Familia - Mariusz Kanios - ebook
NOWOŚĆ

Familia ebook

Kanios Mariusz

0,0
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+

67 osób interesuje się tą książką

Opis

Najnowszy kryminał mistrza suspensu i zaskakujących zwrotów akcji.

Wakacje na Sycylii miały być dla Marka i Iwony ostatnią szansą na uratowanie małżeństwa. Marek od lat zdradza żonę i coraz bardziej pogrąża się w alkoholowym zamroczeniu. Wszystko zmienia się, gdy Iwona i ich córka Alicja znikają bez śladu.

Marek musi otrząsnąć się z nałogu i ruszyć ich tropem. Wspólnie z młodą policjantką Carmelą Librizzi odkrywa, że ktoś manipuluje śledztwem, a wokół zaginięcia kobiet narasta sieć kłamstw i tajemnic. Każdy krok może przybliżyć go do rodziny – albo sprowadzić na niego śmiertelne niebezpieczeństwo.

Czy Marek zdoła je odnaleźć, zanim będzie za późno? I komu może zaufać, gdy nawet ci, którzy powinni chronić, mają coś do ukrycia?

Mariusz Kanios jest jednym z najciekawszych polskich autorów kryminałów i thrillerów psychologicznych.Z wykształcenia ekonomista i archeolog, który przez wiele lat pracował jako dyrektor banku, po czym porzucił korporację na rzecz literatury.

Zadebiutował w 2021 roku powieścią kryminalnąUczynkiem i zaniedbaniempierwszą częścią trylogii z komisarz Zuzanną Nowacką. Kolejne części to:Karty zła(2021) iDobry człowiek(2022).

Następnie opublikował powieści w dwóch cyklach: z komisarz Alicją Romską -Szepty moich lęków(2022),Zatoka syren(2023) iFotoplastikon(2023) oraz z prokuratorem Michałem Stróżem -Pomroki(2024),Nieboskłon(2025) iNegatyw(2025).

Jego twórczość charakteryzują mocno zarysowane tło psychologiczne i poruszanie trudnych społecznych tematów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 377

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copy­ri­ght © 2026 by Mariusz Kanios Copy­ri­ght © 2026 by Wydaw­nic­two Czarna Owca

All rights rese­rved

Wydawca: Marek Kor­czak Redak­cja: Woj­ciech Adam­ski Korekta: Kamila Recław, Maciej Kor­ba­siń­ski Pro­jekt okładki: Łukasz Pisko­rek Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 9 wrze­śnia 2026 ISBN 978-83-8457-054-8

Motto

Kiedy Bóg ukoń­czył dzieło stwo­rze­nia świata, ujął kulę ziem­ską w dło­nie i uca­ło­wał ją.

W miej­scu, któ­rego dotknęły Jego usta, powstała Sycy­lia.

[miej­scowa legenda]

1

Szczy­gieł wzdry­gnął się, kiedy w jego kie­szeni zawi­bro­wał tele­fon. Wyrwany z letargu, popra­wił się w fotelu i spraw­dził godzinę na desce roz­dziel­czej pędzą­cego samo­chodu. Było grubo po pół­nocy. Marek domy­ślił się, od kogo otrzy­mał wia­do­mość, ale powstrzy­mał chęć się­gnię­cia po komórkę, bo to nie był naj­lep­szy moment na romanse. Obok, na sie­dze­niu pasa­żera, drze­mała jego żona. Wsu­nął palce pra­wej dłoni pod oku­lary i prze­tarł oczy. Kiedy ręka wró­ciła na swoje miej­sce, ści­snął moc­niej kie­row­nicę i sku­pił się na dro­dze. Białe pasy prze­ci­na­jące jezd­nię pośrodku prze­my­kały mono­ton­nie jeden za dru­gim, co potę­go­wało zmę­cze­nie i wzma­gało sen­ność. Resztki wczo­raj­szego kaca też robiły swoje. Mru­ga­niem wal­czył z opa­da­ją­cymi co chwila powie­kami. Nie­wiele to pomo­gło. Zmie­nił świa­tła na dłu­gie i blask z reflek­to­rów oblał ścianę lasu za łukiem drogi. Po pra­wej mignął mu znak ostrze­ga­jący przed serią ostrych zakrę­tów. Powi­nien zwol­nić, bo szosa była mokra i usłana opa­da­ją­cymi z drzew liśćmi, ale był zbyt zmę­czony, aby roz­sąd­nie oce­nić sytu­ację. Ziew­nął bez zakry­wa­nia ust i znów poma­so­wał powieki. Minął pierw­szy skręt i gdy wycho­dził na pro­stą, odru­chowo doci­snął pedał gazu. Znów poczuł wibra­cję wyci­szo­nego tele­fonu i lekko się usztyw­nił, po czym zer­k­nął na sie­dzącą obok żonę. Głowa drze­mią­cej Iwony spo­czy­wała bez­wład­nie na ramie­niu i kiwała się lekko na boki. Prze­niósł wzrok na lusterko wsteczne. Za jego ple­cami, odchy­lona na sie­dze­niu, z sze­roko otwar­tymi ustami, drze­mała jego szes­na­sto­let­nia córka. Usnęła ze słu­chaw­kami na uszach. Marek z lekką iry­ta­cją się­gnął do kie­szeni spodni. Był zły, bo prze­cież wyraź­nie zaka­zał Monice pisać. Miała cze­kać, aż on doleci na miej­sce i pierw­szy się ode­zwie. Wyjął smart­fon, po czym dys­kret­nie go odblo­ko­wał. Spo­glą­da­jąc na prze­mian to na drogę, to na tele­fon, prze­su­nął pal­cem po ekra­nie i blada poświata roz­pro­szyła panu­jący we wnę­trzu auta pół­mrok. Na wyświe­tla­czu poja­wił się krótki fil­mik. W okro­jo­nym kadrze smu­kła, kobieca dłoń powoli roz­pi­nała kolejne guziki pie­lę­gniar­skiego kitla. Far­tuch był obci­sły, mocno dopa­so­wany, może nawet ciut za mały. W końcu uwol­nione piersi pra­wie wysko­czyły z dekoltu, ledwo powstrzy­mane przez opi­na­jący je koron­kowy sta­nik. Marek uśmiech­nął się. Iry­ta­cja gdzieś znik­nęła, a zastą­piło ją pod­nie­ce­nie. Zer­k­nął na szosę, po czym włą­czył odtwa­rza­nie jesz­cze raz. Skrzy­wił się na myśl, że mógł być teraz na noc­nym dyżu­rze i zaba­wiać się biu­stem Moni, a nie tłuc się z roz­hi­ste­ry­zo­waną żoną na drugi koniec Europy. Może i Kata­nia jest cie­ka­wym mia­stem, ale on wolałby zamiast wąskich uli­czek zabyt­ko­wej sta­rówki zwie­dzać zaułki pach­ną­cego mło­do­ścią ciała kochanki.

– Marek! Uwa­żaj! – krzyk­nęła prze­ra­żona Iwona i kur­czowo zaci­snęła dłoń na uchwy­cie w drzwiach.

Jej mąż w ostat­niej chwili dostrzegł nie­bez­pie­czeń­stwo i odbił kie­row­nicą w lewo. Mer­ce­des zatań­czył nie­bez­piecz­nie na mokrym asfal­cie, ale po chwili sys­tem trak­cji usta­bi­li­zo­wał tor jazdy.

– Co to było?!

Szczy­gieł zwol­nił. Momen­tal­nie roz­bu­dzony, spoj­rzał w boczne lusterko po stro­nie pasa­żera. Dostrzegł wysta­jący z rowu samo­chód. Bagaż­nik był wysoko unie­siony, a tylne koła zwi­sały w powie­trzu.

– Chyba wypa­dek… – Iwona odpięła pas i obró­ciła się, by zlu­stro­wać przez szybę drogę za ple­cami. – Zatrzy­maj.

– Spóź­nimy się na samo­lot – zapro­te­sto­wał odru­chowo.

– Stój, do cho­lery! – Iwona spoj­rzała mu w oczy. – Może tam ktoś potrze­buje pomocy! Jesteś prze­cież leka­rzem!

– Kurwa mać… – Zazgrzy­tał zębami, zdjął stopę z gazu i wci­snął pedał hamulca.

– Leszek też zje­chał. – Iwona dostrze­gła par­ku­jące na pobo­czu obok miej­sca zda­rze­nia Volvo jadą­cych za nimi przy­ja­ciół. Kie­rowca zatrzy­mał się i włą­czył świa­tła awa­ryjne.

Dok­tor Lech Piskór, kolega Marka Szczy­gła, podą­żał swoim autem kil­ka­set metrów z tyłu. Obaj pra­co­wali na oddziale chi­rur­gii naczy­nio­wej san­do­mier­skiego szpi­tala. Ich rodziny znały się od lat i teraz mieli razem spę­dzić urlop.

– Cof­nij. – Iwona wciąż obser­wo­wała jezd­nię.

Marek wrzu­cił wsteczny bieg i wpa­tru­jąc się w wyświe­tlany na moni­to­rze obraz z tyl­nej kamery, doje­chał na wyso­kość wbi­tego w rów pojazdu.

– Co się stało, mamo? – Ala zsu­nęła słu­chawki na szyję i roz­glą­dała się, lekko prze­stra­szona.

– Wszystko w porządku, kocha­nie. – Kobieta uspo­ka­jała prze­bu­dzoną gwał­tow­nymi manew­rami córkę. – Jakiś samo­chód wje­chał do rowu. Tata spraw­dzi, czy nic się nikomu nie stało.

– Zacze­kaj­cie w środku – rzu­cił Szczy­gieł, sta­wia­jąc stopę na mokrym asfal­cie. – Nie wychodź­cie z auta.

Obszedł swój samo­chód, wyjął z bagaż­nika apteczkę i klnąc pod nosem, ruszył w stronę roz­bi­tego pojazdu. Przy wraku był już Piskór i oświe­tlał rów latarką z tele­fonu. Dało to jed­nak mizerny efekt, bo nie­wiele było widać.

– Włącz świa­tła w swoim samo­cho­dzie i skręć auto w tę stronę. – Marek rzu­cił tonem, jakim zwy­kle wyda­wał swo­jemu zastępcy pole­ce­nia na sali ope­ra­cyj­nej.

Kolega ski­nął głową i po chwili miej­sce wypadku oświe­tlał jasny snop reflek­to­rów Volvo. Dopiero teraz Szczy­gieł dostrzegł wbity w przed­nią część maski leżą­cego w rowie samo­chodu zła­many pień brzozy. Korona drzewa leżała powa­lona przed wra­kiem. Przed­nia szyba auta była roz­bita w drobny mak. Lekarz pod­wi­nął nogawki spodni, bo pobo­cze było mocno zaro­śnięte mokrą trawą, i przy­trzy­mu­jąc się karo­se­rii, zszedł do głę­bo­kiego na metr rowu. Ostroż­nie, bo frag­menty stłu­czo­nej szyby wysta­wały z ramy okna, zaj­rzał do środka.

– Dzwoń po karetkę! – krzyk­nął do masze­ru­ją­cego w jego stronę Leszka.

