Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Pierwszy tom uniwersum „Dzieje Końca Świata”
Dzieje Końca Świata: Geneza
Świat zaczyna się walić szybciej, niż ktokolwiek potrafi to zrozumieć. Tajemnicza choroba zmienia ludzi w agresywne, bezmyślne istoty, a zwykli mieszkańcy małego miasta w Texasie próbują przetrwać pierwsze dni chaosu. Adam Walsh i jego przyjaciel Robert uciekają, tak jak zrobiłby każdy. Po drodze ratują Sarę i małą Laurę – dziecko, które nie powinno oglądać końca świata.
To historia o ludziach, którzy nie byli gotowi na nic. O strachu, odpowiedzialności i decyzjach podejmowanych z minuty na minutę, gdy cywilizacja rozpada się na ich oczach.
Brud, zmęczenie, głód i nieustanna walka o kolejny dzień. Świat, w którym nikt nie przyjdzie z pomocą, a największym ciężarem może być mała dłoń kurczowo trzymająca cię za rękę.
Pierwszy tom serii „Dzieje Końca Świata” to realistyczna opowieść o upadku cywilizacji widzianym oczami zwykłych ludzi.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 146
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Krzysztof Zdanowski
Dzieje Końca Świata: Geneza
Ex Tenebris Press
Cogito ergo sum. Myślę, więc jestem.
— René Descartes
© 2026 Krzysztof Zdanowski Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana w
systemach wyszukiwania ani przekazywana w jakiejkolwiek formie —
elektronicznej, mechanicznej, fotograficznej, nagraniowej lub innej —
bez uprzedniej pisemnej zgody autora, z wyjątkiem krótkich cytatów w
recenzjach i opracowaniach krytycznych.
Pierwsze wydanie: 2026
ISBN: 978-83-981965-1-2
Ex Tenebris Press
Krzysztof Zdanowski
Prolog I
Świat nie skończył się z hukiem. Koniec trwał długo, niosąc pogłos
rzężenia, rozrywanych gardeł, histerii i krzyków… A potem echo zaczęło
przechodzić w ciszę i milczenie ocalałych. Zaczęło się polowanie.
Odkąd martwi kroczą wśród żywych, błądząc pustym, żądnym destrukcji
wzrokiem, próbując dopaść tych, którzy jeszcze się ostali — jedyne, co
możemy zrobić dla bliskich, którzy odeszli, to opowiadać ich historie.
Postaram się opisać wydarzenia takimi, jakimi były, choć nie wiem, czy
ktokolwiek będzie miał możliwość przeczytać mój dziennik. Niemniej to
opowieść wspólna dla nas wszystkich. Nasza scheda.
Adam Walsh — ostatni kronikarz obecnego świata.
Prolog II
Przegapiliśmy moment narodzin katastrofy — reszta była już tylko lawiną.
Żyliśmy beztrosko, od weekendu do weekendu, zarywając kolejne noce w
miejscowym barze.
Roberta poznałem jeszcze w czasach szkolnych. W piątej klasie Jimmy
Werner urządził na stołówce upokarzający spektakl, którego byłem główną
atrakcją. Przyglądało się temu dwadzieścia osób, ale w mojej obronie
stanął tylko on. I choć sam przy tym solidnie oberwał, już nazajutrz
śmialiśmy się z całego zajścia, grając na konsoli w Tony Hawk’s Pro
Skater 2.
Tego dnia poznałem najlepszego przyjaciela. Nic dziwnego więc, że
towarzyszy mi od początku tej opowieści.
Książka zawiera krótki fragment baśni Pinokio Carla Collodiego.
Obudziłem się około dziewiątej rano. Napiłem się wody z kranu. Mój
przyjaciel nadal spał — poprzedniej nocy przesadziliśmy ze słodową
whisky.
Z zewnątrz wbiły się we mnie mordercze wrzaski i wystrzały broni palnej.
Odsłoniłem firanę i zobaczyłem kobietę siedzącą na chodniku, żującą
własne jelita. Cała we krwi, w podartej bluzce, z rozczochranymi
włosami.
Zszokowany zrobiłem krok w głąb mieszkania. Nie potrafiłem jednak
oderwać oczu od tego, co działo się kilka metrów niżej.
Z ludźmi na ulicy było coś nie tak. Poruszali się nieskoordynowanie,
pojękiwali i wydawali z siebie grobowe odgłosy. Jeden mężczyzna miał
wbite w szyję nożyczki, kobieta pożerała niemowlę w wózku, ktoś bez ręki
próbował drugą dostać się do sklepu. Każdy był naznaczony czerwienią.
Każdy zachowywał się nienormalnie.
Obudziłem towarzysza.
— Stary, wstawaj! Dzieje się coś pojebanego!
Robert podciągnął bokserki. Poprawił siwiejącą brodę i odchylił
okiennice tak, żeby mieć pełny widok.
— Hej, ty!
Krzyknął do kobiety przechodzącej pod kamienicą. Gdy odwróciła głowę,
zobaczył twarz odartą ze skóry. Poszarpane strzępy zwisały niemal do
ramion.
— Co kurwa?!
Cofnął się, wpadł na stół i usiadł w fotelu. Wyciągnął telefon, ale
linia była zajęta.
— Może kręcą jakiś film.
Parsknął śmiechem i machnął ręką.
— Na pewno tak.
Jego głos odbił się w ciszy mieszkania.
