Dziewczyna zwana Jane Doe - Victoria Helen Stone - ebook

130 osób właśnie czyta

Opis

Podwójne życie.
I tylko jeden cel.
Zemsta.

Życia Jane wydaje się równie zwyczajne, jak jej nowa praca w firmie ubezpieczeniowej. Codziennie rano przychodzi w ślicznych, kwiecistych sukienkach, sumiennie wykonuje codzienne obowiązki na nisko płatnym stanowisku i stara się być uprzejma wobec wszystkich.
Młoda kobieta wkrótce staje się idealnym celem dla Stevena Hepswortha, jej nowego kolegi z firmy, który uwielbia właśnie takie kobiety jak ona: ładne, uległe i zakompleksione…
Sęk w tym, że nikt nie ma pojęcia, kim naprawdę jest Dziewczyna zwana Jane Doe, ani czego pragnie.
A już najmniej wie sam Steven.
***
„Wspaniale skonstruowany thriller”. Kirkus Reviews
„Autorka umiejętnie prowadzi czytelników do oszałamiającego finału”. New Jork Journal of Books
„Wciągająca opowieść o zemście, trzyma w napięciu do samego końca”. Bustle

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 299

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (600 ocen)
223
179
145
38
15

Popularność


 

 

 

 

Tytuł oryginału: Jane Doe

 

Copyright © Victoria Helen Stone, 2018

 

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie, 2018

 

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

 

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Redakcja:Mirosław Ruszkiewicz

Korekta:Mirosław Ruszkiewicz, Mirosław Krzyszkowski

Projekt typograficzny wnętrza: Mirosław Krzyszkowski

Łamanie: MELES-DESIGN

Projekt okładki: Faceout Studio, Derek Thornton

Adaptacja projektu okładki: Magda Bloch

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66381-67-4

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ta książka jest dla J. i wszystkich, którzy jej potrzebują

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

 

 

 

Dostrzegam moment, w którym zauważa mnie po raz pierwszy. Ukradkowe drugie spojrzenie, gdy widzi nową dziewczynę w biurze. Ja natomiast w ogóle go nie widzę. Bardzo się pilnuję.

To człowiek, który lubi myśleć, że to on dowodzi. Boi się silnych kobiet. Bo i jak miałby przejąć kontrolę nad odważną i pewną siebie dziewczyną? Obserwuję go spod na wpół przymkniętych powiek, ale cały czas udaję, że skupiam się na pracy.

Moje zajęcie nie wymaga zbyt dużej koncentracji. W CV, które dostarczyłam do tego biura, nie ma śladu mojej prawdziwej historii, jednak z prawniczym wykształceniem i sześcioletnim doświadczeniem mam zbyt wysokie kwalifikacje do tej roboty. Ale z drugiej strony wprowadzanie danych jest uspokajające. Satysfakcjonujące w sposób, w jaki nie satysfakcjonowała mnie praca prawnika. Wracam do swoich zajęć i całkowicie go ignoruję.

Nie jest szefem. Steven Hepsworth jest zwyczajnym menedżerem średniego szczebla. Okazuje szacunek grubym rybom. Nieźle wykonuje swoją pracę. Ma tytuł Master of Business Administration, jest biały i ma klasyczną urodę, więc da sobie radę w życiu. Dobra partia.

Zauważyłam, że jest przystojny, już poprzedniego dnia, podczas zwiedzania biura. Ma za dużo żelu na włosach, ale często się uśmiecha i jego uśmiech zdaje się szczery. Ciepło brązowych oczu zachęca, by się do niego zbliżyć. Odwraca uwagę od słabości wypisanej na jego podbródku. Ludzie go lubią. Pozostałe kobiety w biurze z nim flirtują. To miły facet.

Ktoś przynosi mi stos protokołów do wprowadzenia i na resztę dnia zapominam o Stevenie Hepsworcie.

Będę z nim flirtowała tak jak reszta pracownic. Ale to później.

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI

 

 

 

 

Mojego trzeciego dnia w pracy znajduje mnie w pokoju socjalnym. Możliwe, że wpadł na mnie przypadkowo, ale większość menedżerów korzysta z pokoju na górze, tak przynajmniej mi powiedziano. Z drugiej strony Steven prawdopodobnie lubi czuć się popularny, może więc woli jadać z nami, zwykłymi wyrobnikami.

– Cześć! – mówi radośnie. – Jestem Steven.

– A ja Jane – odpowiadam z uśmiechem i podaję mu rękę.

Jest delikatny, jego palce ledwo ściskają moje. Gardzę mężczyznami, którzy miętolą kobiecą dłoń tak, jakby ich męska moc miała zmiażdżyć ten gorszy gatunek kości, ale uśmiecham się do niego promiennie.

– Nowa dziewczyna w biurze?

– To ja! – Gdy puszcza moją dłoń, mam ochotę pozwolić, by opadła bez życia na stół, zamiast tego jednak krzyżuję ręce pod piersiami. Zerka na mój dekolt tylko przez ułamek sekundy. Jest zainteresowany, lecz dyskretny.

Sukienka jest delikatna i kwiecista, tak jak wszystkie kupione przeze mnie ostatnio ubrania. Może wyglądać skromnie, ale rozpięłam jeden guzik za dużo. Nasz Steven to facet uwielbiający piersi. Moje nie są duże, lecz są, a ja założyłam push-up, żeby wyglądały bardziej na miseczkę C niż B. Chyba podoba mu się efekt. Jeśli kiedykolwiek zobaczy mnie nagą, będzie rozczarowany, ale to tylko zadziała na moją korzyść.

– Co cię sprowadza do naszego małego biura? – pyta.

– Och, no wiesz. Stara historia. Kilka tygodni temu wróciłam do miasta i dowiedziałam się, że u was zawsze jest nabór na osobę do wprowadzania danych. No więc jestem.

– Wróciłaś, bo skończyłaś studia?

Mam trzydzieści lat, śmieję się więc, słysząc takie pochlebstwo.

– Bardziej chodzi o coś w stylu traumatycznego rozstania.

– Wiem, jak to jest – mówi i opiera się biodrem o blat, w jego oczach pojawia się błysk zainteresowania. Dziewczyna po rozstaniu jest bezbronna i wrażliwa. Steven zastanawia się, czy może zaciągnąć mnie do łóżka. – Witamy z powrotem w Minneapolis.

Tak, minęło zbyt dużo czasu. Zdecydowanie zbyt dużo. Powinnam była wrócić już rok temu. Albo dwa.

