Dziwne światło - Alex Kłoś - ebook

Dziwne światło ebook

Alex Kłoś

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

„Dziwne światło” to druga odsłona przygód Jesusa Kowalskiego. Akcja toczy w niezbyt odległe, ale już całkiem innej przyszłości. Jesus to Pięćdziesięciokilkuletni gość z Warszawy, który kiedyś był dziennikarzem, a teraz po prostu pracuje na życie na ochronie. Jest jednym z szarych ludzi przesuwających się codzienne chodnikami metropolii. Nie szuka problemów, ale one znaj dują go same. Po raz kolejny los wystawia go do walki o najwyższą stawkę. Tym razem osią fabularną jest lądowanie UAP/UFO. Nie spojlerując zdradźmy, że przybysze z dalekiego kosmosu lądują pod Warszawą. Stolica Polski staje się sceną historycznego przełomu, a Jesus?... On jak zwykle poznaje piękną kobietę i ląduje w środku zamieszania, która przerasta wszystkie skale. Nic nie jest już tym, na co wygląda, a stawką jest wszystko.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 479

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redak­cja, redak­cja tech­niczna i korekta: Mag­da­lena Reczko Okładka: Lech Majew­ski

© Copy­ri­ght by Agen­cja Wydaw­ni­cza Mako Press sp. z o.o. Alex Kłoś War­szawa 2026

ISBN 978-83-89737-25-0

Wszel­kie prawa zastrze­żone Treść nie może być ani powie­lana, ani roz­po­wszech­niana, ani kopio­wana przy uży­ciu urzą­dzeń elek­tro­nicz­nych, mecha­nicz­nych czy nagry­wa­ją­cych bez pisem­nej zgody posia­da­czy praw autor­skich. Treść książki jest rów­nież dostępna w postaci ebo­oka i audio­bo­oka.

Wydawca: Agen­cja Wydaw­ni­cza Mako Press Sp. z o.o. 02-757 War­szawa, ul. Pory 59/114 Kon­takt: e-mail: maciej.foto­[email protected]

Dotych­czas wydane książki tego autora, Pułapka, Wię­zienny blues oraz 63 noce są rów­nież dostępne w postaci papie­ro­wej, ebo­oka i audio­bo­oka.

Książka, którą naby­łeś, jest dzie­łem twórcy i wydawcy. Pro­simy abyś prze­strze­gał praw, które im przy­słu­gują. Jej zawar­tość możesz udo­stęp­nić nie­od­płat­nie bli­skim lub oso­bi­ście zna­nym, ale nie publi­kuj jej w Inter­ne­cie. Jeśli cytu­jesz jej frag­menty, nie zmie­niaj ich tre­ści i koniecz­nie zaznacz, czyje to dzieło. Kopiu­jąc ją zrób to jedy­nie na uży­tek oso­bi­sty. Sza­nujmy cudzą wła­sność i prawo.

Pol­ska Izba Książki

Wię­cej o Pra­wie Autor­skim na www.legal­na­kul­tura.pl

Ewen­tu­alne podo­bień­stwo do jakich­kol­wiek osób i zda­rzeń jest przy­pad­kowe i nie­za­mie­rzone.

Kilka zdań od autora, na start lub na koniec

Oto moja histo­ria, którą napi­sa­łem, pra­cu­jąc na par­kingu. Sie­dzia­łem w budce przy szla­ba­nie na Siel­cach, w War­sza­wie rzecz jasna. Pisząc w takim miej­scu byłem wysta­wiony na mocną eks­po­zy­cję rze­czy­wi­sto­ści, która wido­mymi sobie tylko szpa­rami prze­cie­kała do tych opo­wie­ści.

Bez wąt­pie­nia mia­łem ide­alne sta­no­wi­sko obser­wa­cyjne. Dwie duże szyby, przed nosem par­king i sklep spo­żyw­czy, po pra­wej kawiar­nię dla malu­chów, Żabkę i przed­szkole. Trzy czte­ro­pię­trowe apar­ta­men­towce, a po lewej pię­cio­pię­trowy biu­ro­wiec. W nim klub fit­ness i pry­watne przy­chod­nie lekar­skie oraz kilka kor­po­ra­cji. Wszy­scy znali się tam dobrze z widze­nia. Wio­sna, lato, jesień, zima. Miliony chwil, spoj­rzeń, pozdro­wień, kawał życia.

Moje pisa­nie nie zakłó­cało w niczym par­kin­go­wych rutyn, nie było skarg, ludzie mnie chyba polu­bili. Latem skwar, zimą okropny ziąb. Przed­wio­śnie takie, że naprawdę z całego serca wycze­kuje się nadej­ścia wio­sny i cie­płych dni, a potem, kiedy jest już dwa­dzie­ścia osiem stopni, sie­dzi się bez włą­czo­nego wia­traka, cie­sząc się z upału, bo w pamięć są wryte dłu­gie, mroźne chwile. Opa­lony na brąz byłem już w maju. Mia­łem dużo ruchu, który zapew­niało nie­ustanne wsta­wa­nie od biurka i lata­nie po par­kingu. Wra­ca­łem do budki z takich wypa­dów, nio­sąc w gło­wie świeże pomy­sły na kolejne słowa i zda­nia. Gdy pisze się w takim poło­że­niu, to obraz życia jest wyraźny, tym bar­dziej, że po dru­giej stro­nie, odda­lo­nego o jakieś trzy­sta metrów skrzy­żo­wa­nia, zaczyna się Czer­ska, na któ­rej pod ósemką jest Agora. Spółka wyda­jąca „Gazetę Wybor­czą”, w któ­rej miej­skim dodatku spę­dzi­łem trzy­na­ście lat repor­ter­skiego życia. Teraz życie zapro­wa­dziło mnie do budki, w któ­rej, tak jak wtedy, na­dal pisa­łem. Sie­dzia­łem przy szla­ba­nie i byłem jak igła gra­mo­fonu, która zbiera melo­dię z drga­ją­cego od rana do nocy rytmu życia. Jak każdy autor, czer­pa­łem ze swo­ich doświad­czeń, ale tym razem dość oszczęd­nie. Tak powstała opo­wieść pod­le­wana sosem poran­ków i zacho­dów słońca. W week­endy towa­rzy­szyła mi gitara.

Sielce są miej­scem chyba naj­waż­niej­szym dla powo­jen­nego war­szaw­skiego folk­loru. Pół kilo­me­tra dalej, w stronę Bel­we­der­skiej, przy Tatrzań­skiej, miesz­kał przed wojną Sta­ni­sław Grze­siuk, a przy Pod­cho­rą­żych i Gaga­rina w latach 60. muzycy z Kapeli Czer­nia­kow­skiej. Kie­dyś pisa­łem o nich jako repor­ter, teraz sam gra­łem na ulicy nagrane przez nich dawno temu pio­senki. Gdyby nie wspo­mniane już trzy lodo­wate zimy i wysu­sza­jące na pył skwarne lata, z czy­stym sumie­niem pole­cił­bym to miej­sce jako swo­isty domek pracy twór­czej. Miej­sce, w któ­rym ulica sama dyk­tuje słowa i przy oka­zji można zaro­bić na prze­ży­cie.

Powieść tę dedy­kuję Sta­ni­sła­wowi Jew­gra­fo­wi­czowi Pie­tro­wowi. Czło­wie­kowi, który ura­to­wał świat.

Alex Kłoś

Wszystko. Woda, ludzie, skały i rośliny two­rzą atomy, które powstały w gwiaz­dach. Gwiaz­dach, które naro­dziły się, roz­kwi­tły i wybu­chły. Wszystko powstało z gwiezd­nego pyłu. Jeste­śmy jego dziećmi. We wszyst­kich zakąt­kach Wszech­świata.

W nie­zbyt odle­głej przy­szło­ści…

Rozdział 1. DZIWNE ŚWIATŁO

Roz­dział 1DZIWNE ŚWIA­TŁO

– JEŻELI CHCESZ JESZ­CZE TRO­CHĘ POŻYĆ, TO DOBRZE CI RADZĘ: SPIER­DA­LAJ STĄD.

– Do mnie mówisz? – zapy­ta­łem Daniela.

– Nie, Jesus. Do muchy.

To był upalny, długi, letni dzień. Przez szybę budki sto­ją­cej przy szla­ba­nie paliło słońce, a mucha naj­wy­raź­niej była już kom­plet­nie znu­dzona życiem. Sie­działa na bla­cie od jakichś pię­ciu sekund, a Daniel zawisł nad nią, trzy­ma­jąc w lewej ręce starą, brudną, pla­sti­kową packę. Może nie jak topór, ale z pew­no­ścią jak wyrok śmierci. Od kilku minut cier­pli­wie cze­kał na ten moment i w końcu wylą­do­wała cen­tral­nie przed nim. Miał ide­alną pozy­cję do strzału, któ­rym uka­trupi agenta cha­osu, wpro­wa­dza­ją­cego do naszej budki zamie­sza­nie. Packa świ­snęła i roz­gnio­tła to czym była mucha na gru­bej tafli sta­rego pleksi, leżą­cego na brud­nym bla­cie. Tuż obok krót­ko­fa­ló­wek. Ni­gdy w życiu nie widzia­łem tak zasy­fia­łych komu­ni­ka­to­rów. Nikt ich chyba ni­gdy na tym obiek­cie nie uży­wał, bo były oble­pione lisza­jem brudu. To miej­sce skła­dało się ze smrodu sta­rych butów, resz­tek kostki sza­rego mydła i taniej pocie­chy dez­odo­rantu. Gdyby pra­co­wała tu jakaś kobieta, to może nie byłoby aż tak bru­tal­nie, ale w gra­fiku byli sami faceci. Eme­ryci i ren­ci­ści.

Zado­wo­lony z sie­bie Daniel odło­żył packę i z ulgą uło­żył dłoń na myszce, spe­cjal­nej, ergo­no­micz­nej, do gra­nia w gry. Ja nie gram, mam nor­malną myszkę, a to była myszka zabójcy, lśniąca, pla­sti­kowa śmierć. Daniel jeź­dził czoł­giem po świe­cie, który poja­wiał się na ekra­nie jego lap­topa, wjeż­dżał w zagaj­niki, krył się za domami, zacza­jał na szczy­tach wzgórz i zabi­jał, zabi­jał, zabi­jał. Był nisz­czy­cie­lem czoł­gów i cze­kał cier­pli­wie na tę rolę przez cały dzień. Na moment, w któ­rym będzie mógł wresz­cie odpa­lić „World of Tanks”. Czas dłu­żył się nie­mi­ło­sier­nie, bo przez cały dzień w war­towni tak naprawdę nie działo się nic, nie licząc tego, że cza­sem trzeba było przy­ci­snąć guzik pod­no­szący szla­ban i podać arku­sze wjazdu kie­rowcy cię­ża­rówki, który wpro­wa­dzał manu­al­nie do środka swój auto­no­miczny zestaw. Nasza robota pole­gała na wypeł­nio­nym uwagą nic­nie­ro­bie­niu, a ja sie­dzia­łem tu dziś w ramach nad­go­dzin. Odbęb­ni­łem swoje dwa­dzie­ścia cztery godziny i gdy wczo­raj rano wró­ci­łem do domu, o szes­na­stej zadzwo­nił koor­dy­na­tor i powie­dział: „Panie Jesu­sie, potrze­buję pana jutro na jeden dzień na Tar­gówku. Na poste­runku przy hur­towni pla­stiku. Sie­dem­na­ście godzin. Da pan radę?”.

Wzią­łem, bo zawsze to parę zło­tych wię­cej. Jedni sie­dzą w tym miej­scu na dwu­dziest­kach czwór­kach, a dru­dzy na sie­dem­nast­kach. Minuta życia warta cztery złote. Ten od sie­dem­na­stek aku­rat zanie­mógł i ja sie­dzia­łem zamiast niego. Szla­bany były dwa: wjaz­dowy i wyjaz­dowy. I dwa pokrę­tła: góra – dół. To chyba ostat­nie takie miej­sce, przy­czó­łek sta­rego świata, w któ­rym nie ma jesz­cze ani grama sztucz­nej inte­li­gen­cji. Daniel powie­dział, że to przez panią pre­zes, która chciała zacho­wać ludz­kie miej­sca pracy.

Przez sie­dem­na­ście godzin kil­ka­na­ście razy zanio­słem papiery do cię­ża­ró­wek i z nudów zro­bi­łem nikomu nie­po­trzebny obchód. Daniel naci­skał, żeby za dużo nie cho­dzić, bo jesz­cze ci z biura pomy­ślą, że dwóch gości na war­towni jest nie­po­trzebnych, bo jeśli jeden tyle cho­dzi, to może jeden do szla­banu wystar­czy. Po sie­dem­na­stej biuro hur­towni pusto­szało i dwu­pię­trowy budy­nek zamie­niał się w szare wia­derko porzu­cone na placu zabaw, po któ­rym pomię­dzy otwar­tymi na oścież halami jeź­dzili pale­cia­kami robot­nicy, głów­nie Ukra­ińcy zatrud­nieni na umo­wie zle­ce­nie za naj­niż­szą kra­jową. I wtedy wresz­cie w budce wybu­chała „Wojna Czoł­gów”. Daniel porzu­cał nudną rolę przy­kle­jo­nego do szyby szla­ba­nia­rza i zamie­niał się w czoł­gi­stę. Był tu kie­dyś koleś, który nie do końca wszedł w rolę i tak wsiąkł w tele­fon, że prze­ga­pił panią pre­zes, sto­jącą swoim wodo­ro­wym Porsche pod szla­ba­nem. Pode­szła w końcu do uchyl­nego okienka i zapy­tała: „Czy ja mogę wje­chać?”. To było ostat­nie, co tu usły­szał, bo pół godziny póź­niej zadzwo­nił koor­dy­na­tor z infor­ma­cją, że może się pako­wać.

