Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
67 osób interesuje się tą książką
Najnowszy kryminał mistrza suspensu i zaskakujących zwrotów akcji.
Wakacje na Sycylii miały być dla Marka i Iwony ostatnią szansą na uratowanie małżeństwa. Marek od lat zdradza żonę i coraz bardziej pogrąża się w alkoholowym zamroczeniu. Wszystko zmienia się, gdy Iwona i ich córka Alicja znikają bez śladu.
Marek musi otrząsnąć się z nałogu i ruszyć ich tropem. Wspólnie z młodą policjantką Carmelą Librizzi odkrywa, że ktoś manipuluje śledztwem, a wokół zaginięcia kobiet narasta sieć kłamstw i tajemnic. Każdy krok może przybliżyć go do rodziny – albo sprowadzić na niego śmiertelne niebezpieczeństwo.
Czy Marek zdoła je odnaleźć, zanim będzie za późno? I komu może zaufać, gdy nawet ci, którzy powinni chronić, mają coś do ukrycia?
Mariusz Kanios jest jednym z najciekawszych polskich autorów kryminałów i thrillerów psychologicznych.Z wykształcenia ekonomista i archeolog, który przez wiele lat pracował jako dyrektor banku, po czym porzucił korporację na rzecz literatury.
Zadebiutował w 2021 roku powieścią kryminalnąUczynkiem i zaniedbaniempierwszą częścią trylogii z komisarz Zuzanną Nowacką. Kolejne części to:Karty zła(2021) iDobry człowiek(2022).
Następnie opublikował powieści w dwóch cyklach: z komisarz Alicją Romską -Szepty moich lęków(2022),Zatoka syren(2023) iFotoplastikon(2023) oraz z prokuratorem Michałem Stróżem -Pomroki(2024),Nieboskłon(2025) iNegatyw(2025).
Jego twórczość charakteryzują mocno zarysowane tło psychologiczne i poruszanie trudnych społecznych tematów.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 377
Copyright © 2026 by Mariusz Kanios Copyright © 2026 by Wydawnictwo Czarna Owca
All rights reserved
Wydawca: Marek Korczak Redakcja: Wojciech Adamski Korekta: Kamila Recław, Maciej Korbasiński Projekt okładki: Łukasz Piskorek Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.
Wydanie pierwsze Warszawa 9 września 2026 ISBN 978-83-8457-054-8
Kiedy Bóg ukończył dzieło stworzenia świata, ujął kulę ziemską w dłonie i ucałował ją.
W miejscu, którego dotknęły Jego usta, powstała Sycylia.
[miejscowa legenda]
Szczygieł wzdrygnął się, kiedy w jego kieszeni zawibrował telefon. Wyrwany z letargu, poprawił się w fotelu i sprawdził godzinę na desce rozdzielczej pędzącego samochodu. Było grubo po północy. Marek domyślił się, od kogo otrzymał wiadomość, ale powstrzymał chęć sięgnięcia po komórkę, bo to nie był najlepszy moment na romanse. Obok, na siedzeniu pasażera, drzemała jego żona. Wsunął palce prawej dłoni pod okulary i przetarł oczy. Kiedy ręka wróciła na swoje miejsce, ścisnął mocniej kierownicę i skupił się na drodze. Białe pasy przecinające jezdnię pośrodku przemykały monotonnie jeden za drugim, co potęgowało zmęczenie i wzmagało senność. Resztki wczorajszego kaca też robiły swoje. Mruganiem walczył z opadającymi co chwila powiekami. Niewiele to pomogło. Zmienił światła na długie i blask z reflektorów oblał ścianę lasu za łukiem drogi. Po prawej mignął mu znak ostrzegający przed serią ostrych zakrętów. Powinien zwolnić, bo szosa była mokra i usłana opadającymi z drzew liśćmi, ale był zbyt zmęczony, aby rozsądnie ocenić sytuację. Ziewnął bez zakrywania ust i znów pomasował powieki. Minął pierwszy skręt i gdy wychodził na prostą, odruchowo docisnął pedał gazu. Znów poczuł wibrację wyciszonego telefonu i lekko się usztywnił, po czym zerknął na siedzącą obok żonę. Głowa drzemiącej Iwony spoczywała bezwładnie na ramieniu i kiwała się lekko na boki. Przeniósł wzrok na lusterko wsteczne. Za jego plecami, odchylona na siedzeniu, z szeroko otwartymi ustami, drzemała jego szesnastoletnia córka. Usnęła ze słuchawkami na uszach. Marek z lekką irytacją sięgnął do kieszeni spodni. Był zły, bo przecież wyraźnie zakazał Monice pisać. Miała czekać, aż on doleci na miejsce i pierwszy się odezwie. Wyjął smartfon, po czym dyskretnie go odblokował. Spoglądając na przemian to na drogę, to na telefon, przesunął palcem po ekranie i blada poświata rozproszyła panujący we wnętrzu auta półmrok. Na wyświetlaczu pojawił się krótki filmik. W okrojonym kadrze smukła, kobieca dłoń powoli rozpinała kolejne guziki pielęgniarskiego kitla. Fartuch był obcisły, mocno dopasowany, może nawet ciut za mały. W końcu uwolnione piersi prawie wyskoczyły z dekoltu, ledwo powstrzymane przez opinający je koronkowy stanik. Marek uśmiechnął się. Irytacja gdzieś zniknęła, a zastąpiło ją podniecenie. Zerknął na szosę, po czym włączył odtwarzanie jeszcze raz. Skrzywił się na myśl, że mógł być teraz na nocnym dyżurze i zabawiać się biustem Moni, a nie tłuc się z rozhisteryzowaną żoną na drugi koniec Europy. Może i Katania jest ciekawym miastem, ale on wolałby zamiast wąskich uliczek zabytkowej starówki zwiedzać zaułki pachnącego młodością ciała kochanki.
– Marek! Uważaj! – krzyknęła przerażona Iwona i kurczowo zacisnęła dłoń na uchwycie w drzwiach.
Jej mąż w ostatniej chwili dostrzegł niebezpieczeństwo i odbił kierownicą w lewo. Mercedes zatańczył niebezpiecznie na mokrym asfalcie, ale po chwili system trakcji ustabilizował tor jazdy.
– Co to było?!
Szczygieł zwolnił. Momentalnie rozbudzony, spojrzał w boczne lusterko po stronie pasażera. Dostrzegł wystający z rowu samochód. Bagażnik był wysoko uniesiony, a tylne koła zwisały w powietrzu.
– Chyba wypadek… – Iwona odpięła pas i obróciła się, by zlustrować przez szybę drogę za plecami. – Zatrzymaj.
– Spóźnimy się na samolot – zaprotestował odruchowo.
– Stój, do cholery! – Iwona spojrzała mu w oczy. – Może tam ktoś potrzebuje pomocy! Jesteś przecież lekarzem!
– Kurwa mać… – Zazgrzytał zębami, zdjął stopę z gazu i wcisnął pedał hamulca.
– Leszek też zjechał. – Iwona dostrzegła parkujące na poboczu obok miejsca zdarzenia Volvo jadących za nimi przyjaciół. Kierowca zatrzymał się i włączył światła awaryjne.
Doktor Lech Piskór, kolega Marka Szczygła, podążał swoim autem kilkaset metrów z tyłu. Obaj pracowali na oddziale chirurgii naczyniowej sandomierskiego szpitala. Ich rodziny znały się od lat i teraz mieli razem spędzić urlop.
– Cofnij. – Iwona wciąż obserwowała jezdnię.
Marek wrzucił wsteczny bieg i wpatrując się w wyświetlany na monitorze obraz z tylnej kamery, dojechał na wysokość wbitego w rów pojazdu.
– Co się stało, mamo? – Ala zsunęła słuchawki na szyję i rozglądała się, lekko przestraszona.
– Wszystko w porządku, kochanie. – Kobieta uspokajała przebudzoną gwałtownymi manewrami córkę. – Jakiś samochód wjechał do rowu. Tata sprawdzi, czy nic się nikomu nie stało.
– Zaczekajcie w środku – rzucił Szczygieł, stawiając stopę na mokrym asfalcie. – Nie wychodźcie z auta.
Obszedł swój samochód, wyjął z bagażnika apteczkę i klnąc pod nosem, ruszył w stronę rozbitego pojazdu. Przy wraku był już Piskór i oświetlał rów latarką z telefonu. Dało to jednak mizerny efekt, bo niewiele było widać.
– Włącz światła w swoim samochodzie i skręć auto w tę stronę. – Marek rzucił tonem, jakim zwykle wydawał swojemu zastępcy polecenia na sali operacyjnej.
Kolega skinął głową i po chwili miejsce wypadku oświetlał jasny snop reflektorów Volvo. Dopiero teraz Szczygieł dostrzegł wbity w przednią część maski leżącego w rowie samochodu złamany pień brzozy. Korona drzewa leżała powalona przed wrakiem. Przednia szyba auta była rozbita w drobny mak. Lekarz podwinął nogawki spodni, bo pobocze było mocno zarośnięte mokrą trawą, i przytrzymując się karoserii, zszedł do głębokiego na metr rowu. Ostrożnie, bo fragmenty stłuczonej szyby wystawały z ramy okna, zajrzał do środka.