W znajdującej się za nim mikrofali rozlega się dzwonek. Mój żałosny lunch jest gotowy. Steven odsuwa się na bok, pozwalam mu zobaczyć nazwę firmy produkującej tanie niskokaloryczne żarcie, a następnie biorę pudełko, które zostawiłam na blacie, i wrzucam je do kosza na śmieci. Jestem w kiepskiej sytuacji finansowej i cały czas próbuję zrzucić te ostatnie pięć kilo. To jest to, co on widzi.

Prawda jest taka, że niemal na pewno jestem bogatsza niż on, a moje ciało jest całkiem w porządku. Działa, jestem dostatecznie wysportowana, poza tym nikt nie potrzebuje idealnego ciała, żeby uprawiać seks. Seks jest najtańszym towarem, a każde ciało jest na sprzedaż. Nie interesuje mnie miłość, więc nie martwię się tym, co myślą o mnie moi partnerzy. Mój brak wstydu ułatwia sprawę.

Ale ten rodzaj pewności siebie przeraziłby Stevena, dlatego uśmiecham się nieśmiało i wyjmuję z mikrofali mojego niskokalorycznego boeuf Stroganowa.

– Wygląda nieźle – kłamie, tak jakbym nie widziała sosu koloru gówna na w połowie przegotowanych, a w połowie wiotkich kluskach.

– Chcesz trochę? – pytam.

Śmieje się zbyt głośno.

– Kupię sobie na dole kanapkę z klopsami. – Męskie jedzenie. Mięcho. – Ale dziękuję! – dodaje radośnie. – Przynieść ci coś? Może kawę?

– Nie, dzięki. Przyniosłam herbatę z domu. – Prawda jest taka, że nienawidzę herbaty, ale dla niego wypiję słabą i letnią.

– No cóż, miło było cię poznać, Jane. Zobaczymy się jeszcze?

– Mogę ci to zagwarantować. – Śmieje się, a ja wyszczerzam dumnie zęby. W nagrodę puszcza do mnie oko.

Po jego wyjściu zjadam mojego niskotłuszczowego boeuf Stroganowa i otwieram książkę, którą przyniosłam w torebce. Czytanie to moje ulubione hobby. Tego nie muszę udawać.

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI

 

 

 

 

To nie tak, że nie mam uczuć. Jakieś emocje mam. Tak. Chodzi o to, że z reguły potrafię wybrać, kiedy mogę je odczuwać. A co ważniejsze, wybieram, kiedy ich nie czuć.

Chyba się taka nie urodziłam. Podejrzewam, że czułam zbyt wiele i zbyt głęboko, aż wreszcie mój umysł się zmienił, by mnie chronić.

Moi rodzice wciąż żyją, nadal są ze sobą i chyba mnie kochają. Kochają mnie jednak w sposób, w jaki nieuważne dziecko kocha swoje zwierzątko. Jednego dnia zbyt wiele uwagi, drugiego – kompletny brak zainteresowania. Takie zmiany były zbyt poważne, bym w młodości mogła przetrwać, dlatego mój mózg nauczył się być ponad to. Teraz o tym nie myślę. Stało się to naturalne. Obserwuję ludzkie emocje, lecz sama rzadko je odczuwam.

Od czasu do czasu rozmawiam z rodzicami, ale nawiązuję z nimi kontakt tylko w Boże Narodzenie. Jeśli akurat jestem w Oklahomie, wpadam do nich z wizytą – ale serio, kto bywa w Oklahomie? Wysyłam im pieniądze na urodziny. Zawsze ich potrzebują.

Nie nienawidzę ich; po prostu nie rozumiem, dlaczego ludzie czują potrzebę ciągłych prób nawiązywania kontaktu z toksycznymi członkami rodziny. Wiem, kim są moi rodzice. Nie są najgorsi, ale i tak są okropni i nie potrzebuję ich chaosu, który zupełnie niespodziewanie wkracza w moje życie, a potem z niego znika. Kiedy byłam bardzo młoda, wykorzystali wszystkie szanse, aby mnie zranić, teraz jednak nie mogą mnie skrzywdzić, nawet jeśli tego chcą. To wszystko.

Gdy dzwonię do nich na Boże Narodzenie, wysłuchuję ich opowieści o nieszczęściu i pechu, a sama opowiadam o życiu i pracy w Malezji. Mówią mi o planach mojego brata, Ricky’ego. Nie rozmawiam z nim. Nie mam nic do powiedzenia małemu wsiokowi, któremu między kolejnymi odsiadkami w więzieniu jakoś udało się zrobić pięcioro dzieci z czterema kobietami.

Oto moja rodzina.

A jeśli chodzi o przyjaciół… no cóż, Meg była moją najlepszą przyjaciółką od dnia, w którym się poznałyśmy. A teraz nie żyje.

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY

 

 

 

 

Miesiąc temu pracowałam jeszcze jako prawnik do spraw amerykańskiego importu-eksportu dla dużego azjatyc­kiego koncernu produkcyjnego. Mieszkałam w przepięknym apartamencie w nowoczesnym, wyposażonym w zachodnie luksusy budynku w Kuala Lumpur. Zawsze bawił mnie fakt, że żyjący na obczyźnie Amerykanie rzadko cokolwiek gotują, ale potrzebują największych i najlepszych sprzętów kuchennych. Ja byłam taka sama. Uwielbiałam moją lśniącą, sześciopalnikową kuchenkę.

Miałam widok na całe miasto, które było raczej brązowe i mgliste w ciągu dnia, lecz w nocy błyszczało niczym wszechświat. Chodziłam na imprezy. Zawsze były jakieś imprezy. Kupowałam sukienki i buty od znanych projektantów. Nie potrzebowałam pięknych rzeczy, ale miały być dobrej jakości.

A teraz mieszkam w podniszczonym mieszkaniu z jedną sypialnią, oddalonym trzy przecznice od mojej nowej pracy. Wynajęłam je właśnie dlatego, że znajdowało się niedaleko i gwarantowało bezpieczeństwo za niską cenę. Mogłabym niemalże utrzymać je z groszowej stawki godzinowej, którą teraz zarabiam. Wszystkie meble zostały tanio wynajęte.

Mój malezyjski pracodawca myśli, że wyjechałam, by zająć się umierającym krewnym. Na tę małą przygodę mam mniej niż pięćdziesiąt dni. Jeśli zostanę tutaj dłużej, stracę pracę. A lubię moją pracę. Podoba mi się moje życie. Lubię moje mieszkanie w Kuala Lumpur. Chcę do niego wrócić – najpierw jednak muszę zakończyć to.

Minneapolis też mi się podoba – ale z chęcią stąd wyjadę. Zbyt wiele wspomnień przypomina mi o Meg. A może powinnam chcieć zostać, by móc o niej pamiętać i udawać, że w każdej chwili mogę na nią wpaść? Nie wiem, jak działa żałoba. Nie mam pojęcia, czego powinnam się spodziewać ani czego powinnam chcieć.

Niezależnie od wszystkiego tacy jak ja niezbyt martwią się przyszłością. Jeśli stracę pracę, mogę sprzedać apartament w Malezji i przenieść się do Nowego Jorku. Zawsze kochałam Manhattan. Może zamiast czekać, aż żywiołowość Meg podtrzyma we mnie ludzkie odruchy, powinnam zdać się na szalone tętno tego miasta. Melodramaty rozgrywające się na każdej ulicy i na każdym piętrze każdego budynku. Może dobrze by było, gdybym była otoczona takimi emocjami.

Kuala Lumpur właśnie takie jest, ale nie mówię dostatecznie dobrze po malajsku, by naprawdę się w nim zatopić. Minneapolis jest w porządku w lecie, lecz zimą panują tu ogromne pustki. A ja mam w sobie zbyt dużo chłodu, by żyć z tym, co mroczne i zimne.

Dzisiaj nie wpadam na Stevena w pokoju socjalnym i zaczynam się martwić, że nie wzbudziłam jego zainteresowania. Kiedy dołącza do przełożonego przy biurku dwa rzędy ode mnie, zdejmuję kardigan i w zamyśleniu bawię się guzikiem przy dekolcie sukienki. Odpinam go, zapinam. Odpinam, zapinam. Dotykam opuszkami palców mojej nagiej skóry. Zjeżdżam niżej. Gdy patrzę w górę, widzę, że mnie obserwuje, przełykam ślinę, uśmiecham się i zawstydzona opuszczam głowę.

Kilka chwil później spoglądam na niego spod na wpół przymkniętych powiek. Puszcza do mnie oko. Chichoczę.

Wyszło przyzwoicie. Mam nadzieję, że zadziała.

Pracuję do 17:30, następnie wracam do swojego ponurego mieszkania, które dzieli ścianę z mieszkaniem samotnego ojca, opiekującego się swoimi dziećmi przez trzy noce w tygodniu. Czasami lubię słuchać pisków i śmiechu jego dzieciaków, ale dziś wieczorem cieszą się, że pójdą do sklepu po halloweenowe kostiumy, i nienawidzę ich za ich szczęście i moje wspomnienia.

Na Halloween na drugim roku studiów Meg zmusiła mnie, żebym się przebrała – był to pierwszy raz, odkąd skończyłam dziesięć lat, gdy mi na tym zależało. Ona przebrała się za seksowną pielęgniarkę. Ja byłam seksowną nauczycielką. Na studiach chodziło o to, żeby kostiumy były seksowne – i oczywiście się udało. Tego wieczoru ja uprawiałam seks, a ona poznała swojego przyszłego chłopaka. Chyba miał na imię Kevin. Jak na chłopaka ze studiów był w porządku, lubiłam go. Ale to trwało tylko trzy miesiące.

Meg zawsze zakochiwała się szybko i na zabój, a ja zapewniałam jej odpowiednią przestrzeń. Na tym właśnie polegała moja rola w jej życiu uczuciowym – czekałam, aż wszystko się rozpadnie. Pomagałam jej zrozumieć logikę radzenia sobie z rozstaniem i pójścia dalej, gdy ona nic nie widziała przez potok zalewających jej oczy łez.

Jej rola w moim życiu miłosnym polegała na zachęcaniu mnie do dania szansy każdemu facetowi. Jest miły! On cię lubi! Jest taki uroczy! Na większość moich randek na studiach poszłam tylko po to, by ją zadowolić. By trochę spróbować, jak to jest. Lubiłam fizyczną bliskość, seks, ale nigdy nie potrafiłam dotrzeć do miejsca, w którym człowiek otwiera się na drugą osobę.

Po co miałabym to robić? Ludzie sprawiają ból. Nawet dobrzy ludzie ranią tych, których kochają. Wszyscy tak robimy, bo nie umiemy nic na to poradzić. Większość z nas nie jest zła; jesteśmy po prostu głupi, ułomni i nieostrożni wobec innych. Meg uważała, że ból był wart dobroci, która za nim szła. Większość ludzi wychodzi z takiego samego założenia. To ich napędza.

A co napędza mnie? Nie wiem. Chyba małe przyjemności. Kawa. Czekolada. Współzawodnictwo. Jedwabne sukienki. Gorąca kąpiel w zimny dzień. Wygrywanie. Satysfakcja z kształtowania mojego życia dokładnie w taki sposób, w jaki chcę.

Och, a teraz moja nienawiść do stłumionych rozmów małych dzieci tuż pod moimi drzwiami. Zamykam oczy i wyobrażam sobie, że to dzieci Meg zamiast dzieci obcych ludzi.

Chciała mieć dzieci. Chciała mieć męża, biały płotek i huśtawkę na podwórku, a ja chciałam dla niej tego wszystkiego. Byłaby niesamowitą matką, pełną miłości i uwagi. Z pewnością przebierałaby dzieci na wszystkie święta. Piekłaby ciasteczka i nie przejmowałaby się tym, że jej dzieci ubrudzą się mąką i lukrem.

I nigdy nie znikałaby na trzy dni, żeby jechać z przyjaciółmi do kasyn w Choctaw. Nigdy nie zostawiłaby córki samej w domu z zapaleniem gardła i tak wysoką gorączką, że podczas halucynacji widziała egzotyczne zwierzęta. Nigdy nie pozwoliłaby wynająć pokoju obcym mężczyznom.

Gdy wyobrażam sobie miłość Meg do dzieci, których nie będzie miała, czuję słodko-gorzką tęsknotę. Pęcznieje we mnie tak mocno, że przez krótką chwilę zastanawiam się, czy ja jestem zdolna do takiej miłości. Może mogłabym mieć dziecko i kochać je tak, jak kochałam Meg.

Ale nie. Dzieciństwo Meg było wypełnione matczyną miłością, potrafiła więc zaakceptować moją chłodną logikę, która działała na nią jak kojący balsam. Jednak dzieci nie mogą rozwijać się wyłącznie dzięki spokojowi, a potem odejść. Potrzebują również miłości. Przytulania, chichotów i nieskrępowanego ciepła. Jeśli kiedykolwiek miałam to w sobie, to już zniknęło. Jestem pusta.

Ale nie do końca. Jestem pełna smutku. Gdy dzieci przechodzą pod moimi drzwiami, by wyjść z budynku, zasłaniam twarz dłońmi i zaciskam powieki, nie chcąc dzielić się swą wrażliwością nawet z gołymi ścianami własnego mieszkania.

Potrzebuję Meg, a jej już nigdy tutaj nie będzie.

