134 osoby interesują się tą książką

Opis

Najnowsza powieść bestsellerowej autorki, której książki sprzedały się w ponad 23 milionach egzemplarzy! Książki Lizy Marklund przetłumaczone zostały na 40 języków i przyniosły jej wiele nagród, wyróżnień oraz pierwsze miejsce na liście bestsellerów „New York Timesa”.

W nowej powieści poznajemy historię Kiony, która wraz z rodzeństwem i rodzicami mieszka na niewielkiej wysepce na Południowym Pacyfiku, odizolowanej od reszty świata. Pracuje na farmie pereł, nurkując i doglądając hodowli. Jej spokojne życie zostaje zakłócone, gdy pewnego dnia fale wyrzucają na brzeg żaglówkę z rannym mężczyzną. To początek zapierającej dech w piersiach opowieści trwającej ponad pięć lat i rozgrywającej na czterech kontynentach. Opowieści o miłości i pieniądzach, o przemocy i samotności, o edukacji i wierze; historii, która stawia pytania dotyczące poszukiwania sensu życia i ceny, jaką płacimy za rozwój gospodarczy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 443

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


PROLOG

Nikt nie wie, że tu jestem. I nikt się tego nigdy nie dowie.

Utonęłam u wybrzeży Tanzanii siedem i pół miesiąca temu.

Nie, nie piszę tam, z drugiej strony, mimo iż nadal jestem przekonana, że taka istnieje, niezależnie od logiki i wiedzy naukowej. My, ludzie, jesteśmy tak skonstruowani, by wierzyć.

Brakuje mi dzieci. Tęsknota jest niczym fizyczny ból, ciemna dziura w mojej piersi.

Zakładam, że miejsce, w którym przebywam, jest ładne. Wiem, że czasem trudno jest docenić coś, co jest nam dobrze znane.

Samotność sprawia, że staję się boleśnie obojętna na wszystko, na szczęście wiatr dotrzymuje mi towarzystwa, a przez palmy widzę fale. Książki, które wzięłam ze sobą, to – oprócz Biblii – Filary ziemi Kena Folletta i Mniej niż zero Breta Eastona Ellisa. Czytałam je tyle razy, że w końcu zaczęły mnie denerwować.

Nigdy wcześniej nie pisałam, moja rola zawsze ograniczała się do bycia czytelniczką, jednak ostatnio zaczęłam się obawiać o stan mojego umysłu. Moje ciało może żyć jeszcze dziesiątki lat, ale samotność robi z naszą duszą coś, co sprawia, że zaczynamy wyć do gwiazd.

Wiem, że mnie szukają. I nigdy nie przestaną. To, co zrobiłam, jest nie do naprawienia. Kara śmierci grozi nie tylko mnie, ale też innym: w niebezpieczeństwie jest Papa Tane i Nikau, i Amiria, i jej dzieci, jeśli kiedyś będzie je miała, i oczywiście także Johan i Iva.

Może kiedyś ktoś mnie tu znajdzie, a przynajmniej moje pobielałe szczątki wśród makatea.

Oto co się wydarzyło.

MANIHIKI

Kiedy jacht rozbił się o rafy, zaciemnienie trwało już dobre pół roku.

Był koniec sezonu orkanów 1990 roku i właśnie rozpoczęliśmy połów pereł.

Papa Tane wynajął dwóch mężczyzn z Tauhunu, żeby nurkowali razem z nami. Riki i Panako Brownowie byli rodziną Babci Vaine ze strony ojca. Jeszcze przed świtem wypłynęliśmy na lagunę wielkim kanu. W wilgotnym porannym powietrzu wyczuwało się oczekiwanie, mam wrażenie, że bracia Brownowie też je czuli, wszystkie te niezliczone godziny poświęcone naprawom, sprawdzaniu kotwicy, lin i sznurów, pływów, prądów i aparatów tlenowych, by jak najlepiej przygotować się do połowu.

W nocy silnie wiało, wydano ostrzeżenie przed cyklonem, ale atol Manihiki jest położony tak blisko równika, że niemal zawsze wychodziliśmy z takich opresji bez szwanku. Laguna nadal była wzburzona, widoczność nie najlepsza, ale to nikomu nie przeszkadzało. Najważniejsza była magia. Świat pod powierzchnią wydawał się inny, światło przenikało inną rzeczywistość i prowadziło mnie w głębinę.

Zeszliśmy z lampami i koszami. Każdy z nas zbierał od dziesięciu do dwunastu sznurów, na których było mniej więcej pięćset małż, żeby Papa Tane mógł jak najszybciej zacząć je przeglądać. Nasza rodzina nie zabezpieczała małż sieciami, jak to robili inni. Sieci umożliwiały co prawda zachowanie cennych kawałków muszli, ale Papa Tane nie przejmował się tym. Uważał, że dodatkowe sieci niepotrzebnie przedłużają połów.

Mężczyźni wiosłowali, ja siedziałam z przodu. Nie musiałam wiosłować. Małże, ciężkie i błyszczące, były widoczne i z przodu, i z tyłu łodzi. Poczułam, jak żołądek ściska mi się z emocji. Obserwując je z zewnątrz, trudno było powiedzieć, które z nich kryły w sobie pinctada margaritifera. Jeśli dopisze nam szczęście, siedemdziesiąt procent muszli będzie zawierało jakąś perełkę. Muszle były niezwykle piękne. W tym momencie nie mogliśmy zrobić nic więcej. Ściągnęłam płetwy i zamknęłam oczy, wystawiając twarz do wiatru, czułam, jak moje przesycone solą ubranie przywiera do ciała.

Byliśmy już prawie przy brzegu, kiedy na horyzoncie ukazała się tarcza wschodzącego słońca. Nikau, mój brat, pierwszy usłyszał wołania dochodzące od tua, rafy.

– Spodziewamy się dzisiaj jakiejś łodzi z Rakahangi? – spytał.

Teraz i my słyszeliśmy wołania. Nie można było rozróżnić poszczególnych słów, słychać było jedynie chór poruszonych głosów. Wszyscy wyciągnęliśmy szyje, jakbyśmy chcieli spojrzeć przez palmy na drugą stronę. Kiedy dotarliśmy do brzegu, nie traciliśmy czasu na wciąganie kanu na brzeg.

– Co się dzieje? – zawołał Nikau w stronę warsztatu.

Papa Tane, który właśnie przygotowywał się do szczepienia małż, co odbywało się przez włożenie fragmentu płaszcza pobranego od innego osobnika, uniósł głowę i spojrzał na nas zdziwiony. Przypomniało mi się, jak Mama Evelyn mówiła niedawno, że ojciec zaczyna mieć kłopoty ze słuchem.

Riki i Panako Brownowie byli już w drodze do kościoła, więc ruszyłam za nimi. Nawet Papa Tane rzucił pracę i zaczął biec za nami. Krzyki przybierały na sile, teraz słychać było już każde słowo.

– Wsiadajcie do łódek, fale zaraz go rozerwą!

Najpierw widziałam tylko fale, spieniona biała woda uderzała o rafę z siłą śmiercionośnego cyklonu. Byłam zdyszana po biegu. Przyłożyłam dłonie do oczu, by chronić je przed ostrym światłem, i spojrzałam na migoczącą w słońcu wodę, ale niczego nie mogłam dojrzeć.

– To santana o długości dziesięciu metrów – powiedział Tanga, wskazując dłonią na rafę.

I wtedy zobaczyłam łódź.

Była to długa i wąska, oślepiająco biała żaglówka z podartymi żaglami i złamanym masztem. Korpus zaklinował się na rafie z dziobem zwróconym ku lądowi. Wpłynęła prosto na nią i utknęła między koralami. Fale oceanu uderzały o rufę z coraz większą siłą.

– Pospieszcie się! – zawołał ktoś za nami.

– Gdzie jest funkcjonariusz Everest? Trzeba go tu sprowadzić.

– Korpus zaczyna pękać!

Głosy to przybierały na sile, to cichły. Tanga ponownie przyłożył do oczu swoją wielką lornetkę. Znał się na żaglówkach i marzył o własnej.

– To amerykańska łódź – powiedział, nie odejmując lornetki od oczu. – Jacht jednokadłubowy z kabiną. Nie jakiś szaleńczo drogi, ale szybki. Ma nisko zamocowany bom, co może być problemem.

Kilka mniejszych łódek ruszyło już w stronę wraku jachtu. Na szczęście był wśród nich Kapitan Mareko, jedyny, który nadal miał ropę w baku.

– Nie zdążą – stwierdził stojący obok mnie Nikau.

Patrzyłam na jacht, aż oczy zaczęły mi łzawić od słońca. Tak, Nikau miał chyba rację, łódź była za długa i za wąska, by móc opierać się żywiołowi dłużej niż jeszcze kilka minut. Miałam wrażenie, że wśród wycia oceanu słyszę trzask pękającego włókna szklanego, ale chyba się przesłyszałam.

– Mamy sznury i liny?

– Po co? Już po wszystkim!

– Przynieście je! Szybciej!

Kapitan Mareko i obaj jego synowie zdążyli już dotrzeć do jachtu. Chłopcy wspięli się szybko na kołyszący się pokład, słyszałam, jak coś do siebie krzyczą, ale nie słyszałam co.

– Tam ktoś jest! – zawołał Tanga. – Ktoś leży w kajucie.

Zrobiłam krok w stronę brzegu i znów spojrzałam pod słońce. Synowie kapitana nieśli coś bezkształtnego i pozbawionego kolorów, nie widziałam dokładnie co, ale Tanga zapewne miał rację: to było ciało. Unieśli je nad reling i spuścili do łódki kapitana. Jeden z chłopców wrócił pod pokład, kolejna fala uderzyła o rafę, sprawiając, że jacht przechylił się do przodu. Kapitan krzyknął, do wraku dobiły kolejne łódki, ale kapitał dał znać ręką, że mają się wycofać. Jacht za chwilę się przełamie. Na pokładzie znów pojawił się chłopak, tym razem z walizką w ręce. Kiedy przeskoczył przez reling i znalazł się w łódce, kapitan natychmiast ruszył do brzegu. Zanim zdążył dopłynąć, biały korpus jachtu rozpadł się. Rozległ się jęk i wrak powoli, ale nieubłagalnie zaczął iść na dno po drugiej stronie rafy.

