Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Trzeci tom uniwersum „Dzieje Końca Świata”
Dzieje Końca Świata: Joe Thornwell
Sześć lat po Upadku świat wciąż nie podniósł się z kolan.
Joe Thornwell przemierza zrujnowaną Montanę, kierowany jedną myślą – odnaleźć swoją żonę, Olivię, porwaną przez ludzi tajemniczego Blacka. Każdy kolejny dzień przynosi nowe zagrożenia: nieumarłych, bezwzględnych ocalałych i przerażające istoty będące efektem eksperymentów prowadzonych na ludziach.
Gdy Joe trafia do ukrytej społeczności ocalałych, odkrywa, że za epidemią i powstaniem Hybryd kryje się znacznie więcej, niż ktokolwiek przypuszczał. Aby ocalić ukochaną i powstrzymać człowieka odpowiedzialnego za niewyobrażalne zbrodnie, będzie musiał zawrzeć niebezpieczny sojusz i wkroczyć do samego serca wroga.
Po drodze spotyka ocalałych, którzy z ruin próbują zbudować coś na kształt nowej cywilizacji: wojowniczą Dee, niepokornego Raya,Blacksmitha – naukowca, który wie o wirusie więcej niż ktokolwiek, oraz społeczności ukryte w tunelach, lasach i podziemiach. Każde z tych miejsc żyje własnymi zasadami. Każde jest niebezpieczne. Każde może być ostatnim.
Dzieje Końca Świata: Joe Thornwell to pełna napięcia powieść postapokaliptyczna, łącząca dynamiczną akcję, survival, tajemnicę i emocjonalną historię człowieka, który nie zamierza pogodzić się ze stratą. To opowieść o nadziei, odkupieniu i walce o człowieczeństwo w świecie, który dawno przestał być ludzki.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 113
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Krzysztof Zdanowski
Dzieje Końca Świata: Joe Thornwell
Ex Tenebris Press
Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni.
— Friedrich Nietzsche.
© 2026 Krzysztof Zdanowski Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana w systemach wyszukiwania ani przekazywana w jakiejkolwiek formie — elektronicznej, mechanicznej, fotograficznej, nagraniowej lub innej — bez uprzedniej pisemnej zgody autora, z wyjątkiem krótkich cytatów w recenzjach i opracowaniach krytycznych.
Pierwsze wydanie: 2026
ISBN: 978-83-981965-5-0
Ex Tenebris Press
Krzysztof Zdanowski
Dzieje Końca Świata: Joe Thornwell
Prolog
Kolejne mroźne popołudnie. Piszę to z niewielkiej łódki, łowiąc ryby. Drugi dzień z rzędu.
Wciąż powtarzam sobie, że odnajdę Liv. Że jeszcze ją zobaczę. Że gdzieś tam, za kolejnym lasem, za kolejnym pustkowiem, czeka na mnie. Ale z każdym rankiem ta myśl waży coraz mniej.
Jestem w drodze prawie od dwóch miesięcy. Policzki mi się zapadły, ubrania wiszą na mnie jak na kimś obcym. Nie wiem, ile jeszcze wytrzymam. Na razie trwam.
Siedzę na tej cholernej łodzi i gapię się w spławik, jakbym miał w nim znaleźć odpowiedź. Dryfuję pośrodku Hauser Lake, przy jednej z opuszczonych platform serwisowych. Traktuję to miejsce jak tymczasowe schronienie. Na lądzie jest zbyt wiele miejsc, w których trupy mogłyby mnie dopaść. Tutaj przynajmniej widzę wszystko wokół.
To nie znaczy, że jest dobrze. Wilgoć wchodzi w kości. Zimno ciągnące od wody nigdy nie znika.
Improwizuję więc. Przed zmierzchem napełniam plastikowe butelki wrzątkiem z ogniska rozpalonego na brzegu, owijam je ciuchami i wsuwam na dno śpiwora. Platformę wyłożyłem gałęziami i mchem, żeby choć trochę odizolować się od zmarzniętego metalu.
Wieczorem podpalam puszkę wypełnioną rybim tłuszczem. Światła daje niewiele, ale dość, żebym pamiętał, że jeszcze żyję.
Najgorsza jest cisza. Człowiek zostaje sam ze swoimi myślami, a moje zawsze rwą się do tamtego dnia.
Prolog II
Wracałem z długiego polowania. Byłem może dwa kilometry od fortu, kiedy zobaczyłem dym. Czarny słup unoszący się nad drzewami. Przez pierwsze sekundy mózg próbował mnie oszukać. To nie może być to. Może zapalił się czyjś dom. Ale dym był zbyt gęsty.
Rzuciłem zdobycz i pobiegłem. Biegłem tak szybko, jak pozwalały mi nogi. Nie pamiętam nawet, kiedy przekroczyłem bramę. Pamiętam tylko obraz. Była wyrwana z zawiasów. Chaty płonęły. Powietrze pachniało sadzą, krwią i spalonym ludzkim mięsem.
Przeszedłem przez osadę. Widziałem ludzi, których znałem całe lata. Sąsiada, który nauczył mnie robić pierwsze sidła. Starego kowala, który naprawiał moje narzędzia. Bena. Chłopca, który jeszcze dzień wcześniej biegał po rynku.
Rozpoznałem wszystkich. Wszystkich poza Olivią.
Przeszukałem każdy budynek. Każdy kąt. Każde miejsce, w którym mogłaby się ukryć. Nic.
Kilka metrów od studni, w kałuży krwi, natknąłem się na ciało nieznanego mi mężczyzny. Na rękawie miał naszyty znak Omegi. Człowiek Blacka. Wtedy zrozumiałem. Jeżeli nie było jej wśród zabitych — zabrali ją.
Od tamtej chwili podążam ich śladem. Nie dlatego, że wiem, że ją znajdę. Tylko dlatego, że nie potrafię zrobić niczego innego.
