Dysk akrecyjny - Anna Kowalska - ebook
NOWOŚĆ

Dysk akrecyjny ebook

Anna Kowalska

0,0

Opis

„Dysk akrecyjny” to podróż przez wiele wymiarów matczynej codzienności. Odpowiedzi na dziecięce pytania z delikatnością prowadzą do refleksji nad transgeneracyjnymi przekazami, kulturowym kontekstem wychowania i osobistą przemianą zachodzącą podczas stawania się rodzicem. Przekształcają się one w punkt wyjścia do wielu dygresyjnych rozważań, które zmieniają się jak w kalejdoskopie.

 

 

Wraz z lekcjami chodzenia, mówienia i kontaktowania się dzieci ze światem czytelnik doświadcza zachwytów nad drobiazgami – nad wszystkim, co znajduje się w zasięgu dziecięcych rąk, oczu i ciekawości. Uchwycenie migawek z codzienności (upadków, bólu stłuczonych kolan, powietrza przesiąkniętego zapachem pór roku i domowych obiadów, smaku wystygłej kawy, rymowanek i bajek) to równocześnie wejrzenie za zasłonę poetyckich skojarzeń oraz odniesienia do kultury i współczesnego świata.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 393

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2026

© Copyright by Anna Kowalska-Żelewska, 2026

 

Redakcja: Barbara Kaszubowska

Korekta: Joanna Dzik

Skład i redakcja techniczna: Igor Nowaczyk

 

Projekt okładki: Magdalena Wójcik-Zienkiewicz

Na okładce wykorzystano reprodukcję obrazu „Zarzewia” autorki książki

Zdjęcie autorki: © Adam Doroziński

 

Producenci wydawniczy:

Sylwia Reguła, Magdalena Wójcik-Zienkiewicz, Wojciech Jannasz

 

Wydawca: Marek Jannasz

 

Lira Publishing Sp. z o.o.

al. J.Ch. Szucha 11 lok. 30, 00-580 Warszawa

www.wydawnictwolira.pl

 

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

 

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2026

ISBN: 978-83-68817-80-5 (epub), 978-83-68817-81-2 (mobi)

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

 
 

Serce rozdziera się

co najmniej na pół,

tętni gorąca krew

jak skalpel.

Czujne oko

Komu? Komu?

Pod paznokciami czas

Pod paznokciami życie

Pod paznokciami potrzeby

Życie, Czas, Potrzeby pod paznokciami

jak skrzepy krwi.

Śmierdzą potem,

słone.

Już dobrze.

Aaa... kotki dwa...

Odrętwiała ręka

upada na podłogę.

Trzymaj główkę!

Gdzie jesteś?

Przytul!

Na ręce!

Na Wojtusia z popielnika...

Parzy!

Głowa pusta

Kapusta

Komu? Komu?

Tego nie.

Loda.

Komu? Komu?

Zrobić?

Zmrozić?

Podać?

Tu ci kapie,

Po brodzie

Truskawkowy!

Biały

Mleko!

Po żebrach,

Na podłogę

Za ciężka powieka

upada,

Kupa.

Śpij już, śpij.

To nie sen

Komu? Komu?

Potrzymaj, tam płacze

 
 
CZĘŚĆ 1.
JESIEŃ
 
 

Co zrobić, kiedy świat traci strukturę – dzień miesza się z nocą, a z jednego człowieka wynika drugi? Co, jeśli doba traci rytm, a osoba gubi ciało, gdy zmiana cicho wkrada się spod podłogi? Wtedy wyłania się matka.

Co robi matka? Działa: je i karmi, brudzi i sprząta, tworzy i duma. A kiedy przestaje? Staje się metamatką – wszystkim tym, co wykracza poza definicję, czego nie da się zawrzeć w słowach, co unosi się gdzieś w powietrzu. Dryfuje w kosmosie znaczeń, bawi się czasem, smakuje życie.

Potem ląduje. Opada metafizyczny kurz, a ona z niego wyplata sensy lub androny, tka opowieści. Nocami ozdabia je słowami, a resztki wydmuchuje w przestrzeń. Za dnia wraca do rytmu pór roku, do ludzi i... jest tym, kim jest, bo istnienie zawarte jest w postrzeganiu. Esse est percipi.

Wtedy pojawiają się pytania, a ona odpowiada.

Mamo, a co to czas?

Siedziała na kanapie i karmiła piersią najmłodsze dziecko. Miała wrażenie, że ledwie przyszło na świat, choć przecież znały się od zawsze. Nie potrafiła zliczyć dni od porodu. Zlewały się one, łącząc noce, poranki, a nawet tygodnie w gęstą maź. Czas w ostatnich latach stał się dla niej bardzo względny. Minuta płaczu stawała się nieskończonością, godzina snu – mgnieniem. Jak na krawędzi czarnej dziury, gdzie upływ sekund zanika.

Mamo, a co to jasność?

W czarnej dziurze, narażone na względność, uwięzione zostają materia i światło. Jej ciało pamiętało ruchy córki wewnątrz siebie, ich wspólny taniec w głębi brzucha. Czasem ulegała złudzeniu, że dziecko nadal tam jest, choć to pewnie tylko organy wciąż szukały dla siebie miejsca. W jesiennym słońcu jej sylwetka w lustrze miała w sobie linię ciąży. Powidoki?

– Mamy tu dużo światła – mówił jej mąż, patrząc w okna.

Dla niej to nie było jasne. Odbijało się raczej przechodnim półcieniem.

Mamo, a co to pamięć?

Czuła, jak na przetłuszczonych włosach osadzają się resztki konkretnych myśli. Sebum mieniło się delikatnie w słońcu, niemal niedostrzegalne. Ludzkie receptory węchowe były zbyt słabe, żeby poczuć jego zapach. Kilka centymetrów kwadratowych nabłonka to za mało – neurony czekały ukryte głębiej, w błonie śluzowej. Może gdyby była psem, umiałaby oddzielić siebie od otoczenia?

Jej pies leżał w słońcu. Sierść mu połyskiwała, ślina kapała z pyska. W wilgotnej wydzielinie z jego nosa rozpuszczały się lotne substancje. Zmieniały się w czyste doznania. Tam myśl była tylko refleksem światła, niczym więcej. Zbyt ulotne, żeby sklecić sensowne zdanie, nie wystarczy na puentę.

Rzęski węchowe się pobudzają, ona mruży oczy, żeby lepiej widzieć. Jej ożywienie musi być wystarczające do wykonywania automatycznych czynności oddychania, krążenia, prowadzenia auta, nucenia pod nosem kołysanek.

Nawet nie zauważyła, kiedy to się stało, a już jechała samochodem, żeby odebrać starszaki z przedszkola. W fotelu obok, w swojej łupince, leżała najmłodsza. Głośno wyrażała niezadowolenie, domagała się bliskości. Wolałaby być na rękach, na brzuchu, gdziekolwiek, gdzie zapach matki ukoiłby kontakt ze światem. Nie miały wyjścia, mogła jej podać tylko dłoń. Czy tyle wystarczy?

W nosie reakcje biochemiczne inicjowały impulsy elektryczne. Bzzyt – spięcie. Śmierdzi pośpiechem i brakiem wyboru. Opuszka węchowa aktywuje się, ledwie tknięta, drgnęła jak palec muskający malutką stopę. Zapach córki wślizgnął jej się pod skórę, uruchamiając czuły dialog dotyku. „Jestem tu – czy mogę?” Pulchna pięta oddaje ciężar w odpowiedzi. Są. Trwa wymiana ciepła. Na dłoni czuje jeszcze miękkość głaskanego psa i twardość ucha od kubka z kawą. Ślady pamięci. Niektóre zapisy w ciele sięgały głębiej. Pewnie nawet do czasu, kiedy sama była tylko pulsem w łonie matki.

Mamo, a co to wiara?

Co można by uszyć z tych kilku centymetrów nabłonka? Naparstek? Przypomniał jej się człowiek z dokumentu, który próbował odbudować sobie napletek usunięty przy obrzezaniu. Zrobił z tego biznes. Reklamował produkt, śpiewając świąteczny hit Foreskin for Christmas: I’m giving myself a foreskin for Christmas. Głos TLCTugger brzmiał desperacko radośnie na tle źle wkomponowanej perkusji, która tłukła się głucho obok melodii. Mogłaby mu pożyczyć kawałek siebie – miała wprawę w oddawaniu części ciała innym.

Zazdrościła mu wiary, że szkody wyrządzone w dzieciństwie da się naprawić. Podczas gdy u niego grawitacja ciągnęła ciężarek przymocowany do skóry penisa, wymuszając odrost, u niej ściągała ku ziemi jedynie ulany pokarm, resztki obiadu czy zbyt mocno uczepione nogawki dziecko. U niego pracowicie hodowała tkankę, u niej wprowadzała brud, ciężar i ból.

Czy naprawdę mu zazdrościła? U niego mechaniczna rekonstrukcja okupiona była trudem podtrzymywania iluzji powrotu do stanu sprzed cięcia. Blada nadzieja i puste słowa próbowały odzyskać stratę. U niej twórcza siła malowała nowe abstrakcyjne kształty, kreśliła mapy przeżyć. Biel mleka, czerwień keczupu i fiolet siniaka. Płótno ciała wypełnione barwami codzienności. Pełne szkiców doświadczeń rysowanych kreską rozstępów, blizn i zmarszczek.

Mamo, a co to autopilot?

Grawitacja poranka ściągała ją do domu, do ekspresu z kawą – jej prywatnego obiektu centralnego. Oczywiście nikomu o tym nie mówiła, bo to zbyt nudne albo odjechane. Choć może każdy ma własną czarną dziurę? Wstała z łóżka, spojrzała na zegarek i wiedziała, że już jest za późno. Musiała ruszać. Na szczęście samochód miał automatyczne naprowadzanie na właściwy pas. Ani to, na co było za późno, ani cel podróży nie były do końca oczywiste.