– Kiona – odezwał się Papa Tane. Podszedł do mnie, a ja nawet go nie zauważyłam. – Idź po Mamę Evelyn.

Odwróciłam się i ruszyłam biegiem do domu. Amiria siedziała przy stole w swoim szkolnym mundurku, ze słuchawkami na głowie. Słuchała jakichś kaset.

– Gdzie jest mama?

Wzruszyła ramionami, kiwając głową w takt muzyki. Przez słuchawki sączyła się melodia, słyszałam słowa piosenki: „W Ameryce nie ma kotów…”.

Pobiegłam do lecznicy. Kiedy wpadłam do środka, mama właśnie porządkowała zapasy.

– Kończy się gaza – powiedziała. – Pojedziesz po południu do Tauhunu i…

Na mój widok puściła trzymane w ręce gaziki.

– Zdarzył się wypadek?

– Jacht zatonął. Na rafie. Jedna osoba została przetransportowana na brzeg.

Mama wróciła szybko do gabinetu.

– Żyje?

– Nie wiem.

Chwyciła stetoskop i ciśnieniomierz i obie ruszyłyśmy biegiem na brzeg.

To był mężczyzna. Wynieśli go z łodzi i położyli na plaży. Jedna noga sterczała pod dziwnym kątem, na czole widać było dużą ranę. Wargi miał białe i popękane, skórę na twarzy spaloną słońcem. Mama Evelyn kazała wszystkim odejść, wyjęła stetoskop i pochyliła się nad mężczyzną. Przez chwilę słuchała w skupieniu, po czym zawołała przez ramię:

– Mamy na czym go przenieść?

Ewan Jensen, bratanek Fete, przyniósł deskę surfingową. Była nieco za krótka i nogi mężczyzny wystawały na zewnątrz, ale spełniła swoje zadanie. Czterech mężczyzn ruszyło z rozbitkiem do lecznicy, reszta podążyła za nimi, niczym głośna fala morska.

Położyliśmy go w pokoju numer jeden, po czym Mama Evelyn nakazała wszystkim opuścić lecznicę i wzięła się do pracy. W drzwiach i oknach natychmiast pojawiły się ciekawskie twarze.

– Oczyść ranę na czole, żebym mogła zobaczyć, czy jest głęboka – powiedziała.

Umyłam ręce, wyjęłam jodynę i sterylne gaziki. Najpierw przemyłam skórę wokół rany, a na koniec samo rozcięcie. Połowa czoła była spuchnięta i sina, uderzenie, które spowodowało uraz, musiało być silne, ale sama rana nie była bardzo głęboka.

– Ma pękniętą czaszkę? – spytałam.

– Czy z nosa albo z uszu cieknie przezroczysty płyn?

Poświeciłam latarką w uszy i na twarz.

– Nie – powiedziałam.

Mama Evelyn zajęła się przygotowaniem kroplówki, ale mężczyzna był tak odwodniony, że nie była w stanie się wkłuć. W końcu udało jej się znaleźć żyłę w jego zdrowej nodze i założyć wenflon.

– Taśma chirurgiczna – rzuciła, a ja pobiegłam po taśmę.

Mama Evelyn podłączyła kroplówkę, podeszła do wezgłowia łóżka, wzięła latarkę i poświeciła nią w oczy mężczyzny.

Miałam wrażenie, że wszystkie dzieciaki w Tukao opuściły szkołę i stały teraz z nosami przylepionymi do okien.

– Czego szukasz? – zawołał jakiś dziecięcy głosik od okna.

– Krwiaka – odpowiedziała Mama Evelyn.

– Czego?

– Jeśli doszło do pęknięcia czaszki, to jest ono zapewne linearne. I rozgałęzione – powiedziała, a dziecko zrozumiało, że nie ma sensu pytać dalej.

Zmierzyłam mężczyźnie ciśnienie, co nie było łatwe.

– Musiał leżeć tam przez dłuższy czas – stwierdziłam.

Mama Evelyn nie odpowiedziała. Posłuchała bicia jego serca, napisała w karcie pacjenta „puls 140”, dodała „acidos” i „uszkodzenia organów”.

Zszyłam ranę na czole dużymi szwami i spróbowałam zmyć krew, którą mężczyzna miał we włosach, po czym owinęłam mu głowę naszym ostatnim bandażem.

– Przeżyje? – spytał Tanga.

– Przyprowadź ojca – odpowiedziała Mama Evelyn.

Tanga przekazał polecenie któremuś z dzieciaków.

Prawa noga mężczyzny była złamana w kilku miejscach. Papa Tane był potrzebny, żeby ją nastawić, by Mama Evelyn mogła założyć gips. Mężczyzna był nieprzytomny, więc nie musieliśmy podawać mu nic przeciwbólowego. Wspólnymi siłami nastawiliśmy nogę, a Mama Evelyn uznała, że powinno być w porządku. Prawy nadgarstek był spuchnięty i poraniony. Mama Evelyn ścisnęła go tak mocno, jak tylko mogła, starając się, by wszystkie kosteczki trafiły na swoje miejsce. Potem pomogłam jej włożyć rękę w gips i założyć mężczyźnie cewnik.

Mężczyzna leżał na łóżku z gumowymi wężykami odchodzącymi od ciała w kilku miejscach i z zabandażowaną głową. Nogę w gipsie miał podwieszoną na wyciągu nad łóżkiem. Ludzie zaczęli odchodzić od okien, najwyraźniej zgłodnieli z wrażenia. Nikau i Papa Tane wrócili do warsztatu, ktoś musiał zająć się małżami.

Ja i Mama Evelyn usiadłyśmy obok łóżka, każda na swoim krześle, podzieliłyśmy się szklanką wody i przyglądałyśmy się mężczyźnie. Leżał cicho z otwartymi ustami i zamkniętymi oczami. Jego klatka piersiowa nakryta cienkim prześcieradłem ledwie się unosiła. Policzki miał szkarłatne, pokryte półcentymetrowym zarostem.

– Jak myślisz, kto to jest? – spytałam.

– Na pewno jest młodszy, niż wygląda. Koło czterdziestki. Amerykanin. Europejczyk albo Kiwi. Na pewno niezbyt wprawny żeglarz.

– Dlaczego tak sądzisz?

– Wypłynął sam w morze, mimo ostrzeżenia przed cyklonem. W takiej sytuacji nie należy ryzykować.

Mama Evelyn poszła odwiedzić Babcię Metua, mieszkającą za lądowiskiem. Zostałam sama. Zwilżyłam wargi mężczyzny słodką wodą, co pół godziny mierzyłam mu ciśnienie, za każdym razem było nieco wyższe. Kiedy kroplówka się skończyła, podłączyłam nową.

Zastanawiałam się, skąd pochodzi i dokąd płynął. Przypomniałam sobie jego miękkie jak u dziecka, jasne, niemal bezbarwne włosy. Dotykałam ich, kiedy zszywałam mu ranę na głowie. Moje pytanie do Mamy Evelyn pozostawało bez odpowiedzi:

– Dlaczego wypłynął w morze podczas cyklonu?

Zanim Mama Evelyn wróciła, zdążył już zapaść zmrok.

– Zostanę tu na noc – oświadczyła. – Rozmawiałam z ojcem, jutro rano mnie zmienisz.

Pacjent leżał nieruchomo, owinięty bandażami przypominał mumię.

– Myślisz, że przeżyje?

Mama Evelyn nie odpowiedziała, była zajęta sprawdzaniem cewnika.

Wracałam do domu w ciemności. Podmuchy wiatru smagały mi ręce i nogi, na skórze czułam sól po porannej kąpieli. Pachniałam morzem.

W powietrzu unosił się zapach licznych ognisk, które płonęły przed domami, w mroku wyglądały jak zawieszone w powietrzu ogniste muchy.

Fakt, że od dwóch lat z Rarotongi nie przypłynął żaden statek, spowodował szereg niedogodności, ale to wszystko. Ropa do prądnicy, która zaopatrywała wyspę w energię elektryczną, skończyła się już dawno temu. Morze i ziemia karmiły nas, ludzi, w taki sam sposób jak od tysięcy lat: nocą świeciły gwiazdy, żywiliśmy się rybami i orzechami kokosowymi. Prawdę mówiąc, nigdy do końca nie ufaliśmy nowoczesnym wynalazkom, takim jak konserwy, płyny do mycia naczyń czy lodówki. Kiedy szłam, słyszałam, jak połamane muszelki trzeszczą pod moimi stopami. Trudno było tu coś uprawiać. Kury i prosięta biegały radośnie stadkami po całej wyspie, jedząc to, co zdołały znaleźć. Słyszałam je w zaroślach. Niektórym rodzinom, między innymi naszej, udało się wyhodować drzewka limonkowe. Dzieliliśmy się owocami, jak wszystkim innym. Zamiast mrozić ryby, suszyliśmy je. Trzeszczenie sznurów, na których wisiały, mieszało się z zawodzeniem wiatru i graniem świerszczy. Zamiast myć zęby pastą, czyściliśmy je wodą morską, jak kiedyś się robiło. Kiedy zabrakło podpasek i tamponów, zaczęłyśmy używać pociętych na paski starych pareo, kawałki materiału zastępowały nam spódnice, sukienki, szale i narzędzia. Początkowo wyrzucałyśmy je, ale po jakimś czasie zaczęłyśmy je prać, by móc używać ich wielokrotnie. Mama Evelyn przyjmowała poród pod mahoniem w świetle lampki olejnej w noc po tym, kiedy skończyła się ropa do prądnicy. Poród przebiegł tak jak powinien, ale dziecko wkrótce zachorowało i zmarło, zanim skończyło roczek.