Kie­rowca roz­bi­tego auta był w pode­szłym wieku. Połowę jego głowy pokry­wała siwi­zna, druga połowa miała czer­wony kolor. Mimo obra­że­nia powy­żej skroni star­szy pan był przy­tomny. Oddy­chał ciężko i patrzył na Marka sze­roko otwar­tymi oczyma.

– Sarna… – Pró­bo­wał powie­dzieć coś wię­cej, ale słowa uwię­zły mu w gar­dle.

– Spo­koj­nie. – Szczy­gieł włą­czył latarkę w swoim tele­fo­nie i roz­su­nął dło­nią zle­pione krwią włosy.

Rana obfi­cie krwa­wiła, ale nie wyda­wała się groźna. Wyjął z apteczki gazę oraz ban­daż i spraw­nymi ruchami owi­nął głowę kie­rowcy.

– Żona… – wymam­ro­tał męż­czy­zna.

– Wezwa­li­śmy pogo­to­wie, zabiorą pana do szpi­tala i zawia­do­mią żonę.

Dok­tor zabrał się do oświe­tla­nia ciała męż­czy­zny w poszu­ki­wa­niu dal­szych obra­żeń. Dostrzegł, że prawa noga w kola­nie jest nie­na­tu­ral­nie wygięta. Staw musiał być strza­skany, a stopę przy­ci­snęły ele­menty sil­nika, wepchnię­tego przez pień drzewa do wnę­trza auta.

– Co z moją żoną? – wyszep­tał kie­rowca.

Marek spoj­rzał na fotel pasa­żera, a potem oświe­tlił tylne sie­dze­nia samo­chodu. Nikogo wię­cej w pojeź­dzie nie dostrzegł. Facet był w szoku i bre­dził.

– Jechał pan sam. – Szczy­gieł pró­bo­wał zało­żyć opa­skę uci­skową na udzie ran­nego, bo zauwa­żył, że zmiaż­dżona stopa też krwawi. – Nikogo wię­cej w samo­cho­dzie nie ma.

– Jecha­łem z żoną. – Kie­rowca z tru­dem pokrę­cił głową. – Ratuj ją…

– Na razie ratuję pana – odpo­wie­dział i wsu­nął opa­skę pod udo.

Nagle męż­czy­zna chwy­cił jego nad­gar­stek i ści­snął go z nie­spo­dzie­waną siłą.

– Zostaw mnie i ratuj moją żonę! – wyce­dził, patrząc mu pro­sto w oczy.

Marka coś tknęło. Odsu­nął się od ran­nego, a ten od razu zwol­nił uścisk. Szczy­gieł zro­bił krok w stronę frontu auta. Chwilę się roz­glą­dał, po czym przy­trzy­mu­jąc się zła­ma­nej brzozy, wsko­czył na pokrzy­wioną maskę. Wychy­lił się moc­niej, bo wydo­by­wa­jąca się z roz­bi­tej chłod­nicy para wodna utrud­niała ocenę sytu­acji. Nagle świa­tło w uszko­dzo­nym aucie roz­bły­sło na chwilę i lekarz dostrzegł kątem oka dziwny kształt wysta­jący z wyso­kiej trawy. Wpa­tru­jąc się wciąż w to miej­sce, usiadł na dachu prze­chy­lo­nego auta i zsu­nął się na jego drugą stronę. Zwin­nie zesko­czył na mokrą ściółkę i ruszył w kie­runku dostrze­żo­nego obiektu. Kiedy oświe­tlił teren latarką tele­fonu, zoba­czył nie­na­tu­ral­nie wygiętą rękę. Wykrę­cona w sta­wie łok­cio­wym ster­czała w górę i miała roz­cza­pie­rzone palce. Marek przy­kuc­nął i deli­kat­nie obró­cił ciało kobiety. Jej oczy były sze­roko otwarte, a z ust sączyła się krew. Nie miał wąt­pli­wo­ści – pasa­żerka nie żyła. Z lekar­skiego obo­wiązku przy­ło­żył dwa palce do szyi, ale nie wyczuł pulsu. Pod­niósł się z klę­czek i odru­chowo otrze­pał spodnie. Mimo że nie była to dla niego nad­zwy­czajna sytu­acja, wes­tchnął ciężko. Prze­dzie­ra­jąc się przez gałę­zie poła­ma­nego drzewa, wró­cił do kie­rowcy. Gdzieś w oddali sły­chać było sygnał nad­jeż­dża­ją­cej karetki.

Nachy­lił się i znów zaj­rzał przez roz­bite okno do wnę­trza.

– Co z nią? – W oczach kie­rowcy widać było strach.

– Spo­koj­nie. – Lekarz spoj­rzał gdzieś w dal. – Pogo­to­wie zaraz tu będzie.

– Czło­wieku, co z moją żoną?! – Stary ostat­kiem sił chwy­cił go za koł­nierz koszuli.

Szczy­gieł zawa­hał się na chwilę, w końcu wyszep­tał:

– Nie żyje.

Palce męż­czy­zny roz­luź­niły się i ręka bez­wład­nie opa­dła na fotel.

2

Ogo­nek podróż­nych przed sta­no­wi­skiem lot­ni­sko­wej odprawy z każdą minutą sta­wał się coraz krót­szy. Sto­jąca za kon­tu­arem młoda ste­war­desa ze służ­bo­wym uśmie­chem spraw­dzała doku­menty pod­cho­dzą­cych. Kolejne osoby po oka­za­niu bile­tów zni­kały w kory­ta­rzu za jej ple­cami. Stam­tąd, spe­cjal­nym ręka­wem, docie­rały na pokład samo­lotu lecą­cego do Kata­nii.

Iwona roz­glą­dała się ner­wowo po hali odlo­tów, ści­ska­jąc w jed­nej dłoni karty pokła­dowe, a w dru­giej komórkę. Kątem oka dostrze­gła, jak Leszek i Marta prze­pu­ścili parę mło­dych Wło­chów, by opóź­nić swoją odprawę.

– Mamo, gdzie jest ojciec? – Ali­cja pchnęła walizkę i ta z łosko­tem ude­rzyła o meta­lowe sie­dzi­sko krze­sełka.

– Powie­dział, że idzie do toa­lety. – Kobieta spoj­rzała na Alę i roz­ło­żyła ręce w geście bez­rad­no­ści.

Ileż to już razy? Ileż razy musiała się córce za niego tłu­ma­czyć? Jakby to była jej wina.

– Nie ma go już pół godziny – burk­nęła dziew­czyna. – Zadzwoń do niego.

– Dzwo­ni­łam. – Matka pró­bo­wała zacho­wać przy­naj­mniej pozory spo­koju.

– To zadzwoń jesz­cze raz! – wark­nęła Ali­cja i zre­zy­gno­wana opa­dła na sie­dzi­sko. Broda jej lekko zadrżała, ale powstrzy­mała łzy. – Chry­ste! Zawsze to samo! Zawsze musi dać dupy!

Jesz­cze kilka lat temu córka otrzy­ma­łaby od matki repry­mendę za takie słowa. Teraz jed­nak dziew­czyna była pra­wie doro­sła i Iwona nie mogła od niej wyma­gać sza­cunku do ojca, bo ta dosko­nale zda­wała sobie sprawę z tego, co się wokół niej dzieje.

A działo się coraz gorzej. Marek nawet już spe­cjal­nie się nie krył z piciem. Przy­jął tak­tykę wypar­cia. Twier­dził, że rze­komy nałóg alko­ho­lowy to nic innego jak wymysł jego prze­mą­drza­łej żony. Ow­szem, tro­chę popija, ale tylko po pracy, żeby się odstre­so­wać. W końcu codzien­nie bie­rze na swoje barki ogromną odpo­wie­dzial­ność za zdro­wie, a nawet życie pacjen­tów. Iwona nie ma poję­cia, jakie to jest ciśnie­nie. Może gdyby to wresz­cie pojęła, dałaby mu święty spo­kój, zamiast cią­gle wier­cić dziurę w brzu­chu. Żona powinna męża wspie­rać, a nie wymy­ślać pro­blemy i cią­gnąć go w dół. Taka była jego wer­sja i trzy­mał się jej z upo­rem god­nym lep­szej sprawy.

Iwona roz­go­niła czarne myśli i po raz enty rozej­rzała się po hali odlo­tów. Musiała coś zro­bić, bo bez­czynne cze­ka­nie dopro­wa­dzało ją do roz­pa­czy.

– Poszu­kam go – rzu­ciła, prze­kła­da­jąc przez głowę pasek torby.

– Zostań. – Leszek zło­żył rączkę swo­jej walizki. – Ja pójdę. Nie wej­dziesz prze­cież do męskiej toa­lety.

Popa­trzyła na niego z wdzięcz­no­ścią. Na jego żonę nie spoj­rzała, bo wie­działa, co Marta myśli. Przy­ja­ciółka od dawna powta­rzała jej, żeby ode­szła od tego pijaka i dziw­ka­rza. Łatwo jej było dawać takie rady, bo wyszła za porząd­nego faceta, no i nie mieli dzieci, a to też zmie­niało per­spek­tywę.

Leszek ruszył lot­ni­sko­wym kory­ta­rzem w stronę toa­let. Tablica infor­ma­cyjna wisząca pod sufi­tem wska­zała mu kie­ru­nek. Miał już skrę­cić w boczny zaułek, gdzie mie­ściły się łazienki, kiedy dostrzegł kum­pla w pobli­skim barze. Wes­tchnął ciężko. Marek sie­dział na wyso­kim stołku i zaba­wiał roz­mową kształtną bru­netkę. Ta śmiała się per­li­ście, wyraź­nie zado­wo­lona z jego aten­cji. Nic dziw­nego. Szczy­gieł potra­fił być cza­ru­jący, zwłasz­cza po kilku głęb­szych. Na doda­tek, mimo czter­dziestki na karku, trzy­mał się naprawdę dobrze i wciąż podo­bał się kobie­tom, nawet tym znacz­nie młod­szym od sie­bie. Smu­kła syl­wetka i gęste włosy odej­mo­wały mu lat. Opa­da­jące kosmyki blond grzywki zacze­sy­wał wystu­dio­wa­nym, pozor­nie nie­dba­łym gestem, co pobu­dzało wyobraź­nię przed­sta­wi­cie­lek płci pięk­nej. Rogowe oprawki oku­la­rów o mod­nym kształ­cie były dopa­so­wane do owalu jego twa­rzy i ide­al­nie pod­kre­ślały błę­kit źre­nic, skry­wa­jąc jed­no­cze­śnie zmarszczki w kąci­kach oczu.

– Może mi pani zaufać. – Ujął lampkę koniaku w dłoń i uśmiech­nął się szel­mow­sko. – Jestem kar­dio­lo­giem, czyli spe­cja­li­stą od pęk­nię­tych serc.

Kobieta lekko się zaru­mie­niła i się­gnęła po swój kie­li­szek. Sącząc alko­hol, spoj­rzała mu głę­boko w oczy spod sztucz­nych rzęs.

– Tu jesteś. – Leszek sta­nął obok i roman­tyczna aura pry­sła niczym mydlana bańka.

– Zbie­raj się, nasz samo­lot za chwilę star­tuje.

