Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
60 osób interesuje się tą książką
Dzieli ich wszystko, a połączy jedno przypadkowe spotkanie.
Knox Welchman urodził się we wpływowej rodzinie, a jego przyszłość jest z góry zaplanowana. Jako najstarszy syn i wnuk nosi na sobie ciężar oczekiwań ojca i dziadka, natomiast sukces stał się dla niego obowiązkiem.
Choć z zewnątrz jego życie wygląda idealnie, Knox coraz częściej czuje się wypalony i samotny. Luksus, który go otacza, zaczyna przypominać klatkę.
Z kolei Aislinn żyje po drugiej stronie rzeczywistości. Uciekła z rodzinnego domu i tkwi w toksycznym związku z agresywnym, starszym od siebie mężczyzną. Nie związała się z nim z miłości, lecz z braku alternatywy.
Ich spotkanie zburzy na zawsze zasady, według których żyli. Czy zechcą spróbować czegoś nieznanego?
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 535
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © for the text by Agata Moore
Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Joanna Błakita
Korekta: Katarzyna Dziedzicka, Dominika Kalisz-Sosnowska, Aleksandra Płotka
Skład i łamanie: Paulina Romanek
Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek
ISBN 978-83-8418-754-8 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
A-ha – Take on Me
Whitney Houston – I Wanna Dance with Somebody (Who Loves Me)
Cyndi Lauper – Girls Just Want to Have Fun
Michael Jackson – The Way You Make Me Feel
Fleetwood Mac – Everywhere
Belinda Carlisle – Heaven Is a Place on Earth
Madonna – La Isla Bonita
Irene Cara – What A Feeling
Alice Cooper – Poison
Berlin – Take My Breath Away
Big Mountain – Baby, I Love Your Way
Glenn Medeiros – Nothing’s Gonna Change My Love for You
Patrick Swayze, Wendy Fraser – She’s Like the Wind
Morandi – Angels (Love Is the Answer)
Twoface – Fire in Your Eyes (Ay Ay)
The Police – Every Breath You Take
Michael Jackson – Billie Jean
Daryl Hall & John Oates – Out of Touch
Simply Red – If You Don’t Know Me by Now
Bon Jovi – Livin’ on a Prayer
Disturbed – The Sound of Silence
Black – Wonderful Life
Enya – Only Time
Scorpions – Send Me an Angel
Enya – Wild Child
The Mamas & The Papas – California Dreamin’
Desireless – Voyage voyage
Tom Petty and the Heartbreakers – Learning to Fly
Scorpions – Wind of Change
Ben E. King – Stand by Me
Ubi amor, ibi dolor
Dla wszystkich, którzy pokochali za bardzo.
W Fire on Fire dzieje się wszystko, co złe – handel bronią i narkotykami, przemoc, morderstwa, brutalne tortury. Te wątki zostały dokładnie i obrazowo opisane, więc zachowaj szczególną ostrożność podczas czytania. Oprócz tego poruszone są także kwestie oddania dziecka do adopcji, śmierci bliskiej osoby, konfliktów rodzinnych – jeżeli to dla ciebie tematy wrażliwe, zastanów się nad lekturą.
Na samym początku chciałabym zaznaczyć, że akcja Fire on Fire dzieje się na przestrzeni dwudziestu lat. W książce często pojawiają się celowe przeskoki czasowe. A to, co rozegrało się pomiędzy tymi punktami w czasie, pozostawiam Waszej wyobraźni – ja prowadziłam dalej jedynie najistotniejsze wątki.
Seria „Fircrest” składa się z czterech części:
Historia Madei i Kalliasa: Secrets and Lies oraz Until We Break – tomy 1 i 2,
Historia Aislinn i Knoxa: Fire on Fire – tom 0,
Historia Elmiry i Kyle’a: Sweet Sin – tom 3.
Choć te książki opowiadają o innych bohaterach, razem tworzą całość. Jeśli macie ochotę przeczytać tylko jedną historię – śmiało, nie musicie znać poprzednich. Ostrzegam jednak, że w każdym z tomów znajdują się spoilery do pozostałych, więc jeśli nie chcecie zepsuć sobie przyjemności z poznawania mieszkańców Fircrest, zachęcam do czytania w dokładnie takiej kolejności: Secrets and Lies, Until We Break, Fire on Fire, Sweet Sin.
Buziaczki
Aga <3
Ich miłość była niczym ogień.
A po płomieniach zostaje tylko popiół.
Knox
Marzec 2002
– Milion dolarów! – wykrzyknął mój ojciec, Sebastian Welchman, unosząc literatkę z brązowym alkoholem, i wycelował we mnie palcem. – Zarobiliśmy właśnie milion! I to dzięki mojemu synowi!
Nie odpowiedziałem niczym więcej niż zdawkowym uśmiechem, bo wiedziałem, że to nie jest moment do rozczulania się nad sobą. Widzieć dumę w oczach ojca, słyszeć ją w jego głosie – to zawsze miało dla mnie znaczenie. Podobnie jak w przypadku dziadka Wilhelma, który siedział w skórzanym fotelu, jak zawsze chłodny, ostro obserwujący świat. Staruszek uścisnął mocno moje ramię – ten gest wyrażał aprobatę.
– Musimy to uczcić – powiedział tata, a w jego tonie zadźwięczała nuta triumfu.
Chciałem odmówić. Ostatnio zawsze chciałem. Ale wiedziałem też, że gdybym to zrobił, musiałbym się tłumaczyć z powodów, które nawet w moich uszach brzmiałyby absurdalnie. Zamiast tego skinąłem głową i się zgodziłem, udając entuzjazm, którego nie czułem.
Po wyjściu z gabinetu skierowałem się prosto do pokoju Charlesa. Gdy zapukałem, usłyszałem jego zmęczone „wejdź”. Młodszy brat zawsze wydawał się żyć w innym świecie – pełnym notatek, podręczników, nieprzeczytanych książek i niedokończonych zadań.
Siedział na łóżku. Koszulę z logo prywatnej uczelni miał wymiętą, włosy w nieładzie, oczy podkrążone po kolejnej nocy spędzonej na nauce.
– Mam dość tej głupiej szkoły – stęknął, przerzucając kartkę.
– Przed tobą ostatni rok, wytrzymasz – odpowiedziałem spokojnie, gdy usiadłem na obrotowym fotelu przy jego biurku.
– Dlaczego ja nie dostałem fotograficznej pamięci? – narzekał, wyrzucając ręce w górę. – Wszystko byłoby łatwiejsze.
– Po prostu jestem od ciebie mądrzejszy – prychnąłem. – Fotograficzna pamięć nie ma nic do rzeczy.
– Kiedy była wojna secesyjna?
– Tysiąc osiemset sześćdziesiąty pierwszy. Trwała cztery lata – wyrecytowałem automatycznie, bez chwili namysłu.
Charles uniósł brwi, a ja zaśmiałem się cicho.
– To akurat podstawa wiedzy każdego Amerykanina – dodałem.
– Nikt nie chce grać z tobą w pokera, bo pamiętasz wszystkie karty – wytknął mi z irytacją. – Przyznaj wreszcie, że zabrałeś najlepsze geny z rodzinnej puli i nie zostawiłeś nic dla mnie! – podsumował dramatycznie.
– Zamiast tracić energię na narzekanie, przyłóż się do nauki – zasugerowałem spokojnie.
Westchnął ostentacyjnie i opadł na poduszki.
– Potrzebuję kokainy.
Wstałem, po czym palnąłem go lekko w głowę.
– Żartuję – mruknął.
– Ojciec chce iść jutro na kolację, uczcić transakcję na milion dolarów – oznajmiłem.
– To twoja transakcja? – zapytał, prostując się i szerzej otwierając oczy.
Nie odpowiedziałem. Ruszyłem do wyjścia, ale zerknąłem jeszcze przez ramię i posłałem mu wymowny uśmiech.
– KNOX! – krzyknął, gdy drzwi się za mną zamknęły.
On mi zazdrościł, ja – jemu. Choć wyglądał na wyczerpanego, nie ciążyła na nim odpowiedzialność za przyszłość rodziny. Gdyby dostał złą ocenę, ojciec byłby tylko zły, a może nawet by tego nie skomentował. Gdybym zaś ja nawalił w firmie, rozczarowanie na twarzy mężczyzny zobaczyliby wszyscy. A to było dla mnie najgorsze. Nie potrzebowałem słów aprobaty i wychwalania mnie, ale też nie chciałem nikogo zawieść.
Postanowiłem pójść do salonu, do którego zdążyli się przenieść Sebastian i Wilhelm.
– Wiesz, że wszyscy są w tobie zakochani, synu? – rzucił półżartem, półpoważnie.
– Oczywiście – odparłem nieco zuchwale, choć tak naprawdę mnie to nie interesowało.
Dziadek obserwował mnie uważnie. Jego oczy były niczym dwa ostrza. Nie lubił słabości i nigdy nie oferował czułości, której czasem szukałem w ojcu. Wiedziałem, że według niego moja skuteczność w biznesie była wszystkim. A emocje – niekoniecznie. Dobrze więc, że dość szybko nauczyłem się ich nie okazywać. Do tego stopnia, że dziś praktycznie nie pamiętałem, czym są.