– Dzwoń po karetkę! – krzyknął do maszerującego w jego stronę Leszka.
Kierowca rozbitego auta był w podeszłym wieku. Połowę jego głowy pokrywała siwizna, druga połowa miała czerwony kolor. Mimo obrażenia powyżej skroni starszy pan był przytomny. Oddychał ciężko i patrzył na Marka szeroko otwartymi oczyma.
– Sarna… – Próbował powiedzieć coś więcej, ale słowa uwięzły mu w gardle.
– Spokojnie. – Szczygieł włączył latarkę w swoim telefonie i rozsunął dłonią zlepione krwią włosy.
Rana obficie krwawiła, ale nie wydawała się groźna. Wyjął z apteczki gazę oraz bandaż i sprawnymi ruchami owinął głowę kierowcy.
– Żona… – wymamrotał mężczyzna.
– Wezwaliśmy pogotowie, zabiorą pana do szpitala i zawiadomią żonę.
Doktor zabrał się do oświetlania ciała mężczyzny w poszukiwaniu dalszych obrażeń. Dostrzegł, że prawa noga w kolanie jest nienaturalnie wygięta. Staw musiał być strzaskany, a stopę przycisnęły elementy silnika, wepchniętego przez pień drzewa do wnętrza auta.
– Co z moją żoną? – wyszeptał kierowca.
Marek spojrzał na fotel pasażera, a potem oświetlił tylne siedzenia samochodu. Nikogo więcej w pojeździe nie dostrzegł. Facet był w szoku i bredził.
– Jechał pan sam. – Szczygieł próbował założyć opaskę uciskową na udzie rannego, bo zauważył, że zmiażdżona stopa też krwawi. – Nikogo więcej w samochodzie nie ma.
– Jechałem z żoną. – Kierowca z trudem pokręcił głową. – Ratuj ją…
– Na razie ratuję pana – odpowiedział i wsunął opaskę pod udo.
Nagle mężczyzna chwycił jego nadgarstek i ścisnął go z niespodziewaną siłą.
– Zostaw mnie i ratuj moją żonę! – wycedził, patrząc mu prosto w oczy.
Marka coś tknęło. Odsunął się od rannego, a ten od razu zwolnił uścisk. Szczygieł zrobił krok w stronę frontu auta. Chwilę się rozglądał, po czym przytrzymując się złamanej brzozy, wskoczył na pokrzywioną maskę. Wychylił się mocniej, bo wydobywająca się z rozbitej chłodnicy para wodna utrudniała ocenę sytuacji. Nagle światło w uszkodzonym aucie rozbłysło na chwilę i lekarz dostrzegł kątem oka dziwny kształt wystający z wysokiej trawy. Wpatrując się wciąż w to miejsce, usiadł na dachu przechylonego auta i zsunął się na jego drugą stronę. Zwinnie zeskoczył na mokrą ściółkę i ruszył w kierunku dostrzeżonego obiektu. Kiedy oświetlił teren latarką telefonu, zobaczył nienaturalnie wygiętą rękę. Wykręcona w stawie łokciowym sterczała w górę i miała rozczapierzone palce. Marek przykucnął i delikatnie obrócił ciało kobiety. Jej oczy były szeroko otwarte, a z ust sączyła się krew. Nie miał wątpliwości – pasażerka nie żyła. Z lekarskiego obowiązku przyłożył dwa palce do szyi, ale nie wyczuł pulsu. Podniósł się z klęczek i odruchowo otrzepał spodnie. Mimo że nie była to dla niego nadzwyczajna sytuacja, westchnął ciężko. Przedzierając się przez gałęzie połamanego drzewa, wrócił do kierowcy. Gdzieś w oddali słychać było sygnał nadjeżdżającej karetki.
Nachylił się i znów zajrzał przez rozbite okno do wnętrza.
– Co z nią? – W oczach kierowcy widać było strach.
– Spokojnie. – Lekarz spojrzał gdzieś w dal. – Pogotowie zaraz tu będzie.
– Człowieku, co z moją żoną?! – Stary ostatkiem sił chwycił go za kołnierz koszuli.
Szczygieł zawahał się na chwilę, w końcu wyszeptał:
– Nie żyje.
Palce mężczyzny rozluźniły się i ręka bezwładnie opadła na fotel.
Ogonek podróżnych przed stanowiskiem lotniskowej odprawy z każdą minutą stawał się coraz krótszy. Stojąca za kontuarem młoda stewardesa ze służbowym uśmiechem sprawdzała dokumenty podchodzących. Kolejne osoby po okazaniu biletów znikały w korytarzu za jej plecami. Stamtąd, specjalnym rękawem, docierały na pokład samolotu lecącego do Katanii.
Iwona rozglądała się nerwowo po hali odlotów, ściskając w jednej dłoni karty pokładowe, a w drugiej komórkę. Kątem oka dostrzegła, jak Leszek i Marta przepuścili parę młodych Włochów, by opóźnić swoją odprawę.
– Mamo, gdzie jest ojciec? – Alicja pchnęła walizkę i ta z łoskotem uderzyła o metalowe siedzisko krzesełka.
– Powiedział, że idzie do toalety. – Kobieta spojrzała na Alę i rozłożyła ręce w geście bezradności.
Ileż to już razy? Ileż razy musiała się córce za niego tłumaczyć? Jakby to była jej wina.
– Nie ma go już pół godziny – burknęła dziewczyna. – Zadzwoń do niego.
– Dzwoniłam. – Matka próbowała zachować przynajmniej pozory spokoju.
– To zadzwoń jeszcze raz! – warknęła Alicja i zrezygnowana opadła na siedzisko. Broda jej lekko zadrżała, ale powstrzymała łzy. – Chryste! Zawsze to samo! Zawsze musi dać dupy!
Jeszcze kilka lat temu córka otrzymałaby od matki reprymendę za takie słowa. Teraz jednak dziewczyna była prawie dorosła i Iwona nie mogła od niej wymagać szacunku do ojca, bo ta doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co się wokół niej dzieje.
A działo się coraz gorzej. Marek nawet już specjalnie się nie krył z piciem. Przyjął taktykę wyparcia. Twierdził, że rzekomy nałóg alkoholowy to nic innego jak wymysł jego przemądrzałej żony. Owszem, trochę popija, ale tylko po pracy, żeby się odstresować. W końcu codziennie bierze na swoje barki ogromną odpowiedzialność za zdrowie, a nawet życie pacjentów. Iwona nie ma pojęcia, jakie to jest ciśnienie. Może gdyby to wreszcie pojęła, dałaby mu święty spokój, zamiast ciągle wiercić dziurę w brzuchu. Żona powinna męża wspierać, a nie wymyślać problemy i ciągnąć go w dół. Taka była jego wersja i trzymał się jej z uporem godnym lepszej sprawy.
Iwona rozgoniła czarne myśli i po raz enty rozejrzała się po hali odlotów. Musiała coś zrobić, bo bezczynne czekanie doprowadzało ją do rozpaczy.
– Poszukam go – rzuciła, przekładając przez głowę pasek torby.
– Zostań. – Leszek złożył rączkę swojej walizki. – Ja pójdę. Nie wejdziesz przecież do męskiej toalety.
Popatrzyła na niego z wdzięcznością. Na jego żonę nie spojrzała, bo wiedziała, co Marta myśli. Przyjaciółka od dawna powtarzała jej, żeby odeszła od tego pijaka i dziwkarza. Łatwo jej było dawać takie rady, bo wyszła za porządnego faceta, no i nie mieli dzieci, a to też zmieniało perspektywę.
Leszek ruszył lotniskowym korytarzem w stronę toalet. Tablica informacyjna wisząca pod sufitem wskazała mu kierunek. Miał już skręcić w boczny zaułek, gdzie mieściły się łazienki, kiedy dostrzegł kumpla w pobliskim barze. Westchnął ciężko. Marek siedział na wysokim stołku i zabawiał rozmową kształtną brunetkę. Ta śmiała się perliście, wyraźnie zadowolona z jego atencji. Nic dziwnego. Szczygieł potrafił być czarujący, zwłaszcza po kilku głębszych. Na dodatek, mimo czterdziestki na karku, trzymał się naprawdę dobrze i wciąż podobał się kobietom, nawet tym znacznie młodszym od siebie. Smukła sylwetka i gęste włosy odejmowały mu lat. Opadające kosmyki blond grzywki zaczesywał wystudiowanym, pozornie niedbałym gestem, co pobudzało wyobraźnię przedstawicielek płci pięknej. Rogowe oprawki okularów o modnym kształcie były dopasowane do owalu jego twarzy i idealnie podkreślały błękit źrenic, skrywając jednocześnie zmarszczki w kącikach oczu.
