12,00 zł
Trójka przyjaciół znalazła się nagle w nieznanym, niebezpiecznym miejscu, gdzie nieprzeciętne zdolności, odwaga i wrodzona dobroć były ich jedyną bronią.
Książka opowiada o dziewięcio i dziesięcioletnich dzieciach, o ich wzajemnej przyjaźni a także o bardzo ważnej przyjaźni z dorosłymi.
Świat nauki przeplata się z dziką przyrodą, najciekawsze wynalazki z najlepszym światowym malarstwem, poprawianie natury z jej niszczeniem.
Młody Odkrywco, EMULANDIA to powieść dla Ciebie i Twoich przyjaciół!
Sara Tukan
Urodziłam się dawno temu w Warszawie i tutaj spędziłam swoje dziwne dzieciństwo. Mieszkam tu do dzisiaj, chociaż poznałam nieprzebraną liczbę miejsc w kraju i na świecie.
Uczyłam się wytrwale, kończąc kolejno ogrodnictwo, pedagogikę i psychologię. Właśnie dzięki tym studiom miałam okazję poznać różne środowiska i pracować tam, gdzie mi się najbardziej podobało. Obecnie najbardziej podoba mi się przelewanie do komputera wszystkich tekstów, które od dawna krążą po mojej głowie.
Dotychczas udało mi się wydać drukiem poradnik Wychowanie do pracy (wydawnictwo Znak) oraz powieść Stach (wydawnictwo Radwan). Mam też na swoim koncie bajki o Gunginie, ale w pracy zbiorowej.
Emulandia powstała z fascynacji nauką i naukowcami oraz nieograniczonymi możliwościami ludzkiego umysłu w tworzeniu nowej, lepszej rzeczywistości.
W moim komputerze znajduje się jeszcze kilka dokończonych lub nie utworów, które czekają cierpliwie na swoją kolejkę.
Mam Rodzinę, dom z ogrodem, park i tym wszystkim zajmuję się z równą przyjemnością.
Sara Tukan
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 227
Rok wydania: 2011
© Copyright by Sara Tukan & e-bookowo
Ilustrowała: Katarzyna Osińska
Korekta: Barbara Dziwani
ISBN 978-83-62480-83-8
Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo
www.e-bookowo.pl
Kontakt:[email protected]
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości
bez zgody wydawcy zabronione
Wydanie I 2011
„Gdy jakieś nagłe zdarzenie odmienia nasze życie, zadajemy sobie pytanie: co ma większą wartość – przyjaźń, czy ogromna wiedza? Co pozwoli nam przetrwać w nieznanym miejscu, bez rodziny, wśród obcych, a nawet niebezpiecznych ludzi?
– Gdzie ja jestem?! – Cyntia wrzasnęła wniebogłosy i spróbowała wyrwać się z rąk mężczyzny.
Do najlepszego w całym mieście parku prowadziła tylko jedna droga: sznurowa drabina przerzucona przez wysoki mur, pokryty dzikimi kolczastymi różami.
Połowę parkowego terenu zajmował plac zabaw. Były tam rozmaite urządzenia do ćwiczeń gimnastycznych, drewniany domek, płytki basen ze zjeżdżalnią oraz piaskownica: wielka jak nadmorska plaża. W drugiej jego części ogromne krzewy jałowców gęsto posadzone wzdłuż krętych alejek tworzyły skomplikowany labirynt.
Tego dnia Cyntia skończyła dziewięć lat. Bawiła się w parku ze starszymi o niecały rok przyjaciółmi: Melą i Mironem. Z okazji urodzin oraz ładnej pogody rodzice pozwolili im zostać poza domem dłużej niż zwykle.
Trójka przyjaciół wyróżniała się nieprzeciętną inteligencją. Dzieci przeczytały mnóstwo książek, doskonale znały się na mapach oraz potrafiły rozwiązać większość zagadek i problemów przeznaczonych dla starszych uczniów. Również komputer nie stanowił dla nich żadnej tajemnicy; wymyślały i programowały całkiem ciekawe gry.
Nikt nie podejrzewał, że te ich wyjątkowe zdolności mogą kiedykolwiek okazać się niebezpieczne.
W parku unosił się aromat świeżo skoszonej trawy, słońce delikatnie przygrzewało, zabawom nie było końca. Dzieci chowały się między jałowcami, by potem z głośnym śmiechem wyskoczyć i zaklepać się, nim ktoś je znajdzie.
W pewnej chwili Cyntia usłyszała głos kwilącego pisklątka. Bez wahania opuściła swoją kryjówkę i zapominając o całym świecie, pobiegła na poszukiwanie maleństwa.
Na kępie mchu leżał maciupeńki ptaszek.
- Jaki ty jesteś, ptaszku, malutki - mówiła tuląc pisklę. - Masz jeszcze takie delikatne pióreczka, właściwie puszek... Gdzie twoja mama, gdzie twoje gniazdko? Melu! Mironie! Chodźcie szybko do mnie! Pomóżcie mi uratować pisklątko.
Na jej wołanie odpowiedział groźny szum wiatru między jałowcami. Spojrzała w górę: niebo nad wierzchołkami krzewów pociemniało.
„Muszę wracać do domu! Chyba nadciąga burza” – pomyślała z niepokojem.
Mela i Miron szukali przyjaciółki, ale nie słysząc jej nawoływań, podążali w przeciwnym kierunku.
– Jak to się stało, że tak wcześnie zapadł zmierzch? – zapytała Mela w pewnej chwili.
– Spójrz na niebo! To nie zmierzch, tylko burzowe chmury – zawołał przerażony chłopiec. – Wracajmy do domu, pewnie Cyntia już tam jest i martwi się o nas. Na wszelki wypadek wołajmy ją przez całą drogę.
(Dzieci nigdy nie zabierały do parku telefonów komórkowych, z obawy przed zgubieniem lub uszkodzeniem podczas zabawy).
– Cyntia! Cyntia! Cyntia!
Wokół panowała cisza. Dziwna, złowroga cisza.
Wtem ogromna błyskawica oświetliła teren, a tuż po niej potężny odgłos grzmotu wstrząsnął kolumnami jałowców. Spadły pierwsze krople deszczu.
– Burza! Mironie, co my teraz zrobimy? – przestraszyła się Mela. – Gdzie my właściwie jesteśmy?
– Nie wiem. Musimy zostawiać jakieś znaki, żeby nie chodzić w kółko tymi samymi ścieżkami. Labirynt ma przecież tylko trzydzieści trzy alejki i dobrze go znamy; na pewno trafimy do wyjścia – wyjaśnił Miron odważnie.
Ale burza zawsze jest groźna, a strach nie sprzyja błądzącym. Dzieci najpierw rysowały na ziemi strzałki, które szybko zamieniały się w błoto. Potem próbowały układać znaki z gałązek jałowca. Też na nic; wiatr wszystko popsuł. W końcu zmęczone i przemoczone do suchej nitki skryły się między krzewami. Postanowiły czekać tam na koniec nawałnicy. Martwiły się jednak o Cyntię. Może siedzi sama pod jakimś krzakiem i drży ze strachu?
W tym czasie ich przyjaciółka błądziła między wielkimi jałowcami w strugach deszczu i martwiła się o ptaszka. Został sam na świecie, bez mamy, bez swojego gniazdka, okryty jedynie delikatnym puszkiem...
Włożyła go do kieszonki swojej nowiutkiej niebieskiej kurtki, którą dostała od rodziców na urodziny.
– Będzie ci tutaj cieplutko, moje kochane maleństwo. Deszcz cię nie zmoczy, a w domu dam ci coś pysznego do jedzenia. Ale gdzie jest wyjście z parku? Chyba się zgubiłam w tym labiryncie...
Wtem dziewczynka spostrzegła, że jej adidasy są już do połowy zanurzone w wodzie, a wokół nich pływają różne patyki, gałązki jałowca oraz śmieci rzucane na ziemię przez niektóre dzieci. Woda była coraz głębsza; wkrótce zaczęła wlewać się do butów.
– O rety! Może to powódź? – Przerażona Cyntia zaczęła przypominać sobie wszystko, co wiedziała na temat tego kataklizmu.
„Po pierwsze, nie wolno wpadać w panikę. Po drugie, trzeba dostać się na najwyższy punkt w okolicy. Po trzecie: dawać znaki. Tylko w jaki sposób mam wejść na kujący jałowiec?”
Wtem pojawił się tuż przed nią zupełnie obcy człowiek w ciemnym kapeluszu i wysokich kaloszach.
– Jeśli zabłądziłaś, dziewczynko, to z chęcią pomogę ci wydostać się stąd. Musimy szybko uciekać. Za chwilę będzie tutaj tyle wody, że zakryje wszystkie krzewy aż po czubki.
Mężczyzna mówił i wyglądał tak dziwnie, jakby nie był prawdziwym człowiekiem, a jedynie postacią z gier komputerowych. Cyntia przypomniała sobie przestrogi rodziców i nauczycieli dotyczące obcych ludzi. Lecz cóż miała robić? Czekać, aż porwie ją powódź? A zresztą ten człowiek chyba nie był zły, skoro tak się narażał, żeby ją uratować.
– Dobrze, proszę mnie stąd zabrać – powiedziała. – Tylko najpierw proszę mi powiedzieć, jak się pan nazywa, to wtedy będzie pan znajomy a nie obcy. Bo z nieznajomymi nie wolno mi nigdzie chodzić.
– Nazywam się Teofil. Chodź szybciej, moja panno, bo razem utoniemy! - to mówiąc chwycił dziewczynkę w ramiona i uniósł się razem z nią ponad wodę. Wyglądało to tak, jakby stąpał po jej powierzchni.
Gdy dotarli do sznurowej drabiny, woda sięgała połowy muru, a oczy zalewał rzęsisty deszcz. Dziewczynka jedną ręką pokazywała drogę do domu, drugą zaś tuliła maleńkie pisklątko, drżące w kieszeni kurtki.
Marzyła o suchym i ciepłym mieszkaniu, a także o przyjęciu urodzinowym, które tam na nią czekało. Gdy właśnie zastanawiała się, czym nakarmi ptaszka, rozejrzała się wokół i... zamarła.
– Gdzie ja jestem?! – wrzasnęła wniebogłosy i spróbowała wyrwać się z rąk mężczyzny.
