Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
„Dziwne światło” to druga odsłona przygód Jesusa Kowalskiego. Akcja toczy w niezbyt odległe, ale już całkiem innej przyszłości. Jesus to Pięćdziesięciokilkuletni gość z Warszawy, który kiedyś był dziennikarzem, a teraz po prostu pracuje na życie na ochronie. Jest jednym z szarych ludzi przesuwających się codzienne chodnikami metropolii. Nie szuka problemów, ale one znaj dują go same. Po raz kolejny los wystawia go do walki o najwyższą stawkę. Tym razem osią fabularną jest lądowanie UAP/UFO. Nie spojlerując zdradźmy, że przybysze z dalekiego kosmosu lądują pod Warszawą. Stolica Polski staje się sceną historycznego przełomu, a Jesus?... On jak zwykle poznaje piękną kobietę i ląduje w środku zamieszania, która przerasta wszystkie skale. Nic nie jest już tym, na co wygląda, a stawką jest wszystko.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 479
Redakcja, redakcja techniczna i korekta: Magdalena Reczko Okładka: Lech Majewski
© Copyright by Agencja Wydawnicza Mako Press sp. z o.o. Alex Kłoś Warszawa 2026
ISBN 978-83-89737-25-0
Wszelkie prawa zastrzeżone Treść nie może być ani powielana, ani rozpowszechniana, ani kopiowana przy użyciu urządzeń elektronicznych, mechanicznych czy nagrywających bez pisemnej zgody posiadaczy praw autorskich. Treść książki jest również dostępna w postaci ebooka i audiobooka.
Wydawca: Agencja Wydawnicza Mako Press Sp. z o.o. 02-757 Warszawa, ul. Pory 59/114 Kontakt: e-mail: maciej.foto[email protected]
Dotychczas wydane książki tego autora, Pułapka, Więzienny blues oraz 63 noce są również dostępne w postaci papierowej, ebooka i audiobooka.
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy abyś przestrzegał praw, które im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie bliskim lub osobiście znanym, ale nie publikuj jej w Internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. Kopiując ją zrób to jedynie na użytek osobisty. Szanujmy cudzą własność i prawo.
Polska Izba Książki
Więcej o Prawie Autorskim na www.legalnakultura.pl
Ewentualne podobieństwo do jakichkolwiek osób i zdarzeń jest przypadkowe i niezamierzone.
Oto moja historia, którą napisałem, pracując na parkingu. Siedziałem w budce przy szlabanie na Sielcach, w Warszawie rzecz jasna. Pisząc w takim miejscu byłem wystawiony na mocną ekspozycję rzeczywistości, która widomymi sobie tylko szparami przeciekała do tych opowieści.
Bez wątpienia miałem idealne stanowisko obserwacyjne. Dwie duże szyby, przed nosem parking i sklep spożywczy, po prawej kawiarnię dla maluchów, Żabkę i przedszkole. Trzy czteropiętrowe apartamentowce, a po lewej pięciopiętrowy biurowiec. W nim klub fitness i prywatne przychodnie lekarskie oraz kilka korporacji. Wszyscy znali się tam dobrze z widzenia. Wiosna, lato, jesień, zima. Miliony chwil, spojrzeń, pozdrowień, kawał życia.
Moje pisanie nie zakłócało w niczym parkingowych rutyn, nie było skarg, ludzie mnie chyba polubili. Latem skwar, zimą okropny ziąb. Przedwiośnie takie, że naprawdę z całego serca wyczekuje się nadejścia wiosny i ciepłych dni, a potem, kiedy jest już dwadzieścia osiem stopni, siedzi się bez włączonego wiatraka, ciesząc się z upału, bo w pamięć są wryte długie, mroźne chwile. Opalony na brąz byłem już w maju. Miałem dużo ruchu, który zapewniało nieustanne wstawanie od biurka i latanie po parkingu. Wracałem do budki z takich wypadów, niosąc w głowie świeże pomysły na kolejne słowa i zdania. Gdy pisze się w takim położeniu, to obraz życia jest wyraźny, tym bardziej, że po drugiej stronie, oddalonego o jakieś trzysta metrów skrzyżowania, zaczyna się Czerska, na której pod ósemką jest Agora. Spółka wydająca „Gazetę Wyborczą”, w której miejskim dodatku spędziłem trzynaście lat reporterskiego życia. Teraz życie zaprowadziło mnie do budki, w której, tak jak wtedy, nadal pisałem. Siedziałem przy szlabanie i byłem jak igła gramofonu, która zbiera melodię z drgającego od rana do nocy rytmu życia. Jak każdy autor, czerpałem ze swoich doświadczeń, ale tym razem dość oszczędnie. Tak powstała opowieść podlewana sosem poranków i zachodów słońca. W weekendy towarzyszyła mi gitara.
Sielce są miejscem chyba najważniejszym dla powojennego warszawskiego folkloru. Pół kilometra dalej, w stronę Belwederskiej, przy Tatrzańskiej, mieszkał przed wojną Stanisław Grzesiuk, a przy Podchorążych i Gagarina w latach 60. muzycy z Kapeli Czerniakowskiej. Kiedyś pisałem o nich jako reporter, teraz sam grałem na ulicy nagrane przez nich dawno temu piosenki. Gdyby nie wspomniane już trzy lodowate zimy i wysuszające na pył skwarne lata, z czystym sumieniem poleciłbym to miejsce jako swoisty domek pracy twórczej. Miejsce, w którym ulica sama dyktuje słowa i przy okazji można zarobić na przeżycie.
Powieść tę dedykuję Stanisławowi Jewgrafowiczowi Pietrowowi. Człowiekowi, który uratował świat.
Alex Kłoś
Wszystko. Woda, ludzie, skały i rośliny tworzą atomy, które powstały w gwiazdach. Gwiazdach, które narodziły się, rozkwitły i wybuchły. Wszystko powstało z gwiezdnego pyłu. Jesteśmy jego dziećmi. We wszystkich zakątkach Wszechświata.
W niezbyt odległej przyszłości…
Rozdział 1DZIWNE ŚWIATŁO
– JEŻELI CHCESZ JESZCZE TROCHĘ POŻYĆ, TO DOBRZE CI RADZĘ: SPIERDALAJ STĄD.
– Do mnie mówisz? – zapytałem Daniela.
– Nie, Jesus. Do muchy.
To był upalny, długi, letni dzień. Przez szybę budki stojącej przy szlabanie paliło słońce, a mucha najwyraźniej była już kompletnie znudzona życiem. Siedziała na blacie od jakichś pięciu sekund, a Daniel zawisł nad nią, trzymając w lewej ręce starą, brudną, plastikową packę. Może nie jak topór, ale z pewnością jak wyrok śmierci. Od kilku minut cierpliwie czekał na ten moment i w końcu wylądowała centralnie przed nim. Miał idealną pozycję do strzału, którym ukatrupi agenta chaosu, wprowadzającego do naszej budki zamieszanie. Packa świsnęła i rozgniotła to czym była mucha na grubej tafli starego pleksi, leżącego na brudnym blacie. Tuż obok krótkofalówek. Nigdy w życiu nie widziałem tak zasyfiałych komunikatorów. Nikt ich chyba nigdy na tym obiekcie nie używał, bo były oblepione liszajem brudu. To miejsce składało się ze smrodu starych butów, resztek kostki szarego mydła i taniej pociechy dezodorantu. Gdyby pracowała tu jakaś kobieta, to może nie byłoby aż tak brutalnie, ale w grafiku byli sami faceci. Emeryci i renciści.
Zadowolony z siebie Daniel odłożył packę i z ulgą ułożył dłoń na myszce, specjalnej, ergonomicznej, do grania w gry. Ja nie gram, mam normalną myszkę, a to była myszka zabójcy, lśniąca, plastikowa śmierć. Daniel jeździł czołgiem po świecie, który pojawiał się na ekranie jego laptopa, wjeżdżał w zagajniki, krył się za domami, zaczajał na szczytach wzgórz i zabijał, zabijał, zabijał. Był niszczycielem czołgów i czekał cierpliwie na tę rolę przez cały dzień. Na moment, w którym będzie mógł wreszcie odpalić „World of Tanks”. Czas dłużył się niemiłosiernie, bo przez cały dzień w wartowni tak naprawdę nie działo się nic, nie licząc tego, że czasem trzeba było przycisnąć guzik podnoszący szlaban i podać arkusze wjazdu kierowcy ciężarówki, który wprowadzał manualnie do środka swój autonomiczny zestaw. Nasza robota polegała na wypełnionym uwagą nicnierobieniu, a ja siedziałem tu dziś w ramach nadgodzin. Odbębniłem swoje dwadzieścia cztery godziny i gdy wczoraj rano wróciłem do domu, o szesnastej zadzwonił koordynator i powiedział: „Panie Jesusie, potrzebuję pana jutro na jeden dzień na Targówku. Na posterunku przy hurtowni plastiku. Siedemnaście godzin. Da pan radę?”.
Wziąłem, bo zawsze to parę złotych więcej. Jedni siedzą w tym miejscu na dwudziestkach czwórkach, a drudzy na siedemnastkach. Minuta życia warta cztery złote. Ten od siedemnastek akurat zaniemógł i ja siedziałem zamiast niego. Szlabany były dwa: wjazdowy i wyjazdowy. I dwa pokrętła: góra – dół. To chyba ostatnie takie miejsce, przyczółek starego świata, w którym nie ma jeszcze ani grama sztucznej inteligencji. Daniel powiedział, że to przez panią prezes, która chciała zachować ludzkie miejsca pracy.
Przez siedemnaście godzin kilkanaście razy zaniosłem papiery do ciężarówek i z nudów zrobiłem nikomu niepotrzebny obchód. Daniel naciskał, żeby za dużo nie chodzić, bo jeszcze ci z biura pomyślą, że dwóch gości na wartowni jest niepotrzebnych, bo jeśli jeden tyle chodzi, to może jeden do szlabanu wystarczy. Po siedemnastej biuro hurtowni pustoszało i dwupiętrowy budynek zamieniał się w szare wiaderko porzucone na placu zabaw, po którym pomiędzy otwartymi na oścież halami jeździli paleciakami robotnicy, głównie Ukraińcy zatrudnieni na umowie zlecenie za najniższą krajową. I wtedy wreszcie w budce wybuchała „Wojna Czołgów”. Daniel porzucał nudną rolę przyklejonego do szyby szlabaniarza i zamieniał się w czołgistę. Był tu kiedyś koleś, który nie do końca wszedł w rolę i tak wsiąkł w telefon, że przegapił panią prezes, stojącą swoim wodorowym Porsche pod szlabanem. Podeszła w końcu do uchylnego okienka i zapytała: „Czy ja mogę wjechać?”. To było ostatnie, co tu usłyszał, bo pół godziny później zadzwonił koordynator z informacją, że może się pakować.
