Wydawca: MAG Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziedzictwo - Christopher Paolini

Najgłośniejszy światowy megabestseller od 2003 roku. Od sierpnia 2003 roku nieprzerwanie na szczycie list bestsellerów. Eragon – bohater Paoliniego, młody wiejski chłopak znajduje niebieski kamień i przynosi go do domu. Zanim udaje mu się sprzedać go handlarzowi, z „kamienia” wykluwa się szafirowy smok, Saphira. Smoka próbuje ukraść zły Urgals, który brutalnie morduje wuja Eragona. Chłopcu i smoczycy w ostatniej chwili udaje się uciec. Od tej chwili Eragon poprzysięga zemstę mordercy wuja i wyrusza na wyprawę, by uratować świat i stać się ostatnim legendarnym Jeźdźcem Smoków.

 Eragon jest związany z Saphirą magiczną mocą, psychiczną więzią, która wzmacnia ich wzajemną siłę, lecz jest trochę...nieprzewidywalna. Król krainy, w której rozgrywa się akcja – Alagaesii – jest także Jeźdźcem, zaprzedał się jednak ciemnej mocy... W książce znajdujemy wszystko co niezbędne dla nowej generacji fantasy: wspaniałe walki, historyczne bronie, tajemniczy spisek i... kobieta elf, która pojawia się w snach Eragona. Czy Eragon pokona złego króla i zostanie Jeźdźcem Smoków, czy ulegnie ciemnej mocy? Odpowiedź poznamy w "Dziedzictwie".

Opinie o ebooku Dziedzictwo - Christopher Paolini

Fragment ebooka Dziedzictwo - Christopher Paolini

Spis treści
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Dedykacja
Mapa cz.1
Mapa cz.2
Na początku Historia Eragona, Najstarszego i Brisingra
Przez wyłom
Cios młota
Cienie na horyzoncie
Król kot
Po walce
Wspomnienia umarłych
Czymże jest człowiek?
Cena władzy
Brutalnie w światło dnia...

Kołysanka

Nie spoczną znużeni

Taniec z mieczami

Nie honor ni sława, lecz pęcherze w niefortunnych miejscach

Księżycożerna

Plotki i pismo

Aroughs

Dras-Leona

Rzut kośćmi

Przyjaciel i wróg

Ognista mąka

Popiół i pył

Bezkrólewie

Thardsvergûndnzmal

Droga wiedzy

Bliskość serc

Odkrycie

Decyzje

Pod wzgórzem i skałą

Nakarmić boga

Niewierni na swobodzie

Dźwięk dzwonu

Czarna-jaskinia-dzierzbo-cierni

Młot i hełm

A potem runęły mury...

Na brzegach jeziora Leona

Słowo Jeźdźca

Konklawe królów

Labirynt bez końca

Fragmenty, niewyraźne, na wpół dostrzeżone

Pytania bez odpowiedzi

Pożegnanie

Męka niepewności

Komnata Prawdomówczyni

Na skrzydłach smoka

Dźwięk jego głosu, dotyk jego dłoni

Iskierki buntu

Korona z lodu i śniegu

Czerw grzebak

Pośród ruin

Snalglí dla dwojga

Skała Kuthian

A cały świat to sen

Kwestia charakteru

Krypta Dusz

Lacuna, część pierwsza

Lacuna, część druga

Powrót

Miasto smutku

Narada wojenna

Kwestia obowiązku

Ogień nocą

Ponad murami i prosto w paszczę

Nadejście burzy

To, co nie zabije...

W sercu bitwy

Imię wszystkich imion

Mięśnie i metal

Dar wiedzy

Śmiertelne drgawki

Morze pokrzyw

Korona Imperium

Stosowne epitafium

Pionki na szachownicy

Fírnen

Człowiek sumienia

Cena krwi

Obietnice stare i nowe

Pożegnanie

O pochodzeniu nazw

Podziękowania

Christopher Paolini

Dziedzictwa księga czwarta

Przełożyła Paulina Braiter

Wydawnictwo MAG

Tytuł oryginału:Inheritance. Inheritance, Book Four

Copyright © 2011 by Christopher Paolini

Copyright for the Polish translation © 2011 by Wydawnictwo MAG

This Translation published by arrangement with Random House Children’s Books, a division of Random House, Inc.

Redakcja: Joanna Figlewska

Korekta: Urszula Okrzeja

Ilustracja na okładce: John Jude Palancar

Opracowanie graficzne okładki: Jarosław Musiał

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

Konwersja do formatu epub: pan@drewnianyrower.com

Wydanie III

ISBN 978-83-7480-322-9

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

Jak zawsze, książkę tę dedykuję mojej rodzinie. A także wszystkim śniącym i marzycielom: wielu artystom, muzykom i bajarzom, bez których nigdy nie doszłoby do tej podróży.

Na początku Historia Eragona, Najstarszego i Brisingra

Na początku były smoki: dumne, groźne i niezależne. Ich łuski lśniły jak klejnoty i każdy, kto na nie spojrzał, czuł rozpacz, bo wspaniała i straszliwa była ich uroda.

I przez niezliczone wieki żyły samotnie w krainie Alagaësii.

A potem bóg Helzvog stworzył z kamieni Pustyni Haradackiej krępe, mocarne krasnoludy.

I dwie rasy zaczęły toczyć wojny.

Potem zaś zza srebrnego morza do Alagaësii przypłynęły elfy. One także ruszyły na wojnę ze smokami. Elfy jednak były silniejsze od krasnoludów i zniszczyłyby smoki, tak jak smoki zniszczyłyby elfy.

Zawarto rozejm i podpisano traktat między smokami i elfami. Z połączenia obu ras powstali Smoczy Jeźdźcy, którzy przez tysiące lat utrzymywali pokój w całej Alagaësii.

Potem do Alagaësii przypłynęli ludzie. I rogate urgale. I Ra’zacowie, łowcy w mroku, pożeracze ludzkiego mięsa.

I ludzie także dołączyli do traktatu ze smokami.

Aż wreszcie w ich szeregach pojawił się młody Smoczy Jeździec, Galbatorix. Zniewolił czarnego smoka Shruikana i przekonał trzynastu innych Jeźdźców, by poszli w jego ślady. Tych trzynastu nazwano Zaprzysiężonymi.

Galbatorix i Zaprzysiężeni obalili Jeźdźców i spalili ich miasto na wyspie Vroengard, a także zabili wszystkie smoki, prócz własnych, oszczędzając jedynie trzy jaja – jedno czerwone, jedno niebieskie, jedno zielone. A każdemu smokowi, którego dosięgli, odbierali serce serc – Eldunarí – kryjące w sobie potęgę i umysł smoków, odłączone od ciała.

I przez osiemdziesiąt dwa lata Galbatorix władał niepodzielnie ludźmi. Zaprzysiężeni umarli kolejno, ale nie on, dysponował bowiem siłą wszystkich smoków i nikt nie zdołałby go pokonać.

W osiemdziesiątym trzecim roku rządów Galbatorixa pewien człowiek wykradł z jego zamku niebieskie smocze jajo. Jajo to powierzono pieczy tych, którzy wciąż walczyli z królem – Vardenom.

Elfka Arya przewoziła jajo pomiędzy Vardenami i elfami, szukając człowieka bądź elfa, dla którego smok zechciałby się wykluć. I tak upłynęło dwadzieścia pięć wiosen.

Wtedy to, gdy Arya podróżowała do elfickiego miasta Osilon, grupa urgali zaatakowała ją i jej przybocznych. Urgalami dowodził Cień Durza: czarnoksiężnik opętany przez duchy, które wezwał, by słuchały jego rozkazów. Po śmierci Zaprzysiężonych spośród wszystkich sług Galbatorixa to on budził największy lęk. Urgale zabiły strażników Aryi, nim jednak ją ujęły, Arya odesłała magicznie jajo do kogoś, kto, jak liczyła, mógłby je ochronić.

Niestety, jej zaklęcie zawiodło.

I stało się tak, że piętnastoletni Eragon, sierota, znalazł jajo w górach Kośćca. Zabrał je na farmę, gdzie mieszkał z wujem Garrowem i swym jedynym kuzynem, Roranem, i z jaja wykluł się dla Eragona smok, a chłopak sam wychował smocze pisklę. Smoczyca miała na imię Saphira.

Wówczas Galbatorix posłał dwóch Ra’zaców, by odszukali i odzyskali jajo. Ra’zacowie zabili Garrowa i spalili dom Eragona. Eragon i Saphira wyruszyli szukać zemsty na Ra’zacach. Dołączył do nich bajarz Brom, niegdyś sam będący Smoczym Jeźdźcem, jeszcze przed ich upadkiem. To właśnie do Broma eflka Arya zamierzała posłać niebieskie jajo.

Brom wiele nauczył Eragona o władaniu mieczem, o magii i o honorze. Podarował mu też Zar’roca, niegdyś miecz Morzana, pierwszego i najpotężniejszego z Zaprzysiężonych. Ra’zacowie jednak zabili Broma przy ich następnym spotkaniu. Eragonowi i Saphirze udało się uciec jedynie dzięki pomocy młodzieńca Murtagha, syna Morzana.

W czasie ich podróży Cień Durza schwytał Eragona w mieście Gil’ead. Eragon zdołał się uwolnić, wyzwolił też Aryę z jej celi. Elfka była zatruta i ciężko ranna, toteż Eragon, Murtagh i Saphira zabrali ją do Vardenów, żyjących pośród krasnoludów w Górach Beorskich.

Tam magowie uleczyli Aryę, tam też Eragon pobłogosławił zapłakane dziecko, Elvę, życząc jej, by była chroniona przed nieszczęściem. Niestety, dobrał niewłaściwe słowa i nieświadomie przeklął ją, klątwa ta zaś zmusiła dziewczynkę, by stała się ochroną przed nieszczęściami innych.

Wkrótce potem Galbatorix posłał wielką urgalską armię, by zaatakowała krasnoludy i Vardenów. W bitwie, która nastąpiła, Eragon zabił Cienia Durzę. Durza jednak zadał mu bolesną ranę w plecy i mimo zaklęć uzdrowicieli Vardenów Eragon cierpiał straszliwe męki.

Trawiony bólem usłyszał głos: „Przyjdź do mnie, Eragonie. Przybądź do mnie, bo mam odpowiedzi na wszystkie twe pytania”.

Trzy dni później przywódca Vardenów, Ajihad, wpadł w pułapkę i został zabity przez urgale, dowodzone przez parę bliźniaczych magów, którzy zdradzili Vardenów. Bliźniacy porwali także Murtagha i powiedli do Galbatorixa, lecz Eragonowi i wszystkim Vardenom zdawało się, że Murtagh zginął, i Eragon opłakiwał jego śmierć.

A córka Ajihada, Nasuada, została przywódczynią Vardenów.

Z Tronjheimu, największej twierdzy krasnoludów, Eragon, Saphira i Arya wyruszyli do północnej puszczy Du Weldenvarden, gdzie żyją elfy. Towarzyszył im krasnolud Orik, siostrzeniec krasnoludzkiego króla, Hrothgara.