Szczy­gieł spoj­rzał na zega­rek, po czym ski­nął na bar­mana.

– Trzy kie­liszki tego samego koniaczku.

– Marek, nie mamy czasu…

– Na roz­chod­niaczka zawsze jest czas. – Po tych sło­wach ski­nie­niem głowy wska­zał na Leszka. – Dok­tor Piskór. Świetny lekarz i bez­na­dziejny kolega. Straszna zepsuj zabawa.

Bru­netka, widząc, że miłe spo­tka­nie dobiega wła­śnie końca, nie kryła roz­cza­ro­wa­nia i zer­kała nie­przy­chyl­nie na intruza. Marek tym­cza­sem, tra­cąc zain­te­re­so­wa­nie jej osobą, jed­nym hau­stem wychy­lił podany przez obsłu­gu­ją­cego ich męż­czy­znę bursz­ty­nowy tru­nek i zsu­nął się z baro­wego stołka. Lekko się przy tym zachwiał, co nie uszło uwagi Leszka. Miał nadzieję, że zdążą wsiąść do samo­lotu, zanim ostat­nia dawka alko­holu dotrze do mózgu jego towa­rzy­sza, zabu­rza­jąc cał­ko­wi­cie zmysł rów­no­wagi. Ruszyli w stronę bramki odpraw.

Iwona z daleka dostrze­gła cha­rak­te­ry­styczny głup­ko­waty uśmiech na twa­rzy męża i jeżeli do tej pory miała jesz­cze nadzieję, że zatrzy­mały go w toa­le­cie kło­poty żołąd­kowe, to wła­śnie wyzbyła się złu­dzeń. Na nie­szczę­ście w sytu­acji zorien­to­wała się też młoda ste­war­desa i służ­bowy uśmiech momen­tal­nie znik­nął z jej twa­rzy. Obser­wo­wała teraz ze srogą miną, jak Marek sza­moce się z ple­ca­kiem, pró­bu­jąc zarzu­cić go na ramię.

– Przy­kro mi, ale w tym sta­nie nie może pan wejść na pokład samo­lotu. – Jak na tak młodą osóbkę była dość kate­go­ryczna.

– W jakim sta­nie? – Szczy­gieł uda­wał głu­piego.

– Jest pan pod wpły­wem alko­holu – odparła spo­koj­nym, ale sta­now­czym tonem. – Zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cymi w naszych liniach prze­pi­sami bez­pie­czeń­stwa, nie mogę pana prze­pu­ścić.

– Nie jestem pijany, jeśli to pani suge­ruje – żach­nął się Marek. – Ow­szem, wypi­łem kie­li­szek koniaku, ale prze­cież nie będę pro­wa­dził tego samo­lotu, tylko leciał nim jako pasa­żer, więc co to ma za zna­cze­nie?

– Nie­stety ma i nic na to nie pora­dzę. – Ste­war­desa sta­nęła mu na dro­dze, bo pró­bo­wał ją omi­nąć. – Może pan pole­cieć kolej­nym rej­sem.

Chwilę trwali w nie­mej kon­fron­ta­cji, w końcu Szczy­gieł odpu­ścił.

– Kurwa mać! – Zaklął pod nosem, odwró­cił się na pię­cie i odszedł.

Jego żona spoj­rzała na córkę prze­pra­sza­jąco. Ali­cja naj­pierw zaczer­wie­niła się ze wstydu, a potem po jej policz­kach spły­nęły dwie wiel­kie łzy. Wyglą­dało na to, że wyma­rzone waka­cje skoń­czyły się, zanim się zaczęły.

– Cór­ciu…

Dziew­czyna bez słowa ruszyła za ojcem, wlo­kąc za sobą walizkę, która nagle zro­biła się dwa razy cięż­sza.

– Ala! Zacze­kaj! – Iwona ner­wowo zbie­rała roz­rzu­cone na meta­lo­wych krze­seł­kach bagaże.

Nagle poczuła szarp­nię­cie za ramię. Odwró­ciła się i zoba­czyła tuż przed sobą stę­żałą z wście­kło­ści twarz Marty. Żona Leszka miała zaci­śnięte usta, a jej oczy zwę­ziły się, przy­bie­ra­jąc kształt szpa­rek.

– A ty dokąd? – Nie cze­kała na odpo­wiedź. – To on jest pijany, nie wy! Ty i Ali­cja może­cie wejść do samo­lotu!

– Nie zosta­wię go.

– Pro­szę cię… – Marta wykrzy­wiła usta w sar­ka­stycz­nym uśmie­chu, ale po chwili spo­waż­niała. – Chuj z nim! Rozu­miesz? Bierz Alę i leć­cie z nami!

Iwona spu­ściła na moment oczy, jakby się zasta­na­wiała, co robić. Czuła na sobie cięż­kie spoj­rze­nie przy­ja­ciółki i sły­szała jej przy­spie­szony ze zde­ner­wo­wa­nia oddech. Po chwili pod­nio­sła wzrok i pokrę­ciła prze­cząco głową.

– Nie mogę… – wyszep­tała. – Ten wyjazd to nasza ostat­nia szansa. Jeżeli teraz polecę bez Marka, to już nie będzie do czego wra­cać. Nie będzie naszego mał­żeń­stwa.

– No i bar­dzo dobrze! – Marta wciąż kipiała ze zło­ści. – Niech spier­dala z two­jego życia! Na zawsze!

– Nie rozu­miesz. – Iwona uśmiech­nęła się smutno.

– Czego niby nie rozu­miem?!

– Ja go wciąż kocham.

Po tych sło­wach zapa­dła cisza. Marta mil­czała, bo co miała powie­dzieć? Wypu­ściła powie­trze z płuc i pchnęła męża w stronę bramki.

– Pro­szę pani! – Głos mło­dej ste­war­desy, która przy­słu­chi­wała się roz­mo­wie kobiet, zasko­czył je obie. – Pro­szę zawo­łać męża – zwró­ciła się do Iwony, naj­wy­raź­niej zmie­niw­szy zda­nie. – Może­cie wejść na pokład wszy­scy. Cała trójka.

3

Marek otwo­rzył oczy, ale zaraz je zamknął, bo ostre świa­tło wbiło się w mózg niczym szty­let. Po kilku sekun­dach pod­jął drugą próbę, ale był już ostroż­niej­szy. Zlu­stro­wał pokój spod zmru­żo­nych powiek, omi­ja­jąc wzro­kiem okno. Mimo że nie było duże, blask zale­wał całe pomiesz­cze­nie. Na tej sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej pro­mie­nie słońca ope­ro­wały wyjąt­kowo inten­syw­nie. Pierw­szą infor­ma­cją, jaką przy­swoił jego mózg, była ta, że w sypialni znaj­do­wał się sam. To dobrze, bo kac był wystar­cza­jąco przy­kry, nawet bez zrzę­dze­nia Iwony. Uniósł się na łok­ciach i jesz­cze raz popa­trzył wkoło. Część łóżka, na któ­rej spała jego żona, była równo poście­lona i przy­kryta narzutą. Kolejna dobra wia­do­mość: wyszła i prędko tu nie wróci. Opadł na poduszkę i potarł dło­nią czoło. Głowa mu pękała. W ustach czuł suchość, a w odde­chu nie­przy­jemną woń tra­wio­nego alko­holu. Obu­dził się w ubra­niu, więc raczej zębów wczo­raj nie umył. W końcu zebrał się w sobie i usiadł na brzegu łóżka, po czym ukrył twarz w dło­niach. Nie ma rady, trzeba wstać i żyć. Jak to było w tym fil­mie? Życie to śmier­telna cho­roba prze­no­szona drogą płciową…

– A kac jest jed­nym z jej obja­wów – mruk­nął pod nosem.

Miał swoją pro­ce­durę na taką oko­licz­ność, ale naj­pierw musiał dotrzeć do łazienki. Wyj­rzał z sypialni i rozej­rzał się po spo­rym salo­nie, wypo­sa­żo­nym w stare, cięż­kie meble. Tu też nikogo nie było. Wszę­dzie pano­wał porzą­dek, jedy­nie na kana­pie zale­gała sterta zło­żo­nej pościeli. Tam pew­nie spała tej nocy Ali­cja. Toa­leta znaj­do­wała się po pra­wej stro­nie, tuż obok małej kuchni. Szedł boso, cicho sta­wia­jąc stopy na zim­nych, mar­mu­ro­wych płyt­kach, któ­rymi wyło­żone były pod­łogi w całym miesz­ka­niu. Zatrzy­mał się przed drzwiami łazienki i przez dłuż­szą chwilę nasłu­chi­wał, pró­bu­jąc wyło­wić z ciszy szum wody lub inne dźwięki świad­czące o czy­jejś obec­no­ści za ścianą. Nic. Do jego uszu nie dobiegł nawet naj­mniej­szy szmer. Ostroż­nie naci­snął klamkę. Wypu­ścił powie­trze z płuc i wszedł ener­gicz­nym kro­kiem do małego pomiesz­cze­nia. Odda­jąc mocz, roz­glą­dał się po wnę­trzu. Obok roz­ło­żo­nych równo na półeczce dam­skich per­fum stała jego kosme­tyczka. Iwona musiała wypa­ko­wać ją wczo­raj z walizki. Odsu­nął zamek, wyjął szczo­teczkę, a następ­nie wyci­snął na nią sporą por­cję pasty. Szo­ro­wał zęby dotąd, aż pozbył się posmaku wódki. Przy­po­mniał sobie, że wypili wczo­raj we dwóch litro­wego Pana Tade­usza zaku­pio­nego w stre­fie bez­cło­wej. Nic więc dziw­nego, że urwał mu się film. Wes­tchnął, roz­piął pasek i zsu­nął spodnie na pod­łogę. Obok wylą­do­wała koszulka i bie­li­zna. Potem się­gnął po szam­pon i uchy­lił pla­sti­kową zasłonkę prysz­nica. Odkrę­cił kurek i z desz­czow­nicy popły­nęła woda. Stał przez kilka minut z odchy­loną głową, a gorący stru­mień spły­wał po twa­rzy, przy­no­sząc ulgę. Otwo­rzył usta i jesz­cze raz prze­płu­kał zęby, bo znów poja­wił się nie­przy­jemny smak alko­holu. Wyszedł z kabiny i wytarł tylko włosy, na tor­sie per­liły się kro­ple wody. Prze­pa­sał się ręcz­ni­kiem kąpie­lo­wym i wró­cił do nagrza­nej słoń­cem sypialni. Włą­czył kli­ma­ty­za­cję – powie­trze owiało mokrą skórę, przy­jem­nie orzeź­wia­jąc ciało. Kac był w odwro­cie. Teraz tylko trzeba było potrak­to­wać go lek­kim śnia­da­niem, a potem dobić małym piw­kiem.

Jedząc jajecz­nicę, przy­po­mniał sobie o swoim przy­ja­cielu i zara­zem wczo­raj­szym kom­pa­nie od kie­liszka. Leszek i jego żona miesz­kali w sąsied­nim, nieco mniej­szym apar­ta­men­cie. Szybko prze­ana­li­zo­wał sytu­ację. Skoro Iwona i Ala gdzieś wyszły, to naj­pew­niej zabrały Martę ze sobą. Pyta­nie, czy Leszek poszedł z nimi? Mało praw­do­po­dobne. Pew­nie jego żona strze­liła focha, co było jej fir­mową zagrywką, i posta­no­wiła „uka­rać” męża, pozba­wia­jąc go chwi­lowo swo­jego towa­rzy­stwa. Marek uśmiech­nął się pod nosem i zde­cy­do­wał wes­przeć towa­rzy­sza w nie­doli. Się­gnął po komórkę i wybrał numer kum­pla, ale ten nie ode­brał. To tylko utwier­dziło Marka w prze­ko­na­niu, że Leszek jest w apar­ta­men­cie. Pew­nie wal­czy z kacem i nawet nie ma siły wycią­gnąć ręki po tele­fon.

Szczy­gieł odna­lazł półkę w sza­fie, na któ­rej żona uło­żyła jego ubra­nia. Świeże ciu­chy były kolej­nym ele­men­tem walki ze skut­kami wczo­raj­szej liba­cji. Zgar­nął jesz­cze ze sto­lika oku­lary prze­ciw­sło­neczne i już był gotowy do wyj­ścia. Popi­ja­jąc wodę z pla­sti­ko­wej butelki, wsu­nął stopy w luźno zawią­zane adi­dasy, zdjął z wie­szaka cza­peczkę z dasz­kiem i wyszedł z miesz­ka­nia.

Drzwi znaj­du­jące się naprze­ciwko pro­wa­dziły do apar­ta­mentu zaj­mo­wa­nego przez mał­żeń­stwo Piskó­rów. Zapu­kał, ale jedyną odpo­wie­dzią była cisza. Odcze­kał jesz­cze moment, po czym naci­snął klamkę. Zamek nie puścił, zało­mo­tał więc pię­ścią. Nikt mu nie otwo­rzył, więc może jed­nak Leszek wyszedł z dziew­czy­nami? Trudno, jego strata. On miał zamiar szybko spa­cy­fi­ko­wać kaca i wyru­szyć na pod­bój mia­sta. Skoro Iwona go zosta­wiła, to nawet nie będzie mogła mieć pre­ten­sji, że zaba­lo­wał. Bo niby co miał robić? Sie­dzieć w pokoju sam jak palec i grzecz­nie cze­kać, aż żona wróci? Ni­gdy!

Marek był już na scho­dach, kiedy usły­szał za sobą zgrzyt zamka i skrzy­pie­nie zawia­sów sta­rych drzwi. Cof­nął się kilka kro­ków i dostrzegł wychy­loną zza fra­mugi głowę Leszka. Kum­pel był blady jak ściana, a na czubku jego głowy ster­czał koł­tun zmierz­wio­nych wło­sów. Oczy przy­ja­ciela prze­peł­niały ból i egzy­sten­cjalne cier­pie­nie, któ­rych nie oddałby nawet Goya, choć był prze­cież mistrzem w uka­zy­wa­niu ludz­kiej męki.

– Wyglą­dasz jak gówno – rzu­cił Marek zamiast „dzień dobry”.

– I tak się czuję – odparł Piskór, obli­zu­jąc spierzch­nięte wargi.

– Dzwo­ni­łem do cie­bie. Czemu nie odbie­rasz?

– Wyci­szy­łem tele­fon. Łeb mi pęka.

– „Leka­rzu, lecz się sam”. – Szczy­gieł mru­gnął szel­mow­sko. – Zbie­raj się. Wiem, co nam pomoże.

– Daj mi spo­kój. – Piskór łatwo odgadł, jaką to kura­cję przy­ja­ciel dla nich zapla­no­wał, i wzdry­gnął się na samą myśl o niej. – Do końca wyjazdu nie wezmę do ust ani grama alko­holu.

– Kto mówi o alko­holu? – Kum­pel udał obu­rze­nie. – Zapra­szam cię na małe piwko w jed­nej z tych uro­czych knaj­pek.

– Nie, idź sam. – Leszek mach­nął ręką i chcąc unik­nąć dal­szego mole­sto­wa­nia, znik­nął za drzwiami apar­ta­mentu.

Marek dał za wygraną. Doszedł szybko do wnio­sku, że w sumie z przy­jem­no­ścią spę­dzi ten dzień sam. Kiedy był małym chłop­cem, ojciec czę­sto powta­rzał mu, że inte­li­gentny czło­wiek ni­gdy się w swoim towa­rzy­stwie nie nudzi. Potem stary jesz­cze doda­wał, żeby Marek nie zawra­cał mu dupy, ale to już się w pamięci syna zatarło.

Zbiegł po wąskich scho­dach z trze­ciego pię­tra i pchnął cięż­kie skrzy­dło drzwi pro­wa­dzą­cych na ulicę. Zbli­żało się połu­dnie i słońce buch­nęło mu żarem w twarz. Mimo że był już koniec paź­dzier­nika, przez Sycy­lię prze­cho­dziła wła­śnie fala upa­łów. Ano­ma­lie kli­ma­tyczne stały się w ostat­nich latach coraz częst­szym zja­wi­skiem. Marek zało­żył prze­ciw­sło­neczne oku­lary, bo świa­tło­wstręt bole­śnie przy­po­mniał o męczą­cym go kacu. Na chod­niku przed domem spo­tkał Finę. Sta­ruszka była wła­ści­cielką kamie­nicy, w któ­rej wyna­jęli pokoje. Pod­le­wała wła­śnie donicz­kowe kwiaty, usta­wione na schod­kach pro­wa­dzą­cych na niski bal­kon. Pogod­nie uspo­so­biona kobieta cały czas się uśmie­chała, mimo że od pięć­dzie­się­ciu lat była wdową, a mąż zmarł zale­d­wie rok po ich ślu­bie. Tak przy­naj­mniej zro­zu­miał jej słowa Marek, ale mógł się mylić, bo choć jego angiel­ski był nie­na­ganny, to już umie­jęt­no­ści lin­gwi­styczne gospo­dyni pozo­sta­wiały wiele do życze­nia. Jej opo­wie­ści przy­po­mi­nały bar­dziej pan­to­mimę niż wypo­wiedź.

Szczy­gieł po krót­kiej wymia­nie uprzej­mo­ści, która na Sycy­lii była wręcz obo­wiąz­ko­wym rytu­ałem, ruszył przed sie­bie zacie­nioną stroną ulicy. Nie uszedł stu metrów, kiedy natknął się na małą knajpkę. W zasa­dzie był to skle­pik z cha­rak­te­ry­styczną literą „T” na szyl­dzie. Marek uło­żył prze­ciw­sło­neczne oku­lary na daszku czapki, roz­su­nął dłońmi zasłonę z pacior­ków i wszedł do nie­wiel­kiego wnę­trza. Rozej­rzał się i stwier­dził, że instynkt go nie mylił, bo oprócz wyro­bów tyto­nio­wych można tu było kupić kawę i piwo.

– Buon­giorno! – rzu­cił w stronę sto­ją­cych przy ladzie dwóch mło­dych Wło­chów.

Wła­śnie skoń­czyli śnia­da­nie w postaci małych roga­li­ków i jeden dopi­jał espresso, a drugi wyskro­by­wał nasiąk­nięty kawą cukier z dna małej fili­żanki. Głos Marka wywa­bił z zaple­cza sprze­daw­czy­nię. Młoda kobieta odpo­wie­działa na przy­wi­ta­nie i posłała mu pro­mienny uśmiech. Ocze­ku­jąc na zamó­wie­nie, przy­glą­dała mu się dłuż­szą chwilę z wyraź­nym zain­te­re­so­wa­niem. Jego postawna syl­wetka, blond włosy i nie­bie­skie oczy zro­biły na niej spore wra­że­nie.

Gość tym­cza­sem wska­zał na jedno z lokal­nych piw sto­ją­cych w oświe­tlo­nej, szkla­nej lodówce. Tak zaopa­trzony wyszedł ze sklepu i usiadł przy okrą­głym pla­sti­ko­wym sto­liku. W cie­niu wzdłuż ele­wa­cji sklepu stało wię­cej krze­se­łek, które teraz oku­po­wali starsi męż­czyźni. Gapili się na Polaka w mil­cze­niu, z ponu­rymi minami, niczym jakieś wiel­kie pta­szy­ska. Marek uśmiech­nął się do nich, ale żaden nie zare­ago­wał. Nie prze­jął się tym zbyt­nio. Z zado­wo­le­niem spoj­rzał na złoty płyn i kro­ple rosy, spły­wa­jące po ściance szklanki. Piwo było dobrze schło­dzone, a tem­pe­ra­tura oto­cze­nia prze­kra­czała trzy­dzie­ści stopni. Upił spory łyk i wes­tchnął z roz­ko­szą. Obli­zał wargi z piany i rozej­rzał się z cie­ka­wo­ścią, jak na tury­stę przy­stało. Po chwili znów poczuł pra­gnie­nie. Się­gał wła­śnie po szkla­neczkę, kiedy zadzwo­niła komórka. Tele­fo­no­wała jego żona.

– Ta to ma wyczu­cie – burk­nął, po czym odrzu­cił połą­cze­nie, wyci­szył tele­fon i upił łyk piwa, już bez przy­jem­no­ści.

Led­wie odło­żył smart­fon na blat, ten znów zawi­bro­wał.

– No ja pier­dolę! – Ziry­to­wany zmarsz­czył czoło, ale szybko się roz­ch­mu­rzył, kiedy dostrzegł, od kogo jest to połą­cze­nie.

Na ekra­nie wyświe­tliło się zdję­cie ład­nej bru­netki, pod­pi­sane: sio­stra Monika. Klik­nął odpo­wied­nią ikonkę i uru­cho­mił trans­mi­sję wideo. Jakość była słaba, więc nie od razu zorien­to­wał się, co widzi. Po chwili jed­nak sze­roki uśmiech zago­ścił na jego twa­rzy. Monia leżała w wan­nie, zato­piona po szyję w wodzie pokry­tej grubą war­stwą piany. Uśmie­chała się zmy­słowo. Mokre włosy lepiły się do czoła i policz­ków.

– Cześć, dok­torku. – Unio­sła się, wyła­nia­jąc się nieco z piany, a po jej krą­głych pier­siach spły­nęła woda.

– Wyglą­dasz jak Afro­dyta. – Czuł nara­sta­jące pod­nie­ce­nie.

– Kto? – Zmarsz­czyła czoło, bo nie spodo­bało jej się, że porów­nuje ją do jakiejś kobiety.

– Bogini, która naro­dziła się z piany – wyja­śnił. – Wygo­ogluj sobie.

Uśmiech­nęła się zado­wo­lona z kom­ple­mentu, po czym chwy­ciła piersi w dło­nie i ści­snęła mocno.

– Tęsk­nisz? – zapy­tała zmy­sło­wym gło­sem.

– Bar­dzo – odparł i była to szczera prawda, bo w tej chwili rze­czy­wi­ście mu jej bra­ko­wało.

– Ja też – zamru­czała.