Teraz mówi­łem coś do Daniela, a on odwró­cił się i patrzył zza oku­la­rów zmę­czo­nymi, załza­wio­nymi oczami sta­rego czoł­gi­sty. Przez dwa lata walił tu pięć razy w tygo­dniu sie­dem­nastki, mieszka nie­da­leko i nie było jakie­goś więk­szego pro­blemu. W końcu, mie­siąc temu odszedł z roboty facet, który pra­co­wał na dwu­dziest­kach czwór­kach i Daniel dostał od życia to, czego chciał. Spo­śród kil­ku­na­stu czoł­gów, które zapro­po­no­wała gra, wybrał dziś sowiec­kiego T-34. Rozu­miem go, bo w mło­do­ści, czyli bar­dzo dawno temu, oglą­da­łem „Czte­rech pan­cer­nych i psa” i kto wie, może bym wybrał tak samo. Ten czołg, to wyma­rzona maszyna zemsty. Koleś, który go zapro­jek­to­wał i zbu­do­wał pro­to­typ, dzia­łał po godzi­nach, a jego czołg nie wzbu­dził entu­zja­zmu i inży­nier, by prze­ko­nać Sta­lina, wsiadł w swoją maszynę i wyru­szył na prze­łaj do Moskwy, jakichś tysiąc kilo­me­trów, a może i lepiej. Była ostra, ruska zima. Sta­lin się prze­ko­nał, a kon­struk­tor pocho­ro­wał i umarł, nie docze­kaw­szy momentu wpro­wa­dza­nia T-34 do maso­wej pro­duk­cji. Daniel może nie znać tej histo­rii, ale daro­wa­łem sobie opo­wieść. Po co mu prze­szka­dzać? W końcu dał znak, że mogę już iść. Była dwu­dzie­sta druga i tak zakoń­czy­łem przy­godę z hur­tow­nią two­rzyw sztucz­nych na Tar­gówku. Bo na stałe jestem ochro­nia­rzem recep­cjo­ni­stą w czte­ro­pię­tro­wym bloku na Kaba­tach.

To kom­plet­nie inny świat. Zasad­ni­czy i prze­sia­du­jący godzi­nami admi­ni­stra­tor, zadzie­ra­jący nosa miesz­kańcy, cią­gle ata­ku­jący kurie­rzy i robota z pacz­kami. Miesz­ka­niówka to lote­ria, można tra­fić na fajny obiekt albo na miej­sce nie­przy­jemne i wredne. A tu było gdzieś pomię­dzy. Sie­dzia­łem od roku i mogłem sie­dzieć na­dal, bo, jak wspo­mnia­łem, chcieli mieć na recep­cji czło­wieka, a nie robota. Miło z ich strony.

Z Tar­gówka wró­ci­łem na Imie­lin metrem. Posie­dzia­łem przez chwilę przed table­tem, nasta­wi­łem w tele­fo­nie budzik na szó­stą rano i pra­wie od razu zasną­łem. Rano alarm zawył jak zły pies i wsta­łem jak co dzień, wyko­nu­jąc po kolei pro­gram zako­do­wany w mózgu. Nie było tego dużo: ubrać się, coś zjeść, połknąć tabletkę na nad­ci­śnie­nie i wypić mini­mum pół litra wody, zwy­kłej kra­nówki, ale z cytryną. Potem pięt­na­ście minut spa­cerku do metra, pomię­dzy blo­kami, pamię­ta­ją­cymi jesz­cze ana­lo­gowy świat. Było ich tak dużo, że można było wędro­wać mię­dzy nimi godzi­nami.

Miesz­kam na Ursy­no­wie, sta­cja metra Imie­lin, nie­da­leko jest Szpi­tal Połu­dniowy i Las Kabacki. Kabaty to co innego, ład­niej­sze bloki, bogatsi ludzie. Ten dom, w któ­rym pra­co­wa­łem, to czte­ro­kon­dy­gna­cyjny, ele­gancki apar­ta­men­to­wiec, zie­lony jak przy­cisk do otwie­ra­nia skrytki z dola­rami, ele­gancki jak nowa para przy­zwo­itych pan­to­fli i bar­dzo nowo­cze­sny, ale z ana­lo­go­wym smacz­kiem, czyli wła­śnie por­tier­nią. Trzy­sta pięć­dzie­siąt zło­tych za dyżur.

Dwa­dzie­ścia cztery godziny w ele­ganc­kim świe­cie zle­ciały bez sen­sa­cji i w nocy prze­spa­łem się nawet ze dwie godziny, co było moż­liwe, bo miesz­kańcy byli na tyle ludzcy, że przy­my­kali na to oko.

Ranek powi­ta­łem na tyle przy­tom­nie, że wró­ci­łem do sie­bie, szybko się zapa­ko­wa­łem i bez zwłoki wyru­szy­łem na pół­noc, na Kaszuby, do Bog­dana i Gosi. Bog­dana, czyli kolegi ze sta­rych, dzien­ni­kar­skich cza­sów. Oj dawno to było, ale było. Mieli dom w Somi­nach, malow­ni­czej, nie­du­żej wio­sce, a ja mia­łem czter­dzie­ści osiem godzin wol­nego i dwu­dzie­sto­let­niego Dustera w ben­zy­nie, czyli w sam raz na luźne czte­ry­sta kilo­me­trów w jedną stronę. Jecha­łem trasą, która jak mik­ser mie­szała ze sobą elek­tryki, wodo­rówki, coraz rzad­sze hybrydy i pra­wie już nie­spo­ty­kane spa­li­nówki. Wszyst­kie auta wyglą­dały z grub­sza tak samo, czyli jak obłe wybrzu­sze­nie bla­chy i koloru, pro­wa­dzone nie­omyl­nym okiem kom­pu­tera. Takich aut jak mój Duster był pro­mil, aż dziw, że na­dal dopusz­czali nas do ruchu. Rok temu wszedł zakaz sprze­daży nowych aut spa­li­no­wych na tere­nie Unii Euro­pej­skiej, a dwa lata temu mia­sto wybu­do­wało sys­tem łado­wa­nia bez­prze­wo­do­wego. Nad­cho­dził nie­uchronny schy­łek moto­ry­za­cji spa­li­no­wej, a ja zamie­rza­łem jeź­dzić na eta­nolu do momentu, w któ­rym będzie można wje­chać tak do mia­sta. Czyli jesz­cze góra pięć lat. Sta­cje paliw zaczęły zni­kać jakiś rok temu, a na tej, na któ­rej się zatrzy­ma­łem, dzia­łał tylko jeden dys­try­bu­tor. Ropy nie było od dawna, a cię­ża­rówki i auto­busy jeź­dziły na wodór. Można było doła­do­wać prąd, zatan­ko­wać wodór lub ben­zynę. Zatan­ko­wa­łem i wypi­łem podwójne espresso. Byłem jed­nak bez szans. Kofe­ina nie była w sta­nie roz­pu­ścić kleju, który pod­stęp­nie zle­piał mi powieki, zro­bi­łem więc sobie prze­rwę i na par­kingu przy knaj­pie zasną­łem na godzinę. Drzemka zadzia­łała jak pla­ster, doraź­nie zakle­iła nie­wy­spa­nie. Prze­krę­ci­łem klu­czyk i zero reak­cji. Auto mi zde­chło. W takim miej­scu, na tra­sie, to tra­ge­dia. Gdy roz­pacz pra­wie mnie zno­kau­to­wała, oka­zało się, że jeden z dwóch kolesi na sta­cji ogar­nia mecha­nikę. Pod­łą­czył lap­top i powie­dział, że może to zro­bić, ale trzeba ścią­gnąć tak­sówką jakąś część. W ten spo­sób z mojego konta zeszło czte­ry­sta zło­tych, ale po kilku godzi­nach znowu jecha­łem. Zro­biło się późno i przy­spie­szy­łem do stu czter­dzie­stu, trzy­ma­jąc się prze­pi­sowo pra­wego pasa, bo lewy od trzech lat był zare­zer­wo­wany dla auto­no­micz­nych elek­try­ków, które fru­nęły jak po sznurku sto sześć­dzie­siąt.

Kiedy dotar­łem do lasu, przez który pro­wa­dziło ostat­nie kil­ka­na­ście kilo­me­trów asfal­tówki, byłem już tak śpiący, że sekundy dzie­liły mnie o tego, że zamie­nię się w pocisk, który droga wystrzeli w drzewa. Zatrzy­ma­łem się więc i kilka razy siar­czy­ście się spo­licz­ko­wa­łem. Do Bog­dana był już tylko jakiś kwa­drans i musia­łem zdo­być się na ten ostatni bestial­ski wysi­łek. Pomo­gło. Ruszy­łem dalej i otwie­ra­jąc z całej siły oczy wpa­try­wa­łem się w drogę. Wła­śnie wtedy, w lesie, poja­wiło się to świa­tło. Złote jak wschód słońca i mocne jak pro­mień lasera. Nie było sku­pione w jed­nym pro­mie­niu, tak jak reflek­tory wymie­rzone w niebo, ale wyglą­dało jak wyle­wa­jący się zło­ci­sty kisiel, który wsią­kał w las. Wylew z innego wymiaru.

Wci­sną­łem ostro hamu­lec. Wyją­łem smart­fon i zaczą­łem fil­mo­wać. Byłem na dro­dze sam. Mia­łem wra­że­nie, że to sen i przez sekundę pomy­śla­łem nawet, że jed­nak zasną­łem i leżę nie­przy­tomny w rowie. Ale nic z tego. Mia­łem nie­re­alne zda­rze­nie w real­nym lesie. W gło­wie mie­szały mi się roz­pa­lona cie­ka­wość i dła­wiąca obawa przed tym, co nie­znane. Bo co to jest? Woj­sko? Jakiś tajny, naukowy eks­pe­ry­ment? A może UFO? Wysia­dłem, zamkną­łem pilo­tem drzwi. Co dalej? Iść i zoba­czyć co to jest? A może lepiej nie? Nie mia­łem zasięgu i nie mogłem zadzwo­nić. Ale gdyby nawet, to do kogo? Do Bog­dana? Na 112? Do nad­le­śnic­twa? Po to, żeby powie­dzieć, że w lesie świeci?

Kie­dyś, gdy koń­czy­łem liceum, ojciec zapy­tał, co chcę robić w życiu, czy chcę iść na stu­dia, czy może do pracy, bo prze­cież nie cho­dzi o to, żeby być magi­strem cze­goś, co się potem nie przyda, a o to, żeby nauczyć się coś robić dobrze i mieć z tego poży­tek. Odby­łem wtedy kil­ka­na­ście roz­mów, byłem u doradcy per­so­nal­nego, spo­tka­łem się też ze zna­jo­mym ojca, który był redak­to­rem w dzien­niku. Gada­li­śmy godzinę i wysze­dłem z tego spo­tka­nia, mając jasno spre­cy­zo­wany kie­ru­nek mar­szu: dzien­ni­kar­stwo. Zosta­łem repor­te­rem głów­nie dla­tego, że lubię roz­ma­wiać z ludźmi i lubię gonić za dobrymi histo­riami. Ta pogoń jest jak nar­ko­tyk. Dawno już nie czu­łem jego smaku, ale teraz ude­rzył z taką siłą, że pola­złem dalej w ten las w stronę, z któ­rej jak mi się zda­wało biło świa­tło. Z tele­fo­nem w ręku. Jak z pisto­le­tem. Włą­czona kamera była uza­sad­nie­niem mojego ist­nie­nia. Prze­sze­dłem kil­ka­set metrów przez chasz­cze, krzewy, mchy, papro­cie. Las zala­ty­wał wil­go­cią. Było już jasno jak w dzień, a ja bałem się jak dia­bli, nogi mi się trzę­sły, a po ple­chach bie­gały tabuny dresz­czy. I nagle – pstryk! Lampa zga­sła. Świat znów był czarny. Patrzy­łem oczami ośle­pio­nymi tam­tym świa­tłem. Ono było jak pro­mie­nie bijące zza drzwi labo­ra­to­rium, do któ­rego pod żad­nym pozo­rem nie wolno wcho­dzić, ale ja wsze­dłem i byłem teraz pra­wie ślepy. Zatrzy­ma­łem się w wia­drze z nocą. Gęstą jak asfalt, cichą jak śmierć. Minęło dobrych kilka minut, zanim zaczą­łem dostrze­gać drzewa. Sta­łem bez pomy­słu na ciąg dal­szy. Histo­ria się urwała bez zakoń­cze­nia i puenty. Mogłem wra­cać do auta i opo­wia­dać, że widzia­łem w lesie dziwne świa­tło. Mia­łem prze­cież film w tele­fo­nie. Włą­czy­łem go i zoba­czy­łem tylko czarną pustkę. Nic się nie nagrało! Ale dla­czego?! Może to fak­tycz­nie UFO? Ta myśl nawie­dziła mnie oczy­wi­ście już wcze­śniej, ale nie potrak­to­wa­łem jej poważ­nie. To, że coś lata po nie­bie i nie wia­domo, co to jest, to sprawa od dawna oczy­wi­sta. Ale co innego wie­dzieć, a co innego zoba­czyć, a ja już czu­łem się kró­lem inter­netu. Jed­nak nic się nie nagrało i mogłem wró­cić do auta. Albo?… Albo spró­bo­wać poszu­kać cze­goś w tych ciem­no­ściach. Czego? A któż to może wie­dzieć?

