Frenezja - K.M. Dyga - ebook
NOWOŚĆ

Frenezja ebook

K. M. Dyga

4,5

206 osób interesuje się tą książką

Opis

Prezentujemy komedię romantyczną, w której rozsądek wprawdzie istnieje, ale nikt nie traktuje go poważnie. Tak bywa, gdy zaczynasz od śledztwa, a kończysz na randce z głównym podejrzanym…

Marzenie Gai właśnie się spełnia: wstępuje do policji. Jednak już pierwszego dnia pracy dostaje zimny prysznic: jej przyjaciółka Zuzka znika bez śladu, a koledzy z komisariatu wzruszają ramionami. „Pewnie wróci”, mówią – tyle że poczucie winy nie pozwala Gai bezczynnie czekać. Kiedy służbowe procedury zawodzą, rusza z własnym śledztwem. Szybko natrafia na trop Dominika – ostatniej osoby, z którą Zuzkę widziano w klubie Frenezja. I wtedy do akcji włącza się Wewnętrzny Chochlik: głos pełen ironii, który słyszy tylko Gaja. Chochlik nie wstąpił w służby mundurowe, za to świetnie zna skróty… prowadzące wprost przez granice Kodeksu Karnego.

Czy początkująca policjantka z nie do końca poskładaną psychiką może uratować przyjaciółkę, zanim sama przekroczy punkt bez powrotu? Dominik przekona się o tym pierwszy: w dusznej piwnicy, między słoikami z ogórkami a zsypem na węgiel.

W tej sprawie nic nie jest normalne. A najmniej – Gaja.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 367

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (23 oceny)
17
2
3
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
jz1002

Całkiem niezła

Odjęte gwiazdki za beznadziejne zakończenie, zamiast rozwinąć o kilkanaście stron epilog … ehhh
20
szeliga2ka

Nie oderwiesz się od lektury

Ksiazka napisana z humorem, tego potrzebowałam. Zabieram się za następne pozycję tej autorki ♥️
10
Melania22

Nie oderwiesz się od lektury

Fantastyczna książka, dobrze bawiłam się czytając.. polecam ❤️💙
10
ksiazkadlaciebie

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniała zabawa
10
MmWw1

Nie oderwiesz się od lektury

super extra ksiazka
10

Popularność




Copyright ©

K. M. Dyga

Wydawnictwo White Raven

Wszelkie prawa zastrzeżone

All rights reserved

Kopiowanie, reprodukcja, dystrybucja lub jakiekolwiek inne wykorzystanie niniejszej publikacji w całości lub w części, bez wyraźnej zgody autora lub wydawcy, jest surowo zabronione zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa o prawach autorskich. Niniejszy tekst stanowi wyłączną własność autora i podlega ochronie zgodnie z przepisami międzynarodowymi oraz krajowymi dotyczącymi praw autorskich.

Redakcja

Kinga Jaźwińska-Szczepaniak

Korekta

Dominika Surma @pani.redaktorka

Skład i łamanie

Anna Hat @_anislowa

Okładka

Marcin Olbryś

www.wydawnictwowhiteraven.pl

Numer ISBN: 978-83-68175-75-2

Frenezja

K. M. Dyga

You taste like cigarettes

I got a problem, think I’m into it

I breathe her in and hold it in my chest

I take a hit and let it burn my lips

Jackson Wang – Blow

Idę przed siebie.

Nogi niosą mnie same, rozdeptują zbrylony na chodniku śnieg. Trochę wpadło mi do śniegowców. Mam mokrą skarpetkę.

Do jej butów też pewnie dostał się śnieg. I za kołnierz.

Chyba zgubiłam czapkę, bo mróz szczypie mnie w uszy.

Znowu zaczęło prószyć. Drobne, wirujące w powietrzu płatki spadają w ciszy. Pokrywają świat białą kołderką, jakby chciały wymazać to, co się właśnie wydarzyło.

Zabrali ją czy zostanie przysypana…?– myślę.

Rękawiczkę mam całą czerwoną. Przesiąknęła krwią, która jeszcze niedawno parzyła, a teraz powoli zamarza.

Jak jej ciało.

Idę dalej. Już dawno zrobiło się ciemno. Zostawiłam błyskające światła karetki i wozów policyjnych za sobą.

Ją też zostawiłam.

Samą.

– Dziecko, co się stało? – pyta ktoś. – Potrzebujesz pomocy?

Nie odpowiadam. Nie patrzę na twarze. Omijam ręce, które chcą mnie zatrzymać.

Co powiem mamie?