Mamo, a kim jest on?

On – mężczyzna, który tworzył z nią dom, spłodził dzieci i dokarmiał jej demony. Postać wewnętrzna i realna zarazem, choć to tylko dwa z wielu wymiarów, w których funkcjonował. Dla dzieci był punktem orientacyjnym, zasilaczem bazy, przestrzenią dla prób i krainą pełną rywalizacji, siły, odmienności. Dawał im smakować sukces i przegraną, użyczał własnych mięśni, gdy brakowało im mocy, podawał wiedzę i doświadczenie, gdy były potrzebne.

One były jego przeszłością i przyszłością, powrotem do dzieciństwa i nadzieją na trwanie. Czasem udawało im się wylądować w jednym punkcie, gdzie każdy był po prostu sobą. Kwestia perspektywy.

Jedną z jego ulubionych zabaw było szukanie sposobów na pozbycie się poczucia winy, wtłaczanego mu razem z tlenem i składnikami odżywczymi od momentu zagnieżdżenia w macicy. Jego poczęcie przypieczętowało małżeństwo rodziców, niemowlęctwo zahamowało ich kariery, a dalej była już prosta droga do ich nieszczęścia, rozwodu, nawet odpowiedzialności za to, że lampa przestała działać. Magia? Freud doszukałby się edypalnych tropów w tej wymianie żarówki, ale nie żyje, więc kto go tam wie. Podobno rewolucja mieszczaństwa nakarmiona była krzywdą ukrytą pod szlacheckimi płaszczami z inicjałem jego nazwiska, a korzenie drzewa genealogicznego gniły, podtruwane zbrodniami katów. A może to tylko teorie, którymi chciano mu dokuczyć. Wybrzmiewała w nich wspólna nuta: ogromna siła i niemoc jednocześnie. A on miał jedno i drugie.

Między tymi biegunami próbował funkcjonować na co dzień – był sprawcą i sługą, herosem i kimś, kto się poświęca. W sekundę potrafił z roli superbohatera przejść do deptania samego siebie jak śmiecia.

Aby odzyskać poczucie władzy, przerzucał winę na nią. Dziś pretekstem była zbyt ciężka noga na gazie – benzyna jest droga, a kiedy ona prowadzi, auto spala więcej. Na początku ględzenie było sporadyczne, rozlazłe, a jednak szybko nabierało rozpędu i rozciągało się na inne dziedziny życia. Jeśli trzeba było, wyciągał pretensje nawet z dziury w całym, choć tym razem było prościej – budżetowa miała solidne nici do wyplatania zarzutów. Już wiedziała, że to właśnie z powodu wydatków na stacji paliw finansowo ledwo wiążą koniec z końcem. Gdyby zarabiała tyle samo co on, mogliby mieszkać na większym metrażu, a on byłby obecny i mniej nerwowy, bo odpowiedzialność za stabilność materialną nie leżałaby tylko na jego barkach. Nie ma sensu pytanie go, kim by był, gdyby nie był biedny i gnieciony, bo i tak tego nie usłyszy w swoim trajkotaniu. Kasa nie ma znaczenia? Bardzo proszę – nie musi wpłacać na wspólne konto. Kiedy on wpadał w ten wir pretensji, przestawała słuchać. Nie z obojętności, raczej z troski, żeby coś w niej mogło zostać całe. Ciało reagowało pierwsze. Śruba słów dokręcała napięcie w karku, aż stał się sztywny. Uszy puchły, gęstniały, robiły się ciężkie. Zdania docierały do niej tylko jako szum, wybijały znajomy rytm. Rozplatała wokół siebie niebo ochronne – własną atmosferę z polem magnetycznym, które spalało wszystko, co nadlatywało zbyt szybko. Meteoryty obelg rozpadały się, zostawiając jedynie świetliste ślady. Spadające gwiazdy? Może czas pomyśleć życzenie.

Mamo, a kim jest ona?

Znała jego sposób działania, ale przede wszystkim znała własny. Kąpała się w poczuciu winy od dzieciństwa – dolewała więc sobie, by czuć się bardziej komfortowo. Wiedziała, że jego słowa nie są prawdą, choć czasem trudno jej było w to uwierzyć. Myślała wtedy o wszystkim, co powinna była zrobić inaczej. Rozgryzała gorycz własnej nienawiści. Jeśli wokół panowała chłodna atmosfera, zarzuty traciły lepkość i stawały się nadciekłe. Przenikały przez nią, drwiąc z grawitacji, by w końcu wypaść poza horyzont zdarzeń i zniknąć w otchłani. Wytracała się tak kawałek po kawałku. Zostawało ażurowe rusztowanie pulsujących kapilar.

Ona i on – byli dla siebie krzywym zwierciadłem w gabinecie luster – koślawili się, by straszyć, rozśmieszać, zniekształcać i gubić: między tym, kto stoi, kto się odbija, a kto patrzy. Tworzyli swoją refleksyjną mgławicę, spalającą ciężar przeszłości i przemieniającą go w iskry dla nowych gwiazd.

Mamo, a co to wszechświat?

Gwiazdami byli oni. Dzieci – być może tylko cząstkami elementarnymi, z których wszystko powstaje. A to, co rozciągało się pomiędzy nimi, było największą rzeczą, jaka istnieje. Wszechświat. Ich własny, skomplikowany i tylko w części odkryty. Jak się narodził? W jednym momencie – na skutek kosmicznej inflacji osobliwości i Wielkiego Wybuchu. Miliardy lat temu? A może zaledwie kilka lat wstecz. W każdym razie: dawno. I wciąż się rozszerza, rośnie z każdą chwilą.

Podobno im głębiej wpatrujemy się w kosmos, tym bardziej cofamy się w przeszłość. Wjeżdża samochodem do garażu na poziom minus dwa. Nieświadomość? Nie ma zasięgu. Brak połączenia, jak w psychice: miejsce, w którym istniał potencjał na coś, co nigdy nie powstało. Otchłań zamiast więzi, pęknięcie w pamięci, brak w radzeniu sobie. Ciasne czarne dziury. Ssą. Czy dziecko wycofa się do podziemia rzeczywistości, żeby nie dać się wciągnąć w nicość matki? Zniszczy własną świadomość, żeby nie przepaść? Przecież nie można unicestwić czegoś, co nie istnieje. Radio traci sygnał, zostaje tylko biały szum. Kiedyś próbowała zagłuszać nim domowe awantury. Nieodwracalnie utracone fragmenty tożsamości zgubione w kłótniach wciąż wirowały w powietrzu. Słyszała, że niektóre trzaski to pozostałości po narodzinach świata – promieniowanie reliktowe. Czy tu się je przechowuje? Błądziła między częstotliwościami, choć rzadko docierała do ciszy – ta zwykle była poza jej zasięgiem. Nauczyła się operować między stacjami. Kosmicznymi?

Zaparkuje i tę myśl. Wyjdzie na powierzchnię. Ku cywilizacji?

Mamo, a co to nadzieja?

Zapomniała wziąć tabletkę na tarczycę. Niby nie musi, ale lekarka twierdzi, że to przyspiesza metabolizm, że jej się przyda, że inne pacjentki same proszą o recepty. Lewotyroksyna? Nieważne. Chodzi o utratę wagi. W prosty sposób ginekolożka kieruje uwagę na jedyny słuszny ideał piękna. Można w tym dostrzec troskę – w świecie kultu szczupłości dodatkowe kilogramy bywają problemem.

Chciałaby, żeby lekarka zapytała: „Jak się czujesz? Czy lubisz swoje dziecko? Czy bycie matką córki coś w tobie zmienia?”. Ta potrzeba jest jednak ledwie wyczuwalna, rozcieńczona tym, czego przez lata doświadczała od świata. Kropla na wiadro wody. Smak niemożliwego?

Wciąż tli się w niej nadzieja, że za medycznym autorytetem stoi potencjał zmiany sposobu patrzenia kobiet na siebie, rozmowy o ważnych sprawach, społeczne uczenie się. Jednak to zbyt ulotne poczucie, żeby ubrać je w słowa, a co dopiero wypowiedzieć głośno. Szczególnie bez gaci w pozycji półleżącej, z kapiącą połogową krwią. Za trzy miesiące kontrola. Może wtedy się uda?

Innych leków nie brała, bo nie była pewna, czy musi. Autodiagnoza depresji nie była jednoznaczna. Samowystarczalność długo traktowała jako gwarant spokoju. Więcej grzechów nie pamięta, za wszystkie żałuje. Nawet za te niepopełnione, wepchnięte siłą, tylko wyobrażone.

Mamo, a co to wyobraźnia?

Usiadła na kanapie, czując się jak zabawka w cudzych rękach. Sama nie wiedziała, gdzie jest. Czy chociaż jej położenie początkowe zostało precyzyjnie wyznaczone? A może z tego chaosu wyrastają nowe multiświaty? To tylko teoria. W praktyce jej wystające kości źle znosiły długotrwałe uciski – siedziała już ponad godzinę. Jej własny Everett, Everest, whatever.

Zastanawiała się, dokąd dziś ucieknie. Zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech. Mlaskanie niemowlęcia przerodziło się w stukot fal. Było ciepło i gwarno. Zanurzała stopy w rozgrzanym piasku. Ktoś jednak do niej podszedł. Na kanapie rozsiadł się głód. Zaczął szarpać ją za myśli, ślizgał się po nerwach. Skakał po jej brzuchu, domagając się uwagi. Nie mogła go dłużej ignorować, musiała coś zjeść. Znalazła zapomnianego banana z brązowymi plamami – wiadomo, że to ciemne jest fuj. Nikt inny go nie zje, mogła sobie na niego pozwolić. Do tego wczorajszy stwardniały ryż. Już dawno nauczyła się lekceważyć własne potrzeby kulinarne, o ile w ogóle je miała. A może to już zespół Pica? Głód zmalał, wciąż jednak trwał obok.