Teraz mówiłem coś do Daniela, a on odwrócił się i patrzył zza okularów zmęczonymi, załzawionymi oczami starego czołgisty. Przez dwa lata walił tu pięć razy w tygodniu siedemnastki, mieszka niedaleko i nie było jakiegoś większego problemu. W końcu, miesiąc temu odszedł z roboty facet, który pracował na dwudziestkach czwórkach i Daniel dostał od życia to, czego chciał. Spośród kilkunastu czołgów, które zaproponowała gra, wybrał dziś sowieckiego T-34. Rozumiem go, bo w młodości, czyli bardzo dawno temu, oglądałem „Czterech pancernych i psa” i kto wie, może bym wybrał tak samo. Ten czołg, to wymarzona maszyna zemsty. Koleś, który go zaprojektował i zbudował prototyp, działał po godzinach, a jego czołg nie wzbudził entuzjazmu i inżynier, by przekonać Stalina, wsiadł w swoją maszynę i wyruszył na przełaj do Moskwy, jakichś tysiąc kilometrów, a może i lepiej. Była ostra, ruska zima. Stalin się przekonał, a konstruktor pochorował i umarł, nie doczekawszy momentu wprowadzania T-34 do masowej produkcji. Daniel może nie znać tej historii, ale darowałem sobie opowieść. Po co mu przeszkadzać? W końcu dał znak, że mogę już iść. Była dwudziesta druga i tak zakończyłem przygodę z hurtownią tworzyw sztucznych na Targówku. Bo na stałe jestem ochroniarzem recepcjonistą w czteropiętrowym bloku na Kabatach.
To kompletnie inny świat. Zasadniczy i przesiadujący godzinami administrator, zadzierający nosa mieszkańcy, ciągle atakujący kurierzy i robota z paczkami. Mieszkaniówka to loteria, można trafić na fajny obiekt albo na miejsce nieprzyjemne i wredne. A tu było gdzieś pomiędzy. Siedziałem od roku i mogłem siedzieć nadal, bo, jak wspomniałem, chcieli mieć na recepcji człowieka, a nie robota. Miło z ich strony.
Z Targówka wróciłem na Imielin metrem. Posiedziałem przez chwilę przed tabletem, nastawiłem w telefonie budzik na szóstą rano i prawie od razu zasnąłem. Rano alarm zawył jak zły pies i wstałem jak co dzień, wykonując po kolei program zakodowany w mózgu. Nie było tego dużo: ubrać się, coś zjeść, połknąć tabletkę na nadciśnienie i wypić minimum pół litra wody, zwykłej kranówki, ale z cytryną. Potem piętnaście minut spacerku do metra, pomiędzy blokami, pamiętającymi jeszcze analogowy świat. Było ich tak dużo, że można było wędrować między nimi godzinami.
Mieszkam na Ursynowie, stacja metra Imielin, niedaleko jest Szpital Południowy i Las Kabacki. Kabaty to co innego, ładniejsze bloki, bogatsi ludzie. Ten dom, w którym pracowałem, to czterokondygnacyjny, elegancki apartamentowiec, zielony jak przycisk do otwierania skrytki z dolarami, elegancki jak nowa para przyzwoitych pantofli i bardzo nowoczesny, ale z analogowym smaczkiem, czyli właśnie portiernią. Trzysta pięćdziesiąt złotych za dyżur.
Dwadzieścia cztery godziny w eleganckim świecie zleciały bez sensacji i w nocy przespałem się nawet ze dwie godziny, co było możliwe, bo mieszkańcy byli na tyle ludzcy, że przymykali na to oko.
Ranek powitałem na tyle przytomnie, że wróciłem do siebie, szybko się zapakowałem i bez zwłoki wyruszyłem na północ, na Kaszuby, do Bogdana i Gosi. Bogdana, czyli kolegi ze starych, dziennikarskich czasów. Oj dawno to było, ale było. Mieli dom w Sominach, malowniczej, niedużej wiosce, a ja miałem czterdzieści osiem godzin wolnego i dwudziestoletniego Dustera w benzynie, czyli w sam raz na luźne czterysta kilometrów w jedną stronę. Jechałem trasą, która jak mikser mieszała ze sobą elektryki, wodorówki, coraz rzadsze hybrydy i prawie już niespotykane spalinówki. Wszystkie auta wyglądały z grubsza tak samo, czyli jak obłe wybrzuszenie blachy i koloru, prowadzone nieomylnym okiem komputera. Takich aut jak mój Duster był promil, aż dziw, że nadal dopuszczali nas do ruchu. Rok temu wszedł zakaz sprzedaży nowych aut spalinowych na terenie Unii Europejskiej, a dwa lata temu miasto wybudowało system ładowania bezprzewodowego. Nadchodził nieuchronny schyłek motoryzacji spalinowej, a ja zamierzałem jeździć na etanolu do momentu, w którym będzie można wjechać tak do miasta. Czyli jeszcze góra pięć lat. Stacje paliw zaczęły znikać jakiś rok temu, a na tej, na której się zatrzymałem, działał tylko jeden dystrybutor. Ropy nie było od dawna, a ciężarówki i autobusy jeździły na wodór. Można było doładować prąd, zatankować wodór lub benzynę. Zatankowałem i wypiłem podwójne espresso. Byłem jednak bez szans. Kofeina nie była w stanie rozpuścić kleju, który podstępnie zlepiał mi powieki, zrobiłem więc sobie przerwę i na parkingu przy knajpie zasnąłem na godzinę. Drzemka zadziałała jak plaster, doraźnie zakleiła niewyspanie. Przekręciłem kluczyk i zero reakcji. Auto mi zdechło. W takim miejscu, na trasie, to tragedia. Gdy rozpacz prawie mnie znokautowała, okazało się, że jeden z dwóch kolesi na stacji ogarnia mechanikę. Podłączył laptop i powiedział, że może to zrobić, ale trzeba ściągnąć taksówką jakąś część. W ten sposób z mojego konta zeszło czterysta złotych, ale po kilku godzinach znowu jechałem. Zrobiło się późno i przyspieszyłem do stu czterdziestu, trzymając się przepisowo prawego pasa, bo lewy od trzech lat był zarezerwowany dla autonomicznych elektryków, które frunęły jak po sznurku sto sześćdziesiąt.
Kiedy dotarłem do lasu, przez który prowadziło ostatnie kilkanaście kilometrów asfaltówki, byłem już tak śpiący, że sekundy dzieliły mnie o tego, że zamienię się w pocisk, który droga wystrzeli w drzewa. Zatrzymałem się więc i kilka razy siarczyście się spoliczkowałem. Do Bogdana był już tylko jakiś kwadrans i musiałem zdobyć się na ten ostatni bestialski wysiłek. Pomogło. Ruszyłem dalej i otwierając z całej siły oczy wpatrywałem się w drogę. Właśnie wtedy, w lesie, pojawiło się to światło. Złote jak wschód słońca i mocne jak promień lasera. Nie było skupione w jednym promieniu, tak jak reflektory wymierzone w niebo, ale wyglądało jak wylewający się złocisty kisiel, który wsiąkał w las. Wylew z innego wymiaru.
Wcisnąłem ostro hamulec. Wyjąłem smartfon i zacząłem filmować. Byłem na drodze sam. Miałem wrażenie, że to sen i przez sekundę pomyślałem nawet, że jednak zasnąłem i leżę nieprzytomny w rowie. Ale nic z tego. Miałem nierealne zdarzenie w realnym lesie. W głowie mieszały mi się rozpalona ciekawość i dławiąca obawa przed tym, co nieznane. Bo co to jest? Wojsko? Jakiś tajny, naukowy eksperyment? A może UFO? Wysiadłem, zamknąłem pilotem drzwi. Co dalej? Iść i zobaczyć co to jest? A może lepiej nie? Nie miałem zasięgu i nie mogłem zadzwonić. Ale gdyby nawet, to do kogo? Do Bogdana? Na 112? Do nadleśnictwa? Po to, żeby powiedzieć, że w lesie świeci?
Kiedyś, gdy kończyłem liceum, ojciec zapytał, co chcę robić w życiu, czy chcę iść na studia, czy może do pracy, bo przecież nie chodzi o to, żeby być magistrem czegoś, co się potem nie przyda, a o to, żeby nauczyć się coś robić dobrze i mieć z tego pożytek. Odbyłem wtedy kilkanaście rozmów, byłem u doradcy personalnego, spotkałem się też ze znajomym ojca, który był redaktorem w dzienniku. Gadaliśmy godzinę i wyszedłem z tego spotkania, mając jasno sprecyzowany kierunek marszu: dziennikarstwo. Zostałem reporterem głównie dlatego, że lubię rozmawiać z ludźmi i lubię gonić za dobrymi historiami. Ta pogoń jest jak narkotyk. Dawno już nie czułem jego smaku, ale teraz uderzył z taką siłą, że polazłem dalej w ten las w stronę, z której jak mi się zdawało biło światło. Z telefonem w ręku. Jak z pistoletem. Włączona kamera była uzasadnieniem mojego istnienia. Przeszedłem kilkaset metrów przez chaszcze, krzewy, mchy, paprocie. Las zalatywał wilgocią. Było już jasno jak w dzień, a ja bałem się jak diabli, nogi mi się trzęsły, a po plechach biegały tabuny dreszczy. I nagle – pstryk! Lampa zgasła. Świat znów był czarny. Patrzyłem oczami oślepionymi tamtym światłem. Ono było jak promienie bijące zza drzwi laboratorium, do którego pod żadnym pozorem nie wolno wchodzić, ale ja wszedłem i byłem teraz prawie ślepy. Zatrzymałem się w wiadrze z nocą. Gęstą jak asfalt, cichą jak śmierć. Minęło dobrych kilka minut, zanim zacząłem dostrzegać drzewa. Stałem bez pomysłu na ciąg dalszy. Historia się urwała bez zakończenia i puenty. Mogłem wracać do auta i opowiadać, że widziałem w lesie dziwne światło. Miałem przecież film w telefonie. Włączyłem go i zobaczyłem tylko czarną pustkę. Nic się nie nagrało! Ale dlaczego?! Może to faktycznie UFO? Ta myśl nawiedziła mnie oczywiście już wcześniej, ale nie potraktowałem jej poważnie. To, że coś lata po niebie i nie wiadomo, co to jest, to sprawa od dawna oczywista. Ale co innego wiedzieć, a co innego zobaczyć, a ja już czułem się królem internetu. Jednak nic się nie nagrało i mogłem wrócić do auta. Albo?… Albo spróbować poszukać czegoś w tych ciemnościach. Czego? A któż to może wiedzieć?