Prę przed siebie. Byle do przodu – wzdłuż krawężnika, który jako jedyny wyznacza mi kierunek.

Nawet teraz, kilkanaście lat później, obudziłam się zlana zimnym potem. Serce biło za szybko, gardło zostało ściśnięte przez poczucie winy.

Mój senny koszmar był taki prawdziwy. Znowu przeżywałam chwilę śmierci siostry – ten ułamek sekundy, który rozciąga się w nieskończoność. Dźwięk hamulców, głuchy odgłos uderzenia, trzask gniecionej blachy… i cisza. A później znowu szłam. Nogi niosły mnie same, bez celu, byle przed siebie.

I za każdym razem po przebudzeniu w głowie pozostawało jedno pytanie:

Jak daleko trzeba odejść, żeby uciec przed samą sobą?

Poniedziałek

Życie, ile razy dostanę jeszcze od ciebie z pięści w twarz?

Retoryczne pytania, dodatkowo rozdygotane ręce i serce walące w piersi, nie pomagały mi skupić myśli.

Czy świat może zawalić się dwa razy?

Mój już raz runął, kiedy zobaczyłam, co koła samochodu zrobiły z moją siostrą. Wtedy chciałam położyć się razem z nią do grobu, a poczucie winy z powodu tego, że to nie ja zginęłam, prześladuje mnie do dziś i będzie mi towarzyszyć do czasu, póki znów się nie spotkamy.

„O ile własnymi decyzjami nie zaprzepaścisz przeznaczonego dla siebie miejsca w niebie”– odezwał się prześmiewczym głosem Wewnętrzny Chochlik w mojej głowie. Jak zawsze nie w porę.

Nie wdałam się z nim w dyskusję.

Stałam w pokoju mojej przyjaciółki Zuzki, patrzyłam na porozrzucane przez nas wczoraj ubrania, a kotłujące się myśli zaciskały na żołądku stalową obręcz strachu. Brak świeżych śladów bytności dziewczyny powodował drżenie podłogi pod stopami, które zapowiadało, że znowu wszystko zacznie się walić.

Zaledwie dzisiaj rano myślałam, że Zuzka ma ogromnego farta – kiedy ja musiałam wstać skoro świt i jechać do pracy, ona, według mnie, wylegiwała się jeszcze w łóżku. Dlaczego się nie zorientowałam, że już wtedy coś było nie tak?

„Bo spieszyłaś się jak szalona i z tego wszystkiego prawie zapomniałaś włożyć majtki” – odpowiedział prześmiewczy głos.

Skrzywiłam się, ale miał rację. Nawet nie popatrzyłam w kierunku drzwi do pokoju Zuzki, nie sprawdziłam, czy wróciła do domu. To był mój pierwszy dzień pracy i za nic w świecie nie chciałam się spóźnić.

Ciężkie drzwi przywitały mnie przeciągłym skrzypnięciem. Budynek, na którym widniał szyld z napisem „IV Komisariat Policji” nie miał dobrej opinii. Do tego zacieki pod parapetami, odrapana elewacja i brudna tablica informacyjna mówiły wiele o budżecie, który przeznaczano na służby mundurowe. I na moją wypłatę. W środku wcale nie było lepiej. Od ścian odchodziła lamperia pomalowana na kolor „sraczkowaty” farbą olejną, której szczyt mody przypadał na okres PRL-u, a lastriko na podłodze było powycierane od niezliczonej liczby butów.

„Ciekawe, czy krew i rzygi każą zmywać świeżakom lizolem…” – zainteresował się Chochlik, który z uwagą chłonął każdy szczegół wnętrza.

Nie mogłam narzekać. W końcu miałam spędzić tutaj jedynie okres adaptacji zawodowej – trzy miesiące pracy w Oddziale Prewencji. Liczyłam, że później, przy odrobinie szczęścia, załapię się na służbę w jednym z tych nowych budynków utrzymanych w szaro-białej tonacji i z wielkim niebieskim napisem „Policja”. Musiałam się tylko wykazać. Udowodnić, że jestem zdeterminowana, zdyscyplinowana i skuteczna w działaniu.

„I nikogo przy tym nie zabić”.

Odszczeknęłam Chochlikowi mentalnym odpowiednikiem środkowego palca i z bijącym sercem podeszłam do okienka, za którym siedział znudzony oficer. Mężczyzna nie obdarzył mnie nawet jednym zaciekawionym spojrzeniem, tylko od razu wskazał drogę do przełożonego.