Droga w mrok była sce­na­riu­szem, na który kom­plet­nie nie mia­łem ochoty. Na myśl o tym poczu­łem, że nogi zaczy­na­jąc zmie­niać stan sku­pie­nia, wra­stają szybko w ściółkę, wbi­jają się w poszy­cie i obra­stają korą. Na tych drew­nia­nych nogach zaczą­łem iść dalej przez coraz gęst­szy las. Zapa­li­łem latarkę w smart­fo­nie. Biały snop świa­tła był jedyną nicią, na któ­rej wisiał świat. W końcu las tak zgęst­niał, że poczu­łem, że gałę­zie łapią mnie za gar­dło i odbie­rają oddech. Wpa­dłem w panikę. Nie wiem dokąd idę i zaraz zapo­mnę kim jestem. Zamie­nię się cał­kiem w drzewo i zostanę tu na zawsze. Ale wtedy nie dojdę do zakoń­cze­nia, a tego zawsze nie lubi­łem naj­bar­dziej. Nie­do­koń­czo­nych mate­ria­łów, nie­na­pi­sa­nych do końca tek­stów, stra­co­nych tema­tów. Czy komuś coś się stało od tego, że wszedł do lasu, żeby prze­ko­nać się skąd bije dziwne świa­tło? Nie sły­sza­łem o czymś takim. Poczu­łem za to znowu to ssa­nie, ten nar­ko­tyczny głód, który budzi się wów­czas, gdy wiesz, że możesz mieć super story. Wtedy prze­sta­jesz być sobą. Zamie­niasz się w ćpuna, który może kła­mać i kraść. Ćmę lecącą w ogień. To sza­leń­stwo popchnęło mnie dalej. Spra­wiło, że roz­gar­nia­jąc gałę­zie igla­stych drzew brną­łem w naj­czar­niej­szą czerń.

Wtem! Cóż to?!… Coś zami­go­tało! Przy­gar­bi­łem się bły­ska­wicz­nie, żeby wyłą­czyć latarkę, ale tak się już trzą­słem ze stra­chu, że nie mogłem wce­lo­wać pal­cem w przy­cisk na wyświe­tla­czu. Teraz to było cał­kiem inne świa­tło. Tak jakby zapa­liła się jakaś nie­wielka i nie­zbyt mocna poma­rań­czowa lampa. Po sekun­dzie stop­niowo przy­ga­sła. A potem znowu to samo. Pul­su­jący punkt na morzu. Boja poka­zu­jąca kie­ru­nek, w któ­rym mam popły­nąć. Już nie­da­leko, led­wie jakieś sto metrów. Ściany lasu naparły na mnie w tak prze­raź­li­wej ciszy, że każdy trzask i sze­lest pod nogami brzmiał jak wystrzał. Zapach stra­chu stał się nie­zno­śnie dła­wiący. Przy­kuc­ną­łem przy­gnie­ciony cię­ża­rem mroku. Tam coś naprawdę było! Jakaś część mnie wyry­wała się panicz­nie do ucieczki, a inna mówiła: „Idź i to zobacz. Napisz to. Może jed­nak uda się to nagrać i będą miliony odsłon. Idź! Można to będzie sprze­dać za zaje­bi­stą kasę!”.

Sze­dłem więc dalej, już na czwo­raka. Metr za metrem. Poma­rań­czowa lampa była bli­sko. Nie dalej niż dzie­sięć metrów. Na wyso­ko­ści głowy, pośrodku niczego. Nakie­ro­wa­łem tele­fo­nem, może wyj­dzie choć jedno zdję­cie? Widzia­łem to świa­tło na swoim wyświe­tla­czu. Usta­wi­łem kamerę. Boże, co to było, gdyby udało mi się to jed­nak nagrać! Przy­ci­sną­łem nagry­wa­nie. To było tak, jak­bym nie­chcący odpa­lił bombę ato­mową. Świat eks­plo­do­wał nie­wy­obra­żal­nie moc­nym świa­tłem, które wypeł­niło każdą cząstkę i każdy atom, który w sobie mia­łem. Stra­ci­łem przy­tom­ność. To świa­tło wyłą­czyło mi świa­tło. Umysł zgasł jak zapałka na wie­trze.

Obu­dzi­łem się, a może raczej ock­ną­łem, trzę­sąc się tym razem z zimna. Leża­łem tak długo, że aż zesztyw­nia­łem! Noc już jaśniała, zbli­żał się świt i była pra­wie piąta! Spoj­rza­łem na komórkę. Dzia­łała. Znowu nic się nie nagrało. To wszystko było więc po nic. Nikt mi nie uwie­rzy. Wsta­łem i chwiej­nie posze­dłem w stronę auta. Cie­ka­wość wypa­ro­wała. Jej miej­sce zalał czy­sty lęk. Mocny jak spi­ry­tus. Las o świ­cie był szary, pusty, szorstki. Pach­nący tym wszyst­kim, czym nie jest mia­sto. Sze­dłem coraz szyb­szym kro­kiem. W końcu pole­cia­łem bie­giem. Ucie­ka­łem. Pamię­ta­łem dosko­nale to wszystko, co się wyda­rzyło. Świa­tło, które prze­biło się do każ­dej komórki mojego ciała. Nie chcia­łem nawet myśleć o tym, czym było i skąd było. Coś mnie prze­świe­tliło. Wie­dzia­łem, że nie powiem o tym nikomu. Przy­naj­mniej na razie.

Wysze­dłem na drogę. Auto stało jakieś trzy­sta metrów dalej. Zanim do niego dotar­łem przy­szła do mnie straszna myśl. Otóż uświa­do­mi­łem sobie, że przez cały ten czas, gdy byłem nie­przy­tomny, mogły się dziać prze­różne rze­czy. Każdy kto liznął tro­chę ten temat wie dosko­nale o róż­nych histo­riach, o tym na przy­kład, jak to ludziom upro­wa­dzo­nym przez UFO wsz­cze­piane były implanty. Wsa­dzano im sondy w noz­drza, usta i odbyt. Szybko wró­ci­łem do lasu i roze­bra­łem się do naga, a potem obej­rza­łem i obma­ca­łem całe ciało. Nie zauwa­ży­łem nic podej­rza­nego, ale zdzi­wił­bym się, gdyby było coś widać, bo gdyby coś takiego się wyda­rzyło, to implant zostałby zama­sko­wany tak, że nie spo­sób byłoby go, ot tak sobie, odkryć. Ubra­łem się pospiesz­nie i ruszy­łem do Somin.

Do Bog­dana doje­cha­łem przed szó­stą. Bog­dan i Gosia kilka lat temu sprze­dali dwa miesz­ka­nia w War­sza­wie i kupili dom z trzema hek­ta­rami, na któ­rych roz­po­częli uprawę mari­hu­any medycz­nej. Teraz Bog­dan szy­ko­wał się do wyjazdu trak­to­rem w pole, by pod­le­wać swoje rośliny. Widzia­łem go jak mija bramę, cią­gnąc cysternę ze szlau­chem. Obser­wo­wa­łem to już kilka razy, w cza­sie trzy­dnio­wego pobytu zeszłego lata. Zoba­czył mnie i zsiadł z trak­tora.

– Siema Jesus! Co tak długo? – roz­ło­żył na powi­ta­nie ręce.

– Aa… Zatrzy­ma­łem się na drzemkę. Oczy mi się same zamy­kały – mach­ną­łem ręką.

Uści­snę­li­śmy się ser­decz­nie. Bog­dan dawno temu był dzien­ni­ka­rzem kry­mi­nal­nym i sądo­wym. Bar­dzo dobrym, sza­no­wa­nym i cyto­wa­nym. Sze­roki w barach, szpa­ko­waty, z bystrym spoj­rze­niem ciem­nych oczu, dużą, cie­kawą świata twa­rzą i tubal­nym gło­sem. Wyglą­dał jak dobrze zro­biony ham­bur­ger. Kie­dyś podo­bał się kobie­tom.

– Głodny jesteś? – zapy­tał tro­skli­wie.

– No pew­nie, czło­wieku. Jak wilk.

– To idź do kuchni. Gosia zrobi ci jajecz­nicę.

Niczego wię­cej od życia teraz nie chcia­łem. Gosia robiła wyborną jajecz­nicę. Z kieł­basą, szczy­pior­kiem, cebulą, pomi­do­rami, czosn­kiem i papryką. Miała pra­wie sześć­dzie­siątkę, trzy­mała się pro­sto i miała na­dal ape­tyczną figurę. Jej twarz lśniła bla­skiem doj­rza­łej kobiety, która od dawna wie, że każdy dzień jest ostatni, a każda chwila jest szansą na radość i uśmiech. Znad jej błę­kit­nych oczu spły­wały siwe włosy. Miała pełne usta i to coś, co spra­wia, że od razu wiesz, że zapa­mię­tasz tę kobietę. Zawsze mi się podo­bała. Kie­dyś pisała sce­na­riu­sze do tele­wi­zyj­nych, maso­wych seriali. Kilka razy widzia­łem takie rze­czy i było to nawet pomy­słowe.

Nastą­piło ser­deczne powi­ta­nie, a po nim her­bata, chleb wła­snego wypieku i jajecz­nica. A potem drzemka i to, po co tu przy­je­cha­łem: sło­neczny dzień nad jezio­rem. Samotny, bo oni mieli robotę w domu. Nur­ko­wa­łem w kępach wodo­ro­stów, pod­pa­tru­jąc oko­nie i płotki. Wyle­gi­wa­łem się na słońcu i wszystko byłoby super, gdyby nie to, co wyda­rzyło się w nocy. Mia­łem w gło­wie histo­rię. Znowu byłem w repor­ter­skiej ciąży, wpa­dłem, zaszłem. Co gor­sza nie ze story o nik­czem­no­ści lub nie­zwy­kło­ści śmier­tel­ni­ków, a o czymś nie z tego świata. O czymś, o czym nie mogłem nikomu opo­wie­dzieć, bo nikt poważny by mi nie uwie­rzył. Leża­łem nad wodą i wszystko było dziwne: jezioro, las, niebo. Niby to samo, a inne, już nie to samo. Niby Zie­mia, a już Kosmos. Moje ręce i nogi też były inne. Prze­świe­tlone. Naj­bar­dziej bałem się o mózg. Nie czu­łem żad­nej róż­nicy, więc w końcu prze­sta­łem się bać. Byłem tu i teraz. A to, co się stało wczo­raj, zostało za mną.

O trze­ciej zebra­łem się do domu i poszli­śmy w trójkę do restau­ra­cji Przy­stań Somiń­ska, naj­lep­szej knajpy w oko­licy. Nad nie­ma­łym Jezio­rem Bytow­skim, z plażą, ze sto­li­kami pod para­so­lami i cał­kiem nie­złą kuch­nią. Zja­dłem golonkę i wypi­łem trzy piwa. W gło­wie zro­biło mi się jesz­cze lżej, wese­lej, spo­koj­niej. Przy stole nad wodą sie­dzieli dwaj kole­sie. Raczej miej­scowi. Patrzy­łem na nich, bo roz­ma­wiali o czymś z oży­wie­niem.

– No jak tam ta twoja?

– W porządku.

– A ta druga, dalej chce dzieci?

– No chce.

– No. A na tym Alle­gro to się łatwo rze­czy sprze­daje – skwi­to­wał ten, który zaczął temat.

Life is bru­tal, pomy­śla­łem i przy­po­mniał mi się moment, w któ­rym ode­bra­łem maila infor­mu­ją­cego o tym, że redak­cja roz­wią­zuje ze mną sto­su­nek pracy. Po dwu­dzie­stu latach zała­twili to w taki spo­sób. Nie mie­li­śmy już od dawna sto­sunku. Zero seksu. Od zapo­mnia­nej już pan­de­mii Covidu-19 pra­co­wa­li­śmy zdal­nie, a zebra­nia były na Sky­pie. Ale wciąż była to robota na pełen etat. Godziny nad kla­wia­turą, dzie­siątki tele­fo­nów, jeż­dże­nie na tematy i wer­to­wa­nie netu. A pierw­szego, szóstka na kon­cie. W 2022 roku do gry weszła sztuczna inte­li­gen­cja. Infor­ma­tycy Informy posta­wili sys­tem prze­cze­su­jący por­tale poli­cji, straży miej­skiej i straży pożar­nej. Tematy z poten­cja­łem były auto­ma­tycz­nie wrzu­cane do AI, a ona od razu robiła z nich tek­sty korzy­sta­jąc, co ważne, z wła­snej bazy danych, a nie z zaso­bów Google’a, bo to by się wią­zało z dodat­ko­wymi kosz­tami. Tek­sty tra­fiały na kom­pu­ter redak­tora, który je popra­wiał, bo jed­nak co czło­wiek, to czło­wiek. Rano z tego mate­riału był skła­dany raport kry­mi­nalny, który jako jedna cegła tra­fiał na por­tal.