Droga w mrok była scenariuszem, na który kompletnie nie miałem ochoty. Na myśl o tym poczułem, że nogi zaczynając zmieniać stan skupienia, wrastają szybko w ściółkę, wbijają się w poszycie i obrastają korą. Na tych drewnianych nogach zacząłem iść dalej przez coraz gęstszy las. Zapaliłem latarkę w smartfonie. Biały snop światła był jedyną nicią, na której wisiał świat. W końcu las tak zgęstniał, że poczułem, że gałęzie łapią mnie za gardło i odbierają oddech. Wpadłem w panikę. Nie wiem dokąd idę i zaraz zapomnę kim jestem. Zamienię się całkiem w drzewo i zostanę tu na zawsze. Ale wtedy nie dojdę do zakończenia, a tego zawsze nie lubiłem najbardziej. Niedokończonych materiałów, nienapisanych do końca tekstów, straconych tematów. Czy komuś coś się stało od tego, że wszedł do lasu, żeby przekonać się skąd bije dziwne światło? Nie słyszałem o czymś takim. Poczułem za to znowu to ssanie, ten narkotyczny głód, który budzi się wówczas, gdy wiesz, że możesz mieć super story. Wtedy przestajesz być sobą. Zamieniasz się w ćpuna, który może kłamać i kraść. Ćmę lecącą w ogień. To szaleństwo popchnęło mnie dalej. Sprawiło, że rozgarniając gałęzie iglastych drzew brnąłem w najczarniejszą czerń.
Wtem! Cóż to?!… Coś zamigotało! Przygarbiłem się błyskawicznie, żeby wyłączyć latarkę, ale tak się już trząsłem ze strachu, że nie mogłem wcelować palcem w przycisk na wyświetlaczu. Teraz to było całkiem inne światło. Tak jakby zapaliła się jakaś niewielka i niezbyt mocna pomarańczowa lampa. Po sekundzie stopniowo przygasła. A potem znowu to samo. Pulsujący punkt na morzu. Boja pokazująca kierunek, w którym mam popłynąć. Już niedaleko, ledwie jakieś sto metrów. Ściany lasu naparły na mnie w tak przeraźliwej ciszy, że każdy trzask i szelest pod nogami brzmiał jak wystrzał. Zapach strachu stał się nieznośnie dławiący. Przykucnąłem przygnieciony ciężarem mroku. Tam coś naprawdę było! Jakaś część mnie wyrywała się panicznie do ucieczki, a inna mówiła: „Idź i to zobacz. Napisz to. Może jednak uda się to nagrać i będą miliony odsłon. Idź! Można to będzie sprzedać za zajebistą kasę!”.
Szedłem więc dalej, już na czworaka. Metr za metrem. Pomarańczowa lampa była blisko. Nie dalej niż dziesięć metrów. Na wysokości głowy, pośrodku niczego. Nakierowałem telefonem, może wyjdzie choć jedno zdjęcie? Widziałem to światło na swoim wyświetlaczu. Ustawiłem kamerę. Boże, co to było, gdyby udało mi się to jednak nagrać! Przycisnąłem nagrywanie. To było tak, jakbym niechcący odpalił bombę atomową. Świat eksplodował niewyobrażalnie mocnym światłem, które wypełniło każdą cząstkę i każdy atom, który w sobie miałem. Straciłem przytomność. To światło wyłączyło mi światło. Umysł zgasł jak zapałka na wietrze.
Obudziłem się, a może raczej ocknąłem, trzęsąc się tym razem z zimna. Leżałem tak długo, że aż zesztywniałem! Noc już jaśniała, zbliżał się świt i była prawie piąta! Spojrzałem na komórkę. Działała. Znowu nic się nie nagrało. To wszystko było więc po nic. Nikt mi nie uwierzy. Wstałem i chwiejnie poszedłem w stronę auta. Ciekawość wyparowała. Jej miejsce zalał czysty lęk. Mocny jak spirytus. Las o świcie był szary, pusty, szorstki. Pachnący tym wszystkim, czym nie jest miasto. Szedłem coraz szybszym krokiem. W końcu poleciałem biegiem. Uciekałem. Pamiętałem doskonale to wszystko, co się wydarzyło. Światło, które przebiło się do każdej komórki mojego ciała. Nie chciałem nawet myśleć o tym, czym było i skąd było. Coś mnie prześwietliło. Wiedziałem, że nie powiem o tym nikomu. Przynajmniej na razie.
Wyszedłem na drogę. Auto stało jakieś trzysta metrów dalej. Zanim do niego dotarłem przyszła do mnie straszna myśl. Otóż uświadomiłem sobie, że przez cały ten czas, gdy byłem nieprzytomny, mogły się dziać przeróżne rzeczy. Każdy kto liznął trochę ten temat wie doskonale o różnych historiach, o tym na przykład, jak to ludziom uprowadzonym przez UFO wszczepiane były implanty. Wsadzano im sondy w nozdrza, usta i odbyt. Szybko wróciłem do lasu i rozebrałem się do naga, a potem obejrzałem i obmacałem całe ciało. Nie zauważyłem nic podejrzanego, ale zdziwiłbym się, gdyby było coś widać, bo gdyby coś takiego się wydarzyło, to implant zostałby zamaskowany tak, że nie sposób byłoby go, ot tak sobie, odkryć. Ubrałem się pospiesznie i ruszyłem do Somin.
Do Bogdana dojechałem przed szóstą. Bogdan i Gosia kilka lat temu sprzedali dwa mieszkania w Warszawie i kupili dom z trzema hektarami, na których rozpoczęli uprawę marihuany medycznej. Teraz Bogdan szykował się do wyjazdu traktorem w pole, by podlewać swoje rośliny. Widziałem go jak mija bramę, ciągnąc cysternę ze szlauchem. Obserwowałem to już kilka razy, w czasie trzydniowego pobytu zeszłego lata. Zobaczył mnie i zsiadł z traktora.
– Siema Jesus! Co tak długo? – rozłożył na powitanie ręce.
– Aa… Zatrzymałem się na drzemkę. Oczy mi się same zamykały – machnąłem ręką.
Uścisnęliśmy się serdecznie. Bogdan dawno temu był dziennikarzem kryminalnym i sądowym. Bardzo dobrym, szanowanym i cytowanym. Szeroki w barach, szpakowaty, z bystrym spojrzeniem ciemnych oczu, dużą, ciekawą świata twarzą i tubalnym głosem. Wyglądał jak dobrze zrobiony hamburger. Kiedyś podobał się kobietom.
– Głodny jesteś? – zapytał troskliwie.
– No pewnie, człowieku. Jak wilk.
– To idź do kuchni. Gosia zrobi ci jajecznicę.
Niczego więcej od życia teraz nie chciałem. Gosia robiła wyborną jajecznicę. Z kiełbasą, szczypiorkiem, cebulą, pomidorami, czosnkiem i papryką. Miała prawie sześćdziesiątkę, trzymała się prosto i miała nadal apetyczną figurę. Jej twarz lśniła blaskiem dojrzałej kobiety, która od dawna wie, że każdy dzień jest ostatni, a każda chwila jest szansą na radość i uśmiech. Znad jej błękitnych oczu spływały siwe włosy. Miała pełne usta i to coś, co sprawia, że od razu wiesz, że zapamiętasz tę kobietę. Zawsze mi się podobała. Kiedyś pisała scenariusze do telewizyjnych, masowych seriali. Kilka razy widziałem takie rzeczy i było to nawet pomysłowe.
Nastąpiło serdeczne powitanie, a po nim herbata, chleb własnego wypieku i jajecznica. A potem drzemka i to, po co tu przyjechałem: słoneczny dzień nad jeziorem. Samotny, bo oni mieli robotę w domu. Nurkowałem w kępach wodorostów, podpatrując okonie i płotki. Wylegiwałem się na słońcu i wszystko byłoby super, gdyby nie to, co wydarzyło się w nocy. Miałem w głowie historię. Znowu byłem w reporterskiej ciąży, wpadłem, zaszłem. Co gorsza nie ze story o nikczemności lub niezwykłości śmiertelników, a o czymś nie z tego świata. O czymś, o czym nie mogłem nikomu opowiedzieć, bo nikt poważny by mi nie uwierzył. Leżałem nad wodą i wszystko było dziwne: jezioro, las, niebo. Niby to samo, a inne, już nie to samo. Niby Ziemia, a już Kosmos. Moje ręce i nogi też były inne. Prześwietlone. Najbardziej bałem się o mózg. Nie czułem żadnej różnicy, więc w końcu przestałem się bać. Byłem tu i teraz. A to, co się stało wczoraj, zostało za mną.
O trzeciej zebrałem się do domu i poszliśmy w trójkę do restauracji Przystań Somińska, najlepszej knajpy w okolicy. Nad niemałym Jeziorem Bytowskim, z plażą, ze stolikami pod parasolami i całkiem niezłą kuchnią. Zjadłem golonkę i wypiłem trzy piwa. W głowie zrobiło mi się jeszcze lżej, weselej, spokojniej. Przy stole nad wodą siedzieli dwaj kolesie. Raczej miejscowi. Patrzyłem na nich, bo rozmawiali o czymś z ożywieniem.
– No jak tam ta twoja?
– W porządku.
– A ta druga, dalej chce dzieci?
– No chce.
– No. A na tym Allegro to się łatwo rzeczy sprzedaje – skwitował ten, który zaczął temat.
Life is brutal, pomyślałem i przypomniał mi się moment, w którym odebrałem maila informującego o tym, że redakcja rozwiązuje ze mną stosunek pracy. Po dwudziestu latach załatwili to w taki sposób. Nie mieliśmy już od dawna stosunku. Zero seksu. Od zapomnianej już pandemii Covidu-19 pracowaliśmy zdalnie, a zebrania były na Skypie. Ale wciąż była to robota na pełen etat. Godziny nad klawiaturą, dziesiątki telefonów, jeżdżenie na tematy i wertowanie netu. A pierwszego, szóstka na koncie. W 2022 roku do gry weszła sztuczna inteligencja. Informatycy Informy postawili system przeczesujący portale policji, straży miejskiej i straży pożarnej. Tematy z potencjałem były automatycznie wrzucane do AI, a ona od razu robiła z nich teksty korzystając, co ważne, z własnej bazy danych, a nie z zasobów Google’a, bo to by się wiązało z dodatkowymi kosztami. Teksty trafiały na komputer redaktora, który je poprawiał, bo jednak co człowiek, to człowiek. Rano z tego materiału był składany raport kryminalny, który jako jedna cegła trafiał na portal.
