Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 251 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Franco - Kim Holden

Franco Genovese jest perkusistą w światowej sławy amerykańskim zespole Rook. Chłopak ma wszystko. Zabójczy uśmiech, tatuaże, talent, ostry dowcip. A przy tym wszystkim serce ze złota.

Wiedzie dobre, stabilne, nieskomplikowane życie.

Jednak wieczór spędzony w niepozornym barze w Los Angeles wszystko to zmienia.

Do jego świata wkracza Gemma Hendricks.

Pochodząca z północnej Anglii, odnosząca sukcesy młoda pani architekt. Właścicielka uroczego uśmiechu, ciętego języka i nad wyraz ufnego serca.

Natychmiast coś ich do siebie przyciąga.

Gemma i Franco z miejsca się zaprzyjaźniają.

Ich znajomość nie potrwa długo, ponieważ kiedy za kilka dni wrócą do domów, rozdzielą ich tysiące kilometrów.

A może coś się zmieni?

Gemma ma pewne bliskie sercu marzenie.

Gdy Franco postanowi pomóc dziewczynie w spełnieniu go, wszystko może wywrócić się do góry nogami.

Czy ich przyjaźń będzie miała szansę przerodzić się w miłość? A może wszystko pójdzie w zapomnienie?

Opinie o ebooku Franco - Kim Holden

Fragment ebooka Franco - Kim Holden

Jama,

jesteś mistrzynią świata w przyjaźni.

I w narzekaniu.

Ale głównie w przyjaźni.

Bardzo Cię kocham,

Tiaco

18 STYCZNIA, CZWARTEK

– Chodźmy, mamine cycki! – Przysięgam, że Jamie i Robbie są najwolniejszymi istotami poruszającymi się na dwóch nogach. Dobra, to ściema. Gus jest wolniejszy, ale biorąc pod uwagę, że Jamie i Robbie robią wszystko razem, jakby byli bliźniakami syjamskimi, spowalnia ich to dwukrotnie i stawia w rankingu nawet przed nim.

– Co macie w planach? – pyta Gus.

Parskam śmiechem na widok nieprzyzwoitej ilości gum, jaką wpakował sobie do ust. Wiem, że je żuje, bo pomagają mu w rzuceniu palenia, z czego jestem dumny, ale to nowe uzależnienie jest zajebiście zabawne.

Nagle przestaje żuć i mruży oczy, przez co śmieję się jeszcze głośniej.

– Co jest, młody?

Nadal chichocząc, kręcę głową i odpowiadam:

– Guma. Rozwalasz mnie nią, stary. Ile listków mielisz?

Z imponującą szybkością pokazuje mi środkowy palec i dość stanowczo mówi:

– Wal się. – Jednak wychodzi to słabo, bardziej jakby chciał powiedzieć „Wiem”.

– Idziemy do Y-Not. Chcesz dołączyć? – To niewielki bar za rogiem, niedaleko mieszkania, które aktualnie zajmujemy. Wydaje się niepozorny, zupełnie nie pasuje do Los Angeles, w dodatku jego nazwa jest tak okropnie i niedorzecznie tandetna, że muszę go zaliczyć. Lokal jest nowy, półtora roku temu, gdy nagrywaliśmy w tym mieście poprzednią płytę, jeszcze go tu nie było.

– Nie, młody, poleniuchuję tutaj. Obejrzę jakieś gówno w telewizji i odpocznę. – Uspokaja mnie tymi słowami. Nigdy wcześniej nie cieszyłem się tak z odmowy. W ubiegłym roku Gus przeżył koszmar. Utrata bliskiej osoby jest czymś strasznym, jednak strata przyjaciółki, zwłaszcza tak wyjątkowej jak Kate Sedgwick, dogłębnie nim wstrząsnęła. Przez wiele miesięcy był jak pusta skorupa. Patrzył na świat oczami bez życia, widząc jedynie nicość, którą pozostawiła po sobie jej śmierć. Byłem zdruzgotany tym widokiem, ponieważ nie mogłem mu pomóc. Sam również za nią tęskniłem i wiedziałem, że odczuwany przeze mnie ból był niczym w porównaniu do tego goszczącego w jego sercu – nie potrafiłem sobie wyobrazić smutku pomnożonego przez jakiś tysiąc.

Jednak w ciągu ostatnich dwóch miesięcy zauważyłem, że życie powoli zaczęło do niego wracać. Początkowo było to stopniowe, miałem niemal chęć zaprzeczyć zaobserwowanym postępom, bo wiedziałem, że nie będę potrafił patrzeć na jego kolejny upadek. Trzymałem się więc wątłej, niezbyt entuzjastycznej nadziei, że mój przyjaciel jednak ozdrowieje i wyrwie się ze szponów depresji. W końcu poprawa zaczęła być dobrze widoczna, a Gus odżył. Nigdy nie wierzył w swój talent tak, jak powinien, ale chłopak, którego występ oglądałem w sylwestra zza perkusji, był pieprzoną gwiazdą rocka, która od zawsze mieszkała w jego wnętrzu. I nie mówię tu o popisującym się, cwaniackim dupku, ponieważ Gus nigdy taki nie był, ale o frontmanie, który jest pewny swoich umiejętności. A przyglądanie mu się w studiu przez te kilka tygodni utwierdziło mnie w przekonaniu, że wspiął się na kolejny poziom. Jestem z niego dumny.

– Gotowy? – pyta Jamie, wraz z Robbiem dołączając do nas w salonie.

Śmieję się, ponieważ to brzmi, jakby to oni czekali na mnie.

– No, nie wiem… – Głaszczę się po świeżo ogolonej, gładkiej głowie, drugą ręką chwytając za koszulkę z logo Twin Atlantic. – Ogolony, ubrany, wymyty… Jak myślisz? Nie zrobiłem tego na darmo.

Robbie uśmiecha się i kręci głową, ponieważ wie, że się z nich nabijam.

– No to chodź, lalusiu.

Podchodząc do drzwi, wołam za nim:

– Cholera, poznam dziś kogoś. Czuję to w…

Wcina się Gus:

– W jajach?

– Miałem powiedzieć „w kościach” albo „w sercu”, ale tak, jaja też mogą być. Na razie, patafianie.

– Buziaczki, kutafonie. Uważajcie na siebie i bawcie się dobrze – mówi, gdy zamykam drzwi.

Wieczór jest ciepły, przyjemnie jest wyjść na zewnątrz. Od kilku tygodni siedzimy zamknięci w studiu, nagrywamy nową płytę, ale choć kocham to, co robię, a gra na perkusji to całe moje życie, lubię również wyjść na dwór. Jeśli nie tworzę muzyki, to surfuję, spaceruję po plaży lub jeżdżę na motocyklu. Każdy dzień, kiedy nie pracuję, spędzam poza domem. Trochę mi odbija, gdy zbyt długo siedzę zamknięty w czterech ścianach.

Jamie i Robbie kłócą się namiętnie jak jakieś gimnazjalistki o grę na konsoli. Nigdy mnie to nie kręciło, ich rozmowa jest dla mnie jak zagraniczny film bez napisów, więc jej nie słucham.

Pierwsze, co zauważam po wejściu do baru to przytulność tego miejsca. Los Angeles jest krzykliwe, wszystko w tym mieście opiera się na wyglądzie, postawie, statusie, sukcesie… lub mieszance tych aspektów. To iluzja z zaledwie krztyną autentyczności. Czuję, że ta krztyna jest wręcz mikroskopijna i naprawdę odległa, ponieważ trudno jest odróżnić prawdę od fałszu. Nie przepadam za tym miastem, więc z uśmiechem wczuwam się w panującą tu atmosferę i zapominam o znajdujących się nie tak daleko ludziach, próbujących udawać kogoś, kim nie są.

– Może być piwo? – pytam Jamiego i Robbiego.

Unoszą kciuki, jest tu trochę za głośno, by swobodnie rozmawiać.

– I kieliszek tequili – mówi bezgłośnie Jamie.

Przytakuję i ruchem głowy wskazuję drzwi prowadzące na patio.

– Idźcie poszukać stolika. Pogoda jest zbyt ładna, by siedzieć w środku.

Kiwają głowami i wchodzą za stoły bilardowe, a następnie znikają za drzwiami.

Za barem pracują trzy osoby: dwóch facetów i jedna słodka, niewielka brunetka. Przyciągam jej uwagę i się uśmiecham, zdając się na swój urok i czar.

– Co dla ciebie, przystojniaku? – Z bliska jest jeszcze słodsza.

Składam kciuk i palec wskazujący, resztą wyprostowanych paluchów dając znać, że chcę wszystkiego po trzy.

– Trzy Modelo i trzy Cuervo.

Pełne usta układają się w uśmiech, gdy dziewczyna szybko odchodzi na drugą stronę baru, by przygotować moje zamówienie, a ja spoglądam na jej tyłek. Ma na sobie tak krótkie spodenki, że wystaje z nich dolna część pośladków. Nie zrozumcie mnie źle, to miłe dla oka, bo ma cudowny tyłeczek, ale chodzi o to… że wolę jednak skromność. Wiem, że to dziwne jak na dwudziestosześciolatka, który ma doktorat w uwodzeniu, ale uważam, że skromność świadczy o pokorze, która jest najseksowniejszą cechą kobiety. Lubię ładne dziewczyny, ale takie, które nie są świadome swojej urody, jeśli w ogóle ma to sens. Śliczne, ale nienarzucające się z tym. Kręci mnie ta niepewność. Zatem, gdy barmanka wraca z moim zamówieniem, po namyśle stwierdzam, że nie jest słodka. Właśnie tak szybko potrafię stracić zainteresowanie, dosłownie w ciągu sekundy. Wiem, że jestem kapryśny, ale nie zamierzam poświęcać czasu na kobietę, której towarzystwo mnie nie cieszy. Należy spróbować wszystkiego, a możecie mi wierzyć, spotykałem się już z przeróżnymi dziewczynami, może dlatego jestem teraz tak cholernie wybredny. Nie szukam kogoś, w kim mógłbym się zakochać i się ustatkować, ale randkę traktuję jak rozmowę kwalifikacyjną, ponieważ nie mam ochoty nawet na krótko spotykać się z wariatką lub jakąś zołzą. Mam gdzieś, jak niesamowite mogą być w łóżku, nie warto się wysilać. Nie muszę chyba dodawać, że ostatnio niezbyt często chodzę na randki.

Dziewczyna otwiera piwa i stawia butelki na barze, koło nich ustawia kieliszki i ponownie posyła mi uśmiech.

– Dwadzieścia jeden dolarów, cukiereczku.

Podaję jej dwadzieścia pięć i pytam, czy pomoże mi wynieść to wszystko na zewnątrz. Zgadza się chętnie, a kiedy Jamie zauważa, że zbliża się do ich stolika, a ja idę za nią, jego trzeźwa twarz natychmiast rozpogadza się łobuzersko. Dziewczyna mu się podoba. Dzieciak nie potrafiłby ukryć swoich emocji, nawet jeśli zależałoby od tego jego życie. Nie potrafi grać w pokera, ponieważ, no wiecie, wcale nie ma pokerowej twarzy. Jedyną osobą, którą potrafi w tym pokonać, jest Gus, ale wydaje mi się, że ten daje mu wygrywać.

Barmanka ustawia butelki na stole.

– Cześć, chłopcy.

– Cześć – odpowiadają jednocześnie. Robbie pozostaje obojętny na jej słodziutki ton. Leci tylko na blondynki, panna „mahoniowa grzywka” i tak nie miałaby u niego szans, więc nawet nie stara się ukryć niezadowolenia. Za to Jamie wciąż szeroko szczerzy zęby.

Dziewczyna odwraca się do mnie i pochyla lekko, tak że jej dekolt znajduje się w polu mojego widzenia.

– Daj znać, gdybyście chcieli czegoś więcej, skarbeczku. – Wydaje się, że jest jedną z tych kobiet, które nie potrafią zakończyć zdania bez jakiegoś pieszczotliwego określenia.

Tego też nie lubię, ale wolałbym mieć dzisiaj dobrą obsługę i nie chcę, by w którymś momencie napluła nam do piwa, więc puszczam do niej oko i mówię:

– Jasne.

Odchodzi, kołysząc biodrami jak zegar wahadłem, na co Jamie dosłownie się ślini.

– Wytrzyj podbródek i zamknij usta, stary. To żenujące – mówię do przyjaciela, gdy jestem pewien, że barmanka już nas nie słyszy. Śmieję się z niego, Boże, ten dzieciak mnie wykończy. Jest jak mniejsza wersja Gusa, chociaż wcale nie są podobni. Mają wiele podobnych cech osobowości, jednak inaczej je wyrażają. Obaj są niesamowicie mili i hojni, Gusowi przychodzi to jednak z łatwością, cechuje to jego postawę, natomiast Jamie jest w tym bardziej naiwny, niczym małe zwierzątko, które ma ochotę chronić się przed okrutnym światem, ponieważ może zostać pożarte żywcem.

Jamie uśmiecha się, bo wie, że żartuję, ale jego spojrzenie pozostaje przyklejone do jej mikroskopijnych szortów i możliwości dostania się do nich. Jest również nieśmiały, mimo to dostaje wszystko, czego chce, a nawet więcej. Laski lecą na jego niewinność. Kobiety lgną do Gusa i Jamiego jak muchy do miodu. Chociaż ostatnio dzięki Scout, Gus skłania się ku monogamii, co ogromnie mnie cieszy.

– No co? Jest seksowna. – Broni się przyjaciel.

Przytakuję.

– Jest słodka. – Wzruszam ramionami. – Ale nie w moim typie.

Kiwa powoli głową, a uśmiech nie spełza z jego twarzy.

– Nie przeszła testu, co? – Wie, że lista rzeczy, które odpychają mnie u kobiet, jest nieskończenie długa.

Upijam spory łyk piwa i odpowiadam mu drwiąco:

– Nie, nie spodobało mi się po prostu, że wszyscy zobaczyli jej tyłek, zanim sam zdążyłem mu się dokładnie przyjrzeć. Jest twoja.

Robbie bierze kieliszek tequili.

– Muszę się wyluzować. Naprujmy się. – Jest małomówny.

Bierzemy z Jamiem po kieliszku, a kiedy się nimi stukamy, powtarzamy za Robbiem:

– Naprujmy się.

Godzina szybko mija, zamawiamy jeszcze dwie kolejki tego samego, nim zaczyna padać deszcz, co jest nawet przyjemne, póki lekka mżawka nie zmienia się w ulewę, więc musimy wrócić do środka.

Spoglądam na zegarek, jest dopiero dziewiąta, a ja czuję się trochę podchmielony.

– Chcecie zagrać w bilard, zanim weźmiemy po piwku? – Muszę zwolnić z piciem, jeśli chcę wyjść stąd o własnych siłach, zamiast zostać wyniesiony przez współtowarzyszy.

– Spoko. Z chęcią ogram cię z kasy. Ustawiaj bile – mówi z przekonaniem Jamie.

Jestem kiepski w tej grze. Wiem, że polega ona na geometrii i określaniu kątów, ale mój umysł nie działa w ten sposób, co oznacza wieczną przegraną. A że zawsze gramy o kasę, więc pozbywam się nie tylko godności, ale także mamony. Ściśle rzecz ujmując, powinienem nienawidzić bilardu, ale go kocham. W domu mam nawet stół, by móc sobie pograć, kiedy tylko najdzie mnie na to ochota, mimo to nawalam nawet przy ćwiczeniu. Najwyraźniej to dowód na to, że można nie być dobrym w tym, co lubi się robić.

Robbie i Jamie są utalentowani, dość szybko mnie ogrywają, nieustannie trafiając do łuz. Przyjmuję to ze spokojem, co jest do mnie trochę niepodobne, bo normalnie nagadałbym im do słuchu, jednak moja uwaga nieustannie kieruje się ku parze siedzącej przy niewielkim stoliku niedaleko od nas. Wyglądają, jakby byli uwięzieni, jakby wielka, niewidzialna ręka przyciskała ich do krzeseł, z których pragną się poderwać i uciec, jakby się paliło. Chłopak wygląda przeciętnie, choć z jego twarzy bije cynizm i zmęczenie. Mógłbym się założyć, że na co dzień wykonuje przyziemną pracę, która zabiła w nim ducha i pozostawiła jedynie znudzenie, przeciętność oraz pozbawiła jakikolwiek marzeń. Pewnie pomyślicie, że przesadzam, ale jestem dobry w rozszyfrowywaniu ludzi. Ten koleś wygląda, jakby był wampirem energetycznym, który wysysa z człowieka życie i kreatywność niczym dementor z Harry’ego Pottera, aż jego towarzysz upodobni się do zombie, którym sam jest. Nieustannie ściąga brwi, marszczy czoło i zaciska usta, jakby był największym dupkiem na świecie. Nie jestem agresywny, ale mam ochotę skopać mu dupę, ponieważ traktuje swoją partnerkę rażąco niewłaściwie.

Za to dziewczyna jest jego przeciwieństwem. Ma jasne włosy, bardziej rude niż blond, co wskazuje na jej wewnętrzny ogień. Ubrana jest w koszulkę z logo You Me At Six, na widok której się uśmiecham, ponieważ podoba mi się jej gust muzyczny. Jest właścicielką cierpliwego uśmiechu podpowiadającego, że jest niepokorna, zadziorna i nie daje się złamać kiepskiemu nastrojowi towarzysza. Jej centkowane klapki z jakiegoś powodu mówią mi, że jest nieokrzesana – nie puszczalska, ale wygląda mi na osobę, która lubi wyzwania. Zdołała mnie sobą zainteresować.

Zostawiam chłopaków przy stole i siadam na wysokim stołku w pobliżu stolika tej pary. Podsłuchuję ich rozmowę, która jest wymuszona i sporadyczna – zdaje się, że ich zdania składają się maksymalnie z dwóch, trzech słów.

– Głodny? – Nie podlizuje mu się, ale w kulturalny sposób próbuje złagodzić panującą między nimi niezręczność.

Na co on odpowiada zwykłym, nadętym:

– Nie.

– Kolejny drink? – Słyszę, że pyta o alkohol bardziej z potrzeby niż z chęci.

– Nie. – W ogóle nie obchodzi go, czy robi z siebie fiuta. Nienawidzę tego.

– Zagramy w bilard? – Dziewczyna ma zamiar się poddać, co słychać w słodkim, choć cholernie zirytowanym głosie.

– Nie – odpowiada gnojek.

Nadstawiam uszu, by usłyszeć coś więcej. Dziewczyno, proszę, powiedz coś więcej. Cokolwiek. Wydaje mi się, że ma brytyjski akcent, który dość mocno się odznacza, jednak nie jest to przesadny, nadęty, dworski język. Właśnie z intrygującej stała się dla mnie diabelnie seksowna.

– Idę do toalety – mówi ostatecznie. Wskazuje na drzwi znajdujące się po drugiej stronie baru.

Chłopak unosi powoli brwi, dając znać, że słyszał, po czym wraca do swojego standardowego skrzywienia.

Kiedy dziewczyna wstaje z miejsca i przemierza lokal, podążam za nią. Nie jest tego świadoma, ponieważ nie idę za jej plecami, ale jestem na tyle blisko, by przyjrzeć się jej sylwetce. Ma niecałe metr siedemdziesiąt, pofalowane włosy spływają jej na plecy, szeroka koszulka zasłania biodra, a nogi odziane są w rurki. Wygląda normalnie, a jednak cholernie uroczo.

Czekam na nią pod drzwiami damskiej łazienki, a kiedy wychodzi, zagradzam jej drogę.

Unosi głowę i przechyla ją nieznacznie na bok.

– Przepraszam, chcę przejść.

Jej akcent? Z tak małej odległości? Słowa wypowiedziane wprost do mnie? Umarłem.

Posyłam jej swój najłagodniejszy uśmiech, ponieważ nie chcę jej wystraszyć i wyjść na jakiegoś zboka.

– Naprawdę tak ci się spieszy, by wrócić do tego zombie?

Kręci stanowczo głową, jednak widzę, że próbuje zapanować nad uśmiechem.

– Nie, staram się stąd uciec, by ten palant tego nie zauważył. Wymknąć się tylnym wyjściem.

Śmieję się, ponieważ jej akcent jest miodem na moje serce, ale to jej postawa sprawia, że mam ochotę wyciągnąć ją na zewnątrz na deszcz i zatracić się w długiej rozmowie, by sprawdzić, na co ją stać.

– To twój chłopak?

Parska głośnym śmiechem.

– Nie. To randka w ciemno. Moja pierwsza i ostatnia randka w ciemno. Nigdy więcej. – Robi znak krzyża na piersi. – Przysięgam na Boga.

– Chodź ze mną na patio, postawię ci drinka. – Nie wiem, dlaczego, ale muszę poznać tę kobietę. Po prostu muszę. Puszczam do niej oko i dodaję: – Przyrzekam, że nie jestem takim palantem.

– Cóż, ale jesteś urodzonym czarusiem. Nie jesteś palantem, co? Nie wiem, czy mogę ci wierzyć. – Jej uśmiech przeczy jej słowom. Jak już mówiłem, potrafię rozszyfrowywać ludzi.

Kręcę głową i mogę się jedynie uśmiechać, gdy za mną idzie. Deszcz przestał padać, ale jest parno. Uwielbiam atmosferę po burzy, powietrze jest czyste, choć wilgotne, wypełnia płuca swym ciężarem, jakby wiedziało, że jest nam niezbędne do życia.

Zajmujemy jedyne dwa suche krzesła, stojące pod parasolem w rogu, chwilę później pojawia się przy nas barman. Jest tak samo nieskrępowany jak jego koleżanka i uważnie przygląda się mojej małej Brytyjce. Nie podoba mi się to.

– Kolejny gin z tonikiem, skarbie? – Co jest z pracownikami tego lokalu i ich skłonnością do nadawania innym ludziom pieszczotliwych przezwisk?

– Nie… – urywa i patrzy na mnie. – Zostajesz czy zaraz wyjdziesz z kumplami?

Zrobię wszystko, co tylko będzie chciała.

– Zostanę, jeśli dotrzymasz mi towarzystwa.

– Dobra. – Ponownie spogląda na barmana. – Proszę gin z tonikiem i plasterkiem ogórka.

Barman niechętnie spogląda na mnie, bo wolałby dalej gapić się na nią. Na sekundę mrużę oczy, by dać mu znać, że nie podoba mi się jego zachowanie i odpowiadam:

– Modelo i kieliszek Cuervo.

Po jego odejściu dziewczyna śmieje się szatańsko, co nie pasuje do jej słodkiej aparycji.

– Chłopak lubiący tequilę. Mogę mieć kłopoty.

Unoszę brwi.

– No co? Nie lubisz tequili?

– Nie, uwielbiam. Tylko wydaje mi się, że faceci pijacy tequilę, zawsze są nieco bardziej niegrzeczni.