– Może mi pani zaufać. – Ujął lampkę koniaku w dłoń i uśmiechnął się szelmowsko. – Jestem kardiologiem, czyli specjalistą od pękniętych serc.
Kobieta lekko się zarumieniła i sięgnęła po swój kieliszek. Sącząc alkohol, spojrzała mu głęboko w oczy spod sztucznych rzęs.
– Tu jesteś. – Leszek stanął obok i romantyczna aura prysła niczym mydlana bańka.
– Zbieraj się, nasz samolot za chwilę startuje.
Szczygieł spojrzał na zegarek, po czym skinął na barmana.
– Trzy kieliszki tego samego koniaczku.
– Marek, nie mamy czasu…
– Na rozchodniaczka zawsze jest czas. – Po tych słowach skinieniem głowy wskazał na Leszka. – Doktor Piskór. Świetny lekarz i beznadziejny kolega. Straszna zepsuj zabawa.
Brunetka, widząc, że miłe spotkanie dobiega właśnie końca, nie kryła rozczarowania i zerkała nieprzychylnie na intruza. Marek tymczasem, tracąc zainteresowanie jej osobą, jednym haustem wychylił podany przez obsługującego ich mężczyznę bursztynowy trunek i zsunął się z barowego stołka. Lekko się przy tym zachwiał, co nie uszło uwagi Leszka. Miał nadzieję, że zdążą wsiąść do samolotu, zanim ostatnia dawka alkoholu dotrze do mózgu jego towarzysza, zaburzając całkowicie zmysł równowagi. Ruszyli w stronę bramki odpraw.
Iwona z daleka dostrzegła charakterystyczny głupkowaty uśmiech na twarzy męża i jeżeli do tej pory miała jeszcze nadzieję, że zatrzymały go w toalecie kłopoty żołądkowe, to właśnie wyzbyła się złudzeń. Na nieszczęście w sytuacji zorientowała się też młoda stewardesa i służbowy uśmiech momentalnie zniknął z jej twarzy. Obserwowała teraz ze srogą miną, jak Marek szamoce się z plecakiem, próbując zarzucić go na ramię.
– Przykro mi, ale w tym stanie nie może pan wejść na pokład samolotu. – Jak na tak młodą osóbkę była dość kategoryczna.
– W jakim stanie? – Szczygieł udawał głupiego.
– Jest pan pod wpływem alkoholu – odparła spokojnym, ale stanowczym tonem. – Zgodnie z obowiązującymi w naszych liniach przepisami bezpieczeństwa, nie mogę pana przepuścić.
– Nie jestem pijany, jeśli to pani sugeruje – żachnął się Marek. – Owszem, wypiłem kieliszek koniaku, ale przecież nie będę prowadził tego samolotu, tylko leciał nim jako pasażer, więc co to ma za znaczenie?
– Niestety ma i nic na to nie poradzę. – Stewardesa stanęła mu na drodze, bo próbował ją ominąć. – Może pan polecieć kolejnym rejsem.
Chwilę trwali w niemej konfrontacji, w końcu Szczygieł odpuścił.
– Kurwa mać! – Zaklął pod nosem, odwrócił się na pięcie i odszedł.
Jego żona spojrzała na córkę przepraszająco. Alicja najpierw zaczerwieniła się ze wstydu, a potem po jej policzkach spłynęły dwie wielkie łzy. Wyglądało na to, że wymarzone wakacje skończyły się, zanim się zaczęły.
– Córciu…
Dziewczyna bez słowa ruszyła za ojcem, wlokąc za sobą walizkę, która nagle zrobiła się dwa razy cięższa.
– Ala! Zaczekaj! – Iwona nerwowo zbierała rozrzucone na metalowych krzesełkach bagaże.
Nagle poczuła szarpnięcie za ramię. Odwróciła się i zobaczyła tuż przed sobą stężałą z wściekłości twarz Marty. Żona Leszka miała zaciśnięte usta, a jej oczy zwęziły się, przybierając kształt szparek.
– A ty dokąd? – Nie czekała na odpowiedź. – To on jest pijany, nie wy! Ty i Alicja możecie wejść do samolotu!
– Nie zostawię go.
– Proszę cię… – Marta wykrzywiła usta w sarkastycznym uśmiechu, ale po chwili spoważniała. – Chuj z nim! Rozumiesz? Bierz Alę i lećcie z nami!
Iwona spuściła na moment oczy, jakby się zastanawiała, co robić. Czuła na sobie ciężkie spojrzenie przyjaciółki i słyszała jej przyspieszony ze zdenerwowania oddech. Po chwili podniosła wzrok i pokręciła przecząco głową.
– Nie mogę… – wyszeptała. – Ten wyjazd to nasza ostatnia szansa. Jeżeli teraz polecę bez Marka, to już nie będzie do czego wracać. Nie będzie naszego małżeństwa.
– No i bardzo dobrze! – Marta wciąż kipiała ze złości. – Niech spierdala z twojego życia! Na zawsze!
– Nie rozumiesz. – Iwona uśmiechnęła się smutno.
– Czego niby nie rozumiem?!
– Ja go wciąż kocham.
Po tych słowach zapadła cisza. Marta milczała, bo co miała powiedzieć? Wypuściła powietrze z płuc i pchnęła męża w stronę bramki.
– Proszę pani! – Głos młodej stewardesy, która przysłuchiwała się rozmowie kobiet, zaskoczył je obie. – Proszę zawołać męża – zwróciła się do Iwony, najwyraźniej zmieniwszy zdanie. – Możecie wejść na pokład wszyscy. Cała trójka.
Marek otworzył oczy, ale zaraz je zamknął, bo ostre światło wbiło się w mózg niczym sztylet. Po kilku sekundach podjął drugą próbę, ale był już ostrożniejszy. Zlustrował pokój spod zmrużonych powiek, omijając wzrokiem okno. Mimo że nie było duże, blask zalewał całe pomieszczenie. Na tej szerokości geograficznej promienie słońca operowały wyjątkowo intensywnie. Pierwszą informacją, jaką przyswoił jego mózg, była ta, że w sypialni znajdował się sam. To dobrze, bo kac był wystarczająco przykry, nawet bez zrzędzenia Iwony. Uniósł się na łokciach i jeszcze raz popatrzył wkoło. Część łóżka, na której spała jego żona, była równo pościelona i przykryta narzutą. Kolejna dobra wiadomość: wyszła i prędko tu nie wróci. Opadł na poduszkę i potarł dłonią czoło. Głowa mu pękała. W ustach czuł suchość, a w oddechu nieprzyjemną woń trawionego alkoholu. Obudził się w ubraniu, więc raczej zębów wczoraj nie umył. W końcu zebrał się w sobie i usiadł na brzegu łóżka, po czym ukrył twarz w dłoniach. Nie ma rady, trzeba wstać i żyć. Jak to było w tym filmie? Życie to śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową…
– A kac jest jednym z jej objawów – mruknął pod nosem.
Miał swoją procedurę na taką okoliczność, ale najpierw musiał dotrzeć do łazienki. Wyjrzał z sypialni i rozejrzał się po sporym salonie, wyposażonym w stare, ciężkie meble. Tu też nikogo nie było. Wszędzie panował porządek, jedynie na kanapie zalegała sterta złożonej pościeli. Tam pewnie spała tej nocy Alicja. Toaleta znajdowała się po prawej stronie, tuż obok małej kuchni. Szedł boso, cicho stawiając stopy na zimnych, marmurowych płytkach, którymi wyłożone były podłogi w całym mieszkaniu. Zatrzymał się przed drzwiami łazienki i przez dłuższą chwilę nasłuchiwał, próbując wyłowić z ciszy szum wody lub inne dźwięki świadczące o czyjejś obecności za ścianą. Nic. Do jego uszu nie dobiegł nawet najmniejszy szmer. Ostrożnie nacisnął klamkę. Wypuścił powietrze z płuc i wszedł energicznym krokiem do małego pomieszczenia. Oddając mocz, rozglądał się po wnętrzu. Obok rozłożonych równo na półeczce damskich perfum stała jego kosmetyczka. Iwona musiała wypakować ją wczoraj z walizki. Odsunął zamek, wyjął szczoteczkę, a następnie wycisnął na nią sporą porcję pasty. Szorował zęby dotąd, aż pozbył się posmaku wódki. Przypomniał sobie, że wypili wczoraj we dwóch litrowego Pana Tadeusza zakupionego w strefie bezcłowej. Nic więc dziwnego, że urwał mu się film. Westchnął, rozpiął pasek i zsunął spodnie na podłogę. Obok wylądowała koszulka i bielizna. Potem sięgnął po szampon i uchylił plastikową zasłonkę prysznica. Odkręcił kurek i z deszczownicy popłynęła woda. Stał przez kilka minut z odchyloną głową, a gorący strumień spływał po twarzy, przynosząc ulgę. Otworzył usta i jeszcze raz przepłukał zęby, bo znów pojawił się nieprzyjemny smak alkoholu. Wyszedł z kabiny i wytarł tylko włosy, na torsie perliły się krople wody. Przepasał się ręcznikiem kąpielowym i wrócił do nagrzanej słońcem sypialni. Włączył klimatyzację – powietrze owiało mokrą skórę, przyjemnie orzeźwiając ciało. Kac był w odwrocie. Teraz tylko trzeba było potraktować go lekkim śniadaniem, a potem dobić małym piwkiem.