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY

 

 

 

 

W poniedziałek Steven znów znajduje mnie w pokoju soc­jalnym. Nie może podejść do mojego biurka na pogawędkę. Stoi ono na środku otwartej sali pełnej biurek i boksów, a administrowanie danymi ubezpieczenia zdrowotnego to nudna praca. Gdyby postał dłużej przy moim stanowisku, zauważyłoby to całe piętro.

To działa na moją korzyść. Steven musi bardzo ostrożnie wybierać odpowiedni moment. Planować z wyprzedzeniem. To sprawia, że wydaję się bardziej pożądana, niż jestem w rzeczywistości.

Udaję, że nie widzę go stojącego w drzwiach. Szczerze mówiąc, jestem pochłonięta książką i nie mam ochoty wracać do prawdziwego życia. Albo nieprawdziwego. Do tego, czym to jest. Gdy jednak Steven odchrząkuje, podnoszę wzrok i uśmiecham się na jego widok.

– Och, cześć!

– Cześć, Jane. Pomyślałem sobie, że moglibyśmy iść na kanapkę. Podejrzewam, że ta okolica jest ci obca, a mój ulubiony bar znajduje się zaledwie przecznicę dalej. Gordo’s. Jadłaś już tam?

– Och, przykro mi. – Macham ręką w stronę buczącej mikrofalówki. – Zaczęłam już podgrzewać lunch.

Zerka na leżące na blacie pudełko. Niskotłuszczowe spaghetti z mięsnym sosem.

– Jest nie do uratowania – mówi. – Wyrzuć to do kosza, a ja kupię ci coś lepszego.

Śmieję się i kręcę głową.

– Nie mogłabym tego zrobić. Ale dziękuję.

– To może jutro?

Spuszczam wzrok i udaję nieśmiałość, a w rzeczywistości kalkuluję, czy będzie bardziej zainteresowany odpowiedzią „tak” czy „nie”. Pewnie powinnam pilnować, żeby gonił króliczka, ale trochę znudziło mnie już to planowanie. I nie chcę zranić jego ego na tak wczesnym etapie. Podjąwszy decyzję, ryzykuję odpowiedź „tak”, lecz przyprawiam ją oczywistym wahaniem.

– To chyba niezbyt dobry pomysł…

Uśmiecha się, bo wie, że ulegam mimo przeczucia.

– Nie, to świetny pomysł.

– Tak myślisz?

– Zdecydowanie. Jutro?

– No dobrze. W porządku. Jutro.

Prostuje się, wypina klatkę piersiową, a potem kiwa głową w stronę mojej książki.

– Co czytasz? – Podnoszę książkę i pokazuję mu nazwisko słynnego autora thrillerów. Krzywi się. – Fikcja literacka?

– Uwielbiam.

– Ja czytam tylko literaturę faktu. – Chce, żebym czuła się zakłopotana, ale prawda jest taka, że ludzie tacy jak Steven nie lubią zanurzać się w świecie innych ludzi. Wtedy autor miałby nad nimi zbyt dużą władzę. A to sprawiłoby, że Steven poczułby się mały.

Ignoruję to wszystko i udaję, że nie zauważam zniewagi skierowanej w moją stronę.

– Literaturę faktu? Jaką?

– Głównie historia Stanów Zjednoczonych. Wojna secesyjna.

– Och, super. Oglądałam ten dokument Kena Burnsa.

– Był w porządku, ale zbyt ogólny. – Ani moje książki, ani to, co oglądam, nie są dla niego dostatecznie dobre. Z trudem powstrzymuję się od złośliwego uśmiechu. Gdybyśmy siedzieli w barze, powiedziałabym mu już, żeby się odpieprzył. Teraz jednak mam uwierzyć, że jest lepszy ode mnie. Bardziej wymagający. Prawdopodobnie powinnam przeprosić za mój gorszy gust, ale chrzanić to. Nie mam dzisiaj cierpliwości.

Rozlega się dzwonek w mikrofalówce, wstaję, żeby ją otworzyć, a potem stawiam jedzenie na blacie i pochylam się, by przyjrzeć się plastikowej tacce. Miękki, różowo-brązowy materiał mojej sukienki odchyla się, ukazując biały koronkowy stanik pod spodem.

Otwieram plastikowe opakowanie i krzywię się, bo spaghetti nie jest jeszcze gotowe. Gdy patrzę w górę, Steven odrywa wzrok od mojego dekoltu.

– Lepiej już pójdę – mówi. – Spotkamy się jutro w południe przy windzie?

– Brzmi wspaniale!

Kiedy wychodzi, odczuwam ulgę. Po części dlatego, że mogę wrócić do czytania, ale głównie dlatego, że złapał się na haczyk. Cel osiągnięty.

Nigdy nie miałam większych problemów z załatwianiem sobie randek, ale wcale nie jestem piękna – to ludzie są nieprzewidywalni w kwestii tego, co im się podoba. Może jego numer jeden to uroczy nos w kształcie guzika. A może staje mu tylko przy opalonych blondynkach. Z daleka nie da się tego określić.

Wiem jednak, które guziki wcisnąć, gdy chodzi o emocje. Wiem, co lubi w kobietach. A manipulacja to moja specjalność. Na wszelki wypadek mam plany awaryjne, choć na razie nie ma potrzeby wprowadzania ich w życie. Najwidoczniej – mimo podrzędnych czytelniczych i telewizyjnych gustów – jestem dla Stevena wystarczająco dobra.

Prycham z rozbawieniem, zanoszę lunch do stolika i siadam z książką. Uwielbiam zatracać się w cudzym świecie.

Lubię dowiadywać się, w jaki sposób działają życia innych ludzi, chociaż ich nie rozumiem.

Szczerze mówiąc, fikcyjni ludzie przemawiają do mnie bardziej niż prawdziwi. W fikcji wybory muszą mieć sens. Linia czasowa przebiega racjonalnie. Emocje zostają mi wyjaśnione. Postacie czują to, co powinny czuć w odpowiedzi na działania innych. Nikt nie pozostaje w złej sytuacji z powodu inercji czy niskiego poczucia własnej wartości. To byłaby naprawdę kiepska historia. Ale w prawdziwym życiu... Boże, w prawdziwym życiu ludzie tak rzadko zachowują się w sposób, który poprawia ich sytuację.

Dlaczego?

Dlaczego, dlaczego, dlaczego? To jedna z tych rzeczy, których nigdy nie zrozumiem. Wiem tylko, że książki są lepsze.

Gdy zamykam książkę, mój telefon zaczyna wibrować. Jestem zaskoczona. Nikt do mnie nie dzwoni. Nikt z wyjątkiem mojej matki – połączenie zostaje przekierowane z mojego prawdziwego numeru telefonu. Ignoruję ją i czekam, aż włączy się poczta głosowa.

Matka wie, co robić. Nie chciałabym odbierać telefonu od niej i przestraszyć jej tak, by dostała ataku serca czy czegoś takiego. Nie prowadziła zdrowego trybu życia.

Wyrzucam resztki lunchu, dolewam wody do butelki i czekam na sygnał poczty głosowej. Nie muszę słuchać pozostawionej przez matkę wiadomości, ale to robię. Gdy wracam do biurka, wypisuję czek na osiemset dolarów, potem kradnę kopertę z szafki z materiałami biurowymi i błagam recepcjonistkę o znaczek. Pięć minut później moja matka i jej zepsuty samochód znikają z moich myśli.

Dziesięć lat temu oddzwoniłabym, by się upewnić, że pieniądze zostaną rzeczywiście przeznaczone na naprawę samochodu, a nie na kolejną kaucję za mojego brata, ale teraz mam to gdzieś. Warto mieć pieniądze, żeby nie musieć przejmować się żadnym z nich.

Być może w jakiś sposób ich kocham; przecież nie muszę wysyłać im żadnych pieniędzy, a to właśnie robię. A może czuję się dziwnie, bo są mi zupełnie obojętni, zaś pieniądze łatwo wszystko łagodzą. Nie mam pojęcia i nie tracę czasu na zastanawianie się nad tym. Muszę wprowadzić kolejne dane.

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY

 

 

 

 

– Czyli tutaj dorastałaś? – pyta znad swojej kanapki z wołowiną. Jada albo wołowinę, albo klopsiki. Ten facet nie toleruje tuńczyka ani kiełków.

Kończę przeżuwać sałatkę.

– Przez kilka lat chodziłam tutaj do liceum. Często się przeprowadzaliśmy.

– Wojskowa rodzina?

– Nie, mieszkałam tylko z mamą.

– Czyli pewnie bywało trudno.

– Och, no nie wiem. Gdy byłyśmy tylko my, wszystko było okej. Ale od czasu do czasu wchodziła w związki. I wtedy robiło się kiepsko. Bo część tych facetów była okropna.

– Bardzo mi przykro – mówi. Może nawet ma to na myśli.

– A ty? – pytam. – Masz rodzinę w Minneapolis?

– Pewnie. Mieszkają tutaj mój ojciec i jego żona, moja mama jest w Rochester. Siostra przeniosła się do Milwaukee,

ale młodszy brat nadal zamieszkuje niedaleko. Od czasu do czasu się spotykamy.

– Brzmi bardzo miło. Ja nie mam innej rodziny.

– A twój tata?

– Och. Nie. – Kręcę głową i nie odrywam wzroku od sałatki. – Tak naprawdę to go nie znam.

– To musi być trudne.

– Nie wiem. Słyszałam, że nie był zbyt dobrym człowiekiem. A jaki jest twój tata?

– Najlepszy. Jest naprawdę wspaniałym człowiekiem. I pastorem. Ma własny kościół.

Ta sałatka powoduje zgagę. Albo pod wpływem Stevena wydziela mi się kwas w żołądku. Mimo to prostuję się i zmuszam się do uśmiechu.

– Jesteś chrześcijaninem?

– Oczywiście. A ty?

– Tak, ale trochę to zaniedbałam. Mój były był niewierzący. Nie byłam w kościele od kilku lat.

– Powinnaś do tego wrócić!

– Może i tak. Ostatnio czuję się trochę zagubiona. To znaczy… rety, wiesz co? Chyba masz rację. Już na samą myśl o kościele robi mi się o wiele lepiej. Znasz jakiś dobry kościół w okolicy?

– Nie, nasz jest na przedmieściach. Ale to świetne miejsce. Zdecydowanie powinnaś tam pójść i sama się o tym przekonać.

– Nie mam samochodu. Ale na pewno znajdę coś miłego w okolicy.

Rozgląda się wokół, jakby miał wątpliwości. Podejrzewam, że ta okolica nie jest dla niego dostatecznie biała.

Byłam w kościele wiele razy. Kiedy dorastasz na wiejskich terenach Oklahomy, nie da się tego uniknąć. Moi rodzice od czasu do czasu odnajdywali Boga na kilka tygodni i przez miesiąc lub dwa uczestniczyliśmy w nabożeństwach, ale rzadko w niedzielne poranki. Soboty na kempingu… albo w kasynie czy barze bardzo się przeciągały.

Tak czy siak, wiem z doświadczenia, że podmiejskie kościoły są najnudniejsze i najmniej wspaniałomyślne. A my zawsze szukaliśmy wspaniałomyślności. Skromne chrześcijaństwo do niczego nam się nie przydawało. Skoro po nabożeństwie nie było wielkiej składkowej imprezy, to po co w ogóle było tam iść? Moja mama zawsze zostawała do późna i urządzała szopkę, jak to ona pomaga sprzątać. Lubiłam tę część. Było dużo resztek, poza tym z reguły kradła kilka darmowych misek do podawania dań.

– Dziękuję za lunch – mówię po raz trzeci.

– Nie ma sprawy. Nie mogłem patrzeć, jak znowu jesz któreś z tych dań z mikrofalówki.

Stevenie, jak ty potrafisz sprawić, żebym się kiepsko poczuła.

– Od czasu do czasu bardzo chętnie zabrałbym cię na kolację – dodaje.

Udaję zdenerwowaną. Wiercę się i zbyt długo przeżuwam jedzenie. Wreszcie odpowiadam.

– Stevenie, ja… dopiero zaczęłam tę pracę. Czy nie ma zasad dotyczących umawiania się z podwładnymi?

Macha lekceważąco ręką.

– Nie dowiedzą się.

– Ktoś może nas zobaczyć.

– No to możesz przyjść do mnie, a ja coś ugotuję.

– Nie mogłabym przyjść do ciebie! Na pierwszej randce? Nie jestem… Nie jestem taka.

– O kuźwa. – Łapie mnie za nadgarstek, by powstrzymać moją machającą rękę. – Przepraszam. Oczywiście, że taka nie jesteś. Nie to miałem na myśli. Zupełnie. Rozumiesz?

Kiwam głową, lecz pozwalam mu dostrzec, że jestem wstrząśnięta. Kobieta nie powinna mieć potrzeb seksualnych. Moja rola polega na stawianiu oporu. To czyni mnie miłą dziewczyną.

– Jane, mówię poważnie. Nie o tym myślałem. Chciałem cię tylko chronić przed wścibskimi spojrzeniami.

– Wiem.