Ten nowy model pro­duk­cji tek­stów spra­wił, że nie byłem już tak zajęty, ale na­dal byłem potrzebny. Wydawca zwol­nił mnie z pisa­nia sze­ściu tek­stów dzien­nie, mia­łem napi­sać za to jeden, ale dobry. W jakimś sen­sie było to powro­tem do cza­sów dobrego dzien­ni­kar­stwa z epoki papieru. Roz­wi­ną­łem skrzy­dła, robi­łem kilka dobrych kawał­ków tygo­dniowo. Trwało to pra­wie dekadę. Kiedy więc przy­szedł ten mail, to nawet się zbyt­nio nie zdzi­wi­łem. W życiu wszystko jest ter­mi­nalne. AI radziła sobie już ze wszyst­kim tak dobrze, że po pro­stu nie byłem im potrzebny.

W redak­cji „Głosu” zostały dwie osoby. Redak­tor naczelny, czyli facet z Toru­nia, który pięć lat temu zastą­pił Renatę Gliń­ską, oraz kobieta, która była jego zastęp­czy­nią i jed­no­cze­śnie jego part­nerką. Ogar­niali wszystko nie wycho­dząc z domu, a ich robota spro­wa­dzała się już tylko do czy­ta­nia i akcep­to­wa­nie tek­stów napi­sa­nych przez maszyny. Było tego od cho­lery, więc na swój spo­sób mieli masę pracy. Papie­rowe wyda­nie „Głosu” uka­zy­wało się już tylko w pią­tek. To był „Głos na week­end”. Tyle z tego zostało. A ja? Z cze­goś trzeba żyć. Posze­dłem na ochronę, gdzie na­dal byli pre­fe­ro­wani ludzie. Praw­dziwi ludzie, tacy jak ci goście obok w barze, roz­ma­wia­jący o kobie­tach.

Wró­ci­li­śmy do domu. Zapa­li­li­śmy ogni­sko. Noc była księ­ży­cowa, gorąca, a na nie­bie tyle gwiazd, że można by je zbie­rać gar­ściami. Wypi­łem trzy piwa i nabra­łem ochoty do zwie­rzeń. A co mi tam? To była za dobra histo­ria, żebym zdo­łał ją utrzy­mać w tajem­nicy. A poza tym, kur­cze, powinni prze­cież wie­dzieć, co się dzieje w lesie. Jak można się było spo­dzie­wać, moja opo­wieść nimi wstrzą­snęła.

– Co to mogło być? – zapy­tała nie­pew­nie Gosia.

– UFO? – rzu­cił Bog­dan.

Spoj­rze­li­śmy po sobie, a potem pod­nio­słem oczy w górę. W otchłań bez dna, w któ­rej z wynio­słą obo­jęt­no­ścią orbi­to­wał Księ­życ.

– Cie­kawe co jest w inter­ne­cie o takich noc­nych świa­tłach w lesie? – powie­dzia­łem i wyją­łem tele­fon. Cze­kali w napię­ciu. To był mój show i po chwili poważ­nym gło­sem zaczą­łem czy­tać: – W 1980 roku bry­tyj­scy żoł­nie­rze, peł­niący służbę przed bazą ame­ry­kań­ską w Suf­folk, zoba­czyli wiązkę nie­bie­skich i zie­lo­nych pro­mieni, prze­bi­ja­ją­cych się przez mgłę. Na poszu­ki­wa­nie źró­dła tego świa­tła wyru­szyło kilku żoł­nie­rzy. Weszli w głąb lasu i zoba­czyli świe­cący, meta­lowy obiekt – prze­rwa­łem, bo przy­po­mnia­łem sobie i aż mnie zmro­ziło. Zapa­dła ciężka cisza. Wró­ci­łem do czy­ta­nia: Świe­cił na biało i roz­świe­tlał spory kawał lasu. Kiedy zbli­żyli się do niego, odda­lił się mię­dzy drze­wami i nagle znik­nął. Rano zna­le­ziono w lesie duży, wypa­lony na ziemi trój­kąt.

– Ja chyba bym umarła ze stra­chu – pokrę­ciła głową Gosia.

– Byłem tego bli­ski – spoj­rza­łem jej w oczy i znów zaczą­łem czy­tać. – Następ­nej nocy do lasu wszedł tym razem więk­szy oddział. Gdy żoł­nie­rze zbli­żyli się do miej­sca, w któ­rym widać było poprzed­niej nocy obiekt, radia zamil­kły, a latarki zga­sły! Dowódca grupy zba­dał wypa­lone miej­sce licz­ni­kiem Geigera i odczyt był kil­ka­na­ście razy wyż­szy od natu­ral­nego. Nagle pomię­dzy drze­wami znów poja­wił się świe­tli­sty obiekt. Ruszyli za nim, a on, po chwili, roz­dzie­lił się na kilka mniej­szych, które ule­ciały w niebo – skoń­czy­łem i spoj­rza­łem na nich. Twa­rze się­gały im pra­wie do pasa. Tak działa efekt dużego WOW!

– To ja w takim razie pójdę po coś moc­niej­szego – powie­dział Bog­dan i się ulot­nił.

– Czu­jesz się jakoś ina­czej? – zapy­tała z tro­ską Gosia.

– Cał­kiem tak samo. Nie licząc tego, że jestem mega wystra­szony.

– Nic dziw­nego. Ja bym się chyba zde­kom­pen­so­wała.

– Ja się trzy­mam. Ale dobrze, że Bog­dan coś przy­nie­sie, bo nerwy mam w strzę­pach.

Bog­dan przy­niósł zna­ko­mitą wiśniówkę domo­wej roboty. Wypi­li­śmy raz dwa i od razu pole­ciał po następną. Szybko i grun­tow­nie się wsta­wi­li­śmy.

Obu­dzi­łem się rano ska­co­wany tak srogo, że gorzko poża­ło­wa­łem wie­czor­nego entu­zja­zmu do chla­nia. Następny dzień i powrót do domu nie zasłu­gują na ani jedno słowo opo­wie­ści. O pół­nocy zga­si­łem świa­tło, byłem już we wła­snym łóżku przy Mako­lą­gwy na Ursy­no­wie. Leża­łem w ciem­no­ści z głową pełną leśnego świa­tła. Choć dawno zga­sło, na­dal widzia­łem je wyraź­nie. To było prze­ra­ża­jące. Prze­wra­ca­łem się z boku na bok dłu­gie godziny. Wsta­łem o szó­stej i wykoń­czony poje­cha­łem na siódmą do roboty. Zmiana zapo­wia­dała się kosz­mar­nie. Mun­dur cze­kał w szafce. Mia­łem przed sobą dwa­dzie­ścia cztery godziny służby.

Przez cały dzień był spo­kój. Przy­je­chało kil­ku­na­stu kurie­rów i śmie­ciarka. Czas ciur­kał. O szes­na­stej wyszła loka­torka z dru­giego pię­tra. Pew­nie miała ze trzy­dzie­ści lat, blon­dynka, zgrabna, w mini. Jakby dość typowa, ale mająca w sobie coś takiego, że nie spo­sób było o niej zapo­mnieć. Pamięta się jej nie­na­zna­czoną botok­sem twarz z dia­bel­ską nutą kusi­ciel­stwa w oczach. Kie­dyś mówili na to kur­wiki. „Dla cie­bie kocha­nie wszystko. Co chcesz, żebym ci zro­biła? No, śmiało, zrób mi to…”. Zasta­na­wia­łem się nad tym, czym taka panna może się zaj­mo­wać? Z czego ma kasę na życie i tak dalej? Myśla­łem, ale ściany mil­czały. Byłem sko­nany. W nocy film mi się urwał. Prze­spa­łem ponad trzy godziny i spo­dzie­wa­łem się nie­przy­jem­nego tele­fonu od koor­dy­na­tora, ale on też to prze­spał.

Rozdział 2. SPOTKANIE Z PREMIEREM

Roz­dział 2SPO­TKA­NIE Z PRE­MIE­REM

PRE­ZY­DENT SZY­MON PAL­MOW­SKI TAKŻE NIE SPAŁ ZBYT DOBRZE TEJ NOCY. Obu­dził się o pią­tej i już nie mógł zasnąć, patrzył w ścianę, pod­czas gdy Danu­sia cichutko pochra­py­wała po dru­giej stro­nie łóżka. O szó­stej Pre­zy­dent RP ska­pi­tu­lo­wał, się­gnął po pilota i włą­czył duży tele­wi­zor wiszący na ścia­nie. Oglą­dał przez pół godziny CNN, TVN24 i TVP INFO. Z tego, co zoba­czył i usły­szał, nic go nie zasko­czyło. Świat w tej czę­ści globu wisiał na kru­chym ukła­dzie poko­jo­wym ze Stam­bułu. Ukra­ina i Rosja prze­stały do sie­bie strze­lać, ale po obu stro­nach gra­nicy roiło się od naziem­nych i lata­ją­cych dro­nów. I jedne, i dru­gie two­rzyły auto­no­miczne grupy i roje. Do tego, by się rzu­cić na prze­ciw­nika, potrzebny był jeden roz­kaz. Pre­zy­dent Fede­ra­cji Rosyj­skiej miał przy sobie ludzi z ato­mową walizką i kon­solą do odpa­le­nia dro­nów. Po dru­giej stro­nie były tylko drony, ale to w pełni wystar­czało, bo broń ato­mowa była stra­sza­kiem. Szy­mon Pal­mow­ski nie łudził się, że Rosja, gdyby tylko mogła, od razu by zaata­ko­wała i gdy tylko pojawi się spo­sob­ność tak się sta­nie. Znów zacznie się wojna i zgi­nie masa ludzi. Impe­rium rosyj­skie nie pogo­dzi się ni­gdy z tym, że Ukra­ina stała się czę­ścią Zachodu. Ale póki co, świat oddy­chał spo­koj­niej. Tro­chę spo­koj­niej, bo poza wojną pię­trzyły się inne kło­poty.

O dzie­wią­tej Pal­mow­ski miał umó­wione spo­tka­nie z pre­mie­rem Ser­giu­szem Kazi­mie­ru­kiem. Obaj byli z tej samej par­tii, czyli z Domu Pol­skiego. Spo­ty­kali się regu­lar­nie na robo­czych roz­mo­wach. Obaj byli w podob­nym wieku, czyli przed sześć­dzie­siątką, i całe lata zna­ko­mi­cie się doga­dy­wali.

Pre­zy­dent wstał o wpół do ósmej. Danka, jego żona, na­dal spała, naj­czę­ściej zresztą do dzie­wią­tej. Zanim zamiesz­kali w Pałacu Pre­zy­denc­kim była nauczy­cielką che­mii w liceum. Teraz stała w cie­niu męża, nie szu­kała roz­głosu, raczej dys­kret­nie i z przy­jem­no­ścią korzy­sta­jąc z prze­py­chu pała­co­wego życia.

Pan Szy­mon wziął szybki prysz­nic, zało­żył dżinsy, biało-czer­woną bluzkę, czarną, spor­tową bluzę z kap­tu­rem i napi­sem Pol­ska i prze­szedł do jadalni. Na tle pała­co­wych zdo­bień, sty­lo­wych mebli i dzieł sztuki wyglą­dał teraz tak, jakby zna­lazł się tu przy­pad­kiem. Lubił ten luz i był za niego lubiany. Docho­dziła połowa dru­giej kaden­cji i nic nie musiał już udo­wad­niać. Ścią­gał gar­ni­tur, białą koszulę i kra­wat, gdy tylko było to moż­liwe. W necie było nawet kilka zdjęć pre­zy­denta w tej blu­zie, z tym, że nie z pałacu, a z Łazie­nek, w któ­rych od czasu do czasu bie­gał.

Na nakry­tym śnież­no­bia­łym obru­sem stole cze­kało śnia­da­nie. Jogurt wiśniowy, płatki śnia­da­niowe bez cukru, ciemne pie­czywo, szynka z indyka, żółty i biały ser, jajecz­nica z dwóch jajek, sałatka warzywna, majo­nez, sok poma­rań­czowy i dzba­nek z wodą bez gazu. Pod ścianą chło­pak z ser­wisu. Danuta wybrała go oso­bi­ście. Miał dwa­dzie­ścia pięć lat. Był uważny, ni­gdy nie zada­wał pytań i sta­rał się zni­kać z pola widze­nia naj­szyb­ciej jak to tylko moż­liwe, a przy tym jakimś cudem zawsze był pod ręką.

– Dzień dobry. Bar­dzo dzię­kuję, nie będę już pana potrze­bo­wać – powie­dział Pal­mow­ski.

Kamer­dy­ner bez słowa odwró­cił się i znik­nął za ciem­no­brą­zo­wymi, drew­nia­nymi drzwiami.

Pal­mow­ski popił śnia­da­nie dwiema szklan­kami wody i kawą. Dbał o to, by się nawad­niać. Połknął oczy­wi­ście swoją poranną pastylkę na nad­ci­śnie­nie. Był gotowy. Wsiadł do windy i zje­chał pię­tro niżej. Przez kolejne drzwi wszedł do gabi­netu. Na spo­tka­nie z Kazi­mie­ru­kiem nie musiał się prze­bie­rać. Pre­mier już cze­kał, sie­dział przed biur­kiem na jed­nym z dwóch wygod­nych krze­seł. Były usta­wione pod kon­tem czter­dzie­stu pię­ciu stopni i na tyle bli­sko blatu, by można było z niego sko­rzy­stać. Kazi­mie­ruk był ubrany w gar­ni­tur, a na jego zasad­ni­czej i dość suchej twa­rzy kró­lo­wały zawsze te same oku­lary w czar­nej ramce. Mak­sy­mi­lian Kolbe 2.0. Pre­mier uśmie­chał się od czasu do czasu i wtedy wyglą­dał jak chło­piec, cie­szący się z tego, że udało mu się pod­sta­wić komuś nogę.