Myśli kłębiły mi się w głowie w ciemnościach, ale wciąż wracały do leżącego w lecznicy pacjenta. Odwodnienie zostało opanowane, nerki pracowały i produkowały mocz. Nie było natomiast wiadomo, jak poważna jest rana głowy. Jeśli pęknięcie było linearne, to mogło się samo zrosnąć, ale jeśli doszło do krwawienia wewnątrzczaszkowego, mógł pojawić się ucisk na mózg, a w lecznicy nie było możliwości przeprowadzenia operacji. Istotne wydawało się, jak długo mężczyzna był nieprzytomny. Prawdopodobnie będzie utykał, miałam wrażenie, że nie udało nam się złożyć kości tak, żeby obie nogi były równe. Miałam nadzieję, że nie jest praworęczny, bo miałam poważne wątpliwości, czy odzyska pełną sprawność w prawej dłoni.

Mężczyźni zebrali się przed naszym warsztatem, duże ognisko rozświetlało brzeg. Tanga siedział pośrodku grupy z butelką samogonu w ręce. Przed nim leżała pusta torba sportowa, podobna do tej, w której Nikau przechowywał sprzęt do tenisa. Zawartość torby leżała rozrzucona wokół ogniska: ubrania, kilka książek, tenisówki, środki higieniczne. Obok stała zamknięta metalowa walizeczka wielkości teczki. Kiedy wśród zebranych osób dostrzegłam Ngaru, wzdrygnęłam się. Przybył tu aż z Tauhunu, zwabiony dramatycznymi wydarzeniami. W głosach mężczyzn słychać było wyraźne podniecenie.

– Erik Bergman – powiedział Barbie, przerzucając kartki niewielkiej książeczki, pewnie paszportu rozbitka. Jego długie, lakierowane paznokcie lśniły w księżycowej poświacie. – Gdzie leży Szwecja? – spytał.

– Co za dureń – stwierdził Ewan Jensen. – Jak mógł skierować jacht prosto na rafę?

– Wiał silny wiatr, dostał bomem w głowę – powiedział Tanga. – Tego rodzaju łodzie mają nisko zawieszony bom, musiał zboczyć z kursu.

Usiadłam na skraju i nagle poczułam, jak bardzo jestem zmęczona. Obecność Ngaru sprawiała mi przyjemność, ale czułam się zakłopotana. Niepotrzebnie, bo on w ogóle nie zwracał na mnie uwagi.

Sięgnęłam po grillowaną papugorybę i nimata, wodę kokosową. Wzięłam do ręki książki, które mężczyzna miał w torbie, i zaczęłam je kartkować. Były napisane w języku, którego nie rozumiałam, niektóre litery widziałam po raz pierwszy.

– Co wy robicie? – krzyknął Papa Tane, który właśnie wyszedł z warsztatu. – Zbierzcie jego rzeczy. Ile wy macie lat?

Mężczyźni roześmieli się, zerknęli po raz ostatni na rzeczy rozbitka, zanim Papa Tane je zebrał, włożył do torby i zaciągnął zamek. Potem zaniósł torbę i dziwną walizeczkę do Dużego Domu.

Zjawił się funkcjonariusz Everest, który właśnie skończył rozmawiać przez radio z Rarotongą.

– Co ci powiedzieli? – dopytywał się głośno Tanga.

Everest zgłosił zatonięcie jachtu władzom na głównej wyspie archipelagu.

– Nie wydano żadnego pozwolenia – stwierdził Everest. Usiadł obok Barbie i wypił łyk wody kokosowej.

By przybić do Manihiki, trzeba było mieć specjalne pozwolenie, wydane przez władze celno-imigracyjne w Avarua. W tym przypadku najwyraźniej takiego pozwolenia nie wydano.

Spojrzałam w ogień, podczas gdy mężczyźni przez dłuższą chwilę omawiali konsekwencje tego, co się stało: doszli do wniosku, że raczej żadnych nie będzie, ponieważ formalnie jacht przecież nie przybił do portu, tylko zatonął, więc problem zniknął.

Ngaru podszedł i usiadł obok mnie. W pierwszej chwili chciałam się odsunąć, ale nie zrobiłam tego.

Mężczyźni byli zgodni, że nie warto podejmować próby wydobycia wraku. Jacht rozpadł się na dwa kawałki i zatonął na głębokiej wodzie za rafą. Tak czy inaczej, funkcjonariusz Everest wystawił rozbitkowi trzydziestodniową wizę turystyczną, którą wbił mu do paszportu, więc formalnościom stało się zadość.

Rozmawiano o łodziach i o tym, co mogło się przydarzyć mężczyźnie. Wiał południowowschodni wiatr, więc musiał płynąć z Tahiti. Znalazł się w oku cyklonu – kretyn. Zastanawiano się, które jachty są stabilne, które szybkie, a w końcu – jak zwykle – rozpoczęła się dyskusja o różnych gatunkach ryb: które jak smakują, o jakiej porze roku są najtłustsze, czy lepiej je piec, czy jeść surowe jak ika mata.

Zostawiłam ich i odeszłam, czego nikt nie zauważył.

Gdy usnęłam w pokoju nad warsztatem, przyszedł do mnie Ngaru. Po raz pierwszy odwróciłam się od niego, kiedy włożył dłoń między moje nogi.

Następnego dnia Ngaru zastąpił mnie podczas połowu pereł, żebym mogła pójść pomóc Mamie Evelyn w lecznicy. Wzięłam ze sobą obie torby, które chłopcy wynieśli z łodzi: tę sportową i tę błyszczącą, metalową.

Mężczyzna obudził się o świcie, zdezorientowany i z silnym bólem głowy. Nie powiedział niczego istotnego, ale w nocy nie miał drgawek, co należało uznać za dobry znak. Pozwalało przypuszczać, że uraz głowy nie był bardzo poważny. Teraz spał z zamkniętymi ustami. Wargi nie były już tak spękane jak wcześniej, a twarz tak szkarłatna. Mama Evelyn wymieniła mu cewnik, a kroplówkę podłączyła do ręki.

– Wrócę po drugim śniadaniu – oświadczyła i poszła do domu. Miała czerwone oczy.

Usiadłam obok śpiącego mężczyzny, rozejrzałam się po pomieszczeniu i zaczęłam rozmyślać. Niczego mi tu nie brakowało. Właściwie miałam wszystko. Kontakt ze światem zapewniały mi powieści, które ciotka Doris przysyłała specjalnie dla mnie z Nowej Zelandii każdym statkiem płynącym z Rarotongi: powieści przygodowe i romanse, książki detektywistyczne i dziwne książki fachowe. Najbardziej lubiłam powieści historyczne, historie o tym, jak ludzie kiedyś żyli: Imię róży Umberto Eco, Dom dusz Isabel Allende, Klan Niedźwiedzia Jaskiniowego Jeana M. Auela. W mojej głowie bohaterowie powieści przybierali konkretne kształty. Myśl o tych wszystkich ludziach, którzy kiedyś żyli na ziemi, a teraz już ich tu nie było, budziła mój szacunek i przepełniała mnie melancholią. Nie mówiłam o tym głośno. Nikau drwiłby ze mnie do końca życia.

Tego dnia wzięłam ze sobą Alchemika, brazylijskiego pisarza Paola Coelho. Była to opowieść o biednym pasterzu Santiago, który udał się w długą podróż w poszukiwaniu skarbu, ukrytego u podnóża egipskich piramid. Pewien mężczyzna powiedział mu, że jeśli „czegoś potajemnie pragniemy, to cały wszechświat sprzyja naszemu pragnieniu”. Ładna myśl, ale zastanawiałam się, czy prawdziwa. Bo czy naprawdę wystarczyło czegoś bardzo chcieć? Czy cały wszechświat będzie mnie wspierać, dlatego że chcę zająć miejsce mojej siostry na uniwersytecie?

Mężczyzna jęknął, więc podniosłam głowę. Jego powieki były spalone słońcem, miał kłopot z otwarciem oczu. Wstałam i nachyliłam się nad nim, nasze spojrzenia się spotkały.

– Erik Bergman? – spytałam.

Zajrzałam do jego paszportu, zapamiętałam zdjęcie mężczyzny o jasnej cerze, z oczami koloru wody i smutnymi ustami. Patrzył teraz w sufit i nie odzywał się. Miał trzydzieści cztery lata.

– Jesteś na Manihiki – powiedziałam. – W lecznicy w Tukao. Podać ci coś do picia?

Rozległ się suchy kaszel, mężczyzna wycharczał coś, czego nie zrozumiałam. Podałam mu szklankę ze słomką. Wypił chciwie.

– Jesteś głodny? – spytałam. – Mama Evelyn, pielęgniarka, wróci koło południa. Przyniesie ci trochę zupy rybnej. Lubisz zupę rybną? Z sokiem z limonki i mlekiem kokosowym.

Mężczyzna zamknął oczy i natychmiast znów zasnął. Niewykluczone, że Mama Evelyn podała mu morfinę.

– Prawie wszystko, co jemy, jest z limonką i mlekiem kokosowym – powiedziałam śpiącemu mężczyźnie.

Zmieniłam kroplówkę. Worek na mocz nie był jeszcze pełen, więc go zostawiłam. Ciśnienie krwi się ustabilizowało, tętno nadal było podwyższone.

Wróciłam do lektury Alchemika. Santiago oświadczył się pięknej Fatimie, która powiedziała, że wyjdzie za niego, kiedy skończy swoją podróż i znajdzie skarb. Uznałam, że ma serce z kamienia.

Potem wróciła Mama Evelyn. Wyglądała nieco lepiej, nie miała już tak podkrążonych oczu. Zjadłam kilka uto, orzechów kokosowych, które znalazłam na tyłach lecznicy, i wróciłam do warsztatu. Atmosfera była napięta. Mój brat przejął moje obowiązki i był z tego powodu niezadowolony. Papa Tane krzyczał na niego, kiedy był nieostrożny i uszkadzał muszle małż. Teraz szybko się oddalił i zostawił mnie samą.

Popołudnie minęło szybko, jak zwykle kiedy poławialiśmy perły. Bracia Brownowie zebrali w lagunie kilka sznurów z małżami, Nikau i Ngaru przygotowywali je do dalszej obróbki na pomoście, a ja potem otwierałam je szpatułką w warsztacie. Ngaru był niezadowolony i nie patrzył w moją stronę. Nie przywykł, żeby mu odmawiano. Fale uderzały o pomost, pozostałość cyklonu, który już przeszedł.

