Foka - Ludwik Artel - ebook
Opis

Lata 80. XX wieku. Rosjanie ustawiają platformę wiertniczą w pobliżu brzegu Półwyspu Helskiego, w miejscu gdzie z pewnością nie można spodziewać się odkrycia złóż ropy naftowej. Szef gdańskiej Służby Bezpieczeństwa, zajętej zwalczaniem opozycji, podejrzewa, że to tajna operacja sowieckiego wywiadu i postanawia poznać jej cel. Piotr Krasnowski, były pracownik SB, który odszedł ze służby po osobistej tragedii, decyduje się na ryzykowną konfrontację z KGB. Usiłując poznać prawdę o sowieckiej operacji, nawiązuje kontakty ze środowiskiem opozycji. Wkrótce dochodzi do wniosku, że intencje jego byłych przełożonych z SB, którzy wciągnęli go w sprawę, nie są jednoznaczne, a on sam może stanowić narzędzie w czyichś rękach. Wiele wskazuje na to, że klucz do rozwiązania tajemnicy platformy tkwi w dalekiej przeszłości.

Ludwik Artel na kartach swojej powieści snuje niezwykle ekscytującą i fascynującą historię pełną tajemnic, intryg i niedomówień, która zaskakuje czytelnika na każdym kroku i którą śledzi się z autentycznym zaangażowaniem. To bez wątpienia ciekawa propozycja dla entuzjastów powieści sensacyjnych i intrygujących zagadek. Serdecznie zachęcam do sięgnięcia po tę pozycję. Jestem pewna, że się nie zawiedziecie.

Karolina Galewska, przychylnym-okiem.blog.onet.pl

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 348

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

PrologGdynia 31.08.1939

 

 

Od morza wiała lekka bryza. Świeciło sierpniowe słońce, ostre, ale niedokuczające upałem. Pogoda idealnie nadawała się do plażowania, lecz wczasowiczów było niewielu. Od kilku dni sytuacja polityczna była napięta, otwarcie mówiło się o wojnie. Letnicy przerywali urlopy i w pośpiechu wracali do domów, aby na wypadek najgorszego być z rodziną. W normalnych warunkach marynarze latem stawali się swego rodzaju atrakcją turystyczną. Z dumą paradowali w mundurach pośród turystów, odpowiadali na pytania dzieci, pozowali do zdjęć. Obecnie nikt nie miał do tego głowy. Flota została postawiona w stan gotowości, większość okrętów wyszła w morze, cywilów nie dopuszczano w pobliże portów.

Do budynku Dowództwa Floty wszedł młody porucznik marynarki. Ktoś obeznany z odznakami na mundurze mógł się zorientować, że oficer jest specjalistą od uzbrojenia. Niósł w ręku czarną aktówkę. Skierował się do gabinetu Szefa Broni Podwodnej, od drzwi zasalutował adiutantowi, którego zadaniem było organizowanie dnia szefowi, co między innymi obejmowało dbanie o to, aby do jego gabinetu nie dostał się nikt bez ważnego powodu.

– Czołem, panie poruczniku! – odezwał się gość. – Komandor bardzo zajęty?

– Przecież pan wie, co się dzieje – odpowiedział adiutant. – Myślę, że dla pana znajdzie jednak chwilkę czasu. Nie przypominam sobie, żeby kiedyś zdarzyło się inaczej.

– Będę zobowiązany, mam ważną sprawę.

Adiutant zastukał energicznie w drzwi i na chwilę zniknął za nimi.

– Tak, jak myślałem – oświadczył, ukazując się ponownie po kilkunastu sekundach. – Szef przyjmie pana. Ale proszę, poruczniku, niech pan nie zabiera mu zbyt wiele czasu. Komandor ma nawał pracy – dodał, usuwając się z drogi.

– Porucznik inżynier Nowakowski melduje się z raportem, panie komandorze.

Szpakowaty starszy mężczyzna w elegancko skrojonym mundurze podniósł się zza masywnego biurka.

– Witam, panie poruczniku. O jakim raporcie pan mówi?

Porucznik Nowakowski wskazał na swoją aktówkę.

– Przyniosłem raport końcowy z badań nad projektem Foka – odpowiedział.

– Raport końcowy? – zdziwił się komandor. – Nie spodziewałem się go wcześniej niż za dwa tygodnie. Pan chyba za wiele nie spał ostatnio? – zapytał, przypatrując się uważnie młodemu oficerowi.

Istotnie, porucznik Nowakowski był starannie ogolony, gdyż w innym razie nigdy nie pokazałby się zwierzchnikowi, ale oczy miał podkrążone, a krawędzie powiek zaczerwienione z niewyspania.

– Tak, panie komandorze – przyznał – przez ostatnie kilka dni dużo pracowałem, a ostatnią noc spędziłem na pisaniu raportu. Ostatnie modyfikacje przyniosły rewelacyjne wyniki. Zdaje się, że wreszcie osiągnęliśmy to, o co nam chodziło. Niech pan komandor spojrzy: poniżej czterdziestu decybeli, i to w bardzo szerokim paśmie częstotliwości.

Komandor z zainteresowaniem spojrzał na raport.

– Czy to jest wynikiem tej przebudowy kadłuba, którą pan przeprowadził ostatnio?

– W rzeczy samej. Na podstawie poprzednich prób doszedłem do wniosku, że kadłub w części tylnej powinien być asymetryczny. – Porucznik wyciągnął z aktówki rysunek techniczny i rozłożył go na biurku. – Dzięki temu uzyskuje się optymalne warunki napływu na śrubę. Udało się zupełnie wyeliminować kawitację, która jest zwykle głównym źródłem hałasu.

Porucznik był w swoim żywiole. Wyjmował z aktówki jeden wykres po drugim i zachowywał się, jakby oprócz jego badań nic innego na świecie się nie liczyło.

Komandor również patrzył na raport z dużym zainteresowaniem, ale nie zapominał o rzeczywistości.

– Dokonał pan wielkich rzeczy w nieprawdopodobnie krótkim czasie, panie poruczniku – powiedział. – Gdyby dało się odtajnić te badania i opublikować wyniki, mógłby pan od ręki otrzymać doktorat z hydroakustyki albo dynamiki płynów. Ale niestety musimy to teraz odłożyć na bok. Są ważniejsze sprawy.

– Jakie sprawy są od tego ważniejsze? – zapytał zapalczywie porucznik, pozwalając, aby pasja naukowca wzięła górę nad zdyscyplinowaniem żołnierza. – Przecież to stwarza podstawy do budowy okrętów podwodnych o niespotykanych właściwościach. Trzeba teraz wykonać prototyp w rzeczywistej skali, aby upewnić się, czy wyniki z badań modelowych przenoszą się na obiekt rzeczywisty…

– Panie poruczniku – przerwał podwładnemu komandor – sam pan wie najlepiej, że nie trzeba mnie przekonywać o ważności tych eksperymentów. Zawsze pana popierałem w tej sprawie i to ja stworzyłem panu warunki do pracy. Zapewniam pana, że jak nikt inny cieszę się z uzyskania oczekiwanych wyników i w pełni rozumiem ich znaczenie. Ale niech pan spojrzy, co się dzieje. Wojna może wybuchnąć lada godzina. Ogłoszono mobilizację. Dywizjon kontrtorpedowców wyszedł z Gdyni i zmierza do Anglii. Okręty podwodne czekają w zanurzeniu w rejonach bojowych. Ten projekt to nasz cel strategiczny. Wrócimy do niego i zbudujemy prototyp w pełnej skali, kiedy tylko sytuacja się uspokoi. Na razie wygląda na to, że będziemy musieli się bić i przygotowania do tego mają priorytet.

