ni­ka­rzom? Że dwa dni się opie­prza­my?

Ci­sza.

– No­to­wa­nia zo­sta­ją za­wie­szo­ne do koń­ca ty­go­dnia, gdyż wte­dy po­zna­my wy­ni­ki ana­li­zy pro­wa­dzo­nej przez KNF – wy­beł­ko­tał w koń­cu Ma­cie­jew­ski. – Z po­mo­cą mi­ni­ster­stwa na pew­no zdą­ży­cie, praw­da? – Ostat­nie, lek­ko zja­dli­we zda­nie skie­ro­wał do sze­fa KNF.

– Tak – rzekł Do­stań­ski. – Ale w przy­szło­ści le­piej pil­nuj­cie wła­sne­go po­dwór­ka.

Pre­mier po­pa­trzył na nich z uko­sa.

– Dzię­ku­ję pa­nom za spo­tka­nie. – Wsta­li.

Obaj męż­czyź­ni czu­li się jak po wi­zy­cie na dy­wa­ni­ku i obaj mie­li pew­ne re­flek­sje na ten te­mat. Gdy jed­nak je­den po­przy­siągł so­bie, że za wszel­ką cenę na­le­ży zła­pać i uka­rać win­nych ca­łe­go za­mie­sza­nia, dru­gi przede wszyst­kim za­sta­na­wiał się, co było jego przy­czy­ną.

* * *

Tłum prze­le­wa­ją­cy się w kie­run­ku Tie­fer Gra­ben za­czął gęst­nieć, co przy­po­mi­na­ło Ulri­ko­wi von Schwaltzch­ke­mu, że nad In­ne­re Stadt za­pa­da zmrok i pora koń­czyć ko­lej­ny dzień pra­cy. A ra­czej swo­ją zmia­nę, po­pra­wił się, bo przy Wal­l­ner­stras­se 8 rzad­ko kie­dy ga­szo­no świa­tła.

– Są­dzisz, że mo­że­my tro­chę pod­grzać at­mos­fe­rę? – py­ta­nie Er­wi­na wy­rwa­ło go z za­du­my. Tak, za­sta­na­wiał się nad tym. Z jed­nej stro­ny oczy­wi­ście ist­nia­ło ry­zy­ko, że to tyl­ko chwi­lo­wa, choć trud­no wy­tłu­ma­czal­na, ko­rek­ta. A Ma­cie­jew­ski, bez wzglę­du na to, ja­kim jest pa­lan­tem, zna się na fi­nan­sach i szyb­ko się z tym upo­ra. Z dru­giej stro­ny, ry­nek fi­nan­so­wy ofe­ro­wał tak sze­ro­ki wy­bór na­rzę­dzi, że grze­chem by­ło­by ich w ta­kiej sy­tu­acji nie wy­ko­rzy­stać. Zwłasz­cza że moż­na by rzu­cić ko­ść­mi i w sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ściach zgar­nąć całą pulę, nie wcho­dząc jed­no­cze­śnie do gry.

– Viel­le­icht. Po­łącz mnie z Pra­gą.

Gdy o dwu­dzie­stej trze­ciej przy­szła eki­pa sprzą­ta­ją­ca, w ga­bi­ne­cie pre­ze­sa Wie­ner Bo­er­se wciąż pa­li­ło się świa­tło.

* * *

Gdy w Eu­ro­pie za­pa­dła głę­bo­ka noc, a wszyst­kie spra­wy urzę­do­we i biz­ne­so­we żyły co naj­wy­żej w snach prze­pra­co­wa­nych lu­dzi in­te­re­su, nad wy­brze­żem Pun­ta Cana na Do­mi­ni­ka­nie wscho­dzi­ło słoń­ce. Ba­va­ro sły­nę­ło z pięk­nych plaż, ale rów­nież z no­wo­cze­snej in­fra­struk­tu­ry in­for­ma­tycz­nej, o któ­rej są­siad­nie Ha­iti – zwłasz­cza po trzę­sie­niu zie­mi na po­cząt­ku 2010 roku – mo­gło tyl­ko po­ma­rzyć.

Męż­czy­zna oko­ło pięć­dzie­siąt­ki sie­dział sa­mot­nie w wi­kli­no­wym fo­te­lu wy­ło­żo­nym po­du­cha­mi w jed­nej z kil­ku lep­szych, czyn­nych całą dobę pla­żo­wych re­stau­ra­cji dla sta­łych by­wal­ców. Na sto­li­ku sta­ły świe­ży kok­tajl z owo­ców i po­piel­nicz­ka. Męż­czy­zna ubra­ny w bia­łą lnia­ną ko­szu­lę i krót­kie be­żo­we szor­ty, wy­glą­dał z lek­kim czar­nym za­ro­stem i wło­sa­mi przy­pró­szo­ny­mi si­wi­zną, jak ty­po­wy mi­lio­ner na wa­ka­cjach, co szcze­gól­nie pod­kre­ślał trzy­ma­ny przez nie­go „Fi­nan­cial Ti­mes”.

Prze­glą­dał wła­śnie część po­świę­co­ną ryn­kom i no­to­wa­niom kur­sów gieł­do­wych, gdy w kie­sze­ni po­czuł lek­kie wi­bro­wa­nie. Nu­mer nie­zna­ny.

– Ro­bert.

– Za­ła­twio­ne.

– Je­steś pew­na?

– Tak.

– Do­brze. Kie­dy?

Po chwi­li za­koń­czył roz­mo­wę i spoj­rzał na ho­ry­zont. Woda jak zwy­kle mia­ła od­cień tur­ku­so­wy, na nie­bie nie było żad­nej chmur­ki. Za­po­wia­dał się pięk­ny dzień. Szko­da stąd wy­jeż­dżać.

ROZDZIAŁ IINadzór

Mło­dy męż­czy­zna wy­siadł z au­to­bu­su li­nii 520 na przy­stan­ku Cen­trum i roz­piął kurt­kę. Mu­siał się ochło­dzić po po­dró­ży w tło­ku. Kurt­ka, wy­glą­da­ją­ca tro­chę jak po­pu­lar­ny flek z lat dzie­więć­dzie­sią­tych, była w isto­cie dość dro­gim upo­min­kiem od jed­nej z jego by­łych dziew­czyn. Pre­zent ów zy­skał apro­ba­tę ob­da­ro­wa­ne­go tyl­ko dla­te­go, że met­ka Hugo Bos­sa wid­nia­ła je­dy­nie po we­wnętrz­nej stro­nie koł­nie­rzy­ka. Ciem­no­gra­na­to­wa, z lek­kim po­ły­skiem i ład­nie wy­koń­czo­na mo­gła­by przy­cią­gnąć wzrok nie­jed­nej sty­list­ki, gdy­by nie kon­tra­sto­wo do­bra­ne ja­sne bo­jów­ki, nie­mal pusz­cza­ją­ce oko do lu­dzi śle­dzą­cych z nad­mier­ną uwa­gą naj­now­sze tren­dy. Męż­czy­zna prze­cze­sał dło­nią swo­ją czar­ną czu­pry­nę i ru­szył przed sie­bie.