Mieszała ryż lewą ręką, żeby ćwiczyć koordynację. Wiedziała, że współpraca obu półkul mózgu jest niezbędna. Im bardziej stanie się oburęczna, tym lepiej – nie miała pojęcia, do czego się to przyda, ale każdy nowy most synaps, każde „lepiej” budziło w niej ledwie wyczuwalną iskrę nadziei. Wiedziała też, że stary ryż to trucizna. Bacillus cereus. Słyszała to od innych matek: „Ryż nie może stać dłużej niż pięć godzin, inaczej zrobi krzywdę dziecku”. Tyle rzeczy mogło zaszkodzić jej maluchom... Dowiadywała się tego na każdym kroku, chcąc czy nie. Jej nie niszczyło już prawie nic.

A może to ona była tym piaskiem z plaży? Otulała niemowlę ciepłem. Była sobą, światem i nim – wszystkim, co istniało w tamtej chwili. Dokładnie tam, gdzie było. Cichym trwaniem. Poza przyczynowością, działaniem, słowami i celem. Po prostu. Nieuchwytna.

Mamo, a kim jest babcia?

Doskonale wiedziała, co babcia powiedziałaby o tym ryżu: że to wstyd, nie wolno i dziecku wyrośnie od tego trzecia noga albo jakieś inne paskudztwo. Ten głos, słyszany tysiące razy, doganiał ją mimo dystansu. Może dlatego tak dużo chodziła – próbowała od niego uciec? Babcia zawsze wiedziała lepiej. Wątpliwości w czasie wojny mogły przynieść śmiertelny skutek.

Czasem tylko się zastanawiała, czy dusza po śmierci długo musi krążyć. Bywały momenty, że i ta odpowiedź była jasna.

Mamo, a co to spóźnienie?

W listopadzie odwiedzili jej brata. Jeśli tylko mogła, wybierała gęsinę, rogale i pochód ze Świętym Marcinem na koniu zamiast marszu. On był wściekły, że nie dotarła na czas. Nie rozumiał, jak mogła się zgubić w miejscu, które zna od dziecka, jak mocny off-road mogła zaliczyć. Długo jechała szutrową ścieżką, aż doprowadziła ją do lasu. Na jej końcu stała bariera. Chwyciła zimny, metalowy szlaban i poczuła opór – nie do podniesienia. STOP: Stop Think Observe Plan. „Ty kiedyś zginiesz” – niosło echo znanym tonem. Brak zasięgu. Znak był punktem orientacyjnym. Żeby znaleźć drogę, musiała przestać się błąkać. Spojrzała na swój cień i zawróciła w głąb puszczy prowadzona instynktem. Później się okazało, że wjechała na trasę dla rowerów górskich. Single track ma dostarczać adrenaliny i kontaktu z naturą, resetować głowę. Zdążyła przed zachodem słońca – i tylko to się liczyło. Tego dnia nie była w pełnej ciemności.

Inni pękali ze śmiechu, gdy obracała to w żart o pomyłce GPS i skrócie przy jeziorze. W środku jednak drżała. Ze strachu czy niesiona chichotem? Tragedia za drugim razem staje się komedią czy jakoś tak – próbowała przypomnieć sobie słowa Karola Marksa.

Na te wyprawy zdarzało jej się zabierać dzieci. Niecelowo – gdyby mogła, oszczędziłaby im tej nieświadomej jazdy. Bywało, że dobrze się bawiły, czasem płakały albo krzyczały. Nieraz się bały. Tak samo jak ona.

Mamo, a co to przeszłość?

Znów wpadła w czarną dziurę guzika od podgrzewania kawy. Wszystko tam się zaginało: czas, miejsce, lista zadań. Wystarczyło go dotknąć, a każda cząstka opadała ku grawitacyjnemu centrum. Jej „siłą lepką” była niedojedzona owsianka, zacieśniała orbitę trzymającą ją w ryzach, wtłaczała w tętnice własnego mieszkania, przepychając zatory z ubrań i zabawek, ku mięśniom pralki, ścięgnom odkurzacza, aż do okiennych oczu. Czasem wystawiała mop na balkon, w ten sposób pokazując światu język. Morficzny organizm pompował ją zawsze w jednym kierunku – ku kawie. Wpadła. Część jej pośpiechu skropliła się w kubku. Mógł ją stamtąd wyciągnąć tylko dźwięk budzika. Oznaczał, że trzeba ruszać. Pędzić ku światu niczym zewnętrznym obszarom dysku akrecyjnego. Zmienić energię na wewnętrzne ciepło.

Czarna dziura zaczynała się tuż za krawędzią przycisku. Był tylko on, wystający ponad nicość. Musiała go wciskać co czterdzieści minut. Potwierdzać swoje istnienie? Srebrzona powierzchnia guzika odbijała obraz jej palca i twarzy, która rozciągała się nienaturalnie w jego wklęsłym brzegu. Znała siebie taką wykrzywioną. Słyszała niejeden raz: „Uśmiechnij się! Co to za mina?”. Przez lata nie potrafiła zdjąć z twarzy tego wyszczerzu, którym się zachwycano, gdy była mała. Jego brak narażał na dematerializację. „Nasze słoneczko”. Świeciła zawsze, nawet nocą. Zesztywniałe mięśnie twarzy nie potrafiły odpuścić. Ona też nie. Miała swoją rolę do odegrania w tym dramacie. Jak guzik w ekspresie – zawsze w trybie czuwania. Dopóki przycisk mrugał, kurtyna nie mogła opaść. Za jego zakrzywionym brzegiem czaiła się ciemność.

Słyszała w domu każdy, nawet najmniejszy ruch. Rozpoznawała stopień chwiejności kroków po samym szeleście – stopa szukająca równowagi brzmi inaczej niż dudniący rytm wściekłych stąpnięć, których echo wgryza się w ściany. Wyczulenie pozwalało jej uciec na czas. Dzięki temu przetrwała.

Odpoczywała tylko wtedy, kiedy wszyscy wychodzili, krótka chwila ulgi, ale teraz nigdy nie bywała sama – miała na rękach niemowlę. „Zawsze byłaś taka szczęśliwa, co się z tobą stało?” – pytała matka.

– Terapeutka, a taka wykrzywiona – dziwiła się żona znajomego, kiedy spotkali się w sklepie spożywczym.

Nie dało się uciec od ludzi. A ona była zadowolona, że ta lodowa czapa uśmiechu wreszcie pęka. Przeszłość spływała z niej niczym woda z mrożonych owoców, które wyciągała do porannej owsianki. Dzieci musiały jeść zdrowo, nie darowałaby sobie, gdyby było inaczej. Spod zmarzliny wypływało błoto, czasem w nim grzęzła, ale przynajmniej czuła grunt pod nogami.

I to było wszystko. Tuż przed naciśnięciem guzika cała rzeczywistość znikała, pozostawała tylko czarna dziura. Nie była postrzegana ani przez dzieci, ani matkę, ani babcię. Nawet sama siebie nie widziała w lustrze włącznika. My matter doesn`t matter – myślała osobliwie. Słychać było jeszcze płacz, gaworzenie, odgłosy zabawy, ale to również rozpływało się niczym mazista kawa z oleistym połyskiem, stopniało bez śladu. Jak we śnie – przestrzeń pozostawała nieznana.

Mamo, a co to zmęczenie?

Słychać jej kroki, mimo że starała się stąpać bardzo cicho. Lubiła chodzić boso. „Nie bolą cię stopy?” – zapytano kiedyś Annę McNuff. „Trzeba się przyzwyczaić, za pierwszym razem przypominało to chodzenie po ogniu” – odpowiedziała w wywiadzie po jednym ze swoich stu gołostopych maratonów. Dziecięce programy edukacyjne z niesamowitą lekkością przeplatały wywiady znanych postaci z rozmowami z nieuleczalnie chorymi dziećmi, instrukcją leczenia otwartych złamań, wrestlingiem na wielkie palce u stóp i ciekawostkami dotyczącymi anatomii. Ona trawiła je wszystkie mimowolnie.

Nadal krążyła z niemowlęciem w ramionach. Co prawda nie mogła tego porównać do długodystansowego biegu – chociaż właściwie, kto wie, ile kilometrów ona tak nadrepcze dookoła kuchennego stołu? Zawsze ze wzruszeniem wspominała te wycieczki. Jednostajny krajobraz sprawiał, że były niemal medytacją. Jak w transie stawiała kolejne kroki. Była transporterem dziecięcych ciał. A może stanowiła z nimi jedność? Separacja w tych momentach nie była wyraźna. Czasem te spacery bywały nieprzyjemne. Bolały ją biodro, stopa, dusza, głowa. Nie zawsze jednocześnie. Niekiedy odnosiła wrażenie, że wszystkie te dolegliwości zmyśliła. Wychowywano ją tak, by o cierpieniach nie mówić. One były zarezerwowane dla innych. Jej nie wypadało marudzić.

Bywała zmęczona. Jednocześnie nie oddałaby tego czasu za żaden inny. Dzisiaj poślizgnęła się na resztce fasolki. Po bretońsku? Nie, to niemożliwe. Zwyczajna, w sosie pomidorowym. Prosto z pachnącej metalicznymi oparami puszki. Inne matki na pewno miałyby argumenty, że jest toksyczna. A babcia – że będzie wzdymać dziecko i powodować skręt jelit, będzie płakać albo – co gorsza – się zmarszczy. Fasolka miała strukturę lepkiej mazi z grudkami, prawie jak koloid. Do dziś pamięta to słowo, bo dzięki niemu mogła przynieść budyń na lekcję fizyki. Do tego trzeba dołożyć jakieś warzywo – do fasolki pasuje fasolka – i problem się rozwiązał! Trwaj, chwilo – jak u Goethego – i bądź piękna. Czy to już katatymia? U osób powyżej siódmego roku życia taka fałszywa ocena rzeczywistości i przekształcanie życzeniowe na podstawie nastawień emocjonalnych kwalifikują się jako zaburzenie. Wypraną z emocji mantrą, przypominającą recytację słownika psychologicznych pojęć, próbuje okryć nagość swojego lęku. Zwyczajnie się boi, że jest nienormalna.

Z zadumy wyrywa ją wątpliwość: kto rozlewa fasolkę na trasie maratonu? On by powiedział, że to jej wina, bo mieszkają w syfie. Przez ten bałagan nie bywa w domu, a kiedy już jest, musi sprzątać, a przecież powinien spędzać czas z dziećmi. Albo pracować na kolejną puszkę gotowej fasolki, bo nie chce jej się zrobić tańszej, domowej. Ktoś musi za to zapłacić. Nie wiadomo, czy on, czy ona. Za to ona mogłaby zrobić coś pożytecznego, a w najgorszym wypadku chociaż obiad, a nie siedzieć na kanapie i karmić dziecko. Dlatego szła do ekspresu podgrzewać kawę. Ślizgając się po krawędzi upadku, miała przed oczyma lamparci print legginsów na malutkim udzie córki i owłosienie na własnym, całkiem okazałym. Zobaczyła, że nie może się przewrócić. Przezroczysty wysiłek łupnął tępym bólem w biodro. To szybko przywołało ją do rzeczywistości i pozwoliło postawić stabilny krok. Znowu się udało.

Mamo, a co to granica?

Nie była pewna, czy uda jej się opowiedzieć tę historię: o byciu na granicy światów, granicy depresji, granicy wojny, snu, jawy, fikcji. Zwykle nie dawała rady pisać, nawet na telefonie. Nagrywała filmy, które wieczorami zamieniała na litery. Ruchome obrazy stawały się sztuką samą w sobie – odcisk stopy, latająca noga, koło kierownicy. Dokument potwierdzający, że to była prawda. Ciało z telefonem w dłoni inaczej łapie równowagę.

Mamo, a co to myśl?

Dostała kopa kofeinowego prosto w mózg. Wszystko przyspieszało, myśli odzyskiwały przejrzystość. Gdyby nie marudzenie i płacz w tle, byłaby w stanie rozumować trzeźwo.

 

Sempre assim Em cima, em cima, em cima, em cima

Sempre assim Em baixo, em baixo, em baixo, em baixo

Samba, Samba de Janeiro.

 

W głowie pulsowała jej piosenka Belliniego. Rio. Może stamtąd wziął się ten ciepły piach między palcami jej stóp? A może był hawajski – z odchodów papugoryby? Podobno jedna może wyprodukować nawet cztery tony rocznie. Może sra jej do wnętrza?

I tak lepsze to niż dziecięce rymowanki, które zwykle jej towarzyszą. Dajmy na to Fasolki. Albo kolędy ze zmienionym tekstem. Śpiewała głośno, rytmicznie, co koiło tę małą istotę, którą dźwigała w ramionach. Odbicie. Siebie? W lustrze? Dźwięk soczystego beknięcia rozbrzmiewał w kuchni. W końcu ulga.

Nosi ją, bo czasem jest jednym niewielkim układem pokarmowym. Bywa, że to uwiera i boli. Bujanie równomiernie rozkłada mleko, odwraca uwagę, rozgrzewa. Przypomina ruch, w którym była zagłębiona jeszcze wewnątrz – w niej, w macicy. Znany rytm bicia serca działa niczym kołysanka. Pewnie dociera do córki jakby z zaświatów, teraz oddziela je więcej warstw. Wierzy, że trzymanie buduje podwaliny tożsamości, poczucia siebie, fizyczności, dając psyche doświadczenie ciała jako bezpiecznego miejsca. Przez kinetyczne spotkanie z nią dziecko zarysuje granice rzeczywistości. Nie może go puścić. Trawi więc cały ten ulepek myślowo-czuciowy, puszcza swobodnie wewnętrzne soki, użycza mentalnego jelita do składowania odpadów. Ciekawe, czym jej się odbije.

Nosi je – na grupie dla osób z zaburzeniami odżywiania rozmawiały o kłuciu w przełyku po wkładaniu zbyt głęboko palców do gardła. Dyskutowały o wewnętrznym wrzynaniu się pokarmu, o przepełnieniu mlekiem matki i babci, a może nawet ojca. O byciu całym i o pustce. Nie mogła pozwolić pacjentkom wpaść w nicość, trzymała je w ciasnym umyśle nawet wtedy, gdy nie mogła się z nimi spotkać.

Nosi go, bo ktoś znowu coś wywinął i wyjdzie przed klientem jak kurwa. Jeździ z nim całą drogę stąd do Bantustanu i z powrotem do państwa z dykty i kartonu, gdzie ludzie jebią się na prawo i lewo, a król na tronie decyduje sam o wszystkim.

Nosi młodszego, bo kolega w przedszkolu go pchnął. Zastanawia się, jak mu wytłumaczyć, że przekraczanie granic bywa konieczne, żeby je poznać, ale nie wolno na to pozwalać w nieskończoność. Jak uczyć o nienaruszalności terytorium, gdy wczoraj znów spadły rakiety i nie wiadomo, czy to atak, czy obrona? W placówce chłopcy mówili, że to z Rosji. Wjazd na teren cudzego kraju często oznacza wojnę, na placach zabaw się ją odgrywa. Czy może uczyć syna granic, jeśli jej własne nie zawsze są jasne? Pchnięcie bywa bez powodu – z napięcia lub przypadku. Przecież to tylko dzieci.

Nosi starszego, bo musiał zejść z boiska za faul, który uratował zwycięstwo. Trener nie pochwala czerwonych kartek, drużyna świętuje wygraną. Jak odpowiedzieć mu na pytanie, czy było warto? Jak rozmawiać o etyce i agresji, o celach i środkach, gdy sprawy tak dalekie są od oczywistości.

Nosi żal, bo nie tak to sobie wyobrażała. Chciała być inną matką: cierpliwą, uważną, spontaniczną, wyspaną, zaradną. Zamiast tego próbuje uznać ból i dawać sobie wsparcie, nie stając się przy tym oschłą, stetryczałą intelektualistką. O ile łatwiej by było zwyczajnie opłakać stratę nieosiągalnego ideału, zamiast w kółko go analizować. Ale to nie jej wybór, nie może tego zatrzymać, nieważne, jak bardzo się stara. Bywa, że na żałobę brakuje łez, a na płacz czasu.

Nosi siebie, żeby nie opaść z sił. Bezruch generuje ucisk – mentalne zakwasy. Mieli coś w ustach. Spływa bezwładnie między coraz mniej stabilną strukturą kostną. Elastyna? Przepycha utknięte w fałdach pamięci zastoje do świadomości. Ciała nieobce, choć przez jej maniakalne obrony niechciane. Strażnicy dobrego humoru odgryzają kawałki rzeczywistości, zniekształcając pamięć, jej ciało, ich ciała, bella ciał...

 

bella ciao, bella ciao, bella ciao, ciao ciao!

 

Syn chciał tańczyć, bo mają do tego utworu układ w przedszkolu. Z podziałem na role. Jedni podskakują, inni się kręcą. W domu też z podziałem na role – ona broni, on atakuje, ona ucieka, on goni, ona bierze, on daje. Wspólne nieświadomości pozbawione transformacyjnej czasoprzestrzeni lubią się powtarzać. Festiwal marzycieli – może tam dałoby się coś z tym zrobić. Ale nie pojadą. Nie będą afirmować życia.

 

Stres

Pustka w głowie

Zgrzytają zęby

Test

Zdał, udało się

Walka z nieświadomym

Ile razy jeszcze

damy radę?

Nikt nie płacze

 

Mamo, a co to ciało?

Spojrzała na swoje grube stopy, na kostki okolone miękkim, pulsującym obrzękiem. Trudno jej było uwierzyć, że należały do niej. Przelewały się i zmieniały formę. Racjonalnie wie, że nic nie jest stałe, a jednak inaczej je pamięta. Od tego ciągłego noszenia zrobiła się ciężka, a kiedyś potrafiła latać. Z dodatkowym balastem nie wiedziała, jak się dźwignąć. Może jedyne, na co ją stać, to stan nieważkości?

Odłożyła dziecko przepełnione ciepłem i oddechem. Ona była surowa. Teraz nadszedł czas, aby poddać się obróbce termicznej – jak fasolkę na patelni. Musiała zmyć woń mleka, które tryskało zbyt mocno i zamiast do ust trafiało na sukienkę. Materiał w okamgnieniu je wchłaniał, pozostawał jedynie zapach. Czasem też twardość tkaniny, ale na tyle subtelną, że mogła być niezauważona. Tańczyła przecież regularnie i jej giętkość potrafiła przyćmić różne sztywności. Czy dzięki temu umie się poruszać między byciem dojarką a dynamicznym podmiotem? Piruet z przekonaniami, obroty z postaciami, ślizgi z wewnętrznymi personami. Robiła skoki między przeszłością a przyszłością, odbijając się w tu i teraz.

Mamo, a co to spóźnienie?

Budzik zadzwonił. W przedszkolu było już po obiedzie. Odpaliła silnik, bo światło zmieniło się na zielone, a w wersji ecodrive silnik na czerwonym gaśnie. Wybuch paliwa. Zajadała się drożdżówką z kruszonką, żeby cukrem dodać sobie energii. Na opuszce palca dostrzegła resztkę żółtej kupy. Przed chwilą przewijała dziecko w samochodzie. „Mały musztardziak” – rzucił sąsiad, gdy wpadła na niego w drzwiach windy, niosąc zestaw kurtek i czapek. Nie zauważyła go spod tej sterty. Wykrakał. Ciekawe, czy znał definicję powiedzenia „musztarda po obiedzie”?

Mamo, a co to cykl?

Pies też musiał zrobić kupę, dlatego chwilę wcześniej były na spacerze. Wędrowanie zagina czasoprzestrzeń – dwie minuty za psią górką potrafią sprawić, że się spóźnisz mimo pięciu minut zapasu. Przynajmniej pamiętała, żeby przed wyjściem pogasić wszystkie światła – trzeba oszczędzać prąd.

– Poziom zero. – Rozległo się w windzie.

Wiedziała to. Tak samo, jak była przekonana, że jest nienormalna. Słyszała to wielokrotnie: od ojca, matki, brata, byłego partnera. Jakby życiowe echo odbijało ten werdykt od kolejnych postaci. Próbowała wszystkiego, żeby zostać zaakceptowaną, wyrzekała się kolejnych części siebie tylko po to, by ostatecznie przegrać walkę o uznanie. Czy da się utopić echo? Zalać łzami utopię? Zrobić pogrzeb porażce? Kiedyś trzeba się pogodzić ze stratą. Na działce jesienią resztki po zbiorach należy zakopać, przeznaczyć na kompost albo spalić. Posadzone cebulki zakwitną wiosną. Nie straci duszy. Kiedyś napisze tekst o smażeniu konfitury z dorodnych cebulek wyrwanych włosów, ale jeszcze nie wie, że ma przed sobą jakąkolwiek przyszłość.

Cebulę musiała natomiast kupić w sklepie pod domem.

– Miłego dnia. – Usłyszała od ekspedientki.

Na poziomie słów dotarło to do niej, ale znaczenie nie przeszło przez klucz doświadczeń. Może te fale dźwiękowe spulchnią trawnik przed zimą. Jej dziecięca część wiedziała, co ta pani myśli: Jak można wyjść z domu z tak tłustymi włosami? Babcia też pracowała w sklepie, w mięsnym, kiedy wszystko było na kartki. Miała władzę. Uczyła wnuczkę, co trzeba powiedzieć, żeby dostać coś ekstra. Pokazywała, jak działa ta cała społeczna gra. Nikomu nie ufać i zawsze być miłą. W domu miażdżyła sąsiadki za źle ułożone fryzury, by na klatce schodowej rzucić im z promiennym uśmiechem „miłego dnia”. Strażniczka pozorów ją krytykowała wprost: „Wyglądasz jak rozwichrzona kurwa”.

Przecież trzeba było coś jeść, a pies i dziecko musiały wychodzić na spacer. Nie powinna była zdecydować się na macierzyństwo, jeśli brakowało jej czasu i siły na spacery. Miała zatem: czas, siły i tłuste włosy. Słońce oślepiło ją, wpadając przez okno supermarketu. Czuła, że jest z nim związana, bardziej niż by chciała. Urodziła się w Szczodre Gody – w czas zwycięstwa światła nad ciemnością. I always knew I had it in me – pomyślała. Nieświadoma wyznawczyni solarnego kultu od pierwszego skurczu w lędźwiach matki. Nieustanna walka z mrokiem została wtedy wpisana w jej historię. Umiera stare słońce, a nowe przynosi nadzieję, optymizm i radość. Kosmos?

 

Tracimy

cztery kilogramy skóry rocznie

bezboleśnie.

Gdy spojrzysz jej w oczy,

ściąga ją z ciebie

jednym pociągnięciem plastra

i stajesz naga,

spowiadając się z tego,

co nieprzeżyte.

Wyciągasz do niej pustą dłoń,

z tym,

co wydawało się potencjalnie twoje,

a od zawsze do niej należało –

to samo nic,

które oddajesz,

zabierasz ze sobą.

I widzisz własne palce,

zrywające kwiat do wyplatania wianka,

tylko ona piecze od słońca.

 

W jej istnienie wpisane było przesilenie, po najdłuższym mroku pociągnęła za sobą dzień. Noc we wnętrzu matczynego brzucha narastała, brama szyjki stanęła otworem. Ona pełzła do światła, a ono czołgało się za nią. Obezwładniająca ciemność i parcie ku słońcu to jej życiowy refren. Czy da się złapać? Bicie przelęknionego serca jak ostry bit techno. Oddaliła głowę od głośnika. Nie chciała stracić słuchu, uchu, uchu. Baunsuje, tańczy z tym, bo inaczej mogłoby ją zmieść. Wygina się w rytm przejścia, staje się poganką, wyrzeka się kultu uniesienia, by wylądować w rzeczywistości.

Mamo, a co to wojna?

Zastanawiała się, dlaczego jej myśli często są bardziej przejrzyste w samochodzie. W tej małej przestrzeni wierzyła, że nikt jej nie usłyszy. Było tu na tyle ciasno, że ulotność na chwilę dawała się skoncentrować niczym powietrze ściśnięte w strzykawce. Macicochód? Kupiła go w dziale ciężarowym, ale długo nie mogła go odebrać, bo wybuchła wojna. Mówili, że zabrakło części, ale ona wiedziała, że dostawczaki były teraz bardziej potrzebne tam – zarówno dosłownie, do transportu, jak i metaforycznie, do pomieszczania wszystkiego, co tam się działo. Tam, a może i tutaj? W końcu oddychali jednym powietrzem po każdej stronie granicy.

Mamo, a co to czystość?

– Nie jest źle, ja jestem winna. Dobrze jest, zawsze będę winna. – Usłyszała w radiu piosenkę Winna.

Rycząc razem z Chylińską, dodała gazu. Może nie winna, ale zwinna? I tym razem udało jej się wywinąć własnym myślom. Wielki nos elektrociepłowni znowu puszczał wściekły dym jak parę. „Paralityk” – sapała do niej z odrazą matka. Czy za szybą samochodu zaczyna się już teren emocjonalnej nietolerancji?

Z brody wyrastały jej trzy czarne włosy. W zasadzie nawet je lubiła, choć wyrywała je regularnie. Codziennie dotykała tego miejsca, żeby sprawdzić, czy już wróciły. Były dowodem na nieokiełznane siły natury, które odradzają się mimo prób unicestwiania. Pokazywały się, łaskocząc ją w palec. Dziś skóra szczypała ją od Domestosa, za to była delikatna i gładka. Gotowa wyczuwać każdy sterczący czubek, żeby poddać go eksterminacji. Dramat codzienności – odkrywanie istnienia wciąż na nowo. Pod opuszką dzikość i swoboda stawiają opór metalowym cążkom, anihilacyjnym zapędom. Delikatnie, milimetr po milimetrze, od lekkiej wypukłości i czarnej kropki zaczynając. Wszystko pod jej palcami. Żywioł tuż obok paznokcia, nieuchwytny dla pęsety. Zyskuje tymczasowe znaczenie, aż do kolejnego szarpnięcia. Wcześniej szorowała kamień w łazience tak długo, aż zniknęła każda drobina. Walka o kontrolę w mikroskali. Iluzja czystości, w którą pozwalała sobie wierzyć, a może tylko akceptowała swoje ograniczone możliwości? Biologiczny biofilm wypadał poza świadomość, a ona miała nadzieję, że szorując fugi, posprząta swoje myśli. Nie udało się. Gołym okiem widać, że brud jest żywy, porasta na nowo, jest nie do powstrzymania. Przynajmniej skóra stała się delikatniejsza.

Patrzyła na dłonie niosące zniszczenie i czystość zarazem. Próbowała zaakceptować swoje niedoskonałości i dziwactwa. Nie udało się. Dlaczego twarz ma być gładka? A łydka? Syn pyta ją, dlaczego goli nogi. Toczą krótką rozmowę o kulturze, oczekiwaniach, przyjemności i wygodzie. Dziecko wydało się usatysfakcjonowane odpowiedzią, ona nadal nie rozumiała. Wiedziała tylko, że ma być jakaś. Persona. W galarecie życia.

Mamo, a co to nadzieja?

Nadzieja za sto dwadzieścia trzy miliony – bardzo drogo.

Ale ja jestem bogata – za chwilę wytchnienia poczuciem winy płacę.

Pić do dna, po cyckach i na podłogę – za zdrowie mam!

Serce jak bęben drżący w brzuchu, uśmiech wdzięczności podszyty przykrością – bardzo drogo.

Ale tę szalę przeważę wszystkim tym, co bez znaczenia.

Pić do dna, po łokciach, w zakasane rękawy – za zdrowie mam.

Mamo, a co to normy?

Dziś piła kawę z mniszka lekarskiego, naiwnie wierząc, że organizm rozpuści pokłady tłuszczu na brzuchu i wydali je razem z łojem przez pory skóry głowy. Że pamięć lęku i smutku, zajadanych czekoladą, wypłynie przez sebum na samym środku czoła. Gdyby to się udało, musiałaby znaleźć nowy sposób na ochronę siebie i jej przed przenikliwym zimnem świata. Wcześniej otulała je kołderką tłuszczu, ale teraz dziecka tam nie ma, a brzuch zwisa jak flak po kiełbasie.

Parówce? Z matki? MOM – Mięso Mechanicznie Oddzielone. Przetworzona, pozbawiona struktury, wypełniona ekstraktem drożdżowym poczucia winy. Brzmi boleśnie precyzyjnie. Czytała, że parówki nie powinny zawierać stabilizatorów, wzmacniaczy smaku, konserwantów, przeciwutleniaczy. Kupując te w kształcie futbolowych piłek, dokonywała złego wyboru. Choć dzieci miały na ten temat inne zdanie.

Sama marzyła o stabilizatorze, żeby przewidzieć, czy rano obudzi się zalana łzami, czy zdoła wstać z łóżka i z uśmiechem ucałować dzieci na powitanie. Wzmacniacz smaku mógłby oszczędzić jej pakowania kolejnej łyżeczki miodu do mniszka, w poszukiwaniu odrobiny przyjemności i zastrzyku energii. Konserwanty i przeciwutleniacze – wiadomo. Nawet mechanicznie oddzielone mięso brzmiało teraz jak namiastka tajskiego masażu, na który przed ciążą nie wstydziła się chodzić. Teraz wszystko zanurzyło się w zażenowaniu, jak jej poranna owsianka w syropie klonowym. Już wiedziała, że to nie będzie dobry dzień. Słodko-gorzka galareta życia była dziś wyjątkowo klejąca.

W jej głowie znów pojawiają się czarne dziury. Tym razem chodziło o czapkę. Nigdzie nie mogła jej znaleźć. Nerwowo przeszukiwała samochód, mając wrażenie, że bez tego nakrycia głowy świat przestanie istnieć.

– Co za matka wychodzi z dzieckiem z gołą głową na mróz? – syczała do siebie, nie będąc pewna, czyj głos wydobywał się z niej echem.

Kiedyś myślała, że fiksacja na czapeczkach to żart, ale teraz wie, że to sprawa najwyższej rangi, niezależnie od wskazań termometru. Dziś był minus, zarówno dla temperatury, jak i dla niej. Społeczna kontrola jakości nie wyda atestu. Czapa-kult, ten niepodważalny dogmat nakrycia głowy, opadał ciężko na wszystkie wybrakowane matki-produkty. Na te wszystkie MOM’s, które nie potrafiły utrzymać struktury i stały się odpadkami produkcji kultury.

Stała przed przedszkolem w kolejce rodziców oczekujących na odbiór dzieci – popandemiczne pozostałości wciąż nie pozwalały im wejść do środka, niezależnie od wskazań termometru. Danina za iluzję kontroli: przyklejanie plastra procedur na chaos życia, powierzchownych opatrunków na głębokie, egzystencjalne rany.

Trzymała córkę, która mocno się w nią wtulała. Czuła ciężar jej ciała, ciepło i bezgraniczne zaufanie. Zachwyt przenikał każdą komórkę, jakby doszło do delikatnego zagotowania krwi w całym organizmie. Wrzenie energii – darmowe oksytocynowe paliwo. Brawurowo, z odwagą naprzeciw systemowi. Tym razem ciało nie było klatką, lecz ratunkiem – fizjologicznym antidotum na trucizny społeczne. Wszystko drżało, w oczach zbierały się łzy. Spłukiwały chemią organizmu brud przeszłości, neutralizowały toksyny bliskością. Czyszczenie na poziomie komórkowym. Organicznie, EKO? Inne matki by pochwaliły? Dostanie punkty do certyfikatu dobrego macierzyństwa? Chciała, żeby to trwało wiecznie. Czas znów znikał; były tylko one – połączone oddechem i zapachem mleka. Może to wystarczy, by stopić minus?

Mamo, a co to przerwa?

Żeby nie zastygnąć, zabiera córkę na zajęcia ruchowe. Czasami, pocąc się, udawało jej się wypłukać żale, udrożnić psychikę, odetkać zastoje myślowe i zakorkowane uczucia. Dziś ćwiczyli padanie na matę. Kolega powiedział jej, że przewroty są energetycznie bardzo kosztowne, ale zwrot inwestycji jest niemal natychmiastowy. Chciałaby przewrotu. Ekspresowej wypłaty. W domu od rana trwała rewolucja – ogłoszenie nowej dziedziny sportowej: rzut siusiakiem w dal, dobiegające z pokoju chłopców. Cmokanie niemowlaka wybrzmiewało jakby ze środka – to jej mała kulka. Wtedy sobie przypomniała, gdzie jest – obręcz barkowa i biodra nie muszą działać w tym samym kierunku. Jeśli zacznie o tym myśleć, nie zadziała, ale jeśli zadziała intuicyjnie, może znaleźć te dwa ruchy. Puszczała więc wszystko – ruch poddania i oporu. Oddawała jemu dowolny kawałek, dzieciom oszukane punkty w koszykówce, a najmłodszej pierś mimochodem. Wielozadaniowość to jej nowy przydomek.

Po przewrocie mogła się położyć na ziemi i stać się jednym wielkim tętnieniem, samym pulsem. Tylko nie zastygaj, niedźwiedziu polarny. Mrugnęła do małej. Będzie dobrze. Córka leżała w biało-szarym stroju z czarnym noskiem. Musieli się ciepło ubrać, bo na sali zepsuło się ogrzewanie. Dziecko przeszło przez obce ręce, rozdało kilka promieni – było dobrze.

Jej koszulka pozostała sucha – czy to oznacza, że nic się nie udrożniło? A może niczym krokodyl poci się przez otwarty pysk? A może jej organizm zapomniał już o dążeniu do homeostazy i poddał się w walce o zachowanie stałego środowiska wewnętrznego? Wdech i wydech. Może musi się stać dla siebie samej matką środowiskiem, miejscem, w którym może odrzucić pewność? Jak gdyby rozstrzyganie rzeczy, słuchanie bytu czy kwestionowanie spraw oczywistych musiało pozostawać nieskończonym procesem wypełnionym błędami. Jakby topograficznie miała odzwierciedlać punkty niepewności i niejasności. I z tym zatańczy, bo im swobodniejszy ruch, tym więcej powietrza w narracji.

Mamo, a co to krzywda?

Jedzie na szczepienie. Dziś tylko jedno, bo nie chce płacić tysiaka za dodatkowe pakiety i czeka na program. To jeszcze gospodarność czy już skąpstwo? Tak czy inaczej, będzie płacz – najpewniej obu, tylko w różnym czasie. Jest dorosła i zna sposoby radzenia sobie, dopóki musi zajmować się innymi.

Podczas ważenia dostrzegła zaróżowioną skórę w zgięciu rączki. „Ma pani zaniedbane dziecko” – usłyszała, chociaż nikt tego nie powiedział. Każdy ślad na skórze dziecka jest dla niej dowodem na awarię struktury MOM. Wspięła się na tę górę wstydu, którą w sobie nosi, i wytarła martwy naskórek spod pachy mokrą chusteczką. A przecież wiedziała, że trzeba kąpać dziecko w naparach z traw, codziennie innych. Babcia by jej powiedziała jakich, ale nie chciała już jej słuchać. Badanie zakończone – mogą wracać do poczekalni.

– Do rota? – zapytała pielęgniarka, nie wychylając się zza drzwi, patrząc w nikogo.

Była pewna, że to nie do niej. Przecież nie tak miała na imię. Znała kiedyś Dorotę, której pośladki przypominały połówki brzoskwini. Nie weszły więc do gabinetu. Nostalgia i erotyzm były skuteczną tarczą przed ukłuciami igły bólu. Nikt nie wiedział, że utknęły w różnych wymiarach: ona we wspomnieniu krągłości koleżanki i pani dokonująca pomiarów w rutynie wkłuć. Dopiero przy kolejnym nawoływaniu głos stał się bardziej precyzyjny.

– To chyba pani do szczepienia na rotawirusa?

Kolejny powód do pouczeń – tym razem nie wprost. „W innym świecie są te matki”. Przynajmniej mówiła prawdę. Śmiała się w środku. Przypomniała sobie drzwi akademika z tabliczką z imieniem: „Wlad ys lav”, a pod spodem nakreślony markerem napis: Baby don’t hurt me, no more. To z piosenki What is Love Haddaway. Czy to już eskapizm? W świecie iluzji i fantazji nikt nie zwracał jej uwagi.

Wystukiwała bezwiednie stopą rytm, a „uouuuouuoooł” ze środka mieszało się z tym, co na zewnątrz. W krzyku bobasa też słyszała: don’t hurt me, no more. Plastikowy pop lat 90. mieszał się z krwistym manifestem dzieci, tu i poza granicami gabinetu, malował graffiti na murach z absurdu.

W ilu jeszcze bólach będzie miała swój udział? Czy cierpienie w imię późniejszego zdrowia jest uzasadnione? Łączy wszystkie znane kropki edukacji, żeby to zrozumieć. Jakie jeszcze zna usprawiedliwienia? Ile własnych wymówek jeszcze usłyszy – od siebie i innych? Odbijają się echem od ścian jaskini krzywdy. Wrogość, okrucieństwo, poniżenie, przemoc. Nie tylko za drzwiami kraju, nie tylko na wojnie. Odczłowieczanie? Jeszcze nie udało się wyplenić korzeni arystotelejskiej filozofii. Przekonania, że dziecko jest niepełnowartościowym bytem, pochodzi znikąd i niczego nie ma. Biała kartka niegdyś owijana ciasno w białe bety. Co się wydarzy, jeśli odpakować tę twórczą energię, odsłonić tę moc? W bajce Burzliwe dzieje Pirata Rabarbara Pirat Rabarbar tłumaczył swojej żonie Barbarze, że kobiety, które chcą wszystko wiedzieć, brzydną. Może to ułatwi jej akceptację faktu, że nigdy się nie dowie.

Mamo, a co to poród?

– To miała pani poród uliczny – rzuciła lekarka.

Uliczny to pospolity? Wulgarny? Zwykły? Może i tak, choć inaczej to pamięta. Maciczna maszyna mieli. Uliczne są demonstracje, manifestacje, marsze – rodzące się coraz częściej jako podstawowe formy działalności opozycyjnej, niczym kroplówka podłączona do poczucia wspólnoty. Wspólnoty matek stawiały opór. Uliczne są oprawy lamp, które nie dają dość światła, i sondy bez znaczenia. Na witrynie sklepu z zabawkami przed przychodnią widziała gry. Uliczne? W ostatnim odcinku drugiego sezonu Gier ulicznych Piotr Paweł Urbanek – były policjant, a obecnie adwokat – opowiedział Mateuszowi Baczyńskiemu i Januszowi Schwertnerowi o tajemnicach mokotowskiej mafii. Może dałaby się wciągnąć? Byle nie do ulicznej studzienki, dość miała wyrw, w które wciągał ją brak czujności. Uliczne jedzenie, uliczne wyścigi, uliczne myśli... Śpi. Kapitulacja.

Po takich walkach organizm potrafi niczym gilotyna odciąć brutalnie zasilanie.

Mamo, a co to wychowanie?

Gdzie jest piłka? To będzie ostatni mecz, który zagra w domu. Krzyk, lęk, zmęczenie – scena codzienności. Tym razem obyło się bez stłuczonych szyb czy rozbitych szklanek. Wydarł się w porę czy zareagował za późno, gdy już zabrakło mu zasobów? Wszyscy są zaproszeni na występ, ale muszą najpierw umyć zęby. Bakterie próchnicy lubią w nocy sikać kwasem, głównie mlekowym. „Zakaz taty” – ogłasza głośno syn, upuszczając nieco napięcia. Tworzy się relacyjna zakwasica. Jaki ma chemiczny odczyn? Kto się dzięki niej wytworzy?

Do jej stopy przyczepiła się resztka zaschniętego liścia ze spaceru. Każdemu przyniósł ten najpiękniejszy w prezencie. Liście szybko gniją lub schną, zostawiając po sobie wspomnienia i kruchy ulepek na pięcie. Energia odpływa ku ziemi. Odruchowo kupiła maszynę, która ma pomóc w przepływie dzięki rybim ruchom – chi machine. Technologiczna proteza? Trzeba tylko pozwolić biodrom na swobodę i pamiętać o piciu wody. Kawa jest świetnym zamiennikiem. Stosuje ją od lat i przepływa między dniami. Jako wymówkę również – za dużo na rozedrganie, za mało na zaspanie, zbyt słaba na niespójne zdania. Może kawy? Dla odwrócenia uwagi, choć ta zawsze była po jej stronie.

Jej rodzicom też nie można zarzucić tego, że w nią nie wierzyli. Od małego kształtowali ją jak gliniane zwierzątko, dogniatali do swoich wyobrażeń. Jak wybrakowany produkt nie chciała się wpasować w formę. Przed snem, z precyzją dłuta, ciosali ją „balsamem dla duszy”. Tresura była skuteczna – później czytała już sama. Wiedziała, że trzeba pomagać, być dobrą, a w idealnym świecie – najlepszą, przynajmniej w swojej dziedzinie. Ojciec wierzył, że skończy Harvard. Był zawiedziony, że się nie zdecydowała. Okazała się jednym wielkim rozczarowaniem. Nieprzycięta na wymiar. Dobrze, że przynajmniej była wielka. Przez lata nie akceptowała w sobie niczego poza dobrocią. Teraz powinna przyjąć wszystko – własne i ich. Niewykonalne? Wciąż dręczy się cudzymi ambicjami, nadmiernym rozważaniem natury moralności i zagadkami filozofii. Czy swoim dzieciom zrobi to samo? Czy utrzyma swoje rzeźbiarskie zapędy w ryzach?

Mamo, a co to władza?

Z dawnych czasów pamięta jeszcze fińskie określenie „ruska matka” – podróżowanie w poszukiwaniu barw jesieni. Ruska Matka Boska, z dzieciątkiem lub bez niego. Piękno uwięzione w niemym posągu. Żeby dowiedzieć się o niej więcej, porzuciła własne dziecko w foteliku. Siedzi. Nie płacze. Odpycha od siebie wielokrotnie zasłyszane zdania: „Jak najmniej sadzania niemowlaka – blokujesz jego rozwój, będzie miała wiotkie mięśnie”. On mówi: „Dopóki działa – nie psuj”. Nikt jej bardziej nie oszuka niż ona sama.

Te obrazy mogą zawierać drastyczne sceny, ruska matko. Straciłaś syna po wielokroć.

– Gross alert! – Słyszy w tle słowa z Operation Ouch! i widzi przecięte ścięgna na ekranie telewizora. – Da się operować, będzie żył – pada werdykt jednego z lekarzy, a zaraz potem pojawia się wesoła melodia.

Dziecięcy program edukacyjny z dużą dawką realizmu. A czy mój będzie żył? Pytanie, nigdy niewypowiedziane głośno, odbija się tylko w nadmiernym blasku oka. Wiedziała, że myślenie o krzywdzie swoich dzieci to forma autoagresji, ale czuła też głęboką ulgę, że najgorsze, co mogłoby się wydarzyć, w tych fantazjach już się dokonało. Bezsens życia mieszał się z bezsensem śmierci. Myśli rozpędziły się niebezpiecznie, a przecież powiedział „dobranoc” i jego słowa miały być dla niej rozkazem, kłuły igłą władzy.

Komitet Matek Żołnierzy wytrącał ją z otchłani. Wyobrażała sobie w półśnie tę wielką siłę w nogach prowadzących na Kaukaz. Widziała na ekranie własnych powiek, jak kobieta wyciąga syna za ucho z wojska i maszerują razem do domu. To już nie Czeczenia. Świadomość konsekwencji została uśpiona z zastrzykiem na śmierć – niczym ten podany matce marynarza, oskarżającej rosyjski rząd za katastrofę „Kurska”. Skonanie według słownika ma rodzaj nijaki. Transmisja światowych mediów nie pomogła – nic nie drgnęło w twardych społecznych tkankach. Grieving mother silenced with a syringe – brzmiał nagłówek w „The Guardian” z 25 sierpnia 2000 roku. Społeczeństwo się pogrąża, nadzieja się pogrąża, matka się pogrąża. W głębinach. We śnie. Pacyfikacja?

Z marazmu wyrywa ją rzężenie. Igła niepokoju dźga ucho, ale tłumaczy sobie, że syn nabiera odporności. Racjonalizacja? Ciało wie lepiej. Czuje cień ulgi, że choroba dopadła go w domu, a nie na przykład w hotelu – jak ostatnio. Nie musi się obawiać, że ktoś usłyszy, po pandemii dźwięk kaszlu wywołuje lęk. Nuci w myślach kawałek piosenki Paranoja jest goła Maanamu: Jestem taka, jestem taka zmęczonaaaaaaa, bolą mnie ręce, boli mnie cała... Ciiii – śpi.

Mamo, a co to praca?

Jedzie do pracy. Siada w fotelu i zostawia cały świat za drzwiami.

– Czy pani jest normalna? – pada tragicznie paradoksalne pytanie.

Odpowiada jakby z automatu, wydobywając nie swoje znaczenia tego słowa, rozpoznając w nich głosy ludzi z przeszłości swoich pacjentów, układając je w ich wewnętrzną melodię. Dekonstrukcja języka pozwala na odzyskiwanie sensów? Władzy? Porządku?

W drodze do domu zadaje sobie pytania: Co by to znaczyło, że jest normalna? Którą część zdrowia musiałaby w sobie zawierać? I ile szaleństwa mogła ponieść? Ile ich części w sobie pomieścić, żeby na nią wystarczyło miejsca?

Mamo, a co to termoregulacja?

Nigdy nie była mistrzynią miejsca. Zmagazynowała warstwę tłuszczu – dzięki niej była większa. Marzyła o tym, by w końcu zająć swoją przestrzeń, by być zauważoną. Sadłem mogła się też grzać, dosłownie, ale też wtedy, gdy dopadał ją wewnętrzny chłodek.

W głowie słyszała głos, niczym kojący szept Czubówny: Stałocieplność to ewolucyjny majstersztyk adaptacji, dający niezależność od kaprysów otoczenia, pozwala przetrwać w trudnym środowisku. Choć nawet ten doskonały mechanizm przetrwania miewa swoje słabe punkty.

Z programu edukacyjnego wiedziała, jak dobrze działa ta zdolność. Eksperymentator ze Science Max owinął się plastikowymi torebkami upakowanymi smalcem i pływał w wodzie z lodem, twierdząc, że jest mu ciepło.

– Mamo, możemy też? – zapytały dzieci.

Mogli. Skuteczna bariera. Czasem tylko nie była pewna, czy miała chronić świat przed jej zimnem, czy odwrotnie.

„Nie da się zamarznąć?” – dopytywały. „To zależy od temperatury wody”. „A jeśli to by było zero?” „Zwykłe czy bezwzględne?” „Jakie to bezwzględne?” „Takie, że wszystkie cząsteczki przestają drgać, znika cały ruch. Wynosi -273,15°C”. „Wow”.

A jej kojarzyło się to z ciszą.

Z takim tłustym zabezpieczeniem mogłaby pojechać do Finlandii. Chciała pokazać dzieciom wioskę Świętego Mikołaja i zorzę polarną przez dach szklanego igloo. Od niego już wie, że chyba uderzyła się w głowę. Syn również się w nią uderzył i płacze; wanna wyrosła niespodziewanie całkiem na wprost jego szaleństwa. Spotkali się wieczorową porą w towarzystwie totalnego zmęczenia.

Zastanawia się, co by było, gdyby nikt jej szaleństwa nie temperował. Czy to droga do samozagłady czy szczęścia? Jej pacjentka z oddziału zamkniętego mówiła, że jedynym szczęściem byłoby się zabić. Została objęta większym nadzorem pielęgniarskim. Na szczęście udaje jej się wyjść z tego cało. Inna pacjentka dążyła do śmierci bardziej subtelnej – przez znikanie. Gram po gramie pozbawia świat siebie. Chęć unicestwienia się wzmogła, kiedy urodziła córkę. Nie było już na nich wszystkich miejsca. Chciała zniknąć siebie, matkę, ojca, męża, dziecko, elementy świata i tego, co nienazwane. Było w tej pani także pragnienie życia, dlatego z nią rozmawiała. Ale tylko chwilę i niewiele. Nie powinno się zbyt szarżować z istnieniem, bo można się rozpędzić. Jedzenie wtłaczali jej kroplówką. Nawet to nie należało już do niej.

Ona się szkoliła, by móc wyjść z siebie do czyjegoś wnętrza, pozostając zakorzenioną we własnym. Dotąd ta metoda działała bez zarzutu. Tłusty pas bezpieczeństwa stanowił szczelną śluzę, chronił przed przelewaniem.

Tylko czasami się rozpędza, gdy wraca do domu, i marzy, żeby nie zatrzymać się na barierkach mostu albo żeby zjechać z pasa prosto w drzewo. Ale samochód na to nie pozwoli. Sam skręca kierownicę, kiedy ona na ułamek sekundy traci rozum. W podkładzie muzycznym słychać Liebestod z Tristana i Izoldy Wagnera. Asystent ruchu ratunkiem na romantyczną zagładę?

Mamo, a co to Polska?

Zna sposoby chwytania się rzeczywistości. Mogłaby posłuchać muzyki, która łączy światy i na którą – niczym na poduszkę – tej bezsennej nocy chciałaby się rzucić. Nic z tego, nie śpi sama. Musiałaby na słuchawkach, a wtedy nie usłyszałaby płaczu dziecka. W końcu ostatnio kaszlało. Czasem bycie w wiecznej gotowości się przydaje.

Jak na zawołanie: płacz i kręcenie malutkiej głowy. Wszystko to, czego nie mogą zastąpić słowa. Pierś, chwila bólu i oksytocynowy strzał. Prawie jak z pompy w czasie porodu. Była wtedy zależna, jak teraz dziecko od niej. Mogła prosić, krzyczeć, miała słowa, ale nie wiedziała, jak ich użyć. Nagle bukiet głów wyrastających spomiędzy jej nóg decydował za nią. Arbitralna maszyna. Nie pierwszy raz. Żyła w kraju, w którym każdy rościł sobie prawo do stanowienia o kobiecym ciele. Wtedy ją cięli; mówili, że jeśli się nie zgodzi, martwa będzie albo ona, albo dziecko. Nie wiadomo. Przedmiot operacji był niesubordynowany – przy skurczach partych nie pozostawał w bezruchu, utrudniał procedury. Jej głowa opada lekko i zanurza się w materacu. Zastanawia się, na co mogłaby wymienić odrętwiałą rękę i tę jedną noc. Dziś już na niewiele się przyda.

Istnieje teoria, że różne momenty przejścia nieświadomie odtwarzają historię porodu – czy dlatego z trudem znoszą rozłąkę? Czy przez to koczowali wiele dni przed wejściem do zamaskowanego przedszkola, zanim był gotowy tam zostać? Niestrudzenie oswajali teren, poznając dzieci wchodzące do środka. Czy pomiar temperatury przy drzwiach frontowych przeraził syna, bo przypomniał mu śluzę, za którą czeka coś okropnego? Ludzki świat? Nigdy się nie dowie.

Mówi się także, że historia narodu nieświadomie się powtarza. Rozbicie dzielnicowe, wolność szlachecka, zabory, wojny światowe. Czy stąd w jej kraju tyle nienawiści, podziałów i chęci niszczenia obcych? Co ich tu teraz czeka?

Mamo, a co to agresja?

Jej słowa były gęste jak kupa pełna rotawirusa, którą pies rozsmarował na białej kanapie.

– Odważny wybór mebla – skomentowała koleżanka.

Zawsze bujała się na granicy zuchwałości i głupoty. Najgorszy był brak wyboru; wiadomo, że to jej wina. Jak mogła pozwolić psu otworzyć szafkę z koszem na brudne pieluchy? W ich relacyjnym śmietniku było znacznie więcej takich oskarżeń. Jak mogła pozwolić na psa? Na dzieci? Na to, że po prostu była? Toksyczne odpady co jakiś czas wyciekały.

W tle mecz. Rezonuje w niej myśl o córce tamtego człowieka, która zmarła na raka. Przeprosiła go, że się powtarza, ale te słowa nie znikały. Wyobrażała sobie śmierć własnego dziecka – ten ból, od którego każda komórka ciała drży, lęk zapiera dech. Duszno. Czy to rodzaj kary? Terapeuta pytał, po co sobie to robi. Nie wierzyła, że może mieć taki skarb. Jej – podłej, niedoskonałej, nic niewartej istocie – to się nie należy. Dla niej są łzy i trzęsienie ciała. Żadne chi machine czy ritual shaking nie dotknie traumy tak mocno jak to wyobrażenie zasłużonego cierpienia. Jak na moment zwątpi, czy zasłużyła, jej partner przybędzie z pomocą jak rycerz na białym koniu, by dociągnąć pętlę winy.

Znała sposoby stosowania subtelnej autoagresji. W żałobie po nigdy niepoczętym założyła brzydkie, wełniane skarpety w kolorze roztopowego błota. Drapały, nie dawały zapomnieć. Była już spóźniona, trzeba było wziąć sweter i wyjść. Szukała kupowatego, do pary ze skarpetami. Gówno. Nie ma. Przerzuciła pół szafy, podczas gdy dziecko czyściło podłogę jej szczoteczką do zębów. Zdając sobie sprawę z niedorzeczności sytuacji, zaczęła szukać szybciej, jeszcze bardziej zawzięcie, jakby nie dało się tego przerwać inaczej, niż wypełniając absurd do końca. Period red – niech będzie, pasuje do krwawienia. Założyła sweter i poczuła swędzenie na stopach, delikatny bicz do wieczora wystarczy.

Mamo, a co to wychowanie?

Znów czuje się jak sędzia na meczu, odgwizduje faule. Za kłótnię z nią można wylecieć z pokoju jak z boiska – czerwona kartka. Nie jest z siebie dumna. Wstyd przychodzi znienacka, bez ostrzeżenia. Chciałaby przed nim uciec, ale jest od niej szybszy. Słyszała o splątanych kwantach, które nawet po rozdzieleniu natychmiast wymieniają informacje. Podobnie działało połączenie między wspomnieniem a reakcją jej ciała – w ułamku sekundy robi jej się zimno między kością czaszki a mózgiem. Oczy się mrużą, a twarz mimowolnie wykrzywia się w grymasie. Całą sobą daje sygnał, żeby się od niej odsunąć – jak od psiej kupy na środku chodnika. Wypełnia definicję nadaną w dzieciństwie i analizuje ją z precyzją neurologa. Potęga cierpienia.

Ojciec powtarzał bratu, żeby przestał ją bić: „Nie dotykaj gówna, bo śmierdzi”. Teraz praktykuje coś na kształt kontemplacyjnego odwrócenia od świata, więc trudno byłoby się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodziło. A może wcale nie?

Mamo, a co to ciało?

Muśnięcie poliestru po twarzy.

– Taki miękki ten miś – komentuje koleżanka z grupy tanecznej jej wierzchnie okrycie.

Badały kontakt, jego rodzaj i głębokość. Sprawdzały, czy to tylko dotknięcie skóry, czy już zagłębienie w mięśnie, a może przeniknięcie przez wszystkie warstwy aż do kości. A może jeszcze głębiej? Ona jednak wiedziała, że to nie żaden polarowy niedźwiedź, tylko głaskanie gromadzonego latami sadła. Może własna wersja głasnosti? Chciałaby odejść od praktyki zakłamania, milczenia o tym, co niewygodne. Był tam tłuszcz, jak ten, który w jej wyobraźni ochlapał twarz Gorbaczowa, tworząc melanocytowe plamy. Albo ten, który udekorował pracę magisterską kolegi. Zgromadził THC z tamtej nocy i uwalnia je do dziś?

Może jej brązowe znamię na nodze było śladem po spotkaniu z tłuszczem? Kiedyś wyczytała ukradkiem w babcinej „Wróżce”, że przebarwienia są wynikiem pragnień matki w ciąży. Chciała to wyciąć żyletką, razem z żądzami rodzicielki. Została z wielobarwnym, zgrubiałym śladem. Lepiej pasuje. Pierrot kręci głową wyimaginowane śruby, wykonuje piwot, na twarzy ma uśmiech klauna. Ona obraca wspomnienia. Znów zapomniała, że nie musi udawać; że mogłaby nawet powiedzieć o miesiączce, której przecież znowu nie miała. W kręgu każdy dzieli się słowami, a te rezonują we wnętrzach słuchających.

Mamo, a co to wychowanie?

To była jazda bez trzymanki, jak twoja dzisiejsza na ręczniku. Musiałaś myśleć, że jestem wszechmogąca – stwierdziła, patrząc na najmłodszą. Mogła zabrać dziecko, dokąd chciała, zrobić, co uznała za słuszne. To odpowiedzialność, która waży tyle, że ciało napełnia się ołowiem, jak kiedyś miski z wodą w Nowy Rok. Czytała w Dzieciach z Bullerbyn