Któregoś z deszczowych popołudni minąłem tablicę Yellowstone. Przeżartą rdzą, przekrzywioną, wypaczoną jak obecnie trwający świat. Opuszczałem Wyoming.
Po tygodniu powolnego, upartego marszu dotarłem do przypadkowo napotkanej enklawy ocalałych. Chris — człowiek, który dowodził tamtą grupą — nakarmił mnie, pozwolił przespać się pod ich dachem i wysłuchał mojej historii. Nie pytał, czy jestem pewien. Nie próbował przekonywać, że powinienem odpuścić. Dał mi mapę. I list. Miałem go przekazać kobiecie imieniem Daria.
Powiedział, że jej ludzie od dawna obserwują Blacka. Że wiedzą o nim więcej niż ktokolwiek inny. I że jeśli ktoś może pomóc mi dostać się do jego laboratoriów — to tylko oni.
Droga tutaj była piekłem. Błoto po kolana. Zalane łąki. Mętne strumienie. Niedźwiedzie rozgrzebujące porzucone obozowiska. Resztki spalonych wsi. Ale dobrnąłem. Czekam tu już od dwóch dni.
Jutro muszę ich odszukać. Na skraju lasu. Nie wiem, ilu ludzi stanie mi na drodze, zanim odnajdę Olivię. Nie wiem też, czy Daria mi pomoże. Jedno wiem jednak na pewno. Nie zawrócę.
Kończy mi się miejsce w zeszycie. Rankiem zacznę pisać w dużym notesie, który znalazłem w zburzonym budynku. Od wschodu słońca to właśnie on będzie dowodem na to, że te dni działy się naprawdę.
Kolejny dzień.
Przy każdym oddechu mam wrażenie, jakbym wciągał szkło. Para wydobywa się z ust gęstymi kłębami, a głęboko w płucach czuję ostre pieczenie. Nos mam czerwony od ciągłego wycierania. Doprowadza mnie to do szału.
Poprzedniej nocy coś przylazło na plażę. Martwy. Ale ten był jakiś inny. Stał wyprostowany. Patrzył prosto na mnie. Był prawie nagi. Miał stalowoszary odcień skóry. Dzieliło nas może dwadzieścia metrów.
Odbiłem kawałek dalej. Ruszył za mną. Nie szybko. Nie gwałtownie. Obserwował. Śledził każdy mój ruch. Po raz pierwszy od dawna poczułem coś, czego nie powinienem był. Ciekawość.
Wiatr uderzał mnie w plecy. Naciągnąłem mocniej czapkę na uszy. Łódź kołysała się na falach, prawie wyrywając mi wiosła z dłoni. Cholerna Montana.
Dopłynąłem do brzegu i wyskoczyłem blisko linii wody. On już tam był. Czekał. Jakby wiedział, że nie mam gdzie uciec.
Napiąłem cięciwę kuszy. Strzeliłem. I wtedy wydarzyło się coś, czego nigdy wcześniej nie widziałem. Uniknął jej. Strzała przeleciała obok jego głowy.
Zamarłem. Trafiam z trzydziestu metrów w zająca. Nie chwalę się tym. To po prostu fakt. A ta rzecz właśnie uniknęła mojego bełta.
— Kurwa mać…
Sięgnąłem po pałkę. Ostrożnie. Ale najszybciej, jak potrafiłem. Zamachnąłem się. Złapał ją. W locie. Jego palce zacisnęły się na drewnie. A potem się uśmiechnął.
Zaskrzypiała pod jego uściskiem.
Dotarło to do mnie w sekundę. To nie był instynkt. To nie był przypadek. On wiedział, co robi. W jego czarnych oczach nie było życia. Ale była świadomość. I satysfakcja.
Pociągnął mnie do siebie. Wpadłem w lodowatą otchłań. Szarpaliśmy się jak zwierzęta walczące o ostatni oddech. Nie myślałem już o tym, żeby go zabić. Myślałem tylko o tym, żeby przetrwać.
Moje dłonie zastygły na jego szyi. Skóra była szorstka, twarda. Próbowałem znaleźć cokolwiek. Jakiś słaby punkt.
Gdy obaj zanurzyliśmy się pod powierzchnię, jego chwyt na moment osłabł. I wtedy się odezwał.
— Już po tobie.
Dźwięk wydobył się z jego gardła jak bulgot. Nie powinien być zdolny mówić. Nie po tym, czym był.
Panika uderzyła mnie natychmiast. Próbowałem go przytrzymać mocniej, ale siła zaczęła odpływać z moich dłoni. Byłem zmęczony. Przemarznięty. Może to wszystko było tylko w mojej głowie? Może organizm po takim czasie tułaczki w końcu się poddał?
Ale ból w moich żebrach był prawdziwy. Tak samo jak jego łapy, które zaciskały się na moim ubraniu.
W pewnym momencie szarpnął mną z taką siłą, że straciłem kontrolę nad własnym ciałem. Przerzucił mnie nad sobą. Uderzyłem o brzeg. Głucho. Powietrze uciekło z moich płuc. Próbowałem zaczerpnąć tchu, ale każdy wdech kończył się krótkim, rozpaczliwym zrywem.
Czułem, jak ciało zaczyna mi odmawiać posłuszeństwa. Obraz rozmazywał się przed oczami. Szedł w moją stronę. Bez pośpiechu. Jak ktoś, kto już wygrał. Krok po kroku. Chciał nacieszyć się chwilą.
Leżałem na mokrym piasku. Nie miałem siły się podnieść. Stanął nade mną.
I wtedy — huk. Wystrzał. Jego głowa odskoczyła. Sekundę później runął do wody. Zdążyłem tylko zobaczyć czerwony opar unoszący się nad taflą jeziora. Potem świat zniknął.
Obudził mnie ból głowy. Nie zwykły. Taki, który wbija się głęboko i pulsuje za oczami, jakby ktoś próbował rozłupać ci czaszkę od środka.
Pierwszym, co poczułem, był zapach. Dym tytoniowy. Ostry. Nieprzyjemny. A jednak dziwnie znajomy.