Co praw­da, mógł sko­rzy­stać z me­tra, z któ­re­go zdą­żo­no już od­pom­po­wać wodę – chwa­ła Bogu, że pod­czas jego bu­do­wy osta­tecz­nie nie zre­zy­gno­wa­no z in­sta­lo­wa­nia kosz­tow­nych śluz – ale po­cią­gi wciąż kur­so­wa­ły z opóź­nie­niem. Nie­jed­no­krot­nie za­sta­na­wiał się nad tym, że w War­sza­wie tem­po ży­cia jest od­wrot­nie pro­por­cjo­nal­ne do pręd­ko­ści re­ali­za­cji prac re­mon­to­wo-bu­dow­la­nych. Trud­no. Po­nie­waż jed­nak nie miał za­mia­ru zry­wać się wcze­śniej z łóż­ka, prze­stój w me­trze ozna­czał­by po­ten­cjal­ne spóź­nie­nie. A pierw­sze­go dnia nie wy­pa­da się spóź­nić. Przy­najm­niej pierw­sze­go.

Całą sze­ro­ko­ścią chod­ni­ka pod Do­ma­mi Cen­trum pły­nął tłum śpie­szą­cych się jak za­wsze o tej po­rze lu­dzi. Choć więk­szość pie­szych pre­fe­ro­wa­ła ruch pra­wo­stron­ny, to za­wsze ist­nia­ła groź­ba obe­rwa­nia łok­ciem od ja­kie­goś „wy­prze­dza­ją­ce­go” czy zo­sta­nia za­chla­pa­nym kawą z Cof­fee He­aven przez „skrę­ca­ją­ce­go”. Rzu­co­ne w bie­gu „prze­pra­szam” nio­sło ze sobą tyle em­pa­tii co obu­rze­nie lu­dzi, któ­rzy z bra­ku miej­sca na ha­mo­wa­nie wpa­da­li na owe­go nie­szczę­śni­ka.

Na szczę­ście męż­czy­zna, cały i czy­sty, skrę­cił w pra­wo w prze­smyk mię­dzy bu­dyn­ka­mi i ru­szył pa­sa­żem Wie­cha. Tro­chę luź­niej. Roz­cią­ga­ją­cy się od Ro­tun­dy PKO BP do uli­cy Sien­kie­wi­cza pa­saż Wie­cha bywa okre­śla­ny tak­że jako gra­ni­ca dzie­lą­ca za­bie­ga­ną War­sza­wę od nor­mal­ne­go świa­ta, gdzie mat­ki wy­wie­sza­ją na bal­ko­nach świe­że pra­nie, a dzie­ci ba­wią się w cho­wa­ne­go. Co bar­dziej świa­tłych może za­in­te­re­so­wać nie­co pre­ten­sjo­nal­na ar­chi­tek­tu­ra pa­sa­żu, na któ­rą skła­da się dzie­więć me­ga­la­tar­ni, każ­da wy­so­ko­ści pra­wie dwu­dzie­stu me­trów. Za­pa­trze­ni w wień­czą­ce je dzi­wacz­ne skrzy­dła mogą zo­stać szyb­ko i do­słow­nie spro­wa­dze­ni na zie­mię przez wy­sta­ją­ce kan­ty gra­ni­to­wych pły­tek. Od prze­wró­ce­nia się na „prze­cież pro­stym” pa­sa­żu gor­sze jest tyl­ko szu­ka­nie to­a­le­ty. W oko­li­cy jest tyl­ko jed­na to­a­le­ta pu­blicz­na, zna­na przede wszyst­kim jako miej­sce spo­tkań mniej­szo­ści sek­su­al­nych. Jed­nak­że po­szu­ku­ją­cy moc­niej­szych wra­żeń nie mu­szą uda­wać się do wy­chod­ków. Od­naj­dą je w ma­łych lo­ka­li­kach ofe­ru­ją­cych „full body mas­sa­ge with hap­py en­ding”. Bu­ti­ki przy pa­sa­żu Wie­cha i w jego ob­rę­bie sta­no­wią pe­wien pre­ce­dens do­wo­dzą­cy, że wy­naj­mu­jąc pięt­na­ście me­trów kwa­dra­to­wych w cen­trum mia­sta, moż­na dzię­ki wła­snej przed­się­bior­czo­ści utrzy­mać się na­wet ze sprze­da­ży mi­ne­ra­łów.

Męż­czy­zna do­szedł do znisz­czo­ne­go neo­nu nie­czyn­ne­go już kina Re­lax i po­pa­trzył na zruj­no­wa­ny front. By­łem tam na „Gla­dia­to­rze”, wspo­mniał, ile to już lat? Bę­dzie po­nad dzie­sięć. Za­no­to­wał w pa­mię­ci, żeby do­ku­pić film do swo­jej skrom­nej ko­lek­cji DVD. Każ­da dziew­czy­na na nim pła­cze.

Po kil­ku­na­stu me­trach skrę­cił w lewo w plac Po­wstań­ców War­sza­wy i sta­nął na­prze­ciw bu­dyn­ku Ko­mi­sji Nad­zo­ru Fi­nan­so­we­go.