Coś uderzyło w drzwi. Urwał w pół oddechu.
Cienka płyta pękła pod naporem pięści. Drzazgi przeleciały mi tuż przed
oczami.
Do środka wpadł ktoś, kto już nie był człowiekiem. Warczał nisko, z
przepony. Pieniąca się ślina ściekała mu na obojczyk. Zwymiotował
strumieniem krwi na dywan. Robert zamarł.
— Kurwa, widzisz to?!
Nie zdążył wstać.
Rzucił się w naszą stronę i przewrócił fotel, na którym siedział mój
kumpel. Huk metalu i drewna.
W jego źrenicach, które utkwił na mnie, nie widziałem śladu emocji.
Zrobiłem unik, złapałem go oburącz, podciąłem i wypchnąłem przez okno.
Szkło eksplodowało na ulicę.
Wbił się plecami w uliczną rzeźbę. Powinien nie żyć.
Jednak jego ręce szarpały powietrze.
Wychyliłem się i spojrzałem w dół.
— Nie sądzę, żeby kręcili film.
Po drugiej stronie ulicy stał samochód, dławiony przez tłum
zdeformowanych sylwetek. Ktoś był w środku. Każdy jej ruch był
rozpaczliwym wołaniem o ratunek.
W telewizji nie było obrazu. Internet wyświetlał komunikat o braku
sieci. W radiu przez trzaski i szum przebijały się chaotyczne głosy —
mówili o ludziach, którzy zaczęli się nawzajem zjadać i rozrywać.
Ugryzienie przez jednego z nich kończyło się wyrokiem: kilkanaście
sekund życia, drgawki, śmierć… a potem powrót jako bestia.
Bez świadomości. Bez kontroli. Tylko głód.
Atakowali wszystko, co żyło.
Patrzyłem na kobietę w samochodzie, wiedząc, że muszę jej pomóc.
Podszedłem do szafki z narzędziami, znalazłem małą siekierę i
powiedziałem:
— Idę. Nie wiem, co się dzieje, ale jeśli nic nie zrobię, ta dziewczyna
zginie.
Robert chwycił nóż kuchenny.
— Czekaj!
Rzuciliśmy sobie krótkie spojrzenie. Z głębi przejścia niosły się
pojedyncze uderzenia.
— Jebać to. Żyję już wystarczająco długo.
Wyszliśmy na korytarz. To był nasz pierwszy kontakt z nową
rzeczywistością w Taylor, w stanie Texas.
Schodziliśmy powoli i ostrożnie. Nasłuchiwaliśmy hałasów — ktoś był
zamknięty w mieszkaniu, dochodziły nas jęki i przewracanie mebli. Przy
drzwiach klatki schodowej zatrzymałem się. W milczeniu próbowałem zdusić
adrenalinę. Lewą dłonią ostrożnie je odchyliłem. W prawej zaciskałem
toporek.
Wyszliśmy na zewnątrz. Było ich tam kilku: kobieta na chodniku i pięć
osób przy samochodzie.
Pierwsza rzuciła się na mnie z wrzaskiem. Zamachnąłem się i wbiłem
siekierę w jej głowę. Runęła na asfalt, a ja szarpałem trzonek, próbując
wyrwać ostrze.
Robert kilkukrotnie dźgnął jednego z nich nożem, ale po wbiciu ostrza
nie było żadnej reakcji — jakby nie odczuwali bólu. Odrzucił go, uznał
za bezużyteczny, po czym chwycił młotek z pobliskiego rusztowania.
Dopadł do samochodu i zaczął rozbijać im głowy. Jedno uderzenie. Drugie.
Kolejne.
Wychodzili z bocznej alejki. Odepchnąłem najbliższego na maskę i
zatłukłem, zanim zdążył się podnieść.
Ktoś chwycił mnie za dłoń i rzucił się do szyi. Uchyliłem się, pchnąłem
go na ścianę sklepu. Robert zamachnął się i wbił mu młotek w szczękę.
Kość głośno trzasnęła.
Wszystko trwało kilkadziesiąt sekund.
Przedpołudniowe słońce świeciło tak mocno, że wszystko tonęło w jego
blasku. Nie widziałem jej dokładnie, dopóki nie podszedłem pod drzwi
kierowcy. Stary Land Rover był oblepiony breją wnętrzności.
Dziewczyna okazała się szczupłą szatynką o spokojnym spojrzeniu.
Mieszkała w Nowym Jorku, a kancelaria, w której pracowała, wysłała ją na
spotkanie biznesowe do Taylor dwa dni przed tym wszystkim. Jest
prawniczką — choć teraz sama mówi, że jej zawód okazał się kompletnie
nieprzydatny podczas apokalipsy.
Polubiłem ją od razu, gdy tylko zobaczyłem jej uśmiech. Stanęła
niezgrabnie obok jednego z ciał, wytarła zakrwawione ręce o spódnicę i
powiedziała, że przydałaby się jej para jeansów w rozmiarze M. Poprawiła
kosmyk włosów za ucho i roześmiała się.
— Sara.
Jedno było pewne. Nie mogliśmy stać długo na środku bulwaru. Fakt, że
ulica była pusta, wcale nie dziwił… W miasteczku ludzie bywali rzadko —
zwykle tylko po to, by załatwić sprawunki, zrobić zakupy i wrócić na
swoje rancza.