Osiem godzin później, wypompowana i wymęczona słuchaniem o BHP, procedurach, kartach pracy, efektywności i zasadach dbania o pojazdy służbowe, wytoczyłam się z komisariatu prosto na deszcz. Do mieszkania dotarłam głodna, przemoczona, a do tego zdenerwowana działaniem transportu publicznego. Stres po pierwszej służbie musiał się ze mnie wydostać w postaci słowotoku, dlatego już od drzwi zaczęłam dzielić się z Zuzką przeżyciami z całego dnia, a trochę tego było.

– Kiedyś pytałaś, czy jest tam ekspres albo automat do kawy. Wyobraź sobie, że jest! – gadałam jak najęta, zdejmując buty. – Taki przelewowy na cały dzbanek. A kawy sypią tyle, że migotanie przedsionków murowane. Wypiłam kubek i teraz chyba mam dziurę w żołądku.

Odpowiedziała mi cisza. Weszłam do salonu.

– Jesteś tu?

Zajrzałam do kuchni, ale tam Zuzki też nie było, więc zapukałam do jej pokoju.

– Chowaj kochanka, bo wchodzę! – uprzedziłam, chociaż nie dałam jej czasu na reakcję, bo od razu otworzyłam drzwi.

W środku nie zastałam nikogo. Co dziwniejsze, rzeczy na łóżku Zuzy leżały tak, jak je zostawiłyśmy wczoraj, przed wyjściem do klubu – w rozgardiaszu robienia się na bóstwo za milion „Jurków Washingtonów”.

– Co do…?

Fakt, że przyjaciółka nie wróciła do domu, nie był może jakiś specjalnie zadziwiający, ale… przecież do tej pory ona zawsze dawała znać!

Sprawdziłam komórkę. Nic. Po wybraniu numeru od razu włączyła się poczta głosowa, przez co skurcz niepokoju zaatakował mój brzuch.

„I po co wciskałaś jej gaz pieprzowy, skoro i tak dała się porwać?” – zaśmiewał się Chochlik, który najwyraźniej za nic miał odczuwaną przeze mnie panikę.

Przełknęłam gęstą ślinę, która ledwo przeszła mi przez ściśnięty przełyk. Z nerwów zaczęłam chodzić w kółko, a komórką uderzałam w udo w rytm kroków.

– Myśl, myśl, myśl!

W głowie miałam już sto scenariuszy na temat tego, co mogło się z Zuzką stać – właśnie mogli ją gwałcić, mordować albo pakować jej organy do przenośnych lodówek!

Tylko kto?

– Najpewniej nic złego się nie stało. Zapiła i odezwie się, gdy rozum wróci do tej jej pustej głowy. A może jest u znajomych lub mamy…

Już po chwili wiedziałam, że nikt ze wspólnych znajomych nie widział Zuzy od wczoraj.

Jej mama odebrała zaledwie po dwóch sygnałach.

– Czy Zuzka jest w domu? – zapytałam, zamiast się przywitać.

– Nie umawiałyśmy się na dzisiaj. Coś się stało?

Cholera!

Ta cała sytuacja mogła być zwykłym nieporozumieniem, a mój nadreaktywny mózg pod wpływem zmian stężenia estrogenów i progesteronu polany sosem z kortyzolu wymyślał historie o małym prawdopodobieństwie. Mogłam właśnie siać bezpodstawną i nieuzasadnioną panikę.

„Pierwsze dwadzieścia cztery godziny po zaginięciu są kluczowe” – podpowiedział Chochlik; tym razem zaserwował mi przydatną informację. „Później szukasz już tylko karmy dla rybek”.

Zacisnęłam drżącą dłoń na telefonie i wydusiłam z siebie tak samo drżącym głosem:

– Ciociu, zadzwoń na policję i zgłoś zaginięcie. Zuza została porwana.

Po raz kolejny wytarłam spocone dłonie o jeansy i rozejrzałam się po pomieszczeniu, które kilka godzin temu wyglądało niby tak samo, ale teraz było jakieś obce. Siedziałam z drugiej strony biurka niż zazwyczaj w pracy i czułam, jak razem z lękiem o przyjaciółkę wracają emocje sprzed lat. Wtedy otępienie nie pozwoliło mi płakać. Teraz niepokój i strach powodowały, że nerwowo podrygiwałam nogą i ledwo powstrzymywałam się przed wyrwaniem klawiatury funkcjonariuszowi, który wklepywał informacje do komputera przy pomocy dwóch palców, jakby przyjmował zamówienie na tort urodzinowy, a nie zgłoszenie wymagające niezwłocznej interwencji.

Siedząca obok mnie ciocia Monia kurczowo trzymała torebkę i unikała patrzenia na kogokolwiek. Najpierw, podczas naszej rozmowy telefonicznej, popłakała się do komórki, później zacięła przy wypełnianiu formularza zawiadomienia o zaginięciu córki, więc musiałam wpisać większość informacji za nią, a teraz wraz ze mną przechodziła przez torturę odpowiedzi na tendencyjne pytania: „Czy zaginiona uciekała wcześniej z domu?”, „Czy zaginiona zabrała ze sobą rzeczy osobiste?”, „Czy zaginiona była w związku?”. Policjant nawet nie odrywał wzroku od monitora, tylko czekał na nasze słowa i litera za literą wstukiwał je do komputera. Zdawałam sobie sprawę, dokąd to zmierza.

– Po raz kolejny nie! – Nerwy zaczęły mi puszczać. – Mówię panu aspirantowi, że przypuszczam porwanie z klubu, w którym widziałam ją po raz ostatni!

Opowiedziałam już kluczowe wydarzenia z zeszłego wieczoru. Nic nieznaczące szczegóły zostawiłam dla siebie. Nie mogłam przecież powiedzieć mamie Zuzki i aspirantowi, że…

Stringi wbijały mi się w tyłek, przez co było mi niewygodnie, więc wierciłam się na wysokim barowym stołku. Zadawałam sobie pytanie, kto wymyślił, że nie wypada publicznie grzebać między pośladkami. Zamiast tego założyłam nogę na nogę w nadziei, że ten przeklęty sznureczek dopasuje się do warunków, w których oboje się znaleźliśmy. I jeszcze raz – teraz prawa noga powędrowała na lewą. Nie odczułam ani grama ulgi, więc wyładowałam frustrację na drinku – zamieszałam go gwałtownie, przez co oddzielne warstwy alkoholi wlane starannie przez barmana zamieniły się w burą ciecz przyozdobioną plasterkiem limonki. To dzieło zniszczenia dało mi jakąś pokrętną satysfakcję, choć jednocześnie zdecydowanie zmniejszyło walory smakowe.

Fuj!

Odsunęłam szklankę gwałtownie i nachyliłam się do Zuzki.

– Obiecałaś, że wrócimy do domu, jeżeli mi się nie spodoba! – krzyknęłam wprost do jej ucha, po czym potarłam nos, bo zakręciło mnie w nim od nadmiaru perfum.

– Poczekaj! Ktoś się nami zainteresuje. W końcu wyglądamy jak milion dolców – odpowiedziała, oderwawszy usta od słomki, na której został wyraźny czerwony ślad.

George Washington albo Benjamin Franklin w cekinach i z centymetrem tapety – jasne.

Ponownie zmieniłam położenie nóg – lewą skrzyżowałam z prawą – i westchnęłam z rezygnacją. Zuza zlustrowała mnie wzrokiem.

– Chcesz potańczyć, że tak przebierasz nogami?

Otworzyłam usta, żeby wyjaśnić, dlaczego tańczę kankana na barowym stołku, ale zrezygnowałam i tylko wzruszyłam ramionami. Szanse, że Zuzka by zrozumiała, były bardzo marne. Uważała, że dla wyglądu można przecierpieć wszystkie katusze, a zrobione paznokcie i brwi stanowią minimum, które należy spełnić, żeby zostać uznaną za zadbaną kobietę.

Przeniosłam uwagę na otoczenie. Klub zaskoczył mnie swoją odmiennością. Zamiast spodziewanego stylu techno lub industrialnego wszystko było tu retro – od imponującego, masywnego baru wykonanego z drewna i znajdujących się za nim półek z licznymi alkoholami aż po tapicerowane krzesła. Muzykę również dostosowano do wnętrza – królowały jazz i swing. Nawet znane kawałki puszczano w takich właśnie aranżacjach.

Zdecydowanie najwięcej zainteresowania poświęciłam barmanowi o buźce zapewniającej dużo napiwków. Biała koszula z obszernymi rękawami, którą miał na sobie, była ekstrawagancka, choć sama w sobie nieciekawa, za to gorset z wiązaniem na plecach uwidaczniał jego sylwetkę w kształcie litery V i wymagał stosownego docenienia. Za połączenie górnej części stroju z dolną częścią – obcisłymi bryczesami – sama byłam w stanie dać temu mężczyźnie napiwek.

Wbiłam wzrok w jedną z klientek.

– Ta – wskazałam dziewczynę obok zamawiającą drinka – wygląda, jakby nie miała nawet szesnastu lat.

Spojrzenie Zuzy nie zostawiało wątpliwości, co sądzi o mojej uwadze.

– Oj, Gaja! Kiedy odbierasz odznakę? – zapytała z przekąsem.

– Jutro.

– To wyłącz tryb policjantki. Mandaty będziesz wlepiała w godzinach pracy, a teraz się bawmy!

Mruknęłam w odpowiedzi, co miało być bardziej zaprzeczeniem niż potwierdzeniem. To Zuza uznała, że moja nowa praca zasługuje na uczczenie, a przydział do oddziału trzeba opić. Nie słuchała protestów, w których wyraźnie wybrzmiewało, że o wiele bardziej wolałabym wypić lampkę wina w zaciszu naszego mieszkania. Nie powinnam się dobrze bawić, to było nie fair. Bycie tutaj, picie drinka… Jak zawsze w takich sytuacjach poczułam żal i wyrzuty sumienia, że Kaja została pozbawiona możliwości robienia wszystkich tych rzeczy, które cieszyłyby ją bardziej niż mnie.

– No chodź!

– Co nie zmienia faktu, że to miejsce aż prosi się o kontrolę. – Końcówkę burknęłam sama do siebie, bo Zuza poszła już w kierunku parkietu.

Przed ruszeniem w jej ślady pociągnęłam jeszcze solidny łyk rozbełtanego drinka i dodałam sobie animuszu soczystym:

– Pieprzyć to!

Dołączyłam do pląsającej między ludźmi przyjaciółki. Wczułam się w melodię i migające światła – bas odbijał się w brzuchu, biodra zaczęły same kołysać. Wsiąknęłam w rytm i dałam mu się ponieść. Muzyka przeze mnie przepływała i zabierała ze sobą wszystko inne. Na twarde ciało pojawiające się za moimi plecami zareagowałam chwilową paniką, ale nie zdążyłam się wycofać, bo zostałam przytrzymana. Męskie ręce zaczęły powoli sunąć po moich biodrach w górę. Odwróciłam się do tajemniczego kogoś przodem, zanim odkrył, że moje piersi są samym wypełnieniem stanika. Czarne włosy, ciemna oprawa brązowych oczu i śniada karnacja – włoski typ urody trafiłby prosto w mój gust, gdyby nie to, że dłonie tego faceta powędrowały teraz na moje pośladki i bez choćby słowa powitania starały się podwinąć mi sukienkę. Zuzka z szerokim uśmiechem pokazała mi kciuk w górę, a mój Wewnętrzny Chochlik aż trząsł się ze śmiechu.

„Co, Gi? Trzymania za rączki ci się zachciało? Trzeba było iść do biblioteki, a nie na dyskotekę!” – odezwał się w mojej głowie jak zawsze prześmiewczym głosem.

– Lepiej się zamknij! – odpowiedziałam mu głośno.

– Co? – Włoch, bo taką dałam mu ksywkę, przybliżył twarz do mojej twarzy.

O dziwo nie zajeżdżało od niego alkoholem.

– Chodźmy na drinka – rzuciłam wymijająco.

Nie czekałam na odpowiedź, tylko ruszyłam w kierunku baru z nadzieją, że facet zostawi mnie w spokoju.

– Czego się napijesz?

Drgnęłam, gdy usłyszałam to pytanie, bo naprawdę liczyłam, że obierze kurs na kogoś innego.

– Coś mało kolorowego.

Na widok kieliszka z wódką westchnęłam w duchu:

Bóg widocznie poskąpił temu włoskiemu amantowi wyobraźni, gdy go tworzył.

„Można liczyć, że zrekompensował to hojnością w postaci innych atrybutów”.

Oby w postaci dobrego serduszka – zripostowałam w myślach i przełknęłam zawartość kieliszka za jednym razem.

Ten wieczór zdecydowanie wymagał znieczulenia.

Po mojej drugiej stronie usiadła Zuzka w towarzystwie jakiegoś blondyna. Obrzuciłam go tylko szybkim spojrzeniem, bo ani jego rozpięta pod szyją koszula, ani wypielęgnowana bródka nie zrobiły na mnie wrażenia. Jednym uchem słuchałam repertuaru tanich tekstów, które serwował mi mój Włoch, żeby tylko dobrać mi się do majtek.

„Pozwól mu, to rozwiąże twój problem ze stringami!” – Chochlik bawił się w najlepsze.

Nagły skurcz żołądka potwierdził, że picie wódki bez zagrychy nie było najlepszym pomysłem. Kiedy ból rozlał się po dole brzucha, Chochlik zaczął się tarzać ze śmiechu.

– No nie wierzę!

