Dzieje Końca Świata: Odrodzenie - Krzysztof Zdanowski - ebook

Dzieje Końca Świata: Odrodzenie ebook

Krzysztof Zdanowski

0,0

Opis

Drugi tom uniwersum „Dzieje Końca Świata”

Po końcu świata największym wyzwaniem nie jest przetrwanie. Jest nim odnalezienie miejsca, w którym można zacząć żyć od nowa.

Zapasy w Texasie kurczą się z każdym miesiącem, dlatego Adam wraz z rodziną wyrusza w podróż na północ. Przemierzają zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych, odwiedzając porty i osady ocalałych. Każda z nich odnalazła własny sposób na życie po upadku cywilizacji.

Nie wszystkie społeczności są takie same. Jedne dopiero odbudowują swoją przyszłość. Inne nauczyły się współpracować i stworzyły miejsca, w których nadzieja nie jest już tylko wspomnieniem.

To druga część postapokaliptycznej serii, w której droga jest równie ważna jak cel. Opowieść o rodzinie, nowych przyjaźniach i świecie, który mimo katastrofy wciąż potrafi zachwycić swoim pięknem.

Poruszająca historia o tym, że nawet po końcu świata można odnaleźć dom. A czasem także ludzi, dla których warto walczyć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 196

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Krzysztof Zdanowski

Dzieje Końca Świata: Odrodzenie

Ex Tenebris Press

„Świat pełen jest rzeczy strasznych, lecz żadna nie jest straszniejsza niż człowiek.”

— Pliniusz Starszy

© 2026 Krzysztof Zdanowski Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana w systemach wyszukiwania ani przekazywana w jakiejkolwiek formie — elektronicznej, mechanicznej, fotograficznej, nagraniowej lub innej — bez uprzedniej pisemnej zgody autora, z wyjątkiem krótkich cytatów w recenzjach i opracowaniach krytycznych.

Pierwsze wydanie: 2026

ISBN: 978-83-981965-3-6

Ex Tenebris Press

Krzysztof Zdanowski

Prolog

Minęło pięć lat. Pięć lat, odkąd przestaliśmy być panami ziemi. Ostatecznie staliśmy się zwierzyną. Cywilizacja, w której żyliśmy – z całym jej zgiełkiem i wszechobecnym przepychem – wydaje mi się dziś wyblakłym wspomnieniem z cudzego życia. Teraz, gdy zgliszcza dawnych miast porasta mech, pewne jest jedno: natura przeczekała człowieka. Zostaliśmy przez nią odrzuceni.

Jeśli czytacie te zapiski, znacie już historię Ginny. To, co miało być jej końcem, stało się nieoczekiwaną przepustką do przetrwania.

Dla nieumarłych jest powietrzem. Przechodzą obok, nie zaszczycając jej nawet spojrzeniem, jakby była częścią ich własnego, martwego świata.

Patrzę na nią i wciąż nie potrafię pojąć, czym naprawdę jest to, co ją spotkało. Cudem? Darem? A może nowym etapem ewolucji? Wiem tylko jedno — w tych czasach to największa przewaga, jaką można mieć.

Nie była jedyna. Trafialiśmy na kolejnych ludzi takich jak ona — napiętnowanych, a przez to wtajemniczonych w prawdę o sobie. Okazywało się, że należeli do nielicznych, którzy po zakażeniu nie stawali się jednymi z nich.

Problem w tym, że ta anomalia ujawniała się dopiero po ugryzieniu.

Coraz częściej słyszymy historie o polowaniach na takich „uśpionych”. Stoi za nimi człowiek, który sam prawie przeszedł przemianę. Zgromadził wokół siebie psychopatów pozbawionych rozsądku i sumienia, wśród których znaleźli się także naukowcy, którym udało się przeżyć upadek ludzkości. Eksperymentują na ocalałych, próbując stworzyć serum. Większość, których biorą na stół, nie przeżywa. A ci, którym się to uda, stają się materiałem do dalszych testów albo — jeśli zostaną uznani za wartych zachodu — trafiają do jego armii, gdzie kończą jako żywe maszyny do zabijania.

Utrzymujemy bliskie kontakty handlowe ze społecznością z Houston. Od dwóch lat mają działające połączenie kolejowe do Taylor, gdzie dziś znajduje się główny targ odwiedzany przez kupców z różnych społeczności.

Niecały rok temu, za pośrednictwem znajomego, Sara otrzymała list od swojej kuzynki, Kate. Okazało się, że przeżyła zagładę i osiedliła się w Montanie. Od tamtej chwili mieliśmy tylko jeden cel — znaleźć statek, który zabierze nas do Seattle. Jeśli nam się uda, nie będzie już odwrotu.

21 października 2031

Wstałem o dziewiątej.

Podczas wczorajszego zebrania pożegnaliśmy się z całą społecznością. Było wiele łez i wspomnień. Staliśmy się dla siebie czymś więcej niż rodziną, dlatego rozstanie bolało szczególnie mocno.

Spakowaliśmy się już w zeszłym tygodniu — zabraliśmy tylko to, co konieczne: towar na wymianę, osobiste drobiazgi, ciepłe ubrania, suszone jedzenie i kilka szkiców przyjaciół.

Nasz dom rozrósł się w środku: pojawiły się nowe budynki, warsztaty i stoiska z jedzeniem. Ostatnio furorę robią ziemniaczane gofry z mięsem gryzonia — prosta masa z ziołami, pieczona nad ogniem. Smakuje lepiej niż wygląda. A jednak musimy odejść, choćby ze względu na Laurę. Codzienność tutaj z każdym miesiącem staje się trudniejsza, a Lu powinna mieć szansę na życie inne niż wyłącznie walka o przetrwanie.

Razem z nami ruszają Ginny i Sammy — po wielu rozmowach uznały, że warto zaryzykować. Ostatni list od Kate dotarł do nas przed dwoma miesiącami. Sara na niego odpisała, ale odpowiedź do tej pory nie nadeszła.

Czuję, że powinienem wam pokazać jej pierwszą wiadomość.

Od tych słów zaczęło się wszystko — od jednej poszarzałej kartki papieru.

Jeśli jesteś Sarą Norton z Nowego Jorku, córką Janice i Michaela, wiedz, że to ja — twoja kuzynka. Kiedy przyjaciel opowiedział mi o dziewczynie mieszkającej w osadzie w Texasie, rozpłakałam się na samą myśl, że to możesz być ty.

Mieszkamy na wyspie otoczonej rowem o szerokości i głębokości dwóch metrów, który biegnie wzdłuż całego brzegu. Patrole sprawdzają go codziennie — jest tu bezpiecznie. Saro, przyjedź do mnie. Znajdzie się tu miejsce dla was wszystkich.

Wysyłam ten list za pośrednictwem Edwarda.

Twoja Katie.

Spojrzałem po raz ostatni na bramę.

Czterometrowe wrota przecinały rdzawe zacieki, przez co wyglądały, jakby opłakiwały tych, którzy przekroczyli ich próg i nigdy nie wrócili.

Robert, Abby i Briana machali do nas z wieży strażniczej. Laura płakała. Nie wierzyła, że naprawdę odchodzimy. Mogłem ją tylko przytulić i obiecać, że wszystko będzie dobrze.

Drogi zmieniły się przez te lata.

Popękane, porośnięte metrową roślinnością, miejscami zapadnięte, tworzyły mozaikę błota i płytkich oczek wodnych.

Drzewa od dawna stały bez liści.

W mijanych domach od pięciu lat nie paliło się światło. Rozpadające się schody pochylały się ku nam, jakby oddając ostatni ukłon.

Wiatr wiał z zachodu, nie niosąc żadnego zapachu. Był zimny i martwy.

Pory roku praktycznie zanikły: lata stały się chłodne, a zimy lodowate.

Ziemia również przestała rodzić.

Rolnicy nie doczekali wiosny — wszyscy zmarli podczas ostatnich mrozów. Pewnego dnia nie pojawili się podczas wymiany. Gdy dotarliśmy do ich osady, dwa koksowniki tliły się jeszcze resztkami żaru, wysyłając w niebo ostatnie modlitwy za zmarłych.

Odeszli we śnie.

Przed nami była kilkugodzinna podróż.

Jechaliśmy wozem zaprzężonym w konie — a dokładniej dostawczakiem pozbawionym wszystkiego poza kołami i blachą.

Sara była dziwnie milcząca.

Wiem, że się boi. Podróż jest ryzykowna, a zapłaciliśmy za nią bardzo słono — kruszcem i diamentami. Tyle kosztowało miejsce dla naszej piątki na statku. Jeśli mieliśmy dostać szansę na nowe życie, warto było zapłacić każdą cenę.

Sammy i Ginny trajkotały przez całą drogę o tym, co mogły zabrać, a czego ze sobą nie wzięły. Uwierzycie, że nadal mam tę samą maczetę? Pięć lat. Amunicja skończyła się dawno temu, może dlatego tak dbałem o ten kawałek metalu. Leży teraz obok moich butów — stała się czymś w rodzaju wiernej towarzyszki.

Laura nigdy nie była na targu i bez przerwy dopytywała, jak wygląda Taylor. Zdziwi się. Zawsze kręcą się tam tłumy, a dworzec z okolicą tworzy małe, samowystarczalne miasteczko. Kilkoro odpornych regularnie czyści teren z zombie, inni bezskutecznie próbują uprawiać ziemię albo polują.

Najbardziej czekałem na podróż Emmą — wysłużonym wagonem przerobionym na drezynę, obwieszonym panelami słonecznymi i ciągnącym przyczepkę pełną akumulatorów. Na stacji ładuje się dzień lub dwa, po czym wraca z ładunkiem.

Do dworca dotarliśmy późnym wieczorem. Kiedyś stało tu kilka niepozornych budynków, dziś wyrósł z nich żywy organizm: baraki sklecone z byle czego, wieże strażnicze, kable wijące się między konstrukcjami, grille z bębnów pralek i latarnie z metalowych kubłów. Wszędzie krzątali się ludzie — nosili skrzynki, gotowali, handlowali na stoiskach. Dzieciaki przemykały między budynkami. Część grała w piłkę, reszta biegała po peronie, bawiąc się w chowanego.

— Dlaczego mnie tu wcześniej nie zabraliście!? — Lu złapała mnie za rękaw, drugą ręką ciągnąc Sarę. Była zachwycona. — To naprawdę jeździ?

Wpatrywała się w hybrydę stalowej bestii i elektrowozu. W poszyciu wciąż widniały dziury po kulach i zaschnięte ślady krwi. Widok przypominał, że nawet tutaj, w tym pozornym bezpieczeństwie, śmierć zawsze krąży gdzieś blisko.

— Oczywiście, że jeździ.

Mała aż podskoczyła. Uniosła głowę. Jej oczom ukazał się umazany smarem mężczyzna o rudych włosach związanych w byle jaki kucyk. Sammy uśmiechnęła się na jego widok, a Ginny bez słowa przyjęła od Dave’a piersiówkę i wzięła krótki łyk.

— Cześć, wielkoludzie. Widzę, że nadal dbasz o tę kolubrynę — powiedziała Sammy, klepiąc bok pojazdu.

— A kto inny miałby to robić?

Westchnął. Był zmęczony. Przecierając czoło chustą, oznajmił, że wyjazd odbędzie się jutro, bo muszą jeszcze naprawić zwrotnicę.

— Wyskoczymy na jakiś czas razem, nie macie nic przeciwko? — Ginny wzięła mężczyznę pod ramię i wymownie uśmiechnęła się do Sary.

— Oczywiście, kochana! — chichotała, zaciskając ręce na moim pasie.

— Ciekawe, co mają do załatwienia — mruknąłem, unosząc brew.

— Nie wiem. Może rozliczenia podatkowe? — rzuciła rozbawiona, obserwując, jak znikają za zakrętem.

Laura spacerowała po pokładzie wagonu, co chwilę dotykając ścian i rozglądając się szeroko otwartymi oczami.

— Może my też rozliczymy podatki? — wyszczerzyłem się.

Sammy parsknęła: „Ha!” na mój komentarz i brała już pierwszą skrzynkę z paki dostawczaka.

Sara pocałowała mnie w policzek.

— Chodź, kowboju. Musimy rozładować towar.

Wieczorem obserwowaliśmy przygotowania do ogniska.

Kupiłem trochę jedzenia i usiedliśmy przy namiocie, który nam przydzielono. W środku stało kilka łóżek polowych, stół, dzbanki z wodą i lampa naftowa.

Toalety znajdowały się za starą obrotnicą kolejową, tuż przy płocie skleconym z rdzewiejących ciężarówek.

— Nienajgorsze. Co to właściwie jest?

Sara ściskała bułkę z ostrym sosem, piklami i cebulą. W środku kryło się mocno przypieczone mięso.

— Kobieta, która mi to sprzedała, twierdziła, że sarnina — choć po zapachu trudno było w to uwierzyć.

Laura wzruszyła ramionami i od razu zaczęła jeść. W tamtej chwili bardziej interesowali ją mieszkańcy niż zawartość bułki.

Kilka osób trzymało gitary, ktoś bęben, a jeden mężczyzna ściskał w dłoniach saksofon. Zaczęli grać blues-rockowy kawałek. Zamknąłem oczy. Od miesięcy nie słyszałem muzyki. Sara złapała mnie pod ramię i krzyknęła:

— Co jest, Walsh! Nie poprosisz mnie do tańca?!

Śmiała się, ciągnąc mnie w stronę kwadratowego podestu z palet.

Wiesz przecież, że tańczę jak manekin — jęknąłem, ale jej nie odmówiłem.

Altana była zbita z budowlanych odpadów i połatana deskami. Jedni siedzieli przy palenisku, inni tańczyli tuż obok nas. Niebo, choć ciemne, rozświetlały tysiące znajomych gwiazd. Sammy obijała się o mnie raz po raz, tańcząc z nowo poznanym chłopakiem.

— Mam nadzieję, że w Montanie będzie podobnie! — zawołała, odchylając głowę.

Też na to liczyłem.

22 października 2031

Rankiem każdego obudziły gwarne rozmowy niosące się po kolejowej osadzie. Chłód był tak dotkliwy, że para z ust unosiła się nawet wewnątrz namiotu. Spałem w jeansach i bluzie, więc wciągnąłem tylko trepy i skórzaną kurtkę. Potarłem twarz dłońmi, wziąłem łyk wody i naciągnąłem kaptur na głowę. Dziewczyny też powoli się budziły.

Wyszedłem na zewnątrz — powietrze pachniało pieczonym i grillowanym jedzeniem. Wokół niosły się nawoływania straganiarzy i głosy osób zamawiających śniadanie. Gospodarka opierała się na dwóch filarach: prostym handlu wymiennym i specjalnie spreparowanych żetonach z kasyna, które stanowiły jedyną uznawaną walutę. Kantor był sercem dworca. Wyceniał wszystko – od antybiotyków po alkohole sprzed upadku. Za butelkę wina z nienaruszoną etykietą i odpowiednim rocznikiem można było dostać nawet sto żetonów. Sam tak czasem robiłem, kiedy w ruinach trafiałem na coś wartego wymiany.

Dziś mijały nasze ostatnie chwile w Taylor. Oddałem torebkę przypraw do BBQ, którą trzymałem od miesięcy, za pięć porcji tortilli ze smażonymi leśnymi grzybami, mięsem, pomidorami i jajkiem… zdaje się, że kaczym. Wytargowałem jeszcze dzbanek gorącego naparu z pokrzywy, dzikiej róży oraz kwiatów opuncji.

— Cześć, mała. Już nie śpisz?

Laura miała potwornie skołtunione włosy. Podobnie jak Sara.

— Widzę, że mama cię uczesała?

Wycierałem z kącików oczu łzy śmiechu.

— Zobaczymy, czy będzie ci tak wesoło na statku — rzuciła. — Tylko ty i reja.

Lu stęknęła z rozpaczą.

— Boże, jesteście koszmarni. I wy nazywacie się dorosłymi?

Sara uśmiechnęła się, gdy zauważyła, że spojrzałem na jej piersi. Złapała koszulę przy dekolcie i poprawiła ją w zwolnionym tempie, patrząc mi prosto w oczy.

— Skup się — powiedziała.

Pokazała mi język.

Lu pokręciła głową.

— To nie jest zabawne.

— Daj im spokój — wtrąciła Sammy, wkładając na siebie chyba już trzecią bluzę z rzędu. — To ich wersja romantyzmu.

Puściła oko do Sary, ale syknęła wściekle, gdy przez bluzę rozplątał się jej gruby kok. Patrzyłem, jak próbuje zebrać włosy z powrotem. Były prawie tak ciemne jak jej tęczówki.

— Co tam masz? — Ginny już wyciągała rękę po pakunek.

— A słowo „dziękuję” to gdzie? — wyszczerzyłem zęby, cofając jedzenie zawinięte w pożółkłą gazetę.

Postawiłem dzbanek z naparem na stole.

— Dziękuję ci, mój panie, któryś w swej niezmiernej wspaniałomyślności przyniósł nam, niegodnym, to śniadanie!

Wszystkie jak na komendę zaczęły bić mi udawane pokłony.

— O, teraz lepiej. Ale nadal mam wątpliwości. — spojrzałem na nią z udawaną powagą.

Cieszyłem się, że te wariatki są moją rodziną. Sammy i Ginny są przyjaciółkami z krwi i kości. Nie wyobrażałem sobie tej podróży bez nich.

Szkoda tylko, że do tej odysei dochodziło w takich okolicznościach. Wszystkie łatwo dostępne zasoby w promieniu wielu kilometrów od dawna były na wyczerpaniu. Leki, broń — wszystko zostało splądrowane i zużyte. Największym znakiem zapytania w naszej osadzie pozostawał generator. Ostatnio psuł się bez przerwy i każdy zadawał sobie pytanie, kiedy nadejdzie dzień, w którym już nie da się go naprawić. Jedno było pewne: Texas umierał.

Rozmyślałem, przeżuwając tortillę, gdy pod namiot zaszedł starszy, krótko ostrzyżony mężczyzna z brodą.

— Jestem Jude. Smacznego. Wy jedziecie do Houston, tak?

— Właściwie to tylko część naszej drogi, ale tak — odpowiedziała Sammy za nas wszystkich, po czym uniosła pytająco brwi: — A ty to…?

— Dziś ja jestem konduktorem — zawahał się na moment. — Możecie być gotowi za pół godziny?

— Daj nam czterdzieści minut. Muszę odnieść dzbanek i znaleźć kogoś, kto odprowadzi do domu nasze konie. Dla nas to podróż w jedną stronę. Jest z tobą Edward?

— Edward? Staruszek zmarł niedawno. We śnie, miał spokojną śmierć. Dobrze, za czterdzieści minut. Poczekamy na was. A co, znałeś go?

— Powiedzmy, że liczyłem, że na niego wpadnę.

No to by się wyjaśniło, dlaczego kontakt z Kate się urwał — świeć Panie nad jego duszą, pomyślałem.

— Dobra, niedługo wrócę, nie jedźcie beze mnie — puściłem oko do Laury i ruszyłem w stronę stacji.

Przeciągnąłem ręką po burcie, metal był wygryziony, jakby ktoś go skrobał nożem.

Wchodziliśmy na pokład Emmy po drewnianej kładce załadunkowej. Ściany były puste, wybebeszone ze wszystkiego, co zbędne. Nie zamontowano też żadnych siedzeń. Wagon miał jakieś dwadzieścia metrów długości i trzy szerokości. Część miejsca zajmowały przyrządy, urządzenia i liczniki. Resztę przestrzeni wypełniał ładunek, który miał posłużyć nam za fotele. Podróż miała potrwać dwanaście godzin. Szarpnęło. Koła zadzwoniły o tory, a ciężkie cielsko Emmy ruszyło mozolnie do przodu.

— Nie sądziłam, że jeszcze kiedyś pojadę pociągiem.

Sara odsunęła włosy z twarzy i zagadała do Lu. Ta dalej kręciła kostką Rubika.

— To nie do końca jest pociąg. — Oparłem głowę o ścianę i przymknąłem oczy.

— Wiesz, o co mi chodzi, palancie.

Uśmiechnęła się pod nosem.

Wjechaliśmy w martwy las. Nagie konary drzew i krzewów wyciągały się ku niebu, a między nimi błąkały się całkowicie szare trupy.

Większość rozpadła się już pierwszego lata, podczas plagi much.

Były ich miliardy.

Wypalaliśmy brzegi rzeki benzyną, żeby pozbyć się jaj. Zombie, które przetrwały, były inne — bardziej trwałe, zakonserwowane przez wirusa. Zimą sztywniały od mrozu i najłatwiej było je likwidować. Mimo to wciąż pałętały się ich tam setki.

Co jakiś czas coś uderzało w ścianę — martwi wpadali pod koła. Ale nie wszyscy. Niektórzy stawali nieruchomo centymetry przed torami. Miałem wrażenie, że odwracają głowy, śledząc każdy nasz ruch.

— Za kilometr czeka nas niebezpieczny zakręt — ostrzegł Jude, zapierając się o zamontowaną w podłodze dźwignię hamulca. — Musimy zwolnić do pięciu kilometrów na godzinę. Mam nadzieję, że nas nie oblezą, bo nie zdołamy nabrać prędkości i utkniemy na dobre.

Maszyna zaczęła gwałtownie tracić pęd, piszcząc przy tym niemiłosiernie. Metal jęczał. Czułem, jak cały wagon drży pod naszymi stopami.

I wtedy to się zaczęło.

Coś zaszurało po lewej stronie, jakby ktoś przeciągnął mokry worek po blachach poszycia.

— Sara! Z lewej!!

Ledwie to krzyknąłem, jeden z nich wyskoczył zza burty i chwycił mnie za przedramię. Palce miał zimne, twarde jak drut. Szarpnął mną tak mocno, że aż strzeliło mi w karku.

Wbiłem mu w ucho nóż. Usłyszałem krótki trzask. Poczułem ostry, żrący zapach stęchłej krwi. Była tak gęsta, że mnie cofnęło.

— Tego aromatu mi dziś brakowało — rzuciłem, bardziej z obrzydzenia niż ze strachu.

Zacząłem się śmiać.

Skoczyłem na dwóch następnych, którzy dopadli już Sammy. Jeden próbował przewrócić ją na ziemię, drugi szarpał za kurtkę.

Odwróciłem się i wbiłem kolejnemu ostrze w głowę. Metal pękł jak zapałka. W dłoni została mi sama rękojeść.

— Serio?! — wrzasnąłem i cisnąłem nią w bok.

Chwyciłem maczetę. Jednym płynnym ruchem ciąłem potwora dobierającego mi się do ramion. Głowa odleciała w bok, a ciało jeszcze przez sekundę chwiejnie próbowało mnie objąć. Kopnąłem je i od razu wbiłem stal w kark kolejnego napastnika.

Odcięta głowa potoczyła się pod buty Sary. Ta zatrzymała się, spojrzała na nią, jakby oceniała wagę piłki, po czym wzięła krótki rozbieg i huknęła z całej siły:

— Goooll!

Głowa poleciała podkręcona w stronę drzew, zostawiając za sobą smugę ciemnej mazi.

— Poważnie? — westchnęła Ginny. Jak to ona — przechadzała się między nieumarłymi, eliminując ich uderzeniami włóczni z taką gracją, jakby robiła rutynowe porządki w ogródku. Spod kaptura wymknął się kosmyk jej kruczoczarnych włosów i poruszał się przy każdym jej ruchu.

— Zawsze lubiłam piłkę nożną — Sara wzruszyła ramionami i bez większego przejęcia przywaliła kolejnemu trupowi kijem bejsbolowym w skroń.

Mózg martwego trysnął na szyny i rozprysł się jak zgniły owoc. Walczyliśmy jeszcze przez chwilę, aż wokół wagonu zapadła cisza.

— O!

Przeszukiwałem plecak jednego z zabitych.

— Nóż, kompas, koc termiczny, tabletki do oczyszczania wody, witaminy… Bogaty facet. I dość świeży, z tego co widzę.

W kieszeni znalazłem jeszcze małą, drewnianą zabawkę.

— A to się spodoba Laurze.

— Myślę, że tak. Nigdy nie miała jo-jo — Sara przetarła swój kij o ubranie trupa, traktując krew jak zwykły, codzienny brud.

— Dobra, jedziemy dalej. Laura, wszystko w porządku?

— Tak, mamo — Lu wyjrzała z głębi przez mały wizjer.

— Ginny! Pomóż mi wyciągnąć siekierę z jego głowy, nie mam siły! — krzyknęła Sammy.

Ginny tylko przewróciła oczami i odpowiedziała przeciągłym „czu-czu”, udając syrenę z kabiny maszynisty.

Jude dodał gazu, a pojazd znów przyspieszył.

Ściemniało się. Minęliśmy zardzewiałą tablicę: Hope’s End.

Widok zniszczonego niegdyś centrum megaregionu napawał nostalgią. Spalone, na wpół zburzone wieżowce, leje po bombach i ślady napalmu, widoczne gołym okiem na wykrzywionych w bólu drapaczach chmur. Drogi już na zawsze zostały zablokowane wrakami czołgów i wojskowych śmigłowców, a w rozpadlinach majaczyły sylwetki umarłych, kroczących w bezustannym marszu ku nicości.

Poczułem słony zapach oceanu, rześką bryzę jodu i wodorostów, a także lekką, burzową woń ozonu. Część miasta, w którą teraz wjeżdżaliśmy, była odcięta zespawanymi wrakami kontenerowców i morskim złomem. Resztę zapory stanowiły zawalone budynki. Wagon zwolnił przed stalową ścianą, która po chwili rozsunęła się z hukiem. Za nią krył się tunel prowadzący pod kadłubami wysłużonych statków.

Bezpieczny teren miał na oko kilka kilometrów kwadratowych. Dostrzegłem tam światła żarówek i ognisk. Nie widziałem tak wielkiego skupiska ludzi od czasów sprzed apokalipsy.

Dojechaliśmy do portu w Houston. Wysiadając, rozejrzałem się uważnie. Wokół wznosiły się domy sklecone ze starych żagli i wraków łodzi. Pojedyncze punkty łączyły wiszące mosty, splecione z lin i walającego się wszędzie złomu. Wokół straszyły przewrócone, zardzewiałe dźwigi i ledwo wystające ponad tafle wody, nadtopione burty statków towarowych.

Z głębi morskich kontenerów, ustawionych na jednym z takich gigantów, dobiegały odgłosy życia i przyjemny zapach gotowanych potraw. Ruszyliśmy w tamtą stronę. Mieszkańcy odprowadzali nas czujnymi spojrzeniami, ale nikt nie próbował nas zatrzymywać. Na sznurowy mostek wszedłem jako pierwszy.

Podszedłem do najbliższego kontenera. Wewnątrz kobieta pichciła w stalowej beczce; dostrzegłem w wywarze pływające warzywa, ale reszty składników nie potrafiłem rozpoznać. Za stoliki służyło kilka drewnianych skrzyń, a na ściennych półeczkach niemrawo dopalały się świece. Mimo surowych warunków było tu całkiem przytulnie. W narożniku siedziały dwie inne klientki.

— Dzień dobry, przyjechaliśmy z Crockett Garden Falls — zagaiłem, wpatrując się w polewkę. — Szukamy kapitana statku płynącego do Seattle. Wie może pani, gdzie go znaleźć?

— Suszone wodorosty, małże wyciągane z wraków — dziś sama zbierałam — do tego pokrzywy, dużo soli i warzywa z naszego ogródka — wyliczyła, wskazując głową na jeden z pobliskich magazynów portowych.

— Słucham? — zapytała Sara nieco zdziwiona.

Kobieta parsknęła śmiechem.

— Widzę przecież, jak patrzycie na tę zupę — skwitowała rozbawiona.

— Przepraszam. Zastanawiałem się, czym są te zielone liście — wskazałem na pływające w beczce glony. — Teraz już wszystko jasne. — Przesunąłem kciukiem po krawędzi stołu i położyłem tuż obok kuchennego noża parę złotych kolczyków. — Poproszę pięć porcji. Uznałem, że to powinno wystarczyć. Lata temu, podczas jednego z wypadów, obłowiłem się w kosztowności na bogatym ranczu. Od tamtej pory traktuję tę biżuterię jako twardą walutę.

— Nie interesują mnie błyskotki — rzuciła sucho kobieta, nawet nie spoglądając w ich stronę.

— A co panią interesuje? — Sammy natychmiast wysunęła się przed szereg, rozchylając swoją torbę. — Może witaminy? Mam też trochę tytoniu…

— Tytoń chętnie — oczy kucharki natychmiast się rozbłysły. — Ciężko u nas o to.

— Trzydzieści gramów? — Sammy odważyła porcję na obitej wadze szalkowej, która stała w rogu blatu.

— W sam raz. Usiądźcie, gdzie chcecie, zaraz wam podam. A kapitan Finn? Jego łajba stoi zacumowana tuż za ruinami diabelskiego młyna. W tamtą stronę — wskazała ręką kierunek. — Na pewno traficie. To wielki żaglowiec, ma na burcie wymalowany napis „Odrodzenie”.

W rzeczywistości nie musieliśmy szukać kapitana. Przypadkiem zaszedł do tawerny na szklankę rumu i osobiście zaprowadził nas na nabrzeże. Trzeba było widzieć minę Laury.

— Jak coś tak ogromnego w ogóle unosi się na wodzie?! — zapytała, mówiąc właściwie do samej siebie.

Mężczyzna usłyszał to i z uśmiechem położył jej dłoń na głowie.

— Wyporność, moja droga, no i oczywiście odpowiedni kształt kadłuba. Słyszałaś kiedyś o prawie Archimedesa?

— Niestety nie, proszę pana — bąknęła Lu, spuszczając wzrok z zawstydzoną miną.

Sara stanęła w jej obronie:

— Uczymy dzieci pisać i czytać, znają też podstawy matematyki. W osadzie omawialiśmy nawet klasykę literatury.

Na chwilę zawahała się, jakby szukała słów.

— Robiliśmy, co mogliśmy, ale żadne z nas nie miało głowy do nauk ścisłych.

Przerwała, poprawiając plecak na ramieniu.

— Dlatego zabrałam ze sobą to. — Wyciągnęła z niego sfatygowany tomik. — Moby Dick Hermana Melville’a. Będziemy ją wspólnie czytać w podróży.

— Super…

Mała nie wyglądała na szczególnie zachwyconą perspektywą lektury, wydała z siebie miękkie „mh”.

— Droga pani! Szczerze podziwiam — powiedział Finn z uznaniem. — W takich czasach edukacja dzieci, choćby najprostsza, to wyczyn zasługujący na szacunek.

Statek przytłaczał. Kapitan wyjaśnił nam, że to czteromasztowy bark z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku, być może ostatni windjammer świata. Miał potężny stalowy kadłub, sto metrów długości i czternaście szerokości.

W porcie paliły się dziesiątki lamp olejowych, pochodni i ulicznych piecyków, które dawały mnóstwo ciepła i światła. Jak się dowiedziałem, w pochodniach spalano głównie rybi tłuszcz. Wokół panował spory ruch — robotnicy transportowali na pokład najróżniejsze skrzynie, pakunki i beczki. Do zasilania mechanicznych podnośników używano kieratów, w których zamiast ludzi czy zwierząt chodziły zombie. Wszystkie były całkowicie pozbawione zębów i rąk. Te same kieraty podłączono też do generatorów, ciągnących prąd na LED-y i podstawowe sprzęty.

— Niegłupi wynalazek — zauważyłem z szerokim uśmiechem, zwracając się do kapitana.

— Prawda? Nie męczą się, a kiedy ich resztki w końcu się rozsypią, po prostu bierze się następnych. Niezwykle wygodne rozwiązanie.

Byłem zdumiony. Pomysł wykorzystania żywych trupów jako darmowego źródła energii brzmiał równie szalenie, co genialnie.

Gdzieś między zabudowaniami rozległo się głośne ryczenie osła, a chwilę później poczułem znajomy zapach zwierzęcego łajna.

Na pokład weszliśmy po trapowej kładce. Kapitan wskazał nam dwie sąsiednie kajuty: jedną zajęliśmy we trójkę, z Laurą, a drugą wzięły Sammy z Ginny. Na głównym deku znajdowało się kilkadziesiąt podobnych kabin, a powyżej poziomu chodnika spacerowego wisiały rzędy szalup ratunkowych. Schody prowadziły w różne strony, łącząc wyższe i niższe kondygnacje. Kapitan pokazał nam jeszcze sterówkę — gdzie, jak zaznaczył, najłatwiej go zastać — a także kambuz, mesę oraz pomieszczenia sanitarne.

Statek był zadbany, pomalowany na biało-niebiesko, z jaskrawoczerwonym dnem. Załoga liczyła dwadzieścia osób, ale na pokładzie kręciło się znacznie więcej ludzi. Wniosek nasunął się sam: kapitan zabierał z Houston nie tylko towary handlowe, ale też takich jak my — szukających lepszego jutra w nieznanym świecie. Pielgrzymów martwej ery.

23 października 2031

Obudziły nas wystrzały. Wybiegłem z kajuty, niemal taranując na korytarzu Ginny.

— Co się dzieje?! — Sara stała tuż za mną, w pośpiechu naciągając buty. — Laura! Zostań w pokoju! Nie wychodź, dopóki po ciebie nie wrócimy! Patrzyła na małą wzrokiem, jakiego u niej jeszcze nie widziałem: surowym, ale sparaliżowanym strachem.

— Kto to jest?! — próbowałem dostrzec twarz mężczyzny, który wykrzykiwał rozkazy przez megafon. Czegoś szukał. Ludzie z bronią w ręku przeczesywali port. Część już wchodziła na pokład.

— Jak oni się tu dostali?!

— Prawdopodobnie od strony morza — kapitan Finn wyrósł obok Sammy, która z nerwów obgryzała paznokcie do krwi.

— Od morza?!

Zastygła na moment. Żołnierze brutalnie spychali ludzi w stronę nabrzeża.

— Wszyscy schodzić ze statku! Ruchy!! — wrzasnął jeden z nich, strzelając w powietrze.

Ustawili nas w równym szeregu. Wokół niósł się płacz i krzyki. Kilka osób próbowało stawiać opór — padli zanim zdążyli krzyknąć. Strzały były krótkie, zimne, bez wahania. Ich ciała osunęły się w oleiste błoto.

Trzymaliśmy Laurę kurczowo za ręce. Pomyślałem, że prędzej dam się zabić, niż pozwolę im ją zabrać.

Ich przywódca podszedł bliżej.

— Nazywam się Trevor Black. Od dłuższego czasu poszukuję odpornych o specyficznych cechach, którym oferuję… zatrudnienie w moich elitarnych jednostkach.

Zsunął kaptur, odsłaniając twarz. Rozpoznałem go natychmiast — potężna, czerwona blizna przecinała jego policzek. To on stał za łapankami?! Spotkałem go jeszcze na samym początku epidemii. Nie mogłem uwierzyć, że to naprawdę on. Przez chwilę próbowałem połączyć wszystkie fakty.

Wolnym krokiem przeszedł wzdłuż szeregu. Tuż za nim kroczył pomocnik, niosąc na srebrnej tacy odciętą, wciąż poruszającą się głowę zombie.

Jeśli potwór nie reagował na stojącego przed nim człowieka, oznaczało to jedno — ta osoba była wcześniej ugryziona i przeżyła.

W tłumie liczącym blisko sześćdziesiąt osób zdążyli już wyłowić trzech takich nieszczęśników. Każdego natychmiast odciągano na bok i krępowano.

Dziewczyny spojrzały na mnie błagalnie. W ich oczach malowała się panika.

Wymyśl coś.

Nagle z końca mariny błysnęło światło.

Port zaczął tonąć w kolejnych eksplozjach. Beton rozerwało. Odłamki poszybowały kilka metrów w górę.

Nad naszymi głowami pruły ciężkie karabiny maszynowe.

— Uciekajcie na statek!! — ryknął kapitan Finn, gdy kadłub ,,Odrodzenia’’ zaczął odrywać się od nabrzeża.

— Biegnijcie!! — wrzasnąłem, podając Sarze Laurę.

Ogień z pokładu przygwoździł żołnierzy Blacka do wielkich falochronów.

Most sznurowy miał zaledwie dziesięć metrów.

Wpadłem na kładkę w chwili, gdy ktoś odrąbywał jej drugi koniec siekierą. Boczne liny szarpnęły się i puściły, a cała konstrukcja przechyliła się w dół jak spadająca huśtawka. Miałem może sekundę, zanim runęła do wody. Rzuciłem się do przodu, ile sił w nogach.

Eksplozje wstrząsnęły zatoką.

Asfalt i metal tańczyły w powietrzu.

Poczułem ostre ukłucie poniżej pasa. Lepka krew zalała mi dłoń.

Upadłem.

Czyjeś silne ręce ciągnęły mnie wzdłuż poręczy, gdy powietrze rozdarł kolejny wybuch.

Podniosłem głowę.

Na krawędzi molo stał on. Twarz osmalona, zakrwawiona.

Oprawcy sypali ogniem w kadłub statku.

Obraz zaczął się rozmywać.

Wszystko zniknęło.

24 października 2031

Oprzytomniałem w środku nocy i poczułem, że łóżko pode mną delikatnie, miarowo się kołysze. Na sąsiedniej pryczy spały splecione w uścisku Sara i Laura. Zerknąłem na brzuch — bielił się na nim ciasno owinięty bandaż.

Wstałem z wysiłkiem i podszedłem do małej komódki, chcąc nalać sobie wody. Pomieszczenie było ciasne, wyposażone w jeden okrągły iluminator. Oprócz dwóch łóżek stała tu przeszklona szafka z medykamentami, stół, a na nim stetoskop, zakrwawione opatrunki, metalowe narzędzia chirurgiczne oraz wyciągnięta kula spoczywająca na dnie metalowej miski. Nad głową niemrawo świeciła żarówka. Zakaszlałem cicho.

— Czyś ty do reszty oszalał, Walsh?! — Sara fuknęła tak głośno, że szklanka wypadła mi z rąk i z brzękiem rozbiła się na podłodze. — Dopiero co lekarz zdołał zatamować krwawienie! Kładź się na to łóżko, bo sama pójdę po pistolet i cię zastrzelę!

Laura obudziła się i natychmiast mocno mnie objęła.

— Pan doktor operował cię bardzo długo. Mówił, że kula o włos minęła jakiś ważny narząd — płakała, mocząc mi koszulę.

— Nic mi nie jest, kochanie, już wszystko dobrze — przycisnąłem jej głowę do piersi.

Kiedy mała wtuliła się we mnie, zrozumiałem jedno: nie mam prawa zginąć. Nie teraz.

— Kładź się, Walsh! Nie żartuję — Sara surowym gestem wskazała na materac.

— I co powiesz lekarzowi? Po tym, jak mnie zastrzelisz, oczywiście — uśmiechnąłem się blado.

— Grabisz sobie, kolego — ochrzaniła mnie, ale w jej oczach pojawiła się ulga. Jej wzrok zatrzymał się na Laurze, która wciąż kurczowo trzymała mnie w pasie.

— Daj tacie się położyć, Lu. Już jest bezpieczny.

Większość ludzi z portu przedarła się na pokład w ostatnich sekundach. Choć samo miejsce pewnie już nie istniało. Najważniejsze, że Ginny i Sammy dopadły trap, zanim „Odrodzenie” odbiło. Obie przyszły do mnie o świcie.

— Przyniosłam ci sałatkę — Ginny uśmiechnęła się szeroko, przekraczając próg. — Ale Samantha ma coś znacznie lepszego.

Wyciągnąłem ręce po talerz, witając się z nimi uśmiechem, a moje oczy natychmiast powędrowały w stronę ukrytej za plecami Sammy butelki.

— A słowo „dziękuję” to gdzie? — droczyła się Ginny, cofając pakunek.

— Poważnie? — przewróciłem oczami. — Dziękuję, o łaskawa pani, za przyniesienie…

— Dobra, trzymaj już — przerwała mi ze śmiechem, robiąc zabawną minę. — Tylko wypij to, zanim wróci Sara, bo ochrzani nas wszystkich.

Zanim skończyła mówić, ja zdążyłem już opróżnić połowę butelki.

— Dobra z ciebie kobieta, Sammy — ziewnąłem. W kajucie zrobiło się przyjemniej. — Co słychać na pokładzie?

W tym momencie do pomieszczenia wszedł wysoki mężczyzna. Rzucił mi szybkie spojrzenie.

— Mam na imię Tim, jestem lekarzem. Jak się czujesz? Sprawdźmy ten opatrunek.

— Jasne, śmiało. Jestem Adam.

— To Sara nas przysłała, żebyśmy cię nakarmiły — bąknęła Sammy, z uwagą obserwując, jak mężczyzna sprawnie odwija zwoje bandażu.

— Nie wygląda to źle. Widziałem gorsze rzeczy — ocenił, oglądając dziurę po postrzale. — Kula trafiła w żebro, ale ominęła płuca. Masz szczęście. Mięśnie oberwały, ale rana jest czysta.

— Mogę wyjść na świeże powietrze?

Gdy zrobiłem do dziewczyn smutne oczy, mężczyzna się roześmiał.

— Jeśli przyjaciółki ci pomogą, to tak. Ale żadnego wysiłku. — Tim dotknął mojego tatuażu na piersi. — Semper Fidelis… dobrze, że zdążyłem cię wyrwać znad grobu.

Podwinął rękaw swojej bluzy. Na przedramieniu nosił podobny, wojskowy wzór Marines.

— Semper fi, doktorze.

Zjadłem to, co przyniosła Ginny, po czym, podtrzymywany przez obie, wyszedłem na pokład spacerowy.

Gdy dziewczyny odeszły, usiadłem na jednym z leżaków, oparłem się o podrdzewiałą barierkę i zapatrzyłem w bezkres oceanu. Po chwili zjawił się Finn — musiały mu szepnąć, że już jestem na nogach.

— Dzień dobry. Jak zdrowie? Reflektujesz kropelkę rumu? — zapytał, sprawnie odkorkowując butelkę.

— Kapitanowi nie odmówię.

— To dobry znak, jeśli nie dostałeś gorączki.

Odstawił flaszkę. Wycierał okulary. Ja mierzyłem horyzont, wokół była tylko woda.

— Gdzie my właściwie jesteśmy? Nie widać lądu.

Finn zaśmiał się.

— I szybko go nie zobaczysz. Dryfujemy pośrodku Zatoki Meksykańskiej.

Zmarszczyłem brwi.

— A dokąd płyniemy?

— Najpierw w stronę Kanału Panamskiego. Będziemy trzymać się zachodniego wybrzeża i kierować na Seattle.

— To mam się przyzwyczaić do oceanu, bo długo się go nie pozbędę?

Między nami przefrunęła piłka. Jakieś dzieciaki grały w nogę.

— Uważajcie trochę z tym!

Finn krzyknął w ich stronę i pogroził im palcem. Oparł się o reling.

— Musimy uważać na prądy, burze i sztormy. Morze potrafi być gorsze od trupów.

Parsknąłem śmiechem. Odebrałem mu butelkę i pociągnąłem porządny łyk. Alkohol przyjemnie rozlał się po gardle.

— Mam nadzieję, że umiesz prowadzić tę krypę. Bez urazy.

Przesunął palcem po linii szczęki.

— Pływam nią od początku apokalipsy. Wcześniej stała w muzeum portowym, w którym pracowałem.

— Czyli byłeś marynarzem?

— Nie. Przewodnikiem.

Roześmiałem się.

— To uspokoiłeś mnie jeszcze bardziej.

Kapitan wzruszył ramionami.

— Rzeczywistość zmusiła mnie do szybkiej nauki. Znam się na nawigacji. Umiem korzystać z sekstantu, chronometru i map. A załoga przez te lata nauczyła się wszystkiego, co potrzebne.

Klepnął dłonią w poręcz.

— Najważniejsze, że statek nadal działa. Hydrogenerator daje nam prąd. Mamy odsalacz, więc nie brakuje wody. No i codziennie łowimy ryby.

— Czyli nie umrzemy z głodu?

— Jeszcze nie dziś.

Oddałem mu rum, obserwując bezkresną taflę morza. Tylko wiatr i skrzypienie lin. Nie byłem pewien, czy to uspokajające, czy wręcz przeciwnie.

Wieczorem, wspierając się na kuli, powoli obchodziłem pokład. Drobny deszcz bębnił delikatnie o deski i blaszane zadaszenia, wybijając charakterystyczny, synkopowany rytm. Powietrze pachniało intensywnie solą. Choć noc była ciepła, narzuciłem na ramiona lekki płaszcz. Wokół panowała nieprzenikniona, gęsta ciemność. Tarcza księżyca odbijała się w falach, ale poza nikłymi światłami statku i rozgwieżdżonym niebem nie było żadnych punktów odniesienia. Jakbyśmy nie płynęli wodą, lecz dryfowali gdzieś w nieskończonej pustce kosmosu. Wprost ku Drodze Mlecznej. Pod zadaszeniem co kilka metrów jarzyły się żarówki, rozświetlając stumetrowy pokład. Okrążyłem jednostkę, wymieniając skinienia głowy z innymi pasażerami, którzy — tak jak ja — szukali ukojenia w spacerze lub stali przy burtach, wpatrując się w czarną otchłań. Minąłem nawet kobietę, która uprawiała wieczorny jogging.

Z nudów liczyłem: naliczyłem dokładnie pięćdziesiąt pięć kajut, cztery poprzeczne korytarze łączące obie burty oraz pięć par kręconych schodów prowadzących na górny pokład i jedną schodzącą pod deck.

Na samym dziobie znajdowało się kilka przykręconych na stałe ławek, osłoniętych arkuszami z przezroczystego, zmatowiałego plastiku, który chronił pasażerów przed chłostą wiatru i fal. Na rufie z kolei zorganizowano stanowiska wędkarskie — akurat dwóch mężczyzn z wysiłkiem wyciągało z wody potężną, ponadmetrową sztukę. Druga ryba, z odciętą już głową, leżała na deskach tuż obok. Przechodząc, musiałem mocno uważać, by nie wdepnąć w kałużę jeszcze parującej krwi. Dostrzegłem też dwie pary potężnych wrót do ładowni — na dziobie i rufie. Za nimi ciągnęły się szerokie stopnie, ale pasażerowie mieli tam kategoryczny zakaz wstępu.

Korzystając ze schodów rufowych, skierowałem się na pokład kapitański. Był znacznie skromniejszy od głównego. To tutaj mieściły się sterówka, kajuty załogi, mesa oraz okrętowy kambuz. Z konieczności jedno z pomieszczeń o powierzchni około osiemdziesięciu metrów kwadratowych zaadaptowano na wspólną świetlicę. Zgromadzono tam gry planszowe, puzzle, książki, instrumenty muzyczne, stare konsole, telewizory, a nawet projektor. Wnętrze ewidentnie powstało z wyburzenia kilku mniejszych kabin — stały tu miękkie sofy, kanapy i fotele, a podłoga mieniła się różnymi odcieniami zielonej, szarej i czerwonej wykładziny. Do tej oazy spokoju prowadziły trzy niezależne wejścia.

Usiadłem na jednej z sof obok szczupłej kobiety o imieniu Alyssa i chwyciłem klasyczną gitarę. Stary Fender — odrapany, obity, w kolorze podpalanego brązu, z wyraźnym pęknięciem przy otworze rezonansowym. Od lat nie miałem instrumentu w rękach, ale nastrojenie gryfu przyszło mi równie łatwo jak oddychanie: E, A, D, G, H, E. Struny zabrzmiały znajomo, aż mimowolnie się uśmiechnąłem.

Nie wiem, dlaczego, ale wybrałem utwór, który napisałem jeszcze jako nastolatek, gdy grywałem z dwójką kumpli w garażowej kapeli. Śpiewałem, akompaniując sobie prostymi akordami: e-moll, C-dur, G-dur, D-dur. Imperatyw.

Ostatni dziewiczy śnieg na południowych stokach Montany. Gdym już blady jak płótno obrazu, konający od dnia narodzin.

Podróży miłosnej szranki, kochanek we łzach kochanki. Pomódl się za mnie, aniele, przy głazie z moim imieniem.

W ostatnich chwilach Syzyfa, na ganku przed swoim domem, w objęciach twoich się kajam, zimnym już patrzywszy wzrokiem.

Zostawiając cię w nadziei, „Ruszaj w kamasz” — usłyszałem. Nie poznałem cię, córeczko, bo za kraj życie oddałem…

Może zacząłem go grać przez Montanę? A może ze względu na świadomość, że w obecnych czasach ciężko nawet o głaz z własnym imieniem.

Kolejne dni upływały spokojnie. Morze było łagodne…

1 listopada 2031

Dopływaliśmy właśnie do Isla Contoy, niedaleko Cancún, gdy dopadł nas paskudny, tropikalny sztorm. Błyskawice rozświetlały niebo co ułamek sekundy, a huk grzmotów mieszał się z deszczem lejącym się z góry tak gęsto, że pokład całkowicie znikał nam z oczu. Ocean wdzierał się na statek, kładąc swoje mokre łapy na deskach naszego nowego domu. Kapitan podjął decyzję o zarzuceniu obu kotwic w niewielkiej zatoczce — tylko tam mogliśmy liczyć na choć odrobinę osłony przed nieobliczalnym żywiołem. Kilku mężczyzn uważało, że powinniśmy natychmiast zejść na ląd i przeczekać najgorsze, a wrócić na żaglowiec dopiero, gdy burza osłabnie. Pomysł był rozsądny i sam kapitan go rozważał, choć wolał nie proponować tego głośno spanikowanemu, przemoczonemu tłumowi.

— W takim razie kto pójdzie zbadać teren? — zapytał Finn. Jego szorstki głos uciął wszelkie dyskusje jak nóż.

W sterowni zapadła cisza, przerywana jedynie kapaniem wody z naszych ubrań i dzwonieniem zębów z zimna.

— Ja pójdę — podniosłem rękę.

Sara natychmiast chwyciła mnie za ramię.

— Nie możesz! Dopiero co doszedłeś do siebie po postrzale! — w jej oczach malowało się czyste przerażenie.

— Kochanie, to nie było złamanie ręki, wszystko już gra — próbowałem udobruchać ją uśmiechem.

— Mówisz o ranie, którą ledwie przeżyłeś?! — Ścisnęła mocno moją dłoń. — Nie możesz iść. Nie teraz. A co z Lu? — W jej spojrzeniu dostrzegłem chłód, ale pod nim tliła się bezgraniczna troska.

Statek kołysał się coraz gwałtowniej, a pioruny waliły tak blisko, że czułem fizyczne drżenie w klatce piersiowej.

— A jeśli coś ci się stanie? Co my same zrobimy w Seattle? Przecież możemy nawet nie odnaleźć człowieka, który ma nas przerzucić na wyspę do Kate! Nie chcę, żeby coś ci się stało… palancie.

Pojedyncza łza spłynęła po jej policzku. Otarłem ją kciukiem i pocałowałem miejsce, w którym przed chwilą była.

— Będzie dobrze — szepnąłem, próbując ją rozchmurzyć.

Do wyjścia na brzeg zgłosiło się jeszcze dwóch mężczyzn oraz Ginny — większa grupa nie miała sensu. Zeszliśmy ostrożnie na spróchniałe, cuchnące stęchlizną molo. Stare sieci i porzucony sprzęt rybacki walały się na całej jego długości. Nie brakowało też zwłok, na szczęście wyglądały na dawno zmarłe, co dawało niemą nadzieję, że wyspa od dłuższego czasu pozostawała opuszczona.

Może nie będzie tak źle, pomyślałem.

Serce waliło mi jednak tak mocno, że niemal zagłuszało sztorm. Rana po kuli pulsowała tępym, głębokim bólem. Ciężkie tąpnięcia naszych butów i skrzypienie desek niosły się daleko, niesione ryczącą wichurą. Światło dnia powoli gasło, choć jeszcze przed momentem podziwialiśmy z pokładu krwawy zachód słońca. Moi kompani milczeli, posuwając się naprzód z ponurą determinacją.

Zeszliśmy z pomostu, który zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Przed nami stał budynek z pordzewiałej blachy falistej, obłożony starymi oponami. Na wietrze potępieńczo hałasowały wiszące na elewacji łańcuchy, a resztki szarego światła ledwie przebijały się przez zabłocone okna. To właśnie stamtąd uderzał w nas potworny odór rozkładu.

Usłyszeliśmy narastające szuranie — i z mroku wyłonił się on.

Stał nienaturalnie wyprostowany. Patrzył na nas niemal ludzkim wzrokiem. Był groteskowo wychudzony, a jego skóra miała matową, siną barwę. Opadł na cztery kończyny, wrzasnął dziko i odbił się od piasku, skacząc na jednego z moich towarzyszy. Powalił go z impetem, ciskając nim o ziemny nasyp. Zębami wyrwał mu z szyi potężny płat mięśnia — krew buchnęła gwałtowną kaskadą, barwiąc pobliską kałużę. Przeraźliwy wrzask konającego przebił się przez ryk wichury. Potwór dosłownie odgryzał mu głowę.

Ginny ruszyła na niego bez cienia wahania, z wysoko uniesionym nożem. Bestia nawet nie drgnęła — do tej sekundy oboje byli dla siebie niewidzialni. Dziewczyna wzięła zamach. Ostrze przecięło powietrze i było już o włos od skroni trupa, gdy ten, z nieludzkim refleksem, przechwycił jej rękę w pół ruchu.

Ich spojrzenia się zderzyły. Widziałem, że Ginny próbowała krzyknąć, ale szok odebrał jej głos. Potwór, wykręcając jej nadgarstek, odwrócił trzymany przez nią nóż i jednym, potężnym szarpnięciem wbił go jej prosto pod żebra. Jej ciało wygięło się w skurczu. Z ust wyrwał się krótki, stłumiony dźwięk — zrodzony bardziej z niedowierzania niż z bólu.

Zanim zdołałem jakkolwiek zareagować, stwór runął na nią, szarpiąc zębami i powalił ją na deski pomostu. To, co nastąpiło, przyszło jak cios.

— Nie! — Ryknąłem i ruszyłem przed siebie.

Wściekłym kopnięciem zwaliłem potwora z Ginny, z całych sił wbiłem maczetę prosto w jego twarz. Ostrze z chrzęstem zatrzymało się na kości czaszki. Klęczałem na jego piersi, szarpiąc za rękojeść, ale stal utkwiła zbyt głęboko.

Wtedy stało się coś jeszcze straszniejszego. Bryan, który do tej pory stał obok jak sparaliżowany, rzucił się do panicznej ucieczki w stronę statku. Leżąca na deskach Ginny otworzyła oczy. To, co stało się później, trwało zaledwie sekundę.

Zerwała się i ruszyła za nim, poruszając się z dziką, nienaturalną szybkością. Dopadła go, zanim zdążył zrobić kolejny krok. Przysiągłbym, że z jej zniekształconych, zakrwawionych ust padło beznamiętne słowo: „Śmierć…”. Czy to, co widziałem, było w ogóle możliwe?!

Podniosłem z ziemi jej upuszczony nóż, zostawiając zablokowaną w trupie maczetę. Ginny odwróciła się i rzuciła na mnie z obnażonymi zębami. Z jej ust toczyła się gęsta, ciemna posoka, ale w powietrzu wciąż wyraźnie czułem zapach różanego mydła, którego użyła dzisiejszego poranka. Powaliła mnie z wściekłym impetem. Moja głowa z głuchym hukiem uderzyła o twarde deski molo. Nasze twarze niemal się stykały, a jej palce zaciskały się na moich ramionach z siłą imadła. Na moment ten koszmar zagłuszył nawet ryk huraganu.

W tej jednej sekundzie świat przestał istnieć. Byliśmy tylko my — ja i makabryczne odbicie dziewczyny, którą uważałem za siostrę. Patrzyłem w jej źrenice, ale nie odnalazłem w nich ani śladu człowieka. Chwyciłem jej nadgarstek i wykorzystując masę jej własnego ciała, zdołałem ją odepchnąć, jednocześnie z całej siły kierując ostrze prosto w jej prawy oczodół. Usłyszałem obrzydliwy zgrzyt pękającej kości i poczułem opór.

Zamarła z otwartymi ustami. Zsunąłem jej bezwładne ciało na bok i opadłem na deski. Dyszałem ciężko, próbując złapać haust powietrza. Próbując to wszystko poukładać w głowie.

— Adam! Wszystko w porządku?! Nic ci nie jest?! Czy to Ginny?! — Głos Sary przeciął nawałnicę. Stała na rufie żaglowca, po czym osunęła się na kolana i wybuchła spazmatycznym płaczem. Jej rozpacz rozrywała serce, brzmiąc głośniej niż deszcz.

— Widzieliście to?! — wycharczałem, wciąż leżąc na plecach i wpatrując się w burzowe chmury. — Przecież trupy jej nie ruszały! A on zabił ją nożem! Jak to jest w ogóle możliwe?!

Wstając z trudem, podniosłem z ziemi masywny metalowy element i cisnąłem nim w blaszaną ścianę budynku. Ogłuszający huk odbił się rykoszetem od pustkowia. Nic nie wyszło ze środka. Poczułem ulgę.

Wkrótce na molo zszedł kolejny mężczyzna ze statku i wspólnie obiegliśmy resztę wyspy. Przy samym brzegu natknęliśmy się na mały bar — doszczętnie zrujnowany przez pogodę, z powybijanymi szybami. Jego właściciele od lat nie żyli. Wokół walały się dawno rozłożone ciała, porozrzucane ozdoby, naczynia i poprzewracane krzesła. Trzy wraki kutrów tkwiły do połowy zakopane w piachu, a obok gniło kilka mniejszych łódek. I wszędzie śmieci: postrzępione żagle, stare sieci, plastikowe skrzynki, porzucone zabawki i zgniłe truchła ryb.

Wyspa była niewielka, mocno podmyta przez fale i porośnięta zaledwie kilkudziesięcioma drzewami. Blaszana hala, którą znaleźliśmy na początku, okazała się jednak wystarczająco stabilna, by posłużyć za tymczasowe schronienie dla czterdziestu osób z naszego statku. Tymczasem „Odrodzenie” potężnie miotało się na falach, sam Neptun próbował wciągnąć stalowy kadłub w głębiny. Modliłem się w duchu, by szalejący sztorm nie zerwał go z kotwic.

Rozpaliliśmy ogień w metalowym korycie i czekaliśmy na świt. Żal ścisnął mi gardło na myśl o poległych. Wciąż słyszałem w głowie rozpaczliwy szloch Sary i Sammy, zlepionych ze sobą w płaczu, gdy schodziły z pokładu. W tym świecie każdy z nas musiał liczyć się z nagłym końcem — ale zginąć akurat w Dzień Wszystkich Świętych? To brzmiało jak ponury, makabryczny prima aprilis.

2 listopada 2031

Wewnątrz blaszanej hali zdążyło się już nieco nagrzać. Dochodziła druga w nocy. Wiatr i fale monotonnie uderzały w ściany, nie dając większości z nas zasnąć. W kółko rozmawialiśmy o tym, co wyraźnie widziałem ja i dwie inne pasażerki. Ten trup zabił Ginny nożem. To nie była kwestia mojej wyobraźni.

Wysepka sprawiała wrażenie całkowicie opustoszałej, oby więc ten konkretny zombie był tylko odchyłem od utartej od lat normy nieumarłych. Choć pamiętam przecież tych, na jakich zdarzało nam się natykać w Texasie. Czy na naszych oczach działo się coś, co kompletnie nam umykało? Czy ten wirus się zmieniał?

Z kilku rzędów drewnianych palet ułożyliśmy prowizoryczną podłogę, która miała choć trochę odgrodzić nas od podmokłego gruntu. Zastanawiałem się, czy ten koszmar kiedyś się skończy. Czy świat choć w małej części wróci jeszcze w ludzkie ręce?

Sara siedziała przy żarzącej się, glinianej misie. Patrzyła w płomienie, jakby próbowała w nich znaleźć cokolwiek, co mogłoby ją uspokoić.

Wzięła głębszy oddech.

— Wiesz, Adam… boję się. Boję się, że kiedy następnym razem wydarzy się coś koszmarnego, nie będę już miała siły wstać następnego dnia.

Jej głos był pusty, bez choćby cienia nadziei.

Milczałem.

W końcu opadła i zasnęła. Podłożyłem Lu plecak pod głowę i okryłem jej drobne ramiona płaszczem.

— Tato… na pewno nie ma ich na wyspie więcej? Nie zrobią nam tego, co cioci Ginny? — w jej głosie pojawiło się napięcie. Musiała usłyszeć zapewnienie o bezpieczeństwie, żeby w ogóle zmrużyć oko.

— Tak, skarbie. Był tylko jeden. Drzwi są solidnie zamknięte, jesteśmy tu wszyscy razem. Wszystko jest w porządku. — Uśmiechnąłem się krótko, żeby ją uspokoić, i pogładziłem ją po włosach.

Rankiem obudził mnie chlupot kroków w lodowatej wodzie. Otworzyłem oczy — dziewczyn nie było w pobliżu. Dostrzegłem za to Daniela Sandersa, pierwszego oficera. Siedział na drewnianej skrzynce przy koksowniku i z ponurą miną piekł mewę nad żarem.

— Cześć, Dan. Widzę, że większość załogi już na nogach. — Wziąłem łyk z manierki, przepłukałem usta i oderwałem sobie kawałek mięsa. — Co ze statkiem? — To pytanie ciążyło mi na sercu przez całą noc.

— Statek… — zamyślił się, zanim w ogóle raczył odpowiedzieć. Podszedłem bliżej, a on podniósł na mnie zmęczony wzrok. — Odsalacz jest poważnie uszkodzony. Mamy zapas słodkiej wody na niecałą dobę. Wczoraj