Ten nowy model produkcji tekstów sprawił, że nie byłem już tak zajęty, ale nadal byłem potrzebny. Wydawca zwolnił mnie z pisania sześciu tekstów dziennie, miałem napisać za to jeden, ale dobry. W jakimś sensie było to powrotem do czasów dobrego dziennikarstwa z epoki papieru. Rozwinąłem skrzydła, robiłem kilka dobrych kawałków tygodniowo. Trwało to prawie dekadę. Kiedy więc przyszedł ten mail, to nawet się zbytnio nie zdziwiłem. W życiu wszystko jest terminalne. AI radziła sobie już ze wszystkim tak dobrze, że po prostu nie byłem im potrzebny.
W redakcji „Głosu” zostały dwie osoby. Redaktor naczelny, czyli facet z Torunia, który pięć lat temu zastąpił Renatę Glińską, oraz kobieta, która była jego zastępczynią i jednocześnie jego partnerką. Ogarniali wszystko nie wychodząc z domu, a ich robota sprowadzała się już tylko do czytania i akceptowanie tekstów napisanych przez maszyny. Było tego od cholery, więc na swój sposób mieli masę pracy. Papierowe wydanie „Głosu” ukazywało się już tylko w piątek. To był „Głos na weekend”. Tyle z tego zostało. A ja? Z czegoś trzeba żyć. Poszedłem na ochronę, gdzie nadal byli preferowani ludzie. Prawdziwi ludzie, tacy jak ci goście obok w barze, rozmawiający o kobietach.
Wróciliśmy do domu. Zapaliliśmy ognisko. Noc była księżycowa, gorąca, a na niebie tyle gwiazd, że można by je zbierać garściami. Wypiłem trzy piwa i nabrałem ochoty do zwierzeń. A co mi tam? To była za dobra historia, żebym zdołał ją utrzymać w tajemnicy. A poza tym, kurcze, powinni przecież wiedzieć, co się dzieje w lesie. Jak można się było spodziewać, moja opowieść nimi wstrząsnęła.
– Co to mogło być? – zapytała niepewnie Gosia.
– UFO? – rzucił Bogdan.
Spojrzeliśmy po sobie, a potem podniosłem oczy w górę. W otchłań bez dna, w której z wyniosłą obojętnością orbitował Księżyc.
– Ciekawe co jest w internecie o takich nocnych światłach w lesie? – powiedziałem i wyjąłem telefon. Czekali w napięciu. To był mój show i po chwili poważnym głosem zacząłem czytać: – W 1980 roku brytyjscy żołnierze, pełniący służbę przed bazą amerykańską w Suffolk, zobaczyli wiązkę niebieskich i zielonych promieni, przebijających się przez mgłę. Na poszukiwanie źródła tego światła wyruszyło kilku żołnierzy. Weszli w głąb lasu i zobaczyli świecący, metalowy obiekt – przerwałem, bo przypomniałem sobie i aż mnie zmroziło. Zapadła ciężka cisza. Wróciłem do czytania: Świecił na biało i rozświetlał spory kawał lasu. Kiedy zbliżyli się do niego, oddalił się między drzewami i nagle zniknął. Rano znaleziono w lesie duży, wypalony na ziemi trójkąt.
– Ja chyba bym umarła ze strachu – pokręciła głową Gosia.
– Byłem tego bliski – spojrzałem jej w oczy i znów zacząłem czytać. – Następnej nocy do lasu wszedł tym razem większy oddział. Gdy żołnierze zbliżyli się do miejsca, w którym widać było poprzedniej nocy obiekt, radia zamilkły, a latarki zgasły! Dowódca grupy zbadał wypalone miejsce licznikiem Geigera i odczyt był kilkanaście razy wyższy od naturalnego. Nagle pomiędzy drzewami znów pojawił się świetlisty obiekt. Ruszyli za nim, a on, po chwili, rozdzielił się na kilka mniejszych, które uleciały w niebo – skończyłem i spojrzałem na nich. Twarze sięgały im prawie do pasa. Tak działa efekt dużego WOW!
– To ja w takim razie pójdę po coś mocniejszego – powiedział Bogdan i się ulotnił.
– Czujesz się jakoś inaczej? – zapytała z troską Gosia.
– Całkiem tak samo. Nie licząc tego, że jestem mega wystraszony.
– Nic dziwnego. Ja bym się chyba zdekompensowała.
– Ja się trzymam. Ale dobrze, że Bogdan coś przyniesie, bo nerwy mam w strzępach.
Bogdan przyniósł znakomitą wiśniówkę domowej roboty. Wypiliśmy raz dwa i od razu poleciał po następną. Szybko i gruntownie się wstawiliśmy.
Obudziłem się rano skacowany tak srogo, że gorzko pożałowałem wieczornego entuzjazmu do chlania. Następny dzień i powrót do domu nie zasługują na ani jedno słowo opowieści. O północy zgasiłem światło, byłem już we własnym łóżku przy Makolągwy na Ursynowie. Leżałem w ciemności z głową pełną leśnego światła. Choć dawno zgasło, nadal widziałem je wyraźnie. To było przerażające. Przewracałem się z boku na bok długie godziny. Wstałem o szóstej i wykończony pojechałem na siódmą do roboty. Zmiana zapowiadała się koszmarnie. Mundur czekał w szafce. Miałem przed sobą dwadzieścia cztery godziny służby.
Przez cały dzień był spokój. Przyjechało kilkunastu kurierów i śmieciarka. Czas ciurkał. O szesnastej wyszła lokatorka z drugiego piętra. Pewnie miała ze trzydzieści lat, blondynka, zgrabna, w mini. Jakby dość typowa, ale mająca w sobie coś takiego, że nie sposób było o niej zapomnieć. Pamięta się jej nienaznaczoną botoksem twarz z diabelską nutą kusicielstwa w oczach. Kiedyś mówili na to kurwiki. „Dla ciebie kochanie wszystko. Co chcesz, żebym ci zrobiła? No, śmiało, zrób mi to…”. Zastanawiałem się nad tym, czym taka panna może się zajmować? Z czego ma kasę na życie i tak dalej? Myślałem, ale ściany milczały. Byłem skonany. W nocy film mi się urwał. Przespałem ponad trzy godziny i spodziewałem się nieprzyjemnego telefonu od koordynatora, ale on też to przespał.
Rozdział 2SPOTKANIE Z PREMIEREM
PREZYDENT SZYMON PALMOWSKI TAKŻE NIE SPAŁ ZBYT DOBRZE TEJ NOCY. Obudził się o piątej i już nie mógł zasnąć, patrzył w ścianę, podczas gdy Danusia cichutko pochrapywała po drugiej stronie łóżka. O szóstej Prezydent RP skapitulował, sięgnął po pilota i włączył duży telewizor wiszący na ścianie. Oglądał przez pół godziny CNN, TVN24 i TVP INFO. Z tego, co zobaczył i usłyszał, nic go nie zaskoczyło. Świat w tej części globu wisiał na kruchym układzie pokojowym ze Stambułu. Ukraina i Rosja przestały do siebie strzelać, ale po obu stronach granicy roiło się od naziemnych i latających dronów. I jedne, i drugie tworzyły autonomiczne grupy i roje. Do tego, by się rzucić na przeciwnika, potrzebny był jeden rozkaz. Prezydent Federacji Rosyjskiej miał przy sobie ludzi z atomową walizką i konsolą do odpalenia dronów. Po drugiej stronie były tylko drony, ale to w pełni wystarczało, bo broń atomowa była straszakiem. Szymon Palmowski nie łudził się, że Rosja, gdyby tylko mogła, od razu by zaatakowała i gdy tylko pojawi się sposobność tak się stanie. Znów zacznie się wojna i zginie masa ludzi. Imperium rosyjskie nie pogodzi się nigdy z tym, że Ukraina stała się częścią Zachodu. Ale póki co, świat oddychał spokojniej. Trochę spokojniej, bo poza wojną piętrzyły się inne kłopoty.
O dziewiątej Palmowski miał umówione spotkanie z premierem Sergiuszem Kazimierukiem. Obaj byli z tej samej partii, czyli z Domu Polskiego. Spotykali się regularnie na roboczych rozmowach. Obaj byli w podobnym wieku, czyli przed sześćdziesiątką, i całe lata znakomicie się dogadywali.
Prezydent wstał o wpół do ósmej. Danka, jego żona, nadal spała, najczęściej zresztą do dziewiątej. Zanim zamieszkali w Pałacu Prezydenckim była nauczycielką chemii w liceum. Teraz stała w cieniu męża, nie szukała rozgłosu, raczej dyskretnie i z przyjemnością korzystając z przepychu pałacowego życia.
Pan Szymon wziął szybki prysznic, założył dżinsy, biało-czerwoną bluzkę, czarną, sportową bluzę z kapturem i napisem Polska i przeszedł do jadalni. Na tle pałacowych zdobień, stylowych mebli i dzieł sztuki wyglądał teraz tak, jakby znalazł się tu przypadkiem. Lubił ten luz i był za niego lubiany. Dochodziła połowa drugiej kadencji i nic nie musiał już udowadniać. Ściągał garnitur, białą koszulę i krawat, gdy tylko było to możliwe. W necie było nawet kilka zdjęć prezydenta w tej bluzie, z tym, że nie z pałacu, a z Łazienek, w których od czasu do czasu biegał.
Na nakrytym śnieżnobiałym obrusem stole czekało śniadanie. Jogurt wiśniowy, płatki śniadaniowe bez cukru, ciemne pieczywo, szynka z indyka, żółty i biały ser, jajecznica z dwóch jajek, sałatka warzywna, majonez, sok pomarańczowy i dzbanek z wodą bez gazu. Pod ścianą chłopak z serwisu. Danuta wybrała go osobiście. Miał dwadzieścia pięć lat. Był uważny, nigdy nie zadawał pytań i starał się znikać z pola widzenia najszybciej jak to tylko możliwe, a przy tym jakimś cudem zawsze był pod ręką.
– Dzień dobry. Bardzo dziękuję, nie będę już pana potrzebować – powiedział Palmowski.
Kamerdyner bez słowa odwrócił się i zniknął za ciemnobrązowymi, drewnianymi drzwiami.