Otworzyłem oczy. Znajdowałem się w dużym namiocie. Spróbowałem się podnieść, ale żołądek natychmiast zaprotestował. Zgiąłem się i zwymiotowałem na ziemię obok posłania.
— Przejrzałam twoje rzeczy.
Kobiecy głos. Młody. Zbyt spokojny jak na kogoś, kto właśnie znalazł półprzytomnego faceta w środku spowitego mgłą lasu.
Odwróciłem się. Stała oparta o maszt namiotu. Może dwadzieścia kilka lat. W dłoni trzymała list od Chrisa. Mój list. Jedyną rzecz, która mogła sprawić, że ktokolwiek potraktuje mnie poważnie.
— Widzę, że przeszedłeś kawał drogi — powiedziała.
Spojrzała na mnie. Potem na moje rzeczy.
— Joe Thornwell.
Skinąłem lekko głową.
— Tak.
— Przeczytałam twój dziennik.
To zdanie powinno mnie wkurwić. Ale byłem na to zbyt zmęczony.
— Twoja żona — powiedziała po chwili. — Olivia. Najprawdopodobniej została zabrana do kompleksu Blacka.
Podniosłem wzrok.
— Kompleksu?
— Rządowy ośrodek w Helenie. Przynajmniej kiedyś nim był.
Podeszła bliżej i podała mi list.
— Chris napisał, że potrzebujesz pomocy.
Otworzyłem usta, ale przerwała mi.
— Od pewnego czasu Black prowadzi w Montanie czystkę.
Zaciągnęła się papierosem. Wypuściła z ust pierścień dymu, który rozpadł się między nami.
— Ludzie znikają. Całe osady znikają. Oficjalnie szuka lekarstwa.
Uśmiechnęła się gorzko.
— Ale ja widziałam, co robi naprawdę.
Milczałem.
— Badania. Eksperymenty. Próby, których nikt normalny nigdy by nie przeprowadzał.
Patrzyła mi w oczy.
— A ich wyniki nazywamy Hybrydami.
Poczułem napięcie w karku.
— Ten na plaży…
Przytaknęła.
— Tak.
— On mówił.
Przez chwilę nic nie odpowiadała. Z bocznej kieszeni kurtki wydobyła niewielką piersiówkę. Wzięła z niej łyk. Kaszlnęła.
— Zdarza się.
To jedno zdanie zabrzmiało gorzej niż wszystko, co powiedziała wcześniej.
— Co kurwa?
— Nie wszystkim. Ale wystarczająco wielu, żebym przestała się dziwić.
Usiadła na skrzyni przy wejściu.
— Niektórzy twierdzą, że wirus się zmienia. Może mają rację.
Zawiesiła głos.
— Ale ja widziałam nagrania. Wiem, że maczał w tym palce.
Za ścianą poszycia ktoś się roześmiał.
— Jakie nagrania?
Nie odpowiedziała. Zaciągnęła się po raz kolejny.
— Masz wodę? — wychrypiałem. — Zaraz mi łeb rozsadzi.
Wskazała brodą tam, gdzie leżał mój plecak. Obok niego stała butelka. Podniosłem się powoli. Wypiłem kilka dużych łyków.
— Jesteś głodny? — zapytała.
Dopiero wtedy poczułem, jak bardzo.
— Tak.
Stanęła przy wyjściu.
— To ja jestem Daria. Ciesz się, że akurat przechodziliśmy niedaleko i usłyszałam szamotaninę w wodzie.
Kiwnęła głową.
— Rozpaliliśmy ogień. Będzie ryba. I mów mi Dee.
Śledziłem ją wzrokiem. Zgasiła papierosa w kubku. Zasyczało.
I wyszła.
Kiedy odchyliła wejście namiotu, do środka wpadło jesienne powietrze. Razem z nim dobiegły mnie dźwięki obozu. Rozmowy. Kroki na rozmokłej ziemi. Uderzenia młotka.
Przez chwilę siedziałem nieruchomo. Chwyciłem plecak. Sięgnąłem po nadpalony notes leżący obok.
Wyszedłem, trzymając się za skroń. Światło zachodzącego słońca uderzyło mnie prosto w oczy.
Obozowisko było większe, niż się spodziewałem. Kilka schronień z rozwieszonych plandek ustawionych między drzewami. Kufry. Broń oparta o pnie.
Przy niewielkim ognisku siedziało kilkanaście osób. Rozmawiali cicho, ale gdy mnie zobaczyli, zamilkli.
— Witamy — odezwał się mężczyzna przy ogniu. — Jesteś muzykiem?
Siwe włosy. Broda. Twarz człowieka, który za długo żyje w złych czasach.
— Byłem. W dawnym życiu.
Usiadłem na zbutwiałym pniu. Przesunąłem dłonie bliżej ciepła. Żywica syczała w płomieniach. Zapach pieczonej ryby przypomniał mi, że od dawna jem tylko tyle, żeby nie umrzeć.
Żołądek ścisnął mi się boleśnie. Udawałem, że tego nie czuję.
— Dee czytała twój dziennik — odezwał się ktoś spod kaptura. — Niezła historia, Joe.
Odwróciłem się w jego stronę.
— Miło mi, że mogłem zapewnić wam rozrywkę.
Ktoś chrząknął z drwiną. Miałem ochotę dać mu w ryj. Choć starałem się tego nie okazywać.
Od boku podeszła mała dziewczynka. Może ośmioletnia. W rękach trzymała rybny filet nabity na patyk.
— Proszę. Jeszcze gorące.
Wyszczerzyła się. Ostrożnie go od niej odebrałem.
— Dzięki — lekko się do niej uśmiechnąłem.
Dziewczynka usiadła przy Dee.
— To moja siostra. Tina.
Była w pełni skupiona. Sprawdzała rewolwer. Wyciągała naboje. Liczyła je. Wkładała z powrotem.
Klik. Klik. Klik.