W Du Weldenvarden Eragon i Saphira poznali Oromisa i Glaedra: ostatniego wolnego Jeźdźca i smoka, którzy żyli w ukryciu przez minione stulecia, czekając, by móc nauczać następne pokolenie Smoczych Jeźdźców. Eragon i Saphira spotkali się także z królową Islanzadí, władczynią elfów i matką Aryi.

Podczas gdy Oromis i Glaedr szkolili Eragona i Saphirę, Galbatorix posłał Ra’zaców wraz z oddziałem żołnierzy do ojczystej wioski Eragona, Carvahall, tym razem po to, by porwać jego kuzyna Rorana. Roran jednak ukrył się i nie znaleźliby go, gdyby nie nienawiść rzeźnika Sloana. Sloan bowiem zamordował wartownika, wpuszczając Ra’zaców do wioski, tak by mogli schwytać zaskoczonego Rorana. Roran wywalczył sobie wolność, lecz Ra’zacowie uprowadzili Katrinę: ukochaną Rorana i córkę Sloana. Wówczas Roran przekonał wieśniaków, by odeszli wraz z nim. Razem podróżowali przez góry Kośćca, wzdłuż wybrzeża Alagaësii, do południowej krainy Surda, jak dotąd niezależnej od Galbatorixa.

Rana na plecach Eragona wciąż mu doskwierała, lecz w czasie elfickiej ceremonii Przysięgi Krwi, podczas której elfy świętują traktat pomiędzy Jeźdźcami i smokami, widmowy smok przywołany na koniec uroczystości uleczył go. Co więcej, zjawa obdarzyła Eragona siłą i szybkością dorównującą najpotężniejszym elfom.

Wówczas Eragon i Saphira polecieli do Surdy, gdzie Nasuada powiodła Vardenów, by rozpocząć atak na Imperium Galbatorixa. Tam też urgale sprzymierzyły się z Vardenami, twierdziły bowiem, że Galbatorix zaćmił im umysły i że pragną się na nim zemścić. U Vardenów Eragon spotkał ponownie dziewczynkę Elvę, która rosła niewiarygodnie szybko z powodu jego zaklęcia. Z zapłakanego niemowlęcia stała się na oko trzy-, czterolatką, a spojrzenie jej oczu wstrząsało wszystkimi, znała bowiem cierpienia tych, którzy ją otaczali.

Niedaleko granicy Surdy, na czarnych Płonących Równinach, Eragon, Saphira i Vardeni stoczyli wielką i krwawą bitwę z armią Galbatorixa.

W trakcie bitwy do Vardenów dołączyli Roran i reszta wieśniaków, podobnie krasnoludy, które przymaszerowały z Gór Beorskich.

Wtedy ze wschodu nadleciała postać zakuta w błyszczącą zbroję. Postać dosiadała lśniącego czerwonego smoka. Przybysz ów jednym zaklęciem zabił króla Hrothgara.

Wówczas Eragon i Saphira starli się z Jeźdźcem i jego czerwonym smokiem. I odkryli, że owym Jeźdźcem był Murtagh, obecnie związany z Galbatorixem przysięgą, której nie da się złamać. Smok zaś to Cierń, wykluty z drugiego z trzech jaj.

Murtagh pokonał Eragona i Saphirę dzięki sile Eldunarí, które powierzył mu Galbatorix. Pozwolił jednak odejść im wolno, bo nadal darzył Eragona przyjaźnią. I dlatego że, jak go poinformował, byli braćmi, urodzonymi przez ulubioną nałożnicę Morzana, Selenę.

Wówczas Murtagh odebrał Eragonowi Zar’roca, miecz ich ojca, i wraz z Cierniem wycofali się z Płonących Równin, to samo uczyniła armia Galbatorixa.

Po zakończonej bitwie Eragon, Saphira i Roran udali się do mrocznej kamiennej wieży, Helgrindu, służącej za kryjówkę Ra’zacom. Zabili jednego z nich – i jego odrażających rodziców, Lethrblaki – i z jaskiń Helgrindu uwolnili Katrinę. A w jednej z cel Eragon odkrył ojca Katriny, ślepego i półżywego.

Eragon rozważał zabicie Sloana za jego zdradę, ale odrzucił ten pomysł. Zamiast tego uśpił go głęboko i powiadomił Rorana i Katrinę, że jej ojciec nie żyje. Następnie poprosił Saphirę, by zabrała oboje do Vardenów, on tymczasem zapoluje na ostatniego z Ra’zaców.

Już sam, Eragon zabił ostatniego Ra’zaca. Potem zabrał Sloana z Helgrindu i po długim namyśle odkrył prawdziwe imię rzeźnika w pradawnej mowie, języku mocy i magii. Zniewolił go też jego imieniem, nakazując rzeźnikowi przysiąc, że nigdy już nie zobaczy córki. Wówczas Eragon posłał go, by zamieszkał pośród elfów. Nie powiedział jednak rzeźnikowi, że jeśli odpokutuje za swą zdradę i morderstwo, elfy uzdrowią mu oczy.

Arya spotkała się z Eragonem w połowie drogi do Vardenów, razem powrócili pieszo przez ziemie wroga.

U Vardenów Eragon dowiedział się, że królowa Islanzadí wysłała dwunastu elfickich magów dowodzonych przez elfa Blödhgarma, by strzegli jego i Saphiry. Następnie Eragon zdjął z dziewczynki tak wielką część klątwy, jaką zdołał, Elva jednak zachowała zdolność wyczuwania bólu innych, choć nie czuła już przymusu ratowania ich przed nieszczęściem.

Roran poślubił Katrinę, która nosiła w łonie dziecko. Po raz pierwszy od bardzo dawna Eragon czuł się szczęśliwy.

Wówczas Murtagh, Cierń i oddział ludzi Galbatorixa zaatakowali Vardenów. Z pomocą elfów Eragon i Saphira zdołali ich powstrzymać, lecz ani Eragon, ani Murtagh nie byli w stanie pokonać drugiego. Bitwa okazała się trudna, bo Galbatorix zaczarował swych żołnierzy, tak by nie czuli bólu, i Vardeni ponieśli ciężkie straty.

Po wszystkim Nasuada wysłała Eragona jako przedstawiciela Vardenów do krasnoludów na czas wyboru nowego króla. Eragon bardzo nie chciał wyjeżdżać, Saphira musiała bowiem zostać i chronić obóz Vardenów. Posłuchał jednak.

Roran zaś służył u Vardenów i awansował w ich szeregach, okazał się bowiem zręcznym wojownikiem i dowódcą.

Podczas pobytu Eragona u krasnoludów siedmiu z nich próbowało go zabić. Śledztwo wykazało, że za atakami stał klan Az Sveldn rak Anhûin. Rada klanów trwała jednak dalej i krasnoludy wybrały następcą tronu Orika. Podczas koronacji do Eragona dołączyła Saphira i wypełniła przyrzeczenie, naprawiając ukochany gwieździsty szafir krasnoludów, który strzaskała podczas walki Eragona z Cieniem Durzą.

Wówczas Eragon i Saphira wrócili do Du Weldenvarden. Tam Oromis ujawnił im prawdę o pochodzeniu Eragona: że nie był on wcale synem Morzana, lecz Broma, choć istotnie mieli z Murtaghiem tę samą matkę Selenę. Oromis i Glaedr wyjaśnili im także, czym są Eldunarí, które smok może zechcieć wydalić za życia, choć musi to uczynić z wielką ostrożnością, bo ktokolwiek posiada Eldunarí, może posłużyć się nim do zapanowania nad smokiem.

Podczas pobytu w puszczy Eragon zdecydował, że jest mu potrzebny miecz, który zastąpi Zar’roca. Pamiętny rady kotołaka Solembuma, spotkanego podczas podróży z Bromem, udał się do myślącego drzewa Menoa w Du Weldenvarden. Przemówił do niego i drzewo zgodziło się oddać mu ukrytą pod korzeniami jasnostal, w zamian za dar, którego jednak nie nazwało.

Wtedy elfia kowalka Rhunön – która wykuła wszystkie miecze Jeźdźców – pracując z Eragonem, stworzyła dla niego nową klingę. Miecz był niebieski, Eragon nazwał go Brisingr – „Ogień”. Za każdym razem, gdy wymawiał jego imię, ostrze stawało w płomieniach.

Glaedr powierzył swe serce serc Eragonowi i Saphirze, którzy razem powrócili do Vardenów. Tymczasem Glaedr i Oromis dołączyli do reszty swego ludu, przypuszczając od północy atak na Imperium.

Podczas oblężenia Feinster Eragon i Arya natknęli się na trzech wrogich magów, jeden z nich przerodził się w Cienia, Varaugha. Z pomocą Eragona Arya zabiła nowego Cienia.

W tym samym czasie Oromis i Glaedr walczyli z Murtaghiem i Cierniem. Ale Galbatorix sięgnął ku nim i opanował umysł Murtagha. Posługując się jego rękami, powalił Oromisa, a Cierń zabił ciało Glaedra.

Choć zatem Vardeni odnieśli zwycięstwo pod Feinster, Eragon i Saphira opłakiwali utratę nauczyciela, Oromisa. Vardeni jednak nie ustawali w walce, maszerowali dalej, zbliżając się do stolicy, Urû’baenu, w której na tronie zasiada Galbatorix, dumny, pewny siebie i gardzący innymi, do niego bowiem należy siła smoków.

Przez wyłom

Smoczyca Saphira ryknęła i żołnierze przeciwnika zadrżeli.

– Za mną! – Eragon uniósł wysoko nad głowę Brisingra. Błękitny miecz zalśnił jaskrawym, oślepiającym blaskiem na tle zwału czarnych chmur nadciągających z zachodu. – Za Vardenów!

Obok niego śmignęła strzała; w ogóle jej nie dostrzegł.

Wojownicy zebrani u podstawy gruzowiska, na szczycie którego stali Eragon z Saphirą, odpowiedzieli chóralnym okrzykiem:

– Za Vardenów!

Unieśli broń i ruszyli naprzód, gramoląc się po zwalonych kamiennych blokach.

Eragon odwrócił się do nich plecami. Po drugiej stronie sterty znajdował się szeroki dziedziniec. Pośrodku niego skupiło się około dwustu żołnierzy Imperium. Za ich plecami ciemniała wysoka mroczna twierdza o wąskich szczelinach okien i kilku kanciastych wieżach; w pokojach na szczycie najwyższej z nich płonęła latarnia. Eragon wiedział, że gdzieś za murami twierdzy kryje się lord Bradburn, gubernator Belatony – miasta, które od kilkunastu godzin próbowali zdobyć Vardeni.

Z donośnym krzykiem zeskoczył z gruzów ku żołnierzom. Tamci cofnęli się szybko, nadal jednak nie opuścili włóczni i pik, celujących wprost w poszarpaną szczelinę, którą Saphira wyłamała w zewnętrznym murze zamku.