Jedząc jajecznicę, przypomniał sobie o swoim przyjacielu i zarazem wczorajszym kompanie od kieliszka. Leszek i jego żona mieszkali w sąsiednim, nieco mniejszym apartamencie. Szybko przeanalizował sytuację. Skoro Iwona i Ala gdzieś wyszły, to najpewniej zabrały Martę ze sobą. Pytanie, czy Leszek poszedł z nimi? Mało prawdopodobne. Pewnie jego żona strzeliła focha, co było jej firmową zagrywką, i postanowiła „ukarać” męża, pozbawiając go chwilowo swojego towarzystwa. Marek uśmiechnął się pod nosem i zdecydował wesprzeć towarzysza w niedoli. Sięgnął po komórkę i wybrał numer kumpla, ale ten nie odebrał. To tylko utwierdziło Marka w przekonaniu, że Leszek jest w apartamencie. Pewnie walczy z kacem i nawet nie ma siły wyciągnąć ręki po telefon.
Szczygieł odnalazł półkę w szafie, na której żona ułożyła jego ubrania. Świeże ciuchy były kolejnym elementem walki ze skutkami wczorajszej libacji. Zgarnął jeszcze ze stolika okulary przeciwsłoneczne i już był gotowy do wyjścia. Popijając wodę z plastikowej butelki, wsunął stopy w luźno zawiązane adidasy, zdjął z wieszaka czapeczkę z daszkiem i wyszedł z mieszkania.
Drzwi znajdujące się naprzeciwko prowadziły do apartamentu zajmowanego przez małżeństwo Piskórów. Zapukał, ale jedyną odpowiedzią była cisza. Odczekał jeszcze moment, po czym nacisnął klamkę. Zamek nie puścił, załomotał więc pięścią. Nikt mu nie otworzył, więc może jednak Leszek wyszedł z dziewczynami? Trudno, jego strata. On miał zamiar szybko spacyfikować kaca i wyruszyć na podbój miasta. Skoro Iwona go zostawiła, to nawet nie będzie mogła mieć pretensji, że zabalował. Bo niby co miał robić? Siedzieć w pokoju sam jak palec i grzecznie czekać, aż żona wróci? Nigdy!
Marek był już na schodach, kiedy usłyszał za sobą zgrzyt zamka i skrzypienie zawiasów starych drzwi. Cofnął się kilka kroków i dostrzegł wychyloną zza framugi głowę Leszka. Kumpel był blady jak ściana, a na czubku jego głowy sterczał kołtun zmierzwionych włosów. Oczy przyjaciela przepełniały ból i egzystencjalne cierpienie, których nie oddałby nawet Goya, choć był przecież mistrzem w ukazywaniu ludzkiej męki.
– Wyglądasz jak gówno – rzucił Marek zamiast „dzień dobry”.
– I tak się czuję – odparł Piskór, oblizując spierzchnięte wargi.
– Dzwoniłem do ciebie. Czemu nie odbierasz?
– Wyciszyłem telefon. Łeb mi pęka.
– „Lekarzu, lecz się sam”. – Szczygieł mrugnął szelmowsko. – Zbieraj się. Wiem, co nam pomoże.
– Daj mi spokój. – Piskór łatwo odgadł, jaką to kurację przyjaciel dla nich zaplanował, i wzdrygnął się na samą myśl o niej. – Do końca wyjazdu nie wezmę do ust ani grama alkoholu.
– Kto mówi o alkoholu? – Kumpel udał oburzenie. – Zapraszam cię na małe piwko w jednej z tych uroczych knajpek.
– Nie, idź sam. – Leszek machnął ręką i chcąc uniknąć dalszego molestowania, zniknął za drzwiami apartamentu.
Marek dał za wygraną. Doszedł szybko do wniosku, że w sumie z przyjemnością spędzi ten dzień sam. Kiedy był małym chłopcem, ojciec często powtarzał mu, że inteligentny człowiek nigdy się w swoim towarzystwie nie nudzi. Potem stary jeszcze dodawał, żeby Marek nie zawracał mu dupy, ale to już się w pamięci syna zatarło.
Zbiegł po wąskich schodach z trzeciego piętra i pchnął ciężkie skrzydło drzwi prowadzących na ulicę. Zbliżało się południe i słońce buchnęło mu żarem w twarz. Mimo że był już koniec października, przez Sycylię przechodziła właśnie fala upałów. Anomalie klimatyczne stały się w ostatnich latach coraz częstszym zjawiskiem. Marek założył przeciwsłoneczne okulary, bo światłowstręt boleśnie przypomniał o męczącym go kacu. Na chodniku przed domem spotkał Finę. Staruszka była właścicielką kamienicy, w której wynajęli pokoje. Podlewała właśnie doniczkowe kwiaty, ustawione na schodkach prowadzących na niski balkon. Pogodnie usposobiona kobieta cały czas się uśmiechała, mimo że od pięćdziesięciu lat była wdową, a mąż zmarł zaledwie rok po ich ślubie. Tak przynajmniej zrozumiał jej słowa Marek, ale mógł się mylić, bo choć jego angielski był nienaganny, to już umiejętności lingwistyczne gospodyni pozostawiały wiele do życzenia. Jej opowieści przypominały bardziej pantomimę niż wypowiedź.
Szczygieł po krótkiej wymianie uprzejmości, która na Sycylii była wręcz obowiązkowym rytuałem, ruszył przed siebie zacienioną stroną ulicy. Nie uszedł stu metrów, kiedy natknął się na małą knajpkę. W zasadzie był to sklepik z charakterystyczną literą „T” na szyldzie. Marek ułożył przeciwsłoneczne okulary na daszku czapki, rozsunął dłońmi zasłonę z paciorków i wszedł do niewielkiego wnętrza. Rozejrzał się i stwierdził, że instynkt go nie mylił, bo oprócz wyrobów tytoniowych można tu było kupić kawę i piwo.
– Buongiorno! – rzucił w stronę stojących przy ladzie dwóch młodych Włochów.
Właśnie skończyli śniadanie w postaci małych rogalików i jeden dopijał espresso, a drugi wyskrobywał nasiąknięty kawą cukier z dna małej filiżanki. Głos Marka wywabił z zaplecza sprzedawczynię. Młoda kobieta odpowiedziała na przywitanie i posłała mu promienny uśmiech. Oczekując na zamówienie, przyglądała mu się dłuższą chwilę z wyraźnym zainteresowaniem. Jego postawna sylwetka, blond włosy i niebieskie oczy zrobiły na niej spore wrażenie.
Gość tymczasem wskazał na jedno z lokalnych piw stojących w oświetlonej, szklanej lodówce. Tak zaopatrzony wyszedł ze sklepu i usiadł przy okrągłym plastikowym stoliku. W cieniu wzdłuż elewacji sklepu stało więcej krzesełek, które teraz okupowali starsi mężczyźni. Gapili się na Polaka w milczeniu, z ponurymi minami, niczym jakieś wielkie ptaszyska. Marek uśmiechnął się do nich, ale żaden nie zareagował. Nie przejął się tym zbytnio. Z zadowoleniem spojrzał na złoty płyn i krople rosy, spływające po ściance szklanki. Piwo było dobrze schłodzone, a temperatura otoczenia przekraczała trzydzieści stopni. Upił spory łyk i westchnął z rozkoszą. Oblizał wargi z piany i rozejrzał się z ciekawością, jak na turystę przystało. Po chwili znów poczuł pragnienie. Sięgał właśnie po szklaneczkę, kiedy zadzwoniła komórka. Telefonowała jego żona.
– Ta to ma wyczucie – burknął, po czym odrzucił połączenie, wyciszył telefon i upił łyk piwa, już bez przyjemności.
Ledwie odłożył smartfon na blat, ten znów zawibrował.
– No ja pierdolę! – Zirytowany zmarszczył czoło, ale szybko się rozchmurzył, kiedy dostrzegł, od kogo jest to połączenie.
Na ekranie wyświetliło się zdjęcie ładnej brunetki, podpisane: siostra Monika. Kliknął odpowiednią ikonkę i uruchomił transmisję wideo. Jakość była słaba, więc nie od razu zorientował się, co widzi. Po chwili jednak szeroki uśmiech zagościł na jego twarzy. Monia leżała w wannie, zatopiona po szyję w wodzie pokrytej grubą warstwą piany. Uśmiechała się zmysłowo. Mokre włosy lepiły się do czoła i policzków.
– Cześć, doktorku. – Uniosła się, wyłaniając się nieco z piany, a po jej krągłych piersiach spłynęła woda.
– Wyglądasz jak Afrodyta. – Czuł narastające podniecenie.