Pomyślałam o mężczyźnie w lecznicy, o jego jasnych oczach koloru nieba i porannej mgły. Pochodził ze Szwecji. Nie wiedziałam, gdzie leży Szwecja, ale na pewno gdzieś daleko. Przywiódł go tu los czy zbieg bezsensownych okoliczności?

Kładłam małże na stoliku przed Papą Tane. A on otwierał je, czyścił, usuwał kawałki liny, które przyrosły do podłoża, i nacinał ostrożnie gruczoł. Ze środka wypadała świeżo narodzona perła, błyszcząc w popołudniowym świetle. Wtedy zawsze wstrzymywałam oddech. To był klejnot, ale dziwnie żywy. Papa Tane umieszczał ją na tacy razem z innymi. Jeśli perła była duża i ładna, małż nadawał się do ponownego użytku. Najlepsze potrafiły rodzić perły trzy, czasem nawet cztery razy. Za każdym razem większe, a tym samym cenniejsze.

Papa Tane zamykał muszlę, a ja podawałam mu następną. Słońce zaczęło już zachodzić.

Patrzyłam na tacę z perłami: złote, srebrne, fioletowe i zielone leżały na kawałkach tkaniny, które nadawały im barwę i połysk. Za rok, może dwa będziemy mogli zbierać kolejne perły. Dobrze, że był z nami Ngaru, pomógł nam umocować zaszczepione perły na sznurach, które potem bracia Brownowie mieli umieścić w wodach laguny. Ale kiedy skończyliśmy, Ngaru wsiadł do kanu i bez słowa ruszył z powrotem do Tauhunu. Został ze mną po śmierci mojej siostry, a ja pozwalałam mu zbliżać się do mnie, kiedy chciał i jak chciał. Najczęściej wchodził we mnie od tyłu, mocno, brutalnie, a ja się na to godziłam.

Tego wieczoru przybyła pielęgniarka z Tauhunu i przejęła opiekę nad pacjentem, żeby Mama Evelyn mogła się wyspać. Przywiozła ze sobą bandaże i gaziki.

Byłam sama w pokoju nad warsztatem, pokoju, który należał do mnie i do Moany. W ciemności nasłuchiwałam jej głosu, ale nie słyszałam go wśród szumu fal. Zapaliłam więc lampkę z tłuszczem wieprzowym i sięgnęłam po jej podręcznik do geografii i Atlas świata Collinsa.

Szwecja była trzecim co do wielkości krajem w Europie. Położona gdzieś na dalekiej północy, w Skandynawii, była królestwem, niepodległym krajem od czasów średniowiecza. Zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam na mapie, że przebiega przez nią krąg polarny. Na tej samej szerokości geograficznej na półkuli południowej leżała Antarktyka. Musiało tam być straszliwie zimno. Kraj miał osiem milionów mieszkańców, co znaczyło, że był bardzo rzadko zaludniony. Nic dziwnego w tym klimacie, pomyślałam. Szwecja nie uczestniczyła ani w pierwszej, ani w drugiej wojnie światowej, więc ludzie byli nastawieni pokojowo. Przez ostatnie sześćdziesiąt lat niemal przez cały czas politykę rządu kształtowała jedna partia polityczna: Socjaldemokratyczna Partia Pracy. Nie wiem, czy słusznie, ale nazwa kojarzyła mi się z komunistami. Zbudowano państwo dobrobytu z darmowymi szkołami i darmowym lecznictwem dla wszystkich, zasiłkami dla bezrobotnych i płatnymi zwolnieniami lekarskimi. Gminy zapewniały opiekę nad dziećmi i seniorami, co doprowadziło do bardzo wysokich podatków, niezależnie od tego, czy socjaldemokraci wygrywali, czy przegrywali wybory.

Zdmuchnęłam płomień lampki i wyjrzałam przez okno, księżycowa poświata oświetlała wody laguny, która lśniła niczym srebro.

Wszystkie morza świata były ze sobą połączone. To było dziwne uczucie.

Babcia Vaine była z natury osobą podejrzliwą wobec ludzi w ogóle, ale szczególnie wobec papa’a, białych ludzi. Maoryskie papa’a nie miało nic wspólnego z ojcami, znaczyło po prostu „cztery warstwy ubrania”, przynajmniej według legendy, i pochodziło z czasów pierwszych misjonarzy, którzy – chociaż wydawało się to dziwne – tak właśnie się ubierali. Babcia Vaine urodziła się na Rakahandze, ale wcześnie została wysłana do Rarotongi jako tamariki angai, dziecko adopcyjne. Dorastała u bezdzietnej ciotki. Tam po jakimś czasie poznała Dziadka Tanego, który pochodził z Matavery – stąd nazwisko naszej rodziny. Kiedy na świecie pojawił się ich trzeci syn, postanowili wrócić na Manihiki. Powód ich powrotu nadal był owiany tajemnicą nawet dla nas, najbliższych członków rodziny, ale miało to coś wspólnego z Dziadkiem Tanem, który został oszukany przez białego mężczyznę z Australii. Podobno zabrał mu kanu, ale wspominano też o jakiejś sumie pieniędzy. To wydarzenie ugruntowało u Babci Vaine przekonanie, że świat jest zły, a białym ludziom nie można ufać, może z wyjątkiem Mamy Evelyn, ale też tylko może. Najstarsi synowie, Tom i Matini, zostali w charakterze tamariki angai u bezdzietnej ciotki, wówczas już bardzo wiekowej starszej pani.

Babcia Vaine nie była zadowolona z pacjenta, który bardzo powoli dochodził do zdrowia w pokoju numer jeden.

– E vaka putaputa – powiedziała, co znaczyło „kanu z wieloma dziurami”.

A więc duży problem.

To właśnie Babcia Vaine zdecydowała o moim imieniu, taki był u nas zwyczaj. Muszę przyznać, że trudno było mi jej to wybaczyć. Kiona to duża ćma, brzydki owad, który często się gubił i trafiał w sieci pająka.

– Bzdury – powiedziała Babcia Vaine, słysząc moje narzekania. – Kiona symbolizuje niezależność i pozycję. Tam, skąd pochodzę, jest to ładne i ważne imię.

Nie wiedziałam, o jakie miejsce jej chodzi, o Rarotongę czy Rakahangę, ale miałam wątpliwości, czy na którejś z tych wysp to imię naprawdę miało takie znaczenie.

W tych dniach Babcia Vaine narzekała bardziej niż zwykle. Nie podobało jej się, że „zaniedbuję lagunę”, zajmując się pacjentem w lecznicy.

– E maro ma’ana – mówiła, mając na myśli „ciepłą opaskę na biodra”, czyli osobę, na której można było polegać. Określenie to nie obejmowało białych mężczyzn, którzy trafiali na dalekie wyspy w dziwnych okolicznościach.

Musiałam popłynąć łodzią przez lagunę do przychodni w Tauhunu, żeby uzupełnić zapas środków przeciwbólowych. Pielęgniarka Vioora, która pochodziła z Atui, wyspy w południowej części archipelagu, była wobec mnie bardzo uprzejma, chociaż dobrze znała historię Moany. Wypytywała mnie o pacjenta. Zadawała wiele pytań dotyczących jego stanu zdrowia, pochodzenia i tego, jak w ogóle znalazł się na rafie. Z jakiegoś powodu jej ciekawość sprawiła, że poczułam się zawstydzona.

– On niewiele mówi – odpowiedziałam wymijająco.

– Ale chyba mówi po angielsku?

Kiedy funkcjonariusz Everest przesłuchiwał mężczyznę w sprawie wraku, siedziałam w poczekalni i wszystko słyszałam, więc tak – mogłam potwierdzić, że pacjent mówił dobrze po angielsku, nawet bardzo dobrze. Jego opowieść pokrywała się z tym, co mówili mężczyźni już pierwszego wieczoru: Erik Bergman był człowiekiem żądnym przygód, samotnym żeglarzem. Kupił jacht na Tahiti i był w drodze na zachód, kiedy pojawił się cyklon i zepchnął go z kursu. Podczas próby zwinięcia żagla bom uderzył go w głowę, mężczyzna wpadł do kajuty i już tam został. To, że dwa dni później jacht trafił na rafę w Manihiki, należy uznać za cud.

Opuściłam Tauhunu tak szybko, jak tylko mogłam.

W drodze do portu minęłam opuszczony pałac, który powoli chylił się ku upadkowi. Na werandzie przed domem brata mamy Ngaru zobaczyłam go na werandzie. Udał, że mnie nie widzi, a może rzeczywiście mnie nie widział. Tak jak podejrzewałam, opuścił Tukao, żeby nie musieć uczestniczyć w poławianiu pereł, albo dlatego, że się mną znudził. Zrobiło mi się wstyd i szybko ruszyłam w stronę portu.

To, co powiedziałam siostrze Vioorze, było prawdą. Pacjent był raczej małomówny. Prosił o wodę, czasem o basen, i to w zasadzie wszystko. Starałam się go nie niepokoić, więc zwykle siedziałam w gabinecie i czytałam.

– Siostro – zawołał pewnego wieczoru, kiedy Mama Evelyn była u Babci Metui, której stan się nie polepszał i prawdopodobnie nie zostało jej już wiele życia. Odłożyłam Filary ziemi Kena Folletta, moją ulubioną powieść, i poszłam do pokoju numer jeden. Mężczyzna na wpół siedział na łóżku. Niedawno go ogoliłam, rany po poparzeniach na twarzy goiły się, opuchlizna na czole już prawie zeszła.

– Mam pytanie – zaczął. – Proszę mi powiedzieć: gdzie ja jestem?

– W Tukao. Na Manihiki. Wyspy Cooka. Północna część archipelagu. Należymy do Nowej Zelandii, ale jesteśmy niepodlegli.

Zamrugał zdezorientowany.

– Gdzie?

– Południowa część Oceanu Spokojnego. Ze wszystkich stron otacza nas woda.

Nie była to do końca prawda, bo na horyzoncie na północnym zachodzie majaczyła Rakahanga.