Podczas lądowania skręcił kostkę. Osunął się na kolano i szybko podparł dzierżącą miecz ręką.

Jeden z żołnierzy wykorzystał sposobność: śmignął naprzód, wymierzając cios włócznią w odsłonięte gardło przeciwnika.

Eragon sparował cios drobnym ruchem przegubu, władając Brisingrem szybciej, niż potrafiłby tego dokonać jakikolwiek człowiek bądź elf. Twarz żołnierza stężała ze zgrozy, gdy pojął swój błąd. Próbował uciec, zanim jednak zdołał pokonać choćby kilka cali, Eragon rzucił się naprzód i trafił go prosto w brzuch.

Saphira, ciągnąc za sobą proporzec tryskającego z pyska złocisto-błękitnego ognia, skoczyła na dziedziniec w ślad za Eragonem. Gdy uderzyła o kamienne płyty, przykucnęła, napinając mięśnie nóg. Siła zderzenia wstrząsnęła całym dziedzińcem. Wiele odłamków szkła, tworzących wielką barwną mozaikę na fasadzie twierdzy, odprysnęło i wystrzeliło w powietrze, wirując niczym monety odbite od bębna. W górze trzasnęły otwierane i zamykana okiennice.

Tuż po Saphirze pojawiła się elfka Arya. Długie czarne włosy tańczyły szaleńczo wokół kanciastej twarzy, gdy zeskoczyła ze sterty gruzów. Jej ręce i szyję pokrywały smugi i rozbryzgi krwi, klinga miecza także ociekała posoką. Elfka wylądowała z miękkim szelestem skóry o kamień.

Jej obecność uradowała Eragona. U boku swego i Saphiry nie wolałby widzieć nikogo innego. Pomyślał, że jest idealną towarzyszką broni.

Posłał jej szybki uśmiech. Arya odpowiedziała tym samym, promieniowała radością i groźną energią. W bitwie jej rezerwa znikała bez śladu; poza walką rzadko się zdarzało, by elfka tak bardzo się otworzyła.

Eragon uskoczył za tarczę, gdy między nimi pojawiła się falująca zasłona błękitnego ognia. Spod rąbka hełmu patrzył, jak Saphira zalewa skulonych żołnierzy rzeką płomieni, która otoczyła ich, nie czyniąc najmniejszej szkody.

Ustawieni w szeregu na blankach zamku łucznicy wypuścili grad strzał, celując w smoczycę. Okalające ją gorąco było tak potężne, że garść pocisków już w powietrzu stanęła w ogniu i rozpadła się w proch, rzucone przez Eragona czary ochronne odbiły resztę. Jeden ze zbłąkanych grotów trafił w tarczę Eragona i odbił się od niej z głuchym łoskotem, pozostawiając zagłębienie.

Pióropusz ognia spowił nagle trzech żołnierzy, zabijając ich tak szybko, że nie zdążyli nawet krzyknąć. Pozostali stłoczyli się w samym sercu piekielnej pożogi; w jaskrawobłękitnym blasku groty ich włóczni i pik lśniły jasno.

Mimo usilnych starań, Saphira nie zdołała nawet zranić reszty wrogów. W końcu zrezygnowała i z donośnym kłapnięciem zamknęła pysk. Pod nieobecność ognia na dziedzińcu zapadła przejmująca cisza.

Eragon, jak już kilka razy wcześniej, pojął, że ktokolwiek przygotował zaklęcia ochronne żołnierzy, musiał być zręcznym i potężnym magiem. Czy to robota Murtagha? – zastanawiał się w myślach. Jeśli tak, czemu wraz z Cierniem nie bronią Belatony? Czyżby Galbatorixowi nie zależało na utrzymaniu miasta?

Popędził naprzód i jednym uderzeniem Brisingra odrąbał czubki tuzina włóczni równie łatwo, jak za młodu odcinał nasienne końcówki chmielu. Chlasnął najbliższego żołnierza przez pierś, przebijając kolczugę niczym zwiewny jedwab. Trysnęła fontanna krwi. Potem Eragon pchnął następnego żołnierza i uderzył tarczą kolejnego po lewej, odrzucając go na trzech towarzyszy i wywracając całą czwórkę.

Reakcje przeciwników wydały mu się powolne i niezgrabne – tańczył pośród szeregów wroga, powalając bezkarnie nieprzyjaciół. Saphira ruszyła do walki po lewej – wyrzucała żołnierzy w powietrze olbrzymimi łapami, tłukła kolczastym ogonem, gryzła i zabijała, szybko poruszając głową – a po prawicy Arya poruszała się błyskawicznie, każdy ruch jej miecza zwiastował śmierć kolejnemu słudze Imperium. Kiedy Eragon zawirował w piruecie, unikając kontaktu z dwiema włóczniami, ujrzał tuż za ich plecami futrzastego elfa Blödhgarma, a także jedenaście innych elfów, których zadaniem było strzeżenie jego i smoczycy.

Nieco dalej, przez szczelinę w murze zewnętrznym, na dziedziniec wlewali się Vardeni, nie atakowali jednak – zbyt niebezpiecznie było zbliżać się do Saphiry. Zresztą, smoczyca, Eragon ani elfy nie potrzebowali pomocy w starciu z żołnierzami.

W wirze bitwy szybko się rozdzielili, lądując na przeciwległych końcach dziedzińca. Eragon nie martwił się o towarzyszkę. Nawet pozbawiona ochrony czarów, Saphira była w pełni zdolna pokonać samodzielnie oddział dwudziestu czy trzydziestu ludzi.

Włócznia trafiła w tarczę Eragona, która boleśnie uderzyła go w ramię. Obrócił się w stronę jej właściciela, wysokiego mężczyzny o twarzy zrytej bliznami, odsłaniającego w grymasie dziury w miejscu dolnych przednich zębów, i pomknął ku niemu. Tamten usiłował dobyć zza pasa sztylet. W ostatniej chwili Eragon obrócił lekko tułów, napiął ręce i pierś i rąbnął obolałym ramieniem prosto w mostek napastnika.

Siła zderzenia odrzuciła żołnierza o kilkanaście jarów. Runął na ziemię, trzymając się za serce.

A potem z nieba posypał się grad czarnopiórych strzał, zabijając bądź raniąc wielu walczących. Eragon osłonił się tarczą przed pociskami i przykucnął, choć był pewien, że magia go ochroni. Nie zamierzał pozwalać sobie na nieostrożność: nie mógł przewidzieć, kiedy czarownik strony przeciwnej wystrzeli ku niemu zaklętą strzałę, która mogłaby przebić ochronne czary.

Jego wargi wygięły się w gorzkim uśmiechu. Łucznicy na murach pojęli już, że mogliby zwyciężyć tylko gdyby udało im się zabić jego samego i elfy, nieważne ilu swoich musieliby przy tym poświęcić.

Już za późno, pomyślał z ponurą satysfakcją. Trzeba było odłączyć się od Imperium póki jeszcze mieliście sposobność.

Deszcz grzechoczących strzał pozwolił mu chwilę odpocząć i Eragon chętnie z tego skorzystał. Atak na miasto zaczął się o brzasku, a on sam wraz z Saphirą od początku postępował na czele.

Kiedy ostrzał ustał, Eragon przerzucił Brisingra do lewej dłoni, podniósł jedną z włóczni przeciwnika i cisnął w stojących czterdzieści stóp wyżej łuczników. Włócznia to broń, którą ciężko rzucać celnie bez długiej praktyki. Nie zdziwił się zatem, odkrywszy, że chybił człowieka, w którego celował. Zaskoczyło go natomiast to, że nie trafił w żadnego z łuczników. Włócznia poszybowała nad ich głowami i roztrzaskała się o mur zamku w górze. Łucznicy zaczęli śmiać się głośno i drwić, podkreślając słowa wulgarnymi gestami.

Uwagę Eragona przyciągnął szybki ruch na skraju pola widzenia. Obejrzał się akurat, gdy Arya także cisnęła włócznią, przebijając dwóch stojących obok siebie łuczników. Następnie wycelowała w nich miecz.

– Brisingr! – rzuciła i włócznia zapłonęła szmaragdowozielonym ogniem.

Pozostali łucznicy cofnęli się przed płonącymi trupami i jak jeden mąż umknęli z blanków, tłocząc się w przejściu wiodącym na wyższe piętra zamku.

– To niesprawiedliwe – mruknął Eragon. – Ja nie mogę użyć tego zaklęcia, bo mój miecz zacznie płonąć jak ognisko.

Arya zerknęła na niego z lekkim rozbawieniem.

Walka trwała jeszcze kilka minut, a potem pozostali przy życiu żołnierze albo się poddali, albo próbowali uciec.

Eragon pozwolił pięciu z nich umknąć, wiedział, że nie pobiegną daleko. Sprawdziwszy szybko leżące wokół zwłoki, by się upewnić, że wojownicy naprawdę nie żyją, obejrzał się i zerknął na drugi koniec dziedzińca. Kilku Vardenów otworzyło bramę w murze zewnętrznym i wtaszczyło do środka taran, maszerując ulicą wiodącą do zamku. Inni zebrali się w nierównych szeregach niedaleko wejścia do twierdzy, gotowi wtargnąć do środka i podjąć walkę z ukrytymi wewnątrz żołnierzami. Wśród nich był też kuzyn Eragona, Roran – gestykulował swym nieodłącznym młotem, jednocześnie wydając rozkazy podległemu sobie oddziałowi. Na drugim końcu Saphira przycupnęła nad trupami zabitych przez siebie żołnierzy – otaczało ją prawdziwe pobojowisko. Krople krwi przywarły do mieniących się jak klejnoty łusek smoczycy, czerwień kontrastowała ostro z błękitem jej ciała. Saphira uniosła kolczastą głowę i ryknęła tryumfalnie, zagłuszając dobiegający zza murów hurgot.

Jakby w odpowiedzi, w zamku rozległ się szczęk łańcuchów i kół zębatych, a po nim zgrzyt odciąganych ciężkich drewnianych belek. Dźwięk ów przyciągnął uwagę wszystkich, którzy skupili wzrok na drzwiach twierdzy.

Z głuchym łoskotem wrota otwarły się i rozchyliły. Ze środka wypłynęła ciemna chmura dymu z pochodni, tak gęsta, że najbliżsi Vardeni zaczęli kasłać i zasłaniać twarze. Gdzieś w głębi mroku rozległ się stukot okutych żelazem kopyt na kamiennych płytach, a potem z serca chmury wypadł koń i jeździec. W lewej dłoni jeździec trzymał coś, co Eragon w pierwszej chwili wziął za zwykłą lancę, szybko jednak zauważył, że wykuto ją z osobliwego zielonego materiału i zakończono niezwykłym zębatym grotem. Głowicę lancy otaczała słaba aura nienaturalnego światła, zdradzająca obecność magii.

Jeździec ściągnął wodze i skierował wierzchowca w stronę Saphiry, która zaczęła wznosić się na tylnych nogach, gotowa do zadania prawą łapą straszliwego, morderczego ciosu.