– A może zabiorę cię do jakiejś małej knajpki? Gdzieś, gdzie nikt nas nie zobaczy. I wtedy poszłabyś ze mną na kolację? – Pochyla nieznacznie głowę, próbuje spojrzeć mi w oczy. Unosi brwi jak proszący szczeniak, w jego brązowych oczach pojawia się niewinność. – Proszę?

Chichoczę.

– Nie powinnam umawiać się tak szybko po rozstaniu.

– W takim razie nie nazwiemy tego randką. Będziemy po prostu kolegami z pracy, którzy pójdą na randkę.

– Ty jesteś menedżerem, a ja urzędniczką wprowadzającą dane. Nie za bardzo możemy być kolegami z pracy.

– No to ja będę twoim mentorem.

Śmieję się i kręcę głową.

– Jesteś niedobry.

– Technicznie rzecz biorąc, nawet nie składasz mi raportów. Nie ma konfliktu interesów.

Oczywiście jest to absurdalny argument. I tak mógłby mnie zwolnić. Zaczynam go trochę prowokować.

– A tak w ogóle to dlaczego chcesz się ze mną umówić? Przecież prawie mnie nie znasz.

– Daj spokój. Jesteś cudowna.

Wcale nie jestem cudowna. Jestem tylko wrażliwą dziewczyną, która nosi koronkowe biustonosze. Ale to rozumiem. Nawet socjopatka lubi słuchać, że jest piękna.

– Nie jestem – protestuję cicho, lecz uśmiecham się.

– To może jutro? – naciska.

– Dobrze. Ale tylko jeśli obiecasz, że będziesz moim mentorem.

Uśmiecha się jak kot ze zbyt wieloma zębami.

– Nauczę cię wszystkiego, co musisz wiedzieć. – Ha. Nie wszystkiego, co on wie, ale wszystkiego, co ja muszę wiedzieć. Nieźle.

Po lunchu odprowadza mnie z powrotem do budynku i wjeżdża ze mną windą na górę, nie mam więc jak pobiec do sklepiku, żeby kupić proteinowy batonik. Mam nadzieję, że dzisiaj na naszym piętrze będą jakieś urodziny, inaczej zemdleję z głodu.

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY

 

 

 

 

Nie pojawia się żaden tort urodzinowy. Gdy wychodzę z biura, umieram z głodu, szybko idę więc do domu i przebieram się w coś wygodniejszego. Obcisłe dżinsy, buty za kostkę, czarny sweter. Zmywam kolorowy cień do powiek i zastępuję go kilkoma prostymi czarnymi kreskami, a potem spinam włosy w ciasny kok. Rozjaśniłam włosy i strasznie się z tym czuję. Wyglądają na zbyt miękkie. Ja lubię ciemne i proste, bez pasemek.

Mam ochotę coś zjeść i wypić. Ale jeszcze bardziej pragnę zakończyć moją nudę, dlatego idę kilka przecznic do centrum i kieruję się do luksusowego biznesowego hotelu. Siadam przy barze i zamawiam frytki ze stekiem oraz gin z tonikiem. I jedno, i drugie jest pyszne.

W barze siedzi kilku biznesmenów, wszyscy są oddzieleni od siebie przynajmniej jednym pustym krzesłem. Połowa z nich obserwuje mnie w lustrze nad barem. Oglądam kanał z wiadomościami w telewizorze wiszącym nad głową barmana.

Chociaż moja praca jest niezwykle uspokajająca, mój mózg zaczyna dopominać się o trening. Na pasku informacyjnym pojawiają się newsy ze świata biznesu, o których wcześniej nie słyszałam. W Kuala Lumpur nigdy coś takiego się nie zdarzało. Znałam większość międzynarodowych wiadomości handlowych, jeszcze zanim trafiły one do kanałów biznesowych.

Kończę pierwszego drinka i zanim odstawiam szklankę, podchodzi do mnie mężczyzna w garniturze.

– Kupić ci kolejnego? – pyta. Odwracam się, by spojrzeć mu prosto w twarz. Jest dobrze po pięćdziesiątce, jego policzki i nos są już zaróżowione od alkoholu.

Ma na sobie drogi garnitur i ogólnie jest nawet przystojny, ale wyobrażam sobie jego czerwoną jak burak twarz nad sobą, gdy wściekle się nade mną porusza.

Nie udaję obrażonej, nie schlebia mi też fakt, że zwrócił na mnie uwagę. To nie ma nic wspólnego ze mną. To mógłby być każdy. Jestem kobietą z dziurą, którą on może zatkać. Być może dostanie szansę przelecenia mnie, więc niech próbuje. To takie proste. Nawet nie zdjął obrączki.

– Nie. – Odwracam się z powrotem do telewizora i unoszę dłoń, by dać sygnał barmanowi.

– To samo? – pyta. Kiwam głową. Mężczyzna w garniturze odchodzi.

– Przyjechała pani do miasta do pracy? – pyta barman, robiąc mi drinka. To miło z jego strony, że rozmawia z kobietą, którą zaczepiają mężczyźni w jego barze. Sprawia wrażenie kogoś, kto serwuje drinki od dawna, ale jest jeszcze młody. Ma ze dwadzieścia osiem lat, chociaż może po prostu młodo wygląda.

– Mieszkam tutaj.

Unosi wysoko ciemne brwi.

– Naprawdę? Miejscowi rzadko tu przychodzą.

– Nie chciałam iść w jakieś romantyczne miejsce i samotnie tam siedzieć. – Nie mówię tego poważnie, a po sposobie, w jaki się śmieje, widzę, że zrozumiał mój przekaz. Nasypuje precelków do miski i przysuwa ją do mnie. Za to, że tak o mnie dba, dostanie dobry napiwek.

Nie żebym potrzebowała ochrony.

Teraz, gdy zestrzeliłam jednego z nich, mężczyźni przy barze już mi się tak nie przyglądają. Pewnie myśleli, że jestem prostytutką. W takich barach można spotkać je dość często, a jeszcze częściej w zagranicznych hotelach dla biz­nesmenów. Kobiety, które wyglądają równie profesjonalnie jak ich klienci, ale zamiast z poluzowanymi krawatami siedzą z rozpiętymi pod szyją bluzkami. Nie chodzi o to, że mężczyźni nie chcieliby, aby ich dziwki ubierały się jak klasyczne ulicznice – po prostu hotele nie mogą pozwolić sobie na taką oczywistość.

Obserwuję mężczyzn, którzy szybko skupili się na drugim, błyskającym na zielono i biało telewizorze, gdzie leci mecz. Dwóch z nich, łącznie z tym, który przed chwilą do mnie podszedł, jest w średnim wieku albo i lepiej, ich garnitury są trochę luźniejsze i bardziej pogniecione po podróży.

Trzeci mężczyzna jest młodszy, ma obcisłe spodnie, rozpięty kołnierzyk jest ostentacyjnie biały na tle niebieskiej tkaniny. Gdy podnosi napój, widzę błyszczące spinki do mankietów. Mimo dużego nosa jest przystojny, a do tego ma wspaniałe ciało, ale mnie się nie podoba. Wyobrażam sobie, że podczas seksu zawsze przegląda się w lustrze i podziwia sposób, w jaki z każdym pchnięciem spinają się mięśnie jego pośladków.

Na samą myśl o tym marszczę nos. Założę się, że uważa, iż jego penis wystarczy, by każda kobieta osiągnęła orgazm – i to mimo tego, że wiele kobiet próbowało zmienić jego przekonania. Kiedyś byłam lepsza w dawaniu mężczyznom korzyści płynących z wątpliwości, ale po tylu latach nie mam już żadnych wątpliwości. Mężczyzn nietrudno rozgryźć.

Ale ten czwarty… czwarty, dzięki Bogu, ma potencjał. Jestem dzisiaj tak znudzona i niespokojna, że mogłabym dać szansę nawet temu staremu Tłokowi.

Nie ma jednak takiej potrzeby. Czwarty mężczyzna ma ciemną skórę i jest przystojny w chłopięcy sposób. Pewnie jest po trzydziestce. Kręcone włosy ma przycięte tuż przy skórze głowy. Nie ma obrączki ani zbyt dużego rolexa. Nosi prostą białą koszulę z podwiniętymi rękawami, materiał wspaniale kontrastuje z brązową skórą. Jego długie palce luźno trzymają butelkę lokalnego piwa: nie wybiera drogich marek. Nie ma potrzeby popisywania się. Oceniam, że istnieją spore szanse, że jest naprawdę niezły w łóżku. Och, to mój szczęśliwy dzień.

Odrywa oczy od telewizora i patrzy w lustro, aż napotyka moje spojrzenie. Prawy kącik jego ust się unosi, a ja szczerzę zęby, że mnie przyłapał. Gdy nie odwracam wzroku, uśmiecha się szeroko. Unoszę szklankę na powitanie. On robi to samo.

Nie wstydzę się podchodzić do mężczyzn, kiedy sytuacja tego wymaga, ale teraz nie ma takiej potrzeby. Nie wygląda mi na faceta, który idzie do łóżka z każdą napotkaną kobietą, lecz zdaje się otwarty i przyjazny i nie ma powodu, dla którego nie miałby zagadać do samotnej kobiety w nudny wieczór.

Najgorszy scenariusz jest taki, że między nami nie zaiskrzy i on wyjdzie po kilku minutach rozmowy. Ale ja dopilnuję, żeby zaiskrzyło.

Aby dać mu trochę przestrzeni, sprawdzam pocztę. Nie założyłam nowego adresu mailowego na potrzeby tej nowej tożsamości – nie ma takiej potrzeby. Kto chciałby pisać do takiej dziewczyny? Maile przychodzące na mój telefon pochodzą z prawdziwego życia. Wiadomości biznesowe, zaproszenia na LinkedIn, spam w języku malajskim, podniecające oferty spotkań z Gorącymi Azjatkami! Plus jeden prawdziwy osobisty e-mail z nazwiskiem nadawcy, który sprawia, że oddech więźnie mi w gardle.

Cheryl Peterson. To matka Meg.

Jest nieszczęsną kobietą i zawsze miałam do niej pretensje o złe decyzje podjęte w dzieciństwie Meg, ale nawet ja nie mogę zaprzeczyć temu, że kochała swoją córkę. Kochała swoją córkę niemal tak samo jak kochała mieć w swoim życiu jakiegoś mężczyznę. Prawie. Typowa historia.

Po odejściu Meg nie miałam logicznego powodu, by nawiązywać kontakt z Cheryl, nie mamy ze sobą nic wspólnego. Jest przeciętną fryzjerką, która uwielbia dzieci, pozwala bezwartościowym mężczyznom traktować się jak śmiecia i zdaje się nie rozumieć, dlaczego ciągle brakuje jej pieniędzy.

Ale emocje nie są zbyt logiczne, prawda? Emocje są lepkie jak smoła i trudno się od nich uwolnić, dlatego też całe życie starałam się unikać z nimi kontaktu. Jednakże przy Meg byłam naga jak niemowlę i jakaś część mnie uczepiła się teraz Cheryl. Nie podoba mi się to. Uwolnię się, gdy tylko będę mogła.

Z rezygnacją poddaję się nerwom oraz melancholii i otwieram maila. Przeszła od razu do rzeczy, ale jej wiadomość i tak jest chaotyczna.

 

Jane, dawno się nie odzywałaś, pomyślałam więc, że ja napiszę. W swoim ostatnim liście Meg poprosiła mnie, żebym się tobą zaopiekowała. Wszystko u ciebie w porządku?

 

Boże, Meg. Dlaczego byłaś tak dobra? Gdybyś mnie tak bardzo nie kochała, to bym teraz tak strasznie nie tęskniła.

Jej ostatni list. Nie chcę o tym myśleć. Mnie również wysłała list. Wyjmuję go i czytam, gdy potrzebuję, by ostry, pierwotny ból przeciął tępe pulsowanie żałoby.

– Cześć. – Jego głos przerywa mój smutek, a ja odczuwam taką ulgę, że odwracam się do niego z uśmiechem.

– Cześć.

– Mam ci zaproponować kolejnego drinka, czy tylko cię to zirytuje?

Jestem bliska zażartowania, że nie potrzebuję drinka, bo właśnie zaczęłam kolejnego, lecz mój wzrok pada na pustą szklankę i uświadamiam sobie, że nadal czuję smak ginu na języku. Chowam telefon do torebki i taksuję mężczyznę wzrokiem.

Jest trochę niższy, niż myślałam, ma silne ciało biegacza. Ale bardziej atrakcyjny niż jego ciało jest sposób, w jaki stoi – w odpowiedniej odległości, czekając na sygnał, że może się zbliżyć. W przeciwieństwie do wielu innych mężczyzn on rozumie kobiety. Wie, że jesteśmy wychowywane w niebezpieczeństwie. Szacunek do nas uważa za dar. Prawdopodobnie ma siostry. Od razu budzi moją sympatię.

– Z chęcią się napiję – odpowiadam wreszcie i kiwam głową w stronę pustego miejsca obok mnie.

Unosi rękę i grzecznie kiwa na barmana, a potem siada obok.

– Jestem Anthony. – Uścisk jego dłoni jest szybki i mocny.

– Jane – odpowiadam. – Przyjechałeś tu do pracy?

– Tak. Rozpoczynam nową kampanię. Pracuję w branży reklamowej w Chicago. A ty?

– Mieszkam w pobliżu. Chciałam tylko wyrwać się z domu na kilka godzin.

– Ekstrawertyczka?

– Coś w tym stylu. Lubię trochę hałasu w tle, a całodobowe kanały informacyjne nie do końca mnie satysfakcjonują.

– Rozumiem. Ja nie przepadam za sportem, ale ciągle trafiam do sportowych barów.

– Dużo podróżujesz?

– Kilka razy w miesiącu. Bez szaleństw.

Nie pytam, czy jest z kimś związany. On też mnie o to nie pyta. Barman przynosi nasze drinki, delikatnie stukamy się szklankami.

– Dziękuję – mruczę.

– Cała przyjemność po mojej stronie.

Rozmawiamy przez godzinę. Można by pomyśleć, że nie umiem rozmawiać, ale to nieprawda. Lubię pogawędki, tak samo jak lubię książki, w których wypowiada się interesujący narrator. Sposób, w jaki ludzie żyją, kochają i myślą, to dla mnie tajemnica, chociaż ich historie są dla mnie dwuwymiarowe tak jak słowa na stronie. Nie rozumiem głupich ludzkich reakcji. Nie rozumiem ich irracjonalności. Ale pogawędka to lekka rozrywka.

Z reguły wystarczy, żebym wspomniała o Malezji, i mój rozmówca zamienia się w słuch. Lecz w tej sytuacji zachowuję ostrożność. Mój pobyt w Minneapolis nie skończy się zbyt dobrze. Ile pytań zostanie zadanych i kto będzie je zadawał? Nie mam pojęcia, dlatego zachowuję Malezję dla siebie.

Nadal jednak mam w zanadrzu historie, którymi mogę się podzielić – więc się nimi dzielę. Anthony jest inteligent­ny i zabawny i wygląda na trochę zakłopotanego, gdy pyta, czy ostatnią rundkę drinków zabierzemy do jego pokoju.

Niepotrzebnie się krępuje. Bo ja w ogóle nie jestem zakłopotana. Płacę swój rachunek, zostawiam spory napiwek dla barmana, a następnie macham mu na pożegnanie. Biz­nesmen o czerwonej twarzy – teraz dodatkowo z oczami zapuchniętymi od alkoholu – patrzy na mnie z pogardą, gdy mijam go razem z Anthonym. Z całej siły powstrzymuję się przed powiedzeniem mu, żeby się odpierdolił i dorósł. Nieważne, ile będzie miał lat, nadal będzie pragnął mieć kobietę w moim wieku, ale jednocześnie ma pretensje o to, że ja go nie chcę. Nie widzi, jakim jest pieprzonym hipokrytą? Nie. W jego oczach jestem samolubną suką. To zawsze będzie moja wina.

Ale kogo on obchodzi? Ja i Anthony wsiadamy do windy i nawet gdy jesteśmy już sami, on do mnie nie podchodzi, lecz patrzy na mnie cieplej, jego powieki stają się cięższe, taksuje mnie wzrokiem. Delikatnie dotykam jego nadgarstka i kreślę kółko opuszkiem palca.

– Podobają mi się twoje ręce – mówię.

– Moje ręce? – Nie wygląda na kogoś, kto podnosi ciężary. Robi zaskoczoną minę.

– Silniejsze od moich, ale nie w taki ostentacyjny sposób.

Podchodzi bliżej i się uśmiecha.

– Dziwna jesteś.

No ba. Gdy drzwi windy się otwierają, jego usta delikatnie dotykają moich. Waha się i całuje mnie raz jeszcze.

– Chodź – szepczę i wyciągam go na korytarz.

Przez chwilę jestem prawdziwą osobą. Jestem podniecona, szczęśliwa, blisko z innym człowiekiem, z wyczekiwania niemal tracę oddech. Całuje mnie, zanim otwiera drzwi do swojego pokoju, a ja próbuję nie myśleć, nie planować ani nie analizować. Nasze ruchy nie są gorączkowe, ale nie marnujemy czasu na badanie, rozbieramy się wzajemnie, dotykamy i całujemy.

Mogłabym teraz być każdą kobietą, która ryzykuje zbliżenie z atrakcyjnym mężczyzną. Mogłoby wyjść z tego coś głębszego. Moglibyśmy się zakochać, pobrać i razem się zestarzeć. Podoba mi się krótkie fantazjowanie na ten temat, tak samo jak podoba mi się seks, ale po orgazmie ta intymność wyparuje razem z potem na moim ciele. Nauczyłam się tego już dawno temu.

Zabawne, że gdy chodzi o seks, wiele osób jest socjopatami, prawda? Czy jestem dziwna? Przynajmniej jestem konsekwentna.

Mam niezły instynkt, Anthony mnie nie zawodzi. Doprowadza mnie do orgazmu jeszcze przed seksem, a potem na koniec. Podoba mi się, że jego ciało jest jędrne i śliskie od potu, poza tym nie muszę prosić, żeby założył prezerwatywę. Gdyby nie wylatywał następnego dnia rano, być może wróciłabym do niego kolejnego wieczoru, ale gdy pyta, czy chcę do niego kontakt, niechętnie kręcę głową. Powiedział, że przyjeżdża tutaj tylko raz lub dwa razy w roku, a ja niedługo stąd wyjadę.

– Jesteś pewna? – pyta. – Myślałem, że było całkiem przyjemnie.

– Bo naprawdę było bardzo przyjemnie – zapewniam i zaczynam gładzić go po ręce, potem po piersi i brzuchu. Moje zapewnienia są tak skuteczne, że w ciągu kilku minut znowu mu staje i robimy to raz jeszcze, tym razem ostrzej i mocniej. Naprawdę jest lepiej niż tylko przyjemnie.

Wychodzę z jego pokoju z szerokim uśmiechem na twarzy. Uśmiecham się całą drogę do domu. Cóż to za wspaniały wieczór. To wspomnienie wystarczy mi na kilka kolejnych dni zabawy ze Stevenem.

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY

 

 

 

 

Jestem wdzięczna, że Steven unika mnie przez większość dnia. Dziś wieczorem idziemy na randkę i prawdopodobnie stara się nie wysyłać sygnałów do nikogo w biurze. Jego dystans bardzo mi pomaga. Moje ciało nadal jest ciałem zaspokojonej kobiety, a przecież Steven nie może tego zobaczyć.

Ale bądźmy szczerzy. Steven prawdopodobnie nie rozpoznałby ani przyczyny, ani skutku.