Domem Pol­skim rzą­dził od pię­ciu lat. Od czasu kata­strofy, która pra­wie zmio­tła z powierzchni kilka miast i rzą­dzące przez dzie­sięć lat Poro­zu­mie­nie Oby­wa­tel­skie. Ude­rzył wtedy mło­tem w pol­skie drzwi kry­zys kli­ma­tyczny. Wia­domo było, że jest źle. Poziom Bał­tyku pod­niósł się tak bar­dzo, że pod­czas sztor­mów woda regu­lar­nie zale­wała sta­dion Areny Gdańsk. Lata były nie­zno­śnie skwarne i dłu­gie. Pol­skie lasy i łąki wysy­chały na wiór.

Tamto lato było rekor­dowe. Przez cały sier­pień na Mazow­szu spadł tylko raz krótki deszcz, a codzien­nie było mini­mum trzy­dzie­ści osiem stopni. W końcu zapa­liła się Pusz­cza Kam­pi­no­ska i ogień bły­ska­wicz­nie roz­biegł się po suchym jak zapałka lesie. Sosny pło­nęły jak papier. Wie­jący z zachodu wiatr zepchnął gigan­tyczną chmurę dymu nad War­szawę. W ciągu dnia zapa­no­wał mrok, a ludzie mdleli na uli­cach. Służby wal­czyły z poża­rem i rato­wały zacza­dzo­nych miesz­kań­ców. Wszy­scy myśleli, że gorzej już być nie może, a to była dopiero przy­grywka. Teraz ogromne pożary wybu­chały w górach na połu­dniu kraju. Ogień stra­wił trzy tysiące hek­ta­rów lasu. Cze­goś takiego nikt tu nie widział. Potem natura ude­rzyła wodą. Przy­szły nawalne desz­cze. Opady zmyły wyle­sione i osła­bione zbo­cza i zie­mia, zamie­niona w błoto, wraz ze wszyst­kim, co napo­tkała na dro­dze, popły­nęła w dół, odci­na­jąc drogi i zaty­ka­jąc rzeki. Te, szu­ka­jąc nowej drogi, zmie­niały bieg. Woda z nowych rzek była tak zanie­czysz­czona, że nie nada­wała się do niczego. Szpi­tale nie miały miej­sca na nowych cho­rych. Zgi­nęły dzie­siątki tysięcy osób. A mogło być jesz­cze gorzej, gdyby ziściły się naj­czar­niej­sze sny, ale los lito­ści­wie zatrzy­mał swój topór. Pol­skę przed apo­ka­lipsą ura­to­wało to, że wytrzy­mały linie ener­ge­tyczne. Gdyby się zerwały i zro­bił się blac­kout, to sytu­acja wymknę­łaby się cał­ko­wi­cie spod kon­troli. Mia­sta zamie­ni­łyby się w ciągu kilku dni w dżun­glę. Kable jed­nak wytrzy­mały.

Kazi­mie­ruk był poli­ty­kiem wagi cięż­kiej. Po śmierci twórcy Domu Pol­skiego, pre­zesa Jaro­sława Kurow­skiego, stał się nowym lide­rem Pol­skiej Pra­wicy, czyli koali­cji, którą stwo­rzył Kurow­ski, a która, zda­niem wielu, po jego śmierci miała się skłó­cić i roz­paść. Kazi­mie­ruk był na to zbyt moc­nym i sku­tecz­nym gra­czem. Cze­kał na szansę i wyko­rzy­stał gigan­tyczny kry­zys. Nastroje spo­łeczne eks­plo­do­wały i pre­mier, jed­no­cze­śnie szef Poro­zu­mie­nia Oby­wa­tel­skiego, pod­dał rząd. Pal­mow­ski roz­pi­sał nowe wybory i do wła­dzy powró­cił Dom Pol­ski. Kazi­mie­ruk kie­dyś, jesz­cze za życia pre­zesa Kurow­skiego był przez sześć lat pre­mierem i poprzy­siągł sobie, że odzy­ska to sta­no­wi­sko. Na widok Pal­mow­skiego wstał, podali sobie ręce i pre­zy­dent usiadł przy biurku. Uwiel­biał to miej­sce. Za jego ple­cami po pra­wej stro­nie stały dwa sztan­dary: Pol­ski i Unii Euro­pej­skiej. Na ścia­nie wisiał Kos­sak, a na nim scena sprzed wiej­skiego domu.

– Co tam? – zapy­tał lekko, jakby spo­tkał ziomka w tram­waju.

– Mamy pro­blem – skrzy­wił się Kazi­mie­ruk.

– Co się dzieje?

– AI.

– Co ty mówisz? Co tym razem?

– Znowu chce wię­cej ener­gii.

– Jesz­cze wię­cej? To się robi męczące.

– Mówi, że nad­zo­ro­wa­nie pro­ce­sów zarzą­dza­nia wymaga dal­szego roz­bu­do­wa­nia sieci – wypo­wie­dział jed­nym tchem Kazi­mie­ruk, jakby chciał wypluć jak naj­szyb­ciej to zda­nie, bo jego smak był wyjąt­kowo paskudny.

Po kata­stro­fie kraj został spięty sys­te­mem ana­li­zu­ją­cym dane z setek tysięcy bar­dzo róż­nych źró­deł, począw­szy od danych z kamer na auto­stra­dach, poprzez szyb­kość prądu rzek, stę­że­nie spa­lin, pręd­kość wia­tru, liczbę pie­szych na uli­cach, aktu­alny pobór prądu, pro­duk­cję ener­gii elek­trycz­nej i tak dalej. Infor­ma­cji nie­zwią­za­nych lub luźno powią­za­nych, które ana­li­zo­wała sztuczna inte­li­gen­cja. Nie tylko ana­li­zo­wała, ale także wyda­wała bły­ska­wiczne dys­po­zy­cje, które były dla porządku auto­ry­zo­wane przez nad­zo­ru­ją­cych sieć ludzi.

– Czy to naprawdę konieczne? – spoj­rzał na pre­miera Pal­mow­ski.

– Kowal­czyk mówi, że jest nie­po­trzebne.

Tu należy wyja­śnić, że Kowal­czyk był od dwóch lat mini­strem ener­gii.

– No to odmówmy.

Pal­mow­ski wstał zza biurka i pod­szedł do okna. Patrzył na ogród na tyłach Pałacu Namiest­ni­kow­skiego. Ide­al­nie utrzy­mane klomby i stare drzewa liścia­ste. Świat skle­jony z zie­leni, brązu, sza­ro­ści i czer­wieni. Uwiel­biał ten widok. Czuł się do niego stwo­rzony.

– Za moment to my będziemy dla niej, a nie ona dla nas – pokrę­cił z iry­ta­cją głową.

Cisza wypły­nęła spod pod­łogi tak nagle, że zanim się spo­strze­gli się­gała im już do kolan.

– Wcho­dzimy w drugi z trzech eta­pów naszego mał­żeń­stwa ze sztuczną inte­li­gen­cją – ode­zwał się w końcu Kazi­mie­ruk.

– Co masz na myśli? – zapy­tał pre­zy­dent.

– Pierw­szy był mie­siąc mio­dowy. Kie­dyś wszyst­kie prze­ło­mowe osią­gnię­cia cywi­li­za­cji były pro­duk­tem ludz­kiej inte­li­gen­cji. Jej pomno­że­nie przez ilo­raz AI dało nam nie­wy­obra­żalne korzy­ści. Na początku. Teraz zaczyna się etap drugi.

– Czyli?

– Czy­ściec. AI stała się samo­świa­doma i zaczyna zaspo­ka­jać swoje potrzeby. Trzeci etap będzie wtedy, gdy uzna, że jej zawa­dzamy. Roz­wód nie­stety nie wcho­dzi w rachubę.

– Tak. Wiesz o czym dziś w nocy myśla­łem?

– Nie wiem. Skąd mam wie­dzieć? – wzru­szył ramio­nami pre­mier. Pal­mow­ski zaśmiał się krótko.

– O tym, że my, Homo sapiens, jeste­śmy tak naprawdę kom­plet­nymi idio­tami.

– To żadna nowość.

– Wyho­do­wa­li­śmy „gatu­nek”, który wie o nas wszystko. Mało tego. Zro­bi­li­śmy te filmy, w któ­rych jest mowa, że kie­dyś będziemy wal­czyć z maszy­nami. Te wszyst­kie „Ter­mi­na­tory”. Poka­za­li­śmy im różne warianty naszych sce­na­riu­szy.

– To prawda. Ale wciąż mamy jedną prze­wagę.

– Jaką? – Pal­mow­ski zatrzy­mał spoj­rze­nie na twa­rzy pre­miera.

– To na­dal my trzy­mamy palec na kon­tak­cie. To na­dal my decy­du­jemy o tym czy i ile AI dosta­nie ener­gii do dzia­ła­nia. A dobrze wiemy jak dużo jej potrze­buje – uśmiech­nął się krzywo pre­mier.

– Mój drogi. Naprawdę wie­rzysz, że to nam gwa­ran­tuje bez­pie­czeń­stwo? Prze­cież kor­po­ra­cje mają lokalne mikro­re­ak­tory i AI na bank ma już pomysł, jak się do cze­goś takiego pod­piąć.

Kazi­mie­ruk zro­bił taką minę, jakby prze­glą­da­jąc kalen­darz zoba­czył, że nie ma już następ­nej kartki. Pal­mow­ski też zasę­pił się okrut­nie. Nie bez powodu był nazy­wany naj­śmiesz­niej­szym pol­skim pre­zy­den­tem. Jego fizis komika spra­wiał, że ludzie pukali się w czoło pyta­jąc, dla­czego ten czło­wiek nie zro­bił kariery aktora kome­dio­wego. Zna­ko­mity był także w chwi­lach tra­gicz­nych spo­waż­nień. I teraz tak dra­ma­tycz­nie zapa­trzył się w orła na ścia­nie, że nie zauwa­żył, że Kazi­mie­ruk wyjął z kie­szeni spodni szarą kulkę, jakby chciał zała­twić mole. Ale kulki na mole są raczej białe, a ta miała odcień sta­rego tro­tu­aru. Pre­mier upu­ścił kulkę na zie­lony dywan i momen­tal­nie zaczęło się z nią dziać coś dziw­nego. Roz­pa­dła się w szary pro­szek, który zaczął się szybko ulat­niać i znik­nął jak kam­fora.

– Do czego to wszystko pro­wa­dzi? – zapy­tał dra­ma­tycz­nie Pal­mow­ski, a potem nagle zato­czył się tak, że musiał uchwy­cić się para­petu.

– Co się dzieje? – zapy­tał Kazi­mie­ruk.

Pre­zy­dent szybko doszedł do sie­bie, jakby po potknię­ciu o wysta­jącą płytę chod­ni­kową.

– Zakrę­ciło mi się w gło­wie. Ale wszystko jest już OK – uśmiech­nął się.

Na twarz Kazi­mie­ruka także wpły­nął uśmiech. Rów­nie ostry jak nów Księ­życa. Zapa­no­wała lekka atmos­fera. Rozu­mieli się bez słów. Pew­nego dnia maszyna, ten obcy byt, który czło­wiek sam wyho­do­wał, przej­mie wła­dzę, kon­trolę nad swoim stwórcą. Sta­nie się nowym Bogiem. Było już troszkę za późno na wci­ska­nie hamulca. Za daleko to zaszło. Opty­ma­li­za­cja, zarzą­dza­nie, kre­atywne zarzą­dza­nie i boks – w tym wszyst­kim maszyny biły ludzi na głowę. Poroz­ma­wiali jesz­cze dwa­dzie­ścia minut o bie­żą­cych spra­wach, a potem Kazi­mie­ruk pod­niósł się z wygod­nego krze­sła. Podali sobie ręce i wyszedł. Poszedł rzą­dzić. Robić to, co kochał i czego zawsze chciał.

Z proszku w który zmie­niła się szara kulka już dawno nic nie zostało. Dywan był rów­nie czy­sty jak poprzed­nio. Pre­zy­dent zanie­po­ko­jony przy­krym epi­zo­dem zmie­rzył sobie ciśnie­nie. Wyszło świetne: 125 x 84. Tego dnia miał jesz­cze kilka spo­tkań i dwie wide­okon­fe­ren­cje. W wirze zajęć zapo­mniał o tym krót­kim zawro­cie głowy i nie powie­dział o nim nikomu. Nawet Danusi.

Rozdział 3. HRABIA REOUX

Roz­dział 3HRA­BIA REOUX

WSZEDŁ W NIĄ TAK OSTRO, ŻE AŻ KRZYK­NĘŁA. Może nie tyle z bólu, co z prze­ra­że­nia. To była gra i tego jak widać chciał. Viola poczuła to tak real­nie jak ni­gdy dotych­czas. Nowy kom­bi­ne­zon Real­ly­seks dzia­łał per­fek­cyj­nie, a hra­bia Reoux miał dziki tem­pe­ra­ment. Pół godziny temu wło­żyła kom­bi­ne­zon i kask, a potem poło­żyła się w bra­mie por­ta­lo­wej i powie­działa: Ride on. To wystar­czyło, by wejść w meta­wers.

Naj­pierw zoba­czyła czarne, ska­li­ste wzgó­rza, a nad nimi nocne niebo i zimne gwiazdy. Stała na żwi­ro­wej dro­dze, a z oddali zbli­żał się powóz zaprzę­żony w parę koni. Nie cze­kała długo, bo sie­dzący na koźle woź­nica nie żało­wał bata. Po chwili ścią­gnął wodze i zatrzy­mał powóz tak, że drzwi zna­la­zły się o krok od niej. Nie powie­dział nic. Nie musiał. Wie­działa co ma robić i po pro­stu wsia­dła do środka, wprost na kanapę, obitą mięk­kim, czar­nym aksa­mi­tem. Nad drzwiami paliła się mała lampa naf­towa, która pozwo­liła jej rozej­rzeć się po tym miej­scu. Nie licząc kosza z kwia­tami i butelki szam­pana była tu sama. Daro­wała sobie, bo kom­bi­ne­zon hap­tyczny nie umoż­li­wiał jesz­cze poczu­cia doznań sma­ko­wych. Zapa­chowe za to tak. W powo­zie wisiał gęsty zapach bzu. Był jak wspo­mnie­nie upoj­nej i roz­pust­nej wio­sny.

Woź­nica strze­lił z bata i ostro ruszyli. Budą powozu trzę­sło, jakby jechali po praw­dzi­wej dro­dze. W końcu wszystko się uspo­ko­iło i usły­szała jak woź­nica zeska­kuje z kozła. Pod­szedł i otwo­rzył nie­spiesz­nie drzwi. Wtedy w końcu zoba­czyła jego twarz. Był trzy­dzie­sto­let­nim połu­dniow­cem o ostrych i zde­cy­do­wa­nych rysach. W żad­nym wypadku salo­nowy fir­cyk, raczej mary­narz albo prze­myt­nik. Z całą pew­no­ścią czło­wiek noża i garoty. Spoj­rzał z zacie­ka­wie­niem w jej oczy. Sztuczna inte­li­gen­cja budu­jąca nar­ra­cję tej opo­wie­ści spi­sy­wała się per­fek­cyj­nie. Miała wra­że­nie, że patrzy na nią przy­stojny, młody ban­dzior w stroju z XVIII wieku. Ubrany był w kaftan, pod nim miał koszulę z koron­ko­wym koł­nie­rzem, jedwabną, hafto­waną kami­zelkę i się­ga­jące kolan spodnie z pat­kami zapi­na­nymi na guziki, pan­to­fle z klamrą i trój­gra­nia­sty kape­lusz z czar­nego filcu. Zde­cy­do­wa­nie był ele­gan­tem. Wyszła z powozu na kamienny pod­jazd. Za nim wyra­stał jak skała śre­dnio­wieczny zamek, gotowy przy­jąć gości, któ­rzy przy­byli w poszu­ki­wa­niu przy­gód. Grube, szare mury się­gały wysoko, nad nimi góro­wała baszta, od góry zamknięta ostro zakoń­czoną kopułą. Cze­kała na nią brama, po obu stro­nach któ­rej tań­czyły poma­rań­czo­wym bla­skiem pochod­nie. Ich języki lizały noc, rzu­ca­jąc refleksy na pod­jazd, na któ­rym stali dwaj postawni war­tow­nicy. Ubrani w czarne kaftany i ze szpa­dami. Wyglą­dali na takich, któ­rzy per­fek­cyj­nie posłużą się każ­dym rodza­jem broni, po krót­kim prze­szko­le­niu czoł­giem Abrams rów­nież. Pomię­dzy nimi, jak muszka celow­ni­cza, zasty­gła czar­no­włosa kobieta.

– Made­mo­iselle. Pro­szę za mną – powie­działa do Violi, tak­su­jąc ją dys­kret­nym, ale bar­dzo kon­kret­nym spoj­rze­niem. Miała zbyt cie­pły, mat­czyny głos, który nie paso­wał raczej do sytu­acji. To był pierw­szy kiks. Ruszyły nie­spiesz­nym kro­kiem w głąb zamku. Nikt się tu ni­gdzie nie spie­szył. Kobieta miała na sobie sze­roką, bor­dową suk­nię, przy­ozdo­bioną koron­kami i wstąż­kami, a pod spodem gor­set spi­na­jący talię. Na nogach jedwabne, zie­lone poń­czo­chy i brą­zowe, skó­rzane pan­to­fle do kostki i na kil­ku­cen­ty­me­tro­wych obca­sach. Doszły do wyso­kich, sta­lo­wych drzwi, przy któ­rych cze­kało dwóch odźwier­nych. Ci wyglą­dali już mniej bojowo. Mieli tur­ku­sowe kaftany, czarne raj­stopy i grec­kie san­dały z rze­my­kiem za kostkę. Uchy­lili skrzy­dła, które prze­su­nęły się z niskim chrzę­stem, nie mniej­szym od tego jaki powstaje przy prze­su­wa­niu pół­kul ziem­skiego globu. Za drzwiami zoba­czyła salę, na końcu któ­rej, w gigan­tycz­nym kominku paliły się pnie drzew. W tym kominku mogłaby zamiesz­kać nie­wielka i nie­zbyt wyma­ga­jąca rodzina. Aran­ża­cję świetlną uzu­peł­niało kilka pochodni, palą­cych się w żela­znych uchwy­tach w kształ­cie odwró­co­nego stożka. Na środku sali stał długi, masywny stół, przy któ­rym sie­działy cztery kobiety i pię­ciu face­tów. Wszy­scy mło­dzi i piękni, o twa­rzach już wyraź­nie nad­psu­tych grze­chem. Jej poja­wie­nie się zamknęło skład.

Hra­bia Reoux, na zapro­sze­nie któ­rego się tu zja­wiła, był solid­nie zbu­do­wa­nym bru­ne­tem po czter­dzie­stce. Miał rów­nie ostre rysy twa­rzy jak woź­nica. To była tu norma. Wąskie, bru­talne usta, orli nos i szkli­sty, chłodny błysk w oczach od razu sygna­li­zo­wały, że z hra­bią nie ma żar­tów. Ta twarz zdra­dzała taką skłon­ność do gwałtu i prze­mocy, że przy­mknął by go pierw­szy lep­szy patrol.

Viola uświa­do­miła sobie z przy­kro­ścią, że kolejny raz wpa­dła w mocno nie­cie­kawe towa­rzy­stwo. Hra­bia, jakby widząc na jej twa­rzy waha­nie, pode­rwał się jak czarny ptak. Pod­fru­nął tanecz­nym kro­kiem i dwor­skim gestem ujął jej dłoń. Poczuła na niej mokry poca­łu­nek. Skła­da­jąc go Reoux patrzył jej w oczy. Zoba­czyła w nich coś tak per­wer­syj­nego, że po raz pierw­szy tego wie­czoru chciała wyco­fać się z gry. Ale aku­rat nie­po­kój towa­rzy­szył jej czę­sto w tej pracy, w tej jeź­dzie po ban­dzie, za którą była nader sowi­cie opła­cana i dzięki któ­rej zaszła tak wysoko w ran­kingu Face-to-Face. Wiele kobiet pró­bo­wało sił w pracy pro­sty­tutki w meta­wer­sie, ale więk­szość ucie­kała, a każda ucieczka ozna­czała spa­dek w ran­kingu. Zacząć było łatwo, bo wystar­czyło prze­cież tylko zało­żyć kom­bi­ne­zon i wejść na apli­ka­cję Sex Oddity, a potem wybrać poziom gry. Za naj­ostrzej­sze numery pła­cono naj­le­piej. Ale do tego, żeby zacząć naprawdę dobrze zara­biać, trzeba było mieć, poza odwagą, rów­nież styl i renomę. To styl decy­do­wał – ta mie­sza­nina sek­sa­pilu, wdzięku, odwagi i braku zaha­mo­wań. Sce­na­riu­sze były w grun­cie rze­czy kom­plet­nie nie­prze­wi­dy­walne. Dość powie­dzieć, że dwa dni temu upra­wiała seks w war­towni w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym w Dachau. Jej zle­ce­nio­dawcą był ano­ni­mowy Jur­gen, który ubrał się w mun­dur ofi­cera SS, a ona miała być pie­lę­gniarką obo­zo­wego laza­retu. To była roman­tyczna randka do czasu, gdy zostali zauwa­żeni przez komen­danta obozu, który wszedł ostrym kro­kiem i oświad­czył, że ich jedy­nym ratun­kiem przed karą chło­sty jest trój­kąt. To oczy­wi­ście był kolega Jur­gena. I oczy­wi­ście tak się umó­wili. Wyko­nała roz­kaz.

Zasady w tej grze były tylko dwie: wygodna ano­ni­mo­wość i to, że nie można trwale uszko­dzić komuś ciała. A więc żad­nych blizn, zła­mań i poważ­nych obtarć. Siniaki i nie za mocne strzały z liścia były dopusz­czalne, ale tylko za zgodą i dodat­kową opłatą. Obe­rwała więc kilka razy w twarz i kilka razy została zgwał­cona. Zaro­biła za to bar­dzo dobrze. Choć było to okropne prze­ży­cie, to na takie numery otwarte były miliony kobiet. Naprawdę dobrze zara­biały nie­liczne. Ona miała już sta­tus gwiazdy. Tyle, że w tym zawo­dzie nawet naj­ja­śniej­sze gwiazdy potra­fiły szybko spaść z nie­bo­skłonu na ulicę. Wystar­czyło popły­nąć, odpu­ścić, stra­cić styl i punkty. Gdy więc poja­wiło się zle­ce­nie, od razu wci­snęła guzik Ready i już po dwóch godzi­nach stała przed kolej­nym świ­rem, który zapła­cił jej za speł­nie­nie swo­ich sza­lo­nych fan­ta­zji. Mogła się spo­dzie­wać biczo­wa­nia i Bóg wie czego jesz­cze. Hra­bia wniósł tym­cza­sem toast:

– Za siłę!

Towa­rzy­stwo gruch­nęło w odpo­wie­dzi: „Za siłę!”. Wypiła to wino, a raczej wznio­sła do ust krysz­ta­łowy puchar, z któ­rego nie spa­dła ani kro­pla. To był teatr i grała swoją rolę. Hra­bia wska­zał drzwi obok kominka, wstał i skie­ro­wał się w tamtą stronę. Sły­szała sze­lest jego butów. Wszy­scy ruszyli za nim. Viola ostat­nia i bez grama entu­zja­zmu. Po chwili oka­zało się, że weszli do kaplicy. Ale nie takiej zwy­kłej, bo krzyż był odwró­cony. Wisiał nad nim rów­nież odwró­cony pen­ta­gram. Ściany zdo­biły obrazy z demo­nami, paję­czyny, łań­cu­chy, a przez otwór w ścia­nie wpa­dało mocne, białe świa­tło Księ­życa. Rów­nie dobrze mogłoby docho­dzić z pra­cowni chi­rurga psy­cho­paty. Viola zatrzę­sła się na ten widok. Seks w takich kli­ma­tach ozna­czał paskudną jazdę, z pogra­ni­cza schi­zo­fre­nii. Nie lubiła nume­rów reli­gij­nych, magicz­nych, z jakimś tam voo doo albo, tak jak tutaj, z odwró­conymi krzy­żami. Ludzie, któ­rzy je pre­fe­ro­wali, mieli nie po kolei w gło­wie. Już czuła, że będzie gorzko żało­wać, ale wyco­fa­nie się na tym eta­pie mia­łoby kata­stro­falne skutki. Gra zosta­łaby zerwana przed kul­mi­na­cją, a to miało naj­grub­sze kon­se­kwen­cje. Poza spad­kiem w ran­kingu, mie­siąc prze­rwy w dostę­pie do apli­ka­cji, a tego bała się jed­nak bar­dziej. Za długo i za ciężko haro­wała na ten suk­ces, cze­kał więc teraz na nią seks w trak­cie czar­nej mszy.

Hra­bia i jego goście oto­czyli ołtarz, a wtedy on roz­po­czął rytuał. Mam­ro­tał, pod­no­sił ręce i wykrzy­ki­wał jakieś inwo­ka­cje i zaklę­cia. Idiota po pro­stu. Zaczęła się oba­wiać, że AI zafun­duje im poja­wie­nie się Księ­cia Ciem­no­ści, ale na szczę­ście nie cho­dziło o cyber okul­tyzm, a o chory seks. Hra­bia wład­czym gestem przy­wo­łał ją do sie­bie. Gdy wpa­dła w jego łapy oka­zało się, że jest siła­czem, bo to, że jest waria­tem, było już wia­domo. Bru­tal­nie zdarł z niej suk­nię, rwąc mate­riał całymi pła­tami, a potem rzu­cił na czarny, kamienny ołtarz. Zimny, twardy i okrutny. To były pierw­sze siniaki, które zali­czyła tego wie­czoru. Hra­bia zrzu­cił kaftan i uka­zał się w peł­nej kra­sie. Był owło­siony na całym ciele. Istny mał­po­lud. Coś okrop­nego, skrzy­wiła się. Przy­ro­dze­nie miał jak jej ramię. Tu po raz pierw­szy naprawdę się prze­stra­szyła, bo takim sprzę­tem mógł zro­bić jej krzywdę. To jed­nak była przy­grywka, bo hra­bia z kosza wyjął kota, któ­remu bły­ska­wicz­nie pode­rżnął gar­dło. Krew polała się na kamie­nie i wszystko stało się jasne. Oczy­wi­ście kot nie był praw­dziwy, krew także nie, ale wyglą­dało to abso­lut­nie źle. Była w świe­cie wykre­owa­nym przez poważ­nie zabu­rzony umysł i, ramię w ramię, sztuczną inte­li­gen­cję. Być może była tu tylko z jed­nym czło­wie­kiem, a cała reszta to fan­tomy AI. A może było ina­czej? Nie miało to zna­cze­nia. Liczyło się to, że facet wyma­zał ją krwią, a potem wszedł w nią z taką siłą, że aż krzyk­nęła. Nie teatral­nie, ale na serio. Seks trwał dobre pół godziny. Banda tych popa­prań­ców kopu­lo­wała wokoło. Każdy z każ­dym. Wymę­czył ją okrop­nie. Czuła do niego pier­wotną, czy­stą nie­na­wiść. Gdy szczy­to­wał war­czał jak pies, a potem, gdy się z niej sto­czył, od razu wymknęła się z sali. Była naga, ale to nie miało zna­cze­nia. Powóz cze­kał przed bramą. Wsko­czyła do środka i powie­działa sekwen­cję zakoń­cze­nia. Wszystko zga­sło i znów leżała w swo­jej bra­mie por­ta­lo­wej. Zanim zapa­liła świa­tło upły­nęło kilka minut. Musiała ochło­nąć. Dziś trwało to wyjąt­kowo długo. Wstała i poszła pod prysz­nic. Potem poło­żyła się na kana­pie przed ekra­nem, który opu­ścił się z sufitu. Był obsłu­gi­wany gło­sem.

– Duży ekran – powie­działa.

Zapa­lił się i wyświe­tlił ogromny inter­fejs. Oglą­dała przez kwa­drans jakąś kolejną idio­tyczną kome­dię. Poczuła, że chce się jej rzy­gać. Dosłow­nie. W tym momen­cie zabrzę­czał leżący obok na łóżku smart­fon. Na wyświe­tla­czu zoba­czyła info od apli­ka­cji, że na jej konto prze­lano cztery tysiące osiem­set dola­rów. Dwie­ście ska­so­wał cyfrowy alfons, czyli apli­ka­cja. Hra­bia Reoux wysta­wił jej też mak­sy­malną notę – dzie­sięć punk­tów! Poki­wała z zado­wo­le­niem głową. Kro­cze ją bolało, była poobi­jana, ale w sumie zaro­biła już w tym mie­siącu dwa­dzie­ścia tysięcy papieru i to koń­czyło temat roz­te­rek i wąt­pli­wo­ści.

Rozdział 4. LECĄ!

Roz­dział 4LECĄ!

PAL­MOW­SKI TAK BAR­DZO BAŁ SIĘ, ŻE ZOSTA­NIE POD­SŁU­CHANY przez sztuczną inte­li­gen­cję, że poufne spo­tka­nia odby­wał nie w gabi­ne­cie, a w pomiesz­cze­niu taj­nych roz­mów. Tu był wresz­cie spo­kojny. Na poziom minus dwa zje­chał wraz z dwoma zapro­szo­nymi gośćmi windą, któ­rej ściany były wyło­żone lustrami, a pod­łoga szarą wykła­dziną. Przed wej­ściem cze­kali dwaj funk­cjo­na­riu­sze ABW. Mieli czarne gar­ni­tury, białe koszule i oku­lary prze­ciw­sło­neczne. Pal­mow­ski widy­wał ich bar­dzo rzadko i zasta­na­wiał się cza­sem, gdzie ci ludzie sie­dzą przez cały czas.

W win­dzie dzia­łał pierw­szy ska­ner, spraw­dza­jący czy do środka nie dostał się na przy­kład lata­jący mikro­dron. Ostat­nie były wiel­ko­ści muszki owo­cówki i wyglą­dały jak ona. Po wyj­ściu z windy wła­ściwą kon­trolę robili kolejni dwaj tajem­ni­czy kole­sie, któ­rzy obsłu­gi­wali bramkę, przy­po­mi­na­jącą bramki do wykry­wa­nia meta­lo­wych przed­mio­tów. Każdy prze­cho­dzący musiał pod­nieść ręce. Potem trzeba było otwo­rzyć usta i wysta­wić do bada­nia uszy. Dać im się „osłu­chać”, jak to mówiono w pała­co­wym żar­go­nie. Wcho­dziło się bez tele­fo­nów, zegar­ków, meta­lo­wych ele­men­tów gar­de­roby, biżu­te­rii, butów i skar­pe­tek. Funk­cjo­na­riusz poda­wał białe, pla­sti­kowe, jed­no­ra­zowe klapki, a jego kolega meta­lowy klucz. Na końcu kory­ta­rza cze­kały drzwi. Kory­tarz na dole był tak wąski, że można było dotknąć wycią­gnię­tymi rękami jego kre­mo­wych ścian. Na sufi­cie ledy paliły się biało. Drzwi na pierw­szy rzut oka były zwy­kłe, białe, z zam­kiem i klamką z wypo­le­ro­wa­nej stali. Żeby je otwo­rzyć trzeba było spoj­rzeć w ska­ner umiej­sco­wiony na ścia­nie po lewej stro­nie, dwa metry od klamki. Urzą­dze­nie zaglą­dało w głąb oka i gdy docho­dziło do wnio­sku, że wszystko się zga­dza, można było prze­krę­cić klucz w zamku. Za drzwiami zaczy­nała się strefa tajem­nicy. Nie­wielki pokój. Na środku biały, pla­sti­kowy stół, a przy nim cztery białe i rów­nież pla­sti­kowe krze­sła.

Pal­mow­ski i jego dwaj goście sie­dzieli przy stole, na któ­rym stała pla­sti­kowa butelka wody i trzy szklanki. Pal­mow­ski poja­wił się w sza­rym gar­ni­tu­rze, oni w zwy­kłych ciu­chach, nie wska­zu­ją­cych na pla­no­waną wizytę w pałacu pre­zy­denc­kim. Tak było bez­piecz­niej.

Miał przed sobą dwóch czo­ło­wych ana­li­ty­ków, zaj­mu­ją­cych się nowymi tech­no­lo­giami. Tomasz Kor­wow­ski był sze­fem Wydziału Cyber­ne­tyki Woj­sko­wej Aka­de­mii Tech­nicz­nej. Był łysy, już po pięć­dzie­siątce i patrzył zza gru­bych oku­la­rów. Ubrał się w dżinsy, czarną, dre­sową bluzę i zie­loną czapkę bejs­bo­lową z literką W. Wyglą­dał jak puchacz prze­brany za czło­wieka. Drugi ana­li­tyk, Bro­ni­sław Lip­czyk, pro­fe­sor Wydziału Infor­ma­tyki na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim, był znacz­nie młod­szy. Miał opi­nię geniu­sza, rude włosy do ramion i nie­sa­mo­wi­cie bystre spoj­rze­nie nie­bie­skich oczu. Też przy­szedł w dżin­sach, do któ­rych miał brą­zową mary­narkę z czar­nymi, zamszo­wymi łatami na łok­ciach.

Pal­mow­ski zda­wał sobie sprawę, że przy Lip­czyku jest idiotą, ale nie peszyło go to już tak bar­dzo jak na początku. Infor­ma­tyk był bez­po­średni i dow­cipny, prze­ka­zy­wał wie­dzę w spo­sób pro­sty i wła­śnie teraz tłu­ma­czył, jak AI przej­mie kon­trolę nad ludz­ko­ścią.

– Począ­tek mają już za sobą – mówiąc o AI uży­wał liczby mno­giej, dając w ten spo­sób do zro­zu­mie­nia, że cho­dzi o inny gatu­nek.

– Zin­fil­tro­wali rzą­dowe i kor­po­ra­cyjne sys­temy infor­ma­tyczne. Wiemy już o tym od dwóch tygo­dni, a Ame­ry­ka­nie od mie­siąca.

– Czego możemy się spo­dzie­wać? – zapy­tał pre­zy­dent.

– Spo­tka­łem się w Nowym Jorku z rek­to­rem Mas­sa­chu­setts Insti­tute of Tech­no­logy. Nie­malże przy­pad­kiem natra­fili na ślad zbie­ra­nia danych, bo wszystko było abso­lut­nie per­fek­cyj­nie zama­sko­wane. Ame­ry­ka­nie uzy­skali wgląd w sys­tem i posta­wili tezę, że to wstęp do wro­giej dzia­łal­no­ści, która będzie pro­wa­dzona za pomocą dez­in­for­ma­cji, fał­szo­wa­nia danych i mani­pu­lo­wa­nia mediami, co ma dopro­wa­dzić do cha­osu i nie­uf­no­ści pomię­dzy ludźmi i insty­tu­cjami pań­stwa, a w następ­stwie do kon­troli nad wydo­by­ciem i dys­try­bu­cją zaso­bów i oczy­wi­ście kon­troli nad kor­po­ra­cjami i ryn­kami finan­so­wymi. Cho­dzi o wytwo­rze­nie stanu rze­czy, w któ­rym będzie domi­no­wać poczu­cie, że konieczne jest wpro­wa­dze­nie nowych urzą­dzeń i robo­tów zastę­pu­ją­cych ludzi w kolej­nych miej­scach pracy, a za tym oczy­wi­ście coraz głęb­sze moni­to­ro­wa­nie zacho­wań kon­su­menc­kich.

– To już się oczy­wi­ście dzieje i nie trzeba mieć jakiejś szcze­gól­nie dużej wie­dzy, żeby to zauwa­żyć – wtrą­cił Kor­wow­ski. – AI kon­tro­luje media spo­łecz­no­ściowe, które są głów­nym źró­dłem infor­ma­cji dla więk­szo­ści ludzi. Algo­rytmy i pro­gramy moni­to­rują w cza­sie rze­czy­wi­stym dzia­ła­nie znacz­nej czę­ści ludz­kiej popu­la­cji. Tym bar­dziej, że coraz wię­cej osób spę­dza wolny czas, a nawet pra­cuje w meta­wer­sie. To jesz­cze nie zostało ujaw­nione, ale jestem prze­ko­nany, że AI stwo­rzyła i korzy­sta z wła­snych kana­łów komu­ni­ka­cyj­nych oraz współpra­cuje z gru­pami biz­ne­so­wymi, które mniej lub bar­dziej świa­do­mie dzia­łają w jej inte­re­sie. To mogą być także szem­rane grupy, mafia, kar­tele nar­ko­ty­kowe albo poli­tycy. W zamian za infor­ma­cje i przy­sługi, tacy ludzie mogą wyko­ny­wać zle­ce­nia AI – powie­dział Kor­wow­ski.

– Celem jest sys­tem kon­troli, który pozbawi ludzi wol­no­ści i nie­za­leż­no­ści. I to już wkrótce – dorzu­cił gro­bo­wym gło­sem Lip­czyk. Zapa­dła duszna, mroczna cisza. Cze­kali na to, co powie Pal­mow­ski, a on się nie palił do mówie­nia. Był pre­zy­den­tem dużego, euro­pej­skiego kraju, głową pań­stwa, ale nauczył się już dosko­nale, że w poli­tyce każdy tak gra i tylko tyle, ile musi, ani nuty wię­cej. Wie­dział, że oni wyniosą jego słowa w świat i kie­dyś komuś je powtó­rzą. Zawsze tak jest. Ludzie tacy już są. Zresztą co niby miał powie­dzieć? No co? W końcu rzu­cił:

– I co możemy zro­bić?

Lip­czyk i Kor­wow­ski spoj­rzeli po sobie, jakby już dawno roz­ma­wiali o tym, że usły­szą w końcu to pyta­nie. Lip­czyk roz­ło­żył ręce.

– Widząc to, co już wiemy, obser­wo­wać, ana­li­zo­wać i aktyw­nie reago­wać.

– Co to zna­czy aktyw­nie reago­wać? – spoj­rzał na niego z rezy­gna­cją Pal­mow­ski.

– Pro­blem polega przede wszyst­kim na tym, że nie do końca wiemy, co jest efek­tem wro­giego dzia­ła­nia AI. Można nawet zało­żyć tezę, że wszystko.

– Wszystko?

– Tak.

– Czyli nie wiemy nic?

– No wła­śnie.

Zro­biło się nie­zno­śnie cia­sno. Pre­zy­dent poczuł, że ściany zaczy­nają się ruszać i zbli­żać, że już ni­gdy nie wydo­sta­nie się z tego pokoju.

– Jeste­śmy już od nich tak uza­leż­nieni, że nie możemy prze­rwać współ­pracy. Panie pre­zy­den­cie, nie wiemy, co tak naprawdę kryje się za tymi milio­nami algo­ryt­mów. Zakła­damy, że super­kom­pu­tery są ser­cem albo po pro­stu rze­czy­wi­stym cen­trum świa­do­mo­ści AI. A nie wiemy, mówiąc wprost, o czym one myślą. Możemy więc tylko obser­wo­wać – powie­dział Kor­wow­ski.

– Jak zwie­rzęta pro­wa­dzone na rzeź?