– Tak jest, panie komandorze. Jestem przede wszystkim żołnierzem i jestem gotów spełnić swój obowiązek. Oczekuję rozkazów.

– Zostanie pan wysłany na Hel, aby zorganizować bazę remontową dla naszych okrętów podwodnych. W razie wojny nie będą mogły korzystać z bazy i stoczni na Oksywiu, bo przejście przez zatokę może okazać się niemożliwe. Port helski to jedyne miejsce, gdzie w warunkach wojennych będzie można ryzykować zawinięcie w celu napraw i uzupełnienia zaopatrzenia. Tymczasem nie mamy tam odpowiednich warunków technicznych. Otrzyma pan rozkaz upoważniający pana do pobrania z Oksywia wszystkiego, co uzna pan za potrzebne oraz możliwe do przetransportowania, i zabierze to pan na półwysep. Tam przystąpi pan do organizacji bazy remontowej. Otrzyma pan do dyspozycji barkę i holownik. Niech pan zabiera się za to od razu, bo nie ma chwili do stracenia.

– Tak jest! – zasalutował porucznik. – A co z tym? – zapytał po chwili, wskazując na zawartość swojej aktówki.

– Chwilowo przekaże pan to do archiwum – polecił komandor. – Ale obiecuję panu, kiedy tylko sytuacja wróci do normy, weźmiemy się na nowo ostro do pracy. A na razie powodzenia, panie poruczniku!

Oficerowie uścisnęli sobie dłonie.

Prolog IIGdynia (Gottenhaffen), marzec 1945

 

 

Korvettenkapitan Krieger przyjął rozkaz wyjścia z portu z zadowoleniem. Spędził w Gdyni ładnych parę lat i nawet do pewnego stopnia polubił to miejsce. Miasto jak na polskie warunki było dość porządnie zbudowane i nie urażało jego niemieckiego zamiłowania do porządku. Mimo wszystko nie było to jednak to samo co rodzinna Kilonia. W Zatoce Gdańskiej znalazł się po raz pierwszy we wrześniu 1939 roku. Pływał wtedy jako młody oficer na trałowcu, którego zadaniem było usuwanie min z drogi pancernika „Schlesien”, kiedy ten wychodził z portu w Gdańsku na ostrzeliwanie broniącego się Półwyspu Helskiego. Kriegerowi wbił się w pamięć dzień, kiedy stupięćdziesięciodwumilimetrowa bateria dział z cypla półwyspu dała się pancernikowi we znaki. Polacy w drugiej salwie uzyskali nakrycie celu i rozbili wieżę artyleryjską na okręcie. Niewiele brakowało, aby ogień ogarnął komory amunicyjne i pancernik diabli wzięli. Trałowiec Kriegera stawiał zasłonę dymną, uwijając się pośród nadlatujących od półwyspu pocisków, z których każdy mógł rozwalić okręcik w drobny mak.

Po zakończeniu wrześniowej wojny z Polską kapitan stacjonował przez pewien czas w Kilonii i stamtąd wziął udział w inwazji na Danię i Norwegię. Później objął dowództwo torpedowca i spędził rok, operując z baz w okupowanej Bretanii przeciwko siłom brytyjskim w kanale La Manche. Kiedy wybuchła wojna z Rosjanami, został przeniesiony ponownie na Bałtyk. Początkowo obawiał się tego przydziału, ale wkrótce okazało się, że zła sława, jaką cieszył się front wschodni, nie dotyczy wojny na morzu. Na Bałtyku praktycznie nie było przeciwnika. Większość portów radzieckich znajdowała się w rękach armii niemieckiej, a cała flota przeciwnika tkwiła zablokowana w oblężonym Leningradzie. W powietrzu również dominowała Luftwaffe. Jedyne zagrożenie pochodziło od min, które stopniowo udało się wytrałować. Gdynia w tym okresie wydawała się zacisznym zakątkiem. Była poza zasięgiem lotnictwa alianckiego, w odróżnieniu od Hamburga czy Kilonii, na które systematycznie samoloty sypały setki ton bomb. Była tu baza niemieckich okrętów podwodnych, których załogi w spokoju szkoliły się lub po prostu odpoczywały po niebezpiecznych atlantyckich misjach. Niemieckie pancerniki, pokiereszowane na innych morzach przez bomby i torpedy, zawijały tu, aby lizać rany.

Krieger sprowadził do Gdyni żonę i synka. Spędzili tu razem prawie cztery lata, które pomimo trwającej wojny uważali za udane. Sielanka skończyła się w 1944 roku. Przed Nowym Rokiem Krieger zdecydował się odesłać rodzinę do Kilonii, a teraz miał powody, by cieszyć się z tej decyzji. Wtedy powrót z w miarę bezpiecznej Gdyni do zagrożonego nalotami miasta wydawał się dziwnym pomysłem. Kiedy jednak w styczniu 1945 roku ruszyła kolejna rosyjska ofensywa, sytuacja zmieniła się z dnia na dzień. Z zajmowanych przez Rosjan Prus Wschodnich nadchodziły budzące trwogę wieści o ich okrucieństwie, a także o tysiącach ofiar pośród ludzi, którzy podczas silnych mrozów usiłowali uciec przed frontem. Sytuacja z każdym dniem stawała się poważniejsza. Rosyjskie dywizje parły przez Pomorze w kierunku Kołobrzegu i wkrótce droga lądowa z Gdyni na zachód została odcięta. Niemcy, którzy jeszcze pozostali w mieście, zaczęli ewakuować się na statkach. Każdy, kto zdobył miejsce na transportowcu, uważał się za szczęśliwca. W tym czasie jednak flota radziecka wznowiła działalność z odblokowanych portów. W powietrzu zaczęły panować rosyjskie samoloty. W odstępie kilku dni zatopiono trzy duże transportowce, na każdym z nich zginęło po kilka tysięcy uchodźców. Niemcy, którzy pozostali w Gdyni, poczuli się jak w potrzasku. Nie wiedzieli, co lepsze: oczekiwać nadejścia rosyjskich czołgów, których armaty i silniki słychać było coraz bliżej, czy ryzykować śmierć w lodowatych wodach Bałtyku. To drugie wyjście stawało się zresztą coraz mniej realne, gdyż w porcie brakowało jednostek zdolnych do wyjścia w morze.

Krieger cieszył się, że jego rodzina ewakuowała się w porę, unikając paniki i śmiertelnego zagrożenia. Chciałby do nich dołączyć, ale był marynarzem floty wojennej i musiał spełniać swoje obowiązki. Rosjan się specjalnie nie obawiał, bo we własnej opinii nie miał sobie nic do zarzucenia: przez całą wojnę wypełniał rozkazy, robił, co do niego należało, walcząc w ten sposób za swój kraj. Docierały do niego wieści o okrucieństwach SS wobec ludności w okupowanych krajach oraz o zagładzie Żydów. Tym specjalnie nie współczuł, gdyż sprzed wojny pamiętał kupców żydowskich w Kilonii cieszących się bogactwem, o którym jego ojciec, ciężko harujący całe życie, nie mógł nawet marzyć. To, że istnieli również Żydzi, którzy też do niczego nie doszli, mimo że ciężko harowali, jakoś nie wbiło mu się w pamięć.