Nagle Eragona ogarnęła trwoga. Jeździec był zbyt pewny siebie, jego lanca zbyt dziwna i niesamowita. Choć zaklęcia powinny ochronić smoczycę, był pewien, że Saphirze grozi śmiertelne niebezpieczeństwo.

Nie zdołam dotrzeć do niej na czas, uświadomił sobie nagle. Posłał myśli ku jeźdźcowi, tamten jednak był zbyt skupiony na swym zadaniu i nawet nie zauważył obecności Eragona, a całkowita koncentracja przeciwnika nie pozwoliła Eragonowi wniknąć głębiej w jego świadomość. Wycofawszy się, przywołał pół tuzina słów w pradawnej mowie i ułożył z nich proste zaklęcie, mające powstrzymać w biegu galopującego rumaka. Był to akt rozpaczy – Eragon nie wiedział bowiem, czy to jeździec jest magiem, ani też jakie mógł podjąć środki chroniące go przed działaniem czarów – nie zamierzał jednak stać bezczynnie, gdy życiu Saphiry groziło niebezpieczeństwo.

Zaczerpnął tchu. Przypomniał sobie właściwą wymowę kilku trudnych dźwięków pradawnej mowy. A potem otworzył usta, by rzucić zaklęcie.

Choć działał szybko, elfy okazały się szybsze. Nim zdołał wypowiedzieć choćby jedno słowo, zza jego pleców dobiegł szaleńczy chór niskich głosów, które, nakładając się na siebie, tworzyły niesamowitą, dysonansową melodię.

– Mäe... – zdążył wymówić, a potem magia elfów zaczęła działać.

Mozaika tuż przed koniem poruszyła się i przesunęła, odłamki szkła zafalowały niczym tafla wody. W ziemi otwarła się długa szczelina, poszarpane głębokie pęknięcie. Koń z głośnym rżeniem runął w dziurę i upadł, łamiąc obie przednie nogi.

W chwili, gdy jeździec z wierzchowcem padali, mężczyzna w siodle uniósł rękę i cisnął lśniącą lancą wprost w Saphirę.

Smoczyca nie mogła uciec. Nie mogła uskoczyć. Zamachnęła się zatem łapą w nadziei, że odtrąci pocisk. Chybiła jednak – zaledwie o parę cali – i Eragon patrzył ze zgrozą, jak lanca wbija się na ponad jard w jej pierś tuż pod obojczykiem.

Jego oczy przesłoniła pulsująca zasłona furii. Zaczął czerpać ze wszystkich dostępnych źródeł energii – własnego ciała; szafiru osadzonego w głowicy miecza; dwunastu diamentów ukrytych w pasie Belotha Mądrego owiniętym wokół jego talii i olbrzymich zapasów zgromadzonych w Arenie – pierścieniu elfów zdobiącym prawą dłoń – szykując się do unicestwienia jeźdźca, bez względu na ryzyko.

Powstrzymał się jednak, bo nagle ujrzał Blödhgarma przeskakującego nad lewą przednią łapą Saphiry. Elf wylądował na jeźdźcu niczym pantera na jeleniu i powalił go na bok. Gwałtownym szarpnięciem głowy Blödhgarm rozdarł gardło przeciwnika długimi białymi zębami.

Z okna umiejscowionego wysoko nad otwartymi wrotami wieży dobiegł okrzyk przejmującej rozpaczy. Po sekundzie ognista eksplozja wyrzuciła w powietrze kamienne bloki, które runęły na zebranych Vardenów, miażdżąc członki i ciała niczym suche gałązki.

Eragon, nie zważając na sypiący się z góry deszcz kamieni, popędził do Saphiry, ledwie świadom obecności Aryi i jej kompanów. Inne elfy zdążyły już zgromadzić się wokół smoczycy, zapatrzone w sterczącą z jej piersi włócznię.

– Jak ciężko...? Czy ona...? – zaczął Eragon, zbyt poruszony, by dokończyć zdanie. Bardzo pragnął pomówić z Saphirą w myślach, lecz dopóki w pobliżu mogli czaić się czarodzieje przeciwnika, nie śmiał odsłonić swej świadomości, by wrogowie nie wniknęli do jego umysłu ani nie przejęli władzy nad ciałem.

Po długiej nieznośnie się ciągnącej chwili, Wyrden, jeden z elfów, uniósł głowę.

– Możesz podziękować losowi, Cieniobójco. Lanca ominęła główne żyły i tętnice jej szyi. Przebiła jedynie mięsień, a mięśnie możemy naprawić.

– Zdołacie ją usunąć? Czy jest chroniona zaklęciami, które mogłyby was powstrzymać przed...?

– Zajmiemy się tym, Cieniobójco.

Wszystkie elfy, prócz Blödhgarma, poważne niczym kapłani zgromadzeni przed ołtarzem, przyłożyły dłonie do piersi Saphiry i zaśpiewały cicho niczym szept wiatru pośród kępy wierzb. Śpiewały o cieple i wzroście, o mięśniach, ścięgnach i pulsującej krwi, a także o wielu bardziej tajemniczych sprawach. Saphira najwyższym wysiłkiem woli trwała nieruchomo podczas ich zaklęcia, choć co parę sekund jej ciałem wstrząsały gwałtowne dreszcze. Z otworu w piersi, w którym wciąż tkwiło drzewce włóczni, spływała struga krwi.

Kiedy Blödhgarm podszedł i stanął obok, Eragon obejrzał się na elfa. Futro na jego brodzie pociemniało od posoki, mieniąc się granatem i czernią.

– Co to było? – Eragon wskazał ręką płomienie, wciąż tańczące w oknie nad dziedzińcem.

Blödhgarm oblizał wargi, odsłaniając kocie kły.

– Tuż przed śmiercią tego żołnierza zdołałem wtargnąć do jego umysłu i poprzez niego do umysłu maga, który mu pomagał.

– Zabiłeś go?

– W pewnym sensie. Zmusiłem, by sam się zabił. W zwykłych okolicznościach nie uciekłbym się do tak dramatycznych popisów, ale byłem... zirytowany.

Eragon ruszył naprzód i zatrzymał się, gdy Saphira wydała z siebie długi przeciągły jęk, a potem bez niczyjej pomocy lanca zaczęła wysuwać się z jej piersi. Powieki smoczycy zatrzepotały, kilka razy odetchnęła szybko i płytko, gdy ostatnie sześć cali broni wyłoniło się z ciała. Zębaty grot, okolony słabą szmaragdową poświatą, runął na ziemię i odbił się od kamienia z odgłosem charakterystycznym raczej dla wypalonej gliny niż metalu.

Gdy elfy przestały śpiewać i oderwały dłonie od ciała Saphiry, Eragon podbiegł i dotknął jej szyi. Chciał ją pocieszyć, powiedzieć, jak bardzo się przeraził, złączyć z nią swój umysł. Zamiast tego zadowolił się jedynie spojrzeniem w jedno błękitne oko i pytaniem:

– Dobrze się czujesz?

Słowa te wydawały się mizernie słabe w porównaniu z głębią jego uczuć.

Saphira odpowiedziała jednym mrugnięciem, a potem pochyliła głowę, pieszcząc jego twarz delikatnym obłoczkiem ciepłego powietrza z nozdrzy.

Eragon uśmiechnął się. Odwrócił się szybko do elfów.

– Eka elrun ono, älfya wiol förn thornessa – podziękował im za pomoc w pradawnej mowie.

Elfy uczestniczące w uzdrowieniu, łącznie z Aryą, ukłoniły się i obróciły prawymi dłońmi nad środkiem piersi w geście pozdrowienia właściwym swojej rasie. Zauważył, że ponad połowa oddziału wyznaczonego do ochrony jego i Saphiry jest blada, słaba i słania się na nogach.

– Wycofajcie się i odpocznijcie – polecił im. – Jeśli zostaniecie, z łatwością was pozabijają. No dalej, to rozkaz!

Choć był pewien, że nie chcą odchodzić, siedem elfów odparło chórem:

– Jak każesz, Cieniobójco! – I wycofało się z dziedzińca, przeskakując ponad trupami i gruzami. Nawet na skraju wyczerpania wydawały się szlachetne i wyniosłe.

Eragon dołączył do Aryi i Blödhgarma, którzy oglądali uważnie lancę; ich twarze miały osobliwy wyraz, jakby nie wiedzieli jak zareagować. Przykucnął obok nich, uważając, by nie dotknąć niezwykłej broni. Przyjrzał się uważnie delikatnym liniom wyrzeźbionym u podstawy grotu, liniom, które wydawały się znajome, choć sam nie wiedział dlaczego, a także zielonkawemu drzewcu, zrobionemu z materiału nieprzypominającego drewna ani metalu, i niezwykłej poświacie, kojarzącej się z pozbawionymi płomieni lampami, którymi elfy i krasnoludy oświetlały swe dwory.

– Jak myślicie, czy to robota Galbatorixa? – spytał Eragon. – Może postanowił jednak zabić Saphirę i mnie, zamiast nas schwytać. Być może uważa, że mu zagrażamy.

Blödhgarm uśmiechnął się nieprzyjemnie.

– Nie łudziłbym się podobnymi fantazjami, Cieniobójco. Dla Galbatorixa jesteśmy tylko drobną zawadą. Gdyby naprawdę zapragnął śmierci twojej czy któregokolwiek z nas, musiałby jedynie wylecieć z Urû’baenu i stanąć do walki, a my padlibyśmy przed nim niczym zaschnięte liście w obliczu zimowej zamieci. Ma w sobie siłę smoków i nikt nie zdoła mu sprostać. Poza tym, Galbatorix niełatwo zawraca z raz obranego kursu. Może i jest szalony, ale jest też przebiegły i nade wszystko zdecydowany. Skoro pragnie cię uwięzić, będzie dążył do tego celu wręcz obsesyjnie i nic, prócz instynktu samozachowawczego, go nie zniechęci.

– Poza tym – wtrąciła Arya – to nie robota Galbatorixa, tylko nasza.

Eragon zmarszczył brwi.

– Nasza? Tej lancy nie zrobili Vardeni.

– Vardeni nie. To robota elfa.

– Ale... – Szukał w myślach rozsądnego wyjaśnienia. – Ale przecież żaden elf nie zgodziłby się pracować dla Galbatorixa. Prędzej by umarł, niż...

– Galbatorix nie miał z tym nic wspólnego, a gdyby nawet, z pewnością nie oddałby tak rzadkiej i potężnej broni w ręce człowieka, który nie potrafiłby lepiej jej strzec. Ze wszystkich narzędzi wojny rozproszonych w całej Alagaësii to właśnie nade wszystko wolałby przed nami uchronić.

– Dlaczego?

Niski melodyjny głos Blödhgarma zabrzmiał niemal jak mruczenie kota.

– Ponieważ, Eragonie Cieniobójco, to jest Dauthdaert.

– I nazywa się Niernen, Orchidea. – Arya wskazała ręką linie wyżłobione na grocie.

Dopiero w tym momencie Eragon uświadomił sobie, że to stylizowane znaki niezwykłego pisma elfów – misternie splecione zawijasy, kończące się długimi, podobnymi do cierni kreskami.

– Dauthdaert? – Kiedy zarówno Arya, jak i Blödhgarm spojrzeli na niego z niedowierzaniem, Eragon wzruszył ramionami, zawstydzony swym brakiem wiedzy. Dręczyła go świadomość, że podczas gdy dorastające elfy przez długie dziesięciolecia mogły pobierać nauki u najlepszych mędrców swej rasy, jego własny wuj, Garrow, nie nauczył go nawet liter, uznając je za nieistotne. – W Ellesmérze nie wystarczyło mi czasu na zbyt dogłębne lektury. Co to takiego? Czy zostało wykute podczas upadku Jeźdźców do walki z Galbatorixem i Zaprzysiężonymi?

Blödhgarm pokręcił głową.

– Niernen jest znacznie, znacznie starsza.

– Dauthdaertya – oznajmiła Arya – zrodziły się ze strachu i nienawiści, powszechnych w ostatnich latach naszej wojny ze smokami. Nasi najzręczniejsi kowale i magowie wykuli je z materiałów, których już nie znamy, nasycili zaklęciami, które już dawno utraciliśmy, i nazwali całą dwunastkę imionami najpiękniejszych kwiatów – doprawdy paskudny to kontrast – bo stworzono je w jednym tylko celu: zrobiliśmy je, by zabijać smoki.

Eragon spojrzał z nagłą odrazą na lśniącą lancę.

– I udało się?

– Świadkowie opowiadali, że smocza krew płynęła z nieba niczym letnia ulewa.

Saphira syknęła głośno.

Eragon zerknął na nią i zobaczył kątem oka, że Vardeni nadal utrzymują pozycje przed twierdzą, czekając, aż wraz ze smoczycą podejmą atak.

– Uważano, że wszystkie Dauthdaertya zostały zniszczone bądź zagubione na wieki – podjął Blödhgarm. – Najwyraźniej się myliliśmy. Niernen musiała trafić w ręce rodziny Waldgrave i pozostać ukryta w Belatonie. Zgaduję, że kiedy przedarliśmy się przez mury miasta, lorda Bradburna zawiodła odwaga i rozkazał przynieść ze zbrojowni Niernen, by spróbować powstrzymać ciebie i Saphirę. Gdyby Galbatorix dowiedział się, że Bradburn usiłował cię zabić, bez wątpienia wpadłby w furię.

Eragon, choć świadom, że musi się śpieszyć, nie mógł odejść, nie zaspokoiwszy ciekawości.

– Może to i Dauthdaert, ale nadal nie wyjaśniliście, czemu Galbatorix nie chciałby, żeby trafiła w nasze ręce. – Skinieniem głowy wskazał lancę. – Co sprawia, że Niernen ma być niebezpieczniejsza niż zwykła włócznia czy nawet Bris... – Ugryzł się w język, nim wymówił całe imię. – Czy nawet mój miecz?

Tym razem to Arya odpowiedziała.

– W żaden sposób nie można jej złamać, nie szkodzi jej ogień i jest niemal zupełnie odporna na magię, jak sam się przekonałeś. Dauthdaertya zostały zaprojektowane tak, by nie działały na nie rzucane przez smoki zaklęcia i aby chronić przed nimi ich posiadaczy – niezwykle trudne zadanie, biorąc pod uwagę moc, złożoność i nieprzewidywalną naturę smoczej magii. Galbatorix spowił siebie i Shruikana siecią zaklęć ochronnych liczniejszych, niż ktokolwiek inny w Alagaësii, możliwe jednak, że Niernen przebiłaby się przez nie, jakby w ogóle nie istniały.

Eragon w końcu zrozumiał i przepełniła go gwałtowna radość.

– Będziemy musieli...

Przerwał mu pisk.

Niespodziewany dźwięk przeszywał uszy, zgrzytał i wibrował, niczym metal trący o kamień. Eragon poczuł, jak wibrują mu zęby, zasłonił dłońmi uszy, krzywiąc się i rozglądając, próbując odnaleźć źródło dźwięku. Saphira zarzuciła głową i mimo hałasu usłyszał jej niespokojny jęk.

Dwa razy omiótł wzrokiem dziedziniec, nim zauważył niewielką chmurkę pyłu wznoszącą się nad murem twierdzy, z szerokiego na stopę pęknięcia, które pojawiło się pod poczerniałym, częściowo zniszczonym oknem, za którym Blödhgarm zabił maga. Dźwięk narastał z każdą chwilą, Eragon jednak zaryzykował i oderwał jedną dłoń od ucha, by wskazać pęknięcie.

– Spójrz! – krzyknął od Aryi, która skinęła głową.

Ponownie zatkał uszy.

I wtedy, bez żadnego ostrzeżenia, dźwięk umilkł. Eragon odczekał chwilę, potem powoli opuścił ręce. Pierwszy raz pożałował, że ma tak doskonały słuch.

Dokładnie w tym momencie szczelina zaczęła się rozszerzać. Po chwili miała już kilka stóp szerokości – i pędziła w dół muru. Niczym błyskawica, uderzyła i strzaskała zwornik nad wejściem do budynku, zasypując kamienne płyty odłamkami. Cały zamek jęknął i fasada twierdzy, od uszkodzonego okna aż po pęknięty zwornik, zaczęła przechylać się na zewnątrz.

– Uciekajcie! – krzyknął Eragon do Vardenów, choć ludzie już rozbiegali się na obie strony dziedzińca, rozpaczliwie próbując umknąć spod przechylonego muru. Eragon postąpił krok naprzód, wszystkie mięśnie jego ciała napięły się, gdy szukał wzrokiem śladu Rorana pośród tłumu wojowników.

W końcu go wypatrzył, uwięzionego za ostatnią grupą ludzi w wejściu, Roran krzyczał coś do nich szaleńczo, lecz jego słowa niknęły w ogólnym hałasie. A potem ściana się przesunęła i opadła kilkanaście cali – odchylając się jeszcze mocniej od reszty budowli – zasypując Rorana kamieniami, zbijając go z nóg i zmuszając, by cofnął się chwiejnie.

Kiedy Roran wstał, spojrzał prosto w oczy Eragona i w jego wzroku Eragon ujrzał błysk strachu i bezradności, wkrótce zastąpiony rezygnacją. Zupełnie jakby kuzyn wiedział, że nieważne, jak szybko rzuci się naprzód, i tak nie zdąży dotrzeć w bezpieczne miejsce.

Na jego wargach zatańczył cierpki uśmiech.

I wtedy mur runął.

Cios młota

– Nie! – ryknął Eragon, gdy mur twierdzy zawalił się z ogłuszającym łoskotem, grzebiąc Rorana i pięciu innych mężczyzn pod stertą kamieni wysoką na dwadzieścia stóp. Cały dziedziniec spowiła czarna chmura pyłu.

Jego krzyk był tak głośny, że głos mu się załamał, w głębi gardła poczuł ciepły miedziany smak krwi. Odetchnął głęboko i zgiął się wpół w ataku kaszlu.

– Vaetna – wydyszał i machnął ręką.

Z odgłosem przypominającym szelest jedwabiu gęsty szary kurz rozstąpił się, odsłaniając środek dziedzińca. Obawa o los Rorana sprawiła, że Eragon ledwie zauważył, jak wiele mocy kosztowało go zaklęcie.

– Nie, nie, nie, nie – mamrotał. – On nie mógł zginąć. Nie mógł, nie mógł, nie mógł... – Zupełnie jakby słowa miały wpłynąć na rzeczywistość, Eragon powtarzał je raz po raz. Lecz z każdą powtórką stawały się mniej stwierdzeniem faktu bądź nadziei, a bardziej modlitwą, skierowaną do całego świata.

Przed nim Arya i reszta żołnierzy Vardenów kasłali, pocierając oczy dłońmi. Wielu zgarbiło się, jakby w oczekiwaniu ciosu; inni gapili się zdumieni na fasadę uszkodzonej twierdzy. Gruzy z budynku zasłały dziedziniec, przysłaniając mozaikę. Dwie i pół komnaty na piętrze twierdzy i jedna na drugim – ta, w której niedawno gwałtowną śmiercią zginął mag – stało otworem. Pomieszczenia i sprzęty wydawały się w pełnym blasku słońca nędzne i brudne. Wewnątrz pół tuzina żołnierzy zbrojnych w kusze odsuwało się gorączkowo od przepaści, która nagle otwarła im się u stóp. Wśród donośnych krzyków i przepychanek przeciskali się przez drzwi na drugim końcu komnat i znikali w trzewiach twierdzy.

Eragon próbował odgadnąć ciężar kamiennego bloku leżącego pośród rumowiska: musiał ważyć wiele setek funtów. Gdyby wraz z Saphirą i elfami podjęli wspólne działanie, był pewien, że zdołaliby przesunąć kamienie za pomocą magii, lecz wysiłek bardzo by ich osłabił i pozostawił bezbronnymi. Co więcej, wymagałby niepraktycznie długiego czasu. Przez moment Eragon pomyślał o Glaedrze – złoty smok miał aż nadto sił, by dźwignąć całą stertę naraz – ale pośpiech był tu kluczem, a wydostanie Eldúnari Glaedra trwałoby zbyt długo. Poza tym, Eragon wiedział, że mógłby nie zdołać przekonać Glaedra nawet do rozmowy, a co dopiero do pomocy w ratowaniu Rorana i pozostałych.

A potem wyobraził sobie Rorana tuż przed tym, jak przesłonił go grad kamieni i pyłu, stojącego pod sklepieniem wrót twierdzy, i nagle pojął, co musi zrobić.

– Saphiro, pomóż im tutaj! – krzyknął i odrzucając tarczę, pomknął naprzód.

Za plecami usłyszał, jak Arya mówi coś w pradawnej mowie, krótkie zdanie, być może „Ukryj to!”, a potem doścignęła go, biegnąc z mieczem w dłoni, gotowa do walki.

Kiedy dotarli do rumowiska, Eragon skoczył najwyżej jak umiał. Wylądował jedną stopą na ukośnym kamieniu i znów skoczył, odbijając się niczym górska kozica, wspinająca się na strome zbocze. Niepokoił się, że może obruszyć kamienie, ale wspinaczka stanowiła najszybszy sposób dotarcia do celu.

Ostatnim skokiem pokonał odległość dzielącą go od piętra i przebiegł przez komnatę. Pchnął zamknięte drzwi z taką siłą, że wyłamał zawiasy, a grube dębowe deski pękły i poleciały w głąb korytarza.

Pomknął w ślad za nimi. Odgłos kroków i oddechu wydał mu się dziwnie przytłumiony, jakby miał uszy pełne wody. Dotarłszy do otwartego przejścia, zwolnił. Za nim ujrzał gabinet, pięciu zbrojnych wskazywało rękami mapę i wyraźnie się kłóciło. Żaden z nich nie zauważył Eragona.

Biegł dalej.

Pędem pokonał zakręt i zderzył się z żołnierzem idącym z przeciwległej strony. Przed oczami przemknęły mu czerwone i żółte błyski, gdy uderzył czołem w krawędź tarczy tamtego. Przywarł do żołnierza i obaj przez chwilę chwiali się na korytarzu, niczym para pijanych tancerzy.

Żołnierz zaklął, próbując odzyskać równowagę.

– Co z tobą, trzykroć przeklęty...? – zaczął, a potem ujrzał twarz Eragona i jego oczy się rozszerzyły. – Ty!

Eragon zacisnął prawą dłoń i rąbnął tamtego w brzuch, tuż pod żebrami. Cios uniósł mężczyznę z ziemi; ciało z głuchym odgłosem zderzyło się z sufitem.

– Ja – zgodził się Eragon, gdy tamten runął na ziemię bez życia.

Ruszył dalej w głąb korytarza. Od chwili wejścia do twierdzy, jego już i tak szybki puls zdwoił tempo; czuł się, jakby serce miało lada moment wyrwać mu się z piersi.

Gdzie to jest? – rozmyślał gorączkowo, zerkając w kolejne drzwi, za którymi ujrzał jedynie puste pomieszczenie.

Wreszcie na końcu wąskiego bocznego korytarzyka dostrzegł kręte schody. Przeskakując po pięć stopni na raz, pędził na dół, nie zważając na własne bezpieczeństwo, raz tylko przystanął, by odepchnąć na bok zaskoczonego łucznika.

Schody skończyły się i znalazł się w wysoko sklepionej sali, podobnej do katedry w Dras-Leonie. Zawirował szybko, omiatając wzrokiem pomieszczenie i rejestrując pośpiesznie obrazy: tarcze, broń i czerwone proporce zawieszone na ścianach; wąskie okna wysoko pod sufitem; pochodnie osadzone w uchwytach z kutego żelaza; puste paleniska; długie ciemne stoły na koziołkach ustawione wzdłuż bocznych ścian; i wzniesienie na końcu, na którym przed fotelem z wysokim oparciem stał mężczyzna z brodą, odziany w długą szatę. Eragon znalazł się w głównej sali zamku. Po jego prawicy, między nim i drzwiami wiodącymi do wrót twierdzy, ustawił się oddział ponad pięćdziesięciu żołnierzy. Złote nici w ich tunikach zamigotały, gdy poruszyli się zaskoczeni.

– Zabić go! – polecił mężczyzna w długiej szacie; nie sprawiał wcale wrażenia wyniosłego i władczego, lecz przerażonego. – Ktokolwiek go zabije, dostanie trzecią część mojego skarbca! To wam przyrzekam!

Na myśl o kolejnym opóźnieniu, w Eragonie wezbrała straszliwa irytacja. Wyrwał z pochwy miecz i uniósł nad głowę.

– Brisingr! – krzyknął.

Z nagłym świstem wokół ostrza pojawił się kokon widmowych błękitnych płomieni. Gorąco ognia rozgrzało dłoń, rękę i policzek Eragona.

Z płonącym mieczem w dłoni spojrzał wprost na żołnierzy.

– Odsuńcie się – warknął.

Tamci wahali się jeszcze chwilę, a potem odwrócili się i umknęli.

Eragon skoczył naprzód, nie zważając na ogarniętych paniką maruderów, wciąż znajdujących się w zasięgu płonącej klingi. Jeden z mężczyzn potknął się i runął przed nim na posadzkę; Eragon przeskoczył nad nim, nie dotykając nawet kępy włosia na hełmie.

Prąd powietrza szarpał płomienie wokół miecza, unosząc je za nim w pędzie niczym grzywę galopującego wierzchowca.

Przygarbiony Eragon przepchnął się do podwójnych drzwi strzegących wejścia do głównej sali. Przemknął przez długie, szerokie pomieszczenie, z którego odchodziło wiele komnat pełnych żołnierzy – a także zębatek, dźwigni i innych mechanizmów służących do opuszczania i podnoszenia bram twierdzy – a potem w pełnym rozpędzie wpadł na kratę, zagradzającą drogę do miejsca, w którym stał Roran, kiedy zawalił się mur.

Żelazne pręty wygięły się, gdy Eragon uderzył w nie w pędzie, ale niedostatecznie, by pęknąć.

Cofnął się chwiejnie o krok.

Ponownie zaczerpnął energii przechowywanej w diamentach swego pasa – pasa Belotha Mądrego – wlewając ją w Brisingra, opróżniając klejnoty z cennych zapasów, gdy podsycił ogień miecza do niemal nieznośnej mocy. Z nieartykułowanym okrzykiem cofnął rękę i uderzył kratę. Zalał go deszcz pomarańczowozłotych iskier, dziurawiąc rękawicę i tunikę i parząc odsłoniętą skórę. Kropla stopionego żelaza wylądowała z sykiem na czubku buta. Strącił ją szybkim ruchem stopy.

Trzy razy ciął i wreszcie fragment kraty wielkości człowieka runął do środka. Przecięte końce lśniły oślepiającą bielą, oświetlając pomieszczenie łagodnym blaskiem.

Eragon pozwolił płomieniom błyskającym z Brisingra zgasnąć i przemknął przez otwór w kracie.

Najpierw skręcił w lewo, potem w prawo i znów w lewo, zmieniając kierunki wraz z korytarzem, zaprojektowanym tak, by spowolnić atakujących żołnierzy, gdyby zdołali wedrzeć się do twierdzy.

Po pokonaniu ostatniego zakrętu ujrzał swój cel: zasypaną gruzami sień. Nawet jego elfi wzrok zdołał dostrzec w ciemności tylko największe kształty, bo spadające kamienie zgasiły pochodnie na ścianach. Usłyszał dziwaczne sapanie i szuranie, jakby jakaś niezgrabna bestia grzebała w rumowisku.

– Naina – rzucił.

Przestrzeń przed nim rozświetlił rozproszony błękitny blask. Wówczas tuż przed sobą ujrzał Rorana, pokrytego pyłem, krwią, popiołem i potem, wyszczerzonego w upiornym grymasie. Kuzyn zmagał się z żołnierzem nad trupami dwóch innych. Żołnierz wzdrygnął się zaskoczony nagłym światłem i Roran wykorzystał dekoncentrację przeciwnika, powalając go na kolana. Następnie wyrwał mu zza pasa sztylet i wbił go z boku pod żuchwę mężczyzny.

Żołnierz kopnął dwa razy i znieruchomiał.

Roran, zdyszany, podniósł się znad ciała, z palców ściekała mu krew. Spojrzał na Eragona z dziwnie nieruchomą twarzą.

– Najwyższy czas, żebyś... – zaczął, a potem oczy wywróciły mu się gwałtownie i zemdlał.

Cienie na horyzoncie

Aby chwycić Rorana, nim ten runął na posadzkę, Eragon musiał upuścić Brisingra. Choć czynił to niechętnie, rozluźnił uchwyt i miecz z brzękiem uderzył o kamienną płytę dokładnie w chwili, gdy Eragon poczuł w ramionach ciężar kuzyna.

– Ciężko jest ranny? – spytała Arya.

Eragon wzdrygnął się, zaskoczony obecnością jej i Blödhgarma.

– Nie sądzę. – Kilka razy poklepał Rorana po policzku, rozmazując pył na jego skórze. W ostrym, lodowatobłękitnym blasku zaklęcia Roran sprawiał wrażenie wychudzonego, jego oczy okalały kałuże cienia, wargi nabrały sinego koloru, jak poplamione sokiem z jagód. – No dalej, obudź się.

Po paru sekundach powieki kuzyna zatrzepotały, w końcu uniósł je i wyraźnie oszołomiony spojrzał na Eragona, którego ogarnęła tak wielka ulga, że niemal poczuł jej smak.

– Na moment zemdlałeś – wyjaśnił.

– Ach.

On żyje! – rzekł Eragon do Saphiry, ryzykując nawiązanie krótkiego kontaktu.

Wyraźnie dostrzegł radość smoczycy.

To dobrze. Zostanę tutaj ipomogę elfom uprzątnąć kamienie sprzed budynku. Gdybyś mnie potrzebował, zawołaj, aznajdę sposób, by do ciebie dotrzeć.

Kolczuga Rorana zabrzęczała, gdy Eragon pomógł mu wstać.

– Co z pozostałymi? – spytał, wskazując ręką stertę gruzów.

Roran pokręcił głową.

– Jesteś pewien?

– Nikt nie zdołałby tego przeżyć. Mnie udało się uniknąć śmierci tylko dlatego... że częściowo osłonił mnie okap.

– A co z tobą? Nic ci nie jest?

– Co? – Roran zmarszczył brwi, wyraźnie zaskoczony, jakby ta kwestia nawet nie przyszła mu do głowy. – Wszystko w porządku... Możliwe, że złamałem rękę w nadgarstku. Nic poważnego.

Eragon posłał znaczące spojrzenie Blödhgarmowi. Rysy elfa stężały, jakby z niezadowolenia, podszedł jednak do Rorana.

– Jeśli mogę... – zagadnął, wyciągając dłoń ku zranionej ręce tamtego.

Podczas gdy Blödhgarm zajmował się rannym, Eragon podniósł Brisingra i wraz z Aryą stanął na straży przy wejściu, na wypadek gdyby jakiś niemądry żołnierz zechciał spróbować ataku.

– Proszę, zrobione – oznajmił Blödhgarm.

Odsunął się od Rorana, który poruszył ręką, sprawdzając przegub. Zadowolony, podziękował elfowi, po czym wyciągnął ręce i zaczął macać po zasłanej gruzami podłodze, póki nie odnalazł młota. Poprawił nieco zbroję i obejrzał się na wejście.

– Mam już potąd tego lorda Bradburna – oznajmił złudnie spokojnym tonem. – Myślę, że zbyt długo sprawuje swój urząd i należy zwolnić go z obowiązków. Zgodzisz się ze mną, Aryo?

– Zgodzę – odparła.

– W takim razie znajdźmy tego miękkiego starego głupca. Chętnie stuknę go kilka razy młotem, z uwagi na pamięć wszystkich, których dziś straciliśmy.

– Parę minut temu był w głównej sali – poinformował go Eragon – ale wątpię, by czekał tam na nasz powrót.

Roran skinął głową.

– W takim razie będziemy musieli go poszukać.

Z tymi słowy ruszył naprzód. Eragon odwołał zaklęcie oświetlające i pośpieszył za kuzynem, unosząc w gotowości Brisingra. Arya i Blödhgarm trzymali się tuż za nimi, tak blisko, jak na to pozwalał kręty korytarz.

Sala, do której wiódł, okazała się opuszczona, podobnie główna sala zamku, w której po obecnych tu niedawno dziesiątkach żołnierzy i urzędników pozostał tylko hełm, leżący na podłodze i kołyszący się coraz słabiej i słabiej.

Eragon i Roran przebiegli obok marmurowego podium. Eragon starał się nie pędzić zbyt szybko, by nie zostawiać kuzyna w tyle. Kopniakami wyważyli drzwi tuż po lewej stronie i pomknęli schodami w górę.

Na każdym piętrze przystawali, by Blödhgarm mógł poszukać myślami śladów lorda Bradburna i jego świty, nikogo jednak nie znalazł.

Gdy dotarli na trzecie piętro, Eragon usłyszał głośny tupot i ujrzał, jak sklepione przejście przed Roranem wypełnia się nagle gąszczem ostrych włóczni. Dwie z nich skaleczyły Rorana w policzek i w prawe udo; na kolano spłynęła krew. Kuzyn ryknął niczym zraniony niedźwiedź i walnął we włócznię tarczą, próbując utorować sobie drogę po ostatnich kilku stopniach i dalej. Odpowiedziały mu gorączkowe okrzyki.

Za plecami Rorana Eragon przerzucił Brisingra do lewej ręki, potem sięgnął obok kuzyna, chwycił jedną z włóczni za drzewce i wyszarpnął z uchwytu dotychczasowego właściciela. Przekręcił broń i cisnął w sam środek stłoczonych w przejściu ludzi. Ktoś krzyknął i w ścianie ciał ukazał się wyłom. Eragon powtórzył proces i jego pociski wkrótce przetrzebiły żołnierzy do tego stopnia, że Roran krok za krokiem zmusił ich do odwrotu.

Gdy tylko dotarł do końca schodów, dwunastu pozostałych przy życiu żołnierzy rozbiegło się po szerokim podeście otoczonym balustradami. Każdy z nich usiłował znaleźć dość miejsca, by móc bez przeszkód zamachnąć się bronią. Roran ponownie ryknął i skoczył w ślad za najbliższym. Odparował cios miecza tamtego, po czym wyminął go i uderzył w hełm, który zadźwięczał niczym żelazny garnek.

Eragon puścił się pędem przez podest i skoczył na dwóch stojących obok siebie żołnierzy. Powalił ich na ziemię, a potem dobił kolejno pojedynczymi pchnięciami Brisingra. Nagle ujrzał pędzący ku sobie topór, obracający się w powietrzu. Uchylił się i zepchnął jednego z przeciwników za balustradę, a potem zaatakował kolejnych dwóch, którzy próbowali wypruć mu flaki halabardami.

Wtem wśród żołnierzy pojawili się Arya i Blödhgarm. Poruszali się bezszelestnie, jak śmiercionośne duchy: wrodzona gracja elfów sprawiała, że przemoc przypominała bardziej starannie przygotowane przedstawienie niż ponure starcie.

Pośród dźwięków metalu, pękających kości i odcinanych kończyn we czwórkę wybili resztę żołnierzy. Jak zawsze w walce, Eragona ogarnęło uniesienie, zupełnie jakby ktoś ocucił go wiadrem lodowatej wody, dzięki czemu postrzegał wszystko jasno, jak nigdy przedtem.

Roran pochylił się i oparł dłonie na kolanach, dysząc ciężko, zupełnie jakby ukończył długi wyścig.

– Mogę? – spytał Eragon, wskazując gestem skaleczenia na twarzy i udzie kuzyna.

Roran kilka razy eksperymentalnie przeniósł ciężar ciała na zranioną nogę.

– To może zaczekać. Najpierw znajdźmy Bradburna.

Tym razem, gdy wrócili na schody i podjęli wspinaczkę, to Eragon poszedł przodem.

W końcu po kolejnych pięciu minutach poszukiwań znaleźli lorda Bradburna, zabarykadowanego w najwyższym pomieszczeniu zachodniej wieży twierdzy. Eragon, Arya i Blödhgarm serią zaklęć rozmontowali drzwi i spiętrzoną za nimi wieżę mebli. Gdy wraz z Roranem przekroczyli próg komnaty, najwyżsi rangą dworacy i oficerowie straży, broniący dostępu do lorda Bradburna, zbledli, wielu zaczęło dygotać. Ku uldze Eragona, musiał zabić zaledwie trzech strażników, nim reszta poddała się, odrzucając na ziemię broń i tarcze.

Wówczas Arya podeszła do lorda Bradburna, który przez cały czas siedział w milczeniu.

– Czy teraz rozkażesz swym żołnierzom złożyć broń? Pozostało ich niewielu, ale wciąż możesz ocalić im życie.

– Nie zrobiłbym tego, nawet gdybym mógł – odparł Bradburn głosem tak przesyconym nienawiścią i jadowitą wzgardą, że Eragon o mało go nie uderzył. – Nie zgodzę się na żadne ustępstwa, elfko. Nie oddam moich ludzi nieczystym, nienaturalnym stworom, takim jak ty. Lepsza dla nich śmierć. I nie sądź, że zdołasz mnie zwieść słodkimi słówkami. Wiem o waszym przymierzu z urgalami i prędzej zaufam żmii, niż komuś, kto przełamał się chlebem z tymi potworami.

Arya kiwnęła głową i przyłożyła dłoń do twarzy Bradubrna. Zamknęła oczy, przez dłuższą chwilę oboje trwali w bezruchu. Eragon sięgnął myślami i poczuł bitwę woli, toczącą się w ciszy, gdy Arya przebijała się przez kolejne zapory Bradburna, docierając do jego świadomości. Trwało to całą minutę, w końcu jednak zapanowała nad umysłem tamtego i zaczęła przywoływać i przeglądać jego wspomnienia, póki nie odkryła natury broniących go zaklęć.

Wówczas przemówiła w pradawnej mowie, rzucając złożone zaklęcie mające je rozbroić i uśpić Bradburna. Kiedy skończyła, powieki lorda opadły i z westchnieniem omdlał w jej ramionach.

– Zabiła go! – zawołał jeden ze strażników i wśród zebranych rozległy się krzyki zgrozy i oburzenia.

Gdy Eragon zaczął tłumaczyć, że tak się nie stało, usłyszał dobiegający z oddali dźwięk trąbki Vardenów. Wkrótce zabrzmiała kolejna, tym razem znacznie bliżej, i następna, potem dosłyszał dobiegające z dziedzińca w dole okrzyki – mógłby przysiąc, że dźwięczała w nich radość.

Zdumiony, wymienił szybkie spojrzenie z Aryą. Obrócili się, wyglądając przez wszystkie okna w ścianach komnaty.

Na zachód i południe leżała Belatona: duże, bogate miasto, jedno z największych w Imperium. Budynki w pobliżu zamku były imponujące, wzniesione z kamienia, ze smołowanymi dachami i wykuszowymi oknami, dalej ciągnęły się domy zbudowane z gipsu i drewna. Kilkanaście z nich zajęło się ogniem podczas walki. Dym zasnuł powietrze brązową mgiełką, teraz paliło w oczy i gardła.

Na południowym zachodzie, milę za miastem, rozciągał się obóz Vardenów: długie rzędy namiotów z szarej wełny, okolone nabitymi palikami rowami, kilka barwnych pawilonów, nad którymi powiewały flagi i proporce, oraz leżące na gołej ziemi setki rannych. Namiot uzdrowicieli nie mógł pomieścić wszystkich.

Na północy, za dokami i magazynami, lśniło jezioro Leona, rozległa przestrzeń wody z białymi smużkami fal.

W górze nad miastem wisiał wał czarnych chmur, nadciągających z zachodu, który lada moment miał spowić miasto fałdami ulewy opadającej niczym sute spódnice z ich podbrzusza. Tu i tam jaśniały błękitne błyskawice, grzmoty przypominały gniewne pomruki bestii.

Nigdzie jednak Eragon nie dostrzegł wyjaśnienia, co spowodowało zamieszanie na dziedzińcu. Wraz z Aryą podbiegli do wychodzącego nań okna. Saphira, ludzie i elfy skończyli właśnie uprzątać kamienie przed fasadą twierdzy. Eragon zagwizdał, a gdy smoczyca uniosła głowę, pomachał do niej. Jej długie szczęki rozchyliły się w zębatym uśmiechu i wydmuchnęła ku niemu serpentynę dymu.

– Hej! Jakie wieści?! – huknął.

Jeden z Vardenów stojących na murze zamku uniósł rękę i wskazał na wschód.

– Cieniobójco! Spójrz! Nadchodzą kotołaki! Nadchodzą kotołaki!

Po plecach Eragona przebiegł zimny dreszcz. Podążył wzrokiem za ręką tamtego, ku wschodowi i tym razem ujrzał grupę niewielkich, mrocznych postaci, wyłaniających się z zagłębienia w ziemi kilka mil dalej, po drugiej stronie rzeki Jiet. Niektóre poruszały się na czworakach, inne na dwóch nogach, były jednak zbyt daleko, by dało się bez wątpienia określić ich naturę.

– Czy to możliwe? – W głosie Aryi dźwięczało zdumienie.

– Nie wiem... Czymkolwiek są, wkrótce się przekonamy.

Król kot

Eragon stał na podium w głównej sali twierdzy, po prawej stronie tronu lorda Bradburna. Lewą dłoń oparł na rękojeści tkwiącego w pochwie Brisingra. Po drugiej stronie tronu czekał Jörmundur – starszy dowódca Vardenów – trzymający pod pachą hełm. Jego skronie powlekała siwizna, resztę włosów miał ciemną, zaplecioną z tyłu w długi warkocz. Pociągła twarz przybrała wystudiowany, obojętny wyraz człowieka, któremu wiele razy zdarzyło się czekać na innych. Eragon dostrzegł wąską smużkę czerwieni ściekającej wzdłuż ochraniacza na prawej ręce Jörmundura, mężczyzna jednak nie zdradzał żadnych oznak bólu.

Pomiędzy nimi siedziała ich przywódczyni, Nasuada, odziana w pyszną zielono-żółtą suknię. Włożyła ją zaledwie kilka chwil wcześniej, zastępując strój wojenny szatami bardziej nadającymi się do rozmów natury państwowej. Ona także ucierpiała podczas walki, świadczył o tym płócienny bandaż okalający lewą dłoń.

– Gdyby tylko udało nam się zyskać ich poparcie – wyszeptała głosem słyszalnym jedynie dla Eragona i Jörmundura.

– Ale czego zażądają w zamian? – spytał Jörmundur. – W naszych kufrach widać już dno, a nasza przyszłość jest niepewna.

– Może nie pragną niczego, prócz okazji zemszczenia się na Galbatorixie – rzekła, ledwie poruszając wargami. Zawiesiła głos. – Ale jeśli nie, będziemy musieli znaleźć coś innego prócz złota, by ich przekonać, żeby do nas dołączyli.

– Mogłabyś zaproponować im kilka beczek śmietanki – podsunął Eragon,

Jörmundur zachichotał, a Nasuada zaśmiała się cicho.

Ich rozmowa szybko dobiegła końca, bo za drzwiami głównej sali zabrzmiały trzy fanfary. Następnie płowowłosy paź odziany w tunikę z wyhaftowanym herbem Vardenów – białym smokiem unoszącym różę nad skierowanym w dół mieczem na purpurowym polu – wmaszerował przez otwarte drzwi na końcu sali, rąbnął w posadzkę ceremonialną laską i piskliwym, donośnym głosem zaanonsował:

– Jego Najwyższa Królewska Wysokość Grimrr Półłapy, król kotołaków, Pan Samotnych Miejsc, Władca Nocnych Granic i Ten, Który Stąpa Sam.

Dziwny to tytuł: Ten, Który Stąpa Sam – zauważył Eragon, zwracając się do Saphiry.

Zgaduję jednak, że bardzo zasłużony – odparła i wyczuł jej rozbawienie, choć ona sama pozostawała daleko, wygodnie ułożona w twierdzy.

Paź ustąpił na bok i przez drzwi przemaszerował Grimrr Półłapy w postaci człowieka. Towarzyszyły mu cztery inne kotołaki, stąpające cicho na grubych kudłatych łapach. Czwórka ta przypominała z wyglądu Solembuma, jedynego kotołaka, jakiego Eragon oglądał w zwierzęcej postaci: masywne ramiona, długie nogi, kryzy krótkiego ciemnego futra na szyjach i udach, pędzelki na uszach i ogony z czarnymi czubkami, kołyszące się z wdziękiem z boku na bok.

Grimrr Półłapy natomiast nie był podobny do nikogo ani niczego, co Eragonowi zdarzyło się oglądać. Liczył około czterech stóp wzrostu, tyle samo co krasnolud, lecz nikt nie mógłby wziąć go za krasnoluda, ani nawet za człowieka. Miał wąski szpiczasty podbródek, szerokie kości policzkowe, spod ukośnych brwi spoglądały skośne zielone oczy, okolone gęstymi rzęsami. Kędzierzawe czarne włosy zwisały nisko nad czołem, po bokach i z tyłu opadały na ramiona, gdzie układały się gładkie i lśniące, niczym grzywy towarzyszy. Eragon nie potrafił ocenić jego wieku.

Jedyny strój Grimrra stanowiła kamizela z szorstkiej skóry i przepaska ze skórek królików. Z przodu kamizeli doczepiono czaszki kilkunastu zwierząt – ptaków, myszy i innych drobnych stworzeń – grzechoczące przy każdym ruchu. Spod pasa sterczał sztylet w pochwie. Brązową jak orzech skórę znaczyły liczne wąskie białe blizny, przywodzące na myśl zadrapania na wysłużonym stole. I, jak sugerowało jego imię, u lewej dłoni brakowało mu dwóch palców: wyglądało to, jakby zostały odgryzione.

Mimo delikatnych rysów, nie było wątpliwości, że Grimrr jest mężczyzną: świadczyły o tym twarde, żylaste muskuły ramion i piersi, wąskie biodra i moc widoczna w każdym kroku, gdy maszerował przez salę ku Nasuadzie.

Żaden z kotołaków jakby nie dostrzegał ludzi ustawionych w szpalerze po obu stronach przejścia i obserwujących ich uważnie, dopóki Grimrr nie zrównał się z zielarką Angelą, która stała obok Rorana i robiła na sześciu drutach długą pasiastą skarpetę.

Oczy króla zwęziły się na jej widok, jego włosy zafalowały i się zjeżyły, podobnie sierść czterech jego towarzyszy. Spod wykrzywionych warg wychynęła para zakrzywionych kłów. Nagle, ku zdumieniu Eragona, Grimrr wydał z siebie krótki donośny syk.

Angela oderwała wzrok od skarpety.

– Ćwir, ćwir – rzuciła z rozmarzoną, lekko bezczelną miną.

Przez moment Eragon miał wrażenie, że kotołak ją zaatakuje. Na twarz i szyję Grimrra wypełzł ciemny rumieniec, jego nozdrza rozszerzyły się, usta wygięły w gniewnym grymasie. Pozostałe kotołaki przypadły nisko do ziemi, gotowe do skoku, przyciskając uszy do czaszek.

W całej sali rozległ się zgrzyt kling częściowo wysuwanych z pochew.

Grimrr syknął raz jeszcze, po czym odwrócił się od zielarki i znów ruszył naprzód. Gdy ostatni kotołak minął Angelę, uniósł łapę i ukradkiem zamachnął się, próbując złapać opadające z drutów pasmo włóczki, zupełnie jak rozbawiony domowy kociak.

Zdumienie Saphiry dorównywało temu Eragona.

Ćwir, ćwir? – powtórzyła.

Wzruszył ramionami, zapominając, że smoczyca go nie widzi.

Kto wie, czemu Angela coś robi bądź mówi.

W końcu Grimrr stanął przed Nasuadą. Lekko skłonił głowę, cała jego postawa wyrażała absolutną pewność siebie, wręcz arogancję, właściwą jedynie kotom, smokom i pewnym wysoko urodzonym damom.

– Pani Nasuado – rzekł.

Głos miał zaskakująco niski, bardziej przypominający głuchy zdławiony ryk dzikiego kota niż piskliwy głosik chłopca, którego przypominał.

Nasuada odpowiedziała ukłonem.

– Królu Półłapy. Ty i twój lud jesteście mile widziani wśród Vardenów. Muszę przeprosić za nieobecność naszego sojusznika, króla Orrina z Surdy. Nie mógł przybyć, by cię tu powitać, choć bardzo tego pragnął, bo wraz ze swoją konnicą jest zajęty obroną naszej zachodniej flanki przed oddziałem żołnierzy Galbatorixa.

– Oczywiście, pani Nasuado. – Ostre zęby Grimrra błysnęły. – Nigdy nie należy odwracać się plecami do wroga.

– Zaiste... A czemuż to zawdzięczamy nieoczekiwany zaszczyt twych odwiedzin, Wasza Wysokość? Kotołaki zawsze słynęły ze swej tajemniczości i niechęci do innych, a także z tego, że trzymały się na uboczu we wszelkich konfliktach, zwłaszcza od czasu upadku Jeźdźców. Można by nawet rzec, że w ciągu ostatniego stulecia twój lud stał się dla nas zaledwie mitem. Czemu zatem akurat teraz ujawniacie się przed nami?

Grimrr uniósł prawą rękę i zgiętym palcem zakończonym zakrzywionym szponem wskazał Eragona.

– Z jego powodu – warknął. – Nigdy nie należy atakować innego łowcy, dopóki ten nie ujawni swej słabości, a Galbatorix pokazał swoją: nie zabije Eragona Cieniobójcy ani Saphiry Bjartskular. Od dawna czekaliśmy na tę sposobność i wykorzystamy ją. Galbatorix nauczy się lękać nas i nienawidzić, i w końcu pojmie rozmiary swego błędu i zrozumie, że tylko sam odpowiada za swój upadek. Och, jakże słodko będzie smakować zemsta, równie słodko, jak szpik młodego dziczka. Nadszedł czas, ludzka istoto, by wszystkie rasy, nawet kotołaki, stanęły razem i wspólnie dowiodły Galbatorixowi, że nie złamał naszej woli walki. Dołączymy do twojej armii, pani Nasuado, jako wolni sprzymierzeńcy, i pomożemy ci tego dokonać.

Eragon nie potrafił stwierdzić, o czym myśli Nasuada, ale jemu i Saphirze zaimponowała przemowa kotołaka.

– Twoje słowa niezwykle mile dźwięczą w mych uszach, Wasza Wysokość – rzekła po chwili namysłu przywódczyni Vardenów. – Nim jednak przyjmę twą ofertę, muszę usłyszeć odpowiedzi na kilka pytań, jeśli zechcesz ich udzielić.

Grimrr z niewzruszoną obojętnością machnął ręką.

– Zechcę.

– Wasz lud był tak tajemniczy i nieuchwytny, iż muszę przyznać, że aż do dziś nie słyszałam o istnieniu Waszej Wysokości. W istocie, nie wiedziałam nawet, że twoja rasa ma króla.

– Nie jestem królem jak wasi królowie. Kotołaki wolą wędrować samotnie, lecz kiedy idziemy na wojnę, nawet my musimy wybrać przywódcę.

– Pojmuję. Czy przemawiasz w imieniu całej swej rasy, czy też jedynie tych, którzy z tobą przybywają?

Grimrr wypiął pierś, a jego twarz, o ile to możliwe, przybrała wyraz jeszcze głębszego samozadowolenia.

– Mówię w imieniu nas wszystkich, pani Nasuado – wymruczał. – Każdy zdolny do walki kotołak w Alagaësii, prócz matek karmiących młode, ruszył do walki. Jest nas niewielu, lecz w boju nikt nie może się z nami równać. I mogę także dowodzić jednokształtnymi, choć nie przemawiam w ich imieniu, są bowiem niemi jak inne zwierzęta. Mimo to uczynią, o co je poprosimy.

– Jednokształtnymi? – powtórzyła Nasuada.

– Tymi, których wy nazywacie kotami. Którzy nie umieją odmieniać skóry jak my.

– I są ci posłuszni?

– Tak. Podziwiają nas... to przecież naturalne.

Jeśli mówi prawdę – mruknął Eragon do Saphiry – kotołaki mogą okazać się niezwykle cennymi sprzymierzeńcami.

– A czego pragniesz w zamian za twą pomoc, królu Półłapy? – zapytała Nasuada. Zerknęła na Eragona i uśmiechnęła się. – Możemy ci zaproponować tyle śmietanki, ile zechcesz, lecz poza tym nasze środki są mocno ograniczone. Jeśli twoi wojownicy spodziewają się zapłaty za swój trud, lękam się, że przeżyją bolesny zawód.

– Śmietanka jest dla kociąt, a złoto nie ma dla nas wartości. – Grimrr uniósł prawą dłoń i mrużąc oczy, obejrzał paznokcie. – Oto nasze warunki: każdy z nas otrzyma sztylet, by mógł nim walczyć, jeśli nie ma własnego. Każdemu z nas sporządzicie dwie zbroje, jedną do walki na dwóch nogach i jedną na czterech. Nie potrzebujemy niczego innego – żadnych namiotów, koców, talerzy ani łyżek. Każdemu z nas obiecacie jedną kaczkę, kuropatwę kurę bądź podobnego ptaka dziennie i co drugi dzień miskę świeżej siekanej wątróbki. Nawet jeśli nie zechcemy jej zjeść, i tak otrzymamy strawę. A jeśli zwyciężycie w tej wojnie, ktokolwiek zostanie waszym następnym królem bądź królową – i wszyscy dziedzice tego tytułu – będzie trzymał obok swego tronu, na honorowym miejscu, miękką poduszkę, by jeden z nas mógł na niej zasiąść, jeśli zechce.

– Targujesz się jak krasnoludzki kauzyperda – mruknęła cierpko Nasuada. Pochyliła się ku Jörmundurowi i Eragon usłyszał, jak szepcze: – Czy wystarczy nam wątróbki, by wykarmić ich wszystkich?

– Chyba tak – odparł równie cicho Jörmundur. – Choć to zależy od wielkości miski.

Nasuada się wyprostowała.