Niedługo później usiedliśmy całą rodziną przy stole w jadalni, gdzie czekała na nas kolacja przygotowana przez cały sztab kucharzy. Czułem ciężar wszystkiego: presję ojca, oczekiwania dziadka, ocenę matki oraz wzrok Charlesa, który wydawał się widzieć we mnie zarówno sukces, jak i wrodzoną przewagę, której nie potrafił zdobyć, nieważne, jak bardzo by się starał.
– Wiesz, że to tylko początek – powiedział ojciec, nalewający sobie whisky. – Jeden milion to nic w porównaniu z tym, co planujemy w przyszłym roku.
Słuchałem i przytakiwałem, udając zainteresowanie, chociaż w głowie miałem pustkę. Każde słowo, każdy plan brzmiały jak kolejny mur, który oddzielał mnie od normalnego świata, od swobodnego oddechu, od wolności.
Charles zaczął marudzić o swoim nowym zadaniu z historii, podczas gdy ja czułem się przytłoczony, bo byłem zbyt inteligentny, by się dostosować do bzdur, i jednocześnie zbyt młody, by w pełni rządzić własnym światem.
– Knox, może coś powiesz? – wtrącił ojciec, gdy zauważył, że milczę.
– Wszystko w porządku, tato. Lubię słuchać waszych rozmów – odpowiedziałem spokojnie, próbując nie dać po sobie poznać, że zaczynam powoli odczuwać duszność.
– Ostatnio bardzo mało się odzywasz. I jesteś strasznie blady – dodała matka z niepokojem. – Na pewno dobrze się czujesz?
Powietrze w salonie było gęste od aromatów jedzenia, whisky i perfum. Każdy wdech sprawiał, że serce biło szybciej, a płuca nie chciały pracować tak, jak powinny. W środku czułem ucisk, który narastał z każdą minutą.
– Chcesz się przejść na chwilę na zewnątrz? – zaproponował dziadek. Być może nie zdawał sobie z tego sprawy, ale właśnie mnie uratował. – Trochę świeżego powietrza ci nie zaszkodzi.
Skinąłem głową i wstałem. Wyszedłem z salonu, ignorując ciche mruknięcia ojca. Korytarz prowadzący do wyjścia był chłodny, oświetlony jedynie pojedynczymi lampami. Każdy krok eleganckich butów ze skórzaną podeszwą odbijał się echem od pustych ścian. Rezydencja była ogromna, urządzona z przepychem, ale ja częściej widziałem w niej więzienie niż rodzinny dom.
Gdy znalazłem się na tarasie, chłodny wiatr uderzył mnie w twarz. Oddychałem głęboko. Spojrzałem w dół, na ogród, i widziałem uporządkowane alejki, fontannę, w której woda odbijała księżyc, i samochody, które nigdy nie były tylko środkiem transportu, lecz symbolem sukcesu, luksusu oraz pieniędzy, ponieważ ojciec uwielbiał je kolekcjonować, a tym samym nie pozwalał nigdy nikomu nimi jeździć. Wszystko wokół krzyczało o bogactwie i kontroli. A ja? Zamiast cieszyć się z tego, co mam, i planować podbój świata, chciałem od tego uciec, najdalej jak się da.
– Wciąż cię dusi? – zapytał zbliżający się dziadek. Jego ton był neutralny, bez ciepła.
– Trochę – przyznałem. – Ale dam radę.
Nie wiedział, że nie chodzi tylko o powietrze. Chodziło o presję, o oczekiwania, o każdy ruch, który musiałem wykonywać perfekcyjnie. Każdy uśmiech, każda odpowiedź, każda decyzja – wszystko ważyło tony.
– Dobrze – powiedział. – Pamiętaj, że niezależnie od wszystkiego, jesteś częścią tej rodziny. I masz obowiązki. – I odszedł.
Czułem jednocześnie dumę i irytację. Dumę, bo wiedziałem, że nie każdy dostaje szansę, jaką ja miałem, i irytację, bo miałem świadomość, że ta szansa przychodzi razem z ceną, której poniesienia nie mogłem odmówić.
Do środka wróciłem po dłuższej chwili. Kolacja się zakończyła, a rodzinne spotkanie przeniosło się do salonu, gdzie Charles przeglądał dokumenty, a ojciec gestykulował, opowiadając mu o transakcjach. Biedak nic nie rozumiał. Chciał zająć miejsce w rodzinnej firmie, lecz nie był tak utalentowany jak ja. Aby się wdrożyć, będzie potrzebował zdecydowanie więcej czasu ode mnie.
– Wiesz, mam dla ciebie propozycję. – Sebastian nagle zwrócił się do mnie. – Myślę o nowym przedsięwzięciu. Chcę, żebyś je poprowadził.
Na moich barkach pojawił się kolejny ciężar. Kolejne oczekiwania, kolejne kroki, które musiałem przewidzieć i kontrolować. Już wcześniej wiedziałem, że życie w rodzinie Welchmanów nie jest zwyczajne. Każde zadanie było próbą, każdy sukces oceną, a każda porażka, nawet ta najmniejsza – gigantyczną katastrofą.
Zawiedzionego spojrzenia Charlesa nie dało się nie zauważyć. Chyba liczył, że to on będzie mógł w końcu się wykazać. Niestety, ojciec zabrał mu dokumenty sprzed nosa i wręczył je mnie.
– Jasne, tato – odpowiedziałem beznamiętnie. – Przeanalizuję to później.
Dziadek patrzył na mnie, jakby czytał każdą moją myśl. Nie zdziwiłby się, gdybym się załamał. Nie tolerował słabości, ale wiedział, że każdy człowiek ma swoje granice.
Charles odchrząknął i opuścił zebranie. Skierował się do drugiego salonu, gdzie stał fortepian, na którym obaj potrafiliśmy grać. Po chwili dobiegła nas piękna, ale intensywna i dramatyczna melodia. Muzyka często pomagała mu się wyzbyć negatywnych emocji.
Siedziałem, słuchałem rozmów Sebastiana i Wilhelma, ale ich nie słyszałem. Z każdą mijaną minutą czułem, że powoli zmierzam ku granicy wytrzymałości. Każde pytanie o przyszłość firmy, każde spojrzenie pełne oczekiwań, każdy komentarz o transakcjach na miliony dolarów – wszystko odbijało się echem w mojej głowie.
W końcu, ponownie pod pretekstem zaczerpnięcia świeżego powietrza, znów wyszedłem na taras. Spojrzałem w dal, na miasto rozświetlone nocnymi lampami, i pomyślałem, że nawet jeśli jestem tu zamknięty, to przynajmniej mogę obserwować świat z dystansu.
– Nie możesz cały czas uciekać – usłyszałem za sobą. Dziadek, oparty o laskę, stał nieruchomo, jak rzeźba.
– Nie uciekam – odpowiedziałem. – Po prostu oddycham.
Nie powiedziałem mu o duszności, nie powiedziałem mu o ucisku w klatce piersiowej. Nie chciałem okazać słabości. Bo w świecie Welchmanów na słabość nikt nie mógł sobie pozwolić. A jeśli to robił, to nie zasługiwał na to nazwisko.
– Dobrze – odparł spokojnie, choć wyczułem w jego głosie, że nie do końca mi ufał. Sam wrócił do środka, a ja nadal „oddychałem”.
Wiedziałem, że każdego dnia muszę walczyć z presją, zachować zimną krew i nigdy nie zawieść oczekiwań.
A mimo to nawet w tej klatce, w tym przytłoczeniu, wciąż tkwiła nuta dumy. Byłem Knoxem Welchmanem – synem Sebastiana i wnukiem Wilhelma, kimś, kto zna zasady gry i wie, jak w niej wygrać. I nawet jeśli czasem czułem się przytłoczony, wiedziałem, że to moje życie, moje wybory i moje starcie z oczekiwaniami, od których nie ucieknę.
Aislinn
Marzec 2002
Na dworze było już ciemno, kiedy wracałam z pracy. Jak zawsze miałam w uszach słuchawki, a lekko mroźny wiatr szczypał mnie w policzki. Owinęłam się szczelniej szalikiem, który dawno stracił miękkość, i naciągnęłam mocniej rękawiczki bez palców.
Tęskniłam za wiosną. Za latem. I za łąką pełną motyli niedaleko mojego domu, na którą chodziłam, gdy czułam się źle, a rodzice się kłócili. Choć wtedy tam uciekałam, dziś symbolizowała dla mnie coś innego – wolność.
Drzwi zaskrzypiały, gdy nacisnęłam klamkę. Ten dźwięk zawsze oznaczał jedno – że zaraz poczuję w żołądku znajome uczucie napięcia.
I rzeczywiście tak było.