– Kto? – Zmarszczyła czoło, bo nie spodobało jej się, że porównuje ją do jakiejś kobiety.
– Bogini, która narodziła się z piany – wyjaśnił. – Wygoogluj sobie.
Uśmiechnęła się zadowolona z komplementu, po czym chwyciła piersi w dłonie i ścisnęła mocno.
– Tęsknisz? – zapytała zmysłowym głosem.
– Bardzo – odparł i była to szczera prawda, bo w tej chwili rzeczywiście mu jej brakowało.
– Ja też – zamruczała.
Włożyła palec do ust, patrząc w obiektyw kamery telefonu. Potem powoli rozsunęła kolana, a jej dłoń powędrowała pod wodę. Zmrużyła oczy, nabrzmiałe piersi uniosły się gwałtownie, a z jej lekko rozchylonych ust wydobył się jęk rozkoszy.
Marek, wyrwany ze snu, chwycił szarpiącą go dłoń. Szamotali się przez chwilę, bo w pokoju, za sprawą przymkniętych okiennic, panował półmrok. Wreszcie Szczygieł zorientował się, że ściska nadgarstek Leszka.
– Co jest? – wysapał.
– Wstawaj! – Piskór wyswobodził rękę. – Dziewczyn nie ma!
– Co?
– Jest już po szóstej, a one nie wróciły.
Marek usiadł na łóżku zbyt szybko i zrobiło mu się niedobrze. Na dodatek stopą wywrócił stojące obok butelki i jedna z nich, z nieprzyjemnym łoskotem, potoczyła się pod szafę. Właśnie dotarło do niego, że ma już drugiego kaca tego dnia. Powoli, cofając się w czasie, odtworzył wypadki minionego popołudnia. Zdrzemnął się, bo wypił kilka piw. Dokładnie siedem, bo w kafejce, kiedy sprzedawczyni poinformowała go, że zamyka lokal na kilka godzin, zakupił jeszcze sześciopak Peroni. Ta ich sjesta to był wyjątkowo irytujący zwyczaj. Chcąc nie chcąc, wrócił do domu. W lodówce znalazł zawiniętą w srebrną folię wczorajszą kanapkę, którą Iwona kupiła jeszcze na lotnisku w Krakowie, popił browarem i zasnął jak dziecko. To było koło czternastej, a dziewczyn nie było od rana. Przypomniał sobie, że przecież żona do niego dzwoniła, ale on nie odebrał ani nie oddzwonił. Sięgnął po leżący na nocnym stoliku telefon, żeby sprawdzić, o której to było. W historii miał sześć nieodebranych połączeń od Iwony i dwa od Ali. Wszystkie między jedenastą czterdzieści a dwunastą. Wybrał numer żony i podniósł aparat do ucha.
– Nie odbierają – skomentował Leszek. – Cały dzień próbuję się z Martą skontaktować, a od godziny dzwonię do nich non stop. I nic.
Szczygieł nie odzywał się. Słuchał kolegi, jednocześnie czekając na sygnał. Nie doczekał się jednak. Usłyszał za to komunikat w języku włoskim, w którym miły kobiecy głos informował, jak się słusznie domyślił, że numer jest niedostępny. Telefon Iwony jest wyłączony lub znajduje się poza zasięgiem. Podobny efekt był po wybraniu numeru córki.
– Z telefonem Marty jest tak samo – skomentował Piskór. – Musiały im się aparaty rozładować.
– Wszystkim trzem? – skrzywił się sceptycznie Marek, zadając to retoryczne pytanie.
– To może są poza zasięgiem?
– Może.
Szczygieł opuścił dłoń, w której trzymał smartfon, wbił wzrok w ścianę i myślał.
– Co robimy? – Leszek nie wytrzymał przeciągającego się milczenia.
– Marta ci mówiła, dokąd one się właściwie wybierają? – Marek próbował znaleźć jakiś punkt zaczepienia.
– Nie – stwierdził zrezygnowany Piskór. – Obraziła się na mnie za nasze wczorajsze picie i od rana nie odezwała się słowem.
– Baby… – Szczygieł pokręcił głową z dezaprobatą. – Nabzdyczą się o byle gówno, a potem jest problem i ty się, człowieku, martw.
Po ustaleniu, kto jest winny całej sytuacji, klepnął się w uda i podszedł do lodówki w poszukiwaniu czegoś do picia.
– Może pójdziemy ich poszukać? – Leszek chciał działać, męczyło go siedzenie z założonymi rękami.
– Gdzie? Katania to duże miasto, ma ponad trzysta tysięcy mieszkańców!
– To przynajmniej w okolicy. – W głosie Piskóra słychać było lekką desperację. – Sprawdzimy restauracje w pobliżu. Może poszły gdzieś coś zjeść?
Pomysł wydał się Szczygłowi bezsensowny.
– Jakby pozostały w pobliżu, to ich telefony byłyby w zasięgu sieci.
– A jeżeli restauracja jest w piwnicy, gdzie są grube mury i sygnał nie dochodzi?
Ta hipoteza też Marka nie przekonała. Po pierwsze, we Włoszech nie ma restauracji w piwnicach, a przynajmniej nigdy się z taką nie spotkał, choć byli w tym kraju na wakacjach już kilka razy. Po drugie, ich żony nie siedziałyby tam przecież cały dzień, a Leszek wyraźnie mówił, że próbuje się skontaktować z Martą od południa. Już miał przedstawić te wszystkie wątpliwości kumplowi i obnażyć brak logiki w jego rozumowaniu, kiedy przyszła mu do głowy pewna myśl. Podczas sprawdzania lokali będzie mógł przy okazji wypić drinka. Przez chwilę poczuł się niekomfortowo, bo to było dość egoistyczne zachowanie, szybko jednak stłumił wyrzuty sumienia, tłumacząc sobie, że w jego stanie mała dawka alkoholu poprawia samopoczucie, a co za tym idzie jasność myślenia. W obecnym stadium zamulenia umysłu niewiele zdziała.
– Dobra – rzucił. – Ale zanim wyjdziemy, napiszmy im kartki, żeby zadzwoniły do nas, jeżeli wrócą. Idź do siebie i zostaw kartkę w widocznym miejscu. Spotykamy się na dole za pięć minut.
Leszkowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Słabo odnajdywał się w kryzysowych sytuacjach i odpowiadało mu, że przyjaciel przejął dowodzenie. Kiedy zniknął za drzwiami, Marek rozejrzał się po pokoju w poszukiwaniu przyborów do pisania. Znalazł wreszcie długopis i napisał na serwetce krótki komunikat: „Poszliśmy z Leszkiem was szukać. Zadzwońcie, jak wrócicie przed nami”. Zadowolony z siebie zamknął drzwi i zbiegł po schodach. Leszek już czekał przed kamienicą.
– Ty idź w lewo, a ja pójdę w drugą stronę.
– Rozdzielamy się?
– W ten sposób sprawdzimy więcej miejsc. – Marek miał w takim rozwiązaniu jeszcze inny interes, ale o tym nie zamierzał koledze mówić. – Telefon masz naładowany? – zapytał, zmieniając temat.
– Tak.
– No to dzwoń, jakby co.
Rozeszli się każdy w swoją stronę. Szczygieł próbował zachować pozory poszukiwań, zanim więc kupił w najbliższym barze pięćdziesiątkę brandy, sam siebie oszukując, pokazał barmanowi zdjęcie żony w telefonie. Jak się można łatwo domyślić, Iwony i Alicji tu nie było. Po przyjęciu pierwszej dawki alkoholu z większą determinacją ruszył na obchód następnych knajpek w okolicy. Odwiedziwszy trzy kolejne, najwyraźniej uwierzył w powodzenie misji, która na początku wydawała mu się bez sensu, bo z dociekliwością godną detektywa wypytywał bywalców drink barów o żonę i córkę. Dobrze rozwijające się dochodzenie przerwał telefon od Leszka.
– Znalazłeś je?
– Nie – odburknął. – Gdybym znalazł, to bym do ciebie zadzwonił. Tak się przecież umawialiśmy.
– Ja też ich nie znalazłem. – Leszek zignorował jego uwagi. – Wracajmy do domu.
– Po co? – Piskór zaczynał go denerwować. – Przecież ich tam nie ma. Zostawiłeś kartkę z informacją, żeby się odezwały, tak?
– Trzeba kogoś zawiadomić.
Szczygieł spojrzał na zegarek.
– Jest dopiero po siódmej. Poczekajmy jeszcze godzinę albo dwie.
– Cholera, Marek! – Piskór krzyknął do telefonu. – Ja się o nie martwię! Boję się, że im się stała krzywda. Chodzi też o twoją żonę i córkę! Nie rusza cię to?!