Ten dźwięk uderzył we mnie mocniej, niż powinien. Liv robiła dokładnie tak samo. Każdego wieczoru. Siadała przy stole, rozkładała broń i sprawdzała wszystko dwa razy.
Ugryzłem kawałek.
— Nikt się nie śmiał, bracie — odezwał się chłopak kucający pod dębem. Skórował troć nożem. — Twoje zapiski są mocne. Dziwne, że ktoś jeszcze prowadzi dzienniki.
Przez chwilę świat zwęził się do mnie i płomieni.
— Po końcu świata, czas przestał działać normalnie. Więc zacząłem zapisywać dni. Żeby nie zwariować.
Kilka par oczu skierowało się w moją stronę.
— Moja żona… Od prawie dwóch miesięcy idę jej śladem. Wiem, że gdzieś jest. Nie zostawię jej.
Atmosfera przy ognisku zgęstniała. Niektórzy spuścili głowy. Dee odłożyła rewolwer. I spojrzała na mnie inaczej. Jak na kogoś, kto chce walczyć i nie boi się śmierci.
— Tą kuszą jej nie odbijesz.
Nie odpowiedziałem. Wiedziałem, że miała rację.
— Ale możemy ci pomóc.
Rozejrzała się po obozie. Po ludziach siedzących na pniach.
— Jutro porozmawiamy o tym, jak dostać się do Heleny.
Przytaknąłem.
Moi nowi towarzysze zaczęli zwijać obóz o świcie. Czekało nas czternaście mil marszu w trudnym terenie, przez las wokół Hauser Lake — ciemny, wilgotny, pełen świerków i sosen, z podszyciem tak zarośniętym, że każdy krok trzeba było stawiać ostrożnie. Leśna droga była zniszczona, popękana, miejscami wciągnięta przez korzenie. Leżały na niej zwalone kłody, których nikt od lat nie usuwał. W powietrzu unosił się zapach gnijących igieł i stojącej wody.
Zombie tutaj były powolne, omszałe, porośnięte mchem. Nie stanowiły większego zagrożenia — było ich mało. Rozproszone. Wykańczała je sama przyroda. Sześć lat Upadku zrobiło swoje. Mimo to wszyscy poruszaliśmy się bezszelestnie, bo dźwięk niósł się między drzewami jak echo w pustym budynku.
Wkroczyliśmy na zimnoszary asfalt, spękany, spowity chwastami. Miejscami zniknął całkowicie. Na poboczach stały skorodowane, zamieszkane bujną florą wraki aut, niektóre z otwartymi drzwiami — stanowiące nieme świadectwo ucieczki w panice. W rowach zalegał zardzewiały złom, barierki były powyginane po wypadkach. Na słupach drogowych ktoś nabił głowy trupów — osobliwy, niepokojący widok. Co jakiś czas mijaliśmy ślady dawnych ognisk — pogrążonych w letargu, przystani ocalałych.
Pierwsze budynki, które minęliśmy, były zjedzone przez roślinność, z wybitymi oknami i zapadniętymi werandami. W ogródkach tkwiły przeżarte grille, dziecięce zabawki, wrośnięte w glinę rowerki. Ulice zasypały szyszki i liście. Żołędzie chrupały pod butami tak samo jak szkło z rozbitych sklepowych witryn. W niektórych domach drzwi były zabite dechami, w innych widać było ślady włamań.
Dmuchał zimny, bezwonny wiatr.
Stacja benzynowa miała stłuczone szyby i od dawna była ogołocona ze wszystkiego, co mogło się przydać. Kilka lat wcześniej przerwanie tamy doprowadziło do zalania okolicy. Panowała tu zbita, nienaturalna cisza.
Część dawnych zabudowań zniknęła w zalewisku, a ocaleni skupili się wokół bryłowatej biblioteki stojącej na niewielkim wzniesieniu.
Po sześciu godzinach marszu dotarliśmy do ocalałego gmachu. Otaczała go wysoka, drewniana palisada — pewnie zbudowana dzięki tartakowi stojącemu nieopodal. Sam budynek był masywny, monumentalny. Tynk odpadł miejscami, odsłaniając cegły w kolorze dymnego brązu. Brama była wielka, zamykana od środka na ciężką belę.
Zauważyłem platformę dwa metry nad ziemią, po której chodzili strażnicy z bronią. Kilka kusz było wycelowanych w stronę ulicy, z której przyszliśmy. Ogrodzony teren był spory. Mijałem uśmiechniętych ludzi, którzy machali mi na powitanie — poczułem się dziwnie nieswojo. Dzieci grały w ping-ponga na wyblakłym od słońca drewnianym stole z dawnej czytelni.
Przeszliśmy obok budynku KFC, przy którym na krzesłach siedzieli ludzie. Pachniało jedzeniem, wnętrze rozświetlały lampy olejowe wiszące na łańcuchach.
— Nieźle się tu urządziliście — mruknąłem do Dee, która właśnie mnie mijała.
— Mamy wodę, sad, kurnik. W lasach jest pełno grzybów i dziczyzny. Ciężko o większe ssaki…
Zapaliła kolejnego papierosa.
— … Ale wiewiórek i ptactwa nie brakuje. No i mamy ryby w stawie. Codziennie polujemy i zbieramy.
Weszliśmy po marmurowych schodach. Wnętrze biblioteki wyglądało niemal jak dawniej: regały, książki, zapach kurzu. Tylko zawilgocenie i półmrok przypominały o końcu świata. Korytarz był długi i ciepły.
Na końcu, w najjaśniejszym pomieszczeniu, za dużym dębowym stołem siedział mężczyzna. Nogi miał oparte o blat, okulary zsunięte na nos, czytał. Jego krótkie, siwe włosy były mocno przerzedzone.
— Dzień dobry. Słyszałem od Dee, że potrzebuje pan naszego wsparcia — powiedział, odkładając lekturę.
Ktoś za mną głośno kaszlnął.
— Kiedy pan to słyszał? — zmrużyłem oczy. — Dopiero przybyliśmy.
Wyciągnął spod bluzy krótkofalówkę.
— Stąd. Komunikacja to podstawa. Od niej zależy życie.
Przypatrywał mi się kilka sekund, milcząc.
— Nazywam się Henry Raventon. Witamy na wzgórzu.
Przemknęło mi przez myśl, że pewnie mają też łączność radiową z Chrisem.
— Niech pan siada — powiedział, wskazując krzesło. — Mamy sporo do omówienia.
Mężczyzna zaprowadził mnie do piwnicy biblioteki. Znajdowały się tam obecnie mieszkania — klaustrofobiczne, od lat pozbawione oddechu. Farba łuszcząc się, odpadała zewsząd. Jej płaty wpadały we włosy podczas każdego kroku. Korytarz był niski, ciasny i zimny. Betonowe ściany porastała pleśń, a jedynym źródłem światła była kołysząca się żarówka zwisająca z sufitu na kablu.
Zszedłem po szarych stopniach, czując, jak chłód wpełza mi pod koszulę. Henry rzucił tylko jedno zdanie:
— Mimo naszej rozmowy, po prostu go wysłuchaj.
A potem zniknął w bocznym pomieszczeniu.
Dr. Theodor Goldsmith siedział na piankowym materacu, oparty o ścianę. W rogu pomieszczenia grzał piecyk sklecony z dwudziestolitrowej puszki po farbie, dający ledwie odrobinę ciepła. W dłoniach ściskał laptop. Przypominał cień człowieka. Miał na sobie zbyt duży sweter, a ręce trzymał blisko ciała, wciąż próbując się ogrzać.
Zatrzymałem się kilka kroków od niego. Drzwi były otwarte, więc zapukałem we framugę.
— Henry mnie przysłał. Jestem Joe.
Doktor uniósł głowę. Miał przekrwione oczy.
— Tak — westchnął. — Ale zanim zdecydujesz, czy mi pomożesz, musisz zrozumieć.
Oparłem się o metalowy regał. W izbie pachniało tłuszczem, powietrze było mętne, a nikłe światło wpadało przez małe, uchylone okno.
Goldsmith potarł czoło, jakby każde słowo miało go kosztować część sił.
— Gdy pracowałem dla Blacka, byłem tylko narzędziem. Miał w garści moją rodzinę. Eksperymenty, które prowadzi… nie, to za małe słowo. On tworzy mieszańców. Łączy ludzi z wirusem. Nie tak, jak robi to ugryzienie — nie w sposób chaotyczny. On chce to kontrolować. Chce stworzyć posłuszne jemu pomioty.
Uśmiechnąłem się do niego serdecznie.
— Wiem o tych testach! Porwał moją żonę! — chwyciłem go za kołnierz i cisnąłem nim o ścianę. — Po co to robi?! Co mnie obchodzi twoja rodzina?!
Zadrżał mu podbródek. Chwycił mnie za przedramię.
— Bo wierzy, że świat po epidemii będzie należał do tego, kto pierwszy stworzy nową rasę — wyszeptał. — Rasę, która nie boi się wirusa. Rasę, która może chodzić między nieumarłymi jak między drzewami.
Dusił się, więc poluzowałem uścisk. Osunął się na materac. Laptop z trzaskiem uderzył o podłogę.
— Porywał ludzi — dodał. — Dziesiątki. Testował na nich różne wersje patogenu. Modyfikował go. Zmuszał organizm do reakcji, której nie powinien mieć. Niektórzy umierali w kilka minut. Inni… ulegali zmianom.
— I ty mu w tym pomagałeś. — Usłyszałem Henry’ego, który wrócił, zwabiony krzykiem.
Goldsmith zamknął oczy.
— Pomagałem… Dopóki nie zrozumiałem, że moja rodzina od dawna nie żyje.
Otworzył je ponownie. Teraz błyszczały inaczej — przepraszająco, pusto.
— Dokonaliśmy przełomu. Nie stworzyliśmy leku… Ale zrozumieliśmy, jak go stworzyć.
Sięgnął pod materac i wyjął mały, metalowy pendrive. Położył go na podłodze między nami.
— Modele, sekwencje, reakcje immunologiczne. Jedyna szansa, żeby stworzyć wersję leku działającą na wszystkie mutacje. Prawdziwą szczepionkę. Taką, która nie zabija.
Wziął krótki wdech i nerwowo wypuścił powietrze nosem.
— Taką, która może to zakończyć.
— Dlaczego mi to mówisz? Po co ta szopka?
Goldsmith spojrzał mi prosto w oczy.
— Twoja żona. Pomogę ci się do niej dostać. My ci pomożemy — zwrócił się do Henry’ego. — Ale jest haczyk.
— Jaki? — usiadłem na podłodze, zmęczony, rozbity. — Zgodzę się na wszystko.
— Żeby to zadziałało, muszę trafić na Wild Horse Island. Doszły nas słuchy o ludziach, którzy mają łączność z placówką, gdzie działa AI pomagająca odbudowywać społeczeństwo.
Parsknąłem. Łzy śmiechu spłynęły mi po twarzy.
— AI?! I co jeszcze, chodzi po wodzie?
Wytarłem oczy, nadal rechocząc.
Doktor wstał mimo ostrzegawczego gestu Henry’ego.
— To mój warunek. Ja pomogę tobie, ty dostarczysz mnie nad Flathead. Potrzebuję laboratorium. Jeśli ta sztuczna inteligencja istnieje, może mi je zapewnić. Jestem już stary. Więc jeśli jestem głupcem, bo wierzę w lepsze jutro — trudno. Równie dobrze ty jesteś głupcem, wierząc, że twoja żona nadal żyje.
Wstałem i zatrzymałem na nim wzrok, pełen gniewu.
Może obaj byliśmy idiotami. Może każdy z nas potrzebował czegoś, żeby rano się obudzić. Jakiejś iskry nadziei. Mu potrzebne było odkupienie win, myśl, że to, czego się dopuszczał, można było wykorzystać w imię zmian. Potrzebował zagłuszyć sumienie.
Jeśli on pomoże mi — ja dostarczę go tam, choćby na własnych plecach. Musisz jeszcze zaczekać, Liv. Już niedługo.
Siedziałem z Dee na czerwonych, metalowych ławkach — takich, jakie kiedyś stały przy boiskach baseballowych. Relikt świata, który już dawno przestał istnieć. Deszcz bębnił o blaszany dach nad nami, a ludzie gromadzili się wokół podestu, na którym stała szubienica.
Dwóch mężczyzn czekało na stracenie. Pętle zaciskały im się na szyjach, czarne worki tłumiły oddech. Milczeli, wszystko, co mieli do powiedzenia, skończyło się dużo wcześniej.
— Co zrobili? — zapytałem, jedząc gulasz z oposa. — Dobry. Trochę za dużo czosnku.
Strząsnęła drobną mżawkę z blond grzywy i przerzuciła gęsty warkocz za ramiona. Sięgał prawie do pasa. Jego koniec zdobiła zielona tasiemka.
— Ten z brzegu? Gwałciciel — strzepnęła popiół z papierosa. — Drugi dwa dni temu zabił kobietę. Po egzekucji ich ciała pójdą na paszę dla świń.
— Co kurwa?! — zakrztusiłem się.
Ławka zadrżała, gdy obok usiadł Goldsmith. Pachniał mokrą wełną i tytoniem.
— Dla mnie to niehumanitarne, ale…
— Tak?! A humanitarne jest tworzenie hybryd, wszczepianie im implantów kręgosłupa i sterowanie nimi pilotem?! — przerwała mu ostro.
— Neuroprotezowy implant ruchowy — poprawił ją chłodno.
— Jasne — Dee wstała. — Nie polubimy się, doktorku. Ale to nic.
Odeszła w stronę drzew, które osłaniały kilka siedzisk przed ulewą. Liście tłumiły odgłos kropel, tworząc zieloną kopułę.
Na podeście jeden z mężczyzn się szarpał. Krzyczał przez worek. Kat zerknął na Henry’ego, a ten skinął głową. Pozwolili mu mówić. Ludzie ucichli.
— Thornwell! — ryczał skazaniec, znał moje nazwisko. — On cię szuka! Jeśli tu jesteś, powiedzcie mu, że on go szuka!
— Black?! — krzyknąłem.
Zerwałem się z ławki i podbiegłem do podestu. Stanąłem tuż przy jego stopach. Mężczyzna krzyczał dalej, dławiąc się słowami:
— Wie, że próbujesz! Twoja żona… ona żyje, ale… On ją trzyma nie jako zakładnika… Mówił, że tylko ona „pasuje”! Że jej organizm reaguje inaczej!
Słuchałem każdego słowa. Cały drżałem, gorączkowo spoglądając to na Henry’ego, to na kata trzymającego dźwignię od klapy.
— W karku… mam to samo, co jego potwory… — charczał skazaniec. — Gdy sygnał idzie, człowiek robi, co mu każą… I nie możesz przestać. Gdy sygnał znika… z czasem wraca świadomość. Twoja żona wiedziała, że po nią przyjdziesz, była tego pewna. Przykro mi. Szczerze. Przepraszam za to, co zrobiłem.
Przez łzy nie mógł nabrać powietrza. Łkał.
— Pociągnij za dźwignię, to koniec…
— Nie, kurwa!! Nie róbcie tego!! — wrzasnąłem.
Mężczyzna wziął rozbieg i sam skoczył. Usłyszałem głuche napięcie się sznura i suchy trzask przypominający łamaną gałąź. Jego buty bezwładnie uderzyły mnie w pierś. Wisiał nade mną niczym upiorny breloczek dyndający na grubej, jesionowej belce.
— Kurwa!! — odwróciłem się gwałtownie do Henry’ego i reszty. — Nie wiedzieliście o tym? Nikt go nie przesłuchiwał?!
— Oczywiście, że próbowaliśmy go przesłuchiwać — odpowiedział Henry.
Przecierał mokre od deszczu okulary.
— Patrzył w jeden punkt.
— Jak wydrążony w środku — dodał Goldsmith.
Popatrzyłem na doktora. Naukowiec zdążył już podejść pod szubienicę. Chwycił nogi wiszącego mężczyzny, żeby przestał się tak upiornie kołysać.
— Nie powiedział ani słowa. Uznaliśmy, że to socjopata.
— Kto mógł wiedzieć? — dodał ktoś z tyłu.
— Czyli co? Te implanty wszczepia nie tylko swoim wynalazkom, ale też zwykłym ludziom?
W tłumie podniosły się szepty.
— To możliwe — odezwał się Goldsmith. — Choć my tego nie robiliśmy. Do teraz. Najwidoczniej kazał komuś…
Nie dokończył. Uderzyłem go pięścią prosto w twarz. Padł jak długi w kałużę błota.
— Da się to wyłączyć?! — warknąłem, stając nad nim. — Ten jego nadajnik?
Goldsmith patrzył na mnie spod pękniętych okularów. Rozciąłem mu wargę, z której sączyła się krew.
— Tak. Da się — wykrztusił. — Choć będzie to trudne. A po wszystkim jego stwory będą poza kontrolą.
Wymierzyłem w niego wzrok, po czym wyciągnąłem rękę, żeby pomóc mu wstać. Już po nią sięgał, kiedy klapa szubienicy zaskoczyła z metalicznym łupnięciem, a podłoga pod drugim mężczyzną ustąpiła. Lina na jego szyi napięła się z jękiem. Kat stał nieruchomo.
— Serio, koleś?!
— Robotę trzeba wykonać.
Chwycił siekierę i odciął oba ciała.
— Jestem Ray. Będę na wypadzie do Heleny.
— Joe.
Barczysty, młodszy ode mnie, niezmęczony. Przyda się ktoś taki. Myśląc o tym, zmierzałem już w stronę oczka wodnego — stało teraz nieruchome, czarne jak zastygła lawa.
Burza dobiegła końca.
Staw znajdował się w samym sercu osady. Nie był duży, miał może czterdzieści metrów średnicy. Woda była ciemna, z zielonkawym połyskiem. Na brzegach rosły sitowie i trzciny, między którymi stały różnorakie pułapki na ryby — niektóre zrobiono nawet z przerobionych ogrodzeń.
Doszedłem do drewnianego pomostu oświetlonego przez lampę olejową. Po mojej lewej stronie stała niewysoka szopa. Woda nie była głęboka — na samym środku stawu dostrzegłem zarysy zatopionego, kamiennego muru. W głębinie tętniło życie. Na powierzchni regularnie tworzyły się kręgi, czasem coś chlupnęło, a tuż pod lustrem błyskały srebrne łuski.
Razem ze mną na pomoście siedziały trzy osoby: dwóch mężczyzn oraz kobieta, która akurat oprawiała niewielkie płotki. Usiadłem obok nich i rozłożyłem swoją małą, składaną wędkę. Po pół godzinie mój połów nie był imponujący — wyciągnąłem jedynie niewielkiego, może kilogramowego okonia. Wiedziałem jednak, że na kolację w zupełności mi to wystarczy.
Jak dowiedziałem się wcześniej od Dee, mieszkańcy osady organizowali wieczorami ogniska za budynkiem restauracji. Gdy oczyściłem rybę, uznałem, że rozpalanie własnego ognia nie ma sensu. Postanowiłem przysiąść przy ich palenisku i skorzystać z towarzystwa.
W trakcie wieczoru podszedł do mnie Henry. Oznajmił, że ruszamy za dwa dni.
Przydzielono mi kwaterę w piwnicy, ale nie miałem najmniejszej ochoty spać w tych katakumbach. Ulokowałem się na dwóch złączonych ze sobą bibliotecznych kanapach. Rozłożyłem śpiwór i zasnąłem z papierosem w ustach — tym, który dostałem od Dee. Wieki nie paliłem.
Przebudziło mnie słońce wpadające przez jedno z wielkich okien na sali. Przez sekundę obserwowałem drobinki kurzu unoszące się w jego promieniach. Szedłem korytarzem prowadzącym na zewnątrz, mając nadzieję, że nikt nie wkurwi się za to, że zwinąłem podręcznik literatury francuskiej, którego później użyłem jako papieru toaletowego.
Ku mojemu zdziwieniu odkryłem, że w KFC nie wydaje się jedzenia. Lokal służy jako miejsce obróbki zwierzyny i wędzarnia. Śniadania i kolacje — bo w osadzie je się dwa razy dziennie — przygotowywane są w tunelu foliowym na jednym z pieców. Wielkie kozy, samoróbki. Ich rury nie idą górą, a dołem, dzięki czemu ogrzewają glebę.
W pięćdziesięciometrowej tubie po obu stronach stoją stalowe regały, a na każdej z trzech półek skrzynki z ziemią. Rosną w nich ziemniaki, marchew, buraki, fasola. Na końcu, przy drugim piecu, znajduje się kurnik. Przy tym też piecu suszy się mięso — na hakach i różnorakich linkach.
Przy obu z nich stały kolejki ludzi. Każdy podchodził ze swoją menażką i termosem. Tu rozlewano też napar — kwaśnawo owocowo-ziołowy. Zapytałem, czy dostanę coś do zjedzenia. Kobieta, która wydawała posiłek, uśmiechnęła się i dała mi cztery spore placki ziemniaczane. W ich strukturze i kolorze wyczułem wiewiórcze skrawki, marchew i cebulę. Jajek nie czułem, ale pod stolikiem leżały puste skorupki. Zanim odszedłem, wyrwała kilka kartek z „Essais critiques de Françoise Delorme” i zawinęła w nie całość.
Usiadłem na zewnątrz pod jednym z drzew. Troje ludzi wynosiło skrzynki z ziemią, wysypywało ją przy oczku wodnym i nabierało świeżą z brzegu. Zużyta gleba nie rodzi — trzeba ją wymieniać, pomyślałem.
W osadzie żyło sześćdziesiąt osób. Teren faktycznie był samowystarczalny. Dowiedziałem się, że Black pojawił się w okolicy zeszłego roku i że tylko dzięki temu, iż ich mała społeczność jest ukryta między lasami a zalanymi terenami, jeszcze tu nie dotarł. Ale jak długo pozostaną niezauważeni? Jego forteca znajduje się trzydzieści kilometrów stąd. Niebezpiecznie blisko.
Jutro ruszamy. Zbiórka o siódmej rano. Do Heleny powinniśmy dojść po dwunastu godzinach marszu. Na miejscu, przy umówionym punkcie, przejmie nas mieszkaniec podziemnej części miasta.
Goldsmith zna kody i procedury otwierania drzwi. Wie też, jak wyłączyć nadajnik.
W budynku ma być ponad pięćdziesięciu uzbrojonych ludzi, dwudziestu naukowców i kilkadziesiąt hybryd.
Po południu Ray idzie na polowanie. Pomyślałem, że się z nim zabiorę.
Szliśmy sprawdzić trasę, prowadzącą przez zalane tereny.
Mijaliśmy drogi ledwie wystające spod wody, rozerwane pasy asfaltu, dachy zatopionych domów sterczące jak groby. Na słupach siedziały kruki, obserwując nas niczym sędziowie. W pewnym momencie zauważyłem świeże ślady niedźwiedzia.
Ray rzucił tylko:
— Wracamy.
— Przecież jest dzień.
— Właśnie dlatego wracamy.
Miałem kuszę i tasak. On — metrowy miecz i slingshot do polowań na ptaki, którym zdążył już ustrzelić sporą kaczkę. Przeszliśmy ponad cztery kilometry. Odcinek wyglądał dobrze.
W drodze powrotnej natknęliśmy się na zombie rozerwanego na strzępy, leżącego pośrodku pękniętej nawierzchni.
— Tego tu nie było — mruknąłem.
Rozglądałem się.
Kilkadziesiąt metrów dalej, przy podmokłym poboczu, w krzakach poruszył się cień.
Ray zaklął pod nosem.
— Nie ruszaj się.
Niedźwiedź wyszedł zza obalonej jodły. Ogromny samiec grizzly. Futro miał mokre, łapy umazane krwią — najwidoczniej to on rozszarpał trupa.
Cofnąłem się o krok i uniosłem kuszę.
— Joe… — Ray ostrzegł mnie tonem, który powinienem był potraktować poważnie.
Ale nie posłuchałem.
Strzeliłem.
Bełt trafił go w bark.
Niedźwiedź ryknął tak, że aż echo odbiło się od zatopionych budynków. Potem ruszył biegiem.
— Kurwa!
Ray odskoczył w bok, a ja rzuciłem się pod przewrócony wrak. Pazury przeorały ziemię tuż obok mojej twarzy. Grizzly próbował mnie wyciągnąć spod metalu — ryczał, szarpał, aż cała karoseria jęczała.
Po krótkim zawahaniu, Ray wskoczył na pakę wozu i wbił miecz w kark bestii. Zwierzę zawyło po raz ostatni i runęło prosto na moją nogę. Mężczyzna spadł z jego grzbietu, uderzając o dach podtopionego autobusu.
— Podnieś to! — wrzasnąłem. — Podnieś go, kurwa!
Ciężka łapa drgnęła, uniosła się odrobinę — wystarczająco, żebym się wyślizgnął. Ray tylko zakaszlał, śmiejąc się. Noga bolała, ale była cała.
— I co teraz? — zapytałem, dysząc. — Przecież go stąd nie zabierzemy.
Zagwizdał przeciągle, machając ręką, jak ktoś, kto już dawno przestał się przejmować takimi problemami.
— Wezwę ludzi przez radio. A my w tym czasie potniemy go na kawałki i przypilnujemy, żeby nic go nie zeżarło. Będzie dziś dobra kolacja.
Mimo bólu parsknąłem.
Po godzinie przyjechało sześciu ludzi z wózkiem skleconym z osi starego samochodu i podłogi z desek. Na miejscu oprawili niedźwiedzia — zdjęli skórę, oddzielili największe kawałki tuszy i dopiero wtedy załadowali wszystko na wózek. Wracaliśmy na wzgórze.
Obudziło mnie pianie koguta. Zanim wstałem, przez kilka minut czyściłem swój styrany, nakręcany Tissot — prezent od Liv. Zebrałem manele i poszedłem pod tunel warzywny. Goldsmith z Rayem jedli pod nim śniadanie. Zapiąłem kurtkę pod szyję.
Ktoś szurał wiadrem po betonie. Słychać było niskie, leniwe skrzypienie. Ziemia była mokra, pachniała nocą. Usłyszałem chrzęst kamienia zapalniczki. W cieniu budynków dostrzegłem ledwie sunącą Dee.
Wyglądała mizernie. Roztaczała chmurę etanolu.
Ray ustąpił jej miejsca i podał talerz ze stekiem z grizzly.
Próbowałem ją jeszcze przekonać, że powinna zostać w osadzie. Nie dała mi dokończyć zdania. Zerwała mi z pleców kuszę, chwyciła jeden z bełtów i powiedziała tylko:
— Kubek.
Odwróciła się i strzeliła w przedmiot stojący sto metrów dalej.
— Nadal uważasz, że mam zostać?
Zwymiotowała w trawę.
Uniosłem ręce, śmiejąc się.
— Dobra, wygrałaś.
— A gdzie twój łuk, młoda? — zapytał niewysoki, krępy mężczyzna, który wyszedł ze środka. Przywitał się z Rayem, Goldsmithowi tylko skinął głową.
— Mój?…
Znów zwymiotowała.
— Dajcie mi pięć minut.
Piątym okazał się Fred. Ruszyliśmy do Heleny.
Każde z nas zabrało prowiant na trzy dni — głównie porcje niedźwiedzia — choć myślę, że nie tylko mnie świtała w głowie myśl, że możemy zginąć za kilkanaście godzin.
Parę kilometrów szliśmy przez las, a potem częściowo zalaną szosą. Ciszę raz po raz przecinało ćwierkanie ptaków albo łamiąca się w krzakach gałązka. Minęliśmy most częściowo uszkodzony przez powódź — musieliśmy przejść przy samych przęsłach, po półmetrowym, postrzępionym chodniku, jedynym miejscu, które pozwalało pokonać nurt rzeki.
O mało nie wpadłem do potoku. Zaczepiłem plecakiem o wystający pręt zbrojeniowy. Ray i Fred wciągnęli mnie na płytę mostu.
— Kurwa! O mało się nie posrałem! — wrzeszczałem, próbując przekrzyczeć rwący prąd.
— Zawsze możesz doprać gacie na brzegu — rzuciła półgębkiem Dee, siadając na masce jakiegoś wraku.
— Mówi to ta, którą kac ledwo utrzymuje w pionie.
Parsknąłem śmiechem.
Zrobiła zeza i pokazała mi środkowy palec.
— Uznaję to za komplement.
— Nie rozsiadaj się młoda, jeszcze kawał drogi.
Fred rzucił mi ukradkiem rozbawione spojrzenie.
Bolały mnie barki. Każdy kolejny zakręt czułem w kolanach. W końcu dobiliśmy do zniszczonej leśnej chaty. Dochodziła trzecia po południu. Nie miała części dachu, ale potrzebowaliśmy zatrzymać się choć na godzinę. Niedługo mieliśmy dojść na miejsce spotkania. Okna były zabite dechami, a drzwi od środka zastawiliśmy ciężką dębową szafą.