Po wejściu do środka uderzył mnie zapach dymu papierosowego i piwa. Przesiąkał skórę i włosy, tak że czasem wydawało mi się, iż nigdy go z siebie nie zmyję. W salonie migotało światło telewizora, jedyne w całym domu. Odwiesiłam kurtkę i torebkę na haczyk, uważając, aby nie strącić jakichś dokumentów. Już raz to zrobiłam i Erick wszczął z tego powodu straszną awanturę.
Przeszłam do salonu, czując ciężar dnia na barkach. Marzyłam tylko o ciepłym prysznicu i łóżku.
Na starej kanapie siedział mój partner, rozwalony, z nogami na stoliku. Popijał piwo, oglądając mecz. Jego kilkudniowa bokserka była poplamiona, w skarpetce miał dziurę. Stary, wyblakły koc leżał w nieładzie obok. Pomyślałam, że gdyby ktoś zrobił mu zdjęcie, wyglądałby jak stereotyp toksycznego faceta.
I właściwie nim był.
– Cześć – mruknęłam.
Podniósł na mnie przekrwione oczy. Zawsze takie miał po kilku piwach. Albo po wódce, której niby „nie pił”.
– No w końcu raczyłaś wrócić do domu – naskoczył na mnie.
Mięśnie na karku napięły się automatycznie. Organizm lepiej pamiętał te sytuacje ode mnie.
Byłam zmęczona. Pragnęłam spokoju i ciszy, ale coś takiego w tym domu i z tym typem nie istniało.
– Gdzie byłaś, co? Znowu się szlajałaś? – dodał.
– Byłam w pracy, idioto – rzuciłam oschle. – Ktoś musi zarabiać, skoro ty cały czas leżysz i nic nie robisz.
W sekundę zerwał się z kanapy. Zawsze poruszał się tak nagle, szybko. Podszedł do mnie, pachnący potem, alkoholem i tanią wodą kolońską. Miał szerokie ramiona, grube mięśnie… i krótkie tiki, które zwiastowały wybuch.
– Mieszkasz w moim domu i oprócz zakupów nie musisz za nic płacić – wypomniał mi. – Ale nawet tego nie potrafisz zrobić.
Uniosłam pytająco brew.
– Piwo się skończyło! To jest ostatnie!
Gdy wcisnął mi butelkę niemal w twarz, instynktownie odepchnęłam jego łapę. Może zrobiłam to za mocno, a może on za lekko trzymał. Cenny trunek poleciał na podłogę, gdzie rozbił się z hukiem. Szkło i zimny alkohol rozprysnęły się po podłodze.
Zamarłam. Nie dlatego, że było mi szkoda piwa.
Tylko dlatego, że on BARDZO NIENAWIDZIŁ, kiedy coś mu się niszczyło.
– KURWA MAĆ! – wrzasnął na mnie. – Jesteś do niczego!
Coś gorącego przepełzło mi po kręgosłupie.
Złość.
– To zmień dziewczynę! – odwarknęłam. – Ale ty tego nie zrobisz, bo wiesz, że inna z tobą nie wytrzyma!
Erick wyraźnie drgnął. Chciał mnie uderzyć. Przez moment wydawało mi się, że rzeczywiście oberwę, ale w ostatniej chwili się powstrzymał.
Nie zawsze tak się działo. Czasami po tym jego drgnięciu następował mój ból.
Nie cofnęłam się. Spojrzałam na jego zaciśniętą pięść, później z powrotem w jego puste, podłe oczy.
– Tylko spróbuj – powiedziałam powoli. – A resztę życia spędzisz na wózku.
Zaśmiał się ochryple, nerwowo. Zawsze tak robił, gdy nie wiedział, czy za takie groźby ma mnie pobić, czy wyjść.
Tym razem na szczęście wybrał opuszczenie mieszkania.
Odsunął się ode mnie gwałtownie i puścił mi całą wiązankę przekleństw. Chwycił kurtkę, zrzucając przy tym moją. Trzasnął frontowymi drzwiami tak mocno, że jeden z tandetnych obrazów spadł ze ściany.
Odetchnęłam głęboko i przeczesałam dłonią włosy. Wyłączyłam wkurzający mecz piłki nożnej i opadłam na kanapę. Erick kupił ją kiedyś z drugiej ręki, twierdząc, że niczego nowego i ładnego i tak nie potrzebujemy. Wyjęłam papierosa z paczki leżącej na stole i dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że trzęsą mi się dłonie.
Nie byłam z nim z miłości ani z przywiązania. Raczej z braku lepszych opcji, alternatywy. Kiedy uciekłam z domu dwa lata temu, to on zaoferował mi zamieszkanie razem i zabezpieczał podstawowe potrzeby, takie jak jedzenie, ubrania czy kosmetyki. Gdybym miała inny wybór, na pewno nie związałabym się z dziesięć lat starszym facetem, ale wtedy Erick wydawał się moim jedynym ratunkiem. Dzisiaj wiem, jaki podły i toksyczny jest z niego człowiek.
Mogłabym go zostawić, ale nie miałabym dokąd pójść. Nie ufałam nikomu innemu, a Ericka i jego zachowanie już znałam. Choć bywał porywczy i agresywny, to przynajmniej wiedziałam, czego się mogę spodziewać.
Bawiąc się niezapalonym szlugiem, zbliżyłam się do okna. Gdyby nie było tak zimno, poszłabym się powłóczyć po ciemnych uliczkach, nacieszyć się samotnością, spokojem, muzyką w słuchawkach albo wsłuchać się w odgłosy motocykli. Ich warkot zawsze przypominał mi o wolności.
Właśnie wtedy, ku mojego zaskoczeniu, taki dźwięk przeciął noc i ucichł na podjeździe.
Wyciągnęłam telefon w tym samym czasie, w którym przyszedł SMS.
Marco:
Wyjdź na zewnątrz.
Ubrałam się i wyszłam na spotkanie z przyjacielem rodziny.
Łysy mężczyzna stał oparty o swoją maszynę – wielką, ciężką, błyszczącą mimo mroku. Kurtkę miał rozpiętą, a z jego ust unosiła się para. Wyglądał na spokojnego, ale gdy ktoś zachodził mu za skórę, potrafił zadać ból na wiele różnych sposobów.
– Znowu się z nim tłukłaś? – zapytał wprost.
– Skąd ten pomysł?
– Bo wyszedł stąd wpieniony.
Wzruszyłam ramionami. To była moja ulubiona reakcja na każde słowa.
– Kiedy go zostawisz?
– I gdzie pójdę? – mruknęłam pretensjonalnym tonem. – Do domu rodziców? Ojca alkoholika i wiecznie nieobecnej matki? Daj spokój. Erick jest lepszy niż ta dwójka. Łatwiejszy do zniesienia.
Marco wpatrywał się we mnie. Ewidentnie mi nie wierzył.
– Nie wrócę do nich – dodałam twardo.
– Jak chcesz – powiedział i już nie naciskał. – Tylko nie zniszcz sobie życia przez niego.
Na krótko uniosłam kącik ust.
– Jeśli już, to ja jemu zniszczę życie – odparowałam zuchwale.
– I taką mam nadzieję. – Mężczyzna położył ciężką dłoń na moim ramieniu. – Nie zmieniaj się, Linn. Zawsze bądź taka twarda.
Knox
Marzec 2002
Skończyłem pracę. Zamknąłem laptopa, wieczne pióro odłożyłem na stojak, a pusty kubek po czarnej kawie zaniosłem do kuchni. Liczyłem, że jeszcze kogoś spotkam po drodze, ale najwyraźniej wszyscy już spali, bo w domu było ciemno i pusto. Spojrzałem na zegarek, dochodziła druga w nocy.
Kiedyś miałem duże problemy, aby poradzić sobie z uciążliwą bezsennością, dziś po prostu ją akceptowałem. Nie próbowałem na siłę iść spać, by przewracać się z boku na bok i denerwować, że nie potrafię zasnąć. To przynosiło odwrotny skutek. Zamiast tego brałem szybki prysznic, wkładałem spodnie, golf i płaszcz i zabierałem kluczyki do swojego samochodu.
To stało się rutyną. Nie potrzebowałem ośmiu godzin snu jak inni, wystarczyły mi trzy, góra cztery, aby normalnie funkcjonować. Kontynuowałem to przez tydzień, aż w końcu robiłem się tak zmęczony, że mogłem przespać całą noc bez przejażdżki po zmroku.
Tym razem było dokładnie tak samo. W radiu leciały hity lat dziewięćdziesiątych, a ja jeździłem po pustych drogach Bend, Redmond, Sisters, Sunriver. Czułem wtedy ogarniający mnie spokój, a chaos myśli, które w ciągu dnia kłębiły mi się w głowie, ustawał. To było naprawdę przyjemne, tym bardziej że, jak mówił Charles, miałem fotograficzną pamięć. Zapamiętywałem wszystko i choć młodszy braciszek mi tego zazdrościł, dla mnie było to przekleństwem.
Ponieważ jednak nie miałem w zwyczaju narzekać lub skarżyć się na swój los, korzystałem z tego daru. Postawiłem sobie za cel zdobycie wykształcenia w jak największej liczbie kierunków. Obecnie byłem na ostatnim semestrze psychologii, aby bardziej zgłębić ludzki umysł, zachowania, reakcje i emocje, a od sierpnia już byłem zapisany na prawo.