W jego głosie nie było agresji, raczej przerażenie. Prawdziwy strach, który udzielił się teraz przyjacielowi. Nagle, w jednej sekundzie, zdał sobie sprawę z powagi sytuacji. W obcym kraju zniknęły jego żona i córka. Nie było z nimi kontaktu od rana. Telefony kobiet nie działały, co było anormalną sytuacją. Marek przypomniał sobie teraz o statystykach, o których czytał przed wyjazdem, ale których nie potraktował poważnie. Katania znajdowała się w czołówce najniebezpieczniejszych miast w Europie. Co prawda problem mafii traktował z przymrużeniem oka, ale już informacje o tysiącach nielegalnych imigrantów przypływających do portu z Afryki były mocno niepokojące. Jakiś czas temu przeczytał w internecie historię trzynastolatki i jej chłopaka. Grupa siedmiu młodocianych sprawców w wieku od piętnastu do dziewiętnastu lat zastąpiła drogę spacerującej parze w centrum miasta. Dwóch napastników wepchnęło dziewczynę do publicznej toalety i gwałciło na zmianę, nagrywając horror telefonem. Pozostali w tym czasie bili i grozili śmiercią jej chłopakowi, czekając na swoją kolej. W końcu ofiarom udało się uciec, a policja szybko ujęła sprawców. Okazali się nimi nastoletni obywatele Egiptu, mieszkający w blokach na osiedlu socjalnym. W miarę jak przypominał sobie szczegóły tej strasznej historii, czarne myśli, które kłębiły mu się w głowie, robiły się coraz gęstsze. Na myśl o tym, że to samo mogło spotkać jego żonę i córkę, po plecach spłynął mu zimny pot.
– Czekaj na mnie w mieszkaniu – zwrócił się do Leszka, a w jego głosie słychać było determinację. – Przygotuj swój dowód osobisty albo paszport. Idziemy na policję.
Marek siedział zgarbiony na drewnianym krześle, z łokciami wspartymi na kolanach i gapił się w podłogę. Przed nim paradowały w tę i z powrotem nogawki z czerwonymi lampasami i czarne lakierki. Nie miał już nawet siły, aby podnieść wzrok i spojrzeć na twarze żandarmów. Leszek zajął miejsce kilka metrów dalej – wybrał je dlatego, że znalazł tam gniazdko, do którego mógł podłączyć ładowarkę telefonu. Co chwilę zerkał na ekran, by sprawdzić, czy Marta nie oddzwoniła. Kobiety jednak wciąż nie dawały znaku życia.
Szczygieł i jego przyjaciel dotarli na posterunek przed godziną i nie udało się im jeszcze z nikim porozmawiać. Funkcjonariusz urzędujący przy wejściu kazał im usiąść i czekać. Markowi starczyło cierpliwości na kilka minut, potem zaczął się awanturować. Jego pretensje na niewiele się zdały, bo żandarm nie mówił po angielsku, a on nie rozumiał ani słowa po włosku. Efekt był taki, że obaj zaczęli na siebie jednocześnie wrzeszczeć i gdyby nie interwencja Piskóra, mogłoby się to skończyć aresztowaniem Polaka. Ten ostatni opanował wreszcie emocje, a gdy sobie uświadomił, że bariera językowa stanowi problem nie do przełamania, postanowił sprawdzić stronę internetową komisariatu. Liczył, że znajdzie tam odpowiedni formularz w języku angielskim i z jego pomocą zgłosi zaginięcie żony i córki. Niestety, na oficjalnej stronie włoskiej policji znalazł druk zgłoszenia utraty dokumentów, zagubienia telefonu, a nawet wniosek o adopcję policyjnego konia przechodzącego na emeryturę, ale formularza pozwalającego na zgłoszenie zaginięcia osoby nie było. Nie pozostawało więc nic innego, jak uzbroić się w cierpliwość i czekać.
Nagle przed jego oczyma przedefilowały sprężystym krokiem damskie pantofle. Powiódł wzrokiem w górę. Spodnie z czerwonymi lampasami były dobrze skrojone, podobnie jak marynarka munduru, przepasana w wąskiej talii. Kobieta miała czarne jak heban włosy. Upięła je w kok i ukryła pod zgrabnym kapelusikiem, przypominającym jeździecki toczek, będący częścią jej umundurowania. Miała kształtną czaszkę, osadzoną na smukłej szyi. Marek, po sześciu latach studiowania medycyny, zwracał uwagę na takie anatomiczne szczegóły. Stała teraz odwrócona tyłem do niego i rozmawiała z gburowatym funkcjonariuszem. Ten wychylił się zza jej zgrabnej postaci i wskazał ruchem głowy na Szczygła.
– Polacco – powiedział półgłosem, krzywiąc się przy tym, jakby zjadł zepsutego małża.
Kobieta odwróciła się i podążyła za jego wzrokiem. Była młoda, rysy twarzy miała dziewczęce. Duże, brązowe oczy spoglądały spod małego ronda kapelusika, taksując postać Marka. Nos i usta kobiety miały idealne proporcje. Oliwkowa cera kontrastowała z kołnierzykiem śnieżnobiałej koszuli. Krawat i szeroka koalicyjka, biegnąca spod ozdobnych epoletów do pasa, dodawały jej szyku. Mundur, który na stojącym obok żandarmie wisiał jak worek, na niej leżał idealnie, podkreślając zgrabną figurę.
– Jestem kapral Carmela Librizzi – przedstawiła się po angielsku, z charakterystycznym dla Włochów zaśpiewem. – W czym możemy panu pomóc?
– No nareszcie! – Na dźwięk dobrze znanego języka Szczygieł aż zerwał się z krzesła.
Kilka lat praktykował w norweskich klinikach, dzięki czemu po angielsku porozumiewał się prawie tak swobodnie jak w języku polskim.
– Chciałem zgłosić zaginięcie żony i córki – przeszedł od razu do rzeczy. – Wyszły rano z wynajmowanej przez nas kwatery i do tej pory nie wróciły. Żona mojego przyjaciela też.
Podeszli we trójkę do kontuaru, gdzie urzędował niesympatyczny sierżant. Młoda policjantka w kilku zdaniach wyjaśniła mu w czym problem. Ten wyjął jakiś formularz i zabrał się za wypełnianie. Wpisał datę i godzinę, po czym zaczął zadawać pytania, które od razu tłumaczyła na angielski pani kapral.
– Narodowość?
– Polska.
– Gdzie się zatrzymaliście? W Katanii?
– Tak. W apartamencie przy via Ragusa.
– Jak się pan nazywa?
– Marek Szczygieł.
Dłoń, w której żandarm trzymał długopis, zastygła w bezruchu kilka centymetrów nad kartką. Podniósł oczy i przyjrzał się Markowi. Ten w pierwszej chwili myślał, że to zapis polsko brzmiącego nazwiska sprawia Włochowi trudność, wyjął więc dowód osobisty i wręczył funkcjonariuszowi, aby ułatwić mu życie. Ten sięgnął po dokument, chwilę się mu przyglądał, po czym ujął słuchawkę stacjonarnego telefonu i wcisnął jakiś guzik. Po chwili popłynął z jego ust potok słów, z których Szczygieł oczywiście nic nie rozumiał, ale poważny ton głosu dyżurnego lekko go zaniepokoił.
– Co się dzieje? – zapytał młodą policjantkę.
Ta uciszyła go gestem dłoni, starając się nie uronić żadnego słowa z wypowiedzi sierżanta. Dyżurny skończył, wysłuchał, co ma do powiedzenia rozmówca, i odłożył słuchawkę na widełki. Jego twarz się zmieniła. Z surowego przybrała łagodny, może nawet smutny wyraz. Cichym głosem przekazał polecenie przełożonego młodej pani kapral. Kobieta skinęła głową i zwróciła się do Marka.
– Proszę za mną.
– Coś się stało? – Ta nagła zmiana w zachowaniu sierżanta zaniepokoiła Szczygła.
– Dowie się pan wszystkiego w biurze kapitana – odparła wymijająco policjantka i wskazała im drogę.
Kapitan Boretti urzędował w dużym pokoju na końcu korytarza. Ten brzuchaty mężczyzna w tym roku przekroczył pięćdziesiątkę. Na głowie zostało mu niewiele włosów, za to spod kołnierzyka i z mankietów wystawały czarne kłaki. Był nikczemnego wzrostu, jak większość Sycylijczyków, dlatego wysoko zadzierał głowę, bo dawało mu to złudne wrażenie, że spogląda na innych z góry. Kiedy kapral Carmela Librizzi wraz z Polakami weszła do jego gabinetu, bez słowa wskazał im krzesła. Nie przejął się specjalnie faktem, że siedziska były dwa, a gości trójka. Po krótkim zamieszaniu mężczyźni posłuchali towarzyszącej im policjantki i łamiąc zasady dobrego wychowania, usiedli. Carmela stanęła za ich plecami i przyjęła służbową postawę.
– Który z panów nazywa się Szczygieł? – zapytał tubalnym głosem kapitan, prawie łamiąc sobie język na polskim nazwisku.
– Ja – odparł Marek, kiedy kobieta przetłumaczyła słowa przełożonego.
Boretti spojrzał na niego smutno, po czym sięgnął do szuflady, wyjął z niej foliową torebkę na dowody i przesunął po blacie mahoniowego biurka w jego stronę. Szczygieł przyglądał się zawartości ze zmarszczonym czołem.
– To dowód osobisty mojej córki – wyszeptał wreszcie.
– Zatrzymaliśmy dzisiaj imigranta z Erytrei. – Oficer spojrzał do swoich notatek. – Benjamin Mendeze, lat trzydzieści sześć. Od dwóch lat przebywa na terenie Italii. Znaleźliśmy przy nim kartę bankomatową i dowód osobisty pańskiej córki.
– Skąd je miał? – Głos Marka drżał.
– Twierdzi, że znalazł – odparł kapitan. – Jeszcze kwadrans temu byłem skłonny mu uwierzyć, ale teraz, gdy wiem, że pana córka zaginęła, jestem bardziej sceptyczny. Nie wierzę w takie zbiegi okoliczności. Zanim jednak go ponownie przesłucham, chciałem zadać panu kilka pytań. – Tu zamilkł, dając czas Carmeli na przetłumaczenie.
– Oczywiście – odrzekł Szczygieł. – Proszę pytać.
– Kiedy ostatni raz widział pan żonę i córkę?
– Rano, to znaczy wczoraj wieczorem. – Zabrzmiało to dziwnie, więc szybko wyjaśnił: – Kiedy się obudziłem, to już ich nie było, ale wyszły z naszego apartamentu rano.
– Mówiły, jakie mają plany na dziś?
Zawahał się, ale szybko doszedł do wniosku, że nie ma co mataczyć, bo sprawa jest zbyt poważna.
– Wypiliśmy z kolegą sporo poprzedniego wieczoru i nie rozmawiałem z żoną. Prawdę mówiąc, trochę się posprzeczaliśmy.
– Rozumiem.
– Dziś obudziłem się późno, około jedenastej i ani żony, ani córki w wynajętym przez nas apartamencie już nie było.
– A pańska małżonka? Mówiła coś? – zwrócił się do Piskóra za pośrednictwem pani kapral.
Leszek słabo znał angielski, więc spojrzał pytająco na kolegę. Szczygieł wyjaśnił mu w skrócie sytuację i powtórzył pytanie zadane przez policjanta. Okazało się, że Piskór też nic nie wniósł do sprawy, ponieważ jego wiedza była niestety skromniejsza niż Marka. Wczoraj upił się jeszcze wcześniej niż kumpel. Po tych wyjaśnieniach Boretti nie czekał dłużej. Wykonał telefon i po kilku minutach rosły żandarm wprowadził do pokoju czarnoskórego więźnia. Na nadgarstkach miał kajdanki, a w oczach przerażenie. Stał obok biurka i cały się trząsł. Po twarzy spływały mu krople potu, kapiąc z brody na poprzecieraną koszulkę z emblematem jakiegoś piłkarskiego klubu.
– Skąd miałeś te rzeczy? – zapytał groźnie kapitan, wskazując na leżące na stole kartę i dowód osobisty Ali. – Tylko tym razem mów prawdę!
Z ust Benjamina Mendeze popłynął potok słów. Płaczliwym głosem jeszcze raz opowiedział oficerowi smutną historię swojego życia. Potem wyjaśniał, gdzie dokładnie i w jakich okolicznościach znalazł trefne przedmioty i jak bardzo żałuje, że je zabrał. Tłumaczył, że nie wie, co go podkusiło, ale bijąc się z całych sił w piersi, przyrzekał na życie szóstki swoich dzieci, że już nigdy, przenigdy takiego głupstwa nie zrobi.
Kapitan Boretti wysłuchał go w milczeniu, nawet jeden mięsień nie drgnął na jego twarzy. Kiedy więzień skończył, nakazał Polakom i tłumaczce opuścić pokój. Cała trójka wyszła na korytarz, a rosły żandarm zatrzasnął za nimi drzwi. Marek zapytał Carmelę, co właśnie zeznał Erytrejczyk. Kiedy dowiedział się, że podtrzymał swoją wcześniejszą wersję wydarzeń, nie wiedział, co o tym myśleć. Nagle za drzwiami pokoju rozległ się głośny rumor. Wydawało się, jakby zwalił się tam sufit. Marek spojrzał na panią kapral, oczekując jakiejś reakcji, ale ona nawet nie drgnęła. Po kilkunastu sekundach hałas ucichł, drzwi się otworzyły i żandarm zaprosił ich ponownie do środka. Tym razem nie mieli gdzie usiąść, bo na jedynym krześle kiwał się półprzytomny więzień z rozbitym nosem. Drugie krzesło, roztrzaskane w drobny mak, leżało w kącie gabinetu. Kapitan Boretti wpuścił koszulę w spodnie, poprawił zmierzwione włosy i usiadł za biurkiem.
– No to powtórz teraz wszystkim, co mi powiedziałeś przed chwilą.
Szczygieł był cholernie zmęczony. Prawie nie spał tej nocy. Rano zjedli z Leszkiem przypaloną jajecznicę, zadzwonili po taksówkę i wyruszyli na komisariat. O ósmej byli tam umówieni z kapral Librizzi. Marek patrzył teraz przez okno auta na mijane ulice i nie widział w tym mieście nic ładnego. Kamienice były zaniedbane, w wielu miejscach odpadał tynk. Większość elewacji pokrywały bazgroły wymazane sprayem. Nie miało to nic wspólnego z uliczną sztuką, po prostu zwykłe bohomazy. Przy krawężnikach walały się niedopałki papierosów i inne śmieci. Przed sklepikami piętrzyły się sterty pogniecionych kartonów i pudła z pustymi butelkami. Byle jak zaparkowane samochody były poobijane i porysowane.
Zauważył też, że po ulicach kręciło się wielu ciemnoskórych. Wcześniej mu to nie przeszkadzało. Nie był rasistą, ale po ostatnich zajściach bacznie im się przyglądał. Wczorajsze zeznanie Benjamina Mendeze zdecydowanie zmieniło jego nastawienie do imigrantów. W pierwszej chwili Marek był wstrząśnięty i oburzony tym, że policjanci pobili bezbronnego więźnia. Kiedy jednak usłyszał nową wersję jego zeznań, krew się w nim zagotowała i całe współczucie zniknęło. Erytrejczyk przyznał, że kłamał, opowiadając o znalezieniu portfela Alicji. W rzeczywistości spotkał żonę Szczygła wraz z przyjaciółką i córką w zatłoczonym pociągu jadącym do Taorminy. Szybko ustalił z dwoma mężczyznami, działającymi z nim w jednym gangu, że okradną kobiety. Iwona i Marta trzymały torebki przed sobą, jednak plecak Ali stanowił łatwy cel. Tuż przed tym, jak pociąg zatrzymał się na krótki postój w miasteczku Cannizzaro, okradli Alicję i na dany przez Benjamina sygnał wysiedli na tamtejszej stacji, aby uniknąć ewentualnego zdemaskowania, gdyby ofiara się zorientowała. Kiedy pociąg odjechał, opróżnili portfel z wartościowych rzeczy i wyrzucili do śmietnika. Cannizzaro było położone zaledwie dziesięć kilometrów od Katanii, więc kapitan Boretti wysłał tam patrol, aby potwierdzić zeznania Erytrejczyka. Żandarmi bez trudu odnaleźli wskazany kosz na śmieci, a w nim portfel szesnastoletniej Polki. Benjamin Mendeze tym razem mówił prawdę. Przynajmniej w części, bo otwartym pozostawało jeszcze pytanie, czy jego banda miała coś wspólnego ze zniknięciem kobiet. Ponieważ do tego nie chciał się przyznać nawet pod groźbą kolejnego bicia, kapitan kazał odprowadzić go do celi i oficjalnie otworzył dochodzenie w sprawie zaginięcia trzech turystek. O zniknięciu obywatelek oficjalnie poinformowano też polski konsulat.
Do śledztwa została włączona kapral Librizzi, głównie ze względu na rzadką wśród sycylijskich żandarmów umiejętność płynnego posługiwania się językiem angielskim, co umożliwiało komunikację z mężem zaginionej Iwony Szczygieł. Z tego powodu zlecono Carmeli odwiezienie mężczyzn i sprawdzenie w ich obecności, czy w wynajmowanych apartamentach nie ma wskazówek, które byłyby pomocne w odnalezieniu kobiet.
– Jak była ubrana pana żona w dniu, kiedy zaginęła? – zapytała pani kapral, rozglądając się po apartamencie.
Szczygieł wymownie podrapał się po głowie.
– A córka? – Widząc pustkę w jego oczach, rzuciła mu koło ratunkowe. – Może sprawdzi pan w szafie, jakich ubrań nie ma?
Marek podszedł do szafy energicznym krokiem, otworzył drzwi i przez moment przyglądał się ciuchom ułożonym na półkach, oszukując ją i samego siebie. Prawda była taka, że nie miał bladego pojęcia, które ubrania są żony, a które córki, a co dopiero jakich części garderoby brakuje. W końcu skapitulował.
– Nie wiem, jak były ubrane dziś rano – odparł załamany.
Carmeli zrobiło się go żal.
– Czyj to komputer? – Wskazała laptopa leżącego na stoliku.
– Alicji.
Włączyła urządzenie i wyświetlił się ekran startowy z polami do logowania.
– Zna pan hasło?
– Nie.
– W takim razie zabiorę go na komendę. – Włożyła urządzenie pod pachę. – Jutro z samego rana zajmą się tym nasi informatycy.
Skinął głową, czym wyraził niemą zgodę. Policjantka uśmiechnęła się, chcąc dodać mu otuchy, ale on nie odwzajemnił uśmiechu. Spoważniała więc, pożegnała się i przeszła do apartamentu Piskórów. Leszek radził sobie z angielskim gorzej niż przyjaciel, ale wystarczająco, aby opisać policjantce, w co ubrana była jego żona, gdy wyszła feralnego dnia rano z mieszkania. Przed wyjściem kapral Librizzi ustalili jeszcze, że następnego dnia obaj zgłoszą się na komendę.
Kolejnego ranka wsiedli więc do starej taksówki i wskazali cel podróży, a brzuchaty kierowca ruszył bez pośpiechu. Minę miał marsową, bo podany przez pasażerów adres kursu skutecznie zniechęcał go do kombinacji z taksometrem. Jechali więc najkrótszą drogą, a Marek z rosnącym niesmakiem przyglądał się miastu za oknem.
Wysiedli przy Placu Giovanni Vergi, gdzie w zabytkowym budynku otoczonym pięknym ogrodem mieściła się komenda karabinierów. Zjawili się kilka minut przed czasem, mimo to młoda pani kapral już na nich czekała na dziedzińcu. Ruchy miała energiczne, najwyraźniej mocno podekscytowana tym, co miała im do zakomunikowania. Ruszyli za nią schodami w górę. W niewielkim pokoju, który dzieliła z innym młodym funkcjonariuszem, wskazała im krzesła obok biurka. Sama też usiadła i sięgnęła po leżący na stole laptop Alicji. Wyjęła urządzenie z foliowej torby na dowody i włączyła.
– Nasz informatyk przejrzał konto facebookowe pana córki i bez trudu poradził sobie z zabezpieczeniami – wyjaśniła, kiedy czekali, aż komputer się uruchomi. – Hasłem była data urodzenia jej chłopaka.
Marek nie skomentował tego faktu, bo szczerze mówiąc, nie miał pojęcia o istnieniu jakiegoś chłopaka. Nie przetłumaczył też tej części wypowiedzi Piskórowi. Nieudolnie próbował ukryć zaskoczenie, co nie uszło uwagi pani kapral. Carmela postanowiła taktownie zmienić temat, odnotowując jednak w głowie, że relacje ojca z nastoletnią córką były, delikatnie rzecz ujmując, średnie.
– Sprawdziliśmy ostatnie wyszukiwania w przeglądarce internetowej. – Usiadła bokiem i przekręciła komputer tak, aby wszyscy mogli widzieć, co znajduje się na ekranie. – Alicja kupiła trzy bilety kolejowe do Taorminy.
– To potwierdza słowa tego czarnoskórego – skomentował Szczygieł.
– Tak, Benjamin Mendeze mówił prawdę. – Kapral Librizzi skinęła głową. – Przynajmniej w części swoich zeznań.
– Co chce pani przez to powiedzieć? – Polacy wyraźnie się zaniepokoili.
Policjantka zrobiła tajemniczą minę.
– Na dysku wirtualnym powiązanym z laptopem znaleźliśmy zapasowe kopie fotek, które zrobiła Alicja w dniu zaginięcia. – Po tym lakonicznym wyjaśnieniu przeszła do katalogu ze zdjęciami. – Szczególnie jedna jest interesująca…
Marek poczuł suchość w gardle. To było dziwne uczucie oglądać fotografie roześmianej żony i córki w momencie, kiedy nie wiedział, gdzie się znajdują i czy nic im nie grozi. Od ich zniknięcia nie minęły jeszcze dwadzieścia cztery godziny, a on miał wrażenie, jakby upłynęła wieczność.
– Jest! O tę mi chodziło! – Carmela przerwała jego nostalgiczne rozmyślania.
Powiększyła zdjęcie na ekranie laptopa. Przedstawiało ono wnętrze wypełnionego pasażerami wagonu podmiejskiego pociągu. Obaj Polacy, marszcząc czoła, próbowali wyłowić w wyświetlonym obrazie jakiś istotny szczegół. Wreszcie udało się to Szczygłowi.
– Na zdjęciu jest nasz podejrzany. – Wskazał stojącego na drugim planie Mendeze. – Ale to, że jechał tym samym pociągiem, już przecież wiemy. Przyznał się do tego. Ameryki nie odkryliście.
– Tak, ale powiedział, że wysiadł w Cannizzaro, a kobiety pojechały dalej – kontynuowała młoda pani kapral, nie zważając na jego uszczypliwości. – Tymczasem to zdjęcie zostało wykonane o godzinie jedenastej pięćdziesiąt, czyli już prawie pod koniec trwającej godzinę podróży do Taorminy.
– To miasteczko… – Szczygieł próbował przypomnieć sobie obco brzmiącą nazwę.
– Cannizzaro – podpowiedziała mu Librizzi.
– Ono jest przecież położone znacznie bliżej Katanii.
– Zgadza się. – Pokiwała głową, bo jego tok myślenia podążał we właściwym kierunku. – Pociąg z Katanii do Cannizzaro jedzie około ośmiu minut.
– Może zegar w telefonie córki był nieprawidłowo ustawiony?
– Nie – zaprzeczyła Carmela i przesunęła obraz tak, że w jego centrum znalazła się ręka jednego z pasażerów. Powiększała dotąd, aż ekran wypełniła tarcza jego zegarka. – Zapisany przez telefon czas jest prawidłowy. W momencie wykonania fotografii była jedenasta pięćdziesiąt.
– Czyli… – Marek potarł dłonią czoło i spojrzał na kobietę.
– Czyli Benjamin Mendeze nas okłamał – dokończyła za niego policjantka.
– Okłamałeś nas. – Kapitan Boretti westchnął ciężko, okazując swój zawód postawą więźnia.
Odruchowo rozmasował kostki prawej dłoni, wciąż jeszcze obolałe po wczorajszym przesłuchaniu. Cierpliwie poczekał, aż niepokój na obliczu Benjamina Mendeze zmieni się w lęk, a potem w paniczny strach. Kiedy to się stało, mógł kontynuować.
– Nie opuściliście pociągu w Cannizzaro, a właściwie to wysiedliście na chwilę, pozbyłeś się portfela i zaraz wskoczyliście z powrotem. Sprawdziliśmy monitoring na stacji.
Czarnoskóry mężczyzna spuścił głowę i milczał z wyrazem rezygnacji na twarzy. Jego sytuacja była kiepska i doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
– Dojechaliście do Taorminy w tym samym wagonie, którym jechały Polki – kontynuował oficer. – Co się wydarzyło po wyjściu z pociągu?
Przesłuchiwany mężczyzna wciąż siedział zgarbiony, ze wzrokiem wbitym w blat mahoniowego biurka. Noga lekko mu drgała, a po karku na brudny kołnierzyk spływały krople potu. Miał przyspieszony oddech i czuł suchość w ustach.
– No, gadaj! – wrzasnął kapitan, gdy stracił cierpliwość.
Więzień jakby jeszcze bardziej skurczył się w sobie. Przestraszony, pokręcił przecząco głową.
– Ja nic nie wiem.
Boretti wysunął dolną szczękę i zmrużył oczy.
– Posłuchaj, łachudro! – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Przypłynąłeś tu, choć nikt cię nie zapraszał. Pasożytujesz na tym pięknym kraju jak robak. Wyciągasz pieniądze od rządu, ale to dla ciebie za mało, więc kradniesz. Jesteś jak wrzód na zdrowym organizmie.
Kapitan spoglądał z pogardą na człowieka siedzącego po przeciwnej stronie biurka. Ten milczał. Nie odezwał się, bo i co miał powiedzieć? Że Włochów też nikt do Erytrei nie zapraszał, a jednak zjawili się tam przed laty i uczynili z jego ojczyzny swoją kolonię? Albo że zanim został kieszonkowcem, chciał być sprzedawcą w sklepie, pomocnikiem na budowie i robotnikiem rolnym? To ostatnie zresztą udało mu się połowicznie, bo owszem, robotę dostał, ale zapłaty już nie. Dlatego kiedy po powrocie do Katanii znajomy zaproponował mu intratne zajęcie, jakim było skubanie turystów, zgodził się bez wahania. Nie miał żadnych wyrzutów sumienia, bo choć uciekł do tego kraju białych ludzi, to nie darzył ich sympatią. Wręcz przeciwnie. Nie uważał też, żeby czynił ich lepszymi fakt, że urodzili się po szczęśliwszej stronie Morza Śródziemnego.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