Dookoła znajdowało się mnóstwo przedziwnych domów: wszystkie zbudowane ze szkła i aluminium. Szklane kopuły dachów mieniły się różnymi kolorami, oświetlając umieszczony na samym szczycie ogromny posąg człowieka. Identyczne domy różniły się kolorami świateł oraz owymi rzeźbami, gdyż każda z nich przedstawiała inną postać.
Nie było tu burzy ani powodzi. To wszystko byłoby dla Cyntii fascynujące, gdyby nie znajdowała się z dala od swojego domu; gdyby była z rodzicami lub chociaż z Melą i Mironem.
Niestety! Zupełnie obcy mężczyzna postawił ją wreszcie na ziemi, ale w dalszym ciągu trzymał mocno za rękę. Nie zamierzał też odpowiadać na żadne pytania. Dopiero teraz dziewczynka mogła dokładnie mu się przyjrzeć, ale to, co zobaczyła, wcale jej nie uspokoiło. Wyglądał tak, jakby niezbyt utalentowana plastycznie osoba narysowała go w starodawnym programie komputerowym Print. Całą twarz miał krzywą, jedno oko znajdowało się bliżej nosa, drugie bliżej ucha; usta z kolei mieściły się prawie na brodzie. Jednak było w Teofilu coś bardzo poczciwego i właściwie Cyntia nie bała się go. To raczej on czegoś się obawiał, gdyż nerwowo mamrotał pod nosem:
– Złapała, nie złapała, złapała, nie złapała...
Gdy dziewczynka próbowała się dowiedzieć dlaczego ją porwał, gdzie się znajdują i kim on właściwie jest, usłyszała tylko pomruki:
– Wypełniać rozkazy, wypełniać rozkazy...
I tak doszli do miejsca przeznaczenia. Teofil zatrzymał się przed ścianą budynku większego od pozostałych, z dachem świecącym na zielono, po czym rzekł:
– Sezamie, otwórz się!
Cyntia zdążyła pomyśleć, że dobrze zna baśń pod takim właśnie tytułem. Kiedyś z przyjaciółmi próbowali otworzyć w ten sam sposób niewidzialną furtkę do ich ukochanego parku (Miron miał złamaną nogę i nie mógł wejść po sznurowej drabinie), ale na nic się to zaklęcie zdało, gdyż nie było tam żadnej furtki.
Tymczasem ściana rozsunęła się bezszelestnie, a przed nimi pojawił się ogromny salon, pośrodku którego rozpościerała się fontanna przecudnej urody.
Kiedy Teofil puścił rękę dziewczynki, podbiegła do tego alabastrowego wodotrysku i przyglądała się z zachwytem wodzie o kolorze opalizujących szmaragdów, która wypływała z ukrytych źródeł. Spadające kropelki mieniły się wszystkimi odcieniami zieleni, w głębi zaś ławice złotych rybek ścigały się między łodygami nenufarów. Cyntia zapomniała o strachu. Stała jak urzeczona, gdy wtem poczuła delikatne poruszenie w kieszonce kurtki. Przypomniała sobie o pisklątku i natychmiast otuliła je dłonią.
„Ten dziwaczny człowiek nie może się o tobie dowiedzieć” – pomyślała z przekonaniem.
Właśnie miała zapytać porywacza, czyj to dom, gdy ponownie rozsunęła się ściana i do pokoju wpadli... jej przyjaciele. Tuż za nimi wtoczyła się jakaś potężna postać. Podobnie jak Teofil, wyglądała na ożywiony rysunek komputerowy. Była to jednak kobieta. Jej czarne oczy znajdowały się tuż przy ogromnym kartoflastym nosie. Usta miała we właściwym miejscu, ale nienaturalnie duże, z zębami wystającymi jak u zająca. Ubrana była w szare spodnie, długi fioletowy sweter oraz wysokie kalosze.
Dzieci padły sobie w objęcia, a po chwili wszystkie naraz zaczęły opowiadać, w jaki sposób tutaj dotarły. Dopiero, gdy zauważyły, że nikt nikogo nie może zrozumieć, dziewczynki pozwoliły mówić Mironowi.
– Schowaliśmy się przed burzą między największymi jałowcami, aż tu nagle ze wszystkich stron zaczęła napływać woda, zupełnie, jakby to była powódź. Już mieliśmy uciekać, kiedy przed naszymi oczami pojawiły się najdziwniejsze na świecie kalosze: w miarę podnoszenia się poziomu wody, coś nadymało ich podeszwy i wyglądało to tak, jakby stały na wodzie. Gdy spojrzeliśmy na właściciela tych czarodziejskich butów, zaczęliśmy się trząść ze strachu. Przed nami stała ogromna kobieta, wyglądająca jak makabryczny rysunek z komputera. Po chwili kobieta zapytała nas miłym głosem:
„Może chcecie takie kalosze? Pomogą wam uratować się przed powodzią. Załóżcie je szybko, to zaprowadzę was do domu.” Kobieta wyciągnęła dla nas buty spod swojego swetra. Naszym kaloszom błyskawicznie napęczniały podeszwy i przestało nam grozić utonięcie. Wtedy kobieta złapała nas z całej siły za ręce i ciągnęła, ciągnęła, aż dotarliśmy tutaj (chłopiec spojrzał na swoje nogi i ze zdziwieniem zauważył, że po kaloszach nie zostało ani śladu). A czy ty wiesz, Cyntio, w jaki sposób otworzyła drzwi, a właściwie ścianę?
– Tak, wiem. Mój porywacz też powiedział: „Sezamie, otwórz się!”. Jak ma na imię wasza porywaczka?
– Nie przedstawiła się, bo kopaliśmy ją po nogach, żeby nas puściła. Nie chcieliśmy z nią iść. Już w parku wydała się nam bardzo podejrzana. Próbowaliśmy się wyrwać, ale ona coraz mocniej trzymała nas za ręce.
W tej właśnie chwili wszyscy poznali imię porywaczki, gdyż Teofil rzekł:
– Rozalio! Chodźmy szybko do profesora Rubena. Przecież mieliśmy przyprowadzić te dzieciaki już w zeszłym tygodniu.
Na te słowa trójka przyjaciół zamarła z przerażenia. Przypomnieli sobie opowieść o Emulandii, którą wszyscy dorośli straszyli swoje dzieci. Krajem tym władał profesor Ruben Wielki. Był on geniuszem wszechczasów, lecz wiedzę swą stosował do przeprowadzania potwornych eksperymentów. Odnajdował, a następnie wyłapywał najzdolniejsze dzieci z całego świata i próbował je na swój sposób udoskonalać. Tajemnic swych strzegł tak dobrze, iż nikt nigdy się nie dowiedział, co potem działo się z przedmiotem jego doświadczeń. Wszystkie dzieci przepadały na zawsze i nawet najlepsi wywiadowcy nie potrafili odgadnąć, gdzie znajduje się Emulandia.
– Co się z nami stanie? – to pytanie nie wydobyło się z ust żadnego z dzieci. Strach zacisnął im gardła.
Po wyjściu Teofila i Rozalii złowroga cisza przez długi czas nie pozwalała dzieciom mówić. Gdy wreszcie Cyntia odzyskała głos, wyszeptała:
– Spróbujmy uciec tą samą drogą, którą nas tu przyprowadzono.
– Znamy przecież zaklęcie służące do otwierania drzwi – ocknął się Miron.
Po cichutku podbiegli do miejsca, w którym rozsuwała się ściana.
– Sezamie, otwórz się! – szepnęli jednocześnie.
Ściana ani drgnęła, a zamków czy choćby klamek nigdzie nie było.
– Może trzeba to powiedzieć głośniej? – zastanawiała się Mela.
Lecz głośniej, to zbyt niebezpiecznie. Na pewno zaraz ktoś ich usłyszy i złapie. Cóż jednak robić? Jeśli za długo będą medytować, zostaną tu na zawsze. Zawołali więc tym razem głośno:
– Sezamie, otwórz się! – i znowu nic.
I nikt się chyba nimi nie przejmował, bo w dalszym ciągu byli sami.
– Pewnie do wychodzenia mają inne hasło. Może też z jakiejś bajki? – powiedział Miron.
Dziewczynki próbowały przypomnieć sobie wszystkie baśnie, lecz ani jedno zaklęcie nie przychodziło im do głowy.
Nagle otwarła się ściana między największymi kolumnami i oczom dzieci ukazał się wysoki, bardzo przystojny mężczyzna: szczupły, elegancko ubrany, o gęstych czarnych włosach i ciemnych oczach.
– Jestem Profesor Ruben Wielki! – zakomunikował. – Od dziś zamieszkacie w moim państwie – Emulandii. Waszymi opiekunami będą Teofil i Rozalia. Są oni zaprogramowani specjalnie do opieki nad dziećmi. Jak zapewne zauważyliście, są to postacie wyprodukowane przez komputer. Może te wzory nie najlepiej udały się naszemu grafikowi, ale wyglądają bardzo śmieszne. Cha, cha, cha! – roześmiał się na cały głos. – Muszę was jeszcze uprzedzić, że u nas wszystko musi być bardzo śmieszne. Cha, cha, cha!
Porwanym ani trochę nie było do śmiechu. Wręcz przeciwnie – byli przekonani, że ten dorosły człowiek źle się zachowuje. Przecież nie ze wszystkiego można się śmiać.
– Dlaczego nie możemy wrócić do naszego domu? – odważył się zapytać Miron.
– Do waszego domu? Od dzisiaj t o jest wasz dom! – Mówiąc, wymachiwał dokoła rękami. – A może chodzi o wasz pokój? Teofilu, Rozalio, proszę natychmiast zaprowadzić nowy nabytek do dziecinnego pokoju! Do najśmieszniejszego pokoju. Cha, cha, cha! Wracam do pracy i dopiero za tydzień będę miał czas zająć się dzieciakami – oznajmił na koniec i wyszedł.
Opiekunowie złapali całą trójkę za ręce i poprowadzili przez inną dziwnie otwierającą się ścianę. Mimo bacznej obserwacji nie udało się żadnemu z dzieci dostrzec sposobu jej rozsuwania.
Szli szerokim korytarzem, na którego ścianach wisiało mnóstwo obrazów znanych mistrzów malarstwa. Mela, która pasjonowała się tą dziedziną sztuki, rozpoznawała w nich bez trudu dzieła Rembrandta, Moneta, Renoira; Cyntia natomiast zajęła się liczeniem kroków, na wszelki wypadek. Już po dwunastym kroku, dzieci zobaczyły najzwyklejsze drewniane drzwi, przez które weszły do swego nowego pokoju.
A to, co w nim zobaczyły, mogło być naprawdę śmieszne.
Na jednej ze ścian znajdowała się niezliczona ilość krzywych luster – zupełnie jak w wesołym miasteczku. Z kolei po przeciwnej stronie było mnóstwo różnokolorowych przycisków. Miron, jak to chłopak, pierwszy podbiegł wypróbować ich działanie. Nacisnął znajdujący się na wprost niego okrągły, zielony. Pokój wypełniło rechotanie tysięcy żab. Był to cały żabi koncert! Trwał zaledwie jedną minutę i nagle wszystko ucichło.
– Później będziecie się bawić! Teraz szybko myć ręce i siadać do kolacji – rozkazał Teofil, a Rozalia podała im trzy ręczniki. Na rogu każdego z nich wypisano odpowiednie imię.
– Skąd wiedziałaś, jak my się nazywamy? Przecież nikt nas o to nie pytał? – zaciekawiła się Mela.
– Już od dwóch tygodni uganialiśmy się za wami, lecz zawsze ktoś was pilnował. Tym razem profesor nie pozwolił nam wracać nie wykonawszy zadania. Dlatego trzeba było trochę pokombinować z pogodą.
– O czym ty mówisz? – zdziwiła się Cyntia, lecz zdenerwowana Rozalia kazała im szybko zająć się myciem.
– Tylko ciekawe, jak mamy się myć, jeśli tu nigdzie nie ma łazienki?
Dzieci rozglądały się po pokoju ale niczego podobnego do toalety nie mogły dostrzec. Teofil podszedł do wielkiej, bogato rzeźbionej szafy stojącej koło okna, a następnie przekręcił niewielki kluczyk. Ze starego mebla wysunęły się trzy małe umywalki.
– A teraz już nie marudzić! Kolacja się roztopi – zawołał swym dziwnym, skrzeczącym głosem.
– Ale dzisiaj są moje urodziny i w domu czeka na mnie przyjęcie! – zaoponowała Cyntia.
– Cyntio, patrz, jakie mamy jedzenie! O n i zrobili nam przyjęcie.
Miron rozsiadł się za stołem, którego wcześniej nie zauważyli, ponieważ stał w narożniku pokoju ukryty za parawanem.
Na kolorowym obrusie leżały trzy talerzyki, a na każdym z nich znajdowała się ogromna porcja lodów czekoladowych posypanych świeżutkimi, pachnącymi lasem poziomkami. Środek stołu zajmował duży półmisek wypełniony smakowicie wyglądającymi kanapkami. On również zachęcał do natychmiastowej uczty.
Rozalia poleciła dzieciom, aby zdjęły przemoczone kurtki. Wtedy właśnie maleńki ptaszek zaczął całkiem głośno kwilić. Głos wydostający się z kieszeni przypomniał Cyntii o nakarmieniu swojego podopiecznego, ale też usłyszeli go wszyscy pozostali. Nie było rady – nie mogła dłużej ukrywać pisklątka, tym bardziej, że Teofil wrzasnął:
– Skąd tutaj wzięło się jakieś ptaszysko?!
Miron i Mela nie mieli pojęcia, co się dzieje, za to Cyntia odparła oburzonym głosem, jakby to właśnie ją przed chwilą obrażono:
– To nie jest jakieś ptaszysko, tylko malutkie, biedne pisklątko. Nie wolno ci na nie krzyczeć! Myślałam, że jesteś dobrym człowiekiem, a porwałeś mnie tylko ze strachu przed profesorem. Ale ty też jesteś zły, zły, zły!
O dziwo, ten dorosły człowiek przestraszył się małej dziewczynki i zaczął mamrotać pod nosem swoje:
– Wypełniać rozkazy, wypełniać rozkazy, wypełniać rozkazy...
– Przecież wiesz, Teofilu, że mamy dzieci rozśmieszać, nie krzyczeć na nie. Profesor przypominał nam wiele razy: dzieci muszą się jak najczęściej śmiać, żeby były zdrowe i szybko stały się genialne. Jeśli one chcą mieć jakiegoś ptaka, to niech go sobie mają. Widzisz, jaki jest malutki i wcale nie lata – tłumaczyła Rozalia.
Cyntia wyjęła stworzonko z kieszeni i postawiła na stole. Biedactwo ledwo trzymało się na nóżkach. Dzieci szybko pokruszyły mu bułkę z kanapki i podsunęły pod sam dziobek. Pisklątko początkowo nie bardzo sobie radziło z takim pokarmem, lecz po chwili zjadało skwapliwie każdy kąsek.
Miron, Mela i Cyntia poszli za jego przykładem wiedząc, że gdy będą głodni i słabi, to na pewno nie uda im się uciec z pułapki.
Kolacja była wyśmienita!
Dzieci czekały z niecierpliwością na wyjście strażników, aby móc bez świadków omówić plan ucieczki. Przede wszystkim trzeba zaobserwować, w jaki sposób uruchamia się rozsuwane ściany. Nie interesowały ich chwilowo krzywe lustra, czy kolorowe przyciski.
Nareszcie! Rozalia poprosiła, żeby umyli ręce, buzie i zęby, bo zaraz pójdą spać. Dzieci podeszły do dziwnej szafy i samodzielnie uruchomiły mechanizm wysuwający umywalki.
Tymczasem po kolacji wszystko zostało sprzątnięte. Nie zauważyły jednak, gdzie Rozalia wyniosła puste naczynia, ani skąd Teofil przyniósł dla nich łóżka.
Nawet nie mogły się tym martwić, bo już było późno, a wiadomo – wieczór i noc to pora największej tęsknoty. Dzieci bardzo pragnęły wrócić do swoich rodziców, do swojego domu.
– Jak myślicie, czy nasi rodzice wiedzą, gdzie nas szukać? – Mela zaczęła pochlipywać.
– Nigdzie was nie szukają – odezwał się Teofil – Dostali wiadomość przez internet, że jesteście w Emulandii i teraz na pewno się cieszą, bo profesor Ruben Wielki dużo lepiej wykorzysta wasze umysły, niż oni mogliby to kiedykolwiek zrobić. Dziwię się, że wszyscy ludzie, mający zdolne dzieci, sami ich do nas nie przysyłają.
– To nieprawda! Oni nas kochają, a wy tego nie potraficie. Jesteście wyprodukowani przez komputer i nie macie pojęcia o uczuciach! – Cyntia wykrzyczała całą swoją złość.
Miron pomyślał, że na Teofila i Rozalię trzeba prawdopodobnie znaleźć sposób bardziej związany z informatyką niż ze zwykłym ludzkim tłumaczeniem. Albo wymyślić jakiś podstęp.
– Ja chcę do ubikacji! – powiedział rozkazującym tonem.
– Kluczyk z prawej strony szafy otwiera toaletę dla dziewcząt, a z lewej dla ciebie – odrzekł spokojnie Teofil.
– Kładźcie się już spać! – poleciła Rozalia i obydwoje wyszli zwykłymi drzwiami, starannie przekręcając za sobą klucz.
Dzieci pospiesznie wskoczyły do łóżek i dopiero teraz zaczęła się narada.
– Musimy jutro wypytać naszych strażników o wszystko, co dotyczy Emulandii i profesora. I namówmy ich, żeby nam pozwolili wyjść na dwór – powiedziała Mela.
– Ale zanim tutaj przyjdą, sprawdzimy cały pokój. Może niektóre przyciski na tamtej ścianie nie są takie głupie. Trzeba też dokładnie obejrzeć tę dziwaczną szafę – rozmyślał Miron.
– A teraz musimy się wyspać, żebyśmy byli od nich silniejsi – dorzuciła Cyntia, której oczy już same się zamykały.
Mela jeszcze wyjrzała przez okno, lecz zobaczyła tam jedynie kolorowo świecące dachy z posągami. Na zewnątrz nic się nie zmieniło.
Z niespokojnego snu obudził ich ptaszek, głośno domagający się pożywienia. Dzieci błyskawicznie wyskoczyły z łóżek i podbiegły do okna. A to, co tam ujrzały, wprawiło je w osłupienie.
Miedzy domami, zamiast zwyczajnych jezdni i chodników, były same trawniki. Po nich poruszali się ludzie; jedni na ogromnych ptakach – emu, inni na gingerach{1}. Nie było tam ani jednego samochodu. Gingery sprzedawano w sklepach w ich rodzinnym kraju; miały jednak niebotyczne ceny. Wszystkie dzieci o nich marzyły, lecz tylko te z najbogatszych domów nie musiały czekać na przecenę.
Natomiast emu mieszkają w Australii, a przecież Cyntia, Mela i Miron jeszcze wczoraj znajdowali się w Europie!
Cyntia była wielbicielką i znawczynią zwierząt, więc od razu zaczęła opowiadać przyjaciołom wszystko, co wiedziała o tych ptakach.
– Emu jest drugim pod względem wielkości ptakiem żyjącym na Ziemi. Jego pióra podobne są do sierści, nogi mają trzy palce, a biegać potrafią z prędkością do 50 km na godzinę. Gniazda budują na ziemi z gałązek i liści, a duże, zielone jajka wysiaduje samiec. Prawdziwe emu są jednak mniejsze od tych za oknem.
– To wszystko jest bardzo ciekawe, Cyntio, ale musimy zrobić coś z n a s z y m ptaszkiem, żeby nie umarł z głodu – przypomniał Miron.
Tym razem wszyscy rzucili się do swoich kurtek, na których umieścili pisklątko poprzedniego dnia.
– Cyntio, tyle wiesz o zwierzętach, a nie możesz odgadnąć jaki to ptak?
– Nie, bo on wygląda zupełnie jak gołąbek, a przecież gołębie nie budują gniazd na jałowcach ani na mchu, a tam go znalazłam. Chyba, że ktoś go tam przyniósł. Zresztą za kilka dni będziemy wiedzieli na pewno – gołębie bardzo szybko stają się dorosłe.
– Ja bym chciał, żeby te nasze twory komputerowe już przyszły i przyniosły wreszcie coś do jedzenia. Sam jestem głodny i pisklątko trzeba nakarmić.
– Te „twory”, chyba właśnie nadchodzą, bo ktoś przekręca klucz w drzwiach – zauważyła Mela.
– Witajcie o poranku! – zawołał Teofil.
Wyglądał dzisiaj na bardzo z siebie zadowolonego. Tuż za nim wkroczyła Rozalia z takim samym powitaniem.
– Dzień dobry! Jesteśmy głodni! – odpowiedziała chórem cała trójka.
Teofil w te pędy wybiegł za drzwi i skądś przytaszczył stół z całym nakryciem. Na śniadanie były płatki czekoladowe z mlekiem, do tego chrupiące grzanki, sok pomarańczowy oraz półmisek owoców. Dzieci stawiały ptaszka przed talerzem zupy mlecznej i czekały, aż naje się do syta. Dopiero wówczas, gdy pisklątko spróbowało pożywienia z każdego talerza, same zaczęły jeść. Po tak obfitym posiłku maleństwo położyło się na środku stołu i w najlepsze zasnęło.
– Jeśli już skończyliście, to zabierzcie tego ptaka, bo muszę wynieść stół – polecił Teofil.
– Po co wynosisz cały stół? – zapytała Cyntia – Przecież to taki ogromny pokój, a stół będzie nam potrzebny.
– Do czego? Słyszałem, że stoły służą tylko do jedzenia, a dzieci powinny mieć jak najwięcej miejsca do bicia się i biegania. W czasie tych zabaw mogłyby uderzyć głową o kant stołu i uszkodzić sobie mózg. A na co naszemu profesorowi dziecko z uszkodzonym mózgiem?
– Po pierwsze, stoły służą również do pisania na nich, więc przynieście nam jakieś kartki i długopisy. Po drugie, zapamiętaj sobie: my się nigdy nie bijemy! A po trzecie, do biegania służą trawniki na dworze. Chcemy dzisiaj wyjść na świeże powietrze, bo inaczej zaraz się rozchorujemy i będziemy od tego głupsi! – w ten właśnie sposób Miron zaczął wprowadzać w życie plan, który obmyślił tuż przed zaśnięciem.
– Rozalio, zostań z nimi, a ja pójdę zapytać profesora – rzekł Teofil i wyszedł.
– Czy wy musicie go o wszystko pytać? – zapytała Mela.
– Przecież on nas skonstruował i w każdej chwili mógłby również unicestwić! – Rozalię oburzyło tak naiwne pytanie.
– A jak mógłby to zrobić? – zapytał Miron z niewinną miną.
– Nie wiem! Wszystkie dane naukowe profesor Ruben bardzo dobrze ukrywa. My, oczywiście, nie mamy do nich żadnego dostępu. Tylko kilku uczonych może z tego korzystać, ale oni są prawie tak samo genialni jak nasz Ruben Wielki. I oni z nim współpracują.
– Czy w Emulandii mieszkają oprócz nas jakieś dzieci?
Rozalia rozpromieniła się:
– Oczywiście! Jest ich nawet dużo! I każde ma swojego opiekuna. Ale my jesteśmy bardzo dobrymi egzemplarzami (tak mówi o nas profesor), więc wystarczy nas dwoje dla całej waszej trójki – oznajmiła z dumą. Wy będziecie służyć do najważniejszego doświadczenia.
– To Ruben chce robić na nas doświadczenia?!
Dzieci przelękły się nie na żarty. Na szczęście ich wrodzona inteligencja pozwoliła na szybkie opanowanie strachu. Natychmiast zaczęły obmyślać ratunek przed bezdusznymi naukowcami.
Wtedy właśnie wrócił Teofil z naręczem kartek i całym pudełkiem długopisów.
– Tutaj jest to nikomu niepotrzebne – do wszystkiego wystarczą przecież komputery. Gdyby wam czegoś brakowało, przyniosę tego ile tylko będziecie chcieli. Mamy mnóstwo tego typu szpargałów bezużytecznie leżących w piwnicy!
– Możemy wyjść na dwór?
– Tak, pod warunkiem, że będziecie nas słuchać.
– To od razu chodźmy! Wezmę ze sobą pisklątko, żeby za nami nie tęskniło.
– A co to znaczy „tęskniło”? – zapytała Rozalia.
Dzieci, przejęte zgrozą, że można nie wiedzieć takich oczywistych spraw, wyjaśniały jedno przez drugie: a to, że smutno, gdy kogoś kochanego zabraknie; to znowu, że odczuwa się wtedy samotność, czy też zamartwia się, aż serce pęka. Tak jak oni właśnie tęsknią za swoimi rodzicami. W pewnym momencie dzieci zdały sobie sprawę, że ich opiekunowie w dalszym ciągu niczego z tych wyjaśnień nie rozumieją. Oni chyba nie znają ż a d n y c h uczuć! Zniecierpliwiony Miron oznajmił:
– Później wam to wszystko wyjaśnimy, a teraz chodźmy wreszcie na dwór!
Szli tym samym korytarzem, którym dotarli do swego pokoju, ale Cyntia dla pewności ponownie sprawdzała jego długość. Po przejściu ośmiu kroków zwolniła, aby tym razem za szybko nie przekroczyć ściany. Dała znaki pozostałym dzieciom, więc i one szły wolniej wytężając wzrok i słuch – znowu na nic. Ściana rozsunęła się tak, jakby wiedziała, że właśnie ktoś nadchodzi. Minęli salon z fontanną o szmaragdowej wodzie, a zewnętrzna ściana otworzyła się w taki sam sposób, jak poprzednia.
Na dworze pięknie świeciło słońce, świeżo skoszona trawa pachniała zupełnie tak, jak w ich ukochanym parku, a zewsząd dochodziła oszałamiająca woń konwalii. Wszystko było cudowne, więc lepiej nie martwić się porwaniem, tylko spokojnie planować ucieczkę.
Obok nich przejechał na emu jakiś człowiek w granatowym swetrze, granatowych sztruksowych spodniach, z teczką w ręku.
– Już wiem, czemu ten kraj nazwano Emulandią oznajmił Miron. – Dlaczego ludzie nie jeżdżą samochodami?
Teofil był zdziwiony takim głupim pytaniem:
– Czy wy nie zdajecie sobie sprawy, jak bardzo samochody zanieczyszczają powietrze, ziemię i wodę? U nas nigdy nie było ani jednego trującego urządzenia. Wszystko mamy idealnie czyste.
Wtem zza zakrętu wyłonił się jakiś wehikuł, wyglądający jak pancerny wóz bojowy.
Miron wskazał nań i zapytał:
– A to, to nie zatruwa środowiska?
– Nie, ponieważ te wozy patrolowe mają napęd elektryczny. Za pomocą wysuwanej anteny zbierają dane pochodzące od strażników, a także przekazują im swoje informacje. Wyłapują też wszystkie nielegalne nadajniki. Ponieważ są ciągle w ruchu, nikt nigdy nie wie, gdzie jakie wiadomości się znajdują i nie może ich zniszczyć.
– Po co wam strażnicy i wozy patrolowe? Czy profesor czegoś się boi?
– Cicho bądź, mały! Nie pytaj za dużo, bo to się źle skończy! – wrzasnął Teofil.
Dzieci zrozumiały: niektóre sprawy muszą wyjaśnić we własnym zakresie i to w tajemnicy..
Obok nich przejechało dwóch mężczyzn na gingerach.
– Możemy na tym pojeździć? – Miron długo nie wytrzymał bez zadawania pytań.
– Owszem, ale dopiero wówczas, gdy profesor wam na to pozwoli.
– A chociaż na emu? – dopytywały się dziewczynki.
– Koniec tego gadania, musimy wracać do domu! – zdenerwowała się na dobre Rozalia.
– Przecież jeszcze wcale nie biegaliśmy! – krzyknął Miron. – Biegajmy dokoła tego domu – dodał, wskazując narożny budynek z niebieskim dachem i wielkim posągiem jakiegoś bardzo grubego człowieka w kapeluszu.
Zanim opiekunowie zdążyli zareagować, cała trójka znajdowała się już po drugiej stronie budynku. Ujrzeli tam dwa odpoczywające na trawie emu. Chłopiec nie wytrzymał i wskoczył na jednego z nich. Okazało się, że ptak ma na dolnym odcinku szyi uprząż jak u konia, więc łatwo na nim się jechało. A jakie to wspaniałe uczucie! Miron, nie zważając na nic, pognał przed siebie. Mijał podobne do siebie zabudowania, mijał ludzi jadących spokojnie na swoich emu lub na gingerach.
A wszędzie wszystko wyglądało tak samo: domy i trawniki. Po drodze nie zobaczył sklepów ani szkół, kościołów ani restauracji; nie było nawet ani jednego banku!
„Co to za dziwne państwo? Jak oni mogą żyć bez tego wszystkiego?” – zastanawiał się. Nie widział też żadnego dziecka. Wokół domów rosły przepiękne kwiaty i jakieś krzewy o ogromnych liściach, same zaś budynki były bez drzwi, chociaż miały okna.
Wtem z rozmyślań wyrwało go nagłe szarpnięcie w tył. Chłopiec z pewnością spadłby z emu, gdyby w porę nie podtrzymały go czyjeś ręce. Ale nie były to ręce przyjazne, o nie! Pochwyciło go dwóch osobników, którzy, jak się okazało, wyszli z wozu patrolowego.
– Wskakuj do środka! – rozkazał jeden z nich, drugi zaś mocno popchnął chłopca w kierunku pojazdu.
– Ratunku!!! – ledwie Miron zdążył krzyknąć, już zamknęły się za nim pancerne drzwi.
Wóz ruszył, lecz nie wiadomo dokąd, ponieważ z wszystkich czterech stron znajdowały się jedynie maleńkie otwory, przez które prześladowcy obserwowali teren.
Cyntia i Mela patrzyły z przerażeniem na wykrzywiające się w strasznej złości twarze opiekunów.
– Zniszczył nas! Profesor nas za to unicestwi! Okropny chłopak! – Wykrzykiwali na zmianę. – Natychmiast wracamy do domu! – Oznajmił Teofil, chwytając Cyntię za rękę.
Rozalia złapała Melę i obydwoje tak szybko zaczęli biec, że dziewczynki swoimi małymi nóżkami nadążały za nimi z wielkim trudem. Zatrzymali się dopiero przed domem Rubena. O dziwo, zewnętrzna ściana rozsunęła się bez wypowiadania jakichkolwiek zaklęć.
„Teraz będzie nam jeszcze trudniej rozwiązać tę zagadkę” – pomyślała Cyntia.
Gdy szli korytarzem, Mela wpadła na pomysł:
– Pozwólcie nam pooglądać tę wspaniałą kolekcję obrazów – poprosiła. – Chciałam opowiedzieć Cyntii o pewnym malarzu – dodała.
– A co tu jest ciekawego? – zdziwił się Teofil.
– Na przykład te dwa dzieła Rembrandta – odparła, wskazując na wiszące obok siebie obrazy - „Jeremiasz opłakujący zburzenie Jerozolimy” i „Medytujący filozof”. Zastanawiam się, dlaczego profesor Ruben je tutaj zawiesił? Malarz ten był synem młynarza – mieszkał nad rzeką Ren w Holandii. To chyba nie byłby właściwy powód. Może dlatego, że obie postacie na obrazach są zamyślone? Ale przecież Ruben Wielki z byle czego się śmieje. A może podobało mu się złociste światło, jakie otacza Jeremiasza i filozofa?
– Sama za dużo filozofujesz! Przecież w Emulandii potrzebne są pieniądze. Na miejscu wytwarzamy tylko żywność, a resztę kupujemy za granicą.
– A co mają wspólnego z pieniędzmi te piękne dzieła sztuki? – dziewczynki nie zrozumiały wywodu Teofila.
– Jak to, co? Przecież wystarczy sprzedać jeden obraz, żeby mieć pieniądze na duży eksperyment! A my mamy ogromne zbiory takich jak tu obrazów i mnóstwo innych antyków.
Mela w dalszym ciągu niczego nie pojmowała.
– No, ale nie wiem, skąd macie te antyki i komu je sprzedajecie?
– Chyba ja im to wyjaśnię – zniecierpliwiła się Rozalia. –W Europie były kiedyś niezliczone ilości zamków i pałaców, a w nich z kolei nieprzebrane ilości staroci. Tymczasem Europejczycy wywoływali między sobą jakieś wojny, podczas których zabijali jedni drugich, a jeszcze inni zabierali wtedy meble, obrazy, rzeźby i starą porcelanę z pałaców, a następnie ukrywali to wszystko w piwnicach i innych schowkach. My już od dawna bardzo tanio to skupujemy, a potem sprzedajemy znawcom dzieł sztuki za ogromne sumy. Oczywiście, większość nowoczesnych urządzeń wymyślonych i zaprojektowanych przez naszych naukowców też jest na sprzedaż i dzięki temu Emulandia jest najbogatszym krajem na świecie!
Cyntia właśnie miała zadać kolejne pytanie, gdy do korytarza został wrzucony ich przyjaciel. Wrzeszczał wniebogłosy:
– Przez was będę głupi! Przez was nigdy nie zostanę geniuszem! Wszystko powiem profesorowi! Profesorze Rubenie Wielki, na pomoc!
Teofil próbował uciszyć chłopca, gdy jak wicher wpadł profesor.
– Co tu się dzieje? Przez te krzyki nie mogę pracować – spojrzał na dzieci i dodał bez sensu – Cha, cha, cha!
Opiekun nie zdążył wykrztusić ani słowa, gdyż Miron go uprzedził:
– Jakieś półgłówki zaciągnęły mnie do wozu patrolowego i o mało się tam nie udusiłem. Przez nich mogę być głupi! Ponadto jeśli nie będziemy mogli bawić się na świeżym powietrzu oraz jeździć na emu i gingerach kiedy chcemy, to wszyscy stracimy inteligencję!
Chłopiec, siedząc w ciasnym pojeździe wypchanym strażnikami, wymyślił taki właśnie sposób na zdobywanie przywilejów. I miał rację! Ruben Wielki aż zatrząsł się z oburzenia:
– Dlaczego nikt mi nie powiedział, że dzieci potrzebują takich prostych rozrywek do podwyższania ilorazu inteligencji? Od dziś mają biegać po trawnikach i jeździć ile chcą i na czym chcą (tylko nie za szybko, żeby sobie niechcący nie rozbiły głowy).
Po wydaniu rozkazów odwrócił się na pięcie i poszedł w swoją stronę. Tym razem zamiast swojego „Cha, cha, cha!” mruczał pod nosem:
– Inteligencja... Rozum... Mądrość... Geniusz...
Uspokojone dzieci już bez ociągania poszły do swojego pokoju i natychmiast zażądały obiadu. Opiekunowie wyszli. Korzystając z ich nieobecności, należało szybko postanowić, co robić dalej?
– Jaki ty, Mironie, jesteś mądry! – zachwyciła się Cyntia. – Okropnie bałyśmy się o ciebie – dodała.
Cyntia, chociaż najmłodsza, uwielbiała opiekować się wszystkimi. Była drobna i niezbyt wysoka jak na swój wiek. Gęste, koloru dojrzewającego zboża włosy, czesała zawsze w dwa warkoczyki. Była dumna, że potrafi zrobić to sama. Delikatna twarzyczka urzekała pięknymi, szafirowymi oczyma. Patrząc w ich głębię, dostrzegało się wielką dobroć i szczere serduszko.
Mela była szatynką o kręconych, sięgających ramion włosach. Spojrzenie wielkich, prawie czarnych oczu ukazywało mądrość, a śliczny uśmiech - życzliwość. Mela była prawie o głowę wyższa od Cyntii, ale przecież miała już dziesięć lat.
Miron natomiast był zwykłym, wesołym chłopcem. Gdy się uśmiechał, na jego policzkach pojawiały się urocze dołeczki. Lubił trochę psocić, lecz jego żarty nigdy nikomu nie wyrządziły krzywdy. Włosy koloru dobrze upieczonej bułeczki nie dawały się uczesać, ale wcale się tym nie przejmował.
– Zamiast gadać o mądrości, lepiej szybko z niej skorzystajmy, nim wrócą komputerowi ludzie! – zawołał chłopiec. – Czy już macie jakiś pomysł?
– Nie, za to wiemy, skąd w tym kraju pochodzą pieniądze. Potem ci powiemy, a teraz dobrze zaplanujmy nasze następne wyjście na dwór – zaproponowała Mela.
Cyntia przytaknęła.
– Zgadzam się, ale najpierw chciałabym wypróbować te kolorowe guziki na ścianie. Może któryś z nich nam się przyda – to mówiąc, wyjęła z kieszeni pisklątko całkiem już przyzwyczajone do nowego „gniazdka”.
Piórka ptaszka stawały się coraz gęściejsze i dziewczynka z radością stwierdziła, że jest to na pewno gołąbek.
– Czemu ci tak wesoło? – zdziwił się Miron.
– Cieszę się, bo to chyba jest najprawdziwszy gołąb pocztowy. Gdy dorośnie, będziemy mogli wysłać przez niego wiadomość do naszych rodziców.
– Ale jak on zgadnie, dokąd ma polecieć?
– Gołębie pocztowe zapamiętują miejsce, w którym po raz pierwszy ujrzały słońce. Będą tam zawsze wracały, choćby miały do pokonania tysiące kilometrów.
Mela rozpromieniła się, jednak na wszelki wypadek spytała:
– Jak długo musi on jeszcze rosnąć, żeby mógł tak daleko polecieć?
– Jeszcze przynajmniej trzy miesiące, a najlepiej trochę dłużej; wtedy będziemy mieli pewność, że nic mu się po drodze nie stanie.
Mela, nieprzygotowana na tak odległy termin, wpadła w rozpacz:
– My nie możemy czekać aż tyle czasu! Przecież Ruben już za sześć dni będzie robił na nas doświadczenia. Nie zdążymy się uratować.
– Nie płacz! Wszyscy już chcemy wracać do domu. Jeśli jednak przez trzy miesiące nie wymyślimy żadnego sposobu ucieczki, to dzięki gołąbkowi będziemy mieli szansę na wysłanie listu. Emulandia musi być gdzieś niedaleko naszego parku, bo przecież błyskawicznie tu przyszliśmy.
– Nie przyszliśmy, tylko oni nas przyciągnęli, a ja nawet miałam przez chwilę uczucie, jakbym nie wiedziała co się ze mną dzieje – sprostowała Mela. – Koniecznie musimy zdobyć mapę. Chyba w tym kraju mają jakieś atlasy?
– Pewnie tak, ale przekonasz się, że w komputerach. A wiecie, co? Powiem Rubenowi, żeby dał nam komputery i książki.
– Mironie, jesteś genialny! Nareszcie wiem, czego mi tutaj tak bardzo brakowało. Czy widzieliście gdzieś choćby jedną książkę?
Nadeszli opiekunowie z jedzeniem na tacach. Zrzucili kartki i długopisy ze stołu, mówiąc:
– Zapraszamy dzieci na obiad!
W trakcie posiłku Mela nie wytrzymała.
– Powiedzcie nam, czy daleko jest stąd do naszego domu?
Tym razem Teofil z wyraźną przyjemnością wypełnił polecenie profesora. Zaśmiewał się na cały głos, krztusząc się w czasie odpowiedzi:
– Cha, cha, cha! Czy daleko? Emulandia znajduje się na kontynencie australijskim, cha, cha, a wy pochodzicie z Europy! Cha, cha!
Dzieci oniemiały. Mela nie potrafiła opanować łez, które polały się szerokim strumieniem, co bardzo zaniepokoiło Rozalię.
– Teofilu, ona jest chora. Spójrz, jakaś woda wylatuje z jej oczu.
– To przecież łzy – sprostował Miron, lecz po chwili, wykorzystał nadarzającą się nieoczekiwanie sposobność. – Powiemy wam, jaka to choroba i jak ją leczyć, jeśli wy spełnicie nasze dwa życzenia: przyniesiecie nam komputer z połączeniem do internetu i dużo książek oraz powiecie, w jaki sposób rozsuwacie ściany.
Teofil i Rozalia czym prędzej udali się do Rubena Wielkiego po instrukcje, a dzieci postanowiły przez ten czas wypróbować przyciski na ścianie.
Cyntia miała zapisywać co się pod każdym z nich kryje, aby nie tracić czasu na powtarzanie tego samego. Mela rozpoczęła próby od przycisków w kształcie gwiazdek.
– Żeby się nie pomylić, będę naciskała od najjaśniejszych do najciemniejszych.
Jako pierwszą włączyła gwiazdkę białą. W jednej chwili cały sufit rozbłysnął milionem pulsujących gwiazd. Był to widok zapierający dech w piersiach, lecz wkrótce wszystko zniknęło.
Następny przycisk – leciutko szary – spowodował przebieganie srebrnych kropeczek z sufitu na ściany, a stamtąd na podłogę. I tym razem trwało to bardzo krótko, a zgasło tak nagle, jak się pojawiło. Miron sprawdził czas – jedna minuta. Cyntia włączała kolejne gwiazdki i wszyscy zapatrzyli się w cudowne zjawiska optyczne roztaczające się przed ich oczyma.
Było pięknie, lecz nic z tego nie wynikało. A przecież dzieci chciały wykorzystać wszystkie dostępne im środki do zorganizowania ucieczki. Najbardziej przerażała je odległość: z Australii do Europy są tysiące kilometrów! I nękało je nie zadane do tej pory pytanie: w jaki sposób w ciągu paru minut znaleźli się aż tak daleko od swojego domu?
Mela postanowiła nie poddawać się złym myślom i wypróbować przyciski prostokątne. Zaczęła od białego. Na jedynej pustej ścianie ujrzeli film, pokazujący bijące się dzieci. Tłukły się po głowach, kopały po nogach, popychały i szarpały za ubrania. Był to przerażający widok!
Do pokoju weszli Teofil i Rozalia. Widząc scenę na ścianie, zaśmiewali się swymi zniekształconymi, komputerowymi głosami.
– Co was tak rozśmieszyło? – powiedział Miron. - Przecież oni mogą zrobić sobie krzywdę.
– Jak to, co? Profesor powiedział, że dzieci w Europie tak właśnie się bawią i cieszą się, gdy komuś wyrośnie na głowie guz, gdy ktoś się przewróci lub gdy uda się komuś podrzeć ubranie.
Scena zniknęła. Cyntia, Mela i Miron byli wstrząśnięci.
– My chyba nigdy nie zrozumiemy dowcipów tego waszego głupiego profesora! – wrzasnęła Mela i znów się rozpłakała.
– Tylko nie to! Nie ta okropna choroba. Mieliście coś na nią zaradzić.
Miron natychmiast skorzystał z okazji.
– Oczywiście. Ale tylko wtedy, gdy wy spełnicie nasze warunki. Gdzie komputer i książki?
– Komputer dostaniecie trochę później, natomiast starych książek używamy jako ekologiczny nawóz dla roślin. W Emulandii już od dawna do czytania służą wyłącznie komputery. Książki zaś są stopniowo mielone i wysypywane pod rośliny. Bo my w ogóle nie stosujemy sztucznych nawozów! – zachwycał się Teofil.
Dzieci widziały tutaj wiele dziwnych rzeczy, ale coś takiego nie mieściło im się w głowach. Odkąd sięgały pamięcią baśnie, opowiadania, powieści, albumy oraz książki naukowe były ich przyjaciółmi. Teraz wyobraziły sobie, że ktoś je miele i wrzuca pod krzaki. Nie! To nie może być prawdą!
– A gdzie są książki, które jeszcze ocalały? – zapytała Cyntia.
– Trzymamy je w kilku piwnicach. Profesor pozwolił wam zabrać ich tyle, ile tylko chcecie, pod warunkiem, że będziecie zdrowi i zadowoleni.
– W takim razie jeszcze dzisiaj chcemy pójść do tych piwnic! – zawołała uradowana Mela. – Mieliście nam powiedzieć, w jaki sposób otwiera się ściany – dodała.
Teofil potarł czoło w głębokim zamyśleniu.
– Profesor powiedział, że musimy sami zdecydować, czy mówić wam o tym, czy nie. A ja nie umiem sam decydować!
Rozalia wpadła na pomysł.
– Teofilu, jeśli zdecydujemy razem, to żadne z nas nie będzie tego robiło samo, prawda?
– No dobrze. To ja powiem połowę i ty połowę. A więc w kieszenie naszych spodni wmontowane są specjalne sterowniki, które wystarczy delikatnie nacisnąć, aby ściana się rozsunęła.
– Każdy obywatel Emulandii ma takie urządzenie. Gdy trochę dorośniecie, na pewno dostaniecie własne sterowniki – uzupełniła Rozalia.
– To dlaczego zewnętrzną ścianę otwieraliście mówiąc: „Sezamie, otwórz się!” – zdziwiła się Mela.
– Cha, cha, cha! – to pytanie rozśmieszyło komputerowych ludzi. – Musieliśmy tak powiedzieć, żeby wejście do pałacu profesora wydawało się bardziej tajemnicze.
– Chodźmy już po te książki! – zniecierpliwił się Miron.
Podczas otwierania ściany dzieci obserwowały kieszenie swych opiekunów, lecz oprócz tego, że obydwoje trzymali w nich ręce, niczego szczególnego nie dało się zauważyć. Widocznie sterowniki były bardzo małe.
Tym razem dzieci nie przyglądały się roślinom, nie napawały się też zapachem kwiatów. Spieszyły na ratunek książkom!
Już na widok pierwszego magazynu wpadły w zachwyt: cała piwnica była po brzegi wypełniona książkami przyrodniczymi, technicznymi, historycznymi i wieloma innymi.
– Czy w naszym domu też są takie piwnice? – spytała Cyntia.
Rozalia nie kryła oburzenia.
– Przede wszystkim, to nie jest zwykły dom, tylko pałac profesora, a więc piwnice są tam największe w całym państwie! Zostały opróżnione z niepotrzebnych książek, a dużą ich część zajmują wspaniałe pałacowe posągi z marmuru i brązu. Dlatego właśnie to jest pałac.
Mela znała się na pałacach o wiele lepiej i wiedziała, że pałac musi mieć odpowiedni kształt, musi być odpowiednio udekorowany obrazami, rzeźbami, starymi meblami. W pałacach posągi służą do oglądania, a nie przechowywania w piwnicy. I każdy pałac ma swoją bibliotekę zapełnioną książkami. Jednak teraz nie chciała spierać się z Rozalią, więc zaproponowała:
– Każcie komuś przenieść wszystkie książki, które jeszcze ocalały, do pałacowych piwnic. Będziemy mogli tam chodzić i wybierać sobie coś do czytania, kiedy tylko zechcemy.
Teofil porozumiał się z Rozalią, co dalej robić. Wspólnie doszli do wniosku, że książki nie będą przeszkadzały profesorowi w jego pustych podziemiach.
– Dobrze. Teraz możecie pobiegać po trawie, tylko nigdzie się nie oddalajcie – oznajmili i poszli w sobie tylko znanym kierunku, aby zorganizować transport.
Trójka przyjaciół zamiast biegać, usiadła pod ścianą na kolejną naradę.
– Jeżeli jesteśmy w Australii, to albo oni nas oszukują i może to jest jakaś miejscowość w Europie o takiej nazwie, albo dostaliśmy się tutaj w tajemniczy sposób. Być może wszyscy byliśmy uśpieni, podróż trwała dwa dni, a obudziliśmy się dopiero tutaj? – zastanawiała się Mela.
– Albo oni wymyślili sposób super szybkiego przemieszczania się? – podsunął Miron.
Cyntia znalazła najprostszy sposób, by to sprawdzić:
– Przecież możemy zapytać naszych opiekunów. Gdyby nie chcieli nam tego wyjaśnić, to ty, Mironie, użalaj się nad sobą, że na pewno zgłupiejesz, jeśli będziesz zbyt długo nad tym rozmyślał.
– Dlaczego tym razem ty nie mogłabyś zgłupieć? – obraził się chłopiec.
Mela szybko wtrąciła:
– Cyntia ma rację. Ja będę ich szantażowała płaczem, Miron utratą rozumu, jeszcze tylko musimy wymyślić coś dla Cyntii.
Cyntia sama wpadła na całkiem dobry pomysł.
– Widzieliście, jak Teofil wystraszył się naszego pisklątka? Ponieważ każdy wie, że interesuję się zwierzętami, to gdy nasz opiekun nie będzie chciał spełnić jakiejś prośby, powiem, że przyniosę sobie do pokoju nowego ptaka, a najlepiej kilka na raz, w celu poszerzania zainteresowań. Myślę, że będzie wolał wypełnić każdy nasz rozkaz, niż mieć tutaj ptaszarnię.
– Super! – Miron zachwycił się, nie po raz pierwszy zresztą, swoją młodszą koleżanką. – A ja im jeszcze rozkażę przynieść aparat fotograficzny. Będziemy wszędzie robić zdjęcia i potem pokażemy całemu światu, co tu wyprawia Ruben Wielki z całą swoją bandą.
Gdy tak rozmawiali, przejechali przed nimi jacyś dwaj panowie na gingerach. Dzieci natychmiast zapragnęły wypróbować te pojazdy. Zastanawiały się, skąd je wziąć. Nigdzie w pobliżu nie pasły się też żadne gotowe do przejażdżki emu. Stanęły, rozglądając się na wszystkie strony, gdy nagle zobaczyły coś, czego im tutaj oprócz książek, tak bardzo brakowało. Oto zza budynku z niebieskim dachem wyłoniło się dwóch chłopców, prowadzonych za ręce przez dziwacznych opiekunów. Miron, Mela i Cyntia błyskawicznie do nich podbiegli, wołając z zachwytem:
– Cześć! Jak się nazywacie? Gdzie mieszkacie? Chodźcie się z nami bawić!
Wysoki, szczupły chłopiec nie krył oburzenia:
– Co to za dzikusy? Dlaczego oni tak hałasują? Mogę się przez nich pomylić w obliczeniach, a właśnie kończyłem opracowywanie odpowiedniego składu chemicznego najnowszej potrawy dla geniuszy. Natychmiast ich stąd zabierzcie! – rozkazał opiekunom na zakończenie swojej przemowy.
Twór komputerowy, który odezwał się pierwszy, był dużo gorzej wykonany od Teofila i Rozalii. Mówił bardzo niewyraźnie i trudno było określić, czy jest to kobieta, czy mężczyzna.
– Wynoście się stąd! Na ten trawnik wyprowadzamy na spacer Edgara i Anatola.
To wszystko było tak nieprawdopodobne, że Miron nie mógł się ruszyć z miejsca, by dać temu nadętemu Edgarowi nauczkę. Anatol, patrzył na wszystkich z politowaniem. Do tej pory nie odezwał się ani słowem.
Cyntia podeszła do niego i zapytała grzecznie:
– Dlaczego nie chcecie się z nami bawić?
– A dlaczego ty jesteś taka głupia? My jesteśmy geniuszami, a wy nam przeszkadzacie. Idźcie stąd! – okazało się, że Anatol jednak umie mówić. Równie nieprzyjemnie jak jego kolega.
Miron, słysząc obraźliwe słowa skierowane do przyjaciółki, nie wytrzymał i rzucił się na nadętego chłopaka z pięściami. Anatol był gruby i niski, a przy tym strasznie niezdarny. W ułamku sekundy leżał więc na trawie, wrzeszcząc wniebogłosy:
– Ratunku! On mnie zabił! Ratunku!
Komputerowe stwory chyba nie miały instrukcji, jak w takiej sytuacji postąpić, gdyż tylko patrzyły to na Mirona, to na Anatola, powtarzając w kółko:
– Wynoście się stąd! Wynoście się stąd!
Nie chcąc marnować więcej czasu na przemądrzałków, dzieci pobiegły w stronę domu z czerwonym dachem, na którym widniał posąg chudego, pomarszczonego osobnika z dużym garbatym nosem. Właśnie spoglądały w górę, wyobrażając sobie właściciela tego budynku, gdy usłyszały bardzo dziwny dźwięk dochodzący zza ściany. Podeszły bliżej. Cichutkie odgłosy przypominały płacz dziecka. Meli zakręciły się łzy w oczach i już miała się rozpłakać, gdy ściana obok nich się rozsunęła, a spoza niej wyszedł człowiek identyczny jak ten, którego przedstawiał posąg.
– Dzień dobry, panu! Czy mógłby nam pan powiedzieć, gdzie znajduje się wypożyczalnia gingerów? – zapytała Cyntia, biegnąc w stronę mężczyzny.
Starszy pan stanął jak wryty. Sprawiał wrażenie przestraszonego, więc dzieci wcale się go nie bały. Miron i Mela z uśmiechem na ustach podeszli bliżej.
– Proszę pana, my od kilku lat marzymy o przejażdżce na tych fajnych pojazdach, ale do tej pory nie mieliśmy takiej możliwości – wytłumaczył Miron.
Na twarzy siwego starca zagościł uśmiech.
– Sprawicie mi wielką radość, jeśli weźmiecie wszystkie moje gingery! Jestem za stary, żeby na tym jeździć, ale z przyjemnością popatrzę na jazdę tak jak wy grzecznych dzieci. Byłbym szczęśliwy, jeśli w zamian pomożecie mi w pewnej trudnej sprawie. Czy potraficie dochować tajemnicy? A, jeszcze coś. Mówcie do mnie dziadku, dobrze?
Cała trójka była tak zauroczona starszym panem, że wszyscy gotowi byli przyrzec dużo więcej, niż tylko dochowanie tajemnicy.
– W takim razie chodźcie do mojego domu.
Weszli do salonu prawie tak dużego, jak w pałacu profesora, lecz zupełnie inaczej urządzonego. Dokoła znajdowały się kanapy a między nimi przepiękne alabastrowe posągi, delikatnie oświetlone ukrytymi lampkami. Tuż za nimi zielonolistne pnącza oplatały ścianę. Mela od razu rozpoznała w rzeźbach dzieła Donatella i Michała Anioła, które kiedyś znajdowały się we Włoszech.
Dziadek udał się do jakiegoś pomieszczenia, by po chwili przyprowadzić im trzy prawie nowe gingery! Cyntia dostała granatowego, Mela zielonego a Miron czerwonego.
– Czy możemy zatrzymać je na zawsze? – Chłopiec nie mógł uwierzyć w swoje szczęście.
– Oczywiście! Gdzie mieszkacie?
– W pałacu, który wcale nie jest prawdziwym pałacem. Mieszkamy u profesora Rubena. – odparła Mela.
– U profesora Rubena Wielkiego?! – wykrzyknął dziadek zaskoczony tą wiadomością. – W takim razie gingery, chociaż będą wasze, musicie zostawiać u mnie. No, a teraz już idźcie jeździć!
Nie trzeba im było tego dwa razy powtarzać. Miron wyjaśnił dziewczynkom, gdzie znajduje się pokrętło gazu a gdzie hamulec i ruszyli w drogę. Na takim pojeździe nie można rozwinąć większej prędkości niż 20 km/godz., więc nawet dla dzieci jest on bardzo bezpieczny. Chociaż trzeba stać trzymając się kierownicy, to i tak jazda jest fascynująca. Miron zaproponował, że będzie jechał przodem i spróbuje znaleźć coś ciekawszego, niż tylko podobne do siebie domy czy trawniki.
Podczas jazdy Cyntia zauważyła pod ścianami budynków wiele ciekawych roślin, dzięki którym orientowała się w przestrzeni. Z kolei Mela rozpoznawała drogę po posągach. Tylko Miron nie zawracał sobie tym głowy, licząc na pomoc przyjaciółek.
– Pojedźmy teraz do naszego pałacu, a stamtąd wrócimy do dziadka – powiedział Miron po godzinnej przejażdżce.
W pobliżu domu ich nowego dziadka znów usłyszeli cichutki płacz. Może już wkrótce poznają tajemnicę starszego pana?
– Dziadku! Dziadku! Wróciliśmy! Otwórz nam! – wołały zadowolone dzieci.
Po chwili rozsunęła się ściana, staruszek wyszedł i popatrzył ze wzruszeniem na rozpromienione szczęściem twarzyczki. Już bardzo, bardzo dawno nie widział prawdziwej radości.
– Dziękujemy ci, dziadku. Teraz z chęcią pomożemy rozwiązywać wszystkie zagadki, jakie tylko dla nas wymyślisz!
Serce pana Alberta (bo tak miał na imię) wezbrało żalem. Nie wiedział, w jaki sposób tym dobrym dzieciom można wytłumaczyć straszną, od dwóch lat dręczącą go tajemnicę. W końcu zdecydował opowiedzieć wszystko od początku. Poprosił, aby usiadły na kanapie, a on przyniesie coś do picia i może znajdzie jakieś ciasteczka, bo czeka ich bardzo długa opowieść. Gdy wszyscy rozsiedli się wygodnie i zajęli chrupaniem smakołyków, starszy pan wrócił pamięcią do czasów swego dzieciństwa.
– Przyprowadzono mnie tutaj dawno temu, gdy byłem jeszcze małym chłopcem. Miałem dopiero dziesięć lat. Nie bawiłem się jednak tak, jak inne dzieci. Bardzo kochałem książki oraz wymyślanie eksperymentów związanych z telekomunikacją. Stało się to całym moim życiem.
Cyntia przerwała opowieść, pytając ze współczuciem:
– I nawet nie miałeś kolegów?
– Oczywiście, że miałem! Chłopcy zawsze bardzo chętnie pomagali mi w przeprowadzaniu doświadczeń. Skonstru-owałem kiedyś nadajniki, dzięki którym mogliśmy się wszędzie porozumiewać: w domu, w szkole, na ulicy. Były malutkie, bardzo wygodne w użyciu i nie trzeba było płacić za rozmowę tak jak płaci się za telefon. Często też jeździłem z moimi kolegami rowerem, gdyż fascynował mnie ten pojazd i mogłem go po swojemu udoskonalać.
Pewnego dnia wyszedłem do szkoły, bez nadajnika i właśnie wtedy t o się stało. Nagle zza krzaków wyskoczyły dwie dziwne postacie, złapały mnie za ręce i pociągnęły tak gwałtownie, że nawet nie zdążyłem krzyknąć, a już byłem w Emulandii. Profesor Ruben Wielki rządzi tym krajem od niepamiętnych czasów!
Miron zdziwił się.
– Przecież on nie jest aż taki stary.
– Wręcz przeciwnie, jest nawet prastary. Wymyślił miksturę na nieśmiertelność i ciągle jej zażywa. Jak dotąd jeszcze nikomu nie zaproponował skorzystania ze swego wynalazku. Uważa, że nikt nie dorównuje mu mądrością, a tylko takiemu warto przedłużać życie. Dlatego wszyscy wokół się starzeją, a on nie.
Zasłuchane dzieci ogarniał coraz większy strach..
– Co potem z tobą zrobili, dziadku?
– Zostałem przedstawiony profesorowi. Dokładnie mi się przyjrzał, następnie zaczął zadawać pytania. Pytał o pewne ciekawe wynalazki, o których niedawno czytałem i był przy tym taki wesoły, że z chęcią mu odpowiadałem. Dopiero, gdy kazał mnie zaprowadzić do „mojego” pokoju i przekonałem się, że muszę zostać tutaj na zawsze, wystraszyłem się nie na żarty. Zostałem sam z jakimś okropnym sztucznym opiekunem. On nawet nie umiał dobrze mówić, ale pilnował jak cerber.
– I co było potem?
– Potem miałem trochę szczęścia. Przypadkowo usłyszałem rozmowę Rubena Wielkiego z innym profesorem. Omawiali różne sposoby udoskonalenia mojej inteligencji.
Mela wstrzymała oddech na myśl o tym, co teraz usłyszy. Przecież z nimi mogą zrobić to samo!
Pan Albert ciągnął dalej:
– Ich plan wyglądał tak: najpierw zamierzali przeprowadzić na mnie całą serię testów psychologicznych, oceniających moje naturalne zdolności, po czym wykonać badanie mojego mózgu przy pomocy rezonansu magnetycznego (czyli takie tworzenie mapy mózgu). To pozwoliłoby odnaleźć najwłaściwsze miejsce do wszczepienia odbiornika wszelkich informacji, które chcieli mi w przyszłości dostarczać. Dzięki temu, że długo się o coś spierali, zdołałem usłyszeć, gdzie przechowują prototypy{2} tych urządzeń. Postanowiłem dostać się tam nocą i przerobić je na zupełnie nieszkodliwe kawałki kryształków.
– Ale jak zdołałeś przejść przez rozsuwane ściany?
– Akurat to nie stanowiło dla mnie żadnego problemu. Jak już wam mówiłem, mój egzemplarz opiekuna był niezbyt dobrze wykonany. Od razu zauważyłem, że otwierając drzwi, wkładał rękę do kieszeni i coś tam naciskał. Gdy mi podawał kolację, niby niechcący upuściłem talerz na podłogę, tłukąc go przy okazji. Opiekun się wystraszył, zaczął niezdarnie sprzątać, a ja niepostrzeżenie wyciągnąłem z jego kieszeni pilota do fotokomórki rozsuwającej ściany (oni to nazywają sterownikiem). Schowałem go pod umywalką. Strażnik wyszedł z pokoju zwykłymi drzwiami i niczego nie zauważył. Do tej pory nie wiem, skąd wziął potem drugi sterownik, ale specjalnie mnie to nie interesuje. W każdym razie udało mi się bezpiecznie dotrzeć do laboratorium i zamienić wszystkie kryształki – procesory na zwykłe kryształki, których tam było pełno. Zawdzięczam to swojej pasji do elektroniki. Badania, szczególnie operacja, nie były przyjemne, ale jakoś przeżyłem. Od tamtej pory musiałem pracować naukowo ze zdwojoną energią, by Ruben Wielki nie dowiedział się nigdy o moim podstępie. Zostałem profesorem, mam własne laboratorium. A jednak jestem bardzo nieszczęśliwy...
– Dlaczego? – Mela miała łzy w oczach.
– Już nigdy nie zobaczę rodziców, ani swojej ukochanej babci. Co prawda, oni już chyba nie żyją. Najgorsza jednak jest dla mnie pewna tajemnica, której sam nie potrafię dłużej znosić.
Dziadek pochylił głowę i długo milczał. Dzieci myślały, że nie powie im już niczego więcej, gdy nagle podniósł się z kanapy i rzekł:
– Chodźcie ze mną, sami się przekonacie, czy można nie rozpaczać, widząc tak wielkie nieszczęście.
Poprowadził ich długim korytarzem, potem schodami w dół, aż znaleźli się w przestronnej, dobrze oświetlonej piwnicy. Leżał tam na łóżku mały chłopiec. Jego wielkie, ciemne oczy zapadały się w wychudłej twarzyczce. Czarne, potargane włosy sięgały ramion. Ubrany był w krótkie, granatowe spodenki na szelkach i niebieską podkoszulkę. Całe ubranie miał wygniecione i poplamione jedzeniem. Na widok obcych przestraszył się i skulił w kąciku łóżka. Dzieci patrzyły z przerażeniem, a jednocześnie z ogromnym współczuciem.
– Nie wiem nawet jak ma na imię. W ogóle się nie odzywa, nie chce jeść i ciągle płacze. Chciałbym, żebyście spróbowali nawiązać z nim kontakt, bo w końcu umrze z głodu. Tylko pamiętajcie: nie wolno wam o nim nawet wspomnieć. Obydwaj bylibyśmy zgubieni!
– Skąd się tutaj wziął?
– To długa historia, a wy już musicie wracać do pałacu, żeby nikt nie zainteresował się zanadto tym, co was do mnie sprowadziło. Gdyby ktokolwiek o to pytał, odpowiadajcie, że po prostu pożyczacie ode mnie gingery. Wszyscy w to uwierzą, gdyż wiedzą, że ja już na nich nie jeżdżę. A teraz żegnajcie! – to powiedziawszy odwrócił się szybko, aby nikt nie dostrzegł wielkiej łzy, która właśnie stoczyła się z jego oka.
– Do zobaczenia, dziadku! Jutro na pewno przyjdziemy! – krzyknęły dzieci i szybko pobiegły do swojego domu.
Stanęły przed ścianą zastanawiając się, jak wejść do środka, gdy przez okno wyjrzał profesor, śmiejąc się z dowcipu, który dopiero miał powiedzieć.
– Cha, cha, cha! Zawsze mówcie przed tymi drzwiami „Sezamie, otwórz się!”, a ściana sama się rozsunie! Cha, cha, cha!
Dzieci zorientowały się, że profesor nie ma pojęcia, ile już wiedzą o Emulandii. Z poważnymi minami wypowiedziały zaklęcie. Ściana się rozsunęła, więc weszły do środka. Miron pomyślał:
„Musimy sprawdzić, czy on zaprogramował ten mechanizm na nasz głos, czy po prostu sam nam otworzył. Oczywiście, lepsze byłoby to pierwsze.”
W pokoju czekały na nich dwie niespodzianki: pisklątko miało już takie upierzenie, że Cyntia, klaszcząc w dłonie, oznajmiła:
– Nie myliłam się! To jest na pewno gołąb pocztowy. Gołąbeczku kochany, tak bardzo się z ciebie cieszę!
Ptaszek rozpoznał dzieci. Podskakiwał niezdarnie na łóżku Cyntii, gdzie go rano zostawiła i wesoło gruchał.
Drugą niespodziankę sprawiła im Rozalia. Podając klucz do piwnicy, oznajmiła:
– Już zgromadziliśmy tam wszystkie książki! Zaraz pokażemy wam drogę, tylko pamiętajcie – sami nie plączcie się po całym pałacu, bo może was spotkać coś niedobrego!
Do piwnicy należało iść w przeciwnym kierunku niż do salonu z fontanną. Cyntia ponownie zaczęła liczyć kroki, choć wcale nie była pewna, czy kiedykolwiek ta informacja im się przyda. W tej części korytarza poustawiano pod ścianami byle jak posągi z brązu. Nie były one tak piękne jak u dziadka, choć także wykonane przez znanych rzeźbiarzy.
Wreszcie dotarli do pomieszczenia z książkami. Mela wybrała sobie kilka albumów o sztuce, Cyntia o zwierzętach i roślinach, Miron zaś sięgnął po książki techniczne, patrząc na datę wydania, żeby nie tracić czasu na czytanie przestarzałych informacji. Każde z nich wzięło też po jednej powieści do poczytania przed snem.
Zadowoleni, wrócili ze swymi skarbami do pokoju, gdzie natychmiast zabrali się za lekturę, zapominając nawet o jedzeniu. Dopiero Teofil i Rozalia przypomnieli im o posiłku. Dzieci nie były zanadto głodne – u profesora Alberta najadły się pysznych, czekoladowych ciasteczek, jednak bały się o tym powiedzieć, więc musiały ile się dało w siebie i zawsze głodnego ptaszka.
Cyntia zastanawiała się, w jaki sposób nauczy gołąbka fruwać, Mela w tym czasie marzyła o spisaniu wszystkich antyków znajdujących się w Emulandii i tylko Mironowi przypomniało się najważniejsze pytanie, które już dawno mieli zadać opiekunom.
– Jakim sposobem, w tak krótkim czasie przedostaliśmy się z Europy do Australii?
Komputerowe stwory, jak zwykle, nie były przygotowane do odpowiedzi. Kazały grzecznie jeść, a same udały się po instrukcje.
Po paru minutach wróciły z zadziwiającą wprost odpowiedzią!
– Wiecie, co to jest tunel czasoprzestrzenny?
Miron odparł z miną znawcy:
– Pewno, że wiem! Taki tunel skonstruowano dopiero niedawno do przenoszenia fal dźwiękowych i to tylko w warunkach laboratoryjnych. Wynaleziono też tunel do przesyłania cząsteczek, ale w tym wypadku na jego końcu trzeba było umieścić matrycę do odtworzenia prototypu.
– Europa jest niezmiernie opóźniona w rozwoju – odparł Teofil. – Emulandczycy od wielu lat wykorzystują tunele czasoprzestrzenne do transportowania wszystkiego, co jest nam potrzebne lub do wysyłania sprzedawanych przez nas urządzeń i antyków.
Cyntia i Mela nie miały pojęcia, o co chodzi.
– Wytłumacz nam, Mironie, co to są, te tunele!
Chłopiec z dumą popisywał się swoją wiedzą:
– W takim tunelu, a może to być wyznaczona w powietrzu przestrzeń jak dla samolotów, przedmioty poruszają się z prędkością światła. Ponieważ przy tej prędkości masa jest równa zeru (co wynika z teorii Einsteina), to każdy przedmiot musi najpierw zniknąć, aby po drugiej stronie pojawić się na nowo.
– Jaki ty jesteś mądry! – zachwyciła się Cyntia, za to Mela wystraszyła się nie na żarty.
– To znaczy, że my najpierw zniknęliśmy, a potem pojawiliśmy się na nowo? Czyli przez chwilę byliśmy niewidzialni?
– Oczywiście! - odpowiedział Miron, coraz bardziej z siebie zadowolony.
Na szczęście w porę przypomniał sobie zachowanie Edgara i Anatola, więc szybko przestał się przechwalać.
– W którym miejscu ten wasz tunel ma początek i jak można do niego wejść? – zapytał.
Tym razem Teofil się zdenerwował:
– Teraz zadałeś pytanie, na które nie mogę ci odpowiedzieć! Mogę bardzo dokładnie wyjaśnić sposób znikania i pojawiania się. Jesteśmy z Rozalią zaprogramowani na tysiące odpowiedzi dotyczących nauki, a ty zaraz: gdzie to, a gdzie tamto, jakbyś zamierzał stąd uciec.
Widząc, że tym razem nie dowiedzą się niczego więcej, dzieci zajęły się książkami. Jeszcze tylko Mela coś sobie przypomniała i westchnęła ze smutkiem:
– A wam profesor kazał nas rozśmieszać, tymczasem co chwilę na nas krzyczycie...
– To dlaczego wcale się nie śmiejecie z krzywych luster? – zapytała Rozalia, po czym zaczęła stroić miny i podskakiwać, patrząc na swoje zniekształcone odbicie.
– Sami się śmiejcie z takich głupot! – krzyknął Miron. –Czy wam ten Ruben, niby taki wielki, nie wprowadził do głów więcej rozumu? Powiedzcie mu, że jeszcze dziś chcemy z nim porozmawiać!
Wystraszył tym nie tylko opiekunów, lecz przede wszystkim obie dziewczynki. Obawiały się, że Ruben zacznie wcześniej niż zamierzał przeprowadzać na nich swoje doświadczenia. Teofil szybciutko wybiegł z pokoju, aby po kilku minutach powrócić z profesorem.
– Podobno za mną tęsknicie?
Cyntia zdobyła się na odwagę.
– Chcieliśmy się tylko dowiedzieć, gdzie zaczyna się tunel czasoprzestrzenny oraz gdzie przebywają inne dzieci?
– O! Dzieci jest u nas bardzo dużo! Ale one rzadko wychodzą na dwór. Wolą się uczyć lub pracować w naszych laboratoriach.
– To kiedy się bawią?
– Jak to, bawią? Zabawa niczego człowiekowi nie daje. Żeby się dobrze rozwijać, wystarczy odżywiać się odpowiednio, dużo się śmiać, a jeszcze więcej myśleć.
– A z czego my się mamy śmiać? Z tych głupich luster? A może z tego, że tak bardzo tęsknimy do swoich rodziców?