Sie­dzi­ba KNF nie za­chwy­ca­ła ani ska­lą, ani roz­ma­chem. W prze­ci­wień­stwie do Gieł­dy Pa­pie­rów War­to­ścio­wych, mo­gą­cej po­chwa­lić się no­wo­cze­snym gma­chem na ty­łach Cen­trum Ban­ko­wo-Fi­nan­so­we­go, czy na­wet sie­dzi­by Mi­ni­ster­stwa Go­spo­dar­ki, któ­ry zo­stał wy­róż­nio­ny Pań­stwo­wą Na­gro­dą Ar­ty­stycz­ną w roku 1950, bu­dy­nek KNF ja­wił się jako zwy­kły pe­ere­low­ski sza­rak. Być może to wpływ po­nu­re­go, bo przy­po­mi­na­ją­ce­go trum­nę, sto­ją­ce­go po są­siedz­ku bu­dyn­ku Na­ro­do­we­go Ban­ku Pol­skie­go. A może wy­ro­sła jesz­cze z cza­sów ko­mu­ni­zmu nie­chęć do od­da­wa­nia cał­ko­wi­tej kon­tro­li w ręce ja­kich­kol­wiek pań­stwo­wych in­sty­tu­cji, tak moc­no wy­zie­ra­ją­ca z po­sza­rza­łych szyb obu bu­dyn­ków. Bo plac Po­wstań­ców War­sza­wy moż­na uznać za nad­zor­cze za­głę­bie sto­li­cy – z jed­nej stro­ny Ko­mi­sja Nad­zo­ru Fi­nan­so­we­go oraz Urząd Ochro­ny Kon­ku­ren­cji i Kon­su­men­tów, z dru­giej Na­ro­do­wy Bank Pol­ski, a czte­ry­sta me­trów da­lej Świę­to­krzy­ską na wschód – Mi­ni­ster­stwo Fi­nan­sów. Tyle że gmach tego ostat­nie­go od­sta­je wy­raź­nie od resz­ty to­wa­rzy­stwa, gdyż wznie­sio­ny na wzór pa­ła­ców fran­cu­skich, z otwar­tym na uli­cę dzie­dziń­cem pa­rad­nym i fon­tan­ną po­środ­ku, na­le­ży do gro­na naj­ład­niej­szych bu­dow­li w War­sza­wie. So­cre­ali­stycz­nych, rzecz ja­sna.

Po­wsta­ła je­sie­nią 2006 roku Ko­mi­sja Nad­zo­ru Fi­nan­so­we­go prze­ję­ła obo­wiąz­ki Ko­mi­sji Pa­pie­rów War­to­ścio­wych i Giełd oraz Ko­mi­sji Nad­zo­ru Ubez­pie­czeń i Fun­du­szy Eme­ry­tal­nych, łą­cząc kom­pe­ten­cje obu or­ga­nów, spra­wu­jąc tym sa­mym nad­zór nad sek­to­rem ban­ko­wym, ryn­kiem ka­pi­ta­ło­wym, ubez­pie­czeń i eme­ry­tal­nym w Pol­sce. Dużo wła­dzy w rę­kach jed­ne­go czło­wie­ka, któ­rą mógł spra­wo­wać dzię­ki pra­cy i wie­dzy swo­ich dzie­wię­ciu­set pra­cow­ni­ków.

Męż­czy­zna skie­ro­wał się do wej­ścia, któ­re to z ko­lei przy­po­mi­na­ło zwy­kłą klat­kę scho­do­wą. Wszedł więc schod­ka­mi na pół­pię­tro, prze­szedł przez bram­kę z wy­kry­wa­cza­mi me­ta­li i pod­szedł do straż­ni­ka, któ­ry nie­chęt­nie ode­rwał się od co­dzien­ne­go ry­tu­ału pi­cia kawy za­le­waj­ki.

– Dzień do­bry. Ja do pre­ze­sa eee… prze­wod­ni­czą­ce­go. Mia­łem zgło­sić się do re­cep­cji – po­wie­dział, wyj­mu­jąc z port­fe­la do­wód oso­bi­sty i po­da­jąc go straż­ni­ko­wi. Ten wziął do­ku­ment do ręki, i nie pa­trząc na przy­by­sza, za­czął prze­glą­dać le­żą­cą na biur­ku księ­gę w po­szu­ki­wa­niu wła­ści­wej ru­bry­ki z na­zwi­skiem.

– Nie ma tu pana – od­rzekł po chwi­li, sam jak­by za­sko­czo­ny tym fak­tem.

– Pew­nie dla­te­go, że do­sta­łem dys­po­zy­cję do­pie­ro wczo­raj.

– Psze chwi­lę po­cze­kać. – Straż­nik stęk­nął i się­gnął po te­le­fon. A kawa sty­gnie!

– Do pre­ze­sa. Tak, z Mi­ni­ster­stwa Fi­nan­sów. Do­brze. – Odło­żył słu­chaw­kę – Za­raz ktoś do pana zej­dzie. – Roz­siadł się po­now­nie w fo­te­lu, ujął ku­bek i wró­cił do lek­tu­ry „Su­per Expres­su”.

Po kil­ku mi­nu­tach zja­wi­ła się na mło­dziut­ka blon­dyn­ka i po­wi­ta­ła przy­by­sza pro­mien­nym uśmie­chem, zbyt za­chę­ca­ją­cym jak na urzęd­ni­cze stan­dar­dy.

– Dzień do­bry, pan Piotr z mi­ni­ster­stwa…?

Nie. Z Al-Ka­idy. Ale dzię­ku­ję za przy­kryw­kę.

– Tak, je­stem młod­szym do­rad­cą mi­ni­stra. Piotr Myl­czek, miło mi.

– Mnie rów­nież. – Oczy blon­dyn­ki świe­ci­ły jak pe­reł­ki – Za­pra­szam na górę.

Ru­szy­li scho­da­mi. Piotr sta­rał się pa­trzeć na boki, ale mimo wszyst­ko mu­siał przy­znać, że Do­stań­ski na pew­no zna się na wszyst­kim rów­nież od hmm… dupy stro­ny. Za­trzy­ma­li się do­pie­ro na trze­cim pię­trze. Ko­bie­ta po­de­szła do drzwi po pra­wej stro­nie, i po­sy­ła­jąc Pio­tro­wi pro­mien­ny uśmiech, de­li­kat­nie za­stu­ka­ła i na­ci­snę­ła klam­kę.

– Pani Zo­siu, gość z Mi­ni­ster­stwa Fi­nan­sów do pań – po­wie­dzia­ła, wy­chy­la­jąc się bo­kiem i jesz­cze moc­niej na­pi­na­jąc i tak już ob­ci­słą na biu­ście ko­szu­lę.

Ja­kich tu oni go­ści przyj­mu­ją?!