Rozkaz ewakuacji do rodzinnego miasta przyjął z zadowoleniem. Lepiej było znaleźć się w pobliżu żony i syna, gdy Rzesza zapadała się w chaos. Krieger dysponował jednym z ostatnich w Gdyni zdolnym do działania okrętem, który był w stanie wymknąć się rosyjskiej flocie i lotnictwu. W dowództwie, na ostatniej odprawie przez wyjściem z portu, kapitan dowiedział się jednak, że zadanie jest bardziej złożone. Jego obowiązkiem było eskortowanie i bezpieczne doprowadzenie do Kilonii SU-2. Litera „S” oznaczała Sonder U-boot, specjalny okręt podwodny. Była to jednostka eksperymentalna, zaliczana do Wunderwaffe, cudownej broni, która miała jeszcze uratować hitlerowskie Niemcy. Cały projekt był tak tajny, że Krieger nawet nie pytał, o co chodzi.

Rozkazy zostały sformułowane jasno: SU-2 musi za wszelką cenę dotrzeć do Kilonii, a torpedowiec Kriegera ma zrobić wszystko, aby się to powiodło. Wszystko w krańcowej sytuacji oznaczać mogło poświęcenie okrętu. Ustalono, że torpedowiec popłynie na czele zespołu. W przypadku napotkania silniejszego wroga miał za zadanie ściągnąć na siebie jego uwagę, umożliwiając okrętowi podwodnemu niezauważone zanurzenie się.

Mimo tak postawionego zadania Krieger, wracając na okręt po odprawie, był dobrej myśli. Niebo pokrywały ciemne, śniegowe chmury. W nocy zanosiło się na zadymkę, co zwiększało szanse na uniknięcie wykrycia. Ustalono, że torpedowiec i SU-2 opłyną cypel Helu i pójdą na zachód tuż przy brzegu półwyspu, pomiędzy nim a polem minowym znajdującym się dwie mile od plaży. Nawigowanie w pobliżu brzegu podczas śnieżycy nie należało do łatwych zadań, ale Krieger, dobrze znający te akweny, wolał to od paradowania podczas jasnej, księżycowej nocy pod nosem rosyjskich okrętów i samolotów. Zespół po dojściu na wysokość latarni Stilo miał oddalić się od brzegu, ominąć pola minowe od północy, podejść pod Bornholm, a stamtąd najkrótszą trasą do Kilonii.

Dochodziła dziewiąta wieczór. Wyjście z portu zaplanowano na jedenastą, a spotkanie na redzie z SU-2 miało nastąpić kwadrans później. Krieger zbliżał się do swojego torpedowca, idąc wzdłuż nabrzeża. Co chwilę nocne niebo nad portem rozjaśniał pomarańczowy błysk, a w powietrzu przetaczał się huk silniejszy od gromu. To „Gneisenau” prowadził z ciężkich dział ogień do wojsk przeciwnika podchodzących do Gdyni. Pancernik z powodu uszkodzeń nie był zdolny do wyjścia z portu. Zresztą i tak nie miał już dokąd płynąć. Krieger dowiedział się w sztabie, że „Gneisenau” ma zostać zatopiony w wejściu do portu, aby go zablokować. Na razie jednak okręt służył jako pływająca bateria, o sile ognia większej od lądowej brygady artylerii. Wyrzucał tony stali i trotylu, siejąc zniszczenie na przedpolu portu. Z jego luf w regularnych odstępach wytryskiwały jęzory płomieni kontrastujące z ołowianym niebem.

W takiej scenerii Krieger wkroczył po trapie na pokład swojego torpedowca. Poinformował oficera wachtowego o bliskim wyjściu w morze i polecił mu przygotować do tego okręt. W sztabie dowiedział się, że ma zabrać na pokład grupę cywili. Chociaż była to prawdopodobnie ostatnia okazja, aby opuścić port drogą morską, dowództwo uznało, iż torpedowca nie należy zbytnio obciążać, gdyż eskortowanie SU-2 stanowi zadanie o najwyższej randze. Inna rzecz, że chętnych do ewakuacji morzem nie było zbyt wielu. Miesiąc temu całe tłumy pchały się na każdy statek opuszczający port, ale po storpedowaniu „Wilhelma Gustloffa”, który zabrał ze sobą na dno kilka tysięcy ludzi, sytuacja się zmieniła. Krieger miał zabrać ze sobą na okręt jedynie dwóch inżynierów pracujących podczas wojny w gdyńskich wodociągach, których dowództwo uznało za specjalistów cennych dla Rzeszy, oraz kilku nazistowskich notabli, którzy zdawali sobie sprawę z faktu, że dla nich utonięcie w lodowatym morzu jest lepszą perspektywą niż dostanie się w ręce Rosjan bądź Polaków. Cała grupa właśnie zjawiła się przy trapie. Krieger odbył z nimi krótką rozmowę, aby ustalić, czy któryś z nich może okazać się przydatny podczas rejsu, gdyby trzeba było uzupełnić straty w załodze. Doszedł do wniosku, że z wodociągowców może być od biedy jakiś pożytek w maszynowni, natomiast całą resztę stanowczo poprosił, aby nie opuszczali mesy i nie szwendali się po okręcie.

Krieger miał zaufanie do swoich ludzi, ale pomimo tego spędził godzinę na sprawdzaniu, czy okręt jest gotowy do wyjścia w morze.. Zbyt zależało mu na dotarciu do Kilonii, aby podejmować ryzyko, że coś zawiedzie.

Punktualnie o dwudziestej trzeciej torpedowiec odbił od kei. Piętnaście minut później, zgodnie z planem, spotkał na redzie SU-2. Krieger z ciekawością przyjrzał się tajnej jednostce. Na pierwszy rzut oka okręt wyglądał jak typowy U-boot. Inna rzecz, że niewiele wystawało ponad wodę. Pokład przebiegał ledwie ponad metr nad linią wodną, jedynie kiosk sterczał wyżej. Tutaj faktycznie dało się dostrzec pewne różnice. Zamiast walcowatej nadbudówki z masywną osłoną pomostu nawigacyjnego SU-2 posiadał coś na kształt wąskiej płetwy grzbietowej, płynnie opadającej w kierunku tylnego pokładu, który też miał inny kształt niż u seryjnie budowanych okrętów podwodnych.

Torpedowiec wyszedł na czoło zespołu, a SU-2 zajął miejsce za jego rufą. Jak na zamówienie zaczął padać śnieg. Z ołowianych chmur wiszących nisko nad morzem leciały ciężkie, mokre płatki posklejane w duże kłębki. Nie był to styczniowy śnieg, składający się z drobnych, zmrożonych kryształków, lecz mokry, intensywny śnieg marcowy, którego w kwadrans potrafi napadać dziesięć centymetrów i który potrafi następnie w ciągu pół godziny zniknąć. Zadymka była tak intensywna, że widoczność spadała niemal do zera. Krieger nie miałby nic przeciw temu, aby następnym, co zobaczy spoza śniegu, była boja oznaczająca tor wodny przy wejściu do Kilonii.

Śnieg padał spokojnie, nie było silnego wiatru. Ciężkie płatki spadały szybko, niemal prosto, bez wirowania. Nagle spoza chmur dobiegł dźwięk silników lotniczych. Odgłos zbliżał się i potężniał. Krieger domyślił się, że artyleria „Gneisenaua” dała się we znaki wojskom zdobywającym Gdynię i że ich dowództwo postanowiło zrobić z tym porządek. Wśród chmur na port nadlatywała potężna formacja. Nie było nic widać, ale odgłos pochodził od kilkudziesięciu silników. W takich warunkach pogodowych normalne bombardowanie z dużej wysokości było niemożliwe. Musiały to więc być szturmowce atakujące z lotu koszącego, na niskich wysokościach. Dla nich zadymka z jednej strony stanowiła problem, gdyż trudno było zlokalizować cel, lecz z drugiej strony, gdy samolot szczęśliwie go znalazł, to artyleria przeciwlotnicza miała niewielkie szanse, aby trafić napastnika wyskakującego z chmur tuż nad okrętem.