Wło­żyła palec do ust, patrząc w obiek­tyw kamery tele­fonu. Potem powoli roz­su­nęła kolana, a jej dłoń powę­dro­wała pod wodę. Zmru­żyła oczy, nabrzmiałe piersi unio­sły się gwał­tow­nie, a z jej lekko roz­chy­lo­nych ust wydo­był się jęk roz­ko­szy.

4

Marek, wyrwany ze snu, chwy­cił szar­piącą go dłoń. Sza­mo­tali się przez chwilę, bo w pokoju, za sprawą przy­mknię­tych okien­nic, pano­wał pół­mrok. Wresz­cie Szczy­gieł zorien­to­wał się, że ści­ska nad­gar­stek Leszka.

– Co jest? – wysa­pał.

– Wsta­waj! – Piskór wyswo­bo­dził rękę. – Dziew­czyn nie ma!

– Co?

– Jest już po szó­stej, a one nie wró­ciły.

Marek usiadł na łóżku zbyt szybko i zro­biło mu się nie­do­brze. Na doda­tek stopą wywró­cił sto­jące obok butelki i jedna z nich, z nie­przy­jem­nym łosko­tem, poto­czyła się pod szafę. Wła­śnie dotarło do niego, że ma już dru­giego kaca tego dnia. Powoli, cofa­jąc się w cza­sie, odtwo­rzył wypadki minio­nego popo­łu­dnia. Zdrzem­nął się, bo wypił kilka piw. Dokład­nie sie­dem, bo w kafejce, kiedy sprze­daw­czyni poin­for­mo­wała go, że zamyka lokal na kilka godzin, zaku­pił jesz­cze sze­ścio­pak Peroni. Ta ich sje­sta to był wyjąt­kowo iry­tu­jący zwy­czaj. Chcąc nie chcąc, wró­cił do domu. W lodówce zna­lazł zawi­niętą w srebrną folię wczo­raj­szą kanapkę, którą Iwona kupiła jesz­cze na lot­ni­sku w Kra­ko­wie, popił bro­wa­rem i zasnął jak dziecko. To było koło czter­na­stej, a dziew­czyn nie było od rana. Przy­po­mniał sobie, że prze­cież żona do niego dzwo­niła, ale on nie ode­brał ani nie oddzwo­nił. Się­gnął po leżący na noc­nym sto­liku tele­fon, żeby spraw­dzić, o któ­rej to było. W histo­rii miał sześć nie­ode­bra­nych połą­czeń od Iwony i dwa od Ali. Wszyst­kie mię­dzy jede­na­stą czter­dzie­ści a dwu­na­stą. Wybrał numer żony i pod­niósł apa­rat do ucha.

– Nie odbie­rają – sko­men­to­wał Leszek. – Cały dzień pró­buję się z Martą skon­tak­to­wać, a od godziny dzwo­nię do nich non stop. I nic.

Szczy­gieł nie odzy­wał się. Słu­chał kolegi, jed­no­cze­śnie cze­ka­jąc na sygnał. Nie docze­kał się jed­nak. Usły­szał za to komu­ni­kat w języku wło­skim, w któ­rym miły kobiecy głos infor­mo­wał, jak się słusz­nie domy­ślił, że numer jest nie­do­stępny. Tele­fon Iwony jest wyłą­czony lub znaj­duje się poza zasię­giem. Podobny efekt był po wybra­niu numeru córki.

– Z tele­fo­nem Marty jest tak samo – sko­men­to­wał Piskór. – Musiały im się apa­raty roz­ła­do­wać.

– Wszyst­kim trzem? – skrzy­wił się scep­tycz­nie Marek, zada­jąc to reto­ryczne pyta­nie.

– To może są poza zasię­giem?

– Może.

Szczy­gieł opu­ścił dłoń, w któ­rej trzy­mał smart­fon, wbił wzrok w ścianę i myślał.

– Co robimy? – Leszek nie wytrzy­mał prze­cią­ga­ją­cego się mil­cze­nia.

– Marta ci mówiła, dokąd one się wła­ści­wie wybie­rają? – Marek pró­bo­wał zna­leźć jakiś punkt zacze­pie­nia.

– Nie – stwier­dził zre­zy­gno­wany Piskór. – Obra­ziła się na mnie za nasze wczo­raj­sze picie i od rana nie ode­zwała się sło­wem.

– Baby… – Szczy­gieł pokrę­cił głową z dez­apro­batą. – Nabz­dy­czą się o byle gówno, a potem jest pro­blem i ty się, czło­wieku, martw.

Po usta­le­niu, kto jest winny całej sytu­acji, klep­nął się w uda i pod­szedł do lodówki w poszu­ki­wa­niu cze­goś do picia.

– Może pój­dziemy ich poszu­kać? – Leszek chciał dzia­łać, męczyło go sie­dze­nie z zało­żo­nymi rękami.

– Gdzie? Kata­nia to duże mia­sto, ma ponad trzy­sta tysięcy miesz­kań­ców!

– To przy­naj­mniej w oko­licy. – W gło­sie Piskóra sły­chać było lekką despe­ra­cję. – Spraw­dzimy restau­ra­cje w pobliżu. Może poszły gdzieś coś zjeść?

Pomysł wydał się Szczy­głowi bez­sen­sowny.

– Jakby pozo­stały w pobliżu, to ich tele­fony byłyby w zasięgu sieci.

– A jeżeli restau­ra­cja jest w piw­nicy, gdzie są grube mury i sygnał nie docho­dzi?

Ta hipo­teza też Marka nie prze­ko­nała. Po pierw­sze, we Wło­szech nie ma restau­ra­cji w piw­ni­cach, a przy­naj­mniej ni­gdy się z taką nie spo­tkał, choć byli w tym kraju na waka­cjach już kilka razy. Po dru­gie, ich żony nie sie­dzia­łyby tam prze­cież cały dzień, a Leszek wyraź­nie mówił, że pró­buje się skon­tak­to­wać z Martą od połu­dnia. Już miał przed­sta­wić te wszyst­kie wąt­pli­wo­ści kum­plowi i obna­żyć brak logiki w jego rozu­mo­wa­niu, kiedy przy­szła mu do głowy pewna myśl. Pod­czas spraw­dza­nia lokali będzie mógł przy oka­zji wypić drinka. Przez chwilę poczuł się nie­kom­for­towo, bo to było dość ego­istyczne zacho­wa­nie, szybko jed­nak stłu­mił wyrzuty sumie­nia, tłu­ma­cząc sobie, że w jego sta­nie mała dawka alko­holu popra­wia samo­po­czu­cie, a co za tym idzie jasność myśle­nia. W obec­nym sta­dium zamu­le­nia umy­słu nie­wiele zdziała.

– Dobra – rzu­cił. – Ale zanim wyj­dziemy, napiszmy im kartki, żeby zadzwo­niły do nas, jeżeli wrócą. Idź do sie­bie i zostaw kartkę w widocz­nym miej­scu. Spo­ty­kamy się na dole za pięć minut.

Lesz­kowi nie trzeba było tego dwa razy powta­rzać. Słabo odnaj­dy­wał się w kry­zy­so­wych sytu­acjach i odpo­wia­dało mu, że przy­ja­ciel prze­jął dowo­dze­nie. Kiedy znik­nął za drzwiami, Marek rozej­rzał się po pokoju w poszu­ki­wa­niu przy­bo­rów do pisa­nia. Zna­lazł wresz­cie dłu­go­pis i napi­sał na ser­wetce krótki komu­ni­kat: „Poszli­śmy z Lesz­kiem was szu­kać. Zadzwoń­cie, jak wró­ci­cie przed nami”. Zado­wo­lony z sie­bie zamknął drzwi i zbiegł po scho­dach. Leszek już cze­kał przed kamie­nicą.

– Ty idź w lewo, a ja pójdę w drugą stronę.

– Roz­dzie­lamy się?

– W ten spo­sób spraw­dzimy wię­cej miejsc. – Marek miał w takim roz­wią­za­niu jesz­cze inny inte­res, ale o tym nie zamie­rzał kole­dze mówić. – Tele­fon masz nała­do­wany? – zapy­tał, zmie­nia­jąc temat.

– Tak.

– No to dzwoń, jakby co.

Roze­szli się każdy w swoją stronę. Szczy­gieł pró­bo­wał zacho­wać pozory poszu­ki­wań, zanim więc kupił w naj­bliż­szym barze pięć­dzie­siątkę brandy, sam sie­bie oszu­ku­jąc, poka­zał bar­ma­nowi zdję­cie żony w tele­fo­nie. Jak się można łatwo domy­ślić, Iwony i Ali­cji tu nie było. Po przy­ję­ciu pierw­szej dawki alko­holu z więk­szą deter­mi­na­cją ruszył na obchód następ­nych knaj­pek w oko­licy. Odwie­dziw­szy trzy kolejne, naj­wy­raź­niej uwie­rzył w powo­dze­nie misji, która na początku wyda­wała mu się bez sensu, bo z docie­kli­wo­ścią godną detek­tywa wypy­ty­wał bywal­ców drink barów o żonę i córkę. Dobrze roz­wi­ja­jące się docho­dze­nie prze­rwał tele­fon od Leszka.

– Zna­la­złeś je?

– Nie – odburk­nął. – Gdy­bym zna­lazł, to bym do cie­bie zadzwo­nił. Tak się prze­cież uma­wia­li­śmy.

– Ja też ich nie zna­la­złem. – Leszek zigno­ro­wał jego uwagi. – Wra­cajmy do domu.

– Po co? – Piskór zaczy­nał go dener­wo­wać. – Prze­cież ich tam nie ma. Zosta­wi­łeś kartkę z infor­ma­cją, żeby się ode­zwały, tak?

– Trzeba kogoś zawia­do­mić.

Szczy­gieł spoj­rzał na zega­rek.

– Jest dopiero po siód­mej. Pocze­kajmy jesz­cze godzinę albo dwie.

– Cho­lera, Marek! – Piskór krzyk­nął do tele­fonu. – Ja się o nie mar­twię! Boję się, że im się stała krzywda. Cho­dzi też o twoją żonę i córkę! Nie rusza cię to?!

W jego gło­sie nie było agre­sji, raczej prze­ra­że­nie. Praw­dziwy strach, który udzie­lił się teraz przy­ja­cie­lowi. Nagle, w jed­nej sekun­dzie, zdał sobie sprawę z powagi sytu­acji. W obcym kraju znik­nęły jego żona i córka. Nie było z nimi kon­taktu od rana. Tele­fony kobiet nie dzia­łały, co było anor­malną sytu­acją. Marek przy­po­mniał sobie teraz o sta­ty­sty­kach, o któ­rych czy­tał przed wyjaz­dem, ale któ­rych nie potrak­to­wał poważ­nie. Kata­nia znaj­do­wała się w czo­łówce naj­nie­bez­piecz­niej­szych miast w Euro­pie. Co prawda pro­blem mafii trak­to­wał z przy­mru­że­niem oka, ale już infor­ma­cje o tysią­cach nie­le­gal­nych imi­gran­tów przy­pły­wa­ją­cych do portu z Afryki były mocno nie­po­ko­jące. Jakiś czas temu przeczy­tał w inter­ne­cie histo­rię trzy­na­sto­latki i jej chło­paka. Grupa sied­miu mło­do­cia­nych spraw­ców w wieku od pięt­na­stu do dzie­więt­na­stu lat zastą­piła drogę spa­ce­ru­ją­cej parze w cen­trum mia­sta. Dwóch napast­ni­ków wepchnęło dziew­czynę do publicz­nej toa­lety i gwał­ciło na zmianę, nagry­wa­jąc hor­ror tele­fo­nem. Pozo­stali w tym cza­sie bili i gro­zili śmier­cią jej chło­pa­kowi, cze­ka­jąc na swoją kolej. W końcu ofia­rom udało się uciec, a poli­cja szybko ujęła spraw­ców. Oka­zali się nimi nasto­letni oby­wa­tele Egiptu, miesz­ka­jący w blo­kach na osie­dlu socjal­nym. W miarę jak przy­po­mi­nał sobie szcze­góły tej strasz­nej histo­rii, czarne myśli, które kłę­biły mu się w gło­wie, robiły się coraz gęst­sze. Na myśl o tym, że to samo mogło spo­tkać jego żonę i córkę, po ple­cach spły­nął mu zimny pot.