Zatrzymałem się na czerwonym świetle i wystukiwałem na kierownicy rytm piosenki. Gdy zapaliło się zielone – ruszyłem. Przejechałem kilka metrów, aż nagle z prawej strony wbiło się we mnie inne auto.
Zgrzyt metalu i trzask plastiku rozcięły ciszę nocy i zagłuszyły piosenki grane w radiu.
Lekko szarpnęło mną w bok. Przez kilka sekund dochodziłem do siebie, po czym wysiadłem z samochodu. Nie miałem żadnych obrażeń, więc poszedłem sprawdzić, co z drugim kierowcą.
W tym czasie ze starego, ciemnobrązowego Jeepa wytoczyła się jakaś dziewczyna. Jej twarz zasłaniał ogrom brązowych włosów, które musiały się zmierzwić przy uderzeniu. Uniosła drżącą rękę, aby je odgarnąć, a wtedy zauważyłem niewielkie rozcięcie na jej czole i strużkę krwi.
– Nic ci nie jest? – zapytałem.
Stęknęła coś w odpowiedzi.
– Lepiej usiądź. Możesz mieć wstrząśnienie mózgu.
– Najpierw musiałabym mieć mózg – mruknęła pod nosem, patrząc na auta.
Ja także oceniłem ich stan. W Jeepie dostrzegłem porysowany zderzak, lekko wgnieciony, nic poważnego. Za to mój Aston Martin… Na gładkiej, granatowej karoserii widać było pęknięty reflektor, mocno zarysowany lakier i wgniecenie na drzwiach pasażera, gdzie metal ugiął się pod siłą uderzenia. Chromowana listwa przy progu zwisała pod dziwnym kątem, a lusterko po prawej wisiało na kablu.
Nie wyglądało to dramatycznie, samochód wciąż nadawał się do jazdy, jednak koszty naprawy będą ogromne.
Zastanawiając się, co teraz zrobić, popatrzyłem znów na nieznajomą. Miała na sobie za dużą skórzaną kurtkę, T-shirt z nazwą zespołu rockowego – Guns N’ Roses – i ciężkie, rozwiązane trapery. Stała i trzymała się za brzuch. Możliwe, że poczuła nudności albo…
– Jesteś w ciąży – stwierdziłem.
Natychmiast przeniosła na mnie przerażone spojrzenie ciemnych oczu. W nocy wydawały się czarne, ale najprawdopodobniej miały brązowy kolor.
– Skąd…?
Zerknąłem na jej ręce. Nie zabrała ich z brzucha.
– Powinnaś pojechać do szpitala, sprawdzić, czy dziecku nic się nie stało.
– Nie mów o tym nikomu – poprosiła.
– O ciąży czy o wypadku?
Milczała. Celowo albo zastanawiała się, co powiedzieć.
– Spokojnie. Nawet cię nie znam.
Mimo to dziewczyna nadal wydawała się niepocieszona i zdenerwowana.
– Jestem Knox. – Wyciągnąłem do niej rękę.
Nie uścisnęła jej ani się nie przedstawiła. Zamiast tego zapytała o moje nazwisko.
– Knox Welchman.
– No nie! – jęknęła i opadła plecami na drzwi pasażera swojego Jeepa. – Teraz pójdę siedzieć! Albo zadłużę się na dziesiątki tysięcy za takie auto!
W innych okolicznościach i z inną osobą prawdopodobnie zadzwoniłbym na policję i domagałbym się odszkodowania za zniszczenie mi samochodu, a także kary dla kierowcy, który ewidentnie przejechał na czerwonym, ale wobec tej dziewczyny poczułem litość, jakiś rodzaj żalu.
Widać było na pierwszy rzut oka, że nie jest bogata, i choć nie wiedziałem, jak żyje i z jakiej rodziny pochodzi, z jakiegoś powodu nie chciałem dokładać jej problemów.
Zresztą niedawno zarobiłem milion dolarów. Stać mnie, aby naprawić ulubionego Astona Martina.
– Mogę udawać, że nic się nie stało, jeśli powiesz, jak się nazywasz i ile masz lat – zaproponowałem.
Dziewczyna patrzyła na mnie tak, jakby mi nie wierzyła.
– Wszyscy bogaci ludzie są mściwi.
– Nie wszyscy. I mam nadzieję, że po tej nocy nieco zmienisz o nas zdanie. – Uśmiechnąłem się lekko. Naprawdę nie miałem złych zamiarów i byłem gotów zapomnieć o tym wypadku.
– Bianca – odparła w końcu, ale w jej głowie, oczach i postawie widziałem, że nadal pozostaje nieufna. – Mam osiemnaście lat.
– Widzisz? To nie było takie trudne – sarknąłem, nie mogąc się powstrzymać.
– Och, zamknij się – warknęła.
Uniosłem brwi zaskoczony.
– Jeśli mówiłeś prawdę i nie zamierzasz mnie pozywać, to więcej moich danych nie potrzebujesz.
Bianca wsiadła z powrotem do Jeepa i zatrzasnęła drzwi.
– Poczekaj! – zawołałem, podchodząc bliżej.
Ona jednak wycofała auto, zmieniła bieg, wdusiła pedał gazu i odjechała z piskiem opon, aż zostawiła czarne ślady na asfalcie.
Stałem, wgapiony w tył ciemnozielonego samochodu. Nie przeszkadzała mi nawet niska temperatura. Czułem się odrobinę zaskoczony i wybity z rytmu. Każda normalna osoba za spowodowanie wypadku przynajmniej by przeprosiła, a ona z największą łaską podała mi swoje imię oraz wiek, po czym odjechała jakby nigdy nic.
Pokręciłem głową i odwróciłem się do swojego Astona. Nie byłem wielkim fanem motoryzacji, raczej to mój brat pasjonował się autami, ale ten model naprawdę lubiłem. Szkoda, że ucierpiał, bo jakaś nastolatka ma wadę wzroku lub jest daltonistką i nie rozpoznaje czerwonego koloru.
Wsunąłem się z powrotem za kierownicę i przekręciłem kluczyk, a silnik obudził się do życia. Już chciałem zawrócić i odjechać w stronę domu, gdy nagle podjąłem zupełnie inną decyzję. Zapragnąłem zrobić coś, co do mnie nie pasowało.
Tak więc z wgnieceniem w drzwiach i bez prawego lusterka jechałem dalej przed siebie, pogwizdując w rytm kolejnego utworu z radia.
Nie byłem zły ani tym bardziej wściekły na Biancę. Każdemu mógł się zdarzyć podobny wypadek. Owszem, liczyłem na przeprosiny i odrobinę skruchy, ale tym również postanowiłem się nie przejmować, ponieważ najprawdopodobniej już nigdy więcej nie spotkam tej dziewczyny.
Knox
Marzec 2002
Lubiłem moje życie. Naprawdę. Sztywne zasady, wyścig szczurów, gra o miliony, etykieta, luksus i przywileje, o których inni nawet nie śnili. To było interesujące, ciekawe i ekscytujące, gdy obserwowało się duże wahania na giełdzie, zwłaszcza te korzystne dla nas. Moja rodzina należała do elity, jeździliśmy ekskluzywnymi samochodami, paliliśmy najlepsze cygara i piliśmy drogą whisky. Jedliśmy w restauracjach, do których pospolitych ludzi nawet nie wpuszczano, a na rezerwację czekało się rok, chyba że przedstawiało się nazwiskiem Welchman. Wtedy wolny stolik był gotowy nawet na wieczór.
Bywały jednak momenty, a nawet dni, gdy to mnie przytłaczało. Wykorzystywałem umysł, pamięć i inteligencję tak bardzo, że psychicznie czułem się wykończony. Mimo to nie mogłem odpuścić. Byłem najstarszym synem i wnukiem – dziedzicem. To na moich barkach po śmierci dziadka i ojca spocznie prowadzenie wszystkich firm. A póki oni żyją, musiałem się od nich jak najwięcej nauczyć.
Dlatego też nic nie mówiłem, ale w środku czułem, że się wypalam, choć miałem dopiero dwadzieścia dwa lata. Jedynym, co sprawiało mi przyjemność, była nauka. Poznawałem różne ciekawostki, poszerzałem wiedzę na tematy, które mnie fascynują. Ale jeśli by porównać mnie z moimi dobrymi znajomymi, którzy codziennie umawiali się na drinka i cygaro w klubach dla dżentelmenów, ja nie byłem normalny. Niestety, nawet studia psychologiczne nie przynosiły odpowiedzi, co mógłbym z tym zrobić, więc nie pozostało mi nic innego, jak to zaakceptować.
Rodzice wybierali się właśnie na brunch z przyjaciółmi taty, a Charles gdzieś wyszedł. Aby nie snuć się samotnie po domu, postanowiłem odwiedzić dziadka.