Pacjent zamknął na chwilę oczy, ale zaraz znów je otworzył. Patrzył na szybko zapadający zmrok.

– Był tu policjant. Przesłuchiwał mnie.

– Funkcjonariusz Everest – powiedziałam.

Mężczyzna sięgnął ręką po stojący na stoliku kubek z wodą, chwycił go i zaczął pić przez słomkę. Odstawił kubek i odchrząknął.

– Czy przypływając tu, dopuściłem się jakiegoś nielegalnego czynu? Popełniłem przestępstwo?

Przysunęłam krzesło bliżej jego łóżka.

– Przybijając do Manihiki, trzeba mieć pozwolenie z Rarotongi, ale ponieważ jacht zatonął, zanim dobił do brzegu, uznano, że pozwolenie nie było konieczne. – Uśmiechnęłam się niepewnie. – Dostałeś wizę turystyczną ważną miesiąc.

– A jak długo już tu jestem?

Policzyłam na palcach.

– Jedenaście dni.

Mężczyzna milczał chwilę.

– Manihiki, tak?

– To atol. Laguna i czterdzieści trzy motus, czyli małe wyspy. Laguna ma dziewięć kilometrów szerokości. Są tu dwa miasta, Tauhunu i Tukao. Nie ma nas w Atlasie świata Collinsa.

– Nie macie elektryczności?

– W tej chwili nie, brakuje ropy do prądnicy.

Patrzył na mnie. Nie był szczególnie przystojny, miał jasne włosy, ale nie blond, ciemniejsze, chociaż nie był też szatynem, szczękę miał nieco za bardzo kanciastą, a uszy za małe.

– Pracujesz tu jako pielęgniarka?

Spojrzałam na moje dłonie.

– Moja mama, Siostra Evelyn, jest pielęgniarką. Czasem jej pomagam. Głównie jednak pracuję na farmie pereł.

Mężczyzna uniósł brwi w sposób, który – jak się później okazało – był bardzo dla niego charakterystyczny.

– Na farmie pereł?

– Nasza rodzina ma farmę czarnych pereł. Pinctada margaritifera występują w naturze w lagunie, wystarczy zanurzyć sznur i po trzech latach jest obrośnięty przez małże. Nurkuję podczas połowów i pomagam w warsztacie. Może zostanę techniczką…

To była prawda, Papa Tane powiedział, że być może zapisze mnie na kurs, kiedy następnym razem będzie się odbywać na wyspie, i wtedy dostanę licencję.

– Czarna farma? – spytał mężczyzna zdziwiony.

– Perły są czarne. Tak się je nazywa, chociaż w rzeczywistości mają różne kolory. Połowa nie daje się zakwalifikować do żadnej kategorii, pozostałe dzieli się na klasy od A do D, w zależności od barwy, kształtu i wielkości.

Erik Bergman spojrzał w okno, gdzie zapadła już całkowita ciemność. Księżyc świecił, ale chmury zakrywały gwiazdy.

– Policjant powiedział, że mój jacht zatonął. Da się go wydobyć?

Pokręciłam głową.

– Rozpadł się na kawałki i zatonął. Kapitan Mareko i jego chłopcy uratowali pana w ostatniej chwili.

Mężczyzna spróbował usiąść.

– Mogę prosić cię o przysługę?

– Oczywiście – powiedziałam i wstałam, żeby poprawić mu poduszkę pod plecami.

– Moja teczka – powiedział, wskazując głową na kąt, w którym złożone były jego rzeczy. – Jest jakieś inne miejsce, gdzie można ją położyć? Gdzieś, gdzie nie ma takiej wilgoci?

Mężczyzna zauważył moją zdziwioną minę.

– Tu nie jest mi potrzebna. Są w niej papiery i kilka drobiazgów.

– Niestety kluczyki zaginęły.

Mężczyzna przymknął oczy i opadł na poduszkę.

– Ktoś mnie szukał?

Pytanie było tak absurdalne, że niemal się roześmiałam.

– Od dwóch lat nie było tu żadnego statku. Osiem miesięcy temu przyleciała grupa kupców pereł wynajętym samolotem, ale poza tym nie było tu nikogo od tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego ósmego roku.

– Jeśli ktoś będzie mnie szukał, przyprowadź go do mnie. Tylko nie mów, że mnie znasz.

– Kto miałby cię szukać?

Mężczyzna odchylił głowę do tyłu, wymamrotał coś, czego nie dosłyszałam – a może mówił w nieznanym mi języku.

Wróciłam do lektury Filarów ziemi. Była to opowieść o budowie katedry w Kingsbridge w Anglii w XII wieku. Czytałam ją już po raz kolejny. Autor opowiadał o najróżniejszych spiskach między możnymi tamtego okresu, ale to mnie nie interesowało. Interesowała mnie sama budowla! Miałam ją przed oczami: unoszące się wysoko nad ziemią łuki, migoczące światło i kolumny wychodzące z podziemi i sięgające do nieba. Byłam tam, u boku budowniczego, mistrza Toma, szczególnie wtedy, gdy nurkowałam.

Kiedy przyszła Mama Evelyn, żeby mnie zastąpić, wychodząc, wzięłam ze sobą błyszczącą metalową walizkę mężczyzny. Po chwili namysłu włożyłam ją do kartonu, w którym leżały stare podręczniki szkolne Moany, i postawiłam na najwyższej półce w komórce za cysterną ze słodką wodą. Miejsce było suche i bezpieczne.

Papa Tane zamówił rozmowę do Stryja Matiniego na Rarotondze przez centralę radiową znajdującą się tuż obok Domu Gminnego, niedaleko lecznicy. I jeszcze tego samego wieczoru dostał połączenie. Babcia Vaine i Amiria przygotowały kolację – w przeciwieństwie do mnie Amiria umiała i lubiła gotować. Zmełły mięso małż na farsz, a następnie go upiekły, do tego usmażyły naleśniki, które zjedliśmy, popijając mlekiem kokosowym.

Zostawiłam jedzenie dla Mamy Evelyn i pacjenta i usiadłam obok Papy Tanego na ziemi koło pomieszczenia, w którym była centrala radiowa, w zapadającym zmroku czekaliśmy na rozmowę. Były tu też inne rodziny, wiele osób miało różne sprawy do załatwienia, wieczór był gorący i wilgotny.

– Ostatnio dużo myślałam o miejscu Moany na uniwersytecie… – zaczęłam.

Moja siostra dostała się na Wydział Polityki i Stosunków Międzynarodowych na Uniwersytecie w Auckland. Zgodnie z planem miała płynąć następnym statkiem do Rarotongi, a potem lecieć samolotem na Nową Zelandię.

– Ktoś inny zajmie jej miejsce – powiedział Papa Tane. – Wielu się o nie ubiegało.

– Może pojadę zamiast niej?

Papa Tane spojrzał w kierunku rafy.

– Kiona, to nie jest dla ciebie.

– Też mogłabym studiować.

Papa Tane odwrócił wzrok i wtedy po raz pierwszy powiedział:

– Twój uniwersytet jest na lagunie.

Vaitomo, operator, wyszedł i poinformował, że nasza rozmowa została połączona. Papa Tane wszedł, ja zostałam w drzwiach. Stryj Matini na Rarotondze zajmował się finansami, a Papa Tane zdawał mu sprawozdanie z sytuacji na farmie: podawał liczby, wyniki połowów, informował o koniecznych inwestycjach. Każde zdanie kończył słowem „odbiór”. Od niepamiętnych czasów los ludzi żyjących nad laguną był związany z perłami. Przemysłowa produkcja, farmy i hodowla pereł były stosunkowo nowym wynalazkiem. Nie bardzo rozumiałam, o czym rozmawiają, ich długie wywody na temat budżetu i bilansu zamieniały się w mgłę. To prawda, że nie miałam równie dobrych stopni jak moja siostra, szczególnie z matematyki, ale lubiłam czytać i mówiłam płynnie zarówno po maorysku, jak i po angielsku. Moana była świetna z matematyki i interesowała się polityką, poza tym znała kilka języków: maoryski, angielski i francuski, rozumiała też chiński. Matka jej najlepszej przyjaciółki, Reo Cherval, pochodziła z Tahiti, z francusko-chińskiej rodziny, i od początku uczyła Reo i Moanę języków. Natomiast ja wiedziałam dużo o europejskich katedrach i o średniowieczu w Europie, znałam nazwy większości krajów na świecie, potrafiłam wskazać ich stolice. Czytałam Biblię, Bóg był dla mnie ważny. Nie przepadałam natomiast za polityką, interesowało mnie tylko, w jakich warunkach żyją ludzie. Kiedy Moana twierdziła, że właśnie na tym polega polityka, nie do końca rozumiałam, o co jej chodzi.

Stryj Matini powiedział przez radio, że w „Cook Islands News” pisali o śmierci Moany. On i Ciotka Ama dali jej zdjęcie, które zostało opublikowane w prasie. Było co prawda czarno-białe, a Moana miała na nim czternaście lat, ale i tak można było ją rozpoznać. Stryj zachował egzemplarz gazety.

Przekazaliśmy pozdrowienia dla całej rodziny, przez chwilę rozmawiałam też z moją kuzynką Vaianą, ale nie miałyśmy sobie wiele do powiedzenia. Widziałyśmy się tylko raz, przy odsłonięciu nagrobka na cmentarzu w Rakahandze, więc szybko się pożegnałyśmy. Poinformowaliśmy operatora, że połączenie zostało zakończone, i wróciliśmy do domu.

Pomyślałam o gazecie, o „Cook Island News”, i że opublikowano tam zdjęcie Moany, chociaż już po jej śmierci. Miała na nim czternaście lat, a teraz już jej nie było: zdjęcie przedstawiało chwilę uchwyconą w czasie. „Cook Island News” to dziennik piszący o sprawach bieżących, o Wyspach Cooka, Polinezji i reszcie świata. Stryj zachowywał egzemplarze z ważnymi artykułami, głównie dotyczącymi hodowli pereł, a potem wysyłał je nam statkiem, jeśli to było możliwe. Papa Tane wkładał je do pudełka z liści palmowych i chował pod łóżkiem. Czasem w gazecie były też inne artykuły, na przykład o tym, że gdy piosenkarz David Bowie nagrywał w Rarotondze film Wesołych świąt, pułkowniku Lawrence, jedna z osób z ekipy filmowej zabłądziła i zaginęła w dżungli na zboczach wulkanu. Mimo że wyspa miała zaledwie dziesięć kilometrów szerokości, nigdy jej nie znaleziono. Szczątki do dziś pozostają ukryte gdzieś w bujnych zaroślach wyspy. Ten egzemplarz gazety trafił na półkę w Dużym Pokoju.

Zastanawiałam się, czy i gdzie stryj schowa egzemplarz ze zdjęciem Moany. Zapewne też położy go na półce.

Tej samej nocy z południa nadciągnęła burza, pioruny i silne podmuchy wiatru przez wiele dni trzymały w szachu Manihiki. Babcia Vaine nie miała wątpliwości: to Hikahara protestowało przeciwko pacjentowi w lecznicy. Hikahara, miejscowe bóstwo, w połowie kobieta, w połowie mężczyzna, pochodziło z czasów przed Chrystusem. Rządziło pogodą, deszczem i burzami. Od pasa w górę kobieta, od pasa w dół mężczyzna. Babcia lubiła opowiadać o tym, jak misjonarze postanowili rzucić mu wyzwanie. Jej opowieść z czasem stawała się coraz lepsza, można było odnieść wrażenie, że wręcz sama w niej uczestniczyła. Wszyscy mieszkańcy wyspy zebrali się przy kamieniach Hikahary w Tukao i cały dzień – od wczesnego ranka do zachodu słońca – modlili się o deszcz, ale niebo nie dało im żadnego znaku. Misjonarze prosili, by kontynuowali modły także następnego dnia, ale i to nic nie dało. Potem misjonarze poprosili swojego Boga o deszcz i deszcz spadł, a wszyscy na Manihiki przekonali się, że prawdziwym Bogiem jest Jahwe.

Podczas burzy musieliśmy zawiesić połowy, wypływanie na lagunę było ryzykowne. Papa Tane rozmawiał natomiast kilka razy przez radio ze swoim bratem na Rarotondze.

Stryj Matini był zajęty rozwijaniem własnej firmy, przedsiębiorstwa budowlanego specjalizującego się w imporcie produktów ze stali. Interes kwitł, ale finanse stanowiły problem. Trzeba było prowadzić księgowość, zbierać faktury, obliczać zysk, podatki, koszty. Papa Tane też miał z tym kłopot.

Tegoroczne zbiory były wyjątkowo dobre. Niemal osiemdziesiąt procent naszych pinctada margaritifera zawierało perły. Poza tym większość była okrągła bez widocznych skaz. Klasa B i C, kilka można nawet było zaliczyć do klasy A. Trzydzieści pięć procent małż zostawało zaszczepionych i wracało do laguny. Było to nieco powyżej oczekiwań, tak więc życie powinno nas cieszyć.

Wraz z poprawą stanu zdrowia pacjenta mogłam wrócić do pracy na farmie. Ja i Nikau kontynuowaliśmy połowy, sprawdzaliśmy liny, głębokość. Towarzyszyłam mistrzowi budowlanemu Tomowi w dwunastowiecznym Kingsbridge. Otaczające mnie wody laguny zamieniały się w nawę, korale w misterne rzeźby, morskie prądy niosły ze sobą kościelne śpiewy, woda nade mną przemieniała się w nieboskłon pełen nie gwiazd, tylko marmurowych aniołków. Otaczała mnie błoga ciemność, brak tlenu w płucach koił wszelki ból.

Wieczorami pomagałam Mamie Evelyn, zastępowałam ją przy pacjencie, żeby mogła zająć się innymi sprawami. Razem zmieniłyśmy mu gips na prawej ręce i lewej nodze. Na szczęście okazało się, że Erik Bergman rzeczywiście jest leworęczny. Noga nie wyglądała dobrze, była znacznie krótsza niż prawa. Zastanawiałam się, jak to możliwe. Co stało się z kawałkami kosteczek tam w środku?

Po długotrwałym sztormie nastąpiły upały, wilgoć stała się nie do wytrzymania. Pacjent pocił się, dwa razy tego wieczoru musiałam zmieniać prześcieradła.

– Nie przywykłeś do takiej pogody?

Erik Bergman stał w pokoju, mając na sobie jedynie bokserki. W lewej ręce trzymał kulę.

– Nie – powiedział. – Szwecja leży na północy. Przez pół roku mamy śnieg i mróz.

– Nad kołem podbiegunowym – dodałam.

W nikłym świetle lampki widziałam, jak uniósł brwi w charakterystyczny dla siebie sposób.

– To prawda. Byłaś tam kiedyś?

Roześmiałam się.

– Nie, ale wiele razy byłam na Rakahandze.

Zabrałam prześcieradła i włożyłam do miski, żeby je namoczyć. Zaletą deszczowej pogody było to, że wszystkie pojemniki były wypełnione słodką wodą.

Kiedy wróciłam, mężczyzna leżał na łóżku. Upał i ból zmęczyły go.

– Mogę zadać ci pytanie dotyczące Szwecji?

Jego brwi znów powędrowały do góry.

– Czy w Szwecji są katedry? – zaczęłam ostrożnie.

– Katedry?

Sprawiał wrażenie zdziwionego, zastanawiał się chwilę.

– Tak, mamy katedry w Lund i w Uppsali. I chyba też w Skara i w Linköpingu.

– Chyba? Nie wiesz? Nie jesteś chrześcijaninem?

– Nie nazywamy naszych świątyń katedrami, chociaż zapewne z takim zamiarem je wznoszono. Prawdę mówiąc, nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Dlaczego pytasz?

Nie potrafię powiedzieć dlaczego, ale wtedy po raz pierwszy opowiedziałam komuś, że dla mnie laguna jest katedrą, korale – kolumnami i ołtarzem, ławice ryb motylich – modlitwą, a potem – sama nie wiem dlaczego – zaczęłam płakać.

Mężczyzna nic nie powiedział, więc szybko przestałam.

Potem już do tego nie wracaliśmy.

Babcia Vaine w każdą środę i każdy piątek chodziła na poranną mszę do kościoła, do Cook Island Christian Church, a w niedzielę na mszę o godzinie dziesiątej i popołudniową modlitwę o czwartej.

– Pan Bóg stworzył świat na swój obraz i podobieństwo swoje – mówiła. – I by czerpać z tego przyjemność – dodawała, ruszając o świcie do kościoła.

Chętnie poszłabym razem z nią, ale nie miałam czasu. Natomiast niedzielnej mszy nigdy nie opuszczałam, niekiedy towarzyszyłam jej też na popołudniowej modlitwie. Kościół nie był katedrą, ale panował tam spokój, którego nie było w żadnym innym miejscu.

Kobiety miały zakryte ramiona i piękne kapelusze na głowach, mężczyźni – spodnie zakrywające kolana. Świergoczące głosy dzieci stanowiły tło dla potężnego głosu pastora Boyda.

Przez kilka niedziel po pojawieniu się Erika Bergmana modliliśmy się za niego wszyscy, cała parafia. Pastor wzywał Boga i błagał Go o zmiłowanie i zdrowie dla przybysza. Prosił, by zwrócił na nas swą promienną twarz i zesłał nam pokój. Jensen, który nie miał siły wstawać z ławki podczas podniesienia, siedział jak zwykle z otwartymi ustami i wpatrywał się w moje nogi. Stary Tupu kasłał bardziej niż zwykle. Mama Evelyn przyglądała się mu zatroskana. Wdowa Paetu siedziała dwie ławki przede mną i płakała tak, że trzęsły się jej ramiona. Jej mąż odszedł w zeszłym roku, jego grób obok domu nadal nie miał dachu.

Pastor grzmiał, ganił, ale i kusił, jego słowa trafiały w nas niczym kamienie. Promienie słońca wpadały przez kolorowe witraże, barwiąc posadzkę i ściany na czerwono, niebiesko, żółto i zielono. Pojedyncze osy krążyły zdezorientowane nad przybranymi kwiatami kapeluszami kobiet. Słowa pieśni odbijały się echem od ścian, miałam wrażenie, że unoszę się w powietrzu.

Po nabożeństwie zebraliśmy się pod blaszanym daszkiem w połowie drogi do oceanu i podczas gdy katolicy w kościele obok nadal śpiewali, zaczęliśmy szykować posiłek: kawałki grillowanej i gotowanej papugoryby, kawałki chlebowca z zimnym ryżem, prosię gotowane w wodzie morskiej, pieczeń Papy Tanego, lekko schłodzona w wodzie morskiej nimata, woda w plastikowych pojemnikach, butelki po coca-coli wypełnione mlekiem kokosowym, jeszcze więcej chlebowca, gotowanych ryb i sałatka z makaronu i makreli z puszki, usmażone poprzedniego dnia naleśniki kokosowe i drożdżowe bułeczki z resztki przesianej mąki. Sięgnęłam po kawałek chlebowca. Barbie zdjął buty na obcasach, pomogłam mu umocować obrus kawałkami koralowców. Pastor Boyd zmówił pure i zaczęliśmy jeść. Rozmowy były ciche i spokojne, nawet dzieci biegały jakby wolniej i ciszej.

– Dziękujemy Ci, Panie, za Twój cud – powiedział pastor, siadając obok Mamy Evelyn. – Kiedy możemy się spodziewać, że przybysz będzie mógł razem z nami uczestniczyć w nabożeństwie?

Pomyślałam, że mama w równym stopniu co Bóg przyczyniła się do tego, że mężczyzna powoli wracał do zdrowia.

– Cuda potrzebują czasu – powiedziała łagodnie. – Bóg decyduje. Nie możemy oczekiwać, że będzie się spieszył dlatego, że Jego słudzy się niecierpliwią.

Pastor wstał i podszedł do sąsiedniego stołu. Widziałam, że jest niezadowolony z odpowiedzi. Mama Evelyn miała skłonność do takich wypowiedzi, łagodnych, ale i pouczających.

Widziałam, jak pokornie spuściła oczy i zaczęła jeść papugorybę.

Mama Evelyn przybyła na Manihiki z Auckland w latach sześćdziesiątych. Była pielęgniarką świeżo po dyplomie. Została tu. Lekarza chyba nigdy tu nie było. W ciągu tych wszystkich lat tylko raz wyprawiła się na Nową Zelandię, kiedy jeszcze byłam niemowlęciem. Nic nikomu nie mówiąc, wsiadła na statek płynący do Rarotongi, zostawiając ojca samego z czteroletnią Moaną, z Nikau, który miał wówczas trzy latka, i ze mną, kilkumiesięcznym niemowlakiem. Rok później wróciła ze spuszczoną głową i bladymi policzkami, z kasetowym odtwarzaczem wyposażonym w dodatkowy głośnik i lodówką, która nigdy nie działała. Opowiadano mi, że na początku się jej bałam. Nigdy nie widziałam kogoś, kto miałby żółte włosy i wodnisto jasne oczy. Tarita, kobieta, która zdążyła już zająć miejsce u boku ojca, musiała spakować rzeczy i wrócić kajakiem do Tauhunu. Byłam zrozpaczona, straciłam jedyną matkę, którą pamiętałam. Teraz miał się mną opiekować potwór o wodnistych oczach. Przywarłam do Papy Tanego i Babci Vaine. Dziadek Tane zmarł podczas nieobecności Mamy Evelyn. Jakaś jej część nigdy mi tego nie wybaczyła.

Ci, którzy ją znali, mówili, że po powrocie z Nowej Zelandii stała się jakby cichsza. Przestała głośno dyskutować z ludźmi na wyspie, skupiała się na swoich obowiązkach i leczeniu mieszkańców wyspy. Amiria przyszła na świat w dniu, w którym skończyłam pięć lat.

Po czterech tygodniach od wypadku pacjent wciąż jeszcze nie chodził. Potrafił przejść kilka kroków w jedną i kilka kroków w drugą stronę i to wszystko. Mając złamane obie nogi i rękę, nie mógł używać kul.

Funkcjonariusz Everest przedłużył mu wizę turystyczną na trzy miesiące. Wtedy powinien już odzyskać sprawność, a jeśli Bóg i rząd zechcą, to może do tego czasu uda się też przywrócić połączenie morskie między wyspami.

Prawy nadgarstek goił się kiepsko, nerw środkowy, który zapewniał czucie w kciuku, palcu wskazującym, palcu środkowym i po części też w palcu serdecznym, został prawdopodobnie zniszczony albo zakleszczony i nie funkcjonował. Pacjent nie miał czucia. Kiedy po ośmiu tygodniach zdjęto mu gips, powinien być w stanie ruszać dłonią, a tak się nie stało. Jedna noga też była wyraźnie krótsza od drugiej. Papa Tane zrobił mu specjalne kule, na których mógł się wspierać, i od tej pory kursował – kołysząc się – między gabinetem i pokojem numer jeden, aż Mama Evelyn zdecydowała, że nie musi dłużej pozostawać w lecznicy. Dostarczanie mu jedzenia i napojów było uciążliwe, poza tym cały czas ktoś musiał być obecny, by pomóc mu iść do toalety. Dlatego przenieśliśmy go do chaty obok zbiornika na ropę niedaleko naszego warsztatu. Śniadania i obiady jadał z nami, wieczorami siadywaliśmy razem wokół ognia. Na ogół milczał i cały czas trzymał się na uboczu. Jednak w ciągu dnia wybierał się na coraz dłuższe wędrówki po wyspie, kuśtykał na swoich dziwnych kulach, aż na łokciu porobiły mu się rany.

Odłowiliśmy ostatnie małże, nie były tak dobrej jakości jak wcześniejsze, ale ogólnie połów był udany.

Nikau i mnie pozwolono jak zwykle wybrać po jednej perle w podziękowaniu za dobrą pracę.

Wyspa nadal tonęła w ciemnościach.

Statki przestały zawijać do Manihiki po tym, jak w grudniu 1988 roku statek „Manuvai” rozbił się o rafę w pobliżu Nassau – nie stolicy Bahamów, tylko niewielkiej wysepki na południowy wschód od Pukapuka. Wieść rozniosła się lotem błyskawicy, znaliśmy na pamięć nazwy statków, które zaopatrywały nas w potrzebne nam rzeczy, znaliśmy też ich historię.

„Manuvai” zbudowany został w Danii, kraju, który – podobnie jak Szwecja – też leżał w Skandynawii. Statek powstał w 1960 roku i był już dość zużyty, kiedy na początku lat siedemdziesiątych zakupiła go stocznia Silk & Boyd. Nazwa stoczni nie miała nic wspólnego z naszym pastorem Boydem. Statek przez dziesięć lat pływał z towarami po Europie Północnej, na pewno nie był przeznaczony do żeglugi pasażerskiej w tropikach. Jednak kiedy zaczął kursować między północnymi Wyspami Cooka, podróżowanie stało się łatwiejsze. To właśnie na jego pokładzie czternastoletnia Moana popłynęła do Rarotongi. Po prawie dwudziestu latach pływania na morzach południowych jego żywot zbliżał się ku końcowi, gdy nagle doszło do tego nieoczekiwanego zdarzenia. Po trzech dniach kiepskiej pogody statek wyruszył do Nassau, pewnego dnia sternik zasnął na swoim stanowisku i statek wpłynął na rafę, podobnie jak później jacht Szweda. Po tym zdarzeniu wszelka komunikacja ustała, statki przestały do nas docierać. Armatorzy nie potrafili dojść do porozumienia z rządem w sprawie subwencji i licencji na dostawy. Rząd na Rarotondze okazał się całkowicie niezdolny do rozwiązania problemu. Stryj Matini informował przez radio o rozwoju sytuacji, czy raczej o braku postępów. Manihiki miało co prawda własne lądowisko. Zostało oddane do użytku i pobłogosławione 10 października 1988 roku, kiedy to wylądował tu pierwszy samolot, ale nigdy nie pojawiły się tu połączenia komercyjne. Używali go – sporadycznie – kupcy pereł, którzy przylatywali własnymi, prywatnymi samolotami.

Kilka tygodni po zakończeniu połowów pereł nadeszła pora, by ponownie użyć lotniska.

Kupcy wylecieli z Rarotongi o świcie, zatrzymali się, by uzupełnić zapas paliwa na Aitutaki, i o wpół do dziesiątej byli oczekiwani na naszym lotnisku. Niemal wszyscy z Tukao, a także wiele osób z Tauhunu zebrali się koło drewnianego budynku na palach, z blaszanym dachem i ośmioma drewnianymi ławkami, by ich powitać. Czekanie przedłużało się. Nikau pierwszy usłyszał dźwięk maszyny lecącej gdzieś nad chmurami. Po chwili biała kropka stała się widoczna na niebie. Poczułam dreszcze i wkrótce potem samolot przypominający wyrośniętego konika polnego wylądował. Silnik warczał, kiedy samolot kołował w stronę zbiorników na paliwo i w końcu się zatrzymał. Hałas silnika to przybierał na sile, to cichł, drzwi się otworzyły i pasażerowie zaczęli wysiadać. Poruszali się sztywno, po długim locie mieli obolałe kręgosłupy i nogi, ale uśmiechali się szeroko. Było ich sześcioro, wszyscy pochodzili z Japonii i z Australii, tylko pilot pochodził z Rarotongi. Przywitali się z ojcem i z Kapitanem Mareko, z panem i panią Erlandsenami i jeszcze kilkoma innymi właścicielami dużych farm. Pastor Boyd zmówił pure i pobłogosławił samolot. Obok kościoła przygotowano obiad. Cała nasza rodzina była obecna, z wyjątkiem Amirii, która była w szkole, i Erika Bergmana, który nadal nie czuł się dobrze i odpoczywał w swojej chacie.

Papa Tane wygłosił krótką mowę powitalną skierowaną do nowo przybyłych, po czym pani Erlandsen, która napawała się własnym głosem, wygłosiła długie przemówienie pozbawione jakiejkolwiek treści. Mówiła głównie o tym, jak ważną jest osobą.

Jeszcze tego samego popołudnia czterech kupców i pilot polecieli dalej do Tauhunu. Dwaj pozostali, jeden Australijczyk i jeden Japończyk, zostali w Tukao, by podzielić perły na kategorie i dokonać wyceny. W powietrzu unosił się gwar głosów, panował nastrój oczekiwania, wkrótce miał zalać nas strumień dolarów. Sama trzymałam się nieco z daleka, ale i mnie udzielało się podniecenie innych. Kupcy zostali zakwaterowani u Erlandsenów, ale na posiłki dla gości złożyły się wszystkie rodziny, a wieczorem mężczyźni zebrali się przy ognisku rozpalonym przed naszym warsztatem. Tanga uwarzył całkiem udany trunek, Barbie śpiewał falsetem, wiejący od laguny wiatr był chłodniejszy niż zwykle.

– Dołączcie do nas! – wołano do mijających warsztat cieni. – Mamy taro i ika mata!

Siedziałam poza kręgiem, oparta o ścianę warsztatu, i wsłuchiwałam się w dźwięk głosów i fal. Moana była obok mnie, czułam, że jest zadowolona. Szwed wyszedł ze swojej chaty i – jak zwykle – zajął miejsce gdzieś z boku, na obrzeżach kręgu.

Na horyzoncie była tylko jedna chmura: brakowało nam ludzi z doświadczeniem finansowym. Zastanawiano się, czy nie należałoby utworzyć na wyspie kantoru, by ściągnąć kompetentnych ludzi – o ile oczywiście wznowiono by nieszczęsne połączenia.

– A ty… – zwrócił się do Nikau Kapitan Mareko – podobno znasz się na cyfrach.

To była prawda, Nikau miał głowę do rachunków, podobnie jak Moana.

– Nie znam się na księgowości – zaczął się tłumaczyć.

Nagle wstał Szwed, w lewej ręce trzymał kulę.

– Może mógłbym pomóc – zaproponował. – Mam pewne doświadczenie w tej dziedzinie.