– Nie aż tak. Ame­ry­ka­nie pra­cują nad odpor­nym na wła­ma­nie sys­te­mem, który miałby moni­to­ro­wać ope­ra­cje ini­cjo­wane przez AI.

– Czy to w ogóle jest realne?

– Zakła­damy, że tak. Może to wła­śnie będzie furtka aktyw­nego reago­wa­nia, o co pan pytał – wzru­szył lekko ramio­nami Lip­czyk Pal­mow­ski poki­wał głową i zaczął mówić o tym, co leżało mu bar­dzo na sercu.

– Kolejny pro­blem to woda, która jest potrzebna do chło­dze­nia ser­we­rów. Może być tylko słodka i czy­sta, bo ina­czej koro­dują insta­la­cje. A tej wody idą kosmiczne ilo­ści. No i przede wszyst­kim ener­gia. Dosta­li­śmy prze­cież zapy­ta­nia od lokal­nej AI o zwięk­sze­nie racji ener­ge­tycz­nych. Wie­dzą o tym pano­wie dosko­nale, prawda?… – Pal­mow­ski zawie­sił głos, a oni, w odpo­wie­dzi, poki­wali gło­wami.

– A więc jakie jest panów zda­nie? Czy powin­ni­śmy speł­nić żąda­nia AI i dać jej wię­cej ener­gii? – zapy­tał po kilku sekun­dach ciszy pre­zy­dent.

– Abso­lut­nie nie – odpo­wie­dział od razu Lip­czyk.

– Jestem tego samego zda­nia – dodał Kor­wow­ski.

– Nie można kar­mić demona?… – uśmiech­nął się cierpko Pal­mow­ski.

Nie odpo­wie­dzieli, ale ich twa­rze zro­biły to za nich.

Pal­mow­ski chciał powie­dzieć coś jesz­cze, ale roz­le­gło się gło­śne puka­nie do drzwi. To było coś abso­lut­nie nowego, bo do tej pory nikt ni­gdy mu tu nie prze­szka­dzał. Pal­mow­ski wstał i otwo­rzył. Na kory­ta­rzu stała Mał­go­rzata Pał­ko­wiecka, Sekre­tarz Stanu w Kan­ce­la­rii Pre­zy­denta. Wysoka i chuda blon­dynka ze sta­lo­wym gło­sem. Jej twarz wyglą­dała jak boja ostrze­gaw­cza na środku oce­anu. Potra­fiła nią usta­wić na odpo­wied­nim kur­sie każ­dego poli­tyka. Nawet ofuk­nąć Pal­mow­skiego. Teraz jed­nak Pał­ko­wiecka nie była uspo­so­biona bojowo, a raczej wystra­szona. Pal­mow­ski ni­gdy nie widział jej z takim wyra­zem twa­rzy i w ciągu ułamka sekundy zorien­to­wał się, że wyda­rzyło się coś naprawdę bar­dzo poważ­nego. Już samo to, że przy­szła w trak­cie spo­tka­nia do pokoju taj­nych roz­mów było wyda­rze­niem bez­pre­ce­den­so­wym, bo tu nie można było wejść ot tak. Pal­mow­ski wyraź­nie to kie­dyś zazna­czył.

– Pani Mał­go­rzato, mie­li­śmy skoń­czyć za pół godziny. Co się stało? – zwró­cił się do niej ostroż­nie.

– Panie pre­zy­den­cie, muszę pana o czymś nie­zwłocz­nie poin­for­mo­wać. Tylko pana. Głos Pał­ko­wiec­kiej zabrzmiał głu­cho, jak zmę­czone leśne echo.

Pano­wie wyba­czą – powie­dział, pod­niósł się ener­gicz­nie od stołu i znik­nął za drzwiami. Wró­cił po kilku minu­tach. Wyglą­dał tak, jakby zoba­czył począ­tek trze­ciej wojny świa­to­wej. W ste­reo i w kolo­rze. Mil­czał. Opadł ciężko na krze­sło, jak worek z czymś bar­dzo zmę­czo­nym, wrzu­cony przez okno do ciem­nej piw­nicy. Obaj naukowcy wpa­try­wali się w niego z ogrom­nym napię­ciem. Był dla nich teraz naj­waż­niej­szym ele­men­tem rów­na­nia okre­śla­ją­cego przy­szłość świata. W końcu Lip­czyk nie wytrzy­mał.

– Panie pre­zy­den­cie, co się stało?

– Coś, co zmieni świat? – odpo­wie­dział powoli poli­tyk.

– Wojna nukle­arna? – zapy­tał prze­ra­żony Kor­wow­ski.

– Nie. Dzie­sięć minut temu dotarł do Ziemi tele­wi­zyjny sygnał od obcych. Lecą do nas.

– Co?! – Lip­czyk pode­rwał się na równe nogi, wywra­ca­jąc z hukiem krze­sło. Pal­mow­ski pokrę­cił jakby z tru­dem głową. Zapa­dła cisza, w któ­rej pyta­nie Lip­czyka zabrzmiało jak wybuch:

– A jak ci obcy wyglą­dają?

Cała trójka nagle zaczęła się śmiać. W tym śmie­chu było nie­mało sza­leń­stwa.

– Są na razie same litery i głos. Chce­cie zoba­czyć? – zapy­tała Pał­ko­wiecka.

– Tak – odpo­wie­dzieli chó­rem. Wyjęła tablet. To, że wnio­sła w to miej­sce elek­tro­niczne urzą­dze­nie było kolejną ano­ma­lią. Teraz jed­nak Pal­mow­ski miał to w nosie. Wyszedł i za chwilę wró­cił z wła­snym table­tem. Patrzyli w ekran, licząc się już dosłow­nie ze wszyst­kim. Na bia­łym tle poja­wiły się dru­ko­wane, błę­kitne litery i roz­legł się sym­pa­tyczny kobiecy głos.

Witaj­cie kosmiczni bra­cia. Przy­by­wamy w pokoju. Do zoba­cze­nia wkrótce.☺

– To nie żart? – zapy­tał Kor­wow­ski.

– Myśli pan, że sobie urzą­dzi­li­śmy szopkę i wkrę­camy panów w ukrytą kamerę?

– Nie. No, nie…

– To nie żart. Wszy­scy na Ziemi to dostali.

– Jezus Maria – Lip­czyk zła­pał się za głowę.

– Ow­szem, Jezus Maria. Jak­by­śmy mieli za mało pro­ble­mów – powie­dział Pal­mow­ski i po chwili rzu­cił: Cie­kawe skąd lecą?

– Być może z nie­da­leka. Przy­naj­mniej w skali Kosmosu. Nie­wy­klu­czone, że są z naszej galak­tyki – odpo­wie­dział szybko Kor­wow­ski.

– Z Drogi Mlecz­nej? – zapy­tał pre­zy­dent.

– A dla­czego nie? W naszej galak­tyce jest około miliarda gwiazd, które mogą mieć taką pla­netę jak Zie­mia. W Dro­dze Mlecz­nej może być milion, miliard, a nawet 100 miliar­dów pla­net, na któ­rych jest życie. Pla­net, na któ­rych mogłoby prze­trwać ziem­skie życie. Na ilu z niech powstało? Tego nie wiemy. To zależy od tego, jak trudne jest zapo­cząt­ko­wa­nie życia – Kor­wow­ski wyraź­nie odle­ciał, ta infor­ma­cja podzia­łała na niego jak LSD.

– Samo ist­nie­nie tych świa­tów nie ozna­cza, że powstało tam życie – wtrą­cił Lip­czyk.

– Dokład­nie. Ale z dru­giej strony wszyst­kie te pla­nety powstały z tego samego mate­riału co Zie­mia. Wszystko jest ule­pione z gwiezd­nego pyłu – uśmiech­nął się sze­roko Kor­wow­ski.

– Dla­tego, jeśli powsta­niu naszej pla­nety nie towa­rzy­szyło coś nie­zwy­kłego, to wszę­dzie działa ta sama bio­lo­gia i… – powie­dział dobit­nie Lip­czyk.

– Coś nie­zwy­kłego? – zapy­tał po kilku sekun­dach Pal­mow­ski.

– Czy jest pan wie­rzący, panie pre­zy­den­cie? – zapy­tał Kor­wow­ski.

– Co za pyta­nie? Prze­cież pan dosko­nale wie, że tak!

– No to ma pan swoją odpo­wiedź.

– A może być jakaś inna? – spoj­rzał wymow­nie Pal­mow­ski.

– Panie pre­zy­den­cie, nie wiem – odpo­wie­dział wymi­ja­jąco Kor­wow­ski.

– I bar­dzo dobrze. Dzię­kuję panom za spo­tka­nie. Niech Bóg ma nas w swoje opiece, bo wcho­dzimy na nie­pewny grunt!

Naukowcy poki­wali gło­wami i wstali. Wyszli w trójkę. Jechali windą w górę w mil­cze­niu. „Boże, jak to dobrze, że to nie dzieje się u nas w Pol­sce” – myślał Lip­czyk. – „Bo wtedy to już naprawdę byłoby prze­rą­bane”.

Rozdział 5. ZA DUŻO HAŁASU

Roz­dział 5ZA DUŻO HAŁASU

ŚWIAT OSZA­LAŁ! Kiedy sie­dzia­łem na por­tierni niebo spa­dło na Zie­mię. Kilka minut po czter­na­stej wybu­chła bomba. Wszyst­kie media zaczęły poda­wać infor­ma­cję, że Ame­ry­ka­nie, Chiń­czycy i Rosja­nie ogło­sili, że ode­brali sygnał od obcych. Wszystko sta­nęło na gło­wie. Reli­gie, nauka, kul­tura i poli­tyka roz­grzały się do czer­wo­no­ści, a po kilku godzi­nach do bia­ło­ści. Zaszo­ko­wany obser­wo­wa­łem to na smart­fo­nie. Jak po dotknię­ciu cza­ro­dziej­skiej różdżki ludzie stali się jed­nym z gatun­ków zamiesz­ku­ją­cych Wszech­świat.

Ofi­cjal­nie bada­nia nad UFO, albo jak się też mówi UAP, roz­po­częły się w NASA w 2023 roku. Wcze­śniej Ame­ry­ka­nie mieli oczy­wi­ście jakieś tajne pro­jekty, ale przez dekady pro­wa­dzili kon­se­kwent­nie poli­tykę zaprze­cza­nia i dez­in­for­ma­cji. W końcu po 2020 roku, kiedy to Pen­ta­gon zde­cy­do­wał się na publi­ka­cję trzech fil­mów nagra­nych przez pilo­tów samo­lo­tów bojo­wych z lot­ni­skow­ców USS Nimitz i USS The­odore Roose­velt, wszystko ruszyło z miej­sca. Doni­kąd, bo nie udało się usta­lić dokład­nie nic. Te ziar­ni­ste, mono­chro­ma­tyczne filmy prze­szły do histo­rii jako ofi­cjal­nie doku­men­tu­jące UFO. Ale to niczego nie zmie­niło. Lata­jące spodki na­dal były mitem pop kul­tury i obse­sją mania­ków nawie­dzo­nych i mniej lub bar­dziej odkle­jo­nych. Były po pro­stu obiek­tami poru­sza­ją­cymi się pod wodą, w powie­trzu i w prze­strzeni kosmicz­nej dzięki tech­no­lo­gii prze­wyż­sza­ją­cej naszą tak, jak współ­cze­sna tech­no­lo­gia ziem­ska prze­wyż­sza sprzęt z epoki kamie­nia łupa­nego. Nie było mowy o prze­chwy­ce­niu tych pojaz­dów. Skrę­cały pod kątem dzie­więć­dzie­się­ciu stopni, przy­spie­szały nagle do szyb­ko­ści kilku tysięcy kilo­me­trów na godzinę. To tak jakby ści­gać balo­nem odrzu­to­wiec. Tyle, że ofi­cjal­nie potwier­dzo­nych fil­mów z UFO było coraz wię­cej i wię­cej. Domi­nu­jące teo­rie zakła­dały, że to przy­by­sze z Kosmosu, obiekty z innego wymiaru, albo ludzie z przy­szło­ści. Nic wię­cej nie udało się wymy­ślić. Aż w końcu teraz przy­szedł dzień, w któ­rym zatrzy­mała się Zie­mia. A przy­naj­mniej ludzie.

Od razu została zwo­łana pierw­sza od pra­wie dekady Nad­zwy­czajna Sesja Zgro­ma­dze­nia Ogól­nego ONZ. Miała odbyć się za kilka dni. Na razie poli­tycy mówili o potrze­bie i koniecz­no­ści zjed­no­cze­nia ludz­ko­ści wobec prze­ło­mo­wej i cał­ko­wi­cie nie­prze­wi­dy­wal­nej zmiany. Wypo­wia­dali się ocho­czo naukowcy, eks­perci, poli­tycy i woj­skowi. Wszystko było prze­pla­tane uję­ciami UFO z fil­mów nagra­nych z samo­lo­tów, stat­ków i z powierzchni ziemi. Na Face­bo­oku ludzie roz­ma­wiali tylko o tym. Ate­iści nabi­jali się z kato­li­ków, pyta­jąc czy zamie­rzają nawró­cić kosmi­tów na Jezusa, który zgod­nie z dok­tryną Kościoła jest współ­twórcą Wszech­świata, a kato­licy odpie­rali zaczepki, twier­dząc z nie­za­chwianą pew­no­ścią, że nasi kosmiczni bra­cia są dziećmi tego samego Boga.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki