Dziewczyna znad morza - Dorota Milli - ebook + audiobook + książka

Dziewczyna znad morza ebook i audiobook

Dorota Milli

4,3

Opis

Liwia Duńczyk zawodowo zajmuje się zarządzeniem kryzysowym, a pesymistyczne scenariusze wypełniają jej każdy dzień. Na szczęście wytchnienie przynoszą jej czarno-białe filmy i muzyka z dawnych lat. Pełna tajemnic dziewczyna pragnie spokojnej i bezpiecznej codzienności. Jednak pewnego dnia jej uporządkowany świat zatrzęsie się w posadach.

Czy Liwia wykorzysta szansę, jaką daje jej los i zmieni swoje życie?

Czy oprócz chłodnej kalkulacji i wygranej znajdzie się miejsce na miłość?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 394

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 57 min

Lektor: Dorota Milli

Oceny
4,3 (201 ocen)
101
60
30
10
0

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Życie jest albo zuchwałą przygodą,

albo jest niczym.

Bezpieczeństwo w przyrodzie nie istnieje i rodzaj ludzki,

jako całość go nie zna.

Unikanie zagrożenia na dłuższą metę

nie jest wcale bezpieczniejsze od narażania się na ryzyko.

Helen Keller

 

 

 

 

 

 

1

 

 

Zakradła się do mieszkania, cicho stąpając. Nie zapaliła lampy, delektując się cieniami i blaskiem księżyca wpadającego odważnie przez duże okna. Zatrzymała się w jego świetle, patrząc na zarys przedmiotów skrywających się w mroku. Nie mogła uwierzyć, że jej się udało. Ustawiała je, zawieszała na ścianach, kreowała klimat, tworząc swój nowy świat, swoje wyjątkowe miejsce.

Zazwyczaj po wejściu najpierw robiła jedną rzecz, tym razem się powstrzymała, z ciekawości i nadziei. Podeszła do balkonowych drzwi, jednych z dwojga znajdujących się w przestronnym salonie, i rozchyliła na całą szerokość. Zrobiła krok do przodu. Poczuła uderzenie ciepłego wiatru i jego morskiej wilgoci, która niosła się od słonych fal. Gdyby się zasłuchała, w oddali usłyszałaby ich szum, choć bardziej roznosił się w wietrzną noc, gdy wiatr dął w okna, popychając liście i zrywając płatki kwiatów, czym bałaganił miasto. Było wiele takich dni, lecz dzisiejsza noc była spokojna, a błysku gwiazd nie zasłaniała ani jedna zbłąkana chmura.

Liwia od razu usłyszała dźwięczne nuty niosące się z oddali. Przymknęła oczy i delektowała się echem, które dostarczało muzykę pod jej drzwi. Oparła ręce o smukłe barierki balkonu wychodzącego na zielony ogród. Wysokie trawy bujały się od podmuchów powietrza. Zapach kwiatów zmieszał się z morskim smakiem.

Miasto traciło moc dźwięków, kołysało się do snu, z każdą chwilą wyciszając się i milknąc. Liwia próbowała jak ostatnio odgadnąć utwór, który przytłumił inne, niepożądane w nocnym czasie, i po chwili z łatwością jej się to udało. Nie otwierając oczu, zaczęła nucić w angielskim oryginalnym wykonaniu, choć rozumiała każde ze słów, poezję ubraną w muzykę.

 

Zabierz mnie na Księżyc,

Pozwól bawić się pośród gwiazd,

Pozwól mi zobaczyć, jak wygląda wiosna,

Na Jowiszu i na Marsie.

 

Innymi słowy, potrzymaj mnie za rękę,

Innymi słowy, pocałuj mnie, kochanie.

 

Wypełnij moje serce piosenką,

I pozwól śpiewać na zawsze i jeszcze dłużej,

Jesteś wszystkim, czego pragnę,

Wszystkim, co uwielbiam i podziwiam,

 

Innymi słowy, bądź mi wierna,

Innymi słowy, kocham Cię!

 

Frank Sinatra swoim Fly me to the moon potrafił ją rozczulić, wprowadzić w błogi stan uniesienia, wywołując na jej twarzy uśmiech. Razem z nim chciała polecieć do gwiazd, czując ciepło jego dłoni, utonąć w słowach miłości, które z łatwością trafiały do jej serca. Rozmarzenie zgasło w jej oczach, gdy wybrzmiały ostatnie słowa, a melodia z dawnych lat rozeszła się po okolicy, po chwili zupełnie niknąc w oddali.

Liwia zastanawiała się, czy był ktoś, kto tak jak ona lubował się w dawnych dźwiękach i muzyce, otulał się jej przytulnymi brzmieniami i płynącą z nich treścią.

Zapatrzyła się w dal, na spadziste dachy rodzinnych domów, w szerokie tarasy i okna, w niektórych widząc światło, w innych zupełną ciemność. Tajemnica nocnych koncertów nurtowała ją od kilkunastu dni, a zaczęło się zaraz kiedy się tu sprowadziła i kupiła własne mieszkanie.

Wiele można było powiedzieć o Liwii Duńczyk, ale nie to, że podejmowała ryzyko, unikała go jak ognia. Tradycyjnie wszystko uprzednio analizowała, prześwietlała z każdej ze stron, by zapobiec złym decyzjom, zazwyczaj wstrzymując się przed jakimikolwiek. Z tą wahała się od wielu lat, w końcu odważyła się zainwestować w swój świat, zamknięty za mocnymi murami. Był to impuls, któremu uległa, choć to jej przyjaciółka Hana była katalizatorem, wystarczyło, by Liwia została zaproszona do jej świata – radosnego i optymistycznego – że pokusiła się na odrobinę szaleństwa i śmiałość w spełnieniu upragnionego marzenia. Zrobiła to, zadecydowała i teraz była u siebie, w pełni korzystając ze swoich praw i przywilejów.

Zamknęła drzwi balkonu i wróciła do mieszkania. Nie chciała burzyć stanu, w który wprawiła ją melodia, więc nie zapaliła światła, tylko włączyła sprzęt grający, a w nim wyszukała utwór Franka i jego podróż na księżyc. Ponownie zasłuchując się w jego piękny głos, odpłynęła w romantyczny klimat.

Uśmiechnęła się i wykonała piruet, ślizgając się po błyszczącym parkiecie. Zaśmiała się ze swoich nieporadnych ruchów i braku umiejętności tanecznych, choć czuła się swobodnie, bo nikt jej nie widział. Mogła tańczyć do białego rana w takt ukochanych nut.

Zmęczona opadła na fotel, lecz miała w sobie wiele radosnych myśli. Jutro po dwutygodniowym remoncie i przeprowadzce wracała do pracy. Z zamiarem wprowadzenia w życie kolejnych odważnych zmian. Nic już nie mogło jej powstrzymać, bo uczucie, że możemy spełnić swoje marzenie, powoduje, że nabieramy mocy i z łatwością sięgamy po kolejne, które kiedyś wydawały się niemożliwe do spełnienia.

 

 

 

 

 

 

2

 

 

Otworzyła oczy i zapatrzyła się w kryształową lampę, która zawisła nad jej łóżkiem. Ciepłe kremowe odcienie ścian sypialni, a także zasłony w takim samym kolorze współgrały z granatowymi dodatkami. Ramki prezentowały czaro-białe pejzaże, nakreślone zdecydowanymi ruchami rysownika. Ustawiony na komodzie wazon ze szkła, wysoki i tęgawy, zawierał tylko jedną zasuszoną białą różę. Nie było przepychu, ale prostota, którą Liwia prezentowała nie tylko w urządzeniu mieszkania, lecz także w swoim stylu ubierania.

Wstała i rozsunęła zasłony, pozwalając bladości poranka wtargnąć do jej świata. Czekał ją nowy dzień, pełen zaskoczeń, ale była gotowa się z nim zmierzyć. Miała przemyślany plan, w czasie urlopu dobrze go dopracowała, biorąc pod uwagę wszystkie za i przeciw. Dziś chciała go wprowadzić w życie, licząc, że cokolwiek się wydarzy, będzie miało dobre zakończenie.

W łazience o jasnych ścianach i meblach wpatrzyła się w lustro na swoją drobną twarz. Jasna cera, duże, szaroniebieskie oczy i usta, które nie wielkością, a idealnym kształtem przyciągały uwagę. Wsunęła rękę w krótkie ciemne włosy, jeszcze bardziej robiąc na głowie rozgardiasz – to była jej chwila beztroski, zanim się uczesze, pomaluje i godnie zaprezentuje innym, których spotka na swojej drodze.

Zaśmiała się teraz, bo wyglądała jak psotny elf, ale tego stworzenia nikt z jej znajomych nigdy by w niej nie dostrzegł. Liwia trzymała wszystkich na dystans, nie chciała się odsłaniać, nie miała potrzeby otwierać swojej skrytej duszy. Poza tym nie było aż tylu chętnych, którzy uparliby się, by ją poznać. Każdy miał swoje życie i gnał do naglących spraw, obowiązków. Nie tracił czasu na przyglądanie się i dociekanie, co skrywa się za miłą aparycją czy uśmiechem, który na pierwszy rzut oka wydaje się szczery.

Przepędziła ostatnie obłoki snu mocną kawą. Delektowała się jej aromatem, który rozniósł się po mieszkaniu. Rozsunęła zasłony, teraz do salonu zapraszając świeże promienie słońca, które z tej strony gościły u niej aż do wieczora.

Roznosiła ją energia, czuła radość, a wszystko przez to, co ją otaczało – własne kąty jej mieszkania. Pokręciła głową, nie wierząc, że to zrobiła, że zaryzykowała!

Podeszła do odtwarzacza i wybrała utwór, jeden z wielu, który należał do jej ulubieńców. W brzmieniu znanej i dawnej melodii pragnęła utrzymać swój zapał, by żadne zwątpienie nie wdarło się do jej myśli. Chciała być jak Hana, jej przyjaciółka, która pokonuje przeciwności z odwagą i uśmiechem, licząc tylko na nagrodę. Ona sama zawsze rozgląda się na boki, skupiając na tym, co złego może ją spotkać. Teraz z uporem powstrzymywała mroczne scenariusze, próbując odsunąć je od swojego życia.

Otworzyła balkon, zapraszając letnie podmuchy lata, jednocześnie rozrósł się mocny kobiecy głos Niny Simone i zabrzmiały pierwsze akordy Feeling Good. Liwia po chwili zaczęła śpiewać z wokalistką, czując, że może wszystko.

 

Ptaki, które latacie wysoko, wiecie, jak się czuję,

Słońce na niebie, wiesz, jak się czuję,

Wietrze wiejący, wiesz, jak się czuję.

 

To nowy świt,

To nowy dzień,

To nowe życie,

Dla mnie…

 

Śpiewała, przygotowywała śniadanie, jednocześnie patrząc na swoją ścianę luster, którą zaaranżowała w salonie. W blasku promieni tworzyła kolorowe świetliki na przeciwległych ścianach, czasem tęczę, jak dobrze się przyjrzało. Zwłaszcza gdy muskały lampkę z kryształowym abażurem czy kinkiet o tej samej strukturze. Pośrodku pomiędzy nimi zawisła róża kompasowa.

Liwia dekorowała otoczenie z wyczuciem i umiarem. Lubowała się w wolnej przestrzeni, mocnych i pięknych akcentach. Drewniany parkiet o jasnobrązowej tonacji współgrał z jasną farbą na ścianach, a barwne akwarele w białych ramach wprowadziły kolor, nie powodując mimo to zbędnego szumu.

Gościnny i przestronny pokój od kuchni odgrodzony był szklanymi drzwiami ze szprosami, tak jak to sobie wymarzyła, a Bursztynowi, przyjaciele i współpracownicy Hany z firmy Bursztynowe Wnętrza, pomogli jej to wykonać. Wszystko to, co wydarzyło się w ostatnich tygodniach, mogła przypisać wyłącznie szczęściu, nagłej przychylności, które jak reflektor światła, na nią skierowało swe błogosławieństwo.

Do dziś była wdzięczna losowi, że na jej drodze w wietrzny późny wieczór postawił Hanę Swat, z którą wcześniej studiowała. Dawniej się tylko mijały, teraz znacznie zbliżyły i zaprzyjaźniły.

Pamiętała Hanę wiecznie uśmiechniętą, niesioną na skrzydłach optymizmu, choć w czasie, gdy się spotkały w tawernie, i na nią spadły problemy. Liwia postanowiła utrzymać znajomość i towarzyszyła jej w tej drodze, pomagając i wspierając, jak tylko potrafiła, by na nowo rozbudzić w przyjaciółce dawną iskrę wesołości. Udało się, a dzięki temu i ona, dotąd zamknięta w swoich szczelnych murach, doznała ciepła i radości.

Przykład Hany udowodnił, że z najgorszych porażek i błędów może urodzić się szczęście i stworzyć radosną przyszłość. Liwia nabrała większej swobody w życia i pokonała strach, dzięki czemu teraz miała własne mieszkanie.

Wyszła z domu, nucąc kolejną zwrotkę z Niną, przekonana, że to jest dobry dzień. Zanim wsiadła do auta, rozejrzała się po okolicy, którą teraz śmiało mogła nazywać swoją.

Dzielnica Kamienna Góra stała się jej przystanią. Na wzniesieniu, w dwupiętrowym bloku o jasnej elewacji, na drugim piętrze znajdowało się jej wymarzone mieszkanie.

Wcześniej wynajmowała, i to całkiem niedaleko, dwupokojowe w wieżowcu – to częste spacery po morenowym wzgórzu spowodowały, że dostrzegła ogłoszenie o sprzedaży. Impuls zdecydował, że umówiła się na oglądanie.

Zakochała się w miejscu, w rozkładzie pokoi i dwóch niewielkich balkonach wychodzących z przestronnego salonu na zielony ogród. Zapragnęła je mieć, ale musiała się zadłużyć, wspomóc kredytem, zaryzykować.

Na początku chciała odpuścić, ale wtedy Hana zaczęła swoją kampanię, przepędziła jej wątpliwości, i tak poszła w jej ślady, zdając się na los.

Próbowała się nie martwić na zapas i nawet nie zdążyła, bo wszystko potoczyło się zbyt szybko, by mogła się zatrzymać, a tym bardziej zawrócić. Poddała się marzeniom, złożyła podpis i po niedługim czasie wypełniła sprzętami swój nowy adres, a Bursztynowi wykonali niezbędne prace, za które była im wdzięczna.

Wsiadła do auta, czując, że zaplanowane przez nią spotkanie z szefem jej działu może przynieść tylko dobre rezultaty. Liwia była zdeterminowana, by w tak piękny słoneczny dzień zawalczyć o swój rozwój zawodowy. Każdy szczegół miała przemyślany, nic złego nie powinno się wydarzyć.

Zanuciła, a jej twarz ozdobił uśmiech.

 

To nowy świt,

To nowy dzień,

To nowe życie,

Dla mnie…

 

I czuję się cudownie…!

 

***

 

Gdynia tonęła w zapachach i barwach lata. Aromat kwiatów z miejskich klombów unosił się z wiatrem, równo przycięta trawa sprawiała wrażenie miękkiego dywanu, a drzewa pyszniły się bogactwem liści. Świat się zielenił, rozkwitł i pięknem pomalował miasto. Liwia chłonęła otoczenie wszystkimi zmysłami, mijając tłoczne ulice, zaludnione chodniki. Jej uwagę przyciągały rozłożyste parasole licznych przyulicznych kawiarni.

W Śródmieściu zatrzymała się przy budynku o starej architekturze z kształtnymi łukami nad oknami, ozdobnymi żłobieniami i wypukłościami na całej jego fasadzie. Prostokątny i kanciasty, skrywał w swoim wnętrzu liczne biura, w których próbowano dbać o dobry wizerunek każdego, kto się do nich o to zwrócił.

Liwia przepracowała kilka lat na stanowisku specjalisty do spraw Public Relations, odpowiadając za strategię w zakresie wizerunku rynkowego przedsiębiorstwa. Każdy miał swój zakres działań, Liwii przypadły procedury kryzysowe i działanie w razie niesprzyjających okoliczności, które już zawczasu musiała przewidzieć.

Szukanie pułapek, błędnych decyzji, które mogłyby przynieść straty, było jej codziennością, co przełożyło się na jej życie prywatne. Czasem trudno wyłączyć się z obowiązków, zatrzymać myśli, tym bardziej gdy praca była główną arterią życia.

Liwia poświęcała obowiązkom cały swój czas, w muzyce z dawnych lat i czarno-białych filmach znajdując odskocznię i chwilę relaksu, miała jednak świadomość, że pod pojęciem „pracoholik” mogła śmiało wstawić swoje zdjęcie.

Zasłuchała się w odgłosach licznych kroków na posadzce, unoszących się echem po obszernym holu. Chłód bił od wysłużonych ścian, pewna nachalna sterylność, ale Liwia nie dostrzegała wad, wszędzie mogła się dostosować.

Brała zazwyczaj to, co podsuwał jej los, chwytała, by nie uleciało z jej dłoni, bojąc się napływu nieprzyjemnych konsekwencji, gdyby to utraciła. Przyzwyczaiła się do warunków i wymagań szefostwa, płynęła tym samym korytem, choć zaczęło ją nużyć i już nie dostarczało potrzebnej motywacji do zadań.

Postanowiła od razu udać się do szefa działu. Wiedziała, że na swoim biurku znajdzie wiele wiadomości, na które będzie musiała odpowiedzieć, co zajmie jej pół dnia. Później może mieć wyjazd czy spotkanie z klientem i zanim się obejrzy, minie jej cały dzień, a zadanie, które sobie postawiła, uleci, czekając na kolejny moment i następną sposobność. Nie chciała zwątpić, dlatego postanowiła załatwić to w pierwszej kolejności.

Mijała pracowników, uśmiechała się do nich lekko na powitanie. Trzymała się od nich z dala dlatego, że byli nie tylko konkurencją, lecz także ukrytym zagrożeniem. Gdyby straciła czujność i odsłoniła swoją wrodzoną cechę, która w społeczeństwie nie była zaletą, przysporzyłoby to jej wielu nieprzychylnych spojrzeń i komentarzy.

Zapukała trzy razy i poczekała na zaproszenie. Otworzyła drzwi, gdy je usłyszała. Przyjęła swobodny wyraz twarzy. Emocje zazwyczaj trzymała w ukryciu, czasem można było wyczytać je z jej oczu.

– Liwio, wejdź, proszę, wezwałem cię, bo sprawa jest poważna. – Mężczyzna w białej koszuli z luźnym krawatem przy szyi wyglądał na zdenerwowanego i zgrzanego. Otwarte okno zapraszało wiatr, choć słońce zbyt ochoczo przygrzewało, by mógł przywiać upragniony chód.

– Wezwał mnie szef?

– Nie dostałaś wiadomości? – Artur Norek spojrzał na dziewczynę ze zdziwieniem i jeszcze bardziej poluzował krawat.

– Nie doszłam do biura, od razu chciałam… przywitać się po urlopie – powiedziała, już mając pewność, że to, co sobie zaplanowała, będzie musiało poczekać. Potrafiła przewidzieć, gdy coś złego miało się wydarzyć, poczuła, że coś wisiało w powietrzu.

W głowie Liwii rozpoczęła się gonitwa myśli, co mogło się wydarzyć, kiedy jej nie było. Oczy skupiła na mężczyźnie, który na te pytania znał odpowiedź. Stał, ale kręcił się w miejscu, jego wzrok był niespokojny – uciekał na boki. Lubiła Artura, przysadzistego czterdziestolatka, za jego dobroduszność i umiejętność unikania konfliktów. Był jak chorągiewka – skąd wiał wiatr, to patrzył w tamtym kierunku. Mimo nadmiernej wagi był elastyczny i giętki, unikał pułapek i zawsze spadał na cztery łapy. W świecie konfliktów i wybuchów gniewu była to ogromna zaleta. Podziwiała go na swój sposób, próbowała nawet naśladować, ale nie potrafiła tego zrobić, gdyż miała dość twardy kodeks wartości i wrodzoną ostrożność.

– Firma ma kłopoty – powiedział i zamilkł, dając słowom wybrzmieć. Wiedział, że dziewczyna nie zada pytania, zanim nie usłyszy wszystkiego. Jej wzrok był wnikliwy, lustrował go, choć Artur czuł, jakby siedziała mu w myślach i buszowała w pamięci, szukając potrzebnej odpowiedzi. Wiedział, że z nią pójdzie mu najtrudniej, ale niestety, świat składa się z dobrych i złych wiadomości, on został oddelegowany do tej nieprzyjemnej. – Ogłosiła bankructwo. Będą masowe zwolnienia.

Liwia nie pokazała rozpaczy, powstrzymała napływ mrocznych scenariuszy, zdając sobie jedynie sprawę, że jej sytuacja finansowa właśnie się zmieniła. Wystarczyła chwila, by poukładała sobie to w głowie.

– Czy to ma związek z założeniem przez syna głównego szefa firmy o tym samym profilu i przejęciem większości klientów? – zapytała spokojnie. Dla Liwii gesty i emocje mówiły więcej niż słowa. Wyczuwała je choćby w zapachu i drganiach powietrza.

– Co mam ci powiedzieć? Góra ogłosiła bankructwo, syn chcę przejąć ster. – Mężczyzna rozłożył bezradnie ręce. – Każdy kombinuje, jak może, wiesz, jak jest, słabi giną, mocni sięgają wyżej.

– To księgowa sztuczka. Mimo tragedii wszystko zostaje w rodzinie, a długi znikają.

– Liwio, widzisz świat w ciemnych barwach i podejrzewasz o złe zamiary; czasem po prostu coś idzie nie po naszej myśli.

Liwia uśmiechnęła się smutno. Dziwiła się ludziom, którzy kłamią tak otwarcie.

– Ja nie zostaję w tej rodzinie, a szef? – zapytała.

– Cóż, tak się złożyło, szczęśliwie, że przejmuje mnie syn. – Artur popatrzył z zawstydzeniem. – Nowa firma, nowe stanowisko.

– Gratuluję. Kiedy ostatecznie się żegnamy?

– Koniec tygodnia. Liwio… – wyszeptał, chcąc ją zatrzymać, gdy odwróciła się do drzwi z zamiarem wyjścia. – Daj mi czas, niech się urządzę i postaram się, żebyś wróciła. Jesteś najlepsza.

– Ale jestem kobietą. W tej firmie liczy się hierarchia płci. Mam niezgodną.

Artur nie zaprzeczył, kolejne kłamstwo nie przeszło mu przez gardło. Wiedział, że dziewczyna nie da się oszukać. Ubolewał, że najlepsza pracownica wyleci mu z rąk, ale nie on rozdawał karty.

– Jesteś młoda, mogłabyś założyć rodzinę… Oni biorą wiele rzeczy pod uwagę – próbował usprawiedliwiać politykę firmy.

– Czy jest sens w tym, żeby wciąż zajmować się moimi obowiązkami? – zatrzymała się w drzwiach, już planując przyszłe kroki.

– Wiedząc, jaka jesteś zdolna, jeszcze na koniec zawalą cię robotą, by skorzystać z twojego talentu – odpowiedział szczerze, by ją ostrzec. – Przez minione dwa tygodnie odczuli twój brak.

– Ale nie na tyle, żeby mnie zatrzymać.

– Próbowałem… – urwał, nie chcąc dziewczynie sprawiać jeszcze większej przykrości.

– Będę musiała się lenić. – Uśmiechnęła się, bo zupełnie nie wiedziała, jak tego dokonać. To obowiązki kształtowały jej dzień, a im więcej udało jej się zrobić, tym większą miała z tego satysfakcję.

– Wiem, ile będzie cię to kosztować, Liwio, ale możesz potraktować to jako ostatnie zadanie od przełożonego.

– Będę tęsknić, szefie – wyznała, zaskakując tymi słowami siebie i jego. Liwia nigdy nie pozwalała sobie na prywatne wycieczki, żadnych przyjaznych gestów.