Szliśmy pospiesznie w kierunku dużego sklepu, uznając, że tam się
zaopatrzymy. Był zamknięty. W środku nie paliło się światło, więc nikt
nie zdążył go rano otworzyć. To napawało nadzieją — przynajmniej wiadomo
było, że miejsce jest puste. A może raczej: powinno takie być.
Zmierzaliśmy w stronę tylnego wejścia, po drodze likwidując jednego z
nich. Sara na ten widok zwymiotowała. Robert uderzał młotkiem tak długo,
aż klamka odpadła. Zamek się rozpadł i weszliśmy, zamykając wewnętrzną
zasuwę.
Na korytarzu panował półmrok. Białe ściany odbijały światło wpadające
przez świetliki w suficie, tworząc jasny pas, dzięki któremu mogliśmy
omijać pudła tarasujące drogę. Powoli otworzyłem drzwi na halę,
nasłuchując. Dobiegł mnie tylko mój oddech. Gdzieś w głębi jednostajnie
tykał sklepowy zegar.
Idąc w stronę biura ochrony, skręcałem na pamięć — dobrze znałem
rozstawienie tego budynku. Prąd działał. Przejrzeliśmy więc monitory, na
których wyświetlał się obraz z kamer.
Zmierzając w stronę regału z latarkami, Sara wzięła z półki jeansy i
flanelową koszulę. Najbardziej zależało jej jednak na butach — mówiła,
że w szpilkach robi za dużo hałasu na chodniku. Brak dźwięków ulicy
faktycznie wprawiał w nerwowość. Żadnych aut, żadnego ruchu. Tylko
nadjedzone ludzkie ciała, pojedyncze buty, damskie torebki porzucone bez
ładu, rozrzucone i rozdeptane zakupy…
Przerażenie wymalowane na twarzach zamordowanych osób, utrwalone w
ostatniej migawce życia. Dziecko z rozerwaną klatką piersiową, nadal
trzymające w jednej z rączek pluszowego misia…
Sara opowiadała, że o ósmej rano, jadąc na spotkanie, potrąciła kogoś,
kto wpadł jej pod samochód. Ten ktoś odbił się od maski i rzucił się z
zębami na przechodzącą nieopodal kobietę. Próbowała jej pomóc —
wysiadła, chciała odciągnąć mężczyznę — ale zauważyła, że miał na ciele
rany postrzałowe. Znieruchomiała. Po chwili kobieta zaczęła się
podnosić, pluć krwią i charczeć. Sara uciekła z powrotem do auta.
Zadzwoniła na numer alarmowy, ale linia była przeciążona. Gdy oboje
zaczęli iść w jej stronę, odjechała.
To, co widziała po drodze, tylko upewniło ją, że naprawdę dzieje się
źle. Ludzie zjadali się żywcem. Wszędzie było słychać krzyki —
przejmujące, zwierzęce wrzaski i wybuchy histerycznego płaczu. Odgłosy
wystrzałów, wycie syren, hałas dziesiątek alarmów samochodowych…
Dotarła na posterunek, ale nikogo na nim nie zastała. Okna były
powybijane, a z policyjnego radia dobiegał rozpaczliwy głos kogoś
błagającego o pomoc.
Wsiadła do auta i uciekła. Byle dalej stamtąd. A gdy padł jej silnik,
utknęła pod moimi oknami. Resztę już znacie.
Zastanawialiśmy się, co zabrać i czym jechać. Żaden z nas nie miał
samochodu — w takim mieście nie był potrzebny. Wszędzie można było dojść
pieszo. W biurze ochrony wisiały kluczyki. Czyje? Logika podpowiadała,
że należały do pracownika, który zostawił auto na parkingu. Może to był
ten trup, któremu rozbiłem głowę na tyłach marketu?
Podszedłem do głównych drzwi i nacisnąłem przycisk pilota. Zamrugały
światła białego Forda.
Sara i Robert zgarnęli towar z półek, zapełniając cały wózek puszkowanym
jedzeniem, suszonym mięsem i butelkowaną wodą. Robert zabrał też
znaleziony na tyłach łom, a Sara zaopatrzyła się w kij bejsbolowy. W
jednej z biurowych szuflad znalazłem mapę samochodową.
Czy to trwa wszędzie. Czy sytuacja gdzie indziej wygląda tak jak tutaj?
Czy rząd w ogóle reaguje. Zawsze przecież jest rząd. W samolocie, w
bunkrze… Ktoś powinien działać.
Myślałem, że jeśli to się wyjaśni, zapłacę za straty i towar, który
wzięliśmy. Wydawało mi się, że to się skończy.
Chwyciłem czapkę z daszkiem „Texas” i wyszliśmy na hol.
Rozłożyłem mapę na podłodze. Sara świeciła na nią latarką, pochyleni nad
papierem, próbowaliśmy ustalić kierunek. Po tym, co zobaczyłem na
drodze, nie miałem ochoty zostawać w mieście. Tu nie było bezpiecznie.
Mieliśmy czym uciekać. Teraz trzeba było ustalić, dokąd.
Wyszedłem ze sklepu jako pierwszy. Dziewczyna od dłuższego czasu
bezskutecznie próbowała dodzwonić się do swojej mamy.
Ja nie miałem nikogo, kto czekałby na mój telefon. Większość życia
spędziłem w państwowym domu dziecka. O swojej matce wiedziałem jedynie,
że była Irlandką i zmarła przy porodzie, wydając mnie na świat.
Robert również nie miał już nikogo. Kilka lat wcześniej jego rodzice
zginęli podczas trzęsienia ziemi, a dziadkowie odeszli jeszcze
wcześniej. Nie było nikogo, kogo moglibyśmy szukać.
Dobiegłem do wozu. Szarpnąłem za klamkę — i ciężar runął mi na plecy.
Martwy, pewnie czaił się za wiatą zakupową. Zmasakrowana twarz. Noga
ogryziona do kości. Czarna maź zaschnięta na torsie.
Uderzałem na oślep siekierą, ale przyciśnięty do fotela nie miałem
miejsca, żeby wyprowadzić czysty cios. On napierał coraz mocniej. Byłem
w jego śluzach, krwi, resztkach czegoś, co do niedawna było
wnętrznościami. Szarpaliśmy się.
Czułem zęby ocierające się o moją skroń, szukał miejsca, w które może
się wgryźć.
Wiedziałem, że umrę.
Usłyszałem kroki biegnącej Sary.
Mężczyzna drgnął i przechylił głowę. Krzyczała, żeby odwrócić jego
uwagę. Z dzikim impetem wbiła kij bejsbolowy prosto w jego lewy
policzek. Usłyszałem wysoki chrzęst, gdy jego czaszka pękała na pół.
Uderzała go miarowo, z dziką furią w oczach, wrzeszcząc:
— Nic już nie będzie dobrze…
Czyściłem przednią szybę z flaków, wycierając ją bluzą znalezioną na
tylnym siedzeniu. Robert rozwalił głowę kolejnemu.
— Nieźle. Patrz na tego! — splunął obok. — Sara ma rację. Jakim cudem
taki człowiek może chodzić? Chyba nie powiesz mi, że to typowy widok? —
rozglądał się czujnie. W oddali zataczało się kilka postaci.
— Spadamy stąd! — powiedziałem, wskakując za kierownicę. — Chcecie
jechać po jakieś swoje rzeczy? — przyglądałem się Sarze czyszczącej kij.
— Dzięki, mam tu niewiele. Przyjechałam z jedną walizką. Wszystko, na
czym by mi zależało, jest daleko…
— Wiesz, warto by jechać po mój rewolwer — rzucił Robert.
Usłyszeliśmy wybuch jakieś sto metrów od nas. Pojawił się słup gęstego,
czarnego dymu.
— Dobra, miejmy to za sobą.
Ruszyłem w stronę ulicy.
Robert mieszkał w hotelu Paxton — małym, jednopiętrowym budynku w
centrum. Kiedyś był zwykłym, tanim miejscem dla przejeżdżających przez
Taylor. Nic specjalnego: kilka pokoi, siłownia, kuchnia i wspólne
pomieszczenia, w których zawsze pachniało detergentami.
Wybuch, który słyszeliśmy, okazał się wywróconą cysterną. Paliło się
kilka aut i domów, a wokół chodziły nadpalone trupy, roznosząc ogień jak
żywe zapałki. Na dachu jednego z niskich budynków stała kobieta i waliła
z M-16. Jeansy, koszulka, która jeszcze rano była biała — teraz cała
tonęła w sadzy.
Przyspieszyłem i rozjechałem trójkę stojącą najbliżej. Wyskoczyłem z
vana i wbiłem toporek w głowę pierwszego, który ruszył w moją stronę.
Robert powalił młotkiem grubego faceta. Sara już biegła do kobiety.
— Hej! Do samochodu! — krzyczała, machając rękami.
Dym szczypał w oczy, wszystko tonęło w mlecznej zawiesinie.
Runąłem na ziemię, gdy dopadł mnie jeden z nich. Broń wyleciała mi z
ręki. Coś zacisnęło się na mojej nodze. Najpierw przy łydce, potem
wyżej, przy biodrze. Chwilę później kolejny rzucił się z boku.
Dwa strzały.
Głowa pierwszego eksplodowała tuż nade mną, bryzgając mi twarz krwią.
Odruchowo zacisnąłem powieki, ale nie zdążyłem nawet zakląć — drugi
natychmiast skoczył na mnie. Nim zdołałem go odepchnąć, coś spadło z
góry.
Kobieta.
Zeskoczyła z dachu i jednym ruchem odciągnęła go ode mnie.
Podniosłem się i biegnąc do auta, rozmazywałem krew po policzkach.
— Nie czas na drzemkę. Dopiero południe — rzuciła, dusząc się od dymu.
— Adam.
— Elizabeth Woods.
Zatrzasnąłem drzwi. Oddychałem ciężko.
Trupy napierały.
— To Elizabeth — powiedziałem, ścierając krew z twarzy.
— Elie — powiedziała, poprawiając kucyk. — Dla ludzi, którzy nie
pozwalają mi umrzeć, zawsze Elie.
Sara spojrzała na jej karabin.
— Ładna sztuka.
— Brata — odpowiedziała. — To on nauczył mnie strzelać.
— Twój brat…? — zaczęła Sara.
Elie wskazała chłopaka bez nóg, czołgającego się pod ścianą i wyjącego
jak zwierzę.
— Tam. Ten w kurtce.
Opuściła szybę i strzeliła.
Ciało osunęło się bezwładnie.
— Żegnaj, Andy. Jedźmy.
Ruszyliśmy z piskiem opon. Jeszcze przez chwilę patrzyła w jego stronę,
po czym wytarła łzę, która pojawiła się w kąciku jej oka.
— Przykro mi — powiedziała Sara.
— Był od ciebie młodszy? — zapytała.
— Tak. O szesnaście lat. Zawsze potrafił mnie rozśmieszyć, nawet kiedy
miałam najgorszy dzień… głupek.
Uśmiech przemknął jej po twarzy, krótki i wymuszony.
Robert chrząknął.
— Wyglądasz znajomo.
— Mieszkam niedaleko. Mogłeś mnie widywać w barze.
Spojrzała przez szybę na spaloną remizę.
— Dokąd jedziemy? Nie żebym narzekała na podwózkę.
Sara odwróciła się do niej.
— Miałaś tu kogoś oprócz niego?
— Nie. Rodzice są na Florydzie. Próbowałam się do nich dodzwonić, ale
jeśli tam jest tak samo jak tutaj…
Urwała i zacisnęła usta.
Sara opuściła wzrok.
— Myślisz, że tak wygląda cały kraj?
— Myślę, że rano wszystko się posypało. — Zapaliła papierosa. —
Widziałam ludzi w katatonii. Padali na ziemię jak lalki. Połowa galerii
handlowej. Andy próbował im pomóc. Ja tylko stałam. Potem zaczęli
otwierać oczy. Wyli. Rzucali się na tych, którzy byli najbliżej. Rękami.
Zębami… A ci pogryzieni też padali. Trzęśli się. I po chwili atakowali
kolejnych… Mały chłopiec…
Ramiona jej się zatrzęsły. Rozpłakała się.
Zatrzymaliśmy się dwieście metrów od hotelu.
Wokół się od nich roiło.
— Nic z tego. Zapomnij o tym gnacie.
Padły strzały.
Mierzyło do nas czterech mężczyzn.
— Wysiadać! Już! — wrzasnął jeden z nich.
Deszcz mieszał się z krwią na asfalcie. Trupy zaczęły zbliżać się do
nas.
— Już! Ogłuchliście?!
Padł kolejny strzał.
Poczułem uderzenie w nogę.
Ból przeszył mnie jak prąd.
Krew zaczęła wypełniać but.
Dziewczyny wysiadły z wozu. Jeden z nich uderzył Elie w twarz i pchnął w
stronę martwego tłumu.
— Adam! — krzyknęła Sara.
Robert chwycił mnie pod ramię i razem wbiegliśmy do sklepu
papierniczego.
W środku było kilku zdechłych.
Elie dopadła pierwszego. Zamachnęła się kolbą i uderzyła go w skroń tak
mocno, że zatoczył się na regał. Robert doskoczył od razu i dobił go,
wciskając jego twarz w ladę.
Sara nie miała tyle cierpliwości. Nastolatek w kostiumie żaby wyskoczył
na nią zza stojaka z zeszytami — roztrzaskała mu czaszkę, zanim zdążył
otworzyć usta.
Trzymałem ostatniego na dystans.
Byłem bez broni.
Siekiera została na ulicy.
Za naszymi plecami trupy waliły w przeszklone drzwi. Rozmazane, krwawe
odciski dłoni znaczyły szybę niczym upiorne pieczątki.
Doszedł mnie gardłowy pomruk dziesiątek gardeł. Z każdą sekundą
narastał, zlewając się z dudnieniem deszczu o dach.
Świat zaczął wirować. Kolana ugięły się pode mną, oddech ugrzązł w
gardle, a obraz rozpłynął się przed oczami. Przez krótką chwilę nie
słyszałem już nic poza własnym tętnem.
Ostatnie, co pamiętam, to migocząca jarzeniówka.
Ciemność.
Najpierw zobaczyłem stalowy regał naprzeciwko. Byliśmy w piwnicy.
Pod plecami czułem zimny, szorstki beton. W powietrzu wisiał zapach
kurzu i stęchlizny. Spojrzałem na nogę — ktoś założył opatrunek. Rana
już nie krwawiła, ale paliła żywym ogniem.
Robert siedział na skrzynce po napojach.
— Na szczęście to nic poważnego — powiedział. — Wyglądało gorzej, niż
jest.
Obok mnie na stołku siedziała Sara i trzymała latarkę. Elie opierała się
o schody, dłonie miała jeszcze lekko ubrudzone krwią. Żarówka nad nami
ledwo działała, rzucając krótkie, poszarpane błyski na ściany.
Za drzwiami coś jednostajnie szurało.
Odgłos ciężkich mebli sunących po chodniku.
Tyle że to nie były meble.
To byli oni.
Spróbowałem usiąść.
— Długo spałem?
— Kilka godzin — odpowiedziała Elie, strzepując popiół. — Zbliża się
wieczór.
Skinąłem głową.
— Dzięki.
Wzruszyła ramionami.
— Często opatrywałam ojca. Lubił się bić. Zawsze wracał do domu z czymś
nowym.
Dotknąłem opatrunku. Był sztywny, miejscami lepki.
— Jest stąd inne wyjście?
Sara wstała i podeszła bliżej.
— Robert znalazł drogę. Pójdziemy górą.
Skinął brodą, wskazując kierunek.
— Da się przejść po dachach. Kilka budynków dalej jest kompleks biurowy.
Jeśli szczęście dopisze, wejdziemy na jedną z kondygnacji.
Podała mi rękę.
— Czekaliśmy tylko, aż się obudzisz.
Zacisnąłem dłoń na krawędzi ściany. Zaczęło mi szumieć w uszach.
Ale wiedziałem jedno.
Musieliśmy się stąd zwijać.
Po drugiej stronie piwnicy były wąskie schody.
Pomieszczenie na górze było składzikiem — pojedyncze drzwi, brak okien,
tylko klapa w suficie.
Podstawiliśmy stół i krzesło.
Od blatu do niej było może sto dwadzieścia centymetrów.
Wspinaliśmy się po kolei.
W połowie drogi poczułem, że rana znowu puszcza.
Sara na widok świeżej krwi przygryzła wargę.
Kiedy wyszedłem na dach i spojrzałem w dół, zamarłem.
Trzy metry niżej tłoczyły się dziesiątki postaci.
Obijały się o siebie, wyciągając ku nam zakrwawione, połamane kończyny.
Niektórzy mieli dłonie zdarte do kości.
Inni powybijane zęby.
Z ich oczu sączyła się czarna jak smoła ciecz.
Ellie wychyliła się nad krawędź dachu i rzuciła w hordę zgniecioną,
pustą paczką papierosów.
— Skurwiele!
Dźwięk wydobywający się z ich gardeł nie przypominał ludzkiego głosu.
Poczułem zimno między łopatkami.
Deszcz odbijał się od ich twarzy — sprasowanych, pustych, jakby ktoś
wymazał z nich wszystko, co kiedyś było człowiekiem.
W tłumie byli wszyscy.
Biznesmeni w garniturach.
Gospodynie domowe.
Dwóch strażaków.
Dziewczynka w kapciach Teletubbies.
Łączyło ich jedno.
Chcieli nas dorwać.
Pożreć.
A potem znaleźć kolejną porcję mięsa.
Przeszliśmy z dachu sklepu papierniczego na pierwszy blok.
Dalej na drugi.
Później przez kładkę z rusztowania dostaliśmy się na dach kościoła.
Był stromy.
Śliski.
Na jego środkowym podwyższeniu stał krzyż.
I właśnie tam skończył się nasz spacer.
— Zejdę na dół — powiedział Robert, podchodząc do krawędzi.
Odwróciliśmy się do niego.
— Przy drzewach prawie ich nie ma. Zeskoczę na tę przybudówkę, potem na
ziemię. Otworzę drzwi i zdejmę tę dwójkę przy oknach.
Wskazał ręką przed siebie.
— Widzicie co jest w środku?
Przez zakurzone okna zobaczyłem zarys autobusu.
Robert poprawił chwyt na łomie.
— Nie mamy wyboru. W najgorszym wypadku wycofamy się do kościoła.
Nie czekał na odpowiedź.
Skoczył.
Buty uderzyły o blaszany daszek z głuchym hukiem. Odgłos przeciągnął się
po okolicy.
Dwójka trupów natychmiast zwróciła się w jego stronę.
Robert wykonał szybki obrót i kopnął pierwszego prosto w głowę. Potwór
runął na kolana w rozmokłą trawę, charcząc i próbując się podnieść. Nie
dał mu szans. Uderzył kolanem z całej siły, miażdżąc szczękę i wbijając
jej odłamki w głąb czaszki. Trup zwalił się na plecy, a kilka wybitych
zębów potoczyło się po mokrym chodniku.
Zatrzymał się na sekundę i spojrzał w górę.
— Nagrałeś to?! Top dziesięć!
Elie zeszła pierwsza.
Za nią Sara.
Gdy dziewczyny schodziły z dachu, drugi trup dopadł go od boku.
Robert złapał go za kurtkę i z całej siły cisnął nim o metalowe
ogrodzenie.
Chrupnęło.
Ciało osunęło się bezwładnie.
Ześlizgnąłem się z dachu kościoła na szopę, potem na ziemię.
Wylądowałem obok niego.
— Szpaner.
W oddali, niedaleko linii jednorodzinnych domów, majaczyły martwe
postacie.
Drzwi szopy były otwarte.
W środku pachniało smarem i czymś kwaśnym — zapachem śmierci.
Na końcu, po prawej, znajdowało się wejście prowadzące do kościoła.
Robert nacisnął klamkę.
Coś wypadło ze środka.
Nie od razu zrozumiałem, że to człowiek.
A raczej to, co z niego zostało.
Ksiądz.
Resztki sutanny wisiały na nim jak mokre szmaty.
Uderzył mnie tak mocno, że wyleciałem w tył, a skrzydło drzwi wyrwało
się z zawiasów.
Zanim reszta zdążyła zareagować, rzucił się na Elie.
Usłyszałem tylko krótki krzyk.
I odgłos rozrywanego mięsa.
Wgryzł jej się w szyję.
Sara ruszyła pierwsza.
Zaczęła okładać go kijem.
Za którymś uderzeniem czaszka duchownego pękła.
Opadł na posadzkę.
Kobieta przewróciła się na plecy i złapała za szyję.
Krew wypływała spomiędzy jej palców szerokimi strugami.
Zdecydowanie było jej za dużo.
Patrzyła na nas szeroko otwartymi oczami.
Nie wyglądała na przestraszoną.
Wyglądała, jakby nie mogła uwierzyć.
— Nie…
Oddech urwał jej się.
— Nie…
Zakaszlała.
Krew rozlała się po brodzie.
Sara uklękła obok.
— El. El, patrz na mnie.
Jej ciało zaczęło drżeć.
Potem zesztywniało.
Ostatni oddech był mokry.
— El… — powiedziała Sara.
Przez moment miałem wrażenie, że świat naprawdę stanął.
Ktoś zatrzymał czas pstryknięciem palców.
Sara spojrzała na nas.
Głos miała wysoki, spięty.
— Ona też się zmieni?!
Przełknąłem ciężko ślinę.
Ręka Elie drgnęła.
Jej oczy zaczęły ciemnieć.
Czerń rozlała się po tęczówkach jak atrament.
Powoli podniosła się do siadu.
Robert zrobił krok do przodu.
— Elizabeth…
Głos mu się załamał.
Otworzyła usta.
Z jej gardła wydobył się niski, przeciągły dźwięk.
Wstała.
Zrobiła jeden chwiejny krok.
Drugi.
Łom opadł.
I opadał, aż na twarzy Roberta pojawiły się drobne kropelki krwi.
Dyszał.
Wytarł go o plandekę przykrywającą autobus.
Ściągnął ją i zasłonił ciało.
— Jej i tak już tam nie było.
Odwrócił się i ruszył w stronę wejścia do kościoła.
Po chwili dodał cicho:
— Była miła.
Sara nie odpowiedziała.
Wstała i poszła za nim.
Zostałem sam.
Patrzyłem, jak materiał coraz mocniej nasiąka krwią.
Podniosłem karabin.
I plecak.
W środku były dodatkowe magazynki.
I telefon.
Zachodzące słońce wpadało przez witraże ze scenami biblijnymi,
oświetlając kilka ławek przed ołtarzem. W imię Ojca i Syna, i Ducha
Świętego.
Nadepnąłem na maczetę w samym progu. Podniosłem ją. Zaschnięta krew
wciąż trzymała się ostrza.
— Hej! Uważajcie, nie jesteśmy tu sami!!
— Tutaj! — Sara zawołała, wskazując na ołtarz.
Dostrzegłem przy nim ciało. Leżało w kałuży zaschniętej czerwieni,
niemal czarnej w panującym półmroku. Rozerwany tors odsłaniał połamane
żebra.
— Chłopiec, chyba ministrant! — Rozglądała się wokół.
— Może i tak, ale nie wiadomo, czy był tu sam. Uważajcie.
Kościół wyglądał raczej zwyczajnie. Po obu stronach ciągnęły się dębowe
ławki, pośrodku czerwony dywan prowadził do białego, marmurowego
ołtarza. Nad nim górował wielki, kilkumetrowy witraż przedstawiający
Jezusa na krzyżu, a ściany zdobiły święte obrazy. Wszędzie paliły się
świece.
Sara wpatrywała się w leżącą na ziemi Biblię. Delikatnie musnąłem jej
ramię i podałem telefon znaleziony w plecaku.
— Zadzwoń do mamy, może akurat z jej numeru będzie sygnał.
— Dziękuję.
Przyłożyła słuchawkę do ucha, ale cisza trwała. Odłożyła urządzenie na
ołtarz, dotknęła krzyża opuszkami palców, zapaliła jedną ze świeczek i
zaczęła odmawiać „Zdrowaś Mario”. Stałem obok w milczeniu.
— Myślę, że ona nie żyje. Od jakiegoś czasu porusza się o kuli. Poza tym
mieszka na czternastym piętrze w środku Nowego Jorku…
Łzy spłynęły jej po twarzy. Już po niego nie sięgnęła. Powiedziała
tylko, że ma nadzieję, że zginęła szybko i nie stała się jedną z nich.
Nie wyobrażała sobie, by jej matka mogła stać się jedną z marionetek
apokalipsy.
Zabieraliśmy się do otwarcia dwojga drzwi wewnątrz sali kościoła. Sara
doszła do pierwszych z nich i zastukała kijem.
— Chyba czysto.
— Czekaj!
Weszła do środka.
— Nie włączaj światła, lepiej nie zwracajmy na siebie uwagi! — Podałem
jej zapaloną świeczkę do ręki.
— Z tego, co zauważyłam, trupy nie są zbyt bystre.
— Może nie są, ale nie wiemy, czy nas nie zauważą. Poza tym lepiej, żeby
takie dupki jak te, które nas napadły, nie wiedziały, że tu jesteśmy.
— Masz rację, nie pomyślałam.
Jej słowa przeciął ledwo słyszalny stuk.
— Cicho. Słyszeliście to? — Robert ruszył do szafy. — W środku.
Sara zamarła. Przez chwilę nasłuchiwała, zaciskając dłoń na uchwycie
drzwiczek.
Spojrzała na mnie.
Uniosłem lufę i lekko skinąłem głową.
Odwzajemniła skinienie, odczekała jeszcze trzy sekundy, po czym
gwałtownie szarpnęła drzwiczki.
— Adam, nie!
W kącie siedziała dziewczynka. Miała zasmarkaną sukienkę z falbankami, a
całą twarz oblepiały zaschnięte łzy. Trzęsła się i dygotała, ale nie
wydawała żadnego dźwięku. Jej piąstki były tak mocno zaciśnięte, że
zastanawiałem się, czy nie połamała sobie palców. Wargi miała
przegryzione do krwi. Nie otwierała oczu.
— Kochanie? Wszystko w porządku? Możesz odpowiedzieć?
Sara starała się używać wobec niej wręcz matczynego tonu. Ja tylko
mogłem wpatrywać się w jej małe, zakrwawione buciki. Dziewczynka jednak
nie odpowiadała.
— Posiedzę przy tobie, dobrze? Nie musisz się odzywać. Nie musisz też
patrzeć. Po prostu odpocznij. Będę tuż obok.
I tak Sara stała się po części jej matką, po części siostrą, a po części
kimś, kogo trudno zdefiniować. Stała się jej ostoją bezpieczeństwa.
Dziewczyny wyszły po około godzinie. Mała tuliła się do jej szyi,
ściskając ją tak mocno, że aż zbielały jej knykcie.
Na zewnątrz zdążyło już się ściemnić. Z Robertem wykorzystaliśmy ten
czas na sprawdzenie reszty budynku.
Dzwonnica okazała się pusta — tylko schody, niewielka platforma i stary
dzwon.
Za to w schowku trafiliśmy na kilkanaście kartonów oznaczonych jako
zbiórka parafialna.
Nie znaleźliśmy zapasu wody, ale obok była toaleta i mała kuchnia.
Trafił się też plastikowy baniak, więc od razu napełniłem go pod korek.
Nie przejmowało mnie szczególnie położenie kościoła. Martwi wciąż
pojękiwali i obijali się o metalową konstrukcję przybudówki, ale mury
wyglądały na takie, które przeżyły już niejedno.
Gruba cegła.
Masywne drewniane drzwi wzmocnione żelazem.
Okna zabezpieczone kratami.
Całość miała co najmniej dwieście lat, może więcej.
To nie było miejsce zbudowane z myślą o końcu świata — a mimo to
sprawiało wrażenie twierdzy.
Nawet przejście między szopą a główną salą wyglądało tak, jakby trzeba
było czegoś więcej niż zębów i gnijących rąk, żeby je sforsować.
Doszliśmy z Robertem do wniosku, że to dobre miejsce na przeczekanie
nocy.
— Gdzie jest ojciec Gio?
To były pierwsze słowa, jakie wypowiedziała.
Głos miała cichy i zdarty. Nie brzmiał jak głos dziecka.
— Jest chory?
Sara pogładziła ją po jasnych włosach.
— Poszedł pomóc innym ludziom.
Dziewczynka patrzyła na nią przez chwilę.
— Teraz wiele osób jest chorych, prawda?
Spuściła wzrok.
— Chodź. Umyjemy ci buzię, dobrze?
Wskazałem dłonią drzwi.
— W tamtym pomieszczeniu, za rogiem, jest łazienka. My z Robertem
sprawdzimy biuro.
Sara skinęła głową i poprowadziła dziewczynkę korytarzem.
Zdjąłem kolejny opatrunek z kuchennego ręcznika. Noga wyglądała dobrze.
Na szczęście rana nie była poważna.
— Idź sam. Ja przygotuję coś do jedzenia — rzucił Robert.
Zostawiłem ich i zajrzałem do niewielkiego biura.
Rozglądając się, znalazłem w szufladzie butelkę whisky i kilka
papierosów. Wychodzi na to, że nasz duszpasterz był zwyczajnym
człowiekiem.
— Komuś whisky? Sara, Rob?
— Nalej — odparli niemal równocześnie.
Odkręciłem korek i rozlałem whisky do trzech szklanek. Upiłem łyk,
odstawiłem swoją na stół i usłyszałem kroki wracających dziewczyn.
Przykucnąłem przed małą i zapytałem prawie szeptem.
— Hej, jak masz na imię?
Spojrzała na mnie niepewnie.
— Laura.
Nadal była roztrzęsiona, ale obecność Sary wyraźnie ją uspokajała.
— Wiesz, gdzie są rodzice?
Sara pochyliła się ku mnie.
— Pytałam. Nie wie.
Ostrożnie posadziła ją sobie na kolanach i objęła ramieniem.
Wyglądało na to, że jej tata przyprowadził ją tutaj, zanim poszedł
szukać żony. I już nie wrócił.
— Tatuś kazał mi schować się w szafie i być cicho…
Przełknęła ślinę.
— Usłyszałam hałasy. Ktoś krzyczał… jak potwór… Myślałam, że
wejdzie.
Zaczęła płakać.
Sara przytuliła ją do piersi.
— Nie bój się. Jestem tu z tobą. Nic ci się nie stanie.
Niedługo potem zasnęła.
Zjedliśmy to, co przygotował Rob — fasolkę z puszki zmieszaną z
warzywami i kiełbasą, doprawioną pieprzem i tabasco.
Wypiliśmy whisky do ostatniej kropli, tak jak poprzedniego wieczoru.
Znajome ciepło rozlało się po żołądku, a świat na chwilę stał się
lżejszy.
Zastanawiałem się, co przyniesie jutro.
Oni nadal tam byli.
Niezdolni do nasycenia.
Błądzący.
Usiadłem w biurze duchownego.
Nie mogłem zasnąć.
Karabin oparłem o ścianę, tuż przy biurku, tak żeby był w zasięgu ręki.
W kościele panowała cisza, która przychodzi dopiero wtedy, gdy człowiek
jest zbyt zmęczony, żeby się bać, ale wciąż zbyt czujny, żeby zasnąć.
Świeczka dogasała. Jej płomień rzucał na ściany krzywe, złamane cienie.
Przesuwałem dłonią po blacie, szukając czegokolwiek, co mogłoby mi zająć
myśli. Pod stertą papierów, rachunków i jakichś parafialnych notatek
zauważyłem złożoną kartkę. Była przyciśnięta brewiarzem.