Zaległa cisza, ludzie spoglądali zdziwieni na przybysza. Blizna na jego czole płonęła w świetle ognia.

– Potrafisz wystawiać faktury i obliczać VAT, prowadzić księgowość? – spytał Papa Tane.

Szwed skinął głową.

– Znasz zasady i taryfy obowiązujące w nowozelandzkich finansach?

– Nie sądzę, żeby różniły się zasadniczo od innych. Potrzebne mi będą informacje o stawkach podatkowych i ewentualnych szczegółowych zapisach, ale wszystko uzyskam z Rarotongi przez radio.

Zebrani wokół ognia mężczyźni popatrzyli na siebie. Obcy nigdy dotąd nie mówił tak dużo.

– Więc w porządku – stwierdził Papa Tane. – Możesz zacząć od jutra?

Erik Bergman podszedł do zadania ambitnie i skutecznie. Zaczął prowadzić księgowość, używając do tego starych zeszytów ze szkolnego magazynu. Poinformował mężczyzn, co mają zrobić, żeby otworzyć konta w banku ARB na Rarotondze, i wyjaśnił każdemu po kolei, co jest ważne, kiedy prowadzi się księgowość. Widziałam, jak siedzi w cieniu i wszystko cierpliwie tłumaczy. Nogę trzymał wyciągniętą przed sobą, grzywka wpadała mu do oczu. Mężczyźni słuchali go z nabożeństwem, nie słyszałam słów, ale widziałam, jak kiwają głowami w milczeniu.

Ja i Nikau wróciliśmy do pracy na farmie, trzeba było zadbać o tę część laguny, gdzie rozmieszczone były sznury z ponownie zaszczepionymi małżami. Spodziewaliśmy się dobrych zbiorów.

Kupców w zasadzie nie widywaliśmy, jedynie w niedziele, kiedy nie pracowali i towarzyszyli rodzinie Erlandsenów do kościoła. Znając dobrze Erlandsena, wiedziałam, że raczej nie mieli wyboru.

Pewnej niedzieli przy lunchu po mszy zdobyłam się na odwagę i podeszłam do australijskiego kupca. Powiedziałam, czyją jestem córką, i spytałam, co trzeba zrobić, żeby wyjechać do Australii. Patrzył na mnie zdziwiony.

– Można polecieć samolotem z Raro – powiedział. – A potem przesiąść się w Auckland.

– Z Auckland można polecieć dokądkolwiek?

Mężczyzna prychnął.

– Czemu pytasz?

W podręczniku do geografii, należącym do Moany, było napisane, że istnieje umowa między rządami Nowej Zelandii i Australii: obywatele Nowej Zelandii mogą mieszkać, studiować i pracować w Australii bez wizy tak długo, jak chcą. Wiedziałam, że ludzie z Manihiki wyjeżdżali do Australii do pracy, ale nie sądziłam, że każdy może to zrobić, ja także.

– Jak to jest mieszkać w Australii? – spytałam.

Mężczyzna miał około pięćdziesiątki, był potężnie zbudowany, nosił okulary i miał długie palce. Otarł chusteczką czoło i zerknął w stronę rafy.

– Sydney to duże miasto, ale reszta to dla mnie outback. Czerwona ziemia i cholerny upał. Boongs mogą je sobie zatrzymać.

Nie do końca rozumiałam, co do mnie mówił, więc szybko odeszłam. Nie był miłym człowiekiem. Może Australijczycy tacy są? Nie znałam ich wielu, właściwie tylko jedną kobietę – prowadziła kurs, po zaliczeniu którego Papa Tane otrzymał licencję technika. Była sympatyczna, chociaż prawdę mówiąc, niewiele z nią rozmawiałam.

Późnego popołudnia dwa i pół tygodnia po przybyciu na wyspę kupcy zakończyli interesy w Tauhunu i razem z pilotem wrócili do Tukao. Jeden z nich pochodził z Australii. Przedstawiłam mu się i zadałam to samo pytanie, które zadałam mężczyźnie o długich palcach: jak to jest mieszkać w jego kraju.

– To zależy, co masz na myśli – powiedział.

– Czy życie tam bardzo różni się od życia na Manihiki?

Roześmiał się, ale nie złośliwie.

– W Queensland pewnie nie. Tamtejszy klimat jest podobny: ciepły i wilgotny przez cały rok. Są tam fantastyczne rafy koralowe. Ale w Sydney, gdzie ja mieszkam, jest inaczej.

– Jak?

Mężczyzna zastanawiał się chwilę.

– Na obszarze wielkości tej laguny mieszka wiele milionów ludzi. Mamy społeczeństwo konsumpcyjne, nikt nie jest samowystarczalny. Zamiast ze sobą rozmawiać, oglądamy telewizję.

– Modlicie się do Boga?

Mężczyzna skinął głową.

– Wiele osób się modli – powiedział.

– Są tam katedry?

– Jedna jest na pewno. Świętej Marii.

– Jest duża i stara?

– Jest ogromna. W stylu gotyckim, ale chyba niezbyt stara. Stoi w środku miasta, więc widać ją z każdego miejsca.

Zwróciłam twarz ku niebu i spróbowałam ją sobie wyobrazić. Przypominała mi katedrę Toma w Kingsbridge.

– Chciałabym pojechać do Sydney – powiedziałam i właśnie w tym momencie wrócili kupcy ze spotkania z Kapitanem Mareko, ostatnim farmerem na ich liście. Wszyscy udali się do Domu Gminnego, żeby porównać wyliczenia i ocenić wartość połowów.

Tego wieczoru przy ognisku pojawił się problem Erika Bergmana, który siedział w kuchni Dużego Domu i sporządzał ostatnie raporty. Zastanawiano się, czy w samolocie do Rarotongi znajdzie się miejsce dla Szweda. Kupcy byli temu przeciwni. Samolot został specjalnie wyczarterowany i wszystkie miejsca były zajęte. Uznano, że ostateczną decyzję powinien podjąć pilot, a on się nie zgodził. Głównie z powodu większego zużycia paliwa. Niedołęga, chociaż na rachunkach rzeczywiście się znał, mógł poczekać na statek, jak wszyscy inni. Funkcjonariusz Everest podjął samodzielnie decyzję i przedłużył mu wizę o kolejne trzy miesiące.

Nazajutrz wczesnym rankiem całe miasteczko zebrało się przy lotnisku, również uczniowie szkoły. Funkcjonariusz Everest sprawdził bagaże podróżnych, żeby upewnić się, że nie wywożą niczego niedozwolonego, na przykład muszli, które były pod ochroną. Nie wywozili. Pastor Boyd zmówił pure i sześciu pasażerów oraz pilot weszli na pokład. Silnik zakasłał, zwiększył obroty i w końcu zaczął warczeć jak ogromna osa. Samolot ruszył przed siebie, zawrócił obok domu Babci Metua, która miała się nieco lepiej – po czym silnik znów zwiększył obroty i nagle samolot przeleciał nad naszymi głowami. Wszyscy krzyczeli i machali rękami, a potem jakaś niewidzialna ręka pochwyciła maszynę i uniosła ją wysoko, wysoko nad nami.

Skończyła się oliwa do lampek i przyszła pora uboju. Babcia Vaine wykastrowała knura, kiedy jeszcze był prosiakiem, i karmiła go orzechami kokosowymi. Był wielkości małego wieloryba i miał problemy z utrzymaniem się na nogach. Najwyższa pora, by poszedł pod nóż. Postanowiliśmy zrobić to pewnego sobotniego poranka, żeby uporać się ze wszystkim jeszcze przed mszą.

Warstwa tłuszczu robiła wrażenie, miała ponad dwanaście centymetrów grubości. Pocięliśmy ją na dziesięciocentymetrowe kawałki, które gotowaliśmy ze skórą tak długo, aż cały tłuszcz się wytopił.

Erik Bergman pracował razem z nami, chociaż widać było bladość pod opalenizną.

– Ta skóra ma tak pływać? – spytał, zaglądając do wielkiego kotła.

– Musi gotuje się tak długo, aż będzie chrupiąca. Jest bardzo smaczna. Dzieciaki za nią przepadają – powiedziałam, wskazując głową w stronę laguny, gdzie grupka maluchów uczyła się pływać. Zamiast gumowych opasek na rękach trzymały w dłoniach orzechy kokosowe. Orzechy unoszą się na wodzie, w dawnych czasach używano ich podczas połowu pereł jako pływaków do lin.

Erik zamieszał w kotle i podrapał się po karku. Brał udział we wszystkim, co działo się na wyspie, we wszystkich codziennych pracach, mimo że właściwie z niczym sobie dobrze nie radził. Krótsza noga i uraz dłoni nie polepszały sprawy. Nie mówił wiele i zwykle trzymał się nieco na uboczu. Mama Evelyn uważała, że powinien więcej jeść, nadal był chudy i kościsty. Spod ubrania wystawały mu łopatki, sterczały kości biodrowe. Czasem, kiedy nikt tego nie widział, patrzyłam na niego, próbując zrozumieć jego smutek.

Z pływaniem też nie bardzo sobie radził. Umiał pływać, ale nie lubił tego. W bardzo upalne dni skakał czasem do wody z pomostu przy warsztacie i pluskał się chwilę, ale zwykle wolał siedzieć w cieniu i rozkoszować się morską bryzą.

Czasem pomagał Amirze w matematyce, a ja wtedy czułam dziwną, irracjonalną złość.

Na ekonomii się znał. Prowadził księgowość dla kilku hodowców pereł z Tukao i kilku z Tauhunu. Zwykle pracował przy stole w kuchni. Teraz też tam siedział, przed nim na blacie leżały stosy rachunków i kalkulator.

– Nie potrafię was zrozumieć – powiedział pewnego dnia, kiedy wróciłam po dniu spędzonym na nurkowaniu w poszukiwaniu małż. – Jesteście mądrzy, wykształceni, macie tu pielęgniarki, funkcjonariuszy policji, nauczycieli, budujecie łodzie, na wyspie są pastorzy, więc dlaczego nikt nie zna się na rachunkowości?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki