Dziedzice - Natalia Antczak - ebook
NOWOŚĆ

Dziedzice ebook

Natalia Antczak

2,0

125 osób interesuje się tą książką

Opis

Ten dzień miał być taki jak inne. Veronica Carlton jak zwykle szykowała się do szkoły w pięknej, luksusowej willi jej taty. Ani zachowanie ochroniarzy, ani służby nie wskazywało na to, że coś jest nie tak.

A jednak było.

Jej ojciec, zwykle punktualny i zasadniczy, nie pojawił się na wspólnym śniadaniu. To zaniepokoiło Veronicę, w przeciwieństwie do Sebastiana, jej beztroskiego brata bliźniaka. Chłopak nie zauważył niczego niepokojącego… do czasu.

Kiedy w końcu Sebastian pokazuje siostrze swoje nowe odkrycie – dziesięć różnych paszportów na różne fałszywe nazwiska, oboje już wiedzą, że zniknięcie ich ojca to nie przypadek.

Nagle zdają sobie sprawę, że nie mają obok siebie nikogo, kto chciałby im pomóc, a luksusowa willa przestała być bezpiecznym miejscem.

Veronica musi się dowiedzieć, kim tak naprawdę jest jej tata i co ukrywa. Nie okaże się to łatwe, szczególnie w towarzystwie przyjaciela jej brata, z którym nie powinna mieć nic wspólnego. Ale on nie zamierza odpuścić.

A sprawa skomplikuje się jeszcze bardziej, gdy odkryją, że ktoś już ich śledzi…

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia. 

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 420

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
2,0 (1 ocena)
0
0
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
UrszulaLila

Z braku laku…

Ta historia zupełnie mnie nie przekonuje.
10



Copyright © for the text by Natalia Antczak

Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Joanna Błakita

Korekta: Aleksandra Krasińska, Martyna Rolirad, Aleksandra Płotka

Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka

ISBN 978-83-8470-046-4 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Rozdział 1Tata zniknął

„Chyba mi nie powiesz, że tata poszedł po mleko”. Zapewne tak całą sytuację skomentowałby mój brat. Nic tego dnia nie zapowiadało jednak, że będę toczyć z nim podobne rozńmowy.

Poranek rozpoczął się spokojnie. W domu, w którym mieszkaliśmy, było wyjątkowo cicho, kiedy wyszłam z pokoju. Wzięłam krótki, ciepły prysznic i teraz w białym szlafroku i puchatych, beżowych kapciach schodziłam do kuchni, żeby zrobić sobie kubek bezkofeinowej kawy. Tata od zawsze powtarzał, że kofeinę będziemy mogli pić dopiero po osiemnastce, bo jego zdaniem miała zły wpływ na nasze młode, chłonne umysły, jak to lubił określać.

Osobiście byłam zdania, że mój brat nie miał nawet kawałka umysłu, ale wolałam nie spekulować na ten temat.

Sugerując się zdaniem taty, każdego poranka równo o siódmej pięć zalewałam wodą małą filiżankę ze specjalną kawą i dodawałam do niej odrobinę owsianego mleka, aby przyrządzić swój ulubiony bezkofeinowy napój.

Włączając czajnik, ziewnęłam cicho i zasłoniłam usta dłonią. Włosy miałam zawinięte w granatowy ręcznik, bo były jeszcze mokre po kąpieli. Nigdy przed szkołą nie chciało mi się ich myć, ale lubiłam mieć je schludnie ułożone, toteż nie skarżyłam się na wczesne prysznice. Był czwartek – jeden z moich ulubionych dni, ponieważ to oznaczało, że jutro wypada piątek, a całe piątkowe popołudnie spędzałam na wymyślonych przez siebie aktywnościach.

Z jakiegoś powodu naszemu tacie bardzo zależało na szkole, do której uczęszczaliśmy razem z bratem, dlatego wolne mieliśmy jedynie weekendy i tylko ja i Sebastian wiedzieliśmy, jak maksymalnie potrafiliśmy je wykorzystywać.

Tak bardzo rozmarzyłam się o nadchodzącej sobocie i niedzieli, że przestałam zwracać uwagę na wszystko wokół. Po chwili drgnęłam i sięgnęłam do górnej szafki, aby wyjąć z niej puszkę z bezkofeinową kawą. Wsypałam dwie łyżeczki do porcelanowej filiżanki i odłożyłam puszkę na miejsce. Gdy zamykałam drzwiczki z powrotem, do moich uszu dotarł dźwięk otwieranych drzwi od domu.

– Dzień dobry, panienko Carlton!

Z holu doleciał pieszczotliwy głos gosposi, która przychodziła każdego dnia, aby wysprzątać nasz dom na błysk. Była niską, pulchną kobietą o ciepłych, brązowych oczach i tego samego koloru włosach, zawsze spiętych w elegancki kok. Nie zdążyłam nawet odpowiedzieć, a już pojawiła się w progu kuchni.

– Dzień dobry, pani Gabrielle – rzuciłam sympatycznie i posłałam jej lekki uśmiech.

Kobieta wyraźnie się rozpromieniła na mój widok. Miała na sobie uniform, składający się z czarnych legginsów i dłuższej roboczej koszuli o niebieskim odcieniu. Odłożyła dwie reklamówki, zapewne wypełnione środkami do czyszczenia.

– Tata jeszcze śpi – dodałam, gdy ruszyła w moją stronę.

– Wiem, wiem, kochanie, przygotuję mu tylko małe espresso, skoro i tak jestem wcześniej. – Puściła do mnie oczko i przeszła obok.

Kuchnia była na tyle duża, że nikt nie musiał się tutaj przeciskać. Spokojnie pokiwałam głową i złapałam za czajnik, który właśnie zagotował tak wyczekiwaną przeze mnie wodę. Zalałam nią kawę, ale tylko do trzech czwartych głębokości, aby zmieścić jeszcze odrobinę owsianego mleka.

– Wyspałaś się? – zagadnęła, włączając ekspres do kawy.

Gdyby nie tata, prawdopodobnie nigdy nie mielibyśmy tego urządzenia w domu. Większość osób, które zatrudnialiśmy, przynosiła kawę ze sobą. Szofer uwielbiał pijać peppermint mochę z Dunkin Donuts, a ogrodnik – karmelowe latte z pobliskiej kawiarni. Wiedziałam o tym, bo pracowali tu od lat, a kiedy byłam mała, uwielbiałam ich o wszystko wypytywać. Poza tym wielokrotnie widywałam ich z łatwo rozpoznawalnymi kubkami w rękach.

– Tak, choć położyłam się później, bo czytałam jeszcze Romea i Julię na zajęcia z literatury – przyznałam, przypominając sobie tym samym rozmazujące się przed oczami litery, kiedy późnym wieczorem usilnie próbowałam się skupić na tekście.

Tata wysłał nas oboje do prywatnego liceum – najlepszego w okolicy, jak lubił podkreślać. Bardzo to doceniałam, choć poprzeczka była zawieszona wysoko. Brat za to uwielbiał wykorzystywać możliwości, jakie dawała prywatna placówka. Był popularny, lubiany i wysportowany, a w szkole mówili o nim wszyscy.

To raczej ja byłam osobą, która trzymała się na uboczu. W blasku sławy Sebastiana nie było to proste, ale jak na razie dobrze szło mi unikanie zaczepek czy prób zakolegowania się ze mną, skoro byłam tą siostrą Sebastiana Carltona.

Brat uwielbiał podkreślać, że jest ode mnie starszy o całe dwie minuty. Starszy, lepszy, mądrzejszy.

W rzeczywistości był idiotą. Tępym pustakiem, który – jak zwykłam mawiać – miał łeb jak sklep, tylko półki w tym sklepie pozostawały puste.

– Romeo i Julia? Tragiczna historia, co? – zagadnęła, podśmiechując się pod nosem, ale jej cichy chichot został zagłuszony przez dźwięk pracującego ekspresu. Zerknęła na mnie kątem oka, gdy otworzyłam lodówkę i wyciągnęłam z niej karton mleka. – Zrobić ci coś na śniadanie?

– Dziękuję, nie trzeba. – Odkręciłam nakrętkę i wlałam odrobinę mleka do filiżanki. Napój od razu zrobił się jaśniejszy, czemu przyglądałam się z satysfakcją.

– Może chociaż jedną kanapkę? – drążyła.

Uśmiechnęłam się lekko.

– Naprawdę nie… – urwałam, gdy do moich uszu dotarł dźwięk stóp uderzających o schody.

Ktoś bardzo hałasował, schodząc po nich, a ja już dobrze wiedziałam, kto to taki.

– Uważaj, jak stoisz!

Usłyszałam za sobą głos Sebastiana i w tym samym momencie chłopak pociągnął mnie za turban, który miałam na głowie. Gdy to zrobił, unosiłam właśnie filiżankę do ust, by wziąć pierwszy łyk kawy. Syknęłam jak kot, kiedy jej zawartość niebezpiecznie się zakołysała.

– Siema, Gabrielle! – Powitanie Sebastiana było mniej kulturalne niż moje, ale i tak sprawiło, że kobieta uśmiechnęła się pod nosem.

Mój brat, pędząc jak strzała, zgarnął z drewnianej miski jabłko i zawrócił gwałtownie, przez co znów niemal na mnie wpadł. Odskoczyłam jak oparzona, mocno zaciskając palce na filiżance.

– Zejdź mi z oczu, Sebastian – warknęłam, ale nie byłam pewna, czy mnie usłyszał, bo mignęła mi tylko jego, jak zwykle, nieujarzmiona blond fryzura. – I zawiąż krawat! – zawołałam za nim, gdy dostrzegłam dyndający materiał przy jego koszuli, ale chłopak już zaczął się migiem wdrapywać z powrotem po schodach, mamrocząc pod nosem coś o durnych zawodach tenisowych.

Zmrużyłam z irytacją oczy.

– Jak ja go nie cierpię – wymamrotałam bardziej do siebie niż do Gabrielle, ale kątem oka dostrzegłam, że kąciki jej ust i tak zadrżały.

– To ja może zrobię wam po kanapce z masłem orzechowym i dżemem winogronowym na poprawę humoru? – zaproponowała.

Co najwyżej mogłabym wysmarować masłem orzechowym tę krzywą mord… twarz mojego bliźniaka.

– Ciepłego bajgla z masłem orzechowym i dżemem winogronowym? – poprawiła się, gdy nie usłyszała ode mnie odpowiedzi.

W końcu więc westchnęłam i pokiwałam głową.

– Waszemu tacie powiem, że zjedliście zdrową owsiankę – dodała jeszcze i dłużej nie musiała mnie przekonywać.

Pewniejszym krokiem ruszyłam w stronę schodów, mając na uwadze, że wciąż wolałabym nie rozlać nawet kropli kawy. Z zaciśniętymi w wąską kreskę ustami weszłam na piętro i rozejrzałam się ostrożnie, by się upewnić, że Sebastian nie spróbuje zaatakować mnie ponownie.

Na szczęście korytarz był pusty. Spokojnie wróciłam do swojego pokoju, zamknęłam za sobą drzwi i odłożyłam filiżankę na białe biurko, na którym leżał równo ułożony stos podręczników. Na blacie walały się także moje zapiski z korepetycji z matematyki i niedokończone wypracowanie na przyszły tydzień. Szybko zgarnęłam kartki w równą kupkę, zabrałam kawę i weszłam do łazienki.

Była utrzymana w jasnym stylu, marmurowa, z białym blatem. Po lewej znajdował się prysznic, naprzeciwko – szafki z szufladami i ogromnych rozmiarów lustro, w którym dostrzegłam swoje odbicie.

Moje szczupłe ciało było otulone szlafrokiem. Kiedy zdjęłam z głowy ręcznik, jasne, mokre kosmyki opadły mi na ramiona. Miałam niebieskie oczy i po nieprzespanej nocy delikatne cienie pod nimi, ale te zamierzałam ukryć korektorem. Spojrzałam na ekran telefonu, który zostawiłam tutaj po wzięciu prysznica. Siódma dwadzieścia. Zabrałam się do pracy.

Rozczesałam włosy i wysuszyłam je na szczotce, by delikatnie podkręcić końce. Punkt siódma trzydzieści nałożyłam pod oczy obiecany korektor i zrobiłam delikatny makijaż. Usta musnęłam wiśniową pomadką, spryskałam się ulubionymi perfumami o zapachu gruszki, piżma i róży, po czym wróciłam do sypialni, by wyciągnąć z szafy mundurek. Był granatowy ze złotym herbem szkoły na marynarce. Wsunęłam białą, idealnie wyprasowaną koszulę w spódniczkę, złapałam czarną opaskę, która czekała na mnie na toaletce, i tak gotowa chwyciłam za szkolną torbę.

– Sebastian! – Mój krzyk poniósł się echem po ogromnym domu. Wyjrzałam na pogrążony w półmroku korytarz.

– Jadę z koleżanką! – wydarł się, żebym na pewno go usłyszała.

Już ja znałam te jego koleżanki. Cmoknęłam, przewróciłam oczami i pędem ruszyłam na dół, żeby się nie spóźnić.

– Twój bajgiel, kochanie. – Zatrzymał mnie łagodny głos Gabrielle, która nadal była w kuchni.

Obejrzałam się na nią przez ramię i znów uniosłam kąciki ust.

– Zapakowałam go w papier, żebyś nie musiała jeść na szybko. Jest jeszcze ciepły. – Podeszła do mnie i przekazała mi malutki pakunek.

– Pięknie dziękuję. – Teatralnie skłoniłam się przed nią, czym wywołałam jej śmiech.

– Nie jedziesz z bratem? – dopytała jeszcze.

W zeszłym tygodniu, po zdobyciu kolejnego mandatu, przez który ubezpieczenie na auto taty znowu wzrosło, Sebastian dostał kategoryczny zakaz prowadzenia jakichkolwiek samochodów. Z tego względu to ja byłam od poniedziałku odpowiedzialna za wożenie go do szkoły, choć – jak widać – Sebastian wybrał bujanie się ze swoimi koleżankami. Nie miałam na co narzekać, i tak wolałam jeździć bez niego. Szlaban kończył mu się dopiero w przyszły wtorek.

– Już załatwił sobie podwózkę. Miłego dnia – powiedziałam jeszcze i pędem ruszyłam do wyjścia.

Wsadziłam bajgla do torby i włożyłam czarne baleriny, które były kolejnym elementem szkolnego mundurku. Osobiście za nimi nie przepadałam, miały cienką podeszwę i po kilku godzinach chodzenia po szkolnych korytarzach zaczynały boleć mnie w nich stopy.

Zgarnęłam kluczyki od czarnego Chevroleta Camaro, narzuciłam na ramiona lekką bluzę i pędem ruszyłam do garażu.

Nazywałam to miejsce świątynią mojego taty. Znajdowało się tutaj kilka samochodów – poczynając od najnowszego Lexusa, a na czerwonym Lamborghini i Jeepie kończąc. Musiałam przyznać, że tata i Sebastian mieli ze sobą coś wspólnego: obaj kochali pojazdy czterokołowe. Byłam przekonana, że brat w przyszłości zrobi mi na złość i w miejscu stadniny, która znajdowała się obok naszej rezydencji, postawi kolejny wielki garaż, aby zapełnić go najdroższymi autami.

Czasami przerażała mnie myśl, że być może tata pozłościłby się przez chwilę, a potem byłby z takiego obrotu spraw zadowolony.

Otworzyłam drzwi od samochodu, którego światła zamigotały w tej samej chwili. Wsiadłam do środka i rzuciłam torbę na skórzany, czarny fotel pasażera. Uruchomiłam silnik, kliknęłam przycisk na pilocie, by drzwi od garażu się uniosły, i czym prędzej wyjechałam na posesję. Miałam świadomość, że korki o poranku są bezlitosne, a ja nie chciałam się spóźnić na zajęcia.

Podróż zajęła mi piętnaście minut. W tym czasie, stojąc na czerwonym świetle, zdążyłam odpakować świeżo przygotowanego przez Gabrielle bajgla i wgryźć się w niego ze smakiem. Połączyłam także telefon z samochodem, więc z głośników rozbrzmiewał właśnie Brother Louie od Modern Talking. Podśpiewywałam pod nosem między kęsami kanapki z masłem orzechowym i dżemem. Słodki smak na języku sprawił, że od razu miałam lepszy humor.

Z wciąż lecącą muzyką wjechałam na parking elitarnej placówki, do której uczęszczałam razem z bratem. Tuż przy wejściu do budynku stała już gromadka dziewczyn z naszej drużyny cheerleaderek. Czekały na przyjazd mojego brata.

Na sam ten widok straciłam apetyt, szczególnie że tuż obok nich znajdowało się kilku chłopaków z drużyny tenisowej. Razem z Sebastianem uczęszczali na dodatkowe zajęcia po lekcjach i podobno bardzo chcieli do mnie zagadać.

Sama nie chciałam w to uwierzyć, ale brat powiedział mi o tym kiedyś, gdy kryłam go pijanego pod swoim łóżkiem. Tak, mieliśmy szesnaście lat. Tak, czasami zależało mi na nim na tyle, by chronić go przed gniewem taty. Nie zdarzało się to jednak często, więc liczyłam, że Sebastian jakkolwiek doceniał moje poświęcenia.

Zaparkowałam na swoim stałym miejscu z przodu, tuż przy chodniku. Spojrzałam w samochodowe lusterko, sprawdziłam, czy opaska dobrze leży, i otarłam resztki winogronowego dżemu z kącika ust.

Zadarłam lekko podbródek, by wyglądać na pewniejszą siebie, złapałam za torebkę i wysiadłam z auta. Nauczyłam się ignorować spojrzenia, które rzucali mi uczniowie. Z reguły patrzyli na mnie przez pryzmat mojego brata, więc nic sobie z tego nie robiłam, bo nie chciałam, żeby próbowali lubić mnie tylko ze względu na Sebastiana.

– Cześć, Veronica, masz może chwilkę? – Nick Hadid nie byłby sobą, gdyby nie zagadał do mnie tuż po tym, jak zamknęłam drzwi od auta.

Obejrzałam się na niego.

– Przepraszam, ale trochę się spieszę. Nie chcę się spóźnić, sam rozumiesz. – Mrugnęłam do niego.

Miałam wystarczająco dużo czasu, by przyjrzeć się jego granatowemu mundurkowi, który był praktycznie w odcieniu jego oczu. Nick miał trochę dłuższe, brązowe włosy, kręcące się przy końcach, pełne usta i prosty nos. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie jest atrakcyjny. Właściwie powinno mi schlebiać, że zdawał się mną zainteresowany, kiedy pozostałe dziewczyny tylko do niego wzdychały, a on jawnie je ignorował.

Problem był jednak taki, że Nick to kumpel mojego brata. A z kumplami braci nikt rozsądny się nie spotyka.

– Jasne, oczywiście. – Język mu się lekko zaplątał, ale posłał mi swój popisowy łobuzerski uśmiech. – To złapiemy się na stołówce, okej?

Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, puścił do mnie oczko i pobiegł dalej. Wzięłam wdech i ruszyłam do szkoły. Byłam przekonana, że właśnie wtedy na parking przyjechał Sebastian ze swoją koleżanką, jak to rano ładnie podkreślił, bo wśród uczniów zrobiło się małe zamieszanie. Wszyscy zaczęli szeptać między sobą. Pokręciłam z niedowierzaniem głową i uciekłam do wnętrza budynku.

– Veronica, zagłosujesz na mnie w szkolnych wyborach? Błagam, błagam, błagam!

Mój marsz w stronę szkolnej szafki został przerwany przez pełen desperacji bełkot Ophelii. Ophelia była skośnooką dziewczyną o długich, czarnych, prostych włosach. Uroku dodawała jej równo przycięta grzywka. Od kiedy pamiętałam, zawsze miała na sobie idealnie skrojony mundurek, ale zamiast klasycznej nosiła spódniczkę w szarą kratę.

Nawet jeszcze nic nie powiedziałam, a już wepchnęła mi plik kartek z wydrukowanymi imionami i nazwiskami uczniów, którzy brali udział w wyborach. Bez zastanowienia odszukałam jej imię i zaznaczyłam je długopisem, który również wcisnęła mi do ręki.

– Dzięki, jesteś najlepsza! – zapiszczała, przytulając mnie mocno. – Przypomnij mi, żebyśmy w końcu poszły na kawę. I koniecznie zaproś swojego brata – dodała z promiennym uśmiechem.

– Mój brat właśnie…

– To pa!

Nawet nie dała mi dokończyć. Wstrzymałam powietrze w płucach, by nie rzucić głupiego komentarza, i z wciąż tak samo zadartą głową ruszyłam do swojej szafki.

Ironią losu było to, że w tej renomowanej placówcektoś postanowił umieścić w planie wychowanie fizyczne jako pierwszą lekcję w czwartek. To oznaczało, że musiałam iść teraz do szatni i przebrać się w strój, a później przez resztę dnia ubolewać, że nie miałam nawet czasu na wzięcie drugiego prysznica.

– Veronica!

Nic nie mogłam poradzić na to, że przewróciłam oczami, kiedy tylko usłyszałam głos brata. Może gdybym zaczęła nucić w myślach, zdołałabym zapomnieć o jego istnieniu?

Wsadziłam do szafki kilka zeszytów i bez odwracania się poszłam do szatni. W tej samej chwili chłopak złapał mnie za ramię, a ja od razu się wyszarpnęłam.

– Czego chcesz? – burknęłam, poprawiając torebkę, którą niosłam. Zerknęłam na niego niechętnie. – Miałeś zawiązać krawat – przypomniałam mu, bo materiał nadal wisiał luźno przewieszony przez kołnierzyk jego białej koszuli.

– Zawiązałem, ale w samochodzie zajęła się nim Amanda i jakoś tak… – urwał, gdy zdał sobie sprawę, że zabijam go wzrokiem. – To akurat najmniej ważna rzecz – dodał.

– No co ty nie powiesz? A co jest ważne? Może lepiej sprawdź, czy nie jesteś umazany różową szminką – prychnęłam.

– Skąd niby wiesz, że ma różową… – urwał znów i zaczął gwałtownie pocierać policzek, na który tak wymownie patrzyłam. Zaklął pod nosem. – Przestań zmieniać temat – huknął w końcu na mnie.

Z naszej dwójki miał zdecydowanie mniej cierpliwości.

– To ty gadasz bez sensu – odparłam tym samym tonem. – Możesz wreszcie powiedzieć, dlaczego zatruwasz mi powietrze nawet w szkole? Już wystarczy, że muszę się dusić z tobą w jednym domu.