Śmieję się, bo ona nie próbuje mnie uwieść, wyraża jedynie swoje przekonanie.

– Tak myślisz?

Przytakuje, rozsiada się na krześle i zakłada nogę na nogę. Kilkakrotnie kołysze stopą, ale to przejaw pewności siebie, a nie zdenerwowania.

– Tak, takie są fakty.

Jej postawa mówi, że nigdzie się nie wybiera, ale też nie flirtuje, więc pytam:

– Wyglądam, jakbym był niegrzeczny?

Przechyla głowę na bok i zaciska pełne usta.

– Mmm… Chciałabym powiedzieć, że trochę tak, ale to pewnie przez tatuaże. Jesteś na tyle niegrzeczny, by być rozrywkowy, ale nie jesteś na tyle niegrzeczny, by być przestępcą.

Ponownie się uśmiecham.

– Trafna ocena. Definitywnie jestem rozrywkowy. Jak ci na imię?

– Gemma. Kiedy się urodziłam, dziadek spojrzał na mnie i powiedział: „Ależ klejnocik”, więc dostałam imię oznaczające właśnie klejnot.

– Myślę, że miał rację. Podoba mi się. – Do tej pory wszystko mi się w niej podoba, a imię jej pasuje.

– A ciebie jak zwą?

– Pytasz o moje imię?

Przytakuje z uśmiechem, wiedząc, że się z nią droczę.

– Noo.

– Franco.

– Wiąże się z tym jakaś historia?

– Nie. Podejrzewam, że tacie podobało się po prostu to imię. Mam brata i trzy siostry. Rodzice nadawali nam imiona na zmianę. Ja trafiłem na kolej taty, a jemu podobało się imię Franco i tyle. Z chęcią posłucham historii kryjącej się za randką w ciemno z palantem.

Spogląda przez ramię w stronę okna. Zombiak już dawno sobie poszedł. Wzdycha z ulgą i mówi:

– To brat przyjaciela… a może kuzyn… Nie pamiętam. W każdym razie nasz wspólny przyjaciel, a używam teraz tego słowa w luźnym znaczeniu, umówił nas na randkę w ciemno. Ściągnął nas tutaj pod fałszywym pretekstem, przedstawił nas sobie, po czym porzucił najbardziej niedopasowaną w historii parę na pastwę losu. Porażka była natychmiastowa. Koleś zamówił dla mnie czerwone wino i chcąc mi zaimponować, popisywał się wiedzą na temat Kanye’a Westa. Nie lubię gościa. Potem było już z górki, gdy wkurzył się, że nie podzielam jego gustu, jeśli chodzi o alkohol i muzykę. Było to dobitne przypomnienie, dlaczego nie chodzę na randki. Chyba już teraz chciałabym wyrzucić go z mojej pamięci. Jestem pewna, że robi to samo.

Ruchem głowy wskazuję napis na jej koszulce.

– Taką muzykę lubisz?

Jej spojrzenie się rozpala.

– Uwielbiam.

Nie jestem pewien, czy powinienem się przyznać, że gram w zespole. Muszę ją najpierw wyczuć.

– Kto ci się najbardziej podoba?

Wskazuje na swoją koszulkę.

– Czy to nie oczywiste? – Uśmiecha się, więc wiem, że nie powiedziała tego złośliwie, wskazując na ewidentny dowód. – Josh Franceschi zostanie kiedyś moim mężem, choć jeszcze o tym nie wie. Na mojej liście ulubieńców są też: Catfish and the Bottlemen, Walking on Cars i Nothing But Thieves.

Przytakuję.

– Zatem, generalnie kręci cię angielska muzyka?

Rumieni się.

– Brytyjska. Tak, moje serce ją kocha i nic nie mogę na to poradzić. Mam to we krwi. – Wskazuje na moją koszulkę. – Ale Twin Atlantic też są wspaniali. Akcent McTrusty’ego… – Wachluje się dłonią, by zobrazować, jak jej przez niego gorąco. – Jezu, ten człowiek sprawia, że wszystko, co wychodzi z jego ust, jest seksowne.

– Ale przecież brzmi jak ty. Nie sądziłem, że Brytyjczycy w ogóle zauważają brytyjski akcent.

Gemma upija łyk ginu przyniesionego przez nazbyt uprzejmego barmana, patrząc w przestrzeń rozmarzonym wzrokiem, jakby samo mówienie o nim sprawiało jej ogromną przyjemność.

– Akcent Sama McTrusty’ego nie jest podobny do mojego. On jest Szkotem. To zupełnie co innego. Kiedy śpiewa „generator”, brzmi to jak sam seks, ale kiedy ja to mówię, brzmi to jak… „generator”. Nie ma w tym nic wyjątkowego.

– Och, ależ jest. – Puszczam do niej oko, bo to cholerna prawda. – Od jak dawna jesteś w Stanach?

– Jakiś rok. Moje pozwolenie na pracę niemal dobiegło końca, więc w przyszłym tygodniu wracam do domu.

– A gdzie on jest? – Ciężko mi o to pytać, bo choć jej nie znam, nie chcę, by wyjeżdżała.

– W niewielkim miasteczku na północy Anglii, pomiędzy Manchesterem a Liverpoolem. – W jej oczach dostrzegam miłość i dumę, gdy to mówi. Upija kolejny łyk drinka, a ja nie potrafię oderwać oczu od jej ust. – A ty jesteś stąd? Z Los Angeles?

Kręcę głową.

– Boże, nie. Pochodzę z San Diego.

– Ach, San Diego, wiele o nim słyszałam, ale nigdy tam nie byłam. Właściwie nie wyjeżdżałam poza Los Angeles.

– Przykro mi – mówię z uśmiechem, by wiedziała, że żartuję. Tak jakby.

Również się uśmiecha i patrzy na mnie przepraszająco.

– Tak, też nie jestem fanką L.A. Tęsknię za swoją małą mieściną. Tutaj panuje chaos. – Kiwa do mnie głową. – W takim razie co tu robisz?

Podejmuję decyzję, by wyznać prawdę.

– Gram w zespole. Przyjechaliśmy popracować tu przez kilka tygodni.

Mruży oczy, jakby nie była pewna, czy może mi wierzyć.

– Zgrywasz się?

Śmieję się z powodu jej podejrzliwości.

– Nie, mówię poważnie. Gram w zespole.

Patrzy na mnie cwaniacko i nie mam pojęcia, co to oznacza. Czy jest pod wrażeniem, czy też wciąż uważa, że kłamię i zaraz mnie na tym przyłapie.

– Pracujecie? To znaczy dajecie koncerty?

Kręcę głową.

– Nie, nagrywamy płytę.

Na jej twarzy pojawia się niewinny uśmiech. Jednak jest pod wrażeniem. Wierzy mi.

– Jak się nazywacie?

Z pewnego powodu wstrzymuję oddech. Mam nadzieję, że nigdy o nas nie słyszała, bo nie znoszę groupies.

– Rook.

Wzrusza jednym ramieniem, jednocześnie na jej twarzy pojawia się zakłopotanie, nim otwiera usta i mówi:

– Przykro mi, ale nie znam was. Na czym grasz? Na jakim instrumencie?

Nie jestem obrażony. W ogóle.

– W porządku, nie jesteśmy Brytyjczykami. Nie spodziewałbym się nawet, że o nas słyszałaś. – Rumieni się, a jej uśmiech staje się łagodniejszy, ciągnę więc: – I gram na perkusji.

Ponownie szatańsko się śmieje.

– Miałam więc rację co do ciebie. Jesteś trochę niegrzeczny.

Unoszę brwi, ale nie jest to ani potwierdzenie, ani zaprzeczenie.

Spogląda na zegarek.

– O kurde bele! – Wstaje speszona i odsuwa krzesło.

– Co się stało?

Ocierając nieistniejący pot z czoła, mówi:

– Opiekuję się psem osoby, u której mieszkam, a teraz jej nie ma, bo wyjechała na pogrzeb. Psiak jest chory, pół godziny temu miałam mu podać lekarstwo.

Naprawdę jest zdenerwowana, co mnie zasmuca, ponieważ jest, no wiecie, zdenerwowana, ale jestem jednocześnie zadowolony, ponieważ widzę, że mówi prawdę i nie używa wymówki, żeby mnie spławić.

– Słuchaj, wiem, że się nie umawiasz, bo cię to nie kręci, szczególnie po randce z tamtym palantem, do tego i tak geografia niedługo nas pokona, ale czy mogę do ciebie zadzwonić? Może się jeszcze spotkamy? Niezobowiązująco. Możemy się zabawić, gdy oboje jesteśmy jeszcze w tym mieście.

Zdenerwowanie ustępuje, jej oczy się rozjaśniają.

– Chciałabym.

Podaję jej komórkę, a ona szybko wpisuje swój numer. Wysyłam jej SMS-a o treści „Hej”. Uśmiecha się, gdy telefon odzywa się w jej kieszeni.

– Mogę odprowadzić cię do samochodu?

– Nie, nie mam samochodu. Przyszłam na piechotę. Mieszkam za rogiem.

Kręcę głową i krzywię się w duchu, że ujawniła nieznajomemu taką informację.

– Nie powinnaś mówić kolesiowi, którego właśnie poznałaś, gdzie mieszkasz. Mógłbym być seryjnym mordercą.

Posyła mi uśmiech, z którego aż bije pewność siebie.

– Ale nie jesteś, niegrzeczny chłopcze. Myślałam, że już to ustaliliśmy.

Odpowiadam uśmiechem.

– Mogę cię zatem odprowadzić do mieszkania, skoro i tak już wiem, gdzie ono jest?

– Tak, chyba tak. Zazwyczaj nie chodzę sama po nocy.

Kiedy przechodzimy przez lokal, Robbie i Jamie nadal grają w bilard, na pierwszy rzut oka ogrywają dwóch starszych facetów. Informuję ich, że wrócę za kwadrans, przy czym oboje klepią mnie po plecach, kibicując. Dzięki Bogu nic nie mówią.

Idziemy szybkim tempem. Gemma martwi się o psa. Gdy stajemy pod jej drzwiami, zapamiętuję numer budynku. To 215. Wskazuję na drugą stronę parkingu.

– Mieszkam w sto siedemdziesiąt jeden.

Kiwa głową i powtarza:

– Sto siedemdziesiąt jeden, zapamiętałam.

To trochę nietypowe, bo mam wielką ochotę ją pocałować, a nawet zapuścić się nieco dalej, ale jestem zdenerwowany. A nigdy nie denerwuję się przy kobietach. Wiem, jak sobie radzić.

Mierzy mnie wzrokiem z góry na dół.

– Słuchaj, Franco, zazwyczaj się tak nie wypuszczam, więc nie pomyśl o mnie źle, ale muszę dać psu lekarstwo. Masz śliczne usta, a minęło sporo czasu, odkąd ktoś mnie porządnie całował… – urywa zawstydzona, co stara się ukryć za krzywym uśmieszkiem. W końcu zbiera się na odwagę i kontynuuje: – Zamierzasz mnie pocałować, czy mam wejść?

Odchylam głowę do tyłu, jednocześnie parskając śmiechem, następnie obejmuję jej twarz i patrzę głęboko w oczy.

– Jesteś cholerne idealna, wiesz o tym?

Stara się przytaknąć, choć ją trzymam i puszcza do mnie oko.

– Chyba muszę się z tobą zgodzić.

Całuję ją, a jej usta wywierają na mnie taki sam efekt, co jej akcent. Zatracam się. Nie jest nieśmiała, kładzie ręce na moich biodrach, a gdy pocałunek się pogłębia, przesuwa ręce i obejmuje mnie mocniej.

Muszę pamiętać, że to tylko pocałunek i nie wydarzy się nic więcej. Jednak z drugiej strony mój fiut, który dawno nie przeżył przygody, pragnie akcji. Błaga mnie o nią. Spacer powrotny do baru z pewnością będzie niekomfortowy.

Właśnie postanowiłem, że chciałbym tak żyć, na zawsze zostać przyklejony do jej ust, ponieważ podnieca mnie nie tylko jej język, ale dźwięki wydostające się z jej gardła również doprowadzają mnie do szaleństwa. To nie jęk, nie sapanie, nie piski… To wyraz rozkoszy. Jedynie w ten sposób potrafię to opisać. Całkowicie się we mnie zatraciła. Oboje to czujemy, a Gemma nie wstydzi się przyznać, jak bardzo jej się to podoba. A kiedy czuję, że się przy mnie porusza, wiem, że muszę dać jej pójść do tego cholernego psa, inaczej dojdzie do jakże żenującego, choć satysfakcjonującego pettingu pod jej drzwiami.

Niechętnie kończę pocałunek i patrzę jej w oczy.

Również przygląda mi się śmiało i zwilża usta językiem.

– Tak. Chyba jednak zamierzasz mnie pocałować.

Mam wielką ochotę to powtórzyć. Moje palce wciąż znajdują się w jej włosach, więc łatwo byłoby pochylić głowę, jednak zamiast tego mówię:

– Lepiej idź już do psa.

Kiwa powoli głową, niechętnie się ze mną zgadzając.

– Pieprzony pies.

Całuję ją w czubek nosa i dopiero wtedy ją puszczam.

– Jutro do ciebie zadzwonię.

– Lepiej żebyś to zrobił. I miałam rację – mówi, przekręcając klucz w zamku.

– W czym? – Nie mogę się doczekać tego, co powie.

– Zdecydowanie jesteś rozrywkowo niegrzeczny. – Puszcza do mnie oko i otwiera drzwi. – Dobranoc, Franco.

– Dobranoc, Gem.

Macha mi i znika w mieszkaniu.

Cholera jasna.

Tylko to mam w głowie.

Cholera jasna.

Czuję, jakbym stracił nad sobą panowanie.

Ale w dobrym sensie.

Muszę zamknąć na