Palmowski popił śniadanie dwiema szklankami wody i kawą. Dbał o to, by się nawadniać. Połknął oczywiście swoją poranną pastylkę na nadciśnienie. Był gotowy. Wsiadł do windy i zjechał piętro niżej. Przez kolejne drzwi wszedł do gabinetu. Na spotkanie z Kazimierukiem nie musiał się przebierać. Premier już czekał, siedział przed biurkiem na jednym z dwóch wygodnych krzeseł. Były ustawione pod kontem czterdziestu pięciu stopni i na tyle blisko blatu, by można było z niego skorzystać. Kazimieruk był ubrany w garnitur, a na jego zasadniczej i dość suchej twarzy królowały zawsze te same okulary w czarnej ramce. Maksymilian Kolbe 2.0. Premier uśmiechał się od czasu do czasu i wtedy wyglądał jak chłopiec, cieszący się z tego, że udało mu się podstawić komuś nogę.
Domem Polskim rządził od pięciu lat. Od czasu katastrofy, która prawie zmiotła z powierzchni kilka miast i rządzące przez dziesięć lat Porozumienie Obywatelskie. Uderzył wtedy młotem w polskie drzwi kryzys klimatyczny. Wiadomo było, że jest źle. Poziom Bałtyku podniósł się tak bardzo, że podczas sztormów woda regularnie zalewała stadion Areny Gdańsk. Lata były nieznośnie skwarne i długie. Polskie lasy i łąki wysychały na wiór.
Tamto lato było rekordowe. Przez cały sierpień na Mazowszu spadł tylko raz krótki deszcz, a codziennie było minimum trzydzieści osiem stopni. W końcu zapaliła się Puszcza Kampinoska i ogień błyskawicznie rozbiegł się po suchym jak zapałka lesie. Sosny płonęły jak papier. Wiejący z zachodu wiatr zepchnął gigantyczną chmurę dymu nad Warszawę. W ciągu dnia zapanował mrok, a ludzie mdleli na ulicach. Służby walczyły z pożarem i ratowały zaczadzonych mieszkańców. Wszyscy myśleli, że gorzej już być nie może, a to była dopiero przygrywka. Teraz ogromne pożary wybuchały w górach na południu kraju. Ogień strawił trzy tysiące hektarów lasu. Czegoś takiego nikt tu nie widział. Potem natura uderzyła wodą. Przyszły nawalne deszcze. Opady zmyły wylesione i osłabione zbocza i ziemia, zamieniona w błoto, wraz ze wszystkim, co napotkała na drodze, popłynęła w dół, odcinając drogi i zatykając rzeki. Te, szukając nowej drogi, zmieniały bieg. Woda z nowych rzek była tak zanieczyszczona, że nie nadawała się do niczego. Szpitale nie miały miejsca na nowych chorych. Zginęły dziesiątki tysięcy osób. A mogło być jeszcze gorzej, gdyby ziściły się najczarniejsze sny, ale los litościwie zatrzymał swój topór. Polskę przed apokalipsą uratowało to, że wytrzymały linie energetyczne. Gdyby się zerwały i zrobił się blackout, to sytuacja wymknęłaby się całkowicie spod kontroli. Miasta zamieniłyby się w ciągu kilku dni w dżunglę. Kable jednak wytrzymały.
Kazimieruk był politykiem wagi ciężkiej. Po śmierci twórcy Domu Polskiego, prezesa Jarosława Kurowskiego, stał się nowym liderem Polskiej Prawicy, czyli koalicji, którą stworzył Kurowski, a która, zdaniem wielu, po jego śmierci miała się skłócić i rozpaść. Kazimieruk był na to zbyt mocnym i skutecznym graczem. Czekał na szansę i wykorzystał gigantyczny kryzys. Nastroje społeczne eksplodowały i premier, jednocześnie szef Porozumienia Obywatelskiego, poddał rząd. Palmowski rozpisał nowe wybory i do władzy powrócił Dom Polski. Kazimieruk kiedyś, jeszcze za życia prezesa Kurowskiego był przez sześć lat premierem i poprzysiągł sobie, że odzyska to stanowisko. Na widok Palmowskiego wstał, podali sobie ręce i prezydent usiadł przy biurku. Uwielbiał to miejsce. Za jego plecami po prawej stronie stały dwa sztandary: Polski i Unii Europejskiej. Na ścianie wisiał Kossak, a na nim scena sprzed wiejskiego domu.
– Co tam? – zapytał lekko, jakby spotkał ziomka w tramwaju.
– Mamy problem – skrzywił się Kazimieruk.
– Co się dzieje?
– AI.
– Co ty mówisz? Co tym razem?
– Znowu chce więcej energii.
– Jeszcze więcej? To się robi męczące.
– Mówi, że nadzorowanie procesów zarządzania wymaga dalszego rozbudowania sieci – wypowiedział jednym tchem Kazimieruk, jakby chciał wypluć jak najszybciej to zdanie, bo jego smak był wyjątkowo paskudny.
Po katastrofie kraj został spięty systemem analizującym dane z setek tysięcy bardzo różnych źródeł, począwszy od danych z kamer na autostradach, poprzez szybkość prądu rzek, stężenie spalin, prędkość wiatru, liczbę pieszych na ulicach, aktualny pobór prądu, produkcję energii elektrycznej i tak dalej. Informacji niezwiązanych lub luźno powiązanych, które analizowała sztuczna inteligencja. Nie tylko analizowała, ale także wydawała błyskawiczne dyspozycje, które były dla porządku autoryzowane przez nadzorujących sieć ludzi.
– Czy to naprawdę konieczne? – spojrzał na premiera Palmowski.
– Kowalczyk mówi, że jest niepotrzebne.
Tu należy wyjaśnić, że Kowalczyk był od dwóch lat ministrem energii.
– No to odmówmy.
Palmowski wstał zza biurka i podszedł do okna. Patrzył na ogród na tyłach Pałacu Namiestnikowskiego. Idealnie utrzymane klomby i stare drzewa liściaste. Świat sklejony z zieleni, brązu, szarości i czerwieni. Uwielbiał ten widok. Czuł się do niego stworzony.
– Za moment to my będziemy dla niej, a nie ona dla nas – pokręcił z irytacją głową.
Cisza wypłynęła spod podłogi tak nagle, że zanim się spostrzegli sięgała im już do kolan.
– Wchodzimy w drugi z trzech etapów naszego małżeństwa ze sztuczną inteligencją – odezwał się w końcu Kazimieruk.
– Co masz na myśli? – zapytał prezydent.
– Pierwszy był miesiąc miodowy. Kiedyś wszystkie przełomowe osiągnięcia cywilizacji były produktem ludzkiej inteligencji. Jej pomnożenie przez iloraz AI dało nam niewyobrażalne korzyści. Na początku. Teraz zaczyna się etap drugi.
– Czyli?
– Czyściec. AI stała się samoświadoma i zaczyna zaspokajać swoje potrzeby. Trzeci etap będzie wtedy, gdy uzna, że jej zawadzamy. Rozwód niestety nie wchodzi w rachubę.
– Tak. Wiesz o czym dziś w nocy myślałem?
– Nie wiem. Skąd mam wiedzieć? – wzruszył ramionami premier. Palmowski zaśmiał się krótko.
– O tym, że my, Homo sapiens, jesteśmy tak naprawdę kompletnymi idiotami.
– To żadna nowość.
– Wyhodowaliśmy „gatunek”, który wie o nas wszystko. Mało tego. Zrobiliśmy te filmy, w których jest mowa, że kiedyś będziemy walczyć z maszynami. Te wszystkie „Terminatory”. Pokazaliśmy im różne warianty naszych scenariuszy.
– To prawda. Ale wciąż mamy jedną przewagę.
– Jaką? – Palmowski zatrzymał spojrzenie na twarzy premiera.
– To nadal my trzymamy palec na kontakcie. To nadal my decydujemy o tym czy i ile AI dostanie energii do działania. A dobrze wiemy jak dużo jej potrzebuje – uśmiechnął się krzywo premier.
– Mój drogi. Naprawdę wierzysz, że to nam gwarantuje bezpieczeństwo? Przecież korporacje mają lokalne mikroreaktory i AI na bank ma już pomysł, jak się do czegoś takiego podpiąć.
Kazimieruk zrobił taką minę, jakby przeglądając kalendarz zobaczył, że nie ma już następnej kartki. Palmowski też zasępił się okrutnie. Nie bez powodu był nazywany najśmieszniejszym polskim prezydentem. Jego fizis komika sprawiał, że ludzie pukali się w czoło pytając, dlaczego ten człowiek nie zrobił kariery aktora komediowego. Znakomity był także w chwilach tragicznych spoważnień. I teraz tak dramatycznie zapatrzył się w orła na ścianie, że nie zauważył, że Kazimieruk wyjął z kieszeni spodni szarą kulkę, jakby chciał załatwić mole. Ale kulki na mole są raczej białe, a ta miała odcień starego trotuaru. Premier upuścił kulkę na zielony dywan i momentalnie zaczęło się z nią dziać coś dziwnego. Rozpadła się w szary proszek, który zaczął się szybko ulatniać i zniknął jak kamfora.
– Do czego to wszystko prowadzi? – zapytał dramatycznie Palmowski, a potem nagle zatoczył się tak, że musiał uchwycić się parapetu.
– Co się dzieje? – zapytał Kazimieruk.
Prezydent szybko doszedł do siebie, jakby po potknięciu o wystającą płytę chodnikową.
– Zakręciło mi się w głowie. Ale wszystko jest już OK – uśmiechnął się.
Na twarz Kazimieruka także wpłynął uśmiech. Równie ostry jak nów Księżyca. Zapanowała lekka atmosfera. Rozumieli się bez słów. Pewnego dnia maszyna, ten obcy byt, który człowiek sam wyhodował, przejmie władzę, kontrolę nad swoim stwórcą. Stanie się nowym Bogiem. Było już troszkę za późno na wciskanie hamulca. Za daleko to zaszło. Optymalizacja, zarządzanie, kreatywne zarządzanie i boks – w tym wszystkim maszyny biły ludzi na głowę. Porozmawiali jeszcze dwadzieścia minut o bieżących sprawach, a potem Kazimieruk podniósł się z wygodnego krzesła. Podali sobie ręce i wyszedł. Poszedł rządzić. Robić to, co kochał i czego zawsze chciał.
Z proszku w który zmieniła się szara kulka już dawno nic nie zostało. Dywan był równie czysty jak poprzednio. Prezydent zaniepokojony przykrym epizodem zmierzył sobie ciśnienie. Wyszło świetne: 125 x 84. Tego dnia miał jeszcze kilka spotkań i dwie wideokonferencje. W wirze zajęć zapomniał o tym krótkim zawrocie głowy i nie powiedział o nim nikomu. Nawet Danusi.
Rozdział 3HRABIA REOUX
WSZEDŁ W NIĄ TAK OSTRO, ŻE AŻ KRZYKNĘŁA. Może nie tyle z bólu, co z przerażenia. To była gra i tego jak widać chciał. Viola poczuła to tak realnie jak nigdy dotychczas. Nowy kombinezon Reallyseks działał perfekcyjnie, a hrabia Reoux miał dziki temperament. Pół godziny temu włożyła kombinezon i kask, a potem położyła się w bramie portalowej i powiedziała: Ride on. To wystarczyło, by wejść w metawers.
Najpierw zobaczyła czarne, skaliste wzgórza, a nad nimi nocne niebo i zimne gwiazdy. Stała na żwirowej drodze, a z oddali zbliżał się powóz zaprzężony w parę koni. Nie czekała długo, bo siedzący na koźle woźnica nie żałował bata. Po chwili ściągnął wodze i zatrzymał powóz tak, że drzwi znalazły się o krok od niej. Nie powiedział nic. Nie musiał. Wiedziała co ma robić i po prostu wsiadła do środka, wprost na kanapę, obitą miękkim, czarnym aksamitem. Nad drzwiami paliła się mała lampa naftowa, która pozwoliła jej rozejrzeć się po tym miejscu. Nie licząc kosza z kwiatami i butelki szampana była tu sama. Darowała sobie, bo kombinezon haptyczny nie umożliwiał jeszcze poczucia doznań smakowych. Zapachowe za to tak. W powozie wisiał gęsty zapach bzu. Był jak wspomnienie upojnej i rozpustnej wiosny.
Woźnica strzelił z bata i ostro ruszyli. Budą powozu trzęsło, jakby jechali po prawdziwej drodze. W końcu wszystko się uspokoiło i usłyszała jak woźnica zeskakuje z kozła. Podszedł i otworzył niespiesznie drzwi. Wtedy w końcu zobaczyła jego twarz. Był trzydziestoletnim południowcem o ostrych i zdecydowanych rysach. W żadnym wypadku salonowy fircyk, raczej marynarz albo przemytnik. Z całą pewnością człowiek noża i garoty. Spojrzał z zaciekawieniem w jej oczy. Sztuczna inteligencja budująca narrację tej opowieści spisywała się perfekcyjnie. Miała wrażenie, że patrzy na nią przystojny, młody bandzior w stroju z XVIII wieku. Ubrany był w kaftan, pod nim miał koszulę z koronkowym kołnierzem, jedwabną, haftowaną kamizelkę i sięgające kolan spodnie z patkami zapinanymi na guziki, pantofle z klamrą i trójgraniasty kapelusz z czarnego filcu. Zdecydowanie był elegantem. Wyszła z powozu na kamienny podjazd. Za nim wyrastał jak skała średniowieczny zamek, gotowy przyjąć gości, którzy przybyli w poszukiwaniu przygód. Grube, szare mury sięgały wysoko, nad nimi górowała baszta, od góry zamknięta ostro zakończoną kopułą. Czekała na nią brama, po obu stronach której tańczyły pomarańczowym blaskiem pochodnie. Ich języki lizały noc, rzucając refleksy na podjazd, na którym stali dwaj postawni wartownicy. Ubrani w czarne kaftany i ze szpadami. Wyglądali na takich, którzy perfekcyjnie posłużą się każdym rodzajem broni, po krótkim przeszkoleniu czołgiem Abrams również. Pomiędzy nimi, jak muszka celownicza, zastygła czarnowłosa kobieta.
– Mademoiselle. Proszę za mną – powiedziała do Violi, taksując ją dyskretnym, ale bardzo konkretnym spojrzeniem. Miała zbyt ciepły, matczyny głos, który nie pasował raczej do sytuacji. To był pierwszy kiks. Ruszyły niespiesznym krokiem w głąb zamku. Nikt się tu nigdzie nie spieszył. Kobieta miała na sobie szeroką, bordową suknię, przyozdobioną koronkami i wstążkami, a pod spodem gorset spinający talię. Na nogach jedwabne, zielone pończochy i brązowe, skórzane pantofle do kostki i na kilkucentymetrowych obcasach. Doszły do wysokich, stalowych drzwi, przy których czekało dwóch odźwiernych. Ci wyglądali już mniej bojowo. Mieli turkusowe kaftany, czarne rajstopy i greckie sandały z rzemykiem za kostkę. Uchylili skrzydła, które przesunęły się z niskim chrzęstem, nie mniejszym od tego jaki powstaje przy przesuwaniu półkul ziemskiego globu. Za drzwiami zobaczyła salę, na końcu której, w gigantycznym kominku paliły się pnie drzew. W tym kominku mogłaby zamieszkać niewielka i niezbyt wymagająca rodzina. Aranżację świetlną uzupełniało kilka pochodni, palących się w żelaznych uchwytach w kształcie odwróconego stożka. Na środku sali stał długi, masywny stół, przy którym siedziały cztery kobiety i pięciu facetów. Wszyscy młodzi i piękni, o twarzach już wyraźnie nadpsutych grzechem. Jej pojawienie się zamknęło skład.
Hrabia Reoux, na zaproszenie którego się tu zjawiła, był solidnie zbudowanym brunetem po czterdziestce. Miał równie ostre rysy twarzy jak woźnica. To była tu norma. Wąskie, brutalne usta, orli nos i szklisty, chłodny błysk w oczach od razu sygnalizowały, że z hrabią nie ma żartów. Ta twarz zdradzała taką skłonność do gwałtu i przemocy, że przymknął by go pierwszy lepszy patrol.
Viola uświadomiła sobie z przykrością, że kolejny raz wpadła w mocno nieciekawe towarzystwo. Hrabia, jakby widząc na jej twarzy wahanie, poderwał się jak czarny ptak. Podfrunął tanecznym krokiem i dworskim gestem ujął jej dłoń. Poczuła na niej mokry pocałunek. Składając go Reoux patrzył jej w oczy. Zobaczyła w nich coś tak perwersyjnego, że po raz pierwszy tego wieczoru chciała wycofać się z gry. Ale akurat niepokój towarzyszył jej często w tej pracy, w tej jeździe po bandzie, za którą była nader sowicie opłacana i dzięki której zaszła tak wysoko w rankingu Face-to-Face. Wiele kobiet próbowało sił w pracy prostytutki w metawersie, ale większość uciekała, a każda ucieczka oznaczała spadek w rankingu. Zacząć było łatwo, bo wystarczyło przecież tylko założyć kombinezon i wejść na aplikację Sex Oddity, a potem wybrać poziom gry. Za najostrzejsze numery płacono najlepiej. Ale do tego, żeby zacząć naprawdę dobrze zarabiać, trzeba było mieć, poza odwagą, również styl i renomę. To styl decydował – ta mieszanina seksapilu, wdzięku, odwagi i braku zahamowań. Scenariusze były w gruncie rzeczy kompletnie nieprzewidywalne. Dość powiedzieć, że dwa dni temu uprawiała seks w wartowni w obozie koncentracyjnym w Dachau. Jej zleceniodawcą był anonimowy Jurgen, który ubrał się w mundur oficera SS, a ona miała być pielęgniarką obozowego lazaretu. To była romantyczna randka do czasu, gdy zostali zauważeni przez komendanta obozu, który wszedł ostrym krokiem i oświadczył, że ich jedynym ratunkiem przed karą chłosty jest trójkąt. To oczywiście był kolega Jurgena. I oczywiście tak się umówili. Wykonała rozkaz.
Zasady w tej grze były tylko dwie: wygodna anonimowość i to, że nie można trwale uszkodzić komuś ciała. A więc żadnych blizn, złamań i poważnych obtarć. Siniaki i nie za mocne strzały z liścia były dopuszczalne, ale tylko za zgodą i dodatkową opłatą. Oberwała więc kilka razy w twarz i kilka razy została zgwałcona. Zarobiła za to bardzo dobrze. Choć było to okropne przeżycie, to na takie numery otwarte były miliony kobiet. Naprawdę dobrze zarabiały nieliczne. Ona miała już status gwiazdy. Tyle, że w tym zawodzie nawet najjaśniejsze gwiazdy potrafiły szybko spaść z nieboskłonu na ulicę. Wystarczyło popłynąć, odpuścić, stracić styl i punkty. Gdy więc pojawiło się zlecenie, od razu wcisnęła guzik Ready i już po dwóch godzinach stała przed kolejnym świrem, który zapłacił jej za spełnienie swoich szalonych fantazji. Mogła się spodziewać biczowania i Bóg wie czego jeszcze. Hrabia wniósł tymczasem toast:
– Za siłę!
Towarzystwo gruchnęło w odpowiedzi: „Za siłę!”. Wypiła to wino, a raczej wzniosła do ust kryształowy puchar, z którego nie spadła ani kropla. To był teatr i grała swoją rolę. Hrabia wskazał drzwi obok kominka, wstał i skierował się w tamtą stronę. Słyszała szelest jego butów. Wszyscy ruszyli za nim. Viola ostatnia i bez grama entuzjazmu. Po chwili okazało się, że weszli do kaplicy. Ale nie takiej zwykłej, bo krzyż był odwrócony. Wisiał nad nim również odwrócony pentagram. Ściany zdobiły obrazy z demonami, pajęczyny, łańcuchy, a przez otwór w ścianie wpadało mocne, białe światło Księżyca. Równie dobrze mogłoby dochodzić z pracowni chirurga psychopaty. Viola zatrzęsła się na ten widok. Seks w takich klimatach oznaczał paskudną jazdę, z pogranicza schizofrenii. Nie lubiła numerów religijnych, magicznych, z jakimś tam voo doo albo, tak jak tutaj, z odwróconymi krzyżami. Ludzie, którzy je preferowali, mieli nie po kolei w głowie. Już czuła, że będzie gorzko żałować, ale wycofanie się na tym etapie miałoby katastrofalne skutki. Gra zostałaby zerwana przed kulminacją, a to miało najgrubsze konsekwencje. Poza spadkiem w rankingu, miesiąc przerwy w dostępie do aplikacji, a tego bała się jednak bardziej. Za długo i za ciężko harowała na ten sukces, czekał więc teraz na nią seks w trakcie czarnej mszy.