– Cze­kaj na mnie w miesz­ka­niu – zwró­cił się do Leszka, a w jego gło­sie sły­chać było deter­mi­na­cję. – Przy­go­tuj swój dowód oso­bi­sty albo pasz­port. Idziemy na poli­cję.

5

Marek sie­dział zgar­biony na drew­nia­nym krze­śle, z łok­ciami wspar­tymi na kola­nach i gapił się w pod­łogę. Przed nim para­do­wały w tę i z powro­tem nogawki z czer­wo­nymi lam­pa­sami i czarne lakierki. Nie miał już nawet siły, aby pod­nieść wzrok i spoj­rzeć na twa­rze żan­dar­mów. Leszek zajął miej­sce kilka metrów dalej – wybrał je dla­tego, że zna­lazł tam gniazdko, do któ­rego mógł pod­łą­czyć łado­warkę tele­fonu. Co chwilę zer­kał na ekran, by spraw­dzić, czy Marta nie oddzwo­niła. Kobiety jed­nak wciąż nie dawały znaku życia.

Szczy­gieł i jego przy­ja­ciel dotarli na poste­ru­nek przed godziną i nie udało się im jesz­cze z nikim poroz­ma­wiać. Funk­cjo­na­riusz urzę­du­jący przy wej­ściu kazał im usiąść i cze­kać. Mar­kowi star­czyło cier­pli­wo­ści na kilka minut, potem zaczął się awan­tu­ro­wać. Jego pre­ten­sje na nie­wiele się zdały, bo żan­darm nie mówił po angiel­sku, a on nie rozu­miał ani słowa po wło­sku. Efekt był taki, że obaj zaczęli na sie­bie jed­no­cze­śnie wrzesz­czeć i gdyby nie inter­wen­cja Piskóra, mogłoby się to skoń­czyć aresz­to­wa­niem Polaka. Ten ostatni opa­no­wał wresz­cie emo­cje, a gdy sobie uświa­do­mił, że bariera języ­kowa sta­nowi pro­blem nie do prze­ła­ma­nia, posta­nowił spraw­dzić stronę inter­ne­tową komi­sa­riatu. Liczył, że znaj­dzie tam odpo­wiedni for­mu­larz w języku angiel­skim i z jego pomocą zgłosi zagi­nię­cie żony i córki. Nie­stety, na ofi­cjal­nej stro­nie wło­skiej poli­cji zna­lazł druk zgło­sze­nia utraty doku­men­tów, zagu­bie­nia tele­fonu, a nawet wnio­sek o adop­cję poli­cyj­nego konia prze­cho­dzą­cego na eme­ry­turę, ale for­mu­larza pozwa­la­ją­cego na zgło­sze­nie zagi­nię­cia osoby nie było. Nie pozo­sta­wało więc nic innego, jak uzbroić się w cier­pli­wość i cze­kać.

Nagle przed jego oczyma przede­fi­lo­wały sprę­ży­stym kro­kiem dam­skie pan­to­fle. Powiódł wzro­kiem w górę. Spodnie z czer­wo­nymi lam­pa­sami były dobrze skro­jone, podob­nie jak mary­narka mun­duru, prze­pa­sana w wąskiej talii. Kobieta miała czarne jak heban włosy. Upięła je w kok i ukryła pod zgrab­nym kape­lu­si­kiem, przy­po­mi­na­ją­cym jeź­dziecki toczek, będący czę­ścią jej umun­du­ro­wa­nia. Miała kształtną czaszkę, osa­dzoną na smu­kłej szyi. Marek, po sze­ściu latach stu­dio­wa­nia medy­cyny, zwra­cał uwagę na takie ana­to­miczne szcze­góły. Stała teraz odwró­cona tyłem do niego i roz­ma­wiała z gbu­ro­wa­tym funk­cjo­na­riu­szem. Ten wychy­lił się zza jej zgrab­nej postaci i wska­zał ruchem głowy na Szczy­gła.

– Polacco – powie­dział pół­gło­sem, krzy­wiąc się przy tym, jakby zjadł zepsu­tego małża.

Kobieta odwró­ciła się i podą­żyła za jego wzro­kiem. Była młoda, rysy twa­rzy miała dziew­częce. Duże, brą­zowe oczy spo­glą­dały spod małego ronda kape­lu­sika, tak­su­jąc postać Marka. Nos i usta kobiety miały ide­alne pro­por­cje. Oliw­kowa cera kon­tra­sto­wała z koł­nie­rzy­kiem śnież­no­bia­łej koszuli. Kra­wat i sze­roka koali­cyjka, bie­gnąca spod ozdob­nych epo­le­tów do pasa, doda­wały jej szyku. Mun­dur, który na sto­ją­cym obok żan­dar­mie wisiał jak worek, na niej leżał ide­al­nie, pod­kre­śla­jąc zgrabną figurę.

– Jestem kapral Car­mela Librizzi – przed­sta­wiła się po angiel­sku, z cha­rak­te­ry­stycz­nym dla Wło­chów zaśpie­wem. – W czym możemy panu pomóc?

– No naresz­cie! – Na dźwięk dobrze zna­nego języka Szczy­gieł aż zerwał się z krze­sła.

Kilka lat prak­ty­ko­wał w nor­we­skich kli­ni­kach, dzięki czemu po angiel­sku poro­zu­mie­wał się pra­wie tak swo­bod­nie jak w języku pol­skim.

– Chcia­łem zgło­sić zagi­nię­cie żony i córki – prze­szedł od razu do rze­czy. – Wyszły rano z wynaj­mo­wa­nej przez nas kwa­tery i do tej pory nie wró­ciły. Żona mojego przy­ja­ciela też.

Pode­szli we trójkę do kon­tu­aru, gdzie urzę­do­wał nie­sym­pa­tyczny sier­żant. Młoda poli­cjantka w kilku zda­niach wyja­śniła mu w czym pro­blem. Ten wyjął jakiś for­mu­larz i zabrał się za wypeł­nia­nie. Wpi­sał datę i godzinę, po czym zaczął zada­wać pyta­nia, które od razu tłu­ma­czyła na angiel­ski pani kapral.

– Naro­do­wość?

– Pol­ska.

– Gdzie się zatrzy­ma­li­ście? W Kata­nii?

– Tak. W apar­ta­men­cie przy via Ragusa.

– Jak się pan nazywa?

– Marek Szczy­gieł.

Dłoń, w któ­rej żan­darm trzy­mał dłu­go­pis, zasty­gła w bez­ru­chu kilka cen­ty­me­trów nad kartką. Pod­niósł oczy i przyj­rzał się Mar­kowi. Ten w pierw­szej chwili myślał, że to zapis pol­sko brzmią­cego nazwi­ska spra­wia Wło­chowi trud­ność, wyjął więc dowód oso­bi­sty i wrę­czył funk­cjo­na­riu­szowi, aby uła­twić mu życie. Ten się­gnął po doku­ment, chwilę się mu przy­glą­dał, po czym ujął słu­chawkę sta­cjo­nar­nego tele­fonu i wci­snął jakiś guzik. Po chwili popły­nął z jego ust potok słów, z któ­rych Szczy­gieł oczy­wi­ście nic nie rozu­miał, ale poważny ton głosu dyżur­nego lekko go zanie­po­koił.

– Co się dzieje? – zapy­tał młodą poli­cjantkę.

Ta uci­szyła go gestem dłoni, sta­ra­jąc się nie uro­nić żad­nego słowa z wypo­wie­dzi sier­żanta. Dyżurny skoń­czył, wysłu­chał, co ma do powie­dze­nia roz­mówca, i odło­żył słu­chawkę na widełki. Jego twarz się zmie­niła. Z suro­wego przy­brała łagodny, może nawet smutny wyraz. Cichym gło­sem prze­ka­zał pole­ce­nie prze­ło­żo­nego mło­dej pani kapral. Kobieta ski­nęła głową i zwró­ciła się do Marka.

– Pro­szę za mną.

– Coś się stało? – Ta nagła zmiana w zacho­wa­niu sier­żanta zanie­po­ko­iła Szczy­gła.

– Dowie się pan wszyst­kiego w biu­rze kapi­tana – odparła wymi­ja­jąco poli­cjantka i wska­zała im drogę.

Kapi­tan Boretti urzę­do­wał w dużym pokoju na końcu kory­ta­rza. Ten brzu­chaty męż­czy­zna w tym roku prze­kro­czył pięć­dzie­siątkę. Na gło­wie zostało mu nie­wiele wło­sów, za to spod koł­nie­rzyka i z man­kie­tów wysta­wały czarne kłaki. Był nik­czem­nego wzro­stu, jak więk­szość Sycy­lij­czy­ków, dla­tego wysoko zadzie­rał głowę, bo dawało mu to złudne wra­że­nie, że spo­gląda na innych z góry. Kiedy kapral Car­mela Librizzi wraz z Pola­kami weszła do jego gabi­netu, bez słowa wska­zał im krze­sła. Nie prze­jął się spe­cjal­nie fak­tem, że sie­dzi­ska były dwa, a gości trójka. Po krót­kim zamie­sza­niu męż­czyźni posłu­chali towa­rzy­szą­cej im poli­cjantki i łamiąc zasady dobrego wycho­wa­nia, usie­dli. Car­mela sta­nęła za ich ple­cami i przy­jęła służ­bową postawę.

– Który z panów nazywa się Szczy­gieł? – zapy­tał tubal­nym gło­sem kapi­tan, pra­wie łamiąc sobie język na pol­skim nazwi­sku.

– Ja – odparł Marek, kiedy kobieta prze­tłu­ma­czyła słowa prze­ło­żo­nego.

Boretti spoj­rzał na niego smutno, po czym się­gnął do szu­flady, wyjął z niej foliową torebkę na dowody i prze­su­nął po bla­cie maho­nio­wego biurka w jego stronę. Szczy­gieł przy­glą­dał się zawar­to­ści ze zmarsz­czo­nym czo­łem.

– To dowód oso­bi­sty mojej córki – wyszep­tał wresz­cie.