Artur został sam w pokoju w uwierającej ciszy. Klapnął na krzesło, zaskoczony swoim smutkiem. Liwia, jego ulubienica, wykonywała każde odważne zadanie, miała wrodzony dar do omijania poważnych problemów, a gdy jakieś się wydarzyły, z łatwością łagodziła ich skutki. Przez minione kilka lat stała mu się bardzo bliska. Zwolnił wiele osób, ale tylko przy niej poczuł się źle. Miał trzy córki, każdą inną, Liwię w pewien sposób traktował jak czwartą. To przez jej wyważenie, spokój w gestach i głosie, skryte emocje, zagadkowość jej myśli, których nigdy nie potrafił odgadnąć.

Sięgnął po telefon, mając nadzieję, że znajdzie dobre rozwiązanie i poprawi swoje notowania w oczach dziewczyny.

 

***

 

Weszła do biura, w którym przez kilka lat wykonywała swoje obowiązki. Było niewielkie, z dwoma biurkami przy oknie, przez które mogła oglądać kawałek muru najbliżej wybudowanego bloku i betonowe podwórko z kontenerami na śmieci. Otoczenie nie miało znaczenia, gdy zajmowała się pracą, tylko w czasie przerwy raziło, dlatego zawsze spędzała ten czas poza murami firmy.

Od niespodziewanego spotkania z Haną to z nią właśnie odwiedzała miastowe kawiarenki, pijąc pyszną kawę czy kosztując dań z karty. Miły ceremoniał odbywał się kilka razy w tygodniu, kiedy to omawiały wszystkie bieżące problemy i wydarzenia dnia codziennego.

Liwia niewiele zdradzała o sobie, to Hana zazwyczaj mówiła, dopiero z czasem pozwoliła sobie na szersze wypowiedzi, dzieląc się swoimi odczuciami. Wciąż jednak kryła się za murem wycofania, za którym czuła się bezpiecznie.

– Hej, Liwio, najpiękniejsza dziewczyno w firmie, wróciłaś – uśmiechnął się młody praktykant, razem z nią zajmujący biuro. Chłopak był przystojny i gładko wygolony, jego przyjazna aparycja zyskiwała szersze grono amatorek.

– Chyba nie czekałeś z zadaniami na mnie? – zapytała, domyślając się powodu tego radosnego powitania.

– Naprawdę tęskniłem – zapewnił, kładąc rękę na sercu. – Nie było cię, więc możesz się zdziwić. Przez dwa tygodnie twojej nieobecności zaszły duże zmiany. I jeszcze Artur cię wzywa.

– Wiem, na co się zanosi. Artur był delikatny – odpowiedziała, spodziewając się, że chłopak już wiedział o jej zwolnieniu.

– W końcu jesteś jego ulubienicą.

Liwii trudno było w to uwierzyć, tym bardziej że łączyły ich tylko sprawy zawodowe, nigdy z szefem nie poruszała strefy prywatnej, czasem on wspomniał o swoich sprawach. Uśmiechnęła się na myśl o podchodach praktykanta, który zawsze starał się być dla niej interesujący ze swoimi miłymi, długimi wypowiedziami i modnymi, dobrze skrojonymi garniturami. Kiedyś zaprosił ją na randkę, ale odmówiła. Nie spotykała się z nikim z pracy, to była jej zasada; teraz czuła, że może popełniła błąd.

– Wychodzę na przerwę – powiedziała krótko.

Nie pokazała swojego smutku, jeszcze nie dopuszczała do siebie mrocznych scenariuszy czekających ją dni i decyzji, jakie będzie musiała podjąć. Już napierały na jej ściany spokoju, dopraszały się uwagi. Liwia jeszcze próbowała skupić się na tym, co teraz przede wszystkim powinna zrobić.

– Teraz? Dopiero przyszłaś – dodał mocno zaskoczony. Zerwał się z miejsca, gdy dziewczyna składała różne przedmioty na swoim biurku. – Poczekaj, jest kilka zadań, przysłali z samej góry.

– Świetnie, nie będziesz się nudził. – Spakowała drobiazgi, by upewnić się, że to już koniec, że już tu jej nie chcą; było to wymowne i bardzo jej potrzebne.

– Ja? Ale to tobie je powierzyli.

– Gdyby mnie chcieli, toby mnie nie zwalniali.

– Zwolnili cię?! To niemożliwe, bo mnie zostawili.

– Bo jesteś facetem i jeszcze dobrze rokujesz na przyszłość.

– Wszystkiego, co najlepsze, nauczyłem się od ciebie.

– To teraz to wykorzystaj, bo ja nie zamierzam kiwnąć nawet palcem.

Wyszła z uśmiechem, który natychmiast opadł, gdy zamknęła za sobą drzwi. Popatrzyła na kolorowe długopisy w pudełku, kartki samoprzylepne o różnych wzorach, których używała w zależności od potrzeby i humoru. Jej purpurowy notes, który był jak podręczna pamięć. Notowała w nim wszystko, nad czym musiała popracować, co jeszcze dopracować, co zmienić, załatwić, niestety odpowiedzi na pytanie, jak poradzić sobie z utratą pracy, nie było.

Potrzebowała przyjaznej dłoni, optymizmu, a wiedziała, kto dysponuje tymi cechami. Zadzwoniła, ponownie przekonując się, że na Hanę zawsze może liczyć.

Umówiła się z przyjaciółką w centrum, by z łatwością znaleźć miejsce w gęsto zaludnionych kawiarniach i cafeteriach. Na ulicach Gdyni w letnim sezonie głośniej rozbrzmiewał miastowy zgiełk, skrzyżowania zatykały się, nie można jednak powiedzieć o zwolnieniu, tylko wejściu na wyższy bieg.

Gdy doszła do ulicy Władysława VI, już z daleka dostrzegła wolny stolik. Przyśpieszyła, po czym szybko go zajęła i w wiadomości podała Hanie adres. Następnie poprosiła o kawę z bitą śmietaną dla dwóch osób. Wiedziała, że Hana nie odmówi, a sama potrzebowała solidnej dawki cukru na poprawę humoru.

Otaczał ją hałas dźwięków: jęki przelatujących mew, krzyki dzieci przy sąsiednich stolikach, ona jednak wyłączyła się z otoczenia. Poczuła, jak coraz bardziej wciąga ją depresyjny nastrój. Jej uwagę zwrócił motyl, który przysiadł na czerwonej róży wetkniętej w mały wazonik. Owad miał niebieskie skrzydła z dodatkiem żółci, był niewielki, łatwy do zranienia.

Liwia pomyślała, że może ten motyl mimo wszystko jest jakimś symbolem i zapewnieniem, że wszystko będzie dobrze. Że jej życie również czeka swoista transformacja. Bardzo chciała wierzyć, że tak będzie.

– Liwia! Co się stało? Biegłam ile sił w nogach. – Hana, niewysoka kobieta o zielonych oczach, z jasnymi włosami w licznych odcieniach blondu, była urodzoną optymistką i mimo różnych przeciwności nigdy się tego nie wyrzekła.

– W szpilkach?

– Nie ma znaczenia, czy szpilki, czy szczudła, najważniejsze, bym dotarła tam, gdzie zamierzam, i to w krotkim czasie. Jak miło, że zamówiłaś. – Hana z szerokim uśmiechem przyjęła kawę, którą kelner przed nią postawił. – Z ciacha rezygnujemy?

– Nie mamy czego świętować – powiedziała ze spokojem Liwia, patrząc na rozentuzjazmowaną przyjaciółkę, której żywotność i radość były jej środowiskiem naturalnym.

– Mamy piękne słońce, ciepły wiatr…

– Ale niektórzy nie mają pracy.

– O czym ty mówisz? Czy to żart?! Dziś nie prima aprilis.

– Z tego, co wiem, dziś dzień pracoholika.

– To obie powinnyśmy świętować.

– Jak widzisz, ja muszę czekać na dzień bezrobotnego.

– Od początku, co się wydarzyło?