Kiedy podjeżdżałem pod jego posiadłość, starą, zasnutą mgłą i zarośniętą bluszczem, przypomniało mi się, jak wmawiałem młodszemu bratu, że tutaj straszy. Ze skrzydła, gdzie znajdują się sypialnie gościnne, widać najstarsze drzewo w ogrodzie, które dawno temu uschło, ale z jakiegoś powodu dziadek nie chciał go ściąć. Wymyśliłem więc opowieść o starszej kobiecie, która mieszkała tutaj sto lat przed naszymi dziadkami. Jej mąż znęcał się nad nią, więc ona w nocy, przy pełni księżyca, postanowiła się powiesić właśnie na tym drzewie. I od momentu śmierci nawiedza ten dom i straszy wszystkich domowników.
Charles z początku był zafascynowany, ale kiedy robiło się ciemno, a gałęzie poruszane mocnym wiatrem stukały w okno, ogarniało go tak duże przerażenie, że zapalał lampkę i drżał pod kołdrą. Nie zmrużył oka, dopóki nie wzeszło słońce.
Dziś lubi mi to wypominać, choć obaj się z tego śmiejemy, ale w tamtym czasie robił się blady jak ściana, gdy rodzice tylko wspominali o odwiedzinach u dziadka.
Pamiętam, że myślałem wtedy, czy nie spróbować swoich sił w pisaniu książek – kryminałów, thrillerów, a w szczególności: horrorów. Mimo że sam prawie nie odczuwałem emocji i byłem bardzo powściągliwy, potrafiłbym sprawić, by innych ludzi przechodziły dreszcze. I kto wie, może zostałbym drugim Stephenem Kingiem.
Wspiąłem się po długich schodach, a kamerdyner otworzył mi ciężkie skrzydło drewnianych drzwi, które zaskrzypiało cicho w zawiasach. Wnętrze przywitało mnie chłodem, pochodzącym nie tylko od temperatury, ale także przestrzeni.
Nigdy nie poznałem babci, zmarła, zanim się urodziłem, ale słyszałem, że po jej śmierci Wilhelm stał się zgorzkniały, zimny i mniej towarzyski.
Hol był wysoki na trzy piętra, z masywnymi schodami z ciemnego drewna, wijącymi się ku górze. Na ścianach wisiały portrety przodków Welchmanów – mężczyzn o chłodnych spojrzeniach i kobiet w długich sukniach.
Kiedy szedłem w kierunku domowej biblioteki, pod moimi butami skrzypiał parkiet, a dźwięk ten rozbrzmiewał echem w całym domu. W powietrzu unosił się zapach kurzu, starego drewna i skóry oraz wygasłego niedawno ognia.
Osiemdziesięciodwuletni Wilhelm Welchman siedział w swoim ulubionym fotelu za biurkiem. Miał na sobie ciemnoszary garnitur, podkreślający siwiznę jego włosów i brody. Oczy – jasne i przenikliwe – podniósł na mnie, gdy tylko przekroczyłem próg. Ust jednak nie wygiął w uśmiechu, nawet minimalnie.
Rzadko kiedy bywał dziadkiem, częściej był nauczycielem, mentorem. I za to go szanowałem.
– Knox – powiedział, pomijając przywitanie. – W końcu uznałeś, że warto odwiedzić starego człowieka.
– W końcu znalazłem na to czas – poprawiłem go. – Wiesz, jak jest. Dużo się dzieje, a ojciec naciska. – Z westchnieniem opadłem na fotel naprzeciwko niego.
Ogień w kominku po lewej rozświetlał mrok ponurej biblioteki, drewno uspokajająco trzaskało, a deszcz, który właśnie zaczął padać, stukał w szyby wysokich okien z witrażami.
Wilhelm uniósł krzaczastą brew.
– Mój syn zawsze naciska. To jego sposób na życie.
– Przecież sam go tego nauczyłeś – wypomniałem mu, bo w istocie tak było.
Obaj naciskali na siebie, innych i wszystko dookoła. Obaj chcieli zagarnąć dla siebie jak najwięcej pieniędzy, wspiąć się najwyżej i patrzeć na wszystkich z góry. Tak został wychowany Wilhelm, później Sebastian, a teraz ja.
Ale czy naprawdę chcę panować nad światem?
– Wiesz, czym jest prawdziwy luksus? – zmienił temat. – To wolność. – Odchylił się w fotelu. – Możliwość robienia tego, co się chce. Tym bardziej w świecie, w którym wszystko ma cenę.
Nie odpowiedziałem. Dziadek mówił tak, bo imperium zbudował własnymi rękami i teraz rzeczywiście mógł sobie pozwolić, aby nie stawić się na ważnym spotkaniu czy obrazić wysoko postawioną osobę, jeśli ta krzywo na niego spojrzała lub burknęła coś kąśliwie pod nosem. Ja o takim życiu mogłem pomarzyć za jakieś pięćdziesiąt lat, jak nie więcej.
Rozmyślając o jego słowach, zapatrzyłem się na rozpalony w kominku ogień. I nagle w mojej głowie pojawił się obraz osobliwej dziewczyny o brązowych włosach i oczach. Zaskakując sam siebie, zacząłem się zastanawiać, czy nie miała w domu żadnych problemów przez zarysowane auto oraz czy powiedziała komuś o ciąży. Gdy się tego domyśliłem, wystraszyła się, jakby to stanowiło jej największą tajemnicę. Więc może nie była planowana? Może jej rodzice lub partner nie chcą dziecka? A może wydarzyło się coś złego…?
– Odpływasz, chłopcze – rzucił dziadek beznamiętnie. – Widać to po tobie.
– Co masz na myśli?
– Patrzysz w ogień, ale widzisz zupełnie co innego. – Staruszek wstał powoli z fotela. – Chodź. Przejdziemy się.
Posłusznie wstałem i ruszyłem za nim. Choć mężczyzna trzymał się naprawdę dobrze jak na swój wiek, w domu często używał laski do podpierania się podczas chodzenia. Ale tylko tutaj. Pokazanie się z nią publicznie uważał za przyznanie się do starości, a to byłoby równoznaczne ze słabością.
– Wilhelm Welchman nie jest słaby! – uniósł się gniewem i dumą, gdy matka raz mu zasugerowała, aby nie zostawiał laski w aucie, kiedy wychodziliśmy na spotkanie biznesowe.
Przeszliśmy przez długi korytarz, na którego końcu znajdowały się drzwi do oranżerii – stare, ciężkie, prowadzące do innego świata.
Wewnątrz panował półmrok. Światło marcowego słońca wpadało delikatnie przez zaparowane szkło. Wilgotne powietrze pachniało ziemią, mchem, ale też słodkością kwiatów.
Dziadek przechadzał się ścieżką między donicami, a ja szedłem za nim. W końcu stanął przy posągu mężczyzny. Ostre rysy twarzy, dłoń wyciągnięta w górę, jakby chciał dotknąć nieba.
– Twój ojciec – mruknąłem. – Benjamin Welchman.
– Był okrutny, bezlitosny, ale sprawiedliwy. Uczył mnie, że świat należy do tych, którzy nie czekają na pozwolenie. Po prostu biorą go w swoje posiadanie, jakby już należał do nich.
– Ty też nie czekałeś.
– Nie – przytaknął. – Jednak twój ojciec już tak. Dużo czasu zajęło mu zrozumienie, że to on ma władzę.
– A ja? – zapytałem, zapatrzony na posąg.
– Ty jesteś jeszcze młody, ale masz w sobie potencjał. Choć coraz częściej widzę, że to życie ci nie odpowiada – zakończył wolniej i bardziej krytycznym tonem.
– Codziennie albo zyskujemy miliony, albo je tracimy. To tak samo ekscytujące, jak i nudne. A kolacje w restauracjach, bankiety, brunche? Nie wmówisz mi, że ty je lubisz i chodzisz na nie z przyjemnością – broniłem się.
Dziadek zrobił krok w moją stronę i położył mi rękę na ramieniu.
– Przestaniesz robić to, co musisz, kiedy będziesz wolny. Ale wolność to iluzja, chłopcze. Bo i tak będziesz potrzebować pieniędzy, bezpieczeństwa, dachu nad głową. Zawsze znajdzie się coś, co będzie ci spędzać sen z powiek. Zawsze będziesz więźniem pracy, osób ważniejszych od ciebie lub własnego umysłu. Nigdy tak naprawdę nie będziesz w stanie uciec.
Milczałem. Czasami słowa Wilhelma trafiały we mnie, a czasami sądziłem, że przez swój wiek zaczyna bredzić od rzeczy. Skinąłem głową, udając, że zrozumiałem jego przekaz i puentę wypowiedzi.
– To, co masz, nie jest przekleństwem, tylko narzędziem. Możesz osiągnąć ogromne rzeczy, Knoxie. Możesz sprawić, że cały świat pozna nazwisko Welchman. Ludzie na ulicy będą na ciebie spoglądać, kłaniać się przed tobą, schodzić ci z drogi. – Zerknął w górę, na szklany sufit, ale ja odniosłem wrażenie, że spogląda w przyszłość. – O ile ty sam się nie zagubisz i nie zboczysz ze swojej drogi.
Resztę dnia spędziłem z dziadkiem. Mężczyzna oczywiście zapalił cygaro i delektował się starą whisky, którą kiedyś dostał w prezencie. Ja jak zawsze odmówiłem, bo nie chciałem truć organizmu. Zgodziłem się jednak na wspólną kolację, podczas której rozmawialiśmy o planach biznesowych oraz o tym, co ostatnio wyczytaliśmy w prasie.
Lubiłem spędzać z nim czas. Był oschły, zimny i kamienny, ale sprawiedliwy. Nie określiłbym go jako dobrego człowieka, ale nie należał też do grupy tych najgorszych. Zawsze było mu mało, zawsze chciał więcej zarobić. W interesach postępował bezwzględnie i nie liczył się z tym, że czyjaś firma może zbankrutować, że ktoś może stracić pracę. Jedyne, co go interesowało, to pieniądze, większa władza oraz rodzina.
Ale przede wszystkim ceniłem go za jego wiedzę i mądrość życiową. I póki żył, chciałem się od niego jak najwięcej nauczyć.
Niestety wieczór dobiegał końca. Pożegnałem się ze staruszkiem i udawałem, że nie widzę podejrzliwego spojrzenia, którym mnie obrzucił. Miałem wrażenie, że jego przenikliwe jasne oczy weszły do mojej duszy i umysłu i odczytały wszystko, o czym myślałem. A nawet to, czego czasami sam przed sobą nie chciałem przyznać. Znając go, nie zdziwiłbym się, jeśli faktycznie tak by było.
Wsiadłem do swojego Bentleya, zastępstwo za Astona Martina, i włączyłem radio. Akurat trafiłem na utwór Guns N’ Roses November Rain. Axl Rose śpiewał:
Don’t ya think that you need somebody?
Don’t ya think that you need someone?
Everybody needs somebody
You’re not the only one
You’re not the only one.
Jechałem przed siebie, nawet się na tym nie skupiając. Jedną rękę swobodnie trzymałem na kierownicy, druga spoczywała na udzie. Gapiłem się beznamiętnie na drogę, a na światłach zatrzymywałem się bardziej automatycznie niż świadomie.
Zasłuchałem się w piosenkę. Nie należała do moich ulubionych, tym bardziej że nie lubiłem rocka, ale tym razem tekst jakoś do mnie trafił i zmusił do refleksji. Najpierw zastanawiałem się, czy kiedykolwiek się zakocham, jak moi rodzice. Na razie nie poczułem miłości do żadnej kobiety. Wiele ich już poznałem: w szkole, na studiach, spotkaniach i bankietach. Każdy mężczyzna przedstawiał mi swoją córkę, licząc, że dzięki niej połączy swoją rodzinę z moją. Ale żadna nie była tą, na której widok serce zaczynało mi szybciej bić, krew uderzała do głowy, a dłonie się pociły.
Nie mówię, że mi się nie podobały, ale to po prostu nie było TO. Jedyne, na co mogły ode mnie liczyć, to kolacja, wspólna noc i ewentualnie śniadanie. Ale o związku i zaręczynach nie powinny nawet marzyć.
Gdy utwór się skończył i przez chwilę nastała cisza, mój umysł połączył zespół Guns N’ Roses z osobą, która najwyraźniej była ich fanem – z Biancą. Dla żartu pomyślałem o niej jak o potencjalnej partnerce i się zaśmiałem.
Dziewczyna z niższych sfer, do tego ciężarna. Dziadek prawdopodobnie by mnie wydziedziczył.
Knox
Marzec 2002
Gdy wracałem do domu, zadzwonił Charles. Prosił, abym przyjechał po niego do Redmond.
– Dlaczego nie wezwiesz kierowcy? – zapytałem, już skręcając w odpowiednią drogę.
– Bo wolę, aby odebrał mnie starszy brat swoim wypasionym autem – odparł wesoło.
– Moim zdaniem kierowca zrobiłby większe wrażenie, ale dobrze, przyjadę.
– Super, dzięki. W SMS-ie podam ci adres.
Po przeczytaniu schowałem do kieszeni płaszcza telefon – model Nokia 8910, najlepszy obecnie. Nie narzekałem na niego, ale zastanawiało mnie, jak zmieni się elektronika za dziesięć czy dwadzieścia lat. Bo naciskanie kilka razy jednego klawisza, aby wybrać jakąś literę, było uciążliwe i z pewnością nie dla osób o małej cierpliwości.
Przejechałem przez skrzyżowanie, na którym miałem małą stłuczkę z Biancą, i skręciłem w prawo. Chwilę później zaparkowałem przed jakimś lokalem, który wyglądał mi na pub. Sam nie uczęszczałem do takich miejsc, ale Charles lubił wyjść z kolegami na piwo i poflirtować z kilkoma rozwiedzionymi lub zamężnymi kobietami.
Wysiadłem z samochodu i oparłem się o maskę, by wystukać wiadomość do brata. Odpisał, że za pięć minut wyjdzie. Założyłem więc ręce na piersi i czekałem, obserwując okolicę, a szczególną uwagę skupiłem na motocyklistach stojących po drugiej stronie parkingu.
Piątka wysokich, barczystych mężczyzn, trzymających piwo w rękach, rozmawiała głośno i się śmiała. Ich wypolerowane maszyny błyszczały w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Na plecach nosili kamizelki z wyszytym wizerunkiem diabła. Wyżej widniała nazwa: „Devilish MC”.
Motorcycle club, pomyślałem i parsknąłem. Tylko głupiec uwierzyłby, że to miłośnicy motocykli, a nie gang. Nawet nie chciałem sobie wyobrażać, ilu ludzi zabili, ile kilogramów narkotyków przemycili i ile sztuk broni sprzedali. Takich ludzi od razu powinno się zamykać w więzieniu, nic dobrego dla miasta nie robili, tylko mu szkodzili. Wszystkie rozróby, bójki, kradzieże, włamania – to ich sprawka. Nie mieli prawa chodzić wolno i obnosić się ze swoją przynależnością do takiej grupy.
Zerknąłem na zegarek, pięć minut już minęło. Westchnąłem.
– Ładniutki – odezwał się niespodziewanie jeden z mężczyzn, podchodząc do mnie. Miał długie wąsy, brodę i okulary przeciwsłoneczne na nosie. Jego twarz, od kącika ust do skroni, szpeciła paskudna blizna. Gdy się wyszczerzył, odsłonił rząd zębów ze złotą jedynką.
Cholera.
– Zawsze chciałem taki mieć – dodał, gapiąc się znacząco.
– Odrobina ciężkiej, uczciwej pracy i też będzie cię na niego stać – skłamałem.
Mężczyzna patrzył bowiem na zegarek Rolex Day-Date President, który kosztował blisko trzydzieści tysięcy dolarów. Chciałem jednak zaniżyć trochę jego wartość.
– Sądzisz, że nie pracuję ciężko i uczciwie? – oburzył się. – Prowadzę swój warsztat samochodowy! I gdzie mój srebrny zegarek?!
Platynowy, poprawiłem go w myślach.
– Twój motocykl całkiem ładnie się prezentuje – spróbowałem zmienić temat.
Z takimi ludźmi należało postępować spokojnie, ponieważ potrafili zareagować agresywnie i nieprzewidywalnie. Jedno złe słowo mogło sprawić, że go sprowokuję, a to nie było moim celem.
– Co nie? Ale jeszcze lepiej wyglądałby, gdybym miał zegarek pod kolor chromowanych elementów. Możemy zrobić tak: oddasz mi go po dobroci albo odetnę ci dłoń i sam go sobie z niej ściągnę. – Na potwierdzenie swoich słów wyciągnął składany nóż i go otworzył.
– W lombardzie nie dadzą ci za niego dużo, maksymalnie tysiąc dolarów. Ja mogę ci dać dwa i rozejdziemy się w pokoju – zaoferowałem grzecznie.
– Wolałbym zegarek, cały twój portfel i samochód.
– Trudny z ciebie negocjator – zażartowałem delikatnie.
Mężczyźnie jednak nie było do śmiechu. Nie był również cierpliwy, bo w kilku krokach pokonał dzielącą nas odległość i przyłożył mi nóż do gardła.
Zapisałem w pamięci, aby w takich miejscach wyjmować ze schowka w aucie swój pistolet. Woziłem go dla samoobrony właśnie na wypadek podobnych sytuacji, ale sądziłem, że nigdy nie będę musiał z niego skorzystać.
A teraz żałowałem, że go nie mam.
– Wybieraj: kasa czy życie?
– Życie – mruknąłem. – Oddam ci wszystko, ale musisz pozwolić mi podejść do samochodu, bo tam mam swoje rzeczy.
Odsunął się i kiwnął głową.
Nie denerwowałem się. Odrobinę może się bałem, ale nie byłem też śmiertelnie przerażony. Nie wiem dlaczego. Większość osób błagałaby o litość, pociłaby się, płakała. A dla mnie to była całkiem ciekawa sytuacja. Adrenalina krążyła w krwiobiegu i spodobało mi się to uczucie. Choć uważałem to za bardzo dziwne i nielogiczne.