Jego roz­wa­ża­nia prze­rwa­ło po­ja­wie­nie się w drzwiach „pani Zosi”, któ­ra oka­za­ła się dwu­dzie­sto­pa­ro­let­nią, wy­so­ką bru­net­ką o re­gu­lar­nych, ład­nych ry­sach twa­rzy i zie­lo­nych oczach. Swo­im dłu­gim pro­stym wło­som po­zwa­la­ła swo­bod­nie opa­dać na wą­skie ra­mio­na. Kla­sycz­ny sza­ry ko­stium i nie­bie­ska ko­szu­la – ze­staw, któ­ry zwy­kle ma w so­bie tyle samo sek­su co pod­ko­la­nów­ki – pod­kre­ślał jej wą­skie, ale ład­nie za­okrą­glo­ne bio­dra i zgrab­ną ta­lię.

Piotr prze­su­nął się w drzwiach i wy­cią­gnął rękę.

– Miło mi pa­nią po­znać.

– Wi­tam i za­pra­szam. – Zde­cy­do­wa­ny uścisk dło­ni. Moc­ne spoj­rze­nie, któ­re po chwi­li prze­su­nę­ło się w bok. – Dzię­ku­ję, Olu. Je­śli bę­dzie­my po­trze­bo­wać wię­cej es­tro­ge­nu, nie omiesz­kam po cie­bie za­dzwo­nić.

Dziew­czy­na za­świer­go­ta­ła ra­do­śnie i znik­nę­ła, za­my­ka­jąc za sobą drzwi.

W po­ko­ju była obec­na jesz­cze jed­na oso­ba. Kor­pu­lent­na, do­bie­ga­ją­ca czter­dziest­ki pani Ela, urzęd­nicz­ka z wie­lo­let­nią prak­ty­ką za­wo­do­wą. Dzię­ki uśmie­cho­wi i po­god­ne­mu spoj­rze­niu nie wy­glą­da­ła na zgorzk­nia­łą, co było czę­stą do­le­gli­wo­ścią urzęd­ni­ków. A ener­gia i ży­wio­ło­wość świad­czy­ły o tym, że musi na­le­żeć do frak­cji tych opty­mi­sto-ide­ali­stów, któ­rzy wie­rzą, że cier­pli­wą pra­cą i wy­trwa­ło­ścią zmie­nią świat. Po­mi­mo spo­rej nad­wa­gi i sto­sun­ko­wo ni­skie­go wzro­stu po­ru­sza­ła się lek­ko i zwin­nie, przy­po­mi­na­jąc w tym pod­ska­ku­ją­cą pi­łecz­kę. Od­ruch po­pra­wia­nia oku­la­rów czy od­gar­nia­nia spa­da­ją­cych na oczy krót­kich wło­sów przy­wo­ły­wał mu na myśl po­ke­mo­na. Uśmiech­nął się więc jesz­cze sze­rzej, ści­ska­jąc jej dłoń. Dwie ko­bie­ty, jed­na ład­na, dru­ga za­baw­na – cze­go chcieć wię­cej?

Po­ko­ik był nie­du­ży, le­d­wo mie­ścił trzy ze­sta­wio­ne ra­zem biur­ka. W oknach wi­sia­ły ro­le­ty, po le­wej sta­ła wy­so­ka me­ta­lo­wa sza­fa. Żad­nych pa­pro­tek, ry­sun­ków, zdjęć, ka­len­da­rzy. Zwy­kła prze­cho­wal­nia. Tak, tak, dro­ga Ko­mi­sjo, chroń swo­je in­for­ma­cje przed mi­ni­ster­stwem.

– Tu jest two­je biur­ko. – „Ład­niej­sza” wska­za­ła Pio­tro­wi miej­sce po le­wej od sie­bie, ty­łem do wej­ścia. Mo­ni­to­ring mo­ni­to­ra w ce­nie. – Lap­top, te­le­fon, wszyst­ko po­win­no dzia­łać. Lo­gi­ny i ha­sła znaj­dziesz na kar­tecz­ce przy sprzę­cie, tam też masz nu­mer do help de­sku.

– Dzię­ku­ję. – Usiadł przy biur­ku. Jed­no spoj­rze­nie wy­star­czy­ło, żeby oce­nić sprzęt na ja­kieś pięć lat z ha­kiem. Co nie było ta­kie złe jak na pań­stwo­we stan­dar­dy: jego pierw­szy pe­cet w mi­ni­ster­stwie pa­mię­tał chy­ba jesz­cze cza­sy Enig­my. – To co, za­czy­na­my od razu?

Zo­sia po­pa­trzy­ła na nie­go z uko­sa.

– Chy­ba że wo­lisz naj­pierw kon­fe­ren­cję pra­so­wą. – Jej sło­wa ocie­ka­ły ja­dem.

– Tak, ale to już po tym, jak roz­gry­zie­my ten orze­szek. – Uśmiech­nął się, szcze­rząc zęby.

Był na to przy­go­to­wa­ny. Pół roku temu z New­Con­nect na ry­nek głów­ny GPW prze­niósł się dom ma­kler­ski z Ka­to­wic. Ana­li­zu­jąc pod­miot pod ką­tem współ­pra­cy przy pry­wa­ty­za­cjach pla­no­wa­nych przez mi­ni­ster­stwo, Piotr do­pa­trzył się, że jego wła­ści­cie­le zbu­do­wa­li swo­istą pi­ra­mi­dę fi­nan­so­wą. Me­cha­nizm był pro­sty: naj­pierw prze­pro­wa­dza­li pre-IPO dla za­przy­jaź­nio­nych in­we­sto­rów, po­tem wpro­wa­dza­li spół­kę na New­Con­nect. In­we­sto­rzy za­ra­bia­li, bo wy­ce­na spół­ek była win­do­wa­na w ko­smos. Je­śli jed­nak nie za­ra­bia­li, moż­na było ich spła­cić, emi­tu­jąc ak­cje w in­nej spół­ce z gru­py lub upu­blicz­nia­jąc ko­lej­ne pod­mio­ty. A po­nie­waż kasa była fil­tro­wa­na przez spół­ki za­re­je­stro­wa­ne na Cy­prze, trud­no było od razu do­pa­trzyć się nie­po­ko­ją­cych po­wią­zań. Spra­wa tra­fi­ła na łamy pra­sy, biu­ro ma­kler­skie splaj­to­wa­ło, a wła­ści­cie­le wciąż gę­sto tłu­ma­czą się przed pro­ku­ra­tu­rą. A on? Piotr zy­skał roz­głos, o któ­ry nig­dy nie za­bie­gał, uści­ski dło­ni i wy­róż­nie­nie od sa­me­go Ma­cie­jew­skie­go. W kon­se­kwen­cji stał się pra­wie ta­kim sa­mym sym­bo­lem nie­złom­nej wal­ki pra­cow­ni­ka pań­stwo­we­go jak Lo­dzia Mi­li­cjant­ka.

Naj­gor­sze było to, że po­pu­lar­ność za­czy­na­ła mu cią­żyć. Nie żeby nie miał fraj­dy, gdy wcho­dził do klu­bów bez ko­lej­ki czy spo­ty­kał lu­dzi, któ­rych do tej pory znał je­dy­nie z ga­zet… Ale te dziew­czy­ny! Wszyst­kie pięk­ne, wy­stro­jo­ne, bo­ga­te i le­cą­ce na nie­go jak char­ty na za­ją­ca. No, może ostat­nia była mil­sza… Ale żeby za­raz ra­zem miesz­kać?!

– Je­steś bar­dzo pew­ny sie­bie – za­uwa­ży­ła su­cho dziew­czy­na i usia­dła za swo­im kom­pu­te­rem.

– Po pro­stu uwa­żam, że nie ma rze­czy nie­moż­li­wych. Wy­star­czy cięż­ko pra­co­wać.

– Taaa? – Wy­chy­li­ła się zza mo­ni­to­ra z uśmie­chem po­wąt­pie­wa­nia na twa­rzy.

– Słu­chaj, nie je­stem tu po to, żeby się pin­drzyć. – Ileż moż­na uda­wać, że nie wku­rza­ją go te pod­jaz­dy! – Może to ja mam po­móc wam, może wy mnie, ale cel mamy je­den i ten sam, i skup­my się na nim, a nie na wza­jem­nych ani­mo­zjach! Okej?!

Spio­ru­no­wa­ła go wzro­kiem.

– Do­brze. Li­czy­my jed­nak na two­ją dys­kre­cję.

Do kur­wy nę­dzy, co za pa­skud­ny, nie­re­for­mo­wal­ny babsz­tyl!

– Spo­koj­nie. – Po­pa­trzył na nią twar­do. – Ostat­nio prze­rzu­ci­łem się z re­por­te­rek na mo­del­ki.

– Obyś się ni­czym nie za­ra­ził, bo ro­bo­ta nam nie pój­dzie…

Piotr za­czął dy­szeć i już otwie­rał usta, żeby się jej od­gryźć, gdy na­gle gę­ste po­wie­trze roz­brzmia­ło ser­decz­nym śmie­chem Eli. Jej pier­si i brzuch za­czę­ły fa­lo­wać ryt­micz­nie, cze­mu to­wa­rzy­szy­ły ko­lej­ne wy­bu­chy nie­po­ha­mo­wa­nej we­so­ło­ści.

– No już do­brze, do­brze – za­czę­ła po chwi­li, ocie­ra­jąc łzy z ką­ci­ków oczu. – Nie ma sen­su się ci­skać, sko­ro bę­dzie­my tu ra­zem pra­co­wać. Tyl­ko wiesz co Pio­trze? – Jej spoj­rze­nie po­wę­dro­wa­ło pod biur­ko, co wzbu­dzi­ło u Pio­tra dziw­ne uczu­cie. Wstyd? – …Może KNF to nie jest na­je­le­gant­sze miej­sce po tej stro­nie Wi­sły – znów uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko – ale w pra­cy obo­wią­zu­je nas dress code. Więc wy­bacz, ale w tym urzę­dzie bo­jów­ki, T-shirt i tramp­ki to nie jest strój do pra­cy.

– Cóż… – od­wró­cił gło­wę i spoj­rzał na Zo­się. – Szy­ko­wa­łem się na woj­nę i jak wi­dać, nie po­my­li­łem się.

Za­bra­li się w ci­szy do pra­cy. Nie mógł jed­nak nie do­strzec lek­kie­go uśmie­chu, któ­ry za­go­ścił na twa­rzy dziew­czy­ny. Może i jest łaj­zą, ale przy­najm­niej oswo­jo­ną. Po kil­ku mi­nu­tach chrząk­nął.

– To na czym sto­imy?

* * *

Ga­bi­net prze­wod­ni­czą­ce­go KNF, choć nie od­bie­gał stan­dar­dem wy­koń­cze­nia od ca­łe­go bu­dyn­ku, w któ­rym za­cie­ki na su­fi­cie, nie­szczel­ne okna czy za­ma­rza­ją­ca w ka­lo­ry­fe­rach woda były czymś tak oczy­wi­stym jak trzy­na­sta pen­sja i bony na świę­ta dla pra­cow­ni­ków, znacz­nie jed­nak róż­nił się od ga­bi­ne­tów zaj­mo­wa­nych przez oso­by z jego po­zy­cją. Tuż przy wej­ściu rzu­ca­ły się w oczy wo­ła­ją­ce o nowy la­kier lub cho­ciaż­by dy­wan do przy­kry­cia po­ście­ra­ne drew­nia­ne klep­ki pod­ło­go­we. Po pra­wej stro­nie do­ży­wał swo­ich lat obi­ty za­mszem fo­tel, o któ­re­go mi­nio­nej świet­no­ści świad­czy­ły je­dy­nie mi­ster­nie zdo­bio­ne dę­bo­we nóż­ki. Na­prze­ciw­ko nie­go sta­ła nie­do­my­ka­ją­ca się drew­nia­na ko­mo­da. Naj­więk­szą uwa­gę wcho­dzą­ce­go przy­ku­wa­ło zwa­li­ste ma­ho­nio­we biur­ko, któ­re choć było mak­sy­mal­nie do­su­nię­te pod okno – tak, by umoż­li­wić jego drob­ne­mu wła­ści­cie­lo­wi wej­ście i wyj­ście – to i tak dzie­li­ło je od drzwi wej­ścio­wych nie­wie­le po­nad dwa me­try. Bia­łe, gołe ścia­ny ozna­cza­ły za­zwy­czaj, że jest to po­miesz­cze­nie przej­ścio­we. Oszczęd­ność w za­kre­sie pre­zen­ta­cji wła­snych, zresz­tą licz­nych, dy­plo­mów, na­gród i pa­mią­tek, nie wy­ni­ka­ła jed­nak ze skrom­no­ści Do­stań­skie­go, ale z jego spo­so­bu ży­cia. Ma­ją­cy pięć­dzie­siąt parę lat prze­wod­ni­czą­cy, zwa­ny też „pre­ze­sem”, zna­ny był z tego, że mało kto­kol­wiek o nim wie­dział. Co praw­da w go­ogle’u po­ja­wia­ło się kil­ka po­kaź­nych stron na ha­sło wy­szu­ki­wa­nia „Wal­de­mar Do­stań­ski”, ale były to głów­nie in­for­ma­cje o jego opra­co­wa­niach na­uko­wych, książ­kach na te­mat fi­nan­sów czy pu­bli­ka­cjach zbio­ro­wych. Pew­ne było, że za­nim za­czął pra­co­wać w KPWiG jako za­stęp­ca pre­ze­sa – skąd prze­szedł do KNF, obej­mu­jąc w 2008 roku funk­cję prze­wod­ni­czą­ce­go – prze­by­wał za gra­ni­cą. Po­noć wy­kła­dał na eu­ro­pej­skich uni­wer­sy­te­tach. Po­noć, po­noć… Mó­wio­no, że za­nim wy­je­chał, pra­co­wał w Mi­ni­ster­stwie Fi­nan­sów. Ale nikt ja­koś nie za­dał so­bie tru­du, żeby grun­tow­nie spraw­dzić te dane i upo­rząd­ko­wać wia­ry­god­ne CV. W po­wszech­nej opi­nii ucho­dził za sa­mot­ni­ka. Nie miał ro­dzi­ny, miesz­kał sam na Po­wi­ślu. Jako sze­fa oce­nia­no go skraj­nie: jed­ni uwa­ża­li, że dba o urząd jak lwi­ca o mło­de. Inni – szcze­gól­nie przy­ja­cie­le tej set­ki, któ­rą bez mru­gnię­cia okiem zwol­nił z dnia na dzień, gdy pre­mier za­rzą­dził od­chu­dza­nie ad­mi­ni­stra­cji pań­stwo­wej – byli za­dnia, że li­czą się dla nie­go tyl­ko pra­wo i prze­pi­sy.

Jed­ni i dru­dzy nie mają ra­cji, po­my­śla­ła Zo­fia. Gdy pa­trzy­ła na nie­go, jak te­raz sie­dzi i roz­ma­wia przez te­le­fon, błą­dząc wzro­kiem po ekra­nie lap­to­pa, wy­da­wa­ło się, że pra­wie zni­ka w ra­mio­nach ol­brzy­mie­go ciem­ne­go fo­te­la. Trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów nad jego gło­wą wi­sia­ła duża drew­nia­na okien­ni­ca, przy­po­mi­na­ją­ca o przy­czy­nie cią­głych mi­gren wła­ści­cie­la tej klit­ki. Cie­ka­we, czy to ta li­stwa jest tak spróch­nia­ła, czy szef ma tak moc­ną czasz­kę, że jesz­cze mu nie pę­kła od ude­rzeń.

– Prze­pra­szam, że mu­sia­ła pani cze­kać – rzekł uprzej­mie, od­kła­da­jąc słu­chaw­kę.

– Nie szko­dzi.

– Ja­kie po­stę­py w pra­cy?

Co jest?! Dziś za­czę­li­śmy!

– Zbie­ra­my in­for­ma­cje. – Usia­dła wy­god­niej, sta­ra­jąc się nie roz­pra­szać ge­sta­mi roz­mów­cy, któ­ry uży­wa­jąc ekra­nu lap­to­pa jako lu­ster­ka pró­bo­wał uło­żyć swo­je szpa­ko­wa­te wło­sy. – Ela Gór­ska za­ję­ła się ana­li­zą da­nych z ostat­nie­go mie­sią­ca, tak jak pan pro­sił. Do­sta­li­śmy już ma­te­ria­ły z KDPW. Ban­ko­wy ścią­gnie nam ze­sta­wie­nia trans­ak­cji od do­mów ma­kler­skich. Mamy je do­stać dziś do trzy­na­stej, wcze­śniej po­win­ny spły­nąć dane z gieł­dy… Aha, no i cze­ka­my na za­gra­ni­cę, ale to z dzień jesz­cze po­trwa.

– Okej. – Ski­nął. – A nasz gość? Co to za fa­cet?

– Przy­sła­li by­strza­ka. – Uśmiech­nę­ła się. – Ale zna się na rze­czy. To ten ko­leś od Ka­to­wic­kie­go…

– Pro­szę, pro­szę. – Do­stań­ski roz­parł się w fo­te­lu. – Abroń­czyk chce ko­lej­ne­go me­dial­ne­go show?

– Pew­nie tak. Ale fa­cet my­śli, więc nie po­win­no z nim być pro­ble­mów.

– Tak, wiem, sły­sza­łem.

Aha. Tu cię mam.

– Wie pani – kon­ty­nu­ował – że je­stem je­dy­nym pre­ze­sem in­sty­tu­cji rzą­do­wej, któ­ry nie zo­stał od­wo­ła­ny po wy­bo­rach? – Usiadł pro­sto i za­plótł ręce na biur­ku. Ja­kież on ma małe dło­nie, pra­wie ko­bie­ce! Cie­ka­we, jaki nosi roz­miar buta… 36? O mało nie par­sk­nę­ła śmie­chem. – Zmie­nia­ją się lu­dzie, ale cele po­zo­sta­ją te same – kon­ty­nu­ował. – KNF musi stać na stra­ży pra­wa i po­rząd­ku. Nie mo­że­my pod­le­gać na­ci­skom żad­nej z in­sty­tu­cji, na­wet je­śli bę­dzie to in­sty­tu­cja rzą­do­wa. – Po­krę­cił gło­wą, wi­dząc jej py­ta­ją­ce spoj­rze­nie. – Nie, nie ma na mnie na­ci­sków i nie po­dej­rze­wam ani pre­mie­ra, ani in­nych mi­ni­strów o tego typu prak­ty­ki. Ale za­wsze na każ­de­go moż­na zna­leźć haka. I choć może być to tyl­ko nie­praw­dzi­wa plot­ka, je­śli prze­do­sta­nie się do me­diów, może znisz­czyć każ­de­go.

– Nie ro­zu­miem…

– Jak każ­dy mam wro­gów. A chciał­bym, żeby ta spra­wa zo­sta­ła do­pro­wa­dzo­na do koń­ca. Ro­zu­miesz?

Nie, wca­le nie, ale kiw­nę­ła gło­wą po­ta­ku­ją­co.

– Miej oczy sze­ro­ko otwar­te. I za­wia­dom mnie pierw­sze­go, je­śli coś wy­grze­biesz.

– Może pan na mnie li­czyć.

Za­baw­ne, że użył sło­wa „je­śli”.

– Cie­szę się, Zo­siu, że mam pa­nią u sie­bie. – Uśmiech­nął się cie­pło. – Uca­ło­wa­nia dla Jo­an­ny.

– Dzię­ku­ję.

Zo­fia Ma­ria Paul zna­ła Wal­de­ma­ra Do­stań­skie­go znacz­nie dłu­żej, niż wy­no­sił staż jej pra­cy w KNF. Po jego po­wro­cie do kra­ju już jako na­sto­lat­ka mia­ła oka­zję przy­słu­chi­wać się dys­ku­sjom, któ­re pro­wa­dził z jej ciot­ką. Nie­raz słu­cha­ła, a nie­raz pod­słu­chi­wa­ła.

Ja­kie ży­cie po­tra­fi być prze­wrot­ne. Gdy­by po sa­mo­bój­stwie mat­ki nie za­adop­to­wa­ła jej ciot­ka, dziew­czy­na praw­do­po­dob­nie nig­dy nie po­zna­ła­by ani ka­wał­ka hi­sto­rii swo­ich ro­dzi­ców. Za­baw­nie jest my­śleć „ro­dzi­ce” i wi­dzieć dwie obce oso­by. Na­wet mat­ka, z któ­rą żyła pra­wie dzie­więć lat, była dla niej kimś da­le­kim i wła­ści­wie trud­nym do znie­sie­nia. Neu­ro­tycz­na i po­grą­żo­na w de­pre­sji, uro­dę i ta­lent ma­lar­ski, a wła­ści­wie i ży­cie za­gu­bi­ła wraz z utra­tą uko­cha­ne­go, któ­ry po pro­stu od­szedł. Jej sio­stra Jo­an­na była Zosi od za­wsze bar­dziej bli­ska. Cie­pła i peł­na ener­gii, wy­zwo­lo­na i za­rad­na. W do­dat­ku nie bała się świa­ta, pół ży­cia spę­dzi­ła w Sta­nach czy – jak sama ma­wia­ła – „w l’Ame­ry­ce”. Jej duże miesz­ka­nie w ka­mie­ni­cy na Sa­skiej Kę­pie za­wsze było peł­ne ar­ty­stów i po­li­ty­ków, przed­się­bior­ców i ban­kie­rów. Rzad­ko zda­rzał się week­end bez spo­tkań, pod­czas któ­rych oma­wia­no waż­ne dla kra­ju spra­wy; spo­tka­nia te za­zwy­czaj koń­czy­ły się po­tań­ców­ka­mi na ta­ra­sie lub w ogro­dzie. Czę­stym go­ściem by­wał rów­nież i Do­stań­ski, któ­re­go cza­sem, dla za­ba­wy, na­zy­wa­ła wuj­kiem.

Jed­nak­że za każ­dym ra­zem, gdy sia­da­ła na­prze­ciw nie­go tak jak te­raz, a on zwra­cał się do niej per „pani” i wi­dział w niej – przy­najm­niej jej zda­niem – je­dy­nie ulep­szo­ną, bo mó­wią­cą, wer­sję na­rzę­dzia do ana­li­zy, za­sta­na­wia­ła się, czy to efekt pro­fe­sjo­na­li­zmu, czy skom­pli­ko­wa­nej na­tu­ry tego czło­wie­ka.

* * *

Pro­ble­mem był wy­bór miej­sca. GPW ob­sta­wio­na wciąż przez dzien­ni­ka­rzy, nie za­pew­nia­ła ani dys­kre­cji nie­zbęd­nej do tego typu spo­tkań, ani tym bar­dziej spo­ko­ju po­trzeb­ne­go przy oma­wia­niu wie­lu de­li­kat­nych, wciąż cze­ka­ją­cych na roz­strzy­gnię­cie kwe­stii. Kło­po­tem był tak­że cha­rak­ter owej lo­ka­li­za­cji – z jed­nej stro­ny każ­dy z go­ści po­wi­nien czuć się tu na tyle swo­bod­nie, żeby bez obaw moż­na było pro­wa­dzić roz­mo­wy, z dru­giej na­le­ża­ło mieć świa­do­mość, kto jest go­spo­da­rzem spo­tka­nia. Po kil­ku­na­stu te­le­fo­nach i szyb­kich kon­sul­ta­cjach uda­ło się wy­brać miej­sce neu­tral­ne, ale wciąż w za­się­gu wła­dzy rzą­du.

Wy­cho­dzą­cy punk­tu­al­nie o szes­na­stej pra­cow­ni­cy ban­ku nie mie­li szan­sy ani zo­ba­czyć przy­go­to­wań do szy­ku­ją­ce­go się wy­da­rze­nia, ani się o nich do­wie­dzieć. W tym fi­nan­so­wym mo­lo­chu rów­nież in­for­ma­cja prze­pły­wa­ła w tem­pie lo­dow­ca, co wy­ni­ka­ło za­rów­no z trak­to­wa­nia jej jako pro­duk­tu de­fi­cy­to­we­go mo­gą­ce­go otwo­rzyć – lub za­mknąć – nie­jed­ne drzwi, jak i z na­ro­słej przez lata nie­chę­ci, oba­wy i obo­jęt­no­ści ludz­kiej na co­kol­wiek wy­kra­cza­ją­ce poza czu­bek wła­sne­go nosa. Po co ru­szać gów­no i zno­sić jego smród przez naj­bliż­sze mie­sią­ce?

Co naj­wy­żej kil­ku­na­stu dy­rek­to­rów opusz­cza­ją­cych pod­ziem­ny ga­raż zdzi­wi­ło się, wi­dząc wjeż­dża­ją­ce ele­ganc­kie sa­mo­cho­dy. Ale i oni, do­łą­cza­jąc do kor­ka wy­jaz­do­we­go z mia­sta, byli już my­śla­mi przy cze­ka­ją­cych ich za­ku­pach lub ro­dzi­nie w domu.

Ze­bra­li się w nie­du­żej sali kon­fe­ren­cyj­nej przy­le­ga­ją­cej do ga­bi­ne­tu pre­ze­sa ban­ku. Na środ­ku stał ma­syw­ny owal­ny stół, wo­kół któ­re­go usta­wio­no ele­ganc­kie krze­sła. W ką­cie umiesz­czo­no nie­wiel­ki ba­rek za­pew­nia­ją­cy bo­ga­ty wy­bór trun­ków, któ­ry­mi moż­na było się de­lek­to­wać, po­dzi­wia­jąc wspa­nia­ły wi­dok na cen­trum mia­sta, roz­po­ście­ra­ją­cy się przez cał­ko­wi­cie prze­szko­lo­ną ścia­nę.

Jed­nak ani pa­no­ra­ma War­sza­wy, ani al­ko­hol nie wzbu­dzi­ły więk­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia przy­by­łych. Pro­wa­dzo­ne zwy­kle na sto­ją­co w dwu-, trzy­oso­bo­wych grup­kach roz­mo­wy były tego dnia nie­zwy­kle ci­che i wła­ści­wie od­by­wa­ły się bar­dziej z po­trze­by usły­sze­nia, że ktoś ma go­rzej, niż pod­słu­cha­nia ja­kieś plot­ki czy opi­nii. W po­wie­trzu wy­czu­wa­ło się na­pię­cie. Ze­bra­ni go­ście co­raz czę­ściej osten­ta­cyj­nie zer­ka­li na swo­je dro­gie ze­gar­ki. Kil­ka osób bez­myśl­nie bęb­ni­ło ołów­ka­mi z logo ban­ku w blat sto­łu, jak­by od­li­cza­li se­kun­dy do roz­po­czę­cia spo­tka­nia.

Pre­zes Ma­cie­jew­ski wszedł punkt sie­dem­na­sta do sali i po­ło­żył na sto­le wiel­gach­ną tecz­kę.

– Wi­tam pa­nie, wi­tam pa­nów. – Ukło­nił się uprzej­mie wszyst­kim zgro­ma­dzo­nym o wro­gich i za­sę­pio­nych twa­rzach. – Dzię­ku­ję za przy­by­cie. I dzię­ku­ję rów­nież pre­ze­so­wi, że zgo­dził się go­ścić nas u sie­bie.

Ten uśmiech­nął się grzecz­nie, choć du­sza mu śpie­wa­ła. W ży­ciu nie prze­ga­pił­by oka­zji ścią­gnię­cia tylu zbłą­ka­nych owie­czek na swo­je po­dwór­ko. Jed­nak­że jego emo­cje po­zo­sta­ły nie­zau­wa­żo­ne, gdyż z ką­tów sali roz­le­gły się pierw­sze znu­dzo­ne szep­ty i chrząk­nię­cia.

– Ostat­nie dwa dni na gieł­dzie nas nie roz­piesz­cza­ły – za­czął szef GPW. – W związ­ku z tym po­zwo­li­łem so­bie za­pro­sić was na to krót­kie spo­tka­nie, aby wy­ja­śnić wszel­kie nie­cier­pią­ce zwło­ki spra­wy. Czy…

– Prze­pra­szam cię, Je­rzy. – Bar­czy­sty męż­czy­zna z pierw­sze­go rzę­du na­wet nie wstał. – Ale moja żona za­raz ro­dzi, jak­bym nie miał za dużo pro­ble­mów. Po­wiedz po pro­stu, o co w tym wszyst­kim cho­dzi!

– Wła­śnie usi­łu­ję to zro­bić. – Ma­cie­jew­ski nie­zra­żo­ny mó­wił da­lej spo­koj­nie. Tyl­ko w spo­ko­ju na­dzie­ja. Jed­na iskier­ka mo­gła pod­pa­lić lont bom­by, na któ­rej wszy­scy sie­dzie­li. – GPW sta­ła się przed­mio­tem ma­ni­pu­la­cji…

– Nie chrzań jak ko­mu­ni­sta! – Męż­czy­zna pod­niósł się i za­czął wy­ma­chi­wać pię­ścią. – Wszy­scy do­brze o tym wie­my, tyl­ko wy tra­ci­cie czas na po­wo­ły­wa­nie ja­kie­goś pseu­do­ze­spo­łu eks­per­tów! Gów­no praw­da! Chcę mieć z po­wro­tem swo­ją fir­mę, swo­je ak­cje i swo­ją kasę, ro­zu­miesz?!

Kil­ka osób pod­nio­sło się z krze­seł.

– Hej, Ce­za­ry, spo­koj­nie! – Ma­cie­jew­ski cof­nął się o krok, re­je­stru­jąc jed­no­cze­śnie w pa­mię­ci, ile kro­ków dzie­li go od drzwi. – Groź­ba­mi ni­cze­go nie osią­gniesz!

– No prze­cież to nie Ju­rek wy­wa­lił in­dek­sy, no nie? – krzyk­nął ktoś z sali.

– Sia­daj i daj po­roz­ma­wiać – do­da­ła ko­bie­ta z le­wej.

Męż­czy­zna burk­nął coś, ale wró­cił na swo­je miej­sce. W su­mie nie ma co mu się dzi­wić, po­my­ślał Ma­cie­jew­ski. Jego gru­pa me­dial­na stra­ci­ła bli­sko osiem­dzie­siąt pro­cent na war­to­ści, pra­wie naj­wię­cej ze wszyst­kich.

– Pre­ze­sie – kon­ty­nu­owa­ła ko­bie­ta – czy to może być pró­ba wro­gie­go prze­ję­cia GPW?

Tył sali po­ru­szył się i za­bu­jał zło­wro­go.

– Je­śli tak, to ja się nie pi­szę na bia­łe­go ry­ce­rza…

– Na­szym kosz­tem?

– Chro­ni­cie in­we­sto­rów, a co z emi­ten­ta­mi?

– Jak ja mam spła­cić kre­dy­ty?

– Mo­że­my je za­wsze cof­nąć…

Pre­zes Ma­cie­jew­ski za­czął tra­cić kon­tro­lę nad sy­tu­acją, a co gor­sza, za­czął tra­cić kon­tro­lę nad sobą. Pró­bo­wał jesz­cze prze­krzy­czeć tłum, ale kil­ka osób się pod­nio­sło i za­czę­ło po­py­chać na­wza­jem. Czas się zbie­rać.

– Do­kąd, skur­wie­lu?! – krzyk­nął męż­czy­zna, któ­ry ode­zwał się pierw­szy.

– Ty, Ba­gin­sky, spły­waj do sie­bie. Prze­cież krew się leje, no nie? – za­re­cho­tał Idzi­kow­ski, wła­ści­ciel kan­ce­la­rii.