– Zatrzy­ma­li­śmy dzi­siaj imi­granta z Ery­trei. – Ofi­cer spoj­rzał do swo­ich nota­tek. – Ben­ja­min Men­deze, lat trzy­dzie­ści sześć. Od dwóch lat prze­bywa na tere­nie Ita­lii. Zna­leź­li­śmy przy nim kartę ban­ko­ma­tową i dowód oso­bi­sty pań­skiej córki.

– Skąd je miał? – Głos Marka drżał.

– Twier­dzi, że zna­lazł – odparł kapi­tan. – Jesz­cze kwa­drans temu byłem skłonny mu uwie­rzyć, ale teraz, gdy wiem, że pana córka zagi­nęła, jestem bar­dziej scep­tyczny. Nie wie­rzę w takie zbiegi oko­licz­no­ści. Zanim jed­nak go ponow­nie prze­słu­cham, chcia­łem zadać panu kilka pytań. – Tu zamilkł, dając czas Car­meli na prze­tłu­ma­cze­nie.

– Oczy­wi­ście – odrzekł Szczy­gieł. – Pro­szę pytać.

– Kiedy ostatni raz widział pan żonę i córkę?

– Rano, to zna­czy wczo­raj wie­czo­rem. – Zabrzmiało to dziw­nie, więc szybko wyja­śnił: – Kiedy się obu­dzi­łem, to już ich nie było, ale wyszły z naszego apar­ta­mentu rano.

– Mówiły, jakie mają plany na dziś?

Zawa­hał się, ale szybko doszedł do wnio­sku, że nie ma co mata­czyć, bo sprawa jest zbyt poważna.

– Wypi­li­śmy z kolegą sporo poprzed­niego wie­czoru i nie roz­ma­wia­łem z żoną. Prawdę mówiąc, tro­chę się posprze­cza­li­śmy.

– Rozu­miem.

– Dziś obu­dzi­łem się późno, około jede­na­stej i ani żony, ani córki w wyna­ję­tym przez nas apar­ta­men­cie już nie było.

– A pań­ska mał­żonka? Mówiła coś? – zwró­cił się do Piskóra za pośred­nic­twem pani kapral.

Leszek słabo znał angiel­ski, więc spoj­rzał pyta­jąco na kolegę. Szczy­gieł wyja­śnił mu w skró­cie sytu­ację i powtó­rzył pyta­nie zadane przez poli­cjanta. Oka­zało się, że Piskór też nic nie wniósł do sprawy, ponie­waż jego wie­dza była nie­stety skrom­niej­sza niż Marka. Wczo­raj upił się jesz­cze wcze­śniej niż kum­pel. Po tych wyja­śnie­niach Boretti nie cze­kał dłu­żej. Wyko­nał tele­fon i po kilku minu­tach rosły żan­darm wpro­wa­dził do pokoju czar­no­skó­rego więź­nia. Na nad­garst­kach miał kaj­danki, a w oczach prze­ra­że­nie. Stał obok biurka i cały się trząsł. Po twa­rzy spły­wały mu kro­ple potu, kapiąc z brody na poprze­cie­raną koszulkę z emble­ma­tem jakie­goś pił­kar­skiego klubu.

– Skąd mia­łeś te rze­czy? – zapy­tał groź­nie kapi­tan, wska­zu­jąc na leżące na stole kartę i dowód oso­bi­sty Ali. – Tylko tym razem mów prawdę!

Z ust Ben­ja­mina Men­deze popły­nął potok słów. Płacz­li­wym gło­sem jesz­cze raz opo­wie­dział ofi­ce­rowi smutną histo­rię swo­jego życia. Potem wyja­śniał, gdzie dokład­nie i w jakich oko­licz­no­ściach zna­lazł trefne przed­mioty i jak bar­dzo żałuje, że je zabrał. Tłu­ma­czył, że nie wie, co go pod­ku­siło, ale bijąc się z całych sił w piersi, przy­rze­kał na życie szóstki swo­ich dzieci, że już ni­gdy, przeni­gdy takiego głup­stwa nie zrobi.

Kapi­tan Boretti wysłu­chał go w mil­cze­niu, nawet jeden mię­sień nie drgnął na jego twa­rzy. Kiedy wię­zień skoń­czył, naka­zał Pola­kom i tłu­maczce opu­ścić pokój. Cała trójka wyszła na kory­tarz, a rosły żan­darm zatrza­snął za nimi drzwi. Marek zapy­tał Car­melę, co wła­śnie zeznał Ery­trej­czyk. Kiedy dowie­dział się, że pod­trzy­mał swoją wcze­śniej­szą wer­sję wyda­rzeń, nie wie­dział, co o tym myśleć. Nagle za drzwiami pokoju roz­legł się gło­śny rumor. Wyda­wało się, jakby zwa­lił się tam sufit. Marek spoj­rzał na panią kapral, ocze­ku­jąc jakiejś reak­cji, ale ona nawet nie drgnęła. Po kil­ku­na­stu sekun­dach hałas ucichł, drzwi się otwo­rzyły i żan­darm zapro­sił ich ponow­nie do środka. Tym razem nie mieli gdzie usiąść, bo na jedy­nym krze­śle kiwał się pół­przy­tomny wię­zień z roz­bi­tym nosem. Dru­gie krze­sło, roz­trza­skane w drobny mak, leżało w kącie gabi­netu. Kapi­tan Boretti wpu­ścił koszulę w spodnie, popra­wił zmierz­wione włosy i usiadł za biur­kiem.

– No to powtórz teraz wszyst­kim, co mi powie­dzia­łeś przed chwilą.

6

Szczy­gieł był cho­ler­nie zmę­czony. Pra­wie nie spał tej nocy. Rano zje­dli z Lesz­kiem przy­pa­loną jajecz­nicę, zadzwo­nili po tak­sówkę i wyru­szyli na komi­sa­riat. O ósmej byli tam umó­wieni z kapral Librizzi. Marek patrzył teraz przez okno auta na mijane ulice i nie widział w tym mie­ście nic ład­nego. Kamie­nice były zanie­dbane, w wielu miej­scach odpa­dał tynk. Więk­szość ele­wa­cji pokry­wały bazgroły wyma­zane sprayem. Nie miało to nic wspól­nego z uliczną sztuką, po pro­stu zwy­kłe boho­mazy. Przy kra­węż­ni­kach walały się nie­do­pałki papie­ro­sów i inne śmieci. Przed skle­pi­kami pię­trzyły się sterty pognie­cio­nych kar­to­nów i pudła z pustymi butel­kami. Byle jak zapar­ko­wane samo­chody były poobi­jane i pory­so­wane.

Zauwa­żył też, że po uli­cach krę­ciło się wielu ciem­no­skó­rych. Wcze­śniej mu to nie prze­szka­dzało. Nie był rasi­stą, ale po ostat­nich zaj­ściach bacz­nie im się przy­glą­dał. Wczo­raj­sze zezna­nie Ben­ja­mina Men­deze zde­cy­do­wa­nie zmie­niło jego nasta­wie­nie do imi­gran­tów. W pierw­szej chwili Marek był wstrzą­śnięty i obu­rzony tym, że poli­cjanci pobili bez­bron­nego więź­nia. Kiedy jed­nak usły­szał nową wer­sję jego zeznań, krew się w nim zago­to­wała i całe współ­czu­cie znik­nęło. Ery­trej­czyk przy­znał, że kła­mał, opo­wia­da­jąc o zna­le­zie­niu port­fela Ali­cji. W rze­czy­wi­sto­ści spo­tkał żonę Szczy­gła wraz z przy­ja­ciółką i córką w zatło­czo­nym pociągu jadą­cym do Tao­r­miny. Szybko usta­lił z dwoma męż­czy­znami, dzia­ła­ją­cymi z nim w jed­nym gangu, że okradną kobiety. Iwona i Marta trzy­mały torebki przed sobą, jed­nak ple­cak Ali sta­no­wił łatwy cel. Tuż przed tym, jak pociąg zatrzy­mał się na krótki postój w mia­steczku Can­niz­zaro, okra­dli Ali­cję i na dany przez Ben­ja­mina sygnał wysie­dli na tam­tej­szej sta­cji, aby unik­nąć ewen­tu­al­nego zde­ma­sko­wa­nia, gdyby ofiara się zorien­to­wała. Kiedy pociąg odje­chał, opróż­nili port­fel z war­to­ścio­wych rze­czy i wyrzu­cili do śmiet­nika. Can­niz­zaro było poło­żone zale­d­wie dzie­sięć kilo­me­trów od Kata­nii, więc kapi­tan Boretti wysłał tam patrol, aby potwier­dzić zezna­nia Ery­trej­czyka. Żan­darmi bez trudu odna­leźli wska­zany kosz na śmieci, a w nim port­fel szes­na­sto­let­niej Polki. Ben­ja­min Men­deze tym razem mówił prawdę. Przy­naj­mniej w czę­ści, bo otwar­tym pozo­sta­wało jesz­cze pyta­nie, czy jego banda miała coś wspól­nego ze znik­nię­ciem kobiet. Ponie­waż do tego nie chciał się przy­znać nawet pod groźbą kolej­nego bicia, kapi­tan kazał odpro­wa­dzić go do celi i ofi­cjal­nie otwo­rzył docho­dze­nie w spra­wie zagi­nię­cia trzech tury­stek. O znik­nię­ciu oby­wa­te­lek ofi­cjal­nie poin­for­mo­wano też pol­ski kon­su­lat.

Do śledz­twa została włą­czona kapral Librizzi, głów­nie ze względu na rzadką wśród sycy­lij­skich żan­dar­mów umie­jęt­ność płyn­nego posłu­gi­wa­nia się języ­kiem angiel­skim, co umoż­li­wiało komu­ni­ka­cję z mężem zagi­nio­nej Iwony Szczy­gieł. Z tego powodu zle­cono Car­meli odwie­zie­nie męż­czyzn i spraw­dze­nie w ich obec­no­ści, czy w wynaj­mo­wa­nych apar­ta­men­tach nie ma wska­zó­wek, które byłyby pomocne w odna­le­zie­niu kobiet.

– Jak była ubrana pana żona w dniu, kiedy zagi­nęła? – zapy­tała pani kapral, roz­glą­da­jąc się po apar­ta­men­cie.

Szczy­gieł wymow­nie podra­pał się po gło­wie.

– A córka? – Widząc pustkę w jego oczach, rzu­ciła mu koło ratun­kowe. – Może spraw­dzi pan w sza­fie, jakich ubrań nie ma?

Marek pod­szedł do szafy ener­gicz­nym kro­kiem, otwo­rzył drzwi i przez moment przy­glą­dał się ciu­chom uło­żo­nym na pół­kach, oszu­ku­jąc ją i samego sie­bie. Prawda była taka, że nie miał bla­dego poję­cia, które ubra­nia są żony, a które córki, a co dopiero jakich czę­ści gar­de­roby bra­kuje. W końcu ska­pi­tu­lo­wał.

– Nie wiem, jak były ubrane dziś rano – odparł zała­many.

Car­meli zro­biło się go żal.

– Czyj to kom­pu­ter? – Wska­zała lap­topa leżą­cego na sto­liku.

– Ali­cji.

Włą­czyła urzą­dze­nie i wyświe­tlił się ekran star­towy z polami do logo­wa­nia.

– Zna pan hasło?

– Nie.

– W takim razie zabiorę go na komendę. – Wło­żyła urzą­dze­nie pod pachę. – Jutro z samego rana zajmą się tym nasi infor­ma­tycy.

Ski­nął głową, czym wyra­ził niemą zgodę. Poli­cjantka uśmiech­nęła się, chcąc dodać mu otu­chy, ale on nie odwza­jem­nił uśmie­chu. Spo­waż­niała więc, poże­gnała się i prze­szła do apar­ta­mentu Piskó­rów. Leszek radził sobie z angiel­skim gorzej niż przy­ja­ciel, ale wystar­cza­jąco, aby opi­sać poli­cjantce, w co ubrana była jego żona, gdy wyszła feral­nego dnia rano z miesz­ka­nia. Przed wyj­ściem kapral Librizzi usta­lili jesz­cze, że następ­nego dnia obaj zgło­szą się na komendę.

Kolej­nego ranka wsie­dli więc do sta­rej tak­sówki i wska­zali cel podróży, a brzu­chaty kie­rowca ruszył bez pośpie­chu. Minę miał mar­sową, bo podany przez pasa­że­rów adres kursu sku­tecz­nie znie­chę­cał go do kom­bi­na­cji z tak­so­me­trem. Jechali więc naj­krót­szą drogą, a Marek z rosną­cym nie­sma­kiem przy­glą­dał się mia­stu za oknem.

Wysie­dli przy Placu Gio­vanni Vergi, gdzie w zabyt­ko­wym budynku oto­czo­nym pięk­nym ogro­dem mie­ściła się komenda kara­bi­nie­rów. Zja­wili się kilka minut przed cza­sem, mimo to młoda pani kapral już na nich cze­kała na dzie­dzińcu. Ruchy miała ener­giczne, naj­wy­raź­niej mocno pod­eks­cy­to­wana tym, co miała im do zako­mu­ni­ko­wa­nia. Ruszyli za nią scho­dami w górę. W nie­wiel­kim pokoju, który dzie­liła z innym mło­dym funk­cjo­na­riu­szem, wska­zała im krze­sła obok biurka. Sama też usia­dła i się­gnęła po leżący na stole lap­top Ali­cji. Wyjęła urzą­dze­nie z folio­wej torby na dowody i włą­czyła.

– Nasz infor­ma­tyk przej­rzał konto face­bo­okowe pana córki i bez trudu pora­dził sobie z zabez­pie­cze­niami – wyja­śniła, kiedy cze­kali, aż kom­pu­ter się uru­chomi. – Hasłem była data uro­dze­nia jej chło­paka.

Marek nie sko­men­to­wał tego faktu, bo szcze­rze mówiąc, nie miał poję­cia o ist­nie­niu jakie­goś chło­paka. Nie prze­tłu­ma­czył też tej czę­ści wypo­wie­dzi Piskó­rowi. Nie­udol­nie pró­bo­wał ukryć zasko­cze­nie, co nie uszło uwagi pani kapral. Car­mela posta­no­wiła tak­tow­nie zmie­nić temat, odno­to­wu­jąc jed­nak w gło­wie, że rela­cje ojca z nasto­let­nią córką były, deli­kat­nie rzecz ujmu­jąc, śred­nie.

– Spraw­dzi­li­śmy ostat­nie wyszu­ki­wa­nia w prze­glą­darce inter­ne­to­wej. – Usia­dła bokiem i prze­krę­ciła kom­pu­ter tak, aby wszy­scy mogli widzieć, co znaj­duje się na ekra­nie. – Ali­cja kupiła trzy bilety kole­jowe do Tao­r­miny.

– To potwier­dza słowa tego czar­no­skó­rego – sko­men­to­wał Szczy­gieł.

– Tak, Ben­ja­min Men­deze mówił prawdę. – Kapral Librizzi ski­nęła głową. – Przy­naj­mniej w czę­ści swo­ich zeznań.

– Co chce pani przez to powie­dzieć? – Polacy wyraź­nie się zanie­po­ko­ili.

Poli­cjantka zro­biła tajem­ni­czą minę.

– Na dysku wir­tu­al­nym powią­za­nym z lap­to­pem zna­leź­li­śmy zapa­sowe kopie fotek, które zro­biła Ali­cja w dniu zagi­nię­cia. – Po tym lako­nicz­nym wyja­śnie­niu prze­szła do kata­logu ze zdję­ciami. – Szcze­gól­nie jedna jest inte­re­su­jąca…

Marek poczuł suchość w gar­dle. To było dziwne uczu­cie oglą­dać foto­gra­fie roze­śmia­nej żony i córki w momen­cie, kiedy nie wie­dział, gdzie się znaj­dują i czy nic im nie grozi. Od ich znik­nię­cia nie minęły jesz­cze dwa­dzie­ścia cztery godziny, a on miał wra­że­nie, jakby upły­nęła wiecz­ność.

– Jest! O tę mi cho­dziło! – Car­mela prze­rwała jego nostal­giczne roz­my­śla­nia.

Powięk­szyła zdję­cie na ekra­nie lap­topa. Przed­sta­wiało ono wnę­trze wypeł­nio­nego pasa­że­rami wagonu pod­miej­skiego pociągu. Obaj Polacy, marsz­cząc czoła, pró­bo­wali wyło­wić w wyświe­tlo­nym obra­zie jakiś istotny szcze­gół. Wresz­cie udało się to Szczy­głowi.

– Na zdję­ciu jest nasz podej­rzany. – Wska­zał sto­ją­cego na dru­gim pla­nie Men­deze. – Ale to, że jechał tym samym pocią­giem, już prze­cież wiemy. Przy­znał się do tego. Ame­ryki nie odkry­li­ście.

– Tak, ale powie­dział, że wysiadł w Can­niz­zaro, a kobiety poje­chały dalej – kon­ty­nu­owała młoda pani kapral, nie zwa­ża­jąc na jego uszczy­pli­wo­ści. – Tym­cza­sem to zdję­cie zostało wyko­nane o godzi­nie jede­na­stej pięć­dzie­siąt, czyli już pra­wie pod koniec trwa­ją­cej godzinę podróży do Tao­r­miny.

– To mia­steczko… – Szczy­gieł pró­bo­wał przy­po­mnieć sobie obco brzmiącą nazwę.

– Can­niz­zaro – pod­po­wie­działa mu Librizzi.

– Ono jest prze­cież poło­żone znacz­nie bli­żej Kata­nii.

– Zga­dza się. – Poki­wała głową, bo jego tok myśle­nia podą­żał we wła­ści­wym kie­runku. – Pociąg z Kata­nii do Can­niz­zaro jedzie około ośmiu minut.

– Może zegar w tele­fo­nie córki był nie­pra­wi­dłowo usta­wiony?

– Nie – zaprze­czyła Car­mela i prze­su­nęła obraz tak, że w jego cen­trum zna­la­zła się ręka jed­nego z pasa­że­rów. Powięk­szała dotąd, aż ekran wypeł­niła tar­cza jego zegarka. – Zapi­sany przez tele­fon czas jest pra­wi­dłowy. W momen­cie wyko­na­nia foto­gra­fii była jede­na­sta pięć­dzie­siąt.

– Czyli… – Marek potarł dło­nią czoło i spoj­rzał na kobietę.

– Czyli Ben­ja­min Men­deze nas okła­mał – dokoń­czyła za niego poli­cjantka.

7

– Okła­ma­łeś nas. – Kapi­tan Boretti wes­tchnął ciężko, oka­zu­jąc swój zawód postawą więź­nia.

Odru­chowo roz­ma­so­wał kostki pra­wej dłoni, wciąż jesz­cze obo­lałe po wczo­raj­szym prze­słu­cha­niu. Cier­pli­wie pocze­kał, aż nie­po­kój na obli­czu Ben­ja­mina Men­deze zmieni się w lęk, a potem w paniczny strach. Kiedy to się stało, mógł kon­ty­nu­ować.

– Nie opu­ści­li­ście pociągu w Can­niz­zaro, a wła­ści­wie to wysie­dli­ście na chwilę, pozby­łeś się port­fela i zaraz wsko­czy­li­ście z powro­tem. Spraw­dzi­li­śmy moni­to­ring na sta­cji.

Czar­no­skóry męż­czy­zna spu­ścił głowę i mil­czał z wyra­zem rezy­gna­cji na twa­rzy. Jego sytu­acja była kiep­ska i dosko­nale zda­wał sobie z tego sprawę.

– Doje­cha­li­ście do Tao­r­miny w tym samym wago­nie, któ­rym jechały Polki – kon­ty­nu­ował ofi­cer. – Co się wyda­rzyło po wyj­ściu z pociągu?

Prze­słu­chi­wany męż­czy­zna wciąż sie­dział zgar­biony, ze wzro­kiem wbi­tym w blat maho­nio­wego biurka. Noga lekko mu drgała, a po karku na brudny koł­nie­rzyk spły­wały kro­ple potu. Miał przy­spie­szony oddech i czuł suchość w ustach.

– No, gadaj! – wrza­snął kapi­tan, gdy stra­cił cier­pli­wość.

Wię­zień jakby jesz­cze bar­dziej skur­czył się w sobie. Prze­stra­szony, pokrę­cił prze­cząco głową.

– Ja nic nie wiem.

Boretti wysu­nął dolną szczękę i zmru­żył oczy.

– Posłu­chaj, łachu­dro! – wyce­dził przez zaci­śnięte zęby. – Przy­pły­ną­łeś tu, choć nikt cię nie zapra­szał. Paso­ży­tu­jesz na tym pięk­nym kraju jak robak. Wycią­gasz pie­nią­dze od rządu, ale to dla cie­bie za mało, więc krad­niesz. Jesteś jak wrzód na zdro­wym orga­ni­zmie.

Kapi­tan spo­glą­dał z pogardą na czło­wieka sie­dzą­cego po prze­ciw­nej stro­nie biurka. Ten mil­czał. Nie ode­zwał się, bo i co miał powie­dzieć? Że Wło­chów też nikt do Ery­trei nie zapra­szał, a jed­nak zja­wili się tam przed laty i uczy­nili z jego ojczy­zny swoją kolo­nię? Albo że zanim został kie­szon­kow­cem, chciał być sprze­dawcą w skle­pie, pomoc­ni­kiem na budo­wie i robot­ni­kiem rol­nym? To ostat­nie zresztą udało mu się poło­wicz­nie, bo ow­szem, robotę dostał, ale zapłaty już nie. Dla­tego kiedy po powro­cie do Kata­nii zna­jomy zapro­po­no­wał mu intratne zaję­cie, jakim było sku­ba­nie tury­stów, zgo­dził się bez waha­nia. Nie miał żad­nych wyrzu­tów sumie­nia, bo choć uciekł do tego kraju bia­łych ludzi, to nie darzył ich sym­pa­tią. Wręcz prze­ciw­nie. Nie uwa­żał też, żeby czy­nił ich lep­szymi fakt, że uro­dzili się po szczę­śliw­szej stro­nie Morza Śród­ziem­nego.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki