Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 270
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Fragrancia
Copyright © Editions Jean-Claude Lattes, 2025 Copyright © 2025 by Paul Richardot All rights reserved. Copyright © for the Polish translation by Martyna M. Lemańczyk, 2026 Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026
Redaktorka inicjująca: Paulina Surniak
Redaktorka prowadząca: Oliwia Łuksza
Marketing i promocja: Agata Gać
Redakcja: Anna Boland
Korekta: Agnieszka Zygmunt-Bisek, Dominika Synowiec
Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl
Fotografia na okładce: Unsplash
Projekt okładki i strony tytułowe: Kamil Rekosz
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68800-78-4
Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 853-99-10redakcja@wydawnictwopoznanskie.plwww.wydawnictwopoznanskie.pl
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Dla Jeannette
Każde wspomnienie ma zapach;kto chce na nowo przeżyć radość,musi po prostu odnaleźć jej woń.
– Mógłbym wody? – spytał pacjent, który sprawiał teraz wrażenie całkiem malutkiego, taki był skurczony i wciśnięty w fotel.
Hélias, którego kolano podskakiwało z ekscytacji, odwrócił się do Alaina. Mentor skinięciem głowy wyraził zgodę, na co młodzieniec rzucił się w stronę dystrybutora. Pusty kubeczek i westchnienie ulgi; pacjent nareszcie poczuł, że jest gotów. Hélias wrócił na swoje krzesło i do swojej akatyzji. Ten kompulsywny ruch, nad którym już tyle razy usiłował przejąć kontrolę, wzmagał się w stresujących sytuacjach. Czyli mniej więcej ciągle.
– Bardzo proszę, panie Durin. Śmiało, może pan zaczynać – zachęcał Alain starszego pana, obserwując go z uwagą, z ołówkiem zawieszonym tuż nad kartką.
Ten wbił się jeszcze głębiej w fotel i zamknął oczy.
– Dzisiaj chciałbym powrócić do szkoły. Mój wychowawca to był ktoś. Zabawny, choć wymagający. Czekał na nas na schodach przed wejściem, w tym swoim szarym kitlu, wyprostowany jak struna. Jakież on miał okulary...? Okrągłe. Nie, prostokątne.
Przez twarz pacjenta przebiegł grymas.
– Sam już nie wiem, ale nadawały mu srogi wygląd. A przecież był najbardziej dobrodusznym z profesorów. Ciągle sobie żartował. Ale żywiliśmy do niego wielki szacunek. Och, jeszcze jak! Teraz do takich rzeczy nie przywiązuje się już wagi. Mój wnuk jest nawet na „ty” ze swoimi nauczycielami. Za moich czasów to było nie do pomyślenia...
– Panie Durin, proszę nie zapominać o wyzwalaczach węchowych – przerwał mu Alain. – Koniecznie musi pan nam dostarczyć więcej szczegółów na temat otoczenia. Tego typu detale są niezbędne do przeprowadzenia wiernej rekonstrukcji.
Starszy pan przesunął pokrytą zmarszczkami dłonią po twarzy, na której malowało się skupienie, i odparł:
– Gdy wchodziliśmy do środka, dwójkami – odgrywał tę scenkę, poruszając ramionami w przód i w tył – zawsze starałem się mieć u boku Louisa. To był mój najlepszy kolega. Już panom o nim mówiłem. Tak, tak. To ten, co odszedł we śnie, będzie już z rok. Ja też chciałbym w taki sposób pożegnać się ze światem.
Alain znów łagodnie przywołał pacjenta do porządku.
– Przepraszam panów, to przez te zamknięte oczy tak się rozgaduję. Co też ja mówiłem? Aha! Wchodząc do klasy, wskakiwaliśmy z Louisem na katedrę i ścieraliśmy nieco kredowego pyłu, który pokrywał deski tuż pod tablicą, a potem te całe białe ręce wycieraliśmy o plecy innych uczniów. Bardzo nas to bawiło. A tamci się zżymali.