– Firma ogłosiła bankructwo, wcześniej syn głównego szefa otworzył swoją, nową, i przejął klientów ojca. Brałam pod uwagę kłótnie w rodzinie, ale to zagranie czysto finansowe. Szef mojego działu zakomunikował mi „radosną” nowinę.

– Jesteś najlepsza, nie mogli ot tak pozbyć się liderki.

– Nie byłam nią. Liderka bez tego czegoś w spodniach spada na dalszy plan.

– Wspominałaś o tym wcześniej, ale nie sądziłam, że to się naprawę dzieje.

– Umacnia z każdym rokiem. Wojtka, praktykanta, zostawili.

– To niesprawiedliwe.

– To życie.

– Proszę, Liwio, nie rób tego. Nie spadaj w czarną dziurę pesymizmu.

Liwia, słysząc ciepłe słowa i troskę w tonie Hany, miała ochotę się rozpłakać. Napiła się kawy, by przepłoszyć słabość i zająć czymś ręce.

– Za późno.

– Ja też straciłam pracę, pamiętasz? Jeszcze na dokładkę mój przyszły niedoszły narzeczony mnie oszukał, nie mówiąc o innych rzeczach, których się dopuścił.

– Trudno zapomnieć.

– A pamiętasz, co zrobiłam?

– Ubrałaś się na różowo i zatrudniłaś jako asystentka, nie wiedząc, czym tak naprawdę będziesz się zajmować.

– Dokładnie, i wiesz, jak na tym wyszłam. Dodatkowo poznałam wielu ciekawych mężczyzn i nie wiedziałam, na którego z nich się zdecydować. – Hana zaśmiała się, a Liwia do niej dołączyła. – Nic się wielkiego nie stało, po prostu znajdziesz nową.

– Mam kredyt.

– Nie zaczynaj. – Hana poprawiła swoje jasne włosy. Jeszcze niedawno sama popadła w czarną rozpacz, ale życie pokazało, że czasem porażki to właściwa droga do szczęścia, którą jak ślepcy pomijamy wzrokiem.

– Teraz jest czas na twoje pocieszanie, pani optymistko.

– Czyżby? Pamiętam, że w moich smutnych chwilach to ja sama musiałam się pocieszać, bo ty nie szczędziłaś mi mrocznych wizji i podkreślałaś moje nietrafione decyzje.

– Mówiłam, że się do tego nie nadaję, ale starałam się, jak mogłam. To co mi powiesz, Hano? Co mnie czeka?

– Z mojego doświadczenia wynika, że jesteś na najlepszej drodze do szczęścia.

 

***

 

Czas spędzony z Haną był beztroski i Liwii wydawało się, że wszystko dobrze się skończy. Nie miała planu, nawet wizji przyszłości, ale starała się iść za radami przyjaciółki i wierzyć, że będzie dobrze, a motyl, jako dobry omen, będzie tylko potwierdzeniem jej słów.

Wszystko zmieniło się, gdy wróciła do firmy i zasiadła do biurka w jeszcze obecnym, a już tak naprawdę byłym miejscu pracy. Na blacie stał firmowy laptop, a w słupku leżały teczki.

Popatrzyła w niebo i na dokumenty leżące przed nią. Praktykant Wojtek nic nie mówił, tylko na nią zerkał. Czuła jego spojrzenia, ale nie unosiła głowy, nie chciała rozmawiać, słuchać kolejnych zapewnień i przewidywań, które były tylko spekulacjami, słowami puszczonymi na wiatr, zupełnie bez pokrycia.

Plan dnia, który wypracowała, rozsypał się jak domek z kart, a zmiany, jakie zamierzała wprowadzić, nie miały już znaczenia. Do końca tygodnia będzie wykonywać te same czynności, jak automat, choć pozostawało tylko oczekiwanie na koniec. Zniknie jej obecność, nawet najmniejszy po niej ślad. Nie mogła powiedzieć, że będzie tęsknić, że praca była idealna, zapewniała jednak bezpieczeństwo i spokój.

Do swojego nowego mieszkania na Kamiennej Górze jechała w ciszy, po porannej radości nie było śladu. Zatrzymała się przed blokiem i popatrzyła na otoczenie, wydające się teraz pełne smutku mimo kolorowych kwiatów wychylających zza ogrodzenia jasnych murów budynków malowanych słońcem.

Weszła do mieszkania, jego cichych ścian; dźwięki unosiły się tylko za oknami. Powinna włączyć muzykę, zasiąść w miękkim fotelu, może chwycić za książkę i spróbować się wyłączyć, ale codzienne rytuały nie były tym, czego potrzebowała.

Zmieniła buty na wygodne i wybiegła z domu, chcąc zmęczyć się spacerem. Pokonywała ulubioną trasę, zachwycając się rozmaitością napotkaną na drodze. Szła wijącymi się uliczkami, niektóre się wznosiły, a inne opadały. Minęła parking i kolejne domy. W większości zachwycały nową elewacją, znalazły się jednak takie, które nie walczyły z czasem, tylko wyglądały na swój wiek.

Doszła do zielonego zaułka na ulicy Kasprowicza, gdzie w otoczeniu zieleni można było dostać się po schodach na ulicę Sienkiewicza. Stopnie opadały stromo, było ich mnóstwo, kiedyś planowała je policzyć, choć zawsze, gdy próbowała, coś wpadało do jej myśli, więc gubiła się w obliczeniach.

Zbiegała z górki, obok ulicy z wieloma zaparkowanymi autami po obu stronach drogi, po prawej minęła ośrodek wczasowy i schodami dotarła do bulwaru – teraz pełnego przyjezdnych i miejscowych.

Woń ciemnej ziemi i lasu przegrywała z zapachem nagrzanego piasku i słonym morzem. Liwia ściągnęła buty i zanurzyła stopy w aksamitnych ziarenkach, które delikatnym dotykiem sprawiły jej przyjemny masaż. Szła dalej do samego brzegu, gdzie fale rozkładały wachlarze, a mewy bujały się na ich białych szczytach, ignorując całe zbiegowisko.

Usiadła, zasłuchując się w przyjemny szum, dzień gasł, słońce opadało, jeszcze gwar konkurował z morską muzyką, dominując na rozległej plaży, ale z każdą godziną będzie go mniej, zacznie milknąć, tak jak słońce gasnąć na połaci niebieskiego morza.

Czekała na wyciszenie, ale ono nie nadeszło; mimowolnie tworzyła mroczne scenariusze, nie wiedząc, co ją czeka, czego się spodziewać i na co może liczyć. Wydawało się, że była roztropna, przewidująca, zabezpieczona, ale gdy tylko zeszła z tej bezpiecznej drogi, zaciągając kredyt, nagle świat zatrząsł się w posadach.

Patrzyła na zachód słońca i nie odebrała, gdy dzwoniła Hana. Wiedziała, że będzie ją pocieszać, wspierać dobrym słowem. Liwia nie chciała udawać, nie miała na to sił teraz, gdy całkowicie poddała się wrodzonym odruchom i uległa fali przerażenia, której dała się w całości zalać. Musiała liczyć się z konsekwencjami i ryzykiem, jakie podjęła.

Wróciła do mieszkania, gdy na dworze zapadł mrok. Nie zapaliła światła, tylko podeszła do balkonu i otworzyła drzwi, wychodząc na niewielką przestrzeń otoczoną ozdobną balustradą. Zasłuchała się, ale żadna muzyka nie niosła się ponad dachami. Stała w ciszy, choć o spokoju nie mogło być mowy, gdy w głowie huczały trudne myśli.

Poczuła chłód na skórze, gdy noc napływała, szczelnym woalem ciemności przykrywając świat. Odwróciła się, chcąc skryć w ciepłym wnętrzu, gdy usłyszała pierwsze nuty, które rozbrzmiały w oddali.

Nieruchomiejąc, czekała na dalszy ciąg. Powoli, odważniej i głośniej muzyka odbiła się echem, dało się z łatwością usłyszeć głos i słowa bardzo dobrze jej znane.

Nuciła razem z nim, po chwili wracając do salonu. Przysunęła miękki fotel i zasłuchała się w ciepły głos Audrey Hepburn, która śpiewała Moon River z filmu Śniadanie u Tiffany’ego. Znała większość jej filmów, niektóre nie wywarły na niej wrażenia, inne stały się ulubionymi, do których często wracała. Aktorka o kruchej urodzie i nieziemskim wdzięku, wyróżniająca się stylem i zachowaniem, była jej najukochańszą.

Poczuła się jak w filmie Sabrina, gdzie gwiazda grała główną rolę, córkę kierowcy bogatego państwa. Siedziała na fotelu, ale bujanym, i wsłuchiwała się w muzykę płynącą z przyjęcia, marząc o szczęśliwej miłości.

Liwia przejechała dłonią po krótkich włosach i zaśpiewała razem z nią, choć nuciła szeptem, odnajdując w tym balsam dla pogrążonej w smutku duszy.

 

Księżycowa rzeko,

szersza niż na milę.

Przejdę na twój drugi brzeg pewnego dnia.

Stary twórco marzeń.

Ty łamaczu serc,

Dokądkolwiek zmierzasz, podążam za Tobą.

 

Dwaj włóczędzy,

Wyruszający, by zobaczyć świat.

Tak wiele jest świata do ujrzenia,

Jesteśmy za tym samym końcem tęczy,

Czekając za łukiem.

Mój oddany przyjaciel,

Księżycowa rzeka i ja…

 

 

 

 

 

 

3

 

 

Siedziała przy biurku, patrząc w monitor, choć to, co się na nim wyświetlało, dla Liwii nie istniało. Zapędziła się w swoich rozmyślaniach, próbują okiełznać zmiany, jakie w niedługim czasie wpłyną na jej życie.

Zazwyczaj rzadko cokolwiek zmieniała, wstrzymując się od poważnych decyzji, po pierwsze – przez konsekwencje, które mogą przybrać nieprzyjemny obrót, po drugie – wyrzuty sumienia, że podjęła złe decyzje. Obawy i wahania wisiały nad jej życiem jak cień, którego nie potrafiła się pozbyć.

Kilkuletnia praca w obecnej firmie nie okazała się szczytem marzeń, jak Liwia pierwotnie myślała – wiele chciała w niej zmienić, nie podobały jej się ograniczenia, na jakie natrafiła, ale płynęła dalej w tym nurcie, bo było bezpiecznie i wygodnie. Przyjmowała awans na wyższe stanowisko czy podejmowała się poważniejszych zleceń, grzecznie czekając, zostawiając decyzję w gestii wyżej postawionych. Uważała, że tak jest dobrze, bo zawsze może być gorzej.

Westchnęła, zastanawiając się, co najpierw powinna zrobić. Szukanie nowej pracy było nieuniknione, choć obawiała się, czy znajdzie zajęcie w swoim zawodzie, w tym, co naprawę chciała robić. Na przykładzie Hany wiedziała, że życie pisze różne scenariusze, choć ona nie była tak elastyczna jak przyjaciółka, nie odnajdzie się w wielu miejscach, po prostu nie wszędzie pasowała. Obawiała się najgorszego, co wywoływało w niej strach i kolejne namnożenie pesymistycznych myśli.

Dzwoniący telefon gwałtownie wstrzymał narastającą panikę. Zerknęła na wyświetlacz i zauważyła numer klientki. Nie powinna odbierać, może dać sobie spokój, w końcu za kilka dni już jej tu nie będzie.

Kobieta nie chciała odpuścić, więc Liwia uległa z uwagi na ich zażyłość.

– Dzień dobry, pani Krzemińska – przywitała się, utrzymując swój zwykły ton, panując nad jego drżeniem.

– Musimy się spotkać, Liwio. I prosiłam wielokrotnie, mów mi Maryla.

– Pani Marylo, zaszły pewne zmiany i wydarzenia.

– Właśnie dlatego musimy się spotkać.

– Nie rozumiem?

– Dobrze rozumiesz, jesteś nad wyraz rozgarnięta, dlatego tak bardzo cię lubię. Nie zwlekajmy, spotkajmy się w moim ulubionym miejscu. Razem zjemy coś pysznego i porozmawiamy.

– Jak mogłabym odmówić? – Liwia była zaintrygowana i miała idealną wymówkę, by wyrwać się z mrocznych rozmyślań i budynku, tym bardziej ziejącego chłodem.

Letni frywolny wiatr próbował potargać krótką fryzurkę Liwii, choć z szarą sukienką poszło mu zdecydowanie lepiej. Dziewczyna nie skorzystała z samochodu, tylko postanowiła się przejść, przeczuwając, że o miejsce parkingowe będzie trudno. Sezon wakacyjny trwał w najlepsze. Gdynia zapełniła się turystami, roznosił się gwar, a przez ulice leniwie snuły się samochody. Niektórzy przejażdżką przez miasto rozpoczynali swoją urlopową wizytę, tym bardziej potęgując zatory na drodze.

Marszem doszła do skweru Kościuszki i dalej na Bulwar Nadmorski. Restauracja, w której uwielbiała przesiadywać Maryla, mieściła się przy samej plaży.

Na połaci błękitu nieba rozświetlonego słońcem w locie unosiły się mewy, szybując nad kocami i parawanami turystów, wystawiających się na działania promieni. Wzmocnił się słony smak powietrza i zapach nagrzanego piasku. Miała ogromną ochotę zanurzyć w nim stopy, poczuć cudowny dotyk ziarenek, który choć na chwilę odpędzi troski. Liwia przepłoszyła jednak to pragnienie.

Weszła do restauracji, kierując się na jej taras. Maryla Krzemińska z daleka rzucała się w oczy. Z pokaźną wagą, kolorową sukienką i krótkimi rudymi lokami sprawiała wrażenie rozmarzonej malarki, co mogło zwieść, była to bowiem utalentowana kobieta biznesu, twardo stąpająca po ziemi. Jej frywolny wizerunek tylko mylił przeciwnika i zwykle powodował jego potknięcia, które Maryla sprawnie i z ochotą wykorzystywała.

– Kochanie, siadaj i zamawiaj.

– Marylo, to ogromna przyjemność pobyć w twoim towarzystwie, ale czuję się niepewnie i przez to nic nie przełknę.

– Mogłabym słuchać twojego głosu godzinami, taki spokojny i melodyjny – zachwalała Maryla z szerokim uśmiechem. Była energiczna i pełna życzliwości, ale tylko dla wybranych osób. Liwia znajdowała się na szczycie tej listy. Nie bez znaczenia był fakt, że dziewczyna pomogła jej rozwiązać trudny prywatny problem, czym zyskała jej wdzięczność i serdeczność.

Liwia uśmiechnęła się, ale bez zbytniej przesady, nawet jej gesty były wyważone. Spokój w ruchach na tle ekspresyjnego zachowania Maryli podkreślał wyraźne różnice obu kobiet.

– Zwolnili mnie z pracy.

– Właśnie o tym chciałam pomówić.

– Ogłosili bankructwo.

– Obie wiemy dlaczego.

– Zostałam na lodzie.

– Niedojdy. Nie docenili skarbu, który mieli.

– Skąd to spotkanie?

– Zadzwonił do mnie Artur, lubi cię tak samo mocno jak ja.

– Mój szef zostaje, z tego, co wiem, straci wysokie stanowisko, ale się utrzyma, ja niestety jestem za burtą. Doceniam, że chciałaś zadziałać w mojej sprawie, ale nie wiem, czy powinnam się starać o etat w tej samej firmie tylko z innym prezesem. Ilość miejsc jest ograniczona.

– Daj sobie z nimi spokój, nie docenili cię, ich strata. Mam dla ciebie wiadomość, która powinna ci się spodobać. Popytałam i znalazłam ciekawą ofertę, musisz ją sprawdzić.

– Czy ta praca będzie w Gdyni?

– Przecież nie pozwoliłabym ci się stąd wyprowadzić. – Maryla zaśmiała się. – Zawsze podziwiałam twój spokój i opanowanie, nawet w najtrudniejszej sytuacji, ale teraz możesz się zrelaksować. Nie dam ci utonąć, mimo że jesteś za burtą – zapewniła z mocą.