– Nasz dom jest na tyle duży, że pomieściłoby się tam sto moich klonów, a i tak miałabyś czym oddychać – odpowiedział.

– Ledwo mogę znieść ciebie samego. Dodatkowa setka twoich wersji… to byłby koszmar. – Teatralnie przyłożyłam dłoń do czoła i przymknęłam powieki.

– Boże, dlaczego akurat to ty musisz być moją siostrą – jęknął.

– Zadaję sobie to pytanie za każdym razem, kiedy wstaję. Z tą różnicą, że myślę o tobie i żałuję, że nasi rodzice, produkując cię, zapomnieli o twoim mózgu. Może gdybyś go miał, życie byłoby prostsze – odburknęłam.

– Uważaj, bo za chwilę gramy razem w siatkówkę. Jak cię walnę piłką w głowę, to popamiętasz – syknął.

– Za to ja jak walnę w głowę ciebie, to nic z niej nie wyleci, bo niczego w niej nie ma. – Mocno szturchnęłam go w ramię, bo już uniósł dłoń, by pociągnąć mnie za włosy.

Spiorunowaliśmy się spojrzeniami.

Sebastian wziął wdech, żeby się uspokoić. Ja poprawiłam opaskę.

– Tata zniknął.

Mrugałam powoli, próbując przetrawić te dwa słowa, które brat raptem wypowiedział.

– Zniknęła to co najwyżej moja nadzieja na to, że kiedykolwiek zdołam znieść twoją obecn…

– Zawsze pije kawę, gdy schodzę na dół. Zawsze jest tam punktualnie. Jeśli coś mu wypada, informuje nas o tym. Dzisiaj go nie było – przerwał mi zniecierpliwiony, przestępując z nogi na nogę.

– Może nie usłyszał budzika – rzuciłam z lekkim wzruszeniem ramion.

Uznałam, że to jeszcze żaden powód do paniki, szczególnie że naszego taty często nie było w domu.

Zawsze jednak faktycznie nas informował, gdy dokądkolwiek wyjeżdżał.

– Nie było go w sypialni. Specjalnie sprawdzałem. – Sebastian upierał się dalej, a ja zaczynałam mrużyć oczy, bo nie potrafiłam zrozumieć jego uporu.

Z reguły to mi zależało na rutynie i to ja dostrzegałam drobne zmiany. Zaniepokojenie ze strony brata było… równie niepokojące.

– A w siłowni? – dopytałam.

Oboje wiedzieliśmy, że tata lubił tam przebywać.

– Też nie.

– Na basenie?

– Nie.

– To może poszedł na spacer pooddychać świeżym powietrzem? Pojeździć konno? Pograć w tenisa?

– Sam ze sobą? – Sebastian spojrzał na mnie dziwnie.

– Och, nie wiem, tak tylko gdybam – fuknęłam. – Daj spokój. Chodźmy na zajęcia. Pewnie pojechał wcześniej do pracy i wróci po południu.

– Wszystkie samochody są w garażu – skontrował.

Zastygłam w bezruchu. Przypomniałam sobie, jak rano wsiadałam do czarnego Chevroleta, i zastanowiłam się, czy któregoś z aut brakowało.

– Pewnie szofer go…

– Stoi pod domem – przerwał mi znów brat.

Zmarszczyłam brwi.

– To może poleciał helikopterem? – palnęłam, a Sebastian spojrzał na mnie jak na kretynkę. – No co? To nasz tata, po nim można się spodziewać wszystkiego.

– Nie przypominam sobie, żebyśmy mieli na podwórku helikopter.

– Pewnie schował go przed tobą, żebyś nie dostał mandatu za przekroczenie prędkości. – Sama zaśmiałam się pod nosem ze swojego głupiego tekstu, ale gdy chłopak trącił mnie ramieniem, spoważniałam. – Dobra, już dobra, pewnie miał coś do załatwienia. Napiszę do niego SMS-a.

W tej samej chwili rozbrzmiał dzwonek na lekcję. Nie mieliśmy więc czasu, żeby teraz dzwonić do taty, a poza tym nadal uważałam, że Sebastian niepotrzebnie panikował.

Zamierzałam doprowadzić go do porządku celnym trafieniem piłką w jego głowę, ale skończyło się na tym, że podczas wychowania fizycznego pokazał mi tylko środkowy palec.

Sytuacja zrobiła się o wiele gorsza, kiedy się okazało, że jego niepokój był słuszny.

Rozdział 2Otwarty sejf

„Abonent czasowo niedostępny. Zostaw wiadomość po usłyszeniu sygnału”.

Powiedzieć, że podczas powrotu do domu próbowałam się skontaktować przez telefon z tatą, to jak nic nie powiedzieć. Wydzwaniałam do niego co chwilę, kierując jedną ręką, drugą zaś uparcie wybierając jego kontakt. Za każdym razem słyszałam jednak tę samą odpowiedź. A raczej jej brak, biorąc pod uwagę, że odzywała się tylko skrzynka pocztowa.

Sfrustrowana rzuciłam komórkę na fotel pasażera i grzecznie czekałam, aż tata oddzwoni. W tym czasie pokusiłam się o dociśnięcie gazu. Jechałam między lasami, nerwowo bębniąc palcami o kierownicę i zastanawiając się, dlaczego tata nie odbiera.

Przecież odbierał zawsze.

Przygryzłam nerwowo wargę. Może Sebastian miał rację? Może jego wątpliwości były słuszne?

Westchnęłam na widok bramy prowadzącej na posesję naszego domu. Otworzyła się automatycznie, kiedy tylko podjechałam wystarczająco blisko. Wtoczyłam się czarnym Chevroletem na podjazd i spojrzałam na dom, który był widoczny z oddali. Dostrzegłam sylwetkę naszego szofera, a to oznaczało, że Sebastian nie kłamał. Tata nie zabrał żadnego samochodu z garażu, ale też nie poprosił mężczyzny, aby dokądś go podwiózł.

W takim razie gdzie był?

Jadąc ostrożnie wysypaną żwirem drogą, wzrok automatycznie skierowałam w stronę oddalonej nieco stadniny. Teren wokół naszego domu rozciągał się na wiele hektarów, toteż bez problemu mieliśmy tutaj miejsce na moje wymarzone konie, boisko do gry w tenisa dla Sebastiana i mnóstwo innych atrakcji. Tata lubił nam dogadzać. Najlepszy dowód na to stanowiły trzypiętrowy dom, garaż wypełniony najlepszymi samochodami, wielki ogród oraz patio z jacuzzi.

Podjechałam do szofera, który stał przy swoim czarnym, eleganckim aucie, zwarty i gotowy, aby kogoś zabrać choćby na przejażdżkę. Opuściłam szybę, przez co chłodne powietrze wpadło do rozgrzanego wnętrza.

– Przepraszam – zagadnęłam. Wystarczył sam mój wzrok, by mężczyzna natychmiast ruszył ku mnie. – Czy tata jest w domu?

– Niestety nie – odpowiedział Lucius, zdejmując okulary przeciwsłoneczne.

Zawsze zastanawiało mnie, po co je nosił, gdy nie świeciło słońce. Spojrzał na mnie jasnymi, niebieskimi oczami. Włosy miał idealnie ułożone, były wyjątkowo gęste jak na jego wiek. Zbliżał się do pięćdziesiątki, ale wciąż trzymał się prosto, a na jego twarzy dopiero pojawiały się pierwsze zmarszczki.

– Więc gdzie jest? – Powoli traciłam cierpliwość.

Nie lubiłam być trzymana w niepewności, a sytuacja z nieobecnością ojca właśnie niepewność we mnie zasiewała. Z reguły nie musieliśmy się o niego martwić, wiedzieliśmy, że jest w stanie poradzić sobie sam, a teraz coraz bardziej niepokoiły mnie brak odzewu z jego strony i brak jakiejkolwiek informacji, co się z nim dzieje.

Lucius rozejrzał się na boki, jakby chciał skontrolować, czy nikt nas nie obserwuje. W końcu wzruszył tylko lekko ramionami, najwyraźniej uznał, że w tym miejscu nie może przekazać mi poufnych informacji.

– Wspominał panu, że gdzieś wyjeżdża? – spytałam znów, zdecydowana drążyć do momentu, w którym pracownik postanowi wyjawić mi cokolwiek.

Tym razem pokręcił głową.

– Ale wróci?

– Nie wiem, panienko Carlton – przyznał z pokorą, wyglądał, jakby się wstydził tego, że nie może odpowiedzieć na ani jedno moje pytanie.

Zrezygnowana zasunęłam szybę, ścisnęłam kierownicę i potoczyłam się w stronę garażu.

Wjeżdżając do środka, jeszcze raz przyjrzałam się samochodom, które tutaj stały. Nie brakowało ani jednego. Zrobiło mi się zimno. Z jednej strony byłam pewna, że w obecnej sytuacji nie trzeba panikować, ale z drugiej – lubiłam mieć wszystko pod kontrolą.

Ludzie wokół zwykli mówić, że jestem bardzo podobna do ojca. On również lubił kontrolować wszystko i wszystkich.

Zaparkowałam i zgasiłam silnik. Zabrałam z fotela obok torbę, po czym ruszyłam do drzwi prowadzących do wnętrza domu. Trafiłam do holu, w którym od razu spojrzał na mnie jeden z ochroniarzy. Wydawało mi się, że kiedy wychodziłam, stał dokładnie w tym samym miejscu. Nieprzenikniony wyraz jego twarzy w niczym mi nie pomógł. Zlustrowałam go podejrzliwie wzrokiem, po czym przeszłam do przestronnego salonu, utrzymanego w idealnym porządku.

Na co dzień nikt z naszej trójki nie miał czasu przebywać w tym pomieszczeniu. Razem z tatą i Sebastianem mijaliśmy się zazwyczaj w kuchni i jadalni. Czasami jedliśmy razem posiłki, a czasami na dłużej spotykaliśmy się dopiero w weekendy, kiedy my nie mieliśmy szkoły, a tata akurat nie pracował.

Przyspieszyłam kroku. Weszłam do kuchni, w której również nikogo nie było. Gabrielle już tu wszystko wysprzątała i albo przeniosła się do innego pokoju, albo podążyła na zewnątrz pomagać ogrodnikowi.

Kiedy byłam młodsza, tata pozwalał mi późną wiosną lub latem chodzić do ogrodu razem z nią. Bawiłam się sadzonkami, kopałam łopatką w ziemi i sadziłam kwiaty razem z Gabrielle. To było moje ulubione zajęcie. Któregoś dnia, gdy słońce mocno prażyło, a ja nie chciałam się schować do cienia, tylko zawzięcie kopałam ulubione dołki, tata powiedział mi, że stworzył ten ogród specjalnie dla mnie. Wspomniał przy tym, że gdyby cokolwiek mi się stało, nikt inny nie zajmowałby się ogrodem, co skończyłoby się dla niego bardzo źle. W ten sposób przekonał mnie, żebym jednak schowała się przed promieniami słonecznymi. Jako dziecko uwierzyłam w tę drobną manipulację, ale teraz, jako szesnastolatka, nie miałam już tyle czasu, by tam zaglądać.

Nadal jednak w wakacje lubiłam się rozłożyć z kocem pośród kwiatów, pić zimną lemoniadę z listkiem mięty i czytać książkę. W czasie chłodniejszych dni musiałam szukać sobie innego zajęcia: jeździłam konno po pobliskich lasach i łąkach, przesiadywałam w bibliotece albo spotykałam się z koleżankami, ale tylko w niedzielę, bo soboty poświęcałam na nadrobienie zaległości z całego tygodnia. Gdy chodziło się do prywatnej szkoły, tydzień był wypełniony zajęciami po brzegi.

Teraz jednak nie myślałam o tym. Pospiesznie szłam przez parter domu, zaglądając do każdego pomieszczenia. Byłam obserwowana przez ochroniarza stojącego w holu. Nawet jeśli moje zachowanie wydawało mu się dziwne, nie skomentował go ani słowem. Następnie biegiem weszłam na pierwsze piętro i zaczęłam się rozglądać po pokojach, w tym także po sypialni taty.

Przeklinałam pod nosem za każdym razem, gdy w pomieszczeniach odkrywałam tylko pustkę. W sypialni taty zatrzymałam się na dłużej, ponieważ zastałam tam Gabrielle, która aż podskoczyła ze strachu, gdy gwałtownie szarpnęłam za drzwi.

– Och, kochanie, co ty tutaj robisz?

Zlustrowałam wzrokiem najpierw ją, a potem kosz z praniem, leżący na łóżku. Gabrielle układała w równe stosiki polówki taty, ale zaprzestała tego zajęcia, kiedy wtargnęłam do środka.

– Gdzie tata? – spytałam.

Gosposia nie była wyćwiczonym ochroniarzem, dlatego można było przejrzeć ją łatwiej niż mężczyznę na dole. Widziałam doskonale, jak się zawahała.

– Pani Gabrielle. – Mój głos stał się bardziej stanowczy.

– Ja… Ja… Ja nic nie wiem, moja droga – wykrztusiła w końcu, ale głos jej przy tym wyraźnie zadrżał. – Pana Carltona nie ma od rana.

– Mój brat powiedział, że tata nie stawił się na śniadanie. – Nie spuszczałam z niej wzroku.

– Tak, ale…

– Więc gdzie on jest? – Zadałam kluczowe pytanie, na które z jakichś względów nikt nie chciał mi odpowiedzieć.

– Nie ma powodu do obaw, moja droga, twój tata na pewno miał coś pilnego do załatwienia i niedługo wróci – wydusiła w końcu, jakby sądziła, że te słowa jakkolwiek mnie usatysfakcjonują.

Zamiast tego podejrzliwie spojrzałam na jej drżące ręce. Gabrielle w popłochu wcisnęła zawinięte skarpetki z powrotem do kosza na pranie.

– Nie odbiera telefonu – ciągnęłam.

– Może mu się rozładował – wymamrotała.

Teraz już nawet na mnie nie patrzyła. Aby zająć czymś ręce, ruszyła do okna i szarpnęła długą firanką, by ją poprawić.

– Zawsze nas informuje, gdy gdzieś jedzie. Wysyła choćby głupiego SMS-a albo nagrywa nam się na skrzynkę pocztową – przypomniałam.

– Kochanie, naprawdę nie wiem…

Zacisnęłam palce na framudze. Jeszcze przez moment się jej przyglądałam, ale kiedy zrozumiałam, że Gabrielle nic więcej nie piśnie, odpuściłam. Nie zamierzałam jej zastraszać.

Bez słowa cofnęłam się na korytarz. Rozejrzałam się po pustym, cichym pomieszczeniu, intensywnie myśląc, gdzie jeszcze mógłby być tata. W końcu zerwałam się z miejsca i wdrapałam na drugie piętro. To tam znajdował się jego gabinet.

Pociągnęłam za klamkę od brązowych, dębowych drzwi. Jakie jednak było moje rozczarowanie, kiedy się okazało, że te są zamknięte na klucz. Tuż przy pomieszczeniu, pod ścianą, stał kolejny ochroniarz. Widział mnie, ale odezwał się dopiero, kiedy zrezygnowana cofnęłam się o krok i z frustracją wpatrzyłam się w drzwi.

– Pana Carltona nie ma w środku – rzucił łagodnie, choć jego tubalny głos poniósł się echem po korytarzu.

Zerknęłam na niego zła i zmieszana, bo ciągle miałam wrażenie, że coś mi umyka, jakaś kluczowa rzecz, przez którą nie byłam w stanie się uspokoić.

– No co pan nie powie… – mruknęłam, a moje ramiona opadły.

Darowałam sobie zadanie mężczyźnie tego samego pytania co Gabrielle. I tak wiedziałam, że mi nie odpowie.

Powłócząc nogami, ruszyłam na dół. Zeszłam na parter, gdzie w holu zostawiłam swoją torbę.

Ochroniarz tylko na mnie zerknął.

Nie chciało mi się wracać do pokoju, żeby się przebrać, więc bez słowa wyszłam z domu. Ciepły wiatr szarpnął moimi długimi włosami. Dobrze, że miałam na głowie opaskę, bo przynajmniej nie musiałam odgarniać kosmyków z twarzy.

Nerwowym krokiem ruszyłam w kierunku stadniny. Minęłam ogród, gdzie dojrzałam naszego ogrodnika. Everest był już starszy, miał siwe włosy, zielone oczy i najcieplejszy uśmiech, jaki kiedykolwiek u kogokolwiek widziałam. Dzisiaj włożył granatowe ogrodniczki i flanelową koszulę, którą rzucił jednak na ziemię, bo podczas pracy musiało być mu w niej za gorąco. Na mój widok wyraźnie się rozpromienił, więc również obdarzyłam go uśmiechem. Pomachał mi co najmniej tak, jakby pozdrawiał starego przyjaciela.

Ruszyłam dalej. Przez chmury przedzierały się promienie słońca. Doceniałam, że dni są już naprawdę ciepłe, bo to oznaczało, że wakacje zbliżały się wielkimi krokami.

Gdy spojrzałam na stadninę, mój oddech nieco się uspokoił. Podeszłam do szerokich, dwuskrzydłowych wrót i je odryglowałam. Wejście otworzyło się ze skrzypnięciem, a ja ostrożnie zajrzałam do środka. Znajomy zapach koni i siana podrażnił mój nos. Wkroczyłam do środka i przymknęłam za sobą drzwi. Tu również panowała pustka, choć rano zapewne odwiedził to miejsce stajenny.

Mieliśmy dziesięć koni, ale jeden był moim ulubionym. To właśnie do niego od razu się skierowałam. Idąc w jego stronę, zajrzałam do kilku boksów.

– Cześć, Luzik. – Koń mojego brata, czystej krwi arabskiej, parsknął z zadowoleniem na mój widok. Wyciągnął ku mnie łeb, jakby się spodziewał, że przyniosłam mu trochę przysmaków. – Wybacz, kochany, ale Sebastian mówił, że musisz trochę schudnąć. Zgromadziłeś za dużo tłuszczu przez zimę. – Uśmiechnęłam się do niego i pogłaskałam delikatnie po czole.

Imię tego konia idealnie współgrało z podejściem do życia mojego brata. Miał luz ze wszystkim – czasami tak wielki, że aż mnie to przerażało.

Przeszłam do siodlarni i skierowałam się do miejsca, w którym znajdowały się pasze. Wygrzebałam z worka trochę suszonych jabłek, po czym wróciłam do Luzika. Znów się wychylił, kiedy mnie zauważył.

– Tylko nic nie mów Sebastianowi – szepnęłam konspiracyjnie i podałam mu dwa kawałki przysmaku.

Luzik zjadł je w ułamku sekundy i popatrzył na mnie wyczekująco.

– Pamiętaj o diecie. – Pogroziłam mu palcem, puściłam do niego oczko i poszłam dalej, by przywitać się ze swoim koniem.

Wierzchowiec pełnej krwi angielskiej, a dokładniej kara klacz o atletycznej sylwetce i pięknej, błyszczącej sierści, czekała na mnie dwa boksy dalej.

– Witaj, Figa – zagadnęłam i uśmiechnęłam się, gdy natychmiast się do mnie wychyliła.

Zawsze kiedy z nią rozmawiałam, wydawało mi się, że mnie rozumie. Patrzyła na mnie jak na osobę, którą zamierzała się opiekować. Jej łagodne spojrzenie sprawiało, że automatycznie się uśmiechałam. Pogłaskałam ją po szyi i poprawiłam jej lekko grzywę.

– Nie nudzi ci się tu samej? – mruknęłam pieszczotliwie.

Figa była z nami, odkąd pamiętam. To na niej uczyłam się jeździć i razem z nią brałam udział w kilku zawodach. Głównie jeździłam jednak amatorsko, bo to sprawiało mi najwięcej frajdy.

Wyciągnęłam do niej rękę ze smaczkiem. Wyjątkowo przyniosłam jej trzy kawałki suszonego jabłka. Luzik dostał dwa, ponieważ był na diecie. Poza tym brat dokarmiał go przy każdej okazji. Dopiero w towarzystwie Figi odrobinę odetchnęłam. Skupiłam się na jej obecności. Bawiłam się jej grzywą, pozwalałam, by lekko trącała moje ramię, i głaskałam ją po czole, gdy tylko się nachylała.

Moja chwila błogiego spokoju minęła, kiedy usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi i w stajni rozległ się odgłos czyichś kroków. Odsunęłam się od Figi, która domagała się kolejnego smaczka, i zerknęłam w kierunku wejścia.

W moją stronę szybkim krokiem kierował się Sebastian. Na widok zacięcia na jego twarzy znieruchomiałam.

– Ojca dalej nie ma, prawda? – Tym razem nerwowość w jego głosie była dla mnie naprawdę podejrzana.

Pokręciłam powoli głową.

– Sprawdziłam w domu wszystkie piętra, służba nie chce mi nic powiedzieć – przyznałam.

Sebastian odetchnął i na moment przymknął powieki.

– O co chodzi?

– Wydaje mi się, że zniknięcie taty nie jest przypadkowe – wymamrotał zachrypniętym głosem. On również pozostawał w szkolnym mundurku, choć w odróżnieniu ode mnie jego koszula była wygnieciona. Krawata nie miał, więc pewnie przy pierwszej lepszej okazji wcisnął go do plecaka.

– To znaczy?

– Byłem w jego gabinecie – powiedział wolno, znów patrząc mi w oczy. W jego niebieskich tęczówkach dostrzegłam jeszcze większy niepokój niż rano.

Przełknęłam ślinę.

– Gabinet jest zamknięty – wytknęłam mu. – Poza tym stoi tam ochroniarz.

– Mam swoje sposoby – oznajmił od razu, a ja zmrużyłam podejrzliwie oczy. – Tata nauczył mnie otwierać zamknięte drzwi – wyjaśnił, jakby to była najlogiczniejsza rzecz na świecie.

– Tata nauczył cię… Co? – Przechyliłam głowę.

– Przecież wiesz, że lubi uczyć nas… dziwnych rzeczy – mruknął.

Tutaj miał stuprocentową rację. Z jakiegoś powodu naszemu tacie zależało, żebyśmy byli wysportowani, potrafili się bronić i zrobili prawo jazdy najszybciej, jak się dało. Zmuszał nas też do nauki języków, powtarzając, że to bardzo ważna umiejętność. Zależało mu także na naszej pamięci. Za dzieciaka graliśmy z nim w grę: kto zapamiętał najwięcej szczegółów z danego miejsca, wygrywał. Sebastian był w to słaby, ale ja zawsze wygrywałam. Dopiero gdy trochę podrosłam, zrozumiałam, że tata dawał nam fory.

– I co w związku z tym? – spytałam w końcu, bo na moment zapadła cisza.

– Myślę, że powinnaś to zobaczyć – odparł tylko.

Nie trzeba było mi dwa razy powtarzać. Natychmiast ruszyliśmy z powrotem w stronę domu. Figa jeszcze przez chwilę patrzyła za nami, jakby żałowała, że nie potrafiliśmy tej sprawy odpuścić.

W stajni straciłam rachubę czasu, więc gdy wyszłam na dwór, zauważyłam, że słońce chyliło się powoli ku zachodowi. Szliśmy szybko w stronę budynku. Z tej odległości dom wydawał się pusty. Coś ścisnęło mnie w klatce piersiowej, kiedy przypomniałam sobie, że prócz służby nikogo tam nie ma.

Wiele bym dała, by w środku czekał na nas teraz tata. Siedział w swoim ulubionym fotelu, pił lampkę wina, a na nasz widok powiedział tylko, że chciał się z nami podroczyć. Uznałabym to za naprawdę nieśmieszny żart, przez który pewnie byłabym na niego zła, ale tata poklepałby Sebastiana po ramieniu, potem by mnie przytulił i wszystko wróciłoby do normy.

– Gdzie on jest? – szepnęłam w przestrzeń.

Sebastian nie odpowiedział na to pytanie. Zaciskał mocno szczęki i z determinacją parł do przodu, co najmniej jakby od tego zależało nasze życie.

Przy wejściu do domu znów dostrzegłam szofera. Akurat wysiadł z samochodu, choć nie wyglądało na to, że gdziekolwiek się stąd ruszał. Zaczął nerwowo przestępować z nogi na nogę i nawet nie zerknął w naszą stronę.

Wymieniliśmy z Sebastianem porozumiewawcze spojrzenia.

Służba i ochrona o czymś wiedziały. Pytanie tylko, dlaczego nikt nie chciał nam powiedzieć, co się stało. Co ukrywali? Co próbowali zataić?

Weszliśmy do środka. Choć w powietrzu wisiała gęsta, nerwowa atmosfera, od razu poczułam zapach przyrządzanego przez Gabrielle obiadu. Chciałam zajrzeć do jadalni, by sprawdzić, czy na stole znajdowały się dwa, czy trzy talerze, ale Sebastian złapał mnie za rękę i pociągnął na schody. Ochroniarz stojący w holu w milczeniu odprowadził nas wzrokiem.

Biegiem weszliśmy na drugie piętro i dopiero tam przystanęliśmy. Okazało się bowiem, że ochroniarz, który pilnował gabinetu ojca, zniknął, a drzwi do pomieszczenia są otwarte.

– Gdzie jest ochroniarz? Sebastian? – zapytałam, ale tym razem brat również nie zaszczycił mnie odpowiedzią.

Wszedł do gabinetu, nawet na mnie nie czekając. Nie pozostało mi nic innego, jak podążyć za nim. Przekroczyłam próg pomieszczenia. Zwykle pogrążony w półmroku gabinet teraz był cały rozświetlony. Nad naszymi głowami wisiał duży, kryształowy żyrandol. Sebastian zapalił także lampkę, która stała na solidnym, wykonanym z ciemnego drewna biurku. Tym razem na blacie nie panował taki porządek jak zawsze, walały się po nim dokumenty, które pierwszy raz widziałam na oczy.

– Sebastian! – zawołałam z oburzeniem, kiedy dostrzegłam, że chłopak kucnął przy… otwartym sejfie.

– Chodź tu. – Chłopak już nie prosił. W jego głosie usłyszałam stanowczość.

Obejrzałam się przez ramię, by sprawdzić, czy na korytarzu na pewno nikogo nie ma. W końcu ruszyłam w stronę brata i kucnęłam przy sejfie ukrytym między książkami. Tata miał tutaj całą ścianę regałów, a wszystkie półki były obładowane starymi powieściami, których tytułów nawet nie znałam.

Serce w mojej klatce piersiowej biło coraz szybciej. W ustach mi zaschło, kiedy Sebastian wyciągnął rękę. Nie mieliśmy prawa tu być. Gdyby ojciec się dowiedział, że grzebaliśmy w jego sejfie, chyba by nas udusił.

Chłopak wyjął pięć paszportów. Rzucił je na podłogę przede mną. Sięgnął po kolejne i te również przysunął w moją stronę. Każdy był taki sam.

– Co to jest? O co chodzi? – szepnęłam, spoglądając na brata szeroko otwartymi oczami. Dopiero w tym jasnym świetle dostrzegłam, jak bardzo jest blady.

– Otwórz – polecił cicho.

Sięgnęłam po pierwszy dokument.

Dostrzegłam zdjęcie taty i… całkowicie inne imię oraz nazwisko.

Paszport zadrżał mi w dłoniach. Złapałam za następny.

Moim oczom ukazało się kolejne zdjęcie taty. I kolejne fałszywe dane.

Sprawdziłam każdy dokument po kolei. Nawet po kilka razy, by mieć pewność, że nie mam zwidów.

Nie miałam.

Nasz tata posiadał przynajmniej dziesięć fałszywych paszportów.

W każdym z nich był kompletnie inną osobą. W każdym z nich nazywał się inaczej.

Uniosłam przerażony wzrok na Sebastiana. Brat patrzył na leżące na podłodze dokumenty. Ja znów zerknęłam na sejf. W gabinecie było tak cicho, że usłyszeliśmy tykanie zegara.

W mojej głowie wirowały tysiące pytań.

Dlaczego tata podawał się za kogoś innego?

Dlaczego zniknął i co się z nim stało?

Kim był naprawdę?

Rozdział 3Noc w namiocie

Do kolacji zasiedliśmy w całkowitej ciszy.

Gabrielle nakryła do stołu i przygotowała dla nas po misce parującego kremu z gruszki połączonej z pietruszką. Na wierzch sypnęła odrobinę płatków dyniowych. Na białym obrusie stały pieprz i sól, gdyby któreś z nas chciało doprawić danie.

Na stole brakowało jednak trzeciego talerza.

Zauważyłam to od razu po przekroczeniu progu jadalni. Nie tylko to się nie zgadzało. Kiedy Sebastian sięgnął ostrożnie po błyszczącą, srebrną łyżkę, ja rozejrzałam się dyskretnie. Gosposia wróciła do kuchni, aby zapewne przynieść nam jeszcze trochę płatków dyniowych.

Nietrudno było spostrzec, że w pomieszczeniu znajdowało się więcej ochroniarzy niż zwykle. Jeden z nich stał naprzeciwko mnie, przy ścianie, na której wisiał ulubiony obraz taty – Bukiet słonecznikówClaude’a Moneta. Drugi ochroniarz tkwił przy oknie, za którym panował już mrok. Trzeci natomiast sterczał w wejściu do jadalni i wyglądał na najbardziej spiętego, trochę tak, jakby wiedział, że gdyby ktoś wkradł się do środka, najpierw zaatakowałby jego.

Przeszedł mnie zimny dreszcz. Wymieniliśmy z Sebastianem spojrzenia.

– Taty nie będzie na kolacji? – Mój głos przeciął pełną napięcia ciszę, kiedy Gabrielle ponownie pojawiła się w jadalni.

Jej idealnie wyprasowany fartuch był poplamiony kremem, który właśnie jedliśmy. Miała spięte włosy, ale wydawało mi się, że gdyby dziś zdecydowała się na ich rozpuszczenie, to właśnie teraz prędko by się nimi zasłoniła. Widziałam, że nie chciała na nas patrzeć. Nie chciała odpowiadać.

– Nie, kochanie – wydusiła w końcu i postawiła przed nami tacę z ciepłymi bułeczkami i chlebem ze smakowicie wyglądającą skórką.

Pod spodem dojrzałam też macę, a wszystko to przygotowane do zupy, którą po całym dniu powinniśmy jeść z apetytem. Z apetytem jadł jednak tylko Sebastian. Choć jeszcze przed chwilą pokazywał mi fałszywe paszporty taty ukryte w sejfie, teraz w zawrotnym tempie połykał kolejne łyżki zupy. Ja tymczasem nie byłam w stanie przełknąć choćby kęsa.

– Jedz, Veronico – poleciła łagodnie Gabrielle.

Znów rozejrzałam się po jadalni i zniecierpliwiona kopnęłam siedzącego naprzeciwko Sebastiana w nogę. Uniósł na mnie wzrok i posłał mi pytające spojrzenie. Chyba przejęcie w moich oczach zmusiło go w końcu do odłożenia łyżki. Wyprostował się i oblizał usta, pospiesznie zerkając przy tym w prawo, na miejsce, gdzie powinien siedzieć nasz tata.

– Gdzie on jest? – zapytał powoli i wyraźnie, aby każdy w pomieszczeniu go usłyszał. Po jego pytaniu w jasno oświetlonej jadalni znów zapadła cisza. – Gdzie jest nasz ojciec? – powtórzył i tym razem usłyszałam w jego głosie zniecierpliwienie. Nie lubił być ignorowany.

– Pan Quincy nie pojawi się na kolacji – oznajmiła w końcu Gabrielle, po czym zacisnęła wargi w wąską kreskę, jakby się bała, że kiedy tylko znów otworzy usta, powie coś nieodpowiedniego.

– Tata nie odbiera telefonu – pociągnęłam wątek. – Nigdy nie zostawia nas bez słowa. Czy coś się stało?

Złość zaczęła we mnie kiełkować, kiedy zobaczyłam, że Sebastian z zamiarem dokończenia zupy ponownie sięgnął po łyżkę. Złapał też za ciepłą bułeczkę i wgryzł się w nią z zapałem. Zirytowana odsunęłam krzesło od stołu.

– Dziękuję za kolację – powiedziałam szorstko i wstałam z wysoko zadartą głową.

– Nie zjadłaś nawet łyż…

Zignorowałam głos Gabrielle i wymaszerowałam z jadalni, specjalnie przeciskając się obok ochroniarza, który stał w drzwiach. Na domiar złego usłyszałam za sobą ciężkie kroki kolejnego mężczyzny, który do tej pory pilnował korytarza. Z mocno zaciśniętymi zębami przeszłam do salonu i skierowałam się na schody, by schować się w swoim pokoju.

Musiałam pomyśleć. Musiałam się dowiedzieć, co powinnam teraz zrobić. Jak skontaktować się z tatą? Jak ustalić, co się z nim stało? Byłam coraz bardziej zniecierpliwiona.

– Veronica! – Z dołu rozbrzmiało wołanie Sebastiana.

Jego również zignorowałam. Skoro raptem potrafił z apetytem jeść zupę, to wychodziło na to, że raczej niewiele obchodził go los naszego ojca. Ta myśl sprawiła, że zazgrzytałam zębami. Głupi czubek myślał, że wszyscy wszystko za niego zrobią.

Choć nie spodziewałam się po sobie takiej reakcji, do moich oczu na moment napłynęły łzy. Broda mi zadrżała, więc pociągnęłam nosem, by jak najszybciej się ogarnąć. Sebastian gonił za mną, ale zdążyłam wejść już do swojego pokoju i trzasnąć drzwiami, by odgrodzić się od kolejnego ochroniarza, który pilnował piętra.

Miałam wrażenie, że było ich tutaj coraz więcej.

Stanęłam przy drzwiach. Spojrzałam na swój pokój, w którym panował idealny porządek. Po lewej stronie znajdowało się łóżko, a naprzeciwko szerokie biurko, przy którym zazwyczaj uczyłam się do szkoły. W oknie powieszono grube, szare zasłony. Uwielbiałam moją sypialnię. To tutaj zawsze mogłam się odciąć od otaczającego mnie świata.

Tym razem zrobiłam podobnie. Wgramoliłam się na gruby materac, gniotąc przy tym jasnoróżową pościel i biały, puszysty koc, którym lubiłam się przykrywać, gdy czytałam książki. Opadłam na plecy i spojrzałam w prawo, na trzy regały wypełnione książkami. Znów pociągnęłam nosem.

W tej samej chwili rozległo się pukanie do drzwi. Nawet nie drgnęłam. Obróciłam głowę i wbiłam wzrok w sufit. Myślałam.

Po co tacie były potrzebne fałszywe paszporty? Dlaczego nie pojawił się dzisiaj na śniadaniu? Dlaczego w ogóle się dzisiaj nie pojawił, a służba wydawała się taka nerwowa?

Sebastian, który, jak się domyślałam, pukał do drzwi, nie miał za grosz cierpliwości, więc bez zgody wparował do mojego pokoju.

– Idź stąd – burknęłam, nadal uparcie wbijając wzrok w sufit.

Kątem oka dostrzegłam, że brat ruszył w moją stronę.

– Ogarnij się – fuknął na mnie.

Nie miałam siły piorunować go wzrokiem.

– Sam się ogarnij – prychnęłam więc tylko. – Idź i dokończ zupę, bo za chwilę ci wystygnie.

Patrzył na mnie, byłam tego pewna. Usiadł na skraju łóżka. Materac zapadł się pod jego ciężarem. Sięgnął dłonią do mojego ramienia, ale odsunęłam się natychmiast. Westchnął ciężko.

– Uważam, że w tej sytuacji nie możemy dać po sobie poznać, że cokolwiek wiemy – wyjaśnił. – Na parterze jest dwa razy więcej ochrony niż zazwyczaj – napomknął.

– Myślałam, że nie zauważyłeś, tak byłeś zajęty wsadzaniem nosa w ten krem – warknęłam.

– Przestań się czepiać – syknął na mnie.

Wyglądało na to, że zamiast normalnie rozmawiać, będziemy się tylko niepotrzebnie kłócić. Choć jeszcze przed momentem chciało mi się płakać, teraz znowu poczułam złość. Zerwałam się z materaca, by usiąść, i spojrzałam na Sebastiana szklistymi oczami.

– Sam się czepiasz. Nasz tata zapadł się pod ziemię, a ty żresz zupę, jakby nic się nie stało – fuknęłam. – Musimy go odnaleźć – dodałam dobitnie, tym samym nie dając bratu nawet dojść do słowa.

Chyba go to wkurzyło, bo zamiast mi odpowiedzieć, rzucił we mnie puchatą poduszką.

– No co ty nie powiesz, Sherlocku. – Spiorunował mnie wzrokiem. – Przestań się zachowywać jak małe dziecko i zacznij myśleć.

– Jak na razie myślę za nas dwoje – odpowiedziałam tym samym tonem.

Teraz oboje gniewnie zmarszczyliśmy brwi.

Czasami ciekawiło mnie, czy wyglądaliśmy tak samo, kiedy targały nami emocje. Byliśmy bliźniakami, ale pomimo podobnych kolorów oczu i włosów wydawało mi się, że jesteśmy całkowicie inni.

– Co miałeś na myśli, mówiąc, że służba nie powinna wiedzieć, że cokolwiek podejrzewamy? – spytałam po chwili.