Torpedowiec Kriegera sunął wśród zamieci. Nagle, jak to w marcu bywa, trafiła się przerwa w chmurach. Śnieg przestał sypać jak nożem uciął i torpedowiec wraz z okrętem podwodnym znalazły się na spokojnym morzu, oświetlonym jasnym światłem księżyca. W tym momencie z chmur wyskoczył rosyjski Ił, obciążony wielką bombą zawieszoną pod kadłubem, lecący kilkanaście metrów nad falami. Obie strony były równie zaskoczone. Działa przeciwlotnicze na okrętach nie zdążyły oddać ani jednego strzału. Samolot nie zmienił nawet kierunku lotu. Tak się jednak złożyło, że nadleciał wprost na SU-2. W przelocie, nie usiłując skręcać, obniżył nieco nos i oddał ze swojego czterdziestomilimetrowego działka serię strzałów w kierunku okrętu podwodnego, po czym zniknął w chmurach tak nagle, jak się pojawił. Krieger położył torpedowiec w gwałtowny zwrot. Gdyby samolot zawrócił i chciał zrobić użytek ze swojej bomby, lepiej było ustawić się burtą do spodziewanego kierunku ataku. Można było wtedy wykorzystać do obrony zarówno dziobowe, jak i rufowe działka przeciwlotnicze. Poza tym samolotowi znacznie łatwiej jest umieścić bombę w celu, gdy leci wzdłuż pokładu niż w poprzek, bo trudniej o ustalenie właściwej odległości niż kierunku.

Samolot jednak nie powrócił. Przeznaczył widać bombę dla pancernika w porcie i szkoda mu jej było na mniejsze, napotkane przypadkiem kąski. Chmury ponownie się zwarły i torpedowiec pogrążył się w śnieżnej zadymce. Na skutek gwałtownego manewru wymuszonego nalotem stracił kontakt z okrętem podwodnym, który zniknął gdzieś pośród zamieci. Przed wyjściem z portu ustalono, że obowiązywać będzie cisza radiowa, a zapalenie reflektora mogło ponownie zwabić przelatujące samoloty. W tej sytuacji Krieger rozkazał zastopować silniki i uruchomić hydrolokator, licząc, że uda się uzyskać namiar na SU-2. Mimo wysiłków operatora hydrolokator niczego jednak nie wykrył.

– Może oni wpadli na ten sam pomysł – wyraził przypuszczenie oficer wachtowy. – Też zastopowali i usiłują namierzyć nas.

Krieger uznał to za jedyne sensowne wytłumaczenie. Inaczej znajdujący się blisko okręt podwodny musiałby zostać wykryty przez szumonamiernik.

– Mała naprzód – rozkazał Krieger. – Kurs zero sześćdziesiąt.

Torpedowiec wolno sunął przez padający śnieg. Jeśli SU-2 korzystał z hydrolokatora, powinien teraz łatwo uzyskać namiar. Tak też się stało. Okręt podwodny niczym duch wyłonił się z zadymki. Zamiast jednak zająć swoje miejsce za rufą torpedowca, zbliżał się do jego burty. Krieger domyślił się, że dowódca SU-2 chce mu coś przekazać, a nie zamierza korzystać z radia. U-boot ustawił się równolegle do torpedowca w odległości pięćdziesięciu metrów. Na jego nadbudówce zamigotała lampa sygnałowa.

– Samolot uszkodził zbiorniki sprężonego powietrza – odczytał Krieger. – Nie mogę się zanurzać. Naprawa na morzu niemożliwa.

– Czy chcesz wracać do portu? – za pośrednictwem sygnalisty zapytał dowódca torpedowca.

– Nie – odpowiedział krótko SU-2.

– Płyniemy dalej zgodnie z planem – zakończył rozmowę Krieger.

Nie dziwił się, że dowódca okrętu podwodnego nie prosił o powrót do portu. Odgłosy eksplozji niosły się po całej zatoce. Samoloty, atakujące z pasją pancernik, zamieniły cały port w piekło. Możliwość przeprowadzenia poważnej naprawy okrętu po takim nalocie stała pod znakiem zapytania. Atak w każdej chwili mógł się powtórzyć. Ponadto nie było do końca pewne, w czyich rękach port będzie rano, gdyż kolumny pancerne nieprzyjaciela napierały od lądu z determinacją. SU-2, nawet bez możliwości zanurzenia, miał większe szanse przemknąć pośród śnieżnej zadymki do Kilonii, niż przetrwać w oblężonym porcie gdyńskim.

Zespół kontynuował rejs. Po dwudziestu minutach okręty minęły cypel Helu i położyły się na kurs zachodni. Korzystając z chwilowej poprawy widoczności, Krieger skontrolował pozycję względem półwyspu, gdyż przed wejściem w wąski przesmyk pomiędzy polem minowym a plażą chciał mieć pewność co do rzeczywistego położenia.

Śnieg to przestawał padać, to znów sypał, przechodząc chwilami w gęstą zadymkę. Na pokładzie i nadbudówkach torpedowca zebrała się jego gruba warstwa. SU-2 chwilami ginął z pola widzenia w zamieci, lecz konsekwentnie trzymał się za rufą torpedowca. Krieger z każdą przepłyniętą milą czuł się pewniejszy. Niestety, marcowa aura spłatała mu przykrą niespodziankę. W pewnej chwili chmury znikły odegnane wiatrem i torpedowiec pokryty warstwą białego śniegu znalazł się w pełnym blasku księżyca, widoczny jak na dłoni. Samo to nie byłoby jeszcze niczym groźnym, jednak od strony morza, w odległości nie większej niż trzy mile, równie jasno świeciła sylwetka dużego okrętu. Przed nią o pół mili dało się dostrzec drugi, mniejszy okręt.

– Z prawej burty krążownik klasy „Gorki” – zameldował natychmiast wachtowy. – Kurs równoległy, odległość trzy mile. Pół mili przed nim niszczyciel klasy „Bystryj”.

Krieger zaklął w duchu. Że też to cholerne, stare pudło, które stało przez trzy lata zablokowane w Leningradzie i które – nie wiadomo jakim cudem – przetrwało naloty Luftwaffe, musiało się znaleźć akurat tutaj. Kilonia się oddalała.

Na pomoście krążownika zamigotała lampa sygnałowa.

– Nadają sygnał rozpoznawczy – poinformował wachtowy regulaminowo, lecz bez potrzeby, gdyż wszyscy obecni na mostku torpedowca patrzyli przez lornetki w kierunku okrętu przeciwnika.

Krieger postanowił zyskać na czasie. Miał w pamięci rozkaz, aby za wszelką cenę ratować eskortowany okręt podwodny, który z powodu uszkodzeń nie mógł skryć się w zanurzeniu. Kapitan zastanawiał się, czy przeciwnik dostrzegł SU-2. Jego niska sylwetka z niewielką nadbudówką nie wyróżniała się na tle ciemnego lądu. Zakładając, że uszło to na razie uwadze nieprzyjaciela, należało zrobić wszystko, aby tak zostało. Torpedowiec musiał ściągnąć na siebie całą uwagę, dając okrętowi podwodnemu szansę na niepostrzeżoną ucieczkę.

– Nadać po rosyjsku, otwartym tekstem: torpedowiec „Liejtnant Wołkow” – rozkazał Krieger, przypominając sobie nazwę okrętu o podobnej sylwetce, który o ile było mu wiadomo, operował na Bałtyku. Helmut, sygnalista, mówił po rosyjsku. Niestety, kodu stosowanego w radzieckiej marynarce, rzecz jasna, nie znał.

Helmut nadał sygnał, błyskając lampą w kierunku krążownika.

– Mam nadzieję, że to da im do myślenia – stwierdził Krieger.

Niestety, nie dało. Zamiast próbować dalszej komunikacji za pomocą lampy sygnałowej, krążownik postanowił wyrazić swoją opinię na temat tożsamości napotkanego okrętu przy pomocy artylerii. Z jego luf trysnęły pomarańczowe języki ognia, dodatkowo rozświetlając morze i tak jasne w blasku księżyca.

– Chyba masz zły akcent, Helmut. Nie uwierzyli ci – stwierdził oficer artyleryjski torpedowca.

Krieger uważał się za osobę z poczuciem humoru, ale w tej sytuacji nie było mu do śmiechu. Zanim jednak zdążył zrobić jakąś uwagę, pociski krążownika pokonały krótki dystans pomiędzy okrętami. Salwa była o dwieście metrów za krótka, ale mimo to krople z gejzerów wywołanych eksplozją sięgnęły pokładu torpedowca. Z artylerią tego kalibru nie było żartów. Krieger spojrzał w kierunku SU-2. Okręt podwodny wykonywał wolno zwrot ku brzegowi. Jego dowódca chciał ustawić się rufą do krążownika, aby sylwetka maksymalnie skróciła się na tle lądu. Poza tym niewielka fala szła właśnie w tym kierunku i okręt podwodny, płynąc zgodnie z nią, najmniej zakłócał powierzchnię morza. Podczas księżycowej nocy ślad torowy, łamiąc układ fal, mógł być bardziej widoczny niż sam niski okręt. Z tego też powodu SU-2 manewrował na niewielkiej prędkości. Woda spieniona przez śrubę mogłaby niebezpiecznie lśnić w świetle księżyca. Krieger doszedł do wniosku, że okręt podwodny radzi sobie całkiem nieźle. Po dokonaniu zwrotu miał szanse umknąć niezauważony na wschód przy samym brzegu. Należało mu trochę w tym dopomóc, a potem pomyśleć o własnej skórze.

– Zasłona dymna. – Krieger przekazał polecenie do maszynowni.

Z komina torpedowca zaczął buchać gęsty dym. Lekki wiatr znosił go za rufę okrętu. Chmura kładła się nisko nad falami. Powinno to dodatkowo utrudnić nieprzyjacielowi wykrycie SU-2. Krieger planował pozorować przez chwilę ucieczkę w kierunku zachodnim, odciągając krążownik i towarzyszący mu niszczyciel od okrętu podwodnego, starającego się umknąć w drugą stronę. Gdyby sytuacja stawała się krytyczna, torpedowiec mógł również zawrócić i próbować się schronić w snującym się za rufą dymie. Tymczasem krążownik zdążył wystrzelić drugą salwę, tym razem zbyt długą. Nie było na co czekać. Po następnej korekcie celownika ciężkie pociski mogły nakryć torpedowiec.

– Lewo trzydzieści – rozkazał Krieger, robiąc unik w kierunku brzegu. – Ognia!

Armata na dziobie torpedowca już od kilku chwil była skierowana na krążownik. Po wydaniu komendy bez dalszej zwłoki rozpoczęto ostrzał. Obsługa jedynego działa strzelała wspaniale. Już drugi pocisk znalazł się w celu. Krieger patrzył, jak raz po raz jasne błyski eksplozji wybuchają na tle ciemnej sylwetki okrętu wroga. Niestety, pociski z 88-milimetrowej armaty torpedowca nie były w stanie wyrządzić krążownikowi większej krzywdy. Co prawda na śródokręciu pojawił się na chwilę pożar, ale równie szybko zniknął. Prawdopodobnie od pocisku zapaliły się jakieś rupiecie w magazynie bosmańskim, a drużyna przeciwpożarowa poradziła sobie z tym sprawnie. Żywotne części okrętu, chronione pancerzem, nie były zagrożone. Krieger myślał z goryczą, że chociaż obsługa działa zasłużyła na Krzyże Żelazne, to równie dobrze można było podpłynąć blisko krążownika, zgarnąć trochę śniegu z pokładu i przywalić mu kulką. Efekt byłby podobny. Tymczasem krążownik, choć strzelał z mniejszą częstotliwością i bardziej chaotycznie, też powoli wstrzeliwał się w cel. Gdy ostatnia salwa nakryła torpedowiec, pociski padły po obu burtach, zalewając okręt fontannami wody. Dalsza wymiana ognia artyleryjskiego nie mogła się dla Niemców dobrze skończyć. Należało skorzystać z broni, dla której torpedowiec został zbudowany.

– Prawo na burt, cała naprzód – rozkazał Krieger. – Przygotować aparaty torpedowe.

Okręt, dotąd umykający w stronę brzegu, zawrócił w stronę krążownika i gnał w jego kierunku całą mocą maszyn. Krieger pamiętał jednak, że pomiędzy nim a okrętami przeciwnika znajduje się pole minowe. Nie mógł podpłynąć do krążownika na odległość stwarzającą szansę na celny strzał torpedą, nawet gdyby artyleria przeciwnika do tego dopuściła. Jego zamiar był następujący: wystrzelić torpedy ze skraju pola minowego, pozorując, że torpedowiec wycofał się przed podejściem na odległość skutecznego strzału na skutek ognia krążownika. Przeciwnik powinien wykonać wtedy unik, aby zejść z linii strzału torped. Naturalnym odruchem będzie zwrot w lewo, w kierunku torpedowca, na skutek czego krążownik znajdzie się na polu minowym.

Torpedowiec pędził całą mocą maszyn pośród gejzerów wzbijanych przez pociski nieprzyjaciela. Torpedyści zbierali współrzędne celu.

– Odległość dwie mile i trzy kable – meldował dalmierzysta. – Kurs przeciwnika dwieście osiemdziesiąt, prędkość dwadzieścia węzłów.

Oficer torpedowy obliczył parametry strzału. Krążownik strzelał już nie tylko z dział głównego kalibru, lecz ział ogniem ze wszystkich luf. Do ostrzału przyłączył się również niszczyciel, który otrzymał widocznie namiary celu od swojego okrętu prowadzącego. Wokół torpedowca gęstniała nawała ognia. Dalsze zbliżenie do zespołu nieprzyjaciela byłoby szaleństwem, tym bardziej, że niebezpiecznie przybliżał się skraj pola minowego.

– Aparatten eins und zwei – rozkazał Krieger. – Torpedo los!

Z dwu rur na lewej burcie okrętu wystrzeliły smukłe cygara. Torpedowiec dokonał zwrotu o kilka stopni w lewo, kierując w stronę przeciwnika aparaty prawoburtowe. Po chwili na rozkaz dowódcy z nich również wystrzelono. Teraz salwa czterech torped mknęła pod powierzchnią ciemnego, posrebrzonego księżycem morza w kierunku wrogiego, ziejącego ogniem okrętu. Sprężone powietrze, uwalniając się po przejściu przez turbinki napędowe torped, tworzyło na falach wyraźne, fosforyzujące smugi.

– Lewo na burt – rozkazał kapitan.

Nadeszła pora, by uciekać. Rozpędzony torpedowiec położył się w ciasny zwrot, odchylając się od pionu pod wpływem siły odśrodkowej. Nadlatywała kolejna salwa. Ludzie na mostku instynktownie skulili się, poznając po intensywnym wyciu pocisków, że tym razem padną one jeszcze bliżej niż poprzednie. Wokół torpedowca wyrosły nowe gejzery wody, ale dodatkowo towarzyszył temu odgłos uderzenia dobiegający od rufy. Nie był to jednak huk eksplozji. Krieger rzucił się na skrzydło mostka, aby spojrzeć w tył i ocenić, co się stało. W pokładzie na śródokręciu i poniżej, w lewej burcie, widniały dwie dziury o krawędziach z postrzępionych blach. Przez otwory buchały kłęby pary. Dało się odczuć, że okręt traci prędkość. Krieger podbiegł do telefonu w sterówce.

– Z pierwszym mechanikiem – rzucił do słuchawki. – Co jest, szefie? – zapytał po chwili, gdy tamten zameldował się przy telefonie.

Przez chwilę słuchał wyjaśnień.

– Za dwie minuty chcę mieć pełną prędkość – rozkazał na koniec i odwiesił słuchawkę. Zbyt wysoko cenił inteligencję szefa maszynowni, aby wdawać się w uzasadnienia, czemu niewskazany jest postój w pobliżu nieprzyjacielskiego krążownika, który miał ochotę postrzelać sobie za całe trzy lata blokady w porcie.

– To był niewypał – wyjaśnił Krieger pozostałym oficerom na mostku. – Przeszedł przez pokład i wyszedł przez burtę, nie eksplodując. Po drodze uszkodził rurociąg prowadzący parę z kotła do turbiny.

– Mechanicy dadzą sobie z tym radę? – raczej stwierdził, niż zapytał oficer artyleryjski.

Odpowiedź Kriegera zginęła w huku kolejnej salwy.

W momencie kiedy niewypał uderzył w torpedowiec, w maszynowni rozległ się świst uchodzącej z rozbitego rurociągu pary i pomieszczenie błyskawicznie wypełniło się białymi, gorącymi oparami. Jeden z palaczy instynktownie zamknął metalowe drzwi prowadzące z kotłowni do maszynowni, dzięki czemu w kotłowni można było przebywać. Dwu maszynistom znajdującym się w chwili trafienia w maszynowni nie dało się chwilowo pomóc. Jeśli nie zginęli od razu, była szansa, że zdołali się ewakuować przez właz awaryjny prowadzący na pokład rufowy.

W kotłowni, w pobliżu zamkniętych drzwi do wypełnionej parą maszynowni, zgromadziło się kilku ludzi, dyskutujących gorączkowo pod kierunkiem pierwszego mechanika.

– Czy rurociąg jest przerwany przed zaworem czy za? – zapytał szef.

Było to pytanie o podstawowym znaczeniu. Parę wytwarzaną w kotle doprowadzały do turbiny dwa rurociągi biegnące wzdłuż obu burt. Z chwilą, gdy jeden z nich uległ uszkodzeniu, ciśnienie spadło i okręt stracił prędkość. Gdyby dało się odciąć uszkodzony rurociąg i całą parę skierować na turbinę przez drugi, sytuacja zostałaby opanowana. Jeden rurociąg ma, rzecz jasna, mniejszą przepustowość niż oba łącznie, ale wynikająca z tego strata ciśnienia na turbinie byłaby niegroźna. Konstruktor przewidział możliwość odcięcia jednego z rurociągów na wypadek uszkodzenia. Przy wylocie do turbiny zainstalowane były zawory zwrotne, dzięki którym para doprowadzana nieuszkodzonym rurociągiem nie mogła uciekać z turbiny przez uszkodzenie na drugim rurociągu. Należało tylko powstrzymać dopływ pary z kotła do przerwanego przewodu. Zawór odcinający nie znajdował się jednak przy samym kotle, lecz w maszynowni. Główny mechanik obiecywał sobie, że jeśli wyjdzie z tego cało, to zaprosi konstruktora na piwo i zapyta go, czemu kazał ulokować go właśnie tam. Facet prawdopodobnie chciał dobrze. Chodziło mu pewnie o to, żeby palacze w ciasnej kotłowni nie uderzali głowami o pokrętło zaworu. Za tę wygodę należało jednak zapłacić teraz wysoką cenę. Gdyby zawór znajdował się przy samym kotle, wystarczyłoby go zakręcić od strony kotłowni. Niestety, zawór znajdował się w maszynowni i aby go zamknąć, należało odszukać go w kłębach gorącej pary. Pytanie zadane przez szefa maszyny oznaczało być albo nie być dla okrętu. Jeśli rurociąg został przerwany pomiędzy kotłem a zaworem, to nie było sposobu, aby powstrzymać wypływ pary. Żadne próby zaczopowania przerwanego przewodu nie miały szans powodzenia przy ciśnieniu wynoszącym kilkadziesiąt atmosfer. Jedyna metoda naprawy polegała na wygaszeniu pod kotłem i zrzucie pary przez zawór awaryjny. Jednak w takim wypadku ponowne uruchomienie kotła trwałoby długo. Zbyt długo dla okrętu stojącego w pobliżu ziejącego ogniem wrogiego krążownika. Jeśli natomiast odcinek rurociągu pomiędzy kotłem a zaworem był cały, a uszkodzenie miało miejsce dalej, w kierunku turbiny, była szansa na ocalenie torpedowca. Należało tylko odszukać zawór pośród gorących oparów.

– Myślę, że rurociąg do zaworu jest dobry – odpowiedział szefowi jeden z palaczy. – Zawór jest jakieś półtora metra od grodzi, a trafienie było dalej.

– Mnie się zdaje, że zawór jest ponad dwa metry od kotłowni – wtrącił swoje trzy grosze drugi palacz.

– Nie ma co gadać – zdenerwował się pierwszy mechanik. – Trzeba sprawdzić. I tak nie mamy innej szansy.

Nikt nie zapytał, jak można to sprawdzić. Ktoś musiał wejść do maszynowni wypełnionej gorącą parą. Było to niemal samobójstwo, lecz z drugiej strony, czekanie w bezruchu na trafienie przez rosyjski krążownik równało się temu samemu.

– Ja sprawdzę – odezwał się starszy motorzysta Schultz, mężczyzna pięćdziesięcioletni, mrukliwy, który zwykle w milczeniu pucował mechanizmy. Niewielu ludzi z załogi przypominało sobie, aby zdarzyło im się zamienić z Schultzem więcej niż trzy zdania na raz.

Tym razem również obyło się bez gadania. Skoro już znalazł się ochotnik, nikt nie podjął z nim dyskusji, czy na pewno wie, co robi. Ktoś musiał spróbować.

Schultz założył na kombinezon roboczy gumowany sztormiak, a na niego kolejny kombinezon. Przez krótką chwilę próbował założyć okulary ochronne, ale doszedł do wniosku, że nie uda mu się wtedy skutecznie ochronić reszty twarzy, a zresztą w kłębach pary i tak niczego nie byłoby widać. Wobec tego owinął głowę kilkoma ręcznikami, a na to założył kaptur sztormiaka. Miał kłopoty z oddychaniem, ale całą operację pośród gorącej pary w maszynowni i tak musiał wykonać na bezdechu. Kiedy był już gotów, pozostali opuścili kotłownię i zamknęli kolejne drzwi w grodzi. Schultz, na ile było to możliwe przez zawój na głowie, zaczerpnął tchu, wstrzymał oddech i zabrał się za otwieranie drzwi do maszynowni. Z początku nie chciały ustąpić, gdyż w pomieszczeniu panowało nadciśnienie, pomimo iż para uchodziła przez wybite pociskiem otwory. Kiedy jednak przy futrynie utworzyła się szczelina, ciśnienie w kotłowni wyrównało się i drzwi ustąpiły. Schultz poczuł pierwsze uderzenie gorąca przez swój ochronny strój. Opadł na kolana i zaczął pełznąć w kierunku zaworu. Przez zawój na głowie słyszał świst dobiegający z rozerwanego rurociągu. Nie mógł tego widzieć, lecz wiedział, że z wyrwy uciekała para przegrzana, a zatem niewidoczna jak powietrze. Dopiero na skutek rozprężenia i kondensacji zamieniała się w białe kłęby. Nisko, przy podłodze i chłodzonej od zewnątrz wodą morską burcie, para była rzadsza, spływała kroplami kondensatu po blachach. Schultz przeczołgał się około dwu metrów. Znajdował się teraz mniej więcej pod zaworem. Należało się podnieść i odszukać pokrętło. Nie było na co czekać, gdyż jego prymitywny ubiór ochronny z każdą chwilą nasiąkał i wkrótce mógł zacząć parzyć skórę. Mechanik podniósł się i namacał nad głową rurociąg. Mimo wstrzymanego oddechu czuł ogarniającą go falę gorąca. Sięgnął w lewo, poszukując zaworu. Nie było go w zasięgu ręki. Wyciągnął na ślepo ramię w prawo, aż natrafił na pokrętło. Zaczął kręcić, czując, że traci świadomość. Słyszał, jak świst uchodzącej pary cichnie, i gratulował sobie, że parę tygodni temu, przez nikogo nieproszony, nasmarował gwint na trzpieniu. Gdyby zawór stawił opór, słabnący w duchocie człowiek nie zdołałby go przymknąć. W momencie gdy odgłos uchodzącej pary ucichł zupełnie, Schultz padł nieprzytomny na blaszaną podłogę. Para ulatniała się z maszynowni przez przestrzeliny, zastępowana chłodnym morskim powietrzem napływającym przez nawiewniki.

Krieger na mostku torpedowca płynącego coraz wolniej, chociaż wciąż z rozpędem, w napięciu liczył upływające sekundy. Wreszcie poczuł, że obroty śruby na nowo wzrastają. Woda za rufą spieniła się i okręt zaczął odzyskiwać prędkość. Było już jednak za późno. Kiedy kapitan zamierzał sięgnąć po telefon, by wyrazić uznanie szefowi maszyny, na torpedowiec spadło uderzenie. Ludzie na mostku zostali powaleni na ziemię, oficera artyleryjskiego podmuch wyrzucił za burtę. Krieger podniósł się potłuczony z pokładu i spojrzał w kierunku rufy. Zrozumiał, że nie dopłynie do Kilonii. Pocisk ciężkiej artylerii trafił w bok rufy, zrywając poszycie na długości kilku metrów. Przez wyrwę do wnętrza wlewały się tony wody. Torpedowiec tonął, nabierając przechyłu na burtę i stopniowo zagłębiając rufę, na skutek czego dziób zaczął wychylać się ponad wodę. Jeśli załodze maszynowej udało się w porę pozamykać drzwi w grodziach wodoszczelnych, agonia okrętu mogła potrwać jeszcze dłuższy czas. W przeciwnym razie zatonięcie było kwestią kilku minut. Maszyna ponownie stanęła, ale okręt jakimś cudem reagował jeszcze na ster. Wykorzystując to, Krieger nakierował torpedowiec w kierunku nieodległego brzegu, aby do maksimum wykorzystać rozpęd nabrany ponownie pomiędzy naprawą uszkodzonego rurociągu a kolejnym trafieniem. Każde sto metrów bliżej brzegu miało olbrzymie znaczenie, gdyż każda minuta przebywania w lodowatej wodzie była kwestią życia i śmierci. Po zadbaniu o to, aby torpedowiec zatonął możliwie najbliżej zbawczej plaży, Krieger rozkazał przygotować się do opuszczenia okrętu i pomóc ludziom, którzy mogli być uwięzieni pod pokładem. Poza tym nie miał już wiele do zrobienia. Nie opuszczając mostku, zajął się obserwacją pola walki. Dowódca krążownika musiał wiedzieć, do czego służą torpedowce. Sens manewrów niemieckiego okrętu, śmiałego podejścia na bliski dystans i nagłego zwrotu był więc dla niego jasny. Rosjanie wiedzieli zatem, że zmierza ku nim salwa torpedowa. Być może widzieli już nawet pod powierzchnią morza smugi od sprężonego powietrza. Najwyższa pora, aby krążownik wykonał unik. Krieger, patrząc w napięciu przez lornetkę, dostrzegł wreszcie, że przeciwnik zmienia kurs. Dokonywał zwrotu w lewo, chcąc upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu: zejść z linii strzału torpedowego, a jednocześnie zbliżyć się do torpedowca, aby łatwiej go dobić. Po chwili sylwetka krążownika skróciła się, szedł teraz wprost na torpedowiec, nie przestając strzelać z dziobowych wież. Wreszcie nastąpiło to, na co Krieger czekał z nadzieją: przeciwnik wchodził na pole minowe. Na efekty nie trzeba było długo czekać. W pewnej chwili spod dziobu krążownika wystrzeliła fontanna wody. Rozpylona struga wyrzucona wybuchem miny utrzymywała się w powietrzu nienaturalnie długo, aż wreszcie spadła na pokład okrętu. Krążownik wytracał prędkość. Sam impet wybuchu częściowo go wyhamował, a ponadto dowódca, widząc, co się święci, nakazał całą wstecz. Po chwili okręt zastopował. Towarzyszący mu niszczyciel asekurował swojego lidera, gotów w razie potrzeby przyjąć jego załogę na pokład, na razie jednak trzymał się w bezpiecznej odległości. Dowódca niszczyciela bez wątpienia marzył o tytule Bohatera Związku Radzieckiego, ale najwyraźniej nie miał ochoty na odznaczenie pośmiertne. Kadłub krążownika wytrzymał wybuch. Okręt przechylił się na dziób, ale nie tonął. Szedł małą wstecz, wycofując się z pola minowego. Dowódca krążownika rozkazał zapalić reflektor. Wiedział, że jego światło nie ściągnie niemieckich samolotów, bo te już dawno ustąpiły pola przeciwnikowi. Dla uszkodzonego krążownika o ograniczonej zdolności manewrowania znacznie groźniejszy byłby atak kolejnych torpedowców. Dlatego Rosjanie woleli oświetlić pole walki, aby dostrzec ewentualnego napastnika z daleka i mieć czas powstrzymać go ogniem artylerii. Smuga ostrego światła z reflektora przesuwała się nad falami, podświetlając kłęby dymu z zasłony stawianej przez torpedowiec. W pewnej chwili oświetliła niemiecki okręt. Widząc przegłębiony na rufę, zadzierający ku niebu dziób wrak, Rosjanie uznali, że nie ma już potrzeby marnować kolejnych pocisków. Światło reflektora powędrowało dalej.

Krieger, tkwiący na mostku tonącego okrętu, obserwował rozwój wydarzeń. Smuga światła sunęła nad falami, przecinając snujące się nisko kłęby dymu. W pewnej chwili natrafiła na niski kadłub okrętu podwodnego. Światło przesunęło się dalej i przez moment wydawało się, że Rosjanie nie dostrzegli SU-2. Jednak reflektor zmienił kierunek i oświetlił uciekający U-boot. W trakcie boju toczonego przez niemiecki torpedowiec odpływający ukradkiem okręt podwodny zbliżył się do brzegu i zdążył oddalić w kierunku wschodnim. Był teraz około pięciu mil od krążownika, lecz wciąż w zasięgu jego artylerii. Rosyjski okręt, choć uszkodzony, nie stracił nic z siły ognia. Jego działa ponownie zagrzmiały i nowe gejzery wystrzeliły z wody w pobliżu SU-2. Ostrzeliwany okręt podwodny przestał się martwić o ślad torowy. Uciekał teraz całą mocą maszyn. Krążownik jednak zdążył się już wstrzelić w nowy cel. Jego salwy padały coraz bliżej. Kiedy Krieger, wciąż tkwiący na mostku tonącego torpedowca, dostrzegł błysk trafienia, wiedział, że los okrętu podwodnego jest przesądzony. Poświęcenie torpedowca, desperacki atak torpedowy i zasłona dymna na nic się nie zdały. SU-2 nie dotrze do bazy. Obserwując jego ostatnie chwile, kapitan czuł satysfakcję tylko z jednego powodu: wykonał rozkazy do końca. Zrobił wszystko, co mógł, aby specjalny okręt podwodny ocalał.

Pierwsza połowa lat osiemdziesiątych XX wieku

 

 

Nad polaną wstawał czerwcowy świt. Niebo na wschodzie było już jasnobłękitne, górą nad głowami mieniło się różowoperłową zorzą, a od strony zachodniej było jeszcze ciemnogranatowe. Po krótkiej nocnej chwili wytchnienia od upału sosnowy młodniak otaczający polanę pachniał intensywnie, wydzielając leśne aromaty. Na długich igłach sosen i źdźbłach trawy zbierały się krople rosy, lśniące w promieniach słońca, które właśnie wschodziło zza starodrzewu.

Na skraju polany stało dwu mężczyzn, a poza nimi w lesie nie było śladu obecności nikogo innego. Polana leżała na terenie zamkniętego, rządowego ośrodka przeznaczonego na polowania dla osób cieszących się zaufaniem władzy. Dla innych wstęp był wzbroniony.

Dwaj mężczyźni, oczekujący ze sztucerami na skraju młodniaka na pojawienie się zwierzyny, mieli pełne prawo tu przebywać. Jeden z nich, pułkownik Kowalik, rządził Służbą Bezpieczeństwa w województwie katowickim i był nieustannie wymieniany jako kandydat na ministra spraw wewnętrznych. Z wyglądu przypominał małorolnego chłopa z Kieleckiego, którym w istocie byłby, gdyby nie rok 1945. Kowalikowie otrzymali wtedy ziemię z reformy rolnej, a przyszły pułkownik wstąpił na ochotnika do Milicji Obywatelskiej, aby wspierać władzę, która obdarowała w ten sposób jego rodzinę. Walczył w Bieszczadach, odniósł dwie rany i w nagrodę został skierowany na przyspieszony kurs oficerski. Był zawzięty, ale też na swój sposób przebiegły, dzięki czemu potrafił w porę wyczuć, skąd wiatr wieje. Chociaż jako świeżo wypromowany oficer wyróżniał się gorliwością, w momencie nadejścia odwilży październikowej jako jeden z pierwszych wystąpił z krytyką systemu stalinowskiego. To dało początek jego karierze na większą skalę, gdyż nowa władza pilnie potrzebowała swoich ludzi w aparacie bezpieczeństwa, sprawdzonych, lecz niezwiązanych na dobre i złe z poprzednią ekipą. Kowalik był ideowcem, lecz dość szczególnego rodzaju. Nastąpiło u niego pełne zlanie i pomieszanie idei z interesem prywatnym. Każdego wroga ustroju traktował jak wroga osobistego, co można było nazwać gorliwością. Dodatkowo każdego wroga osobistego czynił jednocześnie wrogiem publicznym i wykańczał, korzystając z możliwości podległego aparatu. W jego mentalności fakt, że za ofiarną służbę coś się należy, był zupełnie naturalny, więc przydzielał sobie bez skrupułów, co uważał za należne. Powszechnie wiadomo było, że nigdy nie zapominał i nie darował żadnych działań, które uważał za wymierzone przeciwko sobie. Z tego powodu niewielu ryzykowało konflikt z nim, a ci, którzy zaryzykowali, wychodzili na tym bardzo źle. Skrupulatnie zbierał na wszystkich haki. Kogo nie potrafił podporządkować sobie szantażem, niszczył prowokacjami i pomówieniami. Zajmował od wielu lat w strukturach bezpieczeństwa pozycję, z którą liczyć musieli się nawet członkowie Biura Politycznego.

Drugi z myśliwych, major Szczepański, był pod wieloma względami przeciwieństwem Kowalika. Młodszy o prawie dwadzieścia lat, reprezentował następne pokolenie funkcjonariuszy bezpieczeństwa. Był wybitnie inteligentny i starannie wykształcony, miał dyplomy dwóch fakultetów, otrzymane nie za zasługi dla władzy, lecz normalną drogą. O ile pułkownik był na swój wypaczony sposób ideowy, to major jakiekolwiek idee wyznawał tylko w takim stopniu, w jakim było to wymagane na użytek zewnętrzny. Prywatnie uważał, że wartość idei socjalistycznej jest warta dokładnie tyle, ile wynosi wartość bojowa radzieckich dywizji stojących na jej straży. Liczyły się dla niego tylko skuteczność i pragmatyzm. Potrafił z całym cynizmem wyśmiać wszelkie inne wartości. Załatwić przeciwnika umiał niemal równie skutecznie jak Kowalik, robił to jednak bardziej elegancko, z zachowaniem pozorów przyzwoitości. Miał za sobą kilka lat pracy za granicą, gdzie działał w wywiadzie pod przykrywką pracy w ambasadzie. Niedawno został skierowany do kierowania gdańską Służbą Bezpieczeństwa, gdyż władze uznały, że do walki z Solidarnością, która toczyła się na oczach korespondentów prasy zagranicznej, potrzeba kogoś o bardziej światowych manierach.

Obaj panowie znali się dobrze z licznych narad, szkoleń i polowań. Wybrali się razem na stanowisko łowieckie na polanie, gdyż mieli coś do omówienia. W takich warunkach, pośród zagajników i pól, bez możliwości podsłuchu, zapadały często ważne ustalenia, które potem były konsekwentnie realizowane, mimo że próżno było ich szukać w jakichkolwiek oficjalnych protokołach.

Przez pierwsze pół godziny mężczyźni stali obok siebie ze sztucerami gotowymi do użycia, gdyby jakaś zwierzyna wyszła na strzał. Prowadzili mało znaczącą rozmowę, informowali się nawzajem, co słychać, wspominali poprzednie polowania i popijawy. Wreszcie Szczepański uznał, że pora przejść do rzeczy.

– Słuchaj – rozpoczął – chciałem cię prosić o przysługę.

– O co chodzi? – Pułkownik Kowalik był konkretny, kiedy mówiło się o interesach.