Szybka wizyta w łazience po raz kolejny potwierdziła, że mój okres jest nieprzewidywalny i pracuje tylko według znanego sobie harmonogramu. Upchałam papieru toaletowego tyle, ile dało się upchać do majtek, ale już w trakcie mycia rąk poczułam, że nie jest to zbyt stabilna konstrukcja. Sprawdziłam, czy nie ziszcza się właśnie wizja podsunięta przez Chochlika, w której ciągnie się za mną papierowy ogon z czerwonym graffiti hańby, po czym wyszłam z łazienki z mocno zaciśniętymi udami.

„Ping, ping, ping… Pingwin!”

Zazgrzytałam zębami, bo mój chód rzeczywiście z powodzeniem zaliczał się do Ministerstwa Dziwnych Kroków.

Obstawiałam, że gdyby to mężczyzna krwawił w niekontrolowany sposób, już jechałoby do niego pogotowie na sygnale. W tak niekomfortowej sytuacji facetom zapewne nikt nie kazałby wypchać się między nogami watą. Kobiety natomiast od wieków muszą wciągnąć brzuch, wypiąć cycki i zasuwać do przodu, nawet jeżeli dowody rzeczowe mówią, że termofor, kocyk i pudełko lodów są lepszym rozwiązaniem. Niesprawiedliwość i dyskryminacja na każdym kroku!

– Zuza, masz tampony? – Nie kłopotałam się ściszaniem głosu; ktokolwiek spojrzałby teraz na mnie krzywo, zasłużyłby na to, co mogło go spotkać.

– Nie mam – odparła, a gdy zobaczyła moją zdesperowaną minę, dodała: – Może zapytaj kogoś innego? Przecież ponad połowa osób tutaj to kobiety. – Wzruszyła ramionami.

Przyjaźń od podstawówki! Niech poskręca ją i jej mało problematyczny okres.

Nie miałam najmniejszej ochoty na ankietowanie tańczących w celu zdobycia odpowiedzi na pytanie, ile z nich jest w posiadaniu środków higieny osobistej.

– Jedziemy do domu – zdecydowałam. – Chodź.

– Ja mam zamiar wyjść dzisiaj z kimś innym… – Popatrzyła sugestywnie na Pana Bródkę, który miał wzrok wbity w telefon, więc raczej nie był tak zainteresowany Zuzą, jak jej się wydawało.

Włoch też nie był zainteresowany, mną oczywiście, bo nie siedział już przy barze.

– Proszę cię, Zuza! Razem przyszłyśmy, to razem wyjdziemy. Brzuch mnie boli. Poza tym już późno, a jutro muszę wcześnie wstać. – Pociągnęłam ją lekko za rękę, ale nie zareagowała.

– Idź sama. Byłam tu już nieraz. Opowiem ci jutro, co przegapiłaś. – Wymownie puściła do mnie oczko i odwróciła się z powrotem w stronę baru.

Zostałam sama z własnymi rozterkami. Przeanalizowałam statystyki gwałtów zdarzających się w klubach. Wynik ani trochę mi się nie spodobał, więc niezdecydowana przestąpiłam z nogi na nogę. To, co poczułam między nimi, przyspieszyło jednak podjęcie decyzji, chociaż czułam się, jakbym sama w tym momencie zdradzała przyjaźń moją i Zuzki.

Postukałam dziewczynę po ramieniu, żeby znowu zwróciła na mnie uwagę.

– Daj torebkę.

Popatrzyła w moim kierunku ze zdziwieniem, ale podała mi swoją kopertówkę. Przełożyłam do niej mały pojemnik z gazem pieprzowym; ledwo się zmieścił. Zuza chciała coś powiedzieć, ale zrezygnowała i z politowaniem pokręciła tylko głową, podczas kiedy ja mocowałam się z suwakiem.

Albo ja, albo gaz – samej jej nie zostawię.

– Nie bój się tego użyć – powiedziałam z mocą. – Kolesiowi po jajach, gazem po oczach i uciekasz. Rozumiesz?

– Tak jest, pani komendant! – Zasalutowała mi rozbawiona. – A ty się połóż grzecznie do łóżka z termoforem.

Już miałam zamiar odejść, ale pochyliłam się jeszcze nad uchem blondyna, który nadal był zajęty wyłącznie komórką. Poczułam od niego silny zapach papierosów, co od razu zdyskwalifikowało go w moich oczach. W oczach Zuzki… cóż, niekoniecznie. Założę się, że zobaczyła metkę jego koszulii zakochała się na zabój. Oczywiście w portfelu tego kolesia.

– Jeśli ją skrzywdzisz, to nie wyjdziesz z pierdla do końca życia! – syknęłam, na co zlustrował mnie zmrużonymi oczami.

Nie czekałam na odpowiedź i ruszyłam do wyjścia.

Na szczęście taksówka miała ciemną tapicerkę.

Nieustannie żałowałam jak cholera, że zostawiłam wtedy Zuzkę samą.

Ból spowodowany wbitymi w wewnętrzną stronę ręki paznokciami mnie otrzeźwił. Rozluźniłam zaciśnięte pięści i wróciłam do rzeczywistości, ale wydawało się, że nie straciłam zbyt wiele, kiedy byłam pochłonięta wspomnieniami.

Aspirant sięgnął po kubek w kotki i upił z niego parę łyków, a ja zaczęłam stukać palcami po kolanie. Funkcjonariusze, których poznałam rano, gdy byłam na służbie, poszli do domu. Ten mężczyzna widział mnie po raz pierwszy, a informacja, że zaczęłam tutaj pracować i jestem jedną z nich, jakby przeleciała nad jego głową i co najwyżej poczochrała liche włoski na jej czubku.

Byłam nikim.

„Zostań komendantem głównym policji” – chichotał Chochlik. „Będzie zakaz picia kawki z kubków innych niż służbowe i kurs szybkiego pisania z zamkniętymi oczami”.

– No tak, mówiła pani. – Podkreślił ostatnie słowo, by mnie upewnić, że dla niego jestem zwykłym petentem. – Czy zaginiona miała skłonności samobójcze?

– Nie!

Mruknął coś niewyraźnie i popatrzył na formularz.

– Była ubrana w czarną, cekinową sukienkę na ramiączkach i czerwone szpilki. – Spojrzał na nas znad okularów. – Czy to się zgadza?

Ciocia Monia odwróciła się do mnie ze łzami w oczach. Zrobiło mi się nieswojo.

– Tak – powiedziałam, jakimś cudem rozluźniwszy zaciśnięte szczęki. – Byłyśmy w klubie Frenezja1, mówiłam. Opisałam nawet mężczyznę, z którym widziałam ją po raz ostatni.

Pokiwał głową i wystawił oba palce wskazujące, żeby znów zacząć powolne klikanie w klawiaturę, ale nagle o czymś sobie przypomniał:

– Czy mają panie zdjęcie zaginionej?

Miałyśmy.

Popatrzył oceniająco na fotografię przedstawiającą śliczną czarnowłosą dziewczynę o twarzy w kształcie serca, z dużymi brązowymi oczami i ustami podkreślonymi czerwoną szminką, po czym znowu mruknął, odłożył ją na biurko i wrócił do pisania.

– Jesteś pewna? – odezwała się do mnie ciocia półgłosem. – Że Zuzia została porwana? Mogła przecież…

– Jestem pewna – przytaknęłam stanowczo. – Już by dała znak życia. Wiesz przecież, że nie chciałaby, żebyśmy się martwiły.

Pokiwała głową, ale nie wyglądała na przekonaną.

Policjant kliknął ostatni raz myszką i na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech zadowolenia z dobrze wykonanego obowiązku.

– Drogie panie – krzesło skrzypnęło, kiedy obrócił je w naszą stronę – mamy już wszystko. Będziemy informować, jeżeli uda nam się coś ustalić.

Nie ze mną te numery. Znałam przecież procedurę na tyle, żeby nie dać się tak łatwo zbyć.

– Do jakiej kategorii została zakwalifikowana Zuzka? – zapytałam.

Kolega po fachu łypnął na mnie spode łba. Byłam pewna, że zapamięta sobie moją twarz, a ujemne punkty, które właśnie zgarnęłam, będą się za mną jeszcze długo ciągnęły.

– Kategoria druga – odpowiedział przez zaciśnięte zęby.

– Absolutnie się nie zgadzam!

– O co chodzi? – Mama Zuzki patrzyła na nas ze zdezorientowaną miną.

– Od kategorii zaginionej osoby zależą działania, jakie policja musi podjąć – wyjaśniłam natychmiast. – Drugą kategorię dostają osoby, które opuściły ostatnie miejsce swojego pobytu w okolicznościach nieuzasadniających natychmiastowego zapewnienia pomocy – wyrecytowałam. – Czyli takie zgłoszenie policja może zignorować, jeśli uważa, że Zuza nie zaginęła ani nie została porwana, tylko uciekła z domu.

Starszy aspirant chrząknął, spojrzał na mamę poszukiwanej i to do niej się zwrócił, bo wiedział, że z nią pójdzie mu łatwiej.