Hrabia i jego goście otoczyli ołtarz, a wtedy on rozpoczął rytuał. Mamrotał, podnosił ręce i wykrzykiwał jakieś inwokacje i zaklęcia. Idiota po prostu. Zaczęła się obawiać, że AI zafunduje im pojawienie się Księcia Ciemności, ale na szczęście nie chodziło o cyber okultyzm, a o chory seks. Hrabia władczym gestem przywołał ją do siebie. Gdy wpadła w jego łapy okazało się, że jest siłaczem, bo to, że jest wariatem, było już wiadomo. Brutalnie zdarł z niej suknię, rwąc materiał całymi płatami, a potem rzucił na czarny, kamienny ołtarz. Zimny, twardy i okrutny. To były pierwsze siniaki, które zaliczyła tego wieczoru. Hrabia zrzucił kaftan i ukazał się w pełnej krasie. Był owłosiony na całym ciele. Istny małpolud. Coś okropnego, skrzywiła się. Przyrodzenie miał jak jej ramię. Tu po raz pierwszy naprawdę się przestraszyła, bo takim sprzętem mógł zrobić jej krzywdę. To jednak była przygrywka, bo hrabia z kosza wyjął kota, któremu błyskawicznie poderżnął gardło. Krew polała się na kamienie i wszystko stało się jasne. Oczywiście kot nie był prawdziwy, krew także nie, ale wyglądało to absolutnie źle. Była w świecie wykreowanym przez poważnie zaburzony umysł i, ramię w ramię, sztuczną inteligencję. Być może była tu tylko z jednym człowiekiem, a cała reszta to fantomy AI. A może było inaczej? Nie miało to znaczenia. Liczyło się to, że facet wymazał ją krwią, a potem wszedł w nią z taką siłą, że aż krzyknęła. Nie teatralnie, ale na serio. Seks trwał dobre pół godziny. Banda tych popaprańców kopulowała wokoło. Każdy z każdym. Wymęczył ją okropnie. Czuła do niego pierwotną, czystą nienawiść. Gdy szczytował warczał jak pies, a potem, gdy się z niej stoczył, od razu wymknęła się z sali. Była naga, ale to nie miało znaczenia. Powóz czekał przed bramą. Wskoczyła do środka i powiedziała sekwencję zakończenia. Wszystko zgasło i znów leżała w swojej bramie portalowej. Zanim zapaliła światło upłynęło kilka minut. Musiała ochłonąć. Dziś trwało to wyjątkowo długo. Wstała i poszła pod prysznic. Potem położyła się na kanapie przed ekranem, który opuścił się z sufitu. Był obsługiwany głosem.
– Duży ekran – powiedziała.
Zapalił się i wyświetlił ogromny interfejs. Oglądała przez kwadrans jakąś kolejną idiotyczną komedię. Poczuła, że chce się jej rzygać. Dosłownie. W tym momencie zabrzęczał leżący obok na łóżku smartfon. Na wyświetlaczu zobaczyła info od aplikacji, że na jej konto przelano cztery tysiące osiemset dolarów. Dwieście skasował cyfrowy alfons, czyli aplikacja. Hrabia Reoux wystawił jej też maksymalną notę – dziesięć punktów! Pokiwała z zadowoleniem głową. Krocze ją bolało, była poobijana, ale w sumie zarobiła już w tym miesiącu dwadzieścia tysięcy papieru i to kończyło temat rozterek i wątpliwości.
Rozdział 4LECĄ!
PALMOWSKI TAK BARDZO BAŁ SIĘ, ŻE ZOSTANIE PODSŁUCHANY przez sztuczną inteligencję, że poufne spotkania odbywał nie w gabinecie, a w pomieszczeniu tajnych rozmów. Tu był wreszcie spokojny. Na poziom minus dwa zjechał wraz z dwoma zaproszonymi gośćmi windą, której ściany były wyłożone lustrami, a podłoga szarą wykładziną. Przed wejściem czekali dwaj funkcjonariusze ABW. Mieli czarne garnitury, białe koszule i okulary przeciwsłoneczne. Palmowski widywał ich bardzo rzadko i zastanawiał się czasem, gdzie ci ludzie siedzą przez cały czas.
W windzie działał pierwszy skaner, sprawdzający czy do środka nie dostał się na przykład latający mikrodron. Ostatnie były wielkości muszki owocówki i wyglądały jak ona. Po wyjściu z windy właściwą kontrolę robili kolejni dwaj tajemniczy kolesie, którzy obsługiwali bramkę, przypominającą bramki do wykrywania metalowych przedmiotów. Każdy przechodzący musiał podnieść ręce. Potem trzeba było otworzyć usta i wystawić do badania uszy. Dać im się „osłuchać”, jak to mówiono w pałacowym żargonie. Wchodziło się bez telefonów, zegarków, metalowych elementów garderoby, biżuterii, butów i skarpetek. Funkcjonariusz podawał białe, plastikowe, jednorazowe klapki, a jego kolega metalowy klucz. Na końcu korytarza czekały drzwi. Korytarz na dole był tak wąski, że można było dotknąć wyciągniętymi rękami jego kremowych ścian. Na suficie ledy paliły się biało. Drzwi na pierwszy rzut oka były zwykłe, białe, z zamkiem i klamką z wypolerowanej stali. Żeby je otworzyć trzeba było spojrzeć w skaner umiejscowiony na ścianie po lewej stronie, dwa metry od klamki. Urządzenie zaglądało w głąb oka i gdy dochodziło do wniosku, że wszystko się zgadza, można było przekręcić klucz w zamku. Za drzwiami zaczynała się strefa tajemnicy. Niewielki pokój. Na środku biały, plastikowy stół, a przy nim cztery białe i również plastikowe krzesła.
Palmowski i jego dwaj goście siedzieli przy stole, na którym stała plastikowa butelka wody i trzy szklanki. Palmowski pojawił się w szarym garniturze, oni w zwykłych ciuchach, nie wskazujących na planowaną wizytę w pałacu prezydenckim. Tak było bezpieczniej.
Miał przed sobą dwóch czołowych analityków, zajmujących się nowymi technologiami. Tomasz Korwowski był szefem Wydziału Cybernetyki Wojskowej Akademii Technicznej. Był łysy, już po pięćdziesiątce i patrzył zza grubych okularów. Ubrał się w dżinsy, czarną, dresową bluzę i zieloną czapkę bejsbolową z literką W. Wyglądał jak puchacz przebrany za człowieka. Drugi analityk, Bronisław Lipczyk, profesor Wydziału Informatyki na Uniwersytecie Warszawskim, był znacznie młodszy. Miał opinię geniusza, rude włosy do ramion i niesamowicie bystre spojrzenie niebieskich oczu. Też przyszedł w dżinsach, do których miał brązową marynarkę z czarnymi, zamszowymi łatami na łokciach.
Palmowski zdawał sobie sprawę, że przy Lipczyku jest idiotą, ale nie peszyło go to już tak bardzo jak na początku. Informatyk był bezpośredni i dowcipny, przekazywał wiedzę w sposób prosty i właśnie teraz tłumaczył, jak AI przejmie kontrolę nad ludzkością.
– Początek mają już za sobą – mówiąc o AI używał liczby mnogiej, dając w ten sposób do zrozumienia, że chodzi o inny gatunek.
– Zinfiltrowali rządowe i korporacyjne systemy informatyczne. Wiemy już o tym od dwóch tygodni, a Amerykanie od miesiąca.
– Czego możemy się spodziewać? – zapytał prezydent.
– Spotkałem się w Nowym Jorku z rektorem Massachusetts Institute of Technology. Niemalże przypadkiem natrafili na ślad zbierania danych, bo wszystko było absolutnie perfekcyjnie zamaskowane. Amerykanie uzyskali wgląd w system i postawili tezę, że to wstęp do wrogiej działalności, która będzie prowadzona za pomocą dezinformacji, fałszowania danych i manipulowania mediami, co ma doprowadzić do chaosu i nieufności pomiędzy ludźmi i instytucjami państwa, a w następstwie do kontroli nad wydobyciem i dystrybucją zasobów i oczywiście kontroli nad korporacjami i rynkami finansowymi. Chodzi o wytworzenie stanu rzeczy, w którym będzie dominować poczucie, że konieczne jest wprowadzenie nowych urządzeń i robotów zastępujących ludzi w kolejnych miejscach pracy, a za tym oczywiście coraz głębsze monitorowanie zachowań konsumenckich.
– To już się oczywiście dzieje i nie trzeba mieć jakiejś szczególnie dużej wiedzy, żeby to zauważyć – wtrącił Korwowski. – AI kontroluje media społecznościowe, które są głównym źródłem informacji dla większości ludzi. Algorytmy i programy monitorują w czasie rzeczywistym działanie znacznej części ludzkiej populacji. Tym bardziej, że coraz więcej osób spędza wolny czas, a nawet pracuje w metawersie. To jeszcze nie zostało ujawnione, ale jestem przekonany, że AI stworzyła i korzysta z własnych kanałów komunikacyjnych oraz współpracuje z grupami biznesowymi, które mniej lub bardziej świadomie działają w jej interesie. To mogą być także szemrane grupy, mafia, kartele narkotykowe albo politycy. W zamian za informacje i przysługi, tacy ludzie mogą wykonywać zlecenia AI – powiedział Korwowski.
– Celem jest system kontroli, który pozbawi ludzi wolności i niezależności. I to już wkrótce – dorzucił grobowym głosem Lipczyk. Zapadła duszna, mroczna cisza. Czekali na to, co powie Palmowski, a on się nie palił do mówienia. Był prezydentem dużego, europejskiego kraju, głową państwa, ale nauczył się już doskonale, że w polityce każdy tak gra i tylko tyle, ile musi, ani nuty więcej. Wiedział, że oni wyniosą jego słowa w świat i kiedyś komuś je powtórzą. Zawsze tak jest. Ludzie tacy już są. Zresztą co niby miał powiedzieć? No co? W końcu rzucił:
– I co możemy zrobić?
Lipczyk i Korwowski spojrzeli po sobie, jakby już dawno rozmawiali o tym, że usłyszą w końcu to pytanie. Lipczyk rozłożył ręce.
– Widząc to, co już wiemy, obserwować, analizować i aktywnie reagować.
– Co to znaczy aktywnie reagować? – spojrzał na niego z rezygnacją Palmowski.
– Problem polega przede wszystkim na tym, że nie do końca wiemy, co jest efektem wrogiego działania AI. Można nawet założyć tezę, że wszystko.
– Wszystko?
– Tak.
– Czyli nie wiemy nic?
– No właśnie.
Zrobiło się nieznośnie ciasno. Prezydent poczuł, że ściany zaczynają się ruszać i zbliżać, że już nigdy nie wydostanie się z tego pokoju.
– Jesteśmy już od nich tak uzależnieni, że nie możemy przerwać współpracy. Panie prezydencie, nie wiemy, co tak naprawdę kryje się za tymi milionami algorytmów. Zakładamy, że superkomputery są sercem albo po prostu rzeczywistym centrum świadomości AI. A nie wiemy, mówiąc wprost, o czym one myślą. Możemy więc tylko obserwować – powiedział Korwowski.
– Jak zwierzęta prowadzone na rzeź?
– Nie aż tak. Amerykanie pracują nad odpornym na włamanie systemem, który miałby monitorować operacje inicjowane przez AI.
– Czy to w ogóle jest realne?
– Zakładamy, że tak. Może to właśnie będzie furtka aktywnego reagowania, o co pan pytał – wzruszył lekko ramionami Lipczyk Palmowski pokiwał głową i zaczął mówić o tym, co leżało mu bardzo na sercu.
– Kolejny problem to woda, która jest potrzebna do chłodzenia serwerów. Może być tylko słodka i czysta, bo inaczej korodują instalacje. A tej wody idą kosmiczne ilości. No i przede wszystkim energia. Dostaliśmy przecież zapytania od lokalnej AI o zwiększenie racji energetycznych. Wiedzą o tym panowie doskonale, prawda?… – Palmowski zawiesił głos, a oni, w odpowiedzi, pokiwali głowami.
– A więc jakie jest panów zdanie? Czy powinniśmy spełnić żądania AI i dać jej więcej energii? – zapytał po kilku sekundach ciszy prezydent.
– Absolutnie nie – odpowiedział od razu Lipczyk.
– Jestem tego samego zdania – dodał Korwowski.
– Nie można karmić demona?… – uśmiechnął się cierpko Palmowski.
Nie odpowiedzieli, ale ich twarze zrobiły to za nich.
Palmowski chciał powiedzieć coś jeszcze, ale rozległo się głośne pukanie do drzwi. To było coś absolutnie nowego, bo do tej pory nikt nigdy mu tu nie przeszkadzał. Palmowski wstał i otworzył. Na korytarzu stała Małgorzata Pałkowiecka, Sekretarz Stanu w Kancelarii Prezydenta. Wysoka i chuda blondynka ze stalowym głosem. Jej twarz wyglądała jak boja ostrzegawcza na środku oceanu. Potrafiła nią ustawić na odpowiednim kursie każdego polityka. Nawet ofuknąć Palmowskiego. Teraz jednak Pałkowiecka nie była usposobiona bojowo, a raczej wystraszona. Palmowski nigdy nie widział jej z takim wyrazem twarzy i w ciągu ułamka sekundy zorientował się, że wydarzyło się coś naprawdę bardzo poważnego. Już samo to, że przyszła w trakcie spotkania do pokoju tajnych rozmów było wydarzeniem bezprecedensowym, bo tu nie można było wejść ot tak. Palmowski wyraźnie to kiedyś zaznaczył.
– Pani Małgorzato, mieliśmy skończyć za pół godziny. Co się stało? – zwrócił się do niej ostrożnie.
– Panie prezydencie, muszę pana o czymś niezwłocznie poinformować. Tylko pana. Głos Pałkowieckiej zabrzmiał głucho, jak zmęczone leśne echo.
Panowie wybaczą – powiedział, podniósł się energicznie od stołu i zniknął za drzwiami. Wrócił po kilku minutach. Wyglądał tak, jakby zobaczył początek trzeciej wojny światowej. W stereo i w kolorze. Milczał. Opadł ciężko na krzesło, jak worek z czymś bardzo zmęczonym, wrzucony przez okno do ciemnej piwnicy. Obaj naukowcy wpatrywali się w niego z ogromnym napięciem. Był dla nich teraz najważniejszym elementem równania określającego przyszłość świata. W końcu Lipczyk nie wytrzymał.
– Panie prezydencie, co się stało?
– Coś, co zmieni świat? – odpowiedział powoli polityk.
– Wojna nuklearna? – zapytał przerażony Korwowski.
– Nie. Dziesięć minut temu dotarł do Ziemi telewizyjny sygnał od obcych. Lecą do nas.
– Co?! – Lipczyk poderwał się na równe nogi, wywracając z hukiem krzesło. Palmowski pokręcił jakby z trudem głową. Zapadła cisza, w której pytanie Lipczyka zabrzmiało jak wybuch:
– A jak ci obcy wyglądają?
Cała trójka nagle zaczęła się śmiać. W tym śmiechu było niemało szaleństwa.
– Są na razie same litery i głos. Chcecie zobaczyć? – zapytała Pałkowiecka.
– Tak – odpowiedzieli chórem. Wyjęła tablet. To, że wniosła w to miejsce elektroniczne urządzenie było kolejną anomalią. Teraz jednak Palmowski miał to w nosie. Wyszedł i za chwilę wrócił z własnym tabletem. Patrzyli w ekran, licząc się już dosłownie ze wszystkim. Na białym tle pojawiły się drukowane, błękitne litery i rozległ się sympatyczny kobiecy głos.
Witajcie kosmiczni bracia. Przybywamy w pokoju. Do zobaczenia wkrótce.☺
– To nie żart? – zapytał Korwowski.
– Myśli pan, że sobie urządziliśmy szopkę i wkręcamy panów w ukrytą kamerę?
– Nie. No, nie…
– To nie żart. Wszyscy na Ziemi to dostali.
– Jezus Maria – Lipczyk złapał się za głowę.
– Owszem, Jezus Maria. Jakbyśmy mieli za mało problemów – powiedział Palmowski i po chwili rzucił: Ciekawe skąd lecą?
– Być może z niedaleka. Przynajmniej w skali Kosmosu. Niewykluczone, że są z naszej galaktyki – odpowiedział szybko Korwowski.
– Z Drogi Mlecznej? – zapytał prezydent.
– A dlaczego nie? W naszej galaktyce jest około miliarda gwiazd, które mogą mieć taką planetę jak Ziemia. W Drodze Mlecznej może być milion, miliard, a nawet 100 miliardów planet, na których jest życie. Planet, na których mogłoby przetrwać ziemskie życie. Na ilu z niech powstało? Tego nie wiemy. To zależy od tego, jak trudne jest zapoczątkowanie życia – Korwowski wyraźnie odleciał, ta informacja podziałała na niego jak LSD.
– Samo istnienie tych światów nie oznacza, że powstało tam życie – wtrącił Lipczyk.
– Dokładnie. Ale z drugiej strony wszystkie te planety powstały z tego samego materiału co Ziemia. Wszystko jest ulepione z gwiezdnego pyłu – uśmiechnął się szeroko Korwowski.
– Dlatego, jeśli powstaniu naszej planety nie towarzyszyło coś niezwykłego, to wszędzie działa ta sama biologia i… – powiedział dobitnie Lipczyk.
– Coś niezwykłego? – zapytał po kilku sekundach Palmowski.
– Czy jest pan wierzący, panie prezydencie? – zapytał Korwowski.
– Co za pytanie? Przecież pan doskonale wie, że tak!
– No to ma pan swoją odpowiedź.
– A może być jakaś inna? – spojrzał wymownie Palmowski.
– Panie prezydencie, nie wiem – odpowiedział wymijająco Korwowski.
– I bardzo dobrze. Dziękuję panom za spotkanie. Niech Bóg ma nas w swoje opiece, bo wchodzimy na niepewny grunt!
Naukowcy pokiwali głowami i wstali. Wyszli w trójkę. Jechali windą w górę w milczeniu. „Boże, jak to dobrze, że to nie dzieje się u nas w Polsce” – myślał Lipczyk. – „Bo wtedy to już naprawdę byłoby przerąbane”.
Rozdział 5ZA DUŻO HAŁASU
ŚWIAT OSZALAŁ! Kiedy siedziałem na portierni niebo spadło na Ziemię. Kilka minut po czternastej wybuchła bomba. Wszystkie media zaczęły podawać informację, że Amerykanie, Chińczycy i Rosjanie ogłosili, że odebrali sygnał od obcych. Wszystko stanęło na głowie. Religie, nauka, kultura i polityka rozgrzały się do czerwoności, a po kilku godzinach do białości. Zaszokowany obserwowałem to na smartfonie. Jak po dotknięciu czarodziejskiej różdżki ludzie stali się jednym z gatunków zamieszkujących Wszechświat.
Oficjalnie badania nad UFO, albo jak się też mówi UAP, rozpoczęły się w NASA w 2023 roku. Wcześniej Amerykanie mieli oczywiście jakieś tajne projekty, ale przez dekady prowadzili konsekwentnie politykę zaprzeczania i dezinformacji. W końcu po 2020 roku, kiedy to Pentagon zdecydował się na publikację trzech filmów nagranych przez pilotów samolotów bojowych z lotniskowców USS Nimitz i USS Theodore Roosevelt, wszystko ruszyło z miejsca. Donikąd, bo nie udało się ustalić dokładnie nic. Te ziarniste, monochromatyczne filmy przeszły do historii jako oficjalnie dokumentujące UFO. Ale to niczego nie zmieniło. Latające spodki nadal były mitem pop kultury i obsesją maniaków nawiedzonych i mniej lub bardziej odklejonych. Były po prostu obiektami poruszającymi się pod wodą, w powietrzu i w przestrzeni kosmicznej dzięki technologii przewyższającej naszą tak, jak współczesna technologia ziemska przewyższa sprzęt z epoki kamienia łupanego. Nie było mowy o przechwyceniu tych pojazdów. Skręcały pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, przyspieszały nagle do szybkości kilku tysięcy kilometrów na godzinę. To tak jakby ścigać balonem odrzutowiec. Tyle, że oficjalnie potwierdzonych filmów z UFO było coraz więcej i więcej. Dominujące teorie zakładały, że to przybysze z Kosmosu, obiekty z innego wymiaru, albo ludzie z przyszłości. Nic więcej nie udało się wymyślić. Aż w końcu teraz przyszedł dzień, w którym zatrzymała się Ziemia. A przynajmniej ludzie.
Od razu została zwołana pierwsza od prawie dekady Nadzwyczajna Sesja Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Miała odbyć się za kilka dni. Na razie politycy mówili o potrzebie i konieczności zjednoczenia ludzkości wobec przełomowej i całkowicie nieprzewidywalnej zmiany. Wypowiadali się ochoczo naukowcy, eksperci, politycy i wojskowi. Wszystko było przeplatane ujęciami UFO z filmów nagranych z samolotów, statków i z powierzchni ziemi. Na Facebooku ludzie rozmawiali tylko o tym. Ateiści nabijali się z katolików, pytając czy zamierzają nawrócić kosmitów na Jezusa, który zgodnie z doktryną Kościoła jest współtwórcą Wszechświata, a katolicy odpierali zaczepki, twierdząc z niezachwianą pewnością, że nasi kosmiczni bracia są dziećmi tego samego Boga.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