Nachyliłem się nad siedzeniem, a motocyklista stał obok, nadal trzymając mocno w rękach nóż.
– Kolega właśnie wylał piwo na siedzenie twojego motocykla – powiedziałem.
– CO?! – wrzasnął i się odwrócił.
W tym czasie otworzyłem schowek, wyciągnąłem pistolet i natychmiast wycelowałem w mężczyznę. Wyprostowałem się dumnie, wiedząc, że teraz to ja panuję nad sytuacją i kontroluję to, jak ona się zakończy.
– Kłam… – urwał, bo zobaczył broń. Sekundę później się zaśmiał, głucho, gardłowo.
– Co się tutaj dzieje?! – Usłyszałem znajomy głos.
I popełniłem największy błąd – odwróciłem głowę.
Motocyklista od razu to wykorzystał, wyszarpnął mi pistolet i role znów się odwróciły. On miał nóż i broń, a ja – lufę między oczami.
Zacisnąłem zęby.
Nadal nie byłem przestraszony, ale wkurzony już tak. Na siebie.
– Marco? – Bianca podeszła do, najwyraźniej, swojego znajomego.
– Zobacz. – Kiwnął na mnie. – Musi mieć w chuj kasy.
– To Welchman.
– Welchman? – Uniósł brwi i zagwizdał. – W takim razie zmiana planów. Porwiemy cię i zażądamy od twojej rodziny okupu. Ile jesteś wart? – zapytał mnie.
– No właśnie. – Przeniosłem spojrzenie na Biancę. – Ile jestem wart?
– Sto tysięcy mi wystarczy. Nie będę zachłanny – zdecydował, ignorując moje słowa.
Tymczasem ja i dziewczyna patrzyliśmy na siebie nawzajem.
Jeśli dobro wraca, to teraz był idealny moment na potwierdzenie tej tezy. A jeśli nie – ojciec będzie jechał do banku wypłacić sto tysięcy.
Czułem się pogodzony z obiema wersjami wydarzeń, aczkolwiek wolałbym, aby Bianca mi się odwdzięczyła.
Albo żeby chociaż Charles w końcu wyszedł z przyjaciółmi z pubu. Nie chciałbym doprowadzić do zamieszek i bójki na parkingu. Rodzice i dziadek by mnie zabili, gdyby twarze moje i brata zostały poobijane, ale już lepsze to niż strata stu tysięcy.
Choć Wilhelm pewnie by powiedział, że tej sytuacji dałoby się uniknąć, gdybym trochę pomyślał.
– Żadna kasa nie jest warta powrotu do więzienia – odezwała się w końcu Bianca. – A jestem pewna, że jego rodzice jeszcze dzisiaj się dowiedzą, kto stoi za porwaniem ich syna, i się zemszczą. Z taką rodziną lepiej nie zadzierać.
Marco wyglądał, jakby myślał. Jakby się zastanawiał nad słowami osiemnastoletniej dziewczyny. Kim więc ona dla niego była? Z pewnością to nikt z rodziny, skoro zwracała się do niego po imieniu.
– Dobra – rzucił w końcu, niezadowolony, że nie zarobi. – Ale spluwę zabieram. – Schował ją za pasek spodni.
– Jest twoja – burknąłem dość posępnie pod nosem.
– No. I nie wspominaj o tym starym, okej? – Poklepał mnie po ramieniu i odszedł.
Zapatrzyłem się na niego, na jego kamizelkę i napis na niej. Z tego stanu wyrwał mnie pretensjonalny głos Bianki:
– Nawet nie podziękujesz?
Przeniosłem na nią wzrok.
– A ty nie przeprosisz za spowodowanie wypadku? – odbiłem piłeczkę.
Owszem, byłem jej wdzięczny i dzięki niej uniknąłem kompromitacji przed rodziną, ale z jakiegoś niejasnego dla mnie powodu chciałem się z nią podroczyć.
– To nie był wypadek.
– A co?
– Stłuczka.
– Więc przeproś za stłuczkę, a ja podziękuję za ratunek. – Uśmiechnąłem się czarująco.
Lecz Bianca zacisnęła usta w wąską kreskę.
Moje spojrzenie prześlizgnęło się na jej koszulkę – tę samą, co w dniu naszego pierwszego spotkania.
– Gdy tu jechałem, w radiu leciała piosenka twojego ulubionego zespołu – zmieniłem temat. – November Rain. Lubisz ją?
– Nie.
– Moja rodzina ma organizację charytatywną. Czasami otrzymujemy coś od Guns N’ Roses na licytację.
– Gratulacje? – Gapiła się na mnie, jakby coś było ze mną nie tak.
Zachichotałem i odetchnąłem głęboko. Bianca natomiast stała, z ponurą miną, patrząc na mnie spod byka. Ręce skrzyżowała na piersi.
– EJ! LINN! – Krzyk innego motocyklisty przebił się przez głośny warkot silnika. – JEDZIESZ Z NAMI?!
– Linn? – powtórzyłem, marszcząc brwi. – Jakim cudem to skrót od Bianki?
Dziewczyna nie odpowiedziała, ale uniosła kącik ust.
– Roselinn? – strzeliłem. – Carolinn?
– Pudło – odparła i ruszyła w kierunku swojego znajomego.
– Adalinn? Evelinn? – zgadywałem dalej, ale dziewczyna wciąż się oddalała. Krzyknąłem za nią: – JAYLINN?!
Linn zatrzymała się przy motocyklu i z tajemniczym uśmiechem coś powiedziała. Najprawdopodobniej było to jej imię, ale z takiej odległości nic nie usłyszałem. Zaraz potem wsiadła na maszynę, nie założywszy kasku, i pięć Harleyów-Davidsonów wyjechało na drogę.
Wtedy podszedł do mnie Charles, lekko upojony alkoholem, i zarzucił mi ramię na szyję.
– Cześć, bracie. Wybacz spóźnienie. Coś mnie ominęło? – zapytał wesoło.
Aislinn
Kwiecień 2002
Moje życie nie było idealne. Ale czyje było?
Ulica, którą szłam, nie wydawała się ani ładna, ani bezpieczna. Z jednej strony stare graffiti pokrywało ściany budynków, z drugiej – szyby sklepów odbijały blade poranne światło. Na niebie latały ptaki i motyle, dziwnie spokojne w tym chaotycznym świecie. Zatrzymałam się na moment i obserwowałam, jak jedno z delikatnych stworzeń przysiada na parapecie baru mlecznego. Uśmiechnęłam się lekko.
Zapach świeżej kawy z pobliskiej kawiarni mieszał się z dymem papierosowym unoszącym się z ciemnego zaułka. Stukot pociągu w oddali i śmiech dzieci z pobliskiego podwórka wdzierały się do moich myśli. Nawet te drobne chwile – zwierzęta, kawa, promienie słońca – przypominały mi, że życie nie jest całkowicie szare, że gdzieś między chaosem można znaleźć ulotne piękno. Na razie go nie widziałam, ale miałam nadzieję, że kiedyś to się zmieni.
Szłam szybko, każdy krok stawiałam świadomie, każdą mijaną twarz oceniałam w ułamku sekundy: kto może być zagrożeniem, a kto jest zwykłym człowiekiem. To była codzienność, której nauczyłam się nie ignorować.
Zatrzymałam się przy drzwiach do jednego z trzech miejsc mojej pracy – warsztatu samochodowego – i wzięłam głęboki oddech. W powietrzu wyczuwałam mieszankę oleju, metalu i spalin, zapach, który dla innych byłby odpychający, jednak mnie kojarzył się z domem. Otworzyłam drzwi i wsunęłam się do środka, gotowa stawić czoła kolejnemu dniu w świecie, który nie był ani łagodny, ani sprawiedliwy, a w którym musiałam przetrwać.
Pilnowałam się, aby tego nie robić przy ludziach, ale gdy zostawałam sama, łapałam się na tym, że odruchowo kładę dłoń na brzuchu. Trzeci miesiąc to niby nic wielkiego. Ale dla mnie… to już było coś. Coś ogromnego, ciężkiego, wręcz przytłaczającego. A jednocześnie dziwnie dodającego mi siły.
Im więcej o tym myślałam, tym bardziej docierało do mnie, że wszystko zależy ode mnie. Tylko ode mnie. To przerażające uczucie – wiedzieć, że mały człowiek, którego jeszcze nawet nie czuję, już teraz polega na mnie bardziej niż ktokolwiek w całym moim życiu.
Czasem dopadał mnie strach, taki nagły i paraliżujący. Co ja mu dam? Gdzie będziemy mieszkać? Co jeśli Erick znowu wybuchnie? Co jeśli którejś nocy będzie gorzej niż zwykle?
Co jeśli ja nie będę wystarczająca?
Ale potem przychodziła druga fala – ta twardsza, chłodniejsza, ostra jak nóż.
Nie dam się złamać.
Nie tym razem.
Nie dla kogoś, kto nawet nie zasługuje, żeby trzymać mnie za rękę.
Nie pozwolę, żeby to dziecko przyszło na świat w takim samym chaosie, w jakim ja dorastałam. Nie będę powtarzać cudzych błędów, nie będę nikogo błagać o pomoc. Zawsze potrafiłam sobie radzić – z policją, z wrogami, z brakiem kasy, z nocami spędzonymi w garażu Marca, kiedy Erick wyrzucał mnie z domu.
Teraz też dam radę. Musiałam tylko wytrzymać jeszcze sześć miesięcy, a potem…
Potem stanę przed najtrudniejszą decyzją, z jaką żadna kobieta, matka nigdy nie powinna się mierzyć.
Nikt nie wiedział o ciąży. I nie chciałam, żeby ktokolwiek wiedział. Nawet Marco, który nieraz próbował coś ze mnie wyciągnąć, twierdząc, że dziwnie się zachowuję i jestem inna niż zwykle. Bardziej ostrożna, zapobiegawcza, unikająca adrenaliny. Zauważył też, że nie palę już papierosów i nie piję z nim i jego kumplami piwa. Ale na wszystkie jego uwagi miałam gotowe odpowiedzi lub warczałam coś w stylu, że moje życie to nie jego sprawa.
Jedynym wyjątkiem okazał się Welchman, ale on mnie akurat nie obchodził. To, że od razu się domyślił prawdy, nie zagrażało mi.
Dopóki sama nie zrozumiem, jak powinnam dalej żyć, dopóki nie poukładam choć części tego bałaganu – to będzie mój sekret.
Czasem czułam się przez to jeszcze bardziej samotna, odcięta od wszystkiego i wszystkich, jakbym stała po niewłaściwej stronie muru, a reszta świata była po drugiej. Ale może tak właśnie miało być. Może siła zaczyna się wtedy, gdy zostajesz sam, a mimo to idziesz dalej.
Więc szłam. Z ciężarem, o którym nikt nie wiedział, i z determinacją, której nikt nie mógł mi odebrać.
U Marca zawsze panowała ta sama atmosfera: brama warsztatu otwarta na oścież, światło jarzeniówki migające, jakby za chwilę miało zgasnąć, zapach oleju i benzyny mieszający się z czymś ostrzejszym, chemicznym. Czasem pracowałam tam przy motocyklach i samochodach, zarabiałam niewielkie pieniądze, ale dla mnie bardzo cenne.
Jedyne, za co byłam wdzięczna mojemu ojcu, to że pasjonował się motoryzacją i widział we mnie syna, którego nigdy się nie doczekał. Z początku tylko trzymałam mu latarkę lub podawałam śrubokręt, gdy coś naprawiał. Później zaczął mi tłumaczyć, co robi, aż w końcu załapałam co nieco i pracowałam razem z nim. Nie miałam tej samej wiedzy, co mechanicy Marca z doświadczeniem dłuższym niż całe moje życie, jednak jakoś dawałam radę.
Praca u niego wyglądała podobnie: śmiechy chłopaków, warczenie silników, muzyka rockowa puszczona za głośno, a nawet sprawy, w które lepiej było się nie mieszać. Więc nie zadawałam pytań. A oni to doceniali i wiedzieli, że to, o czym rozmawiają w garażu, nigdy nie wyjdzie poza jego ściany. Wszyscy tutaj pozostawali lojalni do bólu.
Późnym popołudniem Marco zawołał mnie do siebie.
– Linn! – Stuknął kluczem w metalową część. – Jedziesz ze mną, ogarniemy coś na szybko.
To „coś” zawsze było czymś nielegalnym, złamaniem prawa, ryzykiem, że możemy pójść do więzienia. Ale kiedy otrzymywałam szansę na ekstra zarobek – korzystałam.
Skończyło się tak samo jak zwykle: szybka jazda na drugi koniec miasta, załatwienie sprawy, przekazanie czegoś komuś, przyjęcie czegoś od kogoś. Transakcje, których lepiej było nie nazywać po imieniu. I które okazywały się o wiele bardziej dochodowe niż bar, warsztat czy studio tatuażu.
Mimo to adrenalina mieszała się ze strachem. Każdy przejazd mógł się skończyć policyjną kontrolą, a choć Marco zapewniał, że zna odpowiednich ludzi, to policjanci nie zawsze liczyli się z układami. A ja już miałam za dużo do stracenia.
Kiedy wracaliśmy, zobaczyliśmy radiowóz stojący przy wylocie ulicy. Mężczyzna zaklął. Policjant rozmawiał z kimś przez otwarte okno auta, ale w każdej chwili mógł nas zatrzymać. A ja mogłam tylko siedzieć z dłońmi kurczowo zaciskającymi się na udach i z galopującym sercem, które słyszałam w uszach.
– Linn, patrz przed siebie, nic się nie dzieje – rzucił luźno Marco, choć głos miał napięty.
Radiowóz ruszył wolno, jakby szukał powodu, żeby zawrócić. Każda sekunda wydawała się trwać w nieskończoność. Dopiero kiedy skręciliśmy za róg i straciliśmy patrol z pola widzenia, zdołałam odetchnąć.
– Mówiłem, że będzie dobrze – mruknął Marco.
To była jego wersja „ciesz się, bo mogło być gorzej”.
A ja… siedziałam na fotelu pasażera, wpatrzona w swoje dłonie. Drżały. Nie wiedziałam, czy z adrenaliny, czy ze świadomości, że gdyby nas złapali… nie byłabym już tylko dziewczyną z problemami. Byłabym dziewczyną w ciąży z problemami. To niebezpieczna różnica.
Wieczorem po pracy chłopacy siadywali na skrzynkach po piwie, palili papierosy i przekomarzali się o wszystko: wyścigi, kobiety, motocykle, pogodę. Każdy temat wydawał się dobry, byle tylko było głośno. W tym chaosie odnajdywałam coś swojskiego. Coś, do czego wracałam, choć nikt nie nazwałby tego miejsca przyjaznym.
Marco wcisnął mi w dłoń ciepłą puszkę napoju, kiedy przysiadłam obok.
– Musisz jeść i pić więcej, Linn – powiedział tym swoim tonem, który zawsze balansował między rozkazem a troską. – Mizerna jesteś ostatnio.
– Mizerna? – parsknęłam. – Po prostu zmęczona.
– Zmęczony to ja jestem od dziesięciu lat – mruknął. – Ty jesteś blada jak kreda.
To było jego „martwię się”. Wszyscy wiedzieliśmy, że Marco ma swoje sposoby wyrażania uczuć – najczęściej przypominały marudzenie starego psa, który udaje, że nie lubi nikogo, choć tak naprawdę strzeże całego stada.
Chłopacy kiwali głowami, jakby zgadzali się z nim w ciemno. Dla nich byłam trochę jak młodsza siostra, trochę jak ktoś, kogo lepiej pilnować, bo inaczej zrobi coś głupiego.
– Ej, Linn – odezwał się Niall, najmłodszy z ekipy mechaników. – Jak chcesz, jutro mogę cię podrzucić do roboty.
– Nie trzeba, dam radę.
– Widzieliśmy, jak ostatnio prawie spadłaś z chodnika – dodał. – Dla zasady się zapytałem. Odpowiedź i tak mam gdzieś.
Zaśmiałam się mimo zmęczenia. Lubiłam ich. Ich głupie żarty, ich wrzaski, ich lojalność, która choć nie była elegancka, wydawała się bardziej prawdziwa niż wszystko, co kiedykolwiek dostałam od rodziny czy Ericka.
Nie byłam jedną z nich. Nigdy nie będę. Nie brałam udziału w ich poważniejszych sprawach, nie nosiłam kamizelki klubu, nie miałam swojego motocykla. Ale pozostawałam… blisko. Na tyle blisko, by czuć, że ktoś stoi za mną, gdyby coś poszło nie tak. I na tyle daleko, żeby w każdej chwili móc odejść.
Czasem myślałam, że Marco i jego banda to jedyni ludzie, którzy widzą mnie taką, jaka jestem – nie skrzywioną przez przeszłość, nie stłamszoną przez Ericka, tylko… mnie. Upartą. Sprytną. Silniejszą, niż ktokolwiek powinien być w wieku osiemnastu lat i w ciąży.
Lojalność wobec nich była prosta. Czuli ją intuicyjnie: kto pomagał im, temu pomagali oni. Kto trzymał język za zębami, temu dawali spokój.
A z Erickiem?
Z nim było inaczej.
Wydawał się cieniem, który próbował przypominać mi o tym, kim byłam kiedyś. Ale ja odcinałam ten cień za każdym razem, kiedy wracałam do warsztatu, kiedy brałam udział w nocnych jazdach, kiedy śmiałam się z chłopakami, siedząc na skrzynkach po piwie. I za każdym razem, kiedy kładłam dłoń na brzuchu i wyczuwałam delikatny puls czegoś, co miało być moją przyszłością.
Bo to było śmieszne – oni, ci „źli ludzie” z warsztatu, stali się moim wsparciem. A Erick, który twierdził, że mnie kocha, okazał się moim największym zagrożeniem.