– Z ustaleń wstępnych wynika, że pani Zuzanna Kardasz najprawdopodobniej przedłużyła imprezę poza domem. Nawet pani nie wie, ile mamy zgłoszeń tego typu. Zazwyczaj kończą się kacem i niczym więcej. – Poczęstował nas protekcjonalnym uśmiechem. – Proszę wrócić do domu i czekać na powrót córki albo na informację o postępie poszukiwań.

Ciocia Monia chciała podnieść się z miejsca, ale ja wręcz „zabetonowałam się” na tym krzesełku powycieranym przez niezliczoną liczbę tyłków podejrzanych i poszkodowanych i nie miałam zamiaru ruszyć się z miejsca. Poczucie winy wyżerało coraz bardziej moje wnętrzności, a niepokój prasował je do wielkości sześcianu mieszczącego się w kieszeni. Nie mogłam odpuścić.

– Panie aspirancie, proszę potraktować sprawę poważnie. Proszę jak funkcjonariusz funkcjonariusza. – Raz jeszcze spróbowałam zaapelować do solidarności zawodowej.

– Każdą sprawę traktuję poważnie. Na poparcie mam lata doświadczenia, czego pani brakuje. – Zaczynał się w widoczny sposób irytować. – Znajomości w służbach nie zmieniają faktów i dowodów.

Teraz ja zazgrzytałam zębami.

– Nie wyjdę stąd, póki pan aspirant nie wpisze kategorii pierwszej!

„Minus sto punktów, gratulacje!” – zaśmiał się Chochlik.

– Na jakiej podstawie?! Mówię, że…

Nie pozwoliłam mu dokończyć.

– Zeznania świadka – wskazałam siebie palcem – czyli okoliczności uzasadniające podejrzenie zagrożenia dla jej życia, zdrowia lub wolności! Do tego to pierwsze zgłoszenie zaginięcia dotyczące Zuzki.

– Zapomina się pani!

„Dowiemy się nie tylko, czy używają lizolu, ale też tego, czym czyszczą kible. Cudownie!”

Wiedziałam, że mimo starań panowania nad sobą podchodzę do sprawy zbyt emocjonalnie – robiłam wszystko, żeby przełożony pozwolił mi zająć się sprawą Zuzki. Starałam się ostudzić emocje i nie płynąć na fali histerii, chociaż ta przybierała na sile i zamieniała się w tsunami.

– Policja ma obowiązek sprawdzić ostatnie znane miejsce pobytu, czyli klub Frenezja. Zdobyć nagrania z monitoringu. Zabezpieczyć ślady, dowody i pobrać próbki DNA. – Popatrzyłam na niego twardo. – Sama mogę zająć się tą sprawą. Proszę mi ją przydzielić.

Mierzyliśmy się przez chwilę wzrokiem, po czym wraz ze skrzypiącym krzesłem mężczyzna odwrócił się do komputera. Rozczarowały mnie jego kolejne słowa:

– Nie jest pani na służbie. Sprawą zajmą się doświadczeni funkcjonariusze. Proszę nas poinformować, kiedy pani Zuzanna wróci.

Tylko tyle rzucił na odchodne, po czym wręczył nam zaświadczenie o przyjęciu zgłoszenia przypisanego do kategorii pierwszej.

„Kible będziesz czyścić szczoteczką do zębów. Swoją”.

Nawet jeżeli, to było warto!

Sprawdziłam komórkę i wybrałam numer do przyjaciółki – nadal odpowiadała poczta głosowa.

Ciocia Monia i ja spędziłyśmy w komisariacie tyle czasu, że na dworze zrobiło się niemal całkiem ciemno. Niedługo miała minąć doba, odkąd widziałam przyjaciółkę po raz ostatni.

„Już wycięli nerki i wątrobę, teraz biorą się za siatkówkę”.

Wyobraziłam sobie, jak rozkwaszam swojemu Chochlikowi nos – ten szpiczasty nochal niczym u Zgredka z „Harry’ego Pottera” – co okazało się lepsze niż skupianie się na obrazach z udziałem Zuzki, które podsuwał mi mózg.

– Tak bym chciała, żeby było, jak mówi policjant… – powiedziała ciocia Monia, kiedy szłyśmy w kierunku domu. – Żeby wróciła z kacem, ale cała i zdrowa.

– Też sobie tego życzę, ciociu. – Poklepałam ją pocieszająco po plecach. – Wróci, już ja dopilnuję, żeby tak się stało.

Czułam się jak oszustka, bo nie miałam ani trochę przekonania do tego, że tak rzeczywiście będzie.

Punkty orientacyjne