– Dziękuję i naprawdę doceniam – powiedziała spokojnie, z niezmienioną mimiką i równowagą w głosie.

Maryla spojrzała dziewczynie w oczy, które przez promienie słońca przybrały niebieski odcień. Dostrzegła drzemiącą w niej siłę i moc panowania nad emocjami, w tym przypadku entuzjazmem. Z własnym żywiołowym charakterem nigdy jej się to nie udało, a każda próba i tak szybko kończyła się porażką.

– Dobrze, nie będę dłużej trzymać cię w niepewności. – Widziała, że dziewczyna wciąż jest spięta. – Firma piarowska z Warszawy otwiera siedzibę w Gdyni, tworzony jest nowy zespół, potrzebni ambitni ludzie, a wiemy, że ty do takich należysz. Dostałam kontakt do osoby, która może zaprosić cię do współpracy. Szepnęłam o tobie wiele miłych słów, więc można uznać, że pracę już masz załatwioną. Mam swoje kontakty i wpływowych znajomych, z których przysług bezpardonowo korzystam i wykorzystuję, zwłaszcza w dobrej wierze.

– Brzmi ciekawie. – Chciała dopytać, kiedy kelner przyniósł ich dania. Wykorzystała chwilę na przetworzenie informacji.

– Oczywiście są pewne warunki, jakieś wymagania… Nie będę zgadywać, a tym bardziej tworzyć plotek, najważniejsze, że mam pewność, że się do tego nadajesz, więc nie ma o czym mówić. Musisz się tam zatrudnić.

– Wolałabym usłyszeć coś więcej.

– Oczywiście usłyszysz, ale nie ode mnie. Proszę, wizytówka do mężczyzny, z którym się skontaktujesz. Powinien cię zainteresować, nie tylko zawodowo. Czy wciąż jesteś sama?

– Tak wyszło.

– Liwio, nie wzbraniaj się przed miłością, albo przynajmniej przed seksem. Dobrze ci to zrobi. – Maryla zaśmiała się na widok skrępowania dziewczyny. – Chociaż raz udało mi się dostrzec twoje emocje.

– To był cios poniżej pasa.

– I tego samego dotyczył.

Maryla znów zaśmiała się w głos, a Liwia dołączyła, cicho i melodyjnie.

– Spotkaj się z nim i poinformuj mnie, czy jesteś zainteresowana. Jeśli nie, będziemy szukać dalej.

– Dziękuję, Marylo, nie spodziewałam się takiej troski.

– Pomogłaś mi z synem. Do tej pory pamiętam swoją bezradność, a wtedy ty pojawiłaś się z gotowym planem działania, który się sprawdził. Twój spokój i pewność bardzo były mi wtedy potrzebne.

– Dobrze pamiętam tamten wieczór w tawernie i cieszę się, że plan zadziałał.

Syn Maryli pozwolił sobie na krytyczne komentarze, czym zasłużył na łatkę hejtera w klasie, a to negatywnie odbiło się na jego relacjach z rówieśnikami. Dzięki wskazówkom Liwii chłopak nabrał pokory i odmienił swoje postępowanie.

Liwia uśmiechnęła się na to wspomnienie, w tamtym momencie los na jej drodze na nowo postawił Hanę Swat, od tego momentu jej życie nabrało blasków, choć wcześniej było bogate w cienie. Czuła, że stąpa po kruchym lodzie, ale miała nikłą nadzieję, że może utrzyma ją i dotrze bezpiecznie na drugi brzeg.

– Nie mogło być lepiej, Liwio. Dlatego jestem twoją dłużniczką, ale też chcę mieć cię na liście kontaktów.

– Zadzwonię zaraz po naszym spotkaniu. – Popatrzyła na wizytówkę. Chciała być jak Hana i uwierzyć, że droga, którą wybierze, zaprowadzi ją do szczęścia.

– Nie zwlekaj. A teraz jedz, nabierz kształtów, przy tobie wyglądam jak beczka piwa.

Liwia potulnie skosztowała, jak się okazało, pysznego dania. Zapewnienia Maryli zdecydowanie poprawiły jej humor.

 

***

 

– Spotkamy się? – Hana, dzwoniąc do Liwii, miała nadzieję, że ich tradycji stanie się zadość i spędzą ze sobą przerwę w miłej knajpce, jedząc obiad. Przyjaciółka potrzebowała wsparcia, a Hana chciała podtrzymać ją na duchu.

– Jestem już po przerwie. Spotkałam się z klientką i porozmawiałyśmy o mojej przyszłości. Bardzo chce mnie zatrzymać w Gdyni.

– To nasza zwolenniczka. Ma dla ciebie pracę?

– Ma znajomości. Firma ze stolicy otwiera filię w Gdyni, dostałam kontakt do pewnego mężczyzny, który tworzy nowy zespół. Mogłabym pracować w swoim zawodzie i robić to, na czym mi zależało.

– Nawet się nie wahaj, tylko dzwoń. – Hana uśmiechnęła się, dobrze pamiętając, jak ona dostała namiary do tajemniczego pana, który miał pomóc rozwiązać jej problemy.

– Mam zamiar to zrobić, dlatego właśnie się nie spotkamy.

– Spotkamy za to wieczorem, będę chciała usłyszeć wszystko, co się wydarzyło.

Liwia w słowach przyjaciółki znalazła pokrzepienie i nadzieję. Musiała być dobrej myśli.

Oderwała myśli od czekającego zadania i popatrzyła na otoczenie. Wczasowicze tłumnie oblegali plażę, grano w siatkówkę, plażowano, leżąc na kocach i kryjąc się za parawanami. Dzieci kopały doły przy brzegu, a napływająca fala zalewała je, wypełniając wodą. Patrzyła na kadry lata nad morzem, opierając się o murek przy pomniku gdyńskich rybek. Chcąc dodać sobie sił, jeszcze przez chwilę wstrzymała się z wybraniem numeru i zrobiła to, na co od początku miała ochotę. Ściągnęła buty i zanurzyła stopy w nagrzanym piasku.

Przeszła brzegiem morza, czując chłód od wody i intensywny zapach Bałtyku. Kierowała się ku przystani jachtowej, gdzie maszty licznych łodzi próbowały sięgać błękitu nieba. Patrzyła na oślepiające kadłuby jachtów, które bielą odbijały promienie słońca. Tutaj czuło się większy spokój, dało usłyszeć chlupot fal, szept morza.

Zatrzymała się przy pomniku Leonida Teligi, który zdobył wiele zasług, ale Liwia podziwiała go za to, że jako żeglarz samotnie okrążył Ziemię na drewnianym jachcie. Znalazł w sobie siłę i determinację, by tego dokonać.

Dłużej nie zwlekając, wybrała numer do Beniamina Brzozowskiego, który może naprawi jej świat, który niespodziewanie stracił swoją stabilność.

Głos, który się odezwał, był energiczny i pewny.

– Dzień dobry, dostałam pana numer od Maryli Krzemińskiej.

– To musi być poważna sprawa, pani Maryli nie odmawiam, zwłaszcza kiedy nalega.

– Chodzi o pracę w nowym zespole – powiedziała spokojnym, melodyjnym głosem.

– Teraz rozumiem. Będę miał szansę nim zarządzać, choć dopiero się formuje – powiedział z lekkim zawahaniem.

– Chciałabym zgłosić swoją kandydaturę, gdyby była taka możliwość.

– Zawsze jest, ale musimy się spotkać.

– Możemy nawet teraz. – Liwia zapomniała już o pracy, w końcu przechodziła do historii.

– Prześlę adres. Z kim mam się zobaczyć?

– Liwia Duńczyk, bardzo miło będzie pana poznać.

Miała jeszcze czas, więc wpadła do biura. Praktykant pochylał się nad dokumentami, wyglądał, jakby przebiegł maraton.

– Dobrze, że jesteś, sam sobie nie poradzę.

– Będziesz musiał, bo ja wychodzę.

– Ale dopiero przyszłaś! – zakrzyknął w panice.

– Przyzwyczajaj się do własnego towarzystwa.

– Gdybyś znalazła pracę, zabrałabyś mnie ze sobą? – zapytał z nadzieją.

Liwia zawahała się.

– Nie wiem, czy znajdę.

– Oczywiście, że tak, jesteś najlepsza, a gdziekolwiek trafisz, dosięgniesz szczytu zasług.

– Nie licz, że za ciebie wykonam pracę – rzuciła, przeczuwając, że komplementy mają służyć jednemu celowi.

– Mówię poważnie. To przez zazdrość nie wzięli cię do zespołu. Wiesz, przez kogo, Liwio. On wie, że jesteś najlepsza, i bał się twojego talentu, mimo że go nie wykorzystujesz. To on zadbał, żebyś nie dostała umowy.

Liwia wyszła z biura, bo nagle zrobiło jej się duszno. Z trudem uwierzyła w słowa chłopaka. Może i był nierozgarnięty, ale potrafił znaleźć się w tłumie, zawiązywać przyjaźnie, czego o sobie nie mogła powiedzieć. Zazwyczaj nastawiona była na cel. Musiała widzieć sens w tym, co robi, nie lubiła tracić czasu na towarzyskie podchody, choć wiedziała, że to nie przysparza jej zwolenników. Była łatwym celem, bo była sama, odseparowywała się od grupy, ale najbardziej lubiła pracować w pojedynkę i na własnych zasadach. Liczył się w końcu nowy klient, a raczej firma i właściwe zadbanie o jej wizerunek.

Wychodząc na miasto, nie dostrzegała zgiełku, zamknięta w swoich przemyśleniach stawiała kroki, idąc wręcz automatycznie.

Roman Gadziński był jej największą konkurencją, wiedziała, że posuwał się do nieczystych zagrań, by osiągnąć to, co sobie zaplanował. Liwia zazwyczaj schodziła mu z drogi, odpuszczała klienta czy firmę, nie walcząc o jej utrzymanie. Wolała zgodę niż konflikty, tym bardziej że Gadziński wyraźnie lubował się w awanturach, wiodąc w nich prym.

Liwia poczuła złość na sama siebie. Czy nie dzięki jej staraniom i zaangażowaniu firma pozyskiwała wielu wartościowych klientów? A ona z łatwością ulegała, oddając takiego czy innego w ręce konkurenta, powtarzając sobie, że nie warto walczyć, że będą następni. Przyszła do firmy jako praktykantka i mimo że tyle osiągnęła, nadal ustawiała samą siebie na szarym końcu, nie dając sobie szansy wypłynąć. Mężczyzna żerował na jej pracy, a ona z klasą się odsuwała, robiąc mu miejsce, aż w końcu zupełnie go dla niej zabrakło. Gadziński o to zadbał.

Zatrzymała się przed restauracją, w której miała się spotkać w sprawie pracy. Lokal na skrzyżowaniu dwóch ulic miał półokrągłe wejście na rogu budynku. Nie zabrakło ogródka ze stolikami i rozłożonymi parasolami chroniącymi przed żarem słońca lejącym się z nieba. Mimo popołudnia robiło się parno, a wiatr zwolnił, tracąc swoją siłę. Zanosiło się na zmiany.

Weszła do wnętrza restauracji, czując przyjemny powiew klimatyzacji. Podeszła do baru i zapytała o mężczyznę, z którym miała się spotkać. Po chwili została poprowadzona do stolika na końcu sali. Mężczyzna siedział przodem do wejścia, miała szansę mu się przyjrzeć i ocenić. To, co zobaczyła, zaskoczyło ją.

 

***

 

Beniamin Brzozowski okazał się mężczyzną około trzydziestki, a pierwszym, co rzuciło się w oczy, była jego elegancka aparycja. Ubrany w dopasowany garnitur, z białą, wręcz śnieżną koszulą. Jasne włosy z nitkami miedzi zaczesane miał na lewy bok, gęsta fala układała się zgodnie z najnowszymi przykazaniami mody.

– Liwia Duńczyk. – Wstał i wyciągnął do dziewczyny wypielęgnowaną dłoń.

– Wystarczy Liwia – wydusiła, siłą zmuszając do skupienia. Twarz mężczyzny przypominała inną, bardzo podobną, która kiedyś zbyt często gościła w jej myślach. Przepłoszyła dawne obrazy, nie chcąc pozwolić przeszłości ponownie wtargnąć do jej życia. – Miło poznać.

– Mnie jeszcze bardziej. – Taksował dziewczynę spojrzeniem. Zaskoczyła go delikatność w jej głosie i smukła figura. Była wysoka i mimo że nosiła płaskie eleganckie buty, nie odejmowało jej to klasy.

– Zamówił już pan?

– Wystarczy Beniamin, Liwio. Czekałem na ciebie. Kawa i deser?

– Tego nigdy nie odmawiam – rzuciła z uśmiechem, choć patrząc w oczy mężczyzny, speszyła się z powodu intensywności ich spojrzenia. Za bardzo jej się przyglądał. Liwia wolała drugie spotkania, bo pierwsze zawsze ją krępowały. Nie lubiła zmieniać otoczenia ani ludzi, nawet ci źli, lecz dobrze poznani, byli mniejszym zagrożeniem niż obcy.

– A ja nie odmawiam nigdy pięknej kobiecie.

Liwia nieznacznie się uśmiechnęła, doceniając komplement. Zdała sobie jednak sprawę z ich gry, w końcu oboje zajmowali się tym samym. Gra w miłe gesty i słowa miała służyć pozyskiwaniu klientów, trzeba przyciągnąć ich, obiecać spełnienie najskrytszych marzeń. Tworzyli i dbali o odpowiedni wizerunek, byli jak wróżki próbujące przemienić Kopciuszka w księżniczkę, którą zainteresuje się bogaty książę. Trzeba było uwodzić, zapewniać, obiecywać i jeśli się udało – spełnić to, czego klient potrzebował i za co płacił niemałe pieniądze.

– Maryla coś wspomniała, ale ogólnie.

– Od razu przechodzimy do zadania, to lubię.

– Nie chciałabym zabierać czasu – uśmiechnęła się powściągliwie, choć wewnątrz roznosiła ją niecierpliwość. – Słyszałam, że tworzony jest oddział w Gdyni, przyznam, że bardzo mi zależy, by dostać się do nowego zespołu. – W informacji, jaką przekazała jej Maryla, była jedna, najważniejsza dla Liwii rzecz, o którą warto było walczyć. Nie mogła odpuścić. Mimo pojawiających się wątpliwości i obaw, które wytworzyła jej wyobraźnia, nie chciała pozwolić sobie na zwątpienie. Musiała utrzymać swoje nowe mieszkanie, znaleźć pracę, która ponownie zajmie jej czas i zapewni stabilność.

– Sytuacja rozwija się dynamicznie i faktycznie czas ma znaczenie. Firma z Warszawy chce rozwinąć skrzydła na rynku trójmiejskim, choć cel jest jeden: pozyskać jak najwięcej klientów, i to w krótkim czasie.

– Jak krótkim?

– Miesiąc. – Beniamin pochylił się. – Nie potrzebuję dokumentów, papier w końcu przyjmie wszystko, ale realnych dowodów, że nadajesz się do… mojego zespołu – wyznał z odpowiednią pauzą.

Liwia wyczuła, że mężczyzna oszczędnie podaje informacje, coś pomija, ale w jej sytuacji nie mogła dopytywać, by go nie spłoszyć.

– Co mam zrobić?

– Najpierw zjeść deser w moim towarzystwie, a później porozmawiamy o szczegółach. – Beniamin był usatysfakcjonowany, humor znacznie mu się poprawił. Czuł, że to, co zaplanował, było zuchwałe, ale mogło mu przynieść korzyści, a w dodatku on będzie miał czyste konto.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

Copyright © by Dorota Milli, 2020

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2021

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2021

 

Zdjęcie na okładce: © Maciej Bledowski/Shutterstock

 

Redakcja: Katarzyna Wojtas

Korekta: Joanna Pawłowska

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

 

eISBN: 978-83-8195-462-4

 

 

Wydawnictwo FILIA

ul. Kleeberga 2

61‒615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.