Słysząc tę anegdotę, Alain uniósł brew i jął śpiesznie pokrywać kartkę wzorami chemicznymi substancji zapachowych. Pacjent całkiem nieświadomie odblokował wreszcie sesję. Cashmeran wyśmienicie przywoła mineralną woń tablicy. Nawoskowaną podłogę przypomni połączenie fenylooctanu metylu i cedrolu. A może by tak maritima? Nie. Alain skreślił ostatni komponent. Zanadto wodny, zbyt morski. Nie dość suchy i pylisty. Irisnitrile, oto, co odtworzyłoby zapach kredy, od którego aż kręci w nosie. Ale na tym nie koniec. Gdy starszy pan dawał się ponieść chaotycznym opisom swoich wspomnień, starając się odmalować obraz dawnej klasy, Alain spisywał, analizował i tłumaczył każdą jego dywagację. Tu skórzane obuwie, tam chłodne wyziewy z kałamarza; zamieniał informacje na komponenty i zapełniał kartkę nazwami substancji.
Zadowolony z notatek, skinął na Héliasa. Chłopak złapał listę i obszedł cały gabinet, wyjmując z szaf wymienione fiolki. Bezszelestnie przemierzył pomieszczenie i zasiadł za stołem stojącym za pacjentem, który kontynuował swoje myślowe peregrynacje. Asystent olfata zaczął mieszać komponenty w zlewce ustawionej na wadze analitycznej.
– To była szkoła dla chłopców. Żeby zobaczyć się z dziewczętami, musieliśmy czekać do popołudnia. Pamiętam, że miałem sympatię. Częstowała mnie cukierkami Zan. Bardzo miła dziewczynka.
Hélias przerwał i odwrócił się w stronę Alaina. Cukierki Zan: czyżby chodziło o lukrecję? Praktyk, zauważywszy reakcję asystenta, uśmiechnął się do niego z aprobatą. Hélias wyskoczył z miejsca i wrócił do szafy. Żeby udoskonalić atmosferę zapachową wspomnienia, ten aspekt powinien zostawić swój ślad w formule. Pomimo zielonych i skórzanych akordów chinolina izobutylowa powinna się nadać.
Wymieszaną kompozycję połączył z MVS, załadował do nebulizatora i wręczył go Alainowi. Ten cierpliwie zaczekał, aż jego pacjent skończy swoją opowieść, po czym zadał mu pytanie:
– Czy jest pan gotów?
Z drżących warg starca wydobyło się ledwo słyszalne „tak”. Alain nacisnął włącznik i z urządzenia zaczęły się wydobywać pierwsze kłęby pary. Podał aparat pacjentowi.
– Czas powrócić do przeszłości. – Uśmiechnął się.
Pacjent bez namysłu nałożył maskę na nos i zaciągnął się głęboko. Wystarczył ułamek sekundy, żeby jego komórki węchowe wychwyciły unoszące się w powietrzu cząsteczki. W następnej chwili zaparło mu dech; miał wrażenie, że stacza się w pustkę. Zanurzał się w otchłanie własnej pamięci, ruszył w podróż do miejsca, w które nikt nie ma szans się zapuścić: w zapomnienie. Całkowicie wplątał się w meandry swojego umysłu. Mieszanina wywoływała nie tylko wspomnienia, ale też wszelkie minione wrażenia i emocje. Tę beztroskę, lekkość i prostotę dzieciństwa. Nie był w stanie sobie przypomnieć, kiedy czuł się tak po raz ostatni. Pewnego dnia to uczucie po prostu zniknęło z jego percepcji.
Kiedy jego podwzgórze przetwarzało informacje zapachowe, ciało się rozpłomieniło. Istna eksplozja anegdot, jedna bardziej klarowna i precyzyjna od drugiej! Wróciły szczegóły, które – wydawało mu się – dawno mu poumykały. Grymas twarzy profesora, gdy słyszał niepoprawną odpowiedź na zadane przez siebie pytanie; parówkowate palce kolegów, łapiących go za kołnierz, gdy odkrywali kredową zniewagę; ciągle rozwiązane sznurowadła Louisa. Śmiech przyjaciela, gdy na przerwie odbijali się od muru, kończąc wyścigi. Jego wiecznie podrapane kolana, pokryte ziemią i zastygłą krwią. Starszy pan miał wrażenie, że z brzucha promieniuje mu gorąco. Ogarnęła go euforia, wręcz ekstaza. Znów był chłopcem. Koniec z tym zgrzybiałym ciałem, które nieubłagany upływ czasu przygarbił i skurczył. Nagle poczuł się wieczny, żywiołowy i odważny, jak potrafią się czuć tylko dzieci. Z piersią wypiętą ku przyszłości wyzywał swoim szelmowskim spojrzeniem cały świat, który stał przed nim otworem. Gdyby młodość wiedziała, a starość mogła... Nie. Rozdeptałby to powiedzenie swoim trampkiem z wuefu. Gdyby starość mogła sobie przypomnieć, czym była młodość. Jego dusza syciła się tą radością. Po twarzy pobrużdżonej przez czas stoczyły się łzy. Był jednocześnie pełen i pusty, obecny i tak daleki.
Efekty MVS zaczęły pomału maleć, zabierając ze sobą reminiscencje z jego dawnego życia. Na krótką chwilę odwiedziło go dzieciństwo. Gdy rozwarł powieki, zapach jego przeszłości ulotnił się. Miał mokre oczy i sucho w gardle. Alain, który przy nim siedział, położył mu pokrzepiająco dłoń na ramieniu.
– Witamy w naszym świecie.
Kilka godzin później Hélias odprowadzał do wyjścia ostatniego pacjenta tego dnia. Niespecjalnie orientował się w miejscowym życiu politycznym, za sprawą plakatów rozwieszonych w całym mieście rozpoznał jednak mera Le Mans, ale postawił sobie za punkt honoru, że będzie traktował elekta jak kogoś kompletnie nieznanego. Jego mentor wpoił mu rygorystyczne przestrzeganie dyskrecji: „Im bardziej porzucą to, kim są dziś, tym silniej przypomną sobie to, kim byli kiedyś”. Powtarzali ten aforyzm podczas ich rytualnych spotkań w piątkowe wieczory – jedynym momencie całego tygodnia, kiedy Alain pozwalał sobie na kieliszek alkoholu. Hélias towarzyszył mu z przyjemnością, tym bardziej że Alain, niestroniący od plotek i pogłosek, odsłaniał przed nim najnowsze wieści z branży, dopełniając tym samym jego nieformalnego wykształcenia. Lecz tego dnia Hélias musiał odwołać swoją obecność. Na poniedziałek miał zaplanowany wyjazd do Centrum Olfaktorycznego i zależało mu, żeby zostawić po sobie porządek w papierologii.
Filią firmy o nazwie Fragrancia, mieszczącą się na pierwszym i drugim piętrze zabytkowego budynku, zawiadywali tylko oni dwaj; ów ograniczony do minimum skład osobowy sprawiał, że Hélias był zmuszony działać na wszystkich frontach. Czyścił naczynia laboratoryjne, kontrolował zasoby czynników gazowych i komponentów, sprawdzał, czy nebulizatory działają jak trzeba, wypełniał dokumentację i wysyłał do centrali szczegółowe raporty na temat zasobów MVS. Firma matka, odpowiedzialna za produkcję, dystrybucję i zastosowanie tego specyfiku, wyjątkowo rygorystycznie podchodziła do zakresu jego wykorzystywania. Cały biznes opierał się właśnie na tym psychotropie, niezbędnym do przeprowadzania seansów olfaktorycznego transu. Najmniejsze odchylenie w sprawozdaniu wywołałoby ogromnie problematyczną sytuację dla laboratorium oraz dla Alaina.
Resztę czasu Hélias spędził na uzupełnianiu kart pacjentów w głównej bazie danych. Przeglądał wszystkie wspomnienia zapachowe z całego tygodnia, jedno po drugim, i katalogował je ze względu na częstość występowania. Ku jego wielkiemu zdziwieniu „spacer po plaży”, który został wymieniony ponad pięć razy w tym miesiącu, w ogóle nie figurował w bibliotece gotowych akordów. Trzeba by to przed wyjazdem zasygnalizować Alainowi. Na koniec dołożył aurę dawnej klasy do teczki pana Durina. Ujmujący pacjent. Dużo gada, ciągle się rozprasza, ale jego seanse węchowego przywoływania wspomnień zawsze odkrywają tę szczyptę poezji obecnej w tym, co banalne.
Gdy wykonał już wszystkie zadania, pozwolił sobie na chwilę przerwy w wyludnionej poczekalni. Niedługo Alain odeśle go do domu. Wykorzystałby ten czas, żeby porządnie wysprzątać swój pokój przed Wielkim Wyjazdem. W jego znużonym umyśle zakiełkowała niepokojąca myśl. A co, jeśli nie sprawdzi się po okresie próbnym? Fragrancia nie miałaby innego wyboru, jak tylko go odprawić. Czy Alain by się z tego ucieszył? Nie, to niemożliwe. Ten człowiek chciał wyłącznie jego dobra. Hélias westchnął i odchylił głowę do tyłu. Po kilku sekundach ta pozycja sponiewierała mu kark. Wyprostował się i omiótł wzrokiem pomieszczenie, w którym się znajdował. Było prostokątne, z wysokim sufitem, skąpane w świetle dzięki dwóm wielkim oknom, lecz różniło się od typowej poczekalni masą klamotów, które je zapełniały. Musiałby kiedyś znowu zabrać się za porządki. Ledwo można było tu przejść.
Alain był kompulsywnym zbieraczem. Przechowywał wszystko. Sterty gazet, wysokości klęczącego człowieka, to tu, to tam wyrastały ze starego parkietu niczym stalagmity, świadkowie następujących po sobie epok. Potężne wazony wypełnione po brzegi długopisami reklamowymi zajmowały centralne miejsce, a ściany były oklejone setkami pocztówek z całego świata. Hélias podejrzewał, że pacjenci, czerpiąc z tego diaboliczną przyjemność, wysyłali je specjalnie tylko po to, żeby sprawdzić, dokąd zaprowadzi go ta kolekcjonerska gorączka. Na razie rozprzestrzeniła się aż do drzwi toalety, lecz Hélias obawiał się, że na tym nie koniec. Któregoś razu, gdy jego mentor zaprosił go na kawę do siebie do domu, odkrył tam szufladę wypchaną pudełkami po serach camembert. Po troszeczku, we współpracy z Claudine, żoną Alaina, zaprowadzał porządek w jego rzeczach, a ten jak dotąd jeszcze się nie zorientował.
Hélias przymknął powieki. Stres związany z wyjazdem sprawiał, że poczuł potrzebę oczyszczenia głowy. Wziął głęboki wdech i pozwolił emocjom wypłynąć – wykonywał to ćwiczenie zawsze, gdy czuł, że ogarnia go lęk. Wtem ciszę przebił dzwonek do drzwi wejściowych. Podskoczył, zerwał się z fotela i krzyknął w stronę biura Alaina, że się tym zajmie.
Gdy otworzył drzwi, ujrzał dwóch gości o wejrzeniu mastiffów; byli ubrani na czarno od butów po czapki z daszkiem. Zadali sobie nawet trud niezdjęcia okularów przeciwsłonecznych wewnątrz budynku. Niedoszły olfat natychmiast rozpoznał ów monochromatyczny strój.
– Nazwisko i funkcja – zakomenderowali.
– Hélias Révol, asystent Alaina Fissona – zastosował się do polecenia, jednocześnie masując sobie kark.
Mniejszy z pary przybyszów przejechał ciężkim paluchem po liście nazwisk na ekranie swojego urządzenia, po czym podniósł wzrok. Zapadł wyrok:
– Nie masz uprawnień. Odsuń się.
Utorował sobie drogę ramieniem, a jego towarzysz, prawdziwy gigant, podążył jego śladem. Do grubego nadgarstka miał przykutą kajdankami aluminiową walizeczkę.
– Gdzie olfat Fisson? – szczeknął pierwszy, skanując otoczenie sponad czarnych klapek.
– W swoim gabinecie.
– To na co czekasz? Idź po niego.
Wstrząśniętego surowością nakazu Héliasa zamurowało.
Kolos z tyłu zaczął rozpinać marynarkę. Hélias, w oszołomieniu, jakie go ogarnęło, wziął etui do okularów, które miał przytroczone do paska, za skórzaną kaburę. Cofnął się o krok, jego oddech przyśpieszył. Facet, zadowolony, że ktoś wreszcie wziął na serio jego utensylia, rozciągnął usta w uśmiechu. Jego wygląd vaquero – od siedmiu boleści, którego nie wzięliby nawet do spaghetti westernu – sprawił, że Hélias zinterpretował grymas jako groźbę. Pole widzenia mu się zawęziło, a oddech stał się krótki i palący. Opanowywał go strach. Jego emocje bywały tak gwałtowne, że potrafiły wywołać atak. Zanosiło się na to, że znowu straci nad sobą kontrolę. Było to wręcz pewne. Ta przelotna myśl jeszcze pogorszyła sytuację. Gula lęku przygniatała mu mostek. Dokładnie to, czego tak bardzo pragnął uniknąć. Sięgnął do kieszeni po metalowy żeton i zaczął obracać go w palcach. „Odpuść to, odpuść to”, mruczał pod nosem, z zamkniętymi oczami.
– Moje etui od okularów taktycznych tak go rozwaliło? No proszę. A ty mówiłeś, że wyglądam jak kretyn.
Jego towarzysz wzruszył ramionami.
– Weź na niego spójrz. To jakiś czubek.
– Wystarczy tego dobrego – zainterweniował Alain, wychodząc ze swojego gabinetu.
Dwaj wysłańcy znieruchomieli.
– Olfacie Fisson, mamy ścisłe rozkazy. Musimy...
– Cisza! – zagrzmiał Alain.
Podniósł ręce, odsłaniając tatuaż z różą zbrojną w cztery kolce.
– Zostawcie mojego asystenta w spokoju – dodał olfat, już spokojniej.
Pogmerał w portfelu i wręczył im czarną kartę, którą śpiesznie zweryfikowali.
– Nie wiem, gdzie Cornélia was rekrutuje, ale będę musiał zamienić z nią dwa słowa na temat kryteriów doboru.
Alain podał im pięciocyfrowy kod. Metaliczne kliknięcie, kajdanki się otworzyły, walizka została mu przekazana. Olfat upewnił się, że plomby zabezpieczające, naklejone w odstępach na łączeniu połówek walizki, są nienaruszone, i odprawił tamtych dwóch niecierpliwym gestem. Hélias pomału dochodził do siebie.
– Świetnie sobie poradziłeś – zapewnił go Alain. – Nie dałeś się przytłoczyć.
Zamknął dłoń Héliasa w swojej, zatrzymując frenetyczny ruch żetonu. Młodzieniec schował monetę do kieszeni i skierował uwagę na walizkę. Wybałuszył oczy. Nigdy wcześniej nie widział zamka biometrycznego. Alain zachichotał.
– Jazda. Chodź mi pomóc otworzyć to cudo. Co dwie głowy, to nie jedna!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
