Dwa kamyki od szczęścia - M.B. Mann - ebook
NOWOŚĆ

Dwa kamyki od szczęścia ebook

Mann M.B.

0,0

39 osób interesuje się tą książką

Opis

Czasem wystarczy jedna osoba, by przypomnieć sobie, że świat może być piękny

Jamie kiedyś wierzyła, że każdy dobry gest ma znaczenie. Po jednej z najgorszych kłótni w domu pomalowała kamyki zostawiła go w parku razem z krótkim liścikiem, licząc, że los odpowie na ten cichy znak nadziei.

Wiele lat później rozpoczyna studia w Seattle, daleko od rodzinnego Leone i wspomnień, które wciąż bolą. Nowy początek nie zapowiada się jednak łatwo –wszystko przez Connora Duffy’ego, popularnego sportowca i jej nowego współlokatora. Ona jest rozsądna i zdystansowana. On–impulsywny i przekonany, że zawsze ma rację. Ich znajomość od razu przeradza się w konflikt i żadne nie zamierza ustąpić.

Gdy jednak natrafiają na tajemniczy kamień z listem od nieznajomej, zostają wciągnięci we wspólne poszukiwania. Ta droga zmienia więcej niż się spodziewali. Jamie odkrywa, że przeszłość nie musi definiować przyszłości, a Connor zaczyna rozumieć, że to, czego naprawdę szukał, może być tuż obok.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 409

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redaktorka prowadząca: Ewelina Czajkowska Wydawczyni: Ewelina Czajkowska Redakcja: Anna Płaskoń-Sokołowska Korekta: Małgorzata Lach Projekt okładki: Agata Łuksza

Copyright © 2026 by M.B. Mann

Copyright © 2026, Bliss an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2026

ISBN 978-83-8417-743-3

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Ossowska

Dla tych, którzy w dzieciństwie bali się zarówno krzyków, jak i ciszy.  Nie jesteście sami.

Jamie, główna bohaterka tej książki, boryka się z trudną przeszłością w postaci ojca alkoholika. Jeżeli tak jak Jamie potrzebujesz pomocy, oto kilka przydatnych numerów:

116 111

Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży

800 120 148

Anonimowa Policyjna Linia Specjalna „Zatrzymaj przemoc”

800 120 002

Ogólnopolski Telefon dla Ofiar Przemocy w Rodzinie „Niebieska Linia”

1

Jamie

Her whole world’s come undone

From lookin’ straight at the sun

What did her daddy do?

What did he put you through?

– Aerosmith, Janie’s Got a Gun

– Proszę cię, Jake! Jamie wszystko słyszy. Uspokój się dla dobra własnej córki!

Rozpaczliwe błagania mamy trwały już z pół godziny. Siedziałam w swoim pokoju przy uchylonych drzwiach i nerwowo śledziłam paznokciem linie, które mama co roku kreśliła na futrynie, by sprawdzić, ile udało mi się urosnąć.

– To nie jest moja córka! I dobrze o tym wiesz!

Pijacki bełkot ojca sprawił, że mój paznokieć boleśnie się podwinął – docisnęłam palec zbyt mocno do twardego drewna. Syknęłam, starając się przekonać samą siebie, że łzy, które wezbrały w moich oczach, były wynikiem bólu palca, a nie słów ojca.

Wstrzymałam oddech, gdy do moich uszu doszedł odgłos plasknięcia. Doskonale wiedziałam, co on oznacza. Mama właśnie dostała w twarz.

– Ty cholerna dziwko!!!

Krzyk ojca sprawił, że zerwałam się z dywanu. Wypadłam na korytarz, a potem zbiegłam schodami i zatrzymałam się w drzwiach kuchni. Mama stała w kącie, uniesionymi dłońmi starała się ochronić twarz. Przez odgłosy posapywania, uderzeń i gardłowego jęczenia zrobiło mi się niedobrze, musiałam oprzeć się o ścianę. Wbiłam paznokcie w wewnętrzną stronę dłoni i z przerażeniem obserwowałam, jak tata okłada mamę ze wszystkich sił. Czułam się jak sparaliżowana, nie mogłam ruszyć nawet małym palcem. Strach dociskał mnie do ściany, zmuszał do biernego obserwowania kolejnej awantury, kolejnej bijatyki, kolejnego terroru…

W końcu się ocknęłam. Podbiegłam do szarpiących się rodziców, złapałam ojca od tyłu w pasie i krzyknęłam:

– Tato, proszę cię! Puść ją! Puść! Robisz jej krzywdę!

Ledwie skończyłam dziesięć lat. Nie miałam z nim szans. Gdy złapał mnie za przedramię, jęknęłam z bólu, a potem ugięły się pode mną nogi. Zaczerwienione i z całą pewnością szalone oczy ojca patrzyły wprost na mnie. Na jego twarzy rysowało się czyste obrzydzenie.

– Nie nazywaj mnie tak – wycharczał. – Nigdy mnie tak nie nazywaj!

Świat wokół mnie zawirował, a potem poczułam jeszcze większy ból. Wszędzie. W biodrze, ramieniu, policzku.

– Jake! Jake, na litość boską!!! – Głos mamy był dziwnie zniekształcony. – Puść ją! Puszczaj!

Coś huknęło, zazgrzytało, a potem poczułam na twarzy chłodne dłonie.

– Jamie? Jamie, skarbie, słyszysz mnie?

Uniosłam powieki i zobaczyłam twarz mamy. Jej oko zaczęło już puchnąć. Zaszlochałam, a ona objęła mnie ciasno.

– Przepraszam… Przepraszam, kochanie… – szeptała, kołysząc mnie na boki.

Tak jakby to ona była czemukolwiek winna…

Nasze życie nie zawsze tak wyglądało. Kiedyś byliśmy szczęśliwi. Chodziliśmy do parku i jedliśmy naleśniki w kształcie kaktusów. Ojciec… był tatą. Uśmiechniętym, uwielbiającym bawić się ze mną w berka tatą. A potem coś się stało. Stracił pracę i musieliśmy się przeprowadzić. W naszym nowym domu coraz częściej było czuć zapach alkoholu i słychać krzyki.

Tata stał się ojcem. I nic już nie było takie samo.

A teraz utracił nawet to.

Już nie był ojcem.

Był nim.

I tak miało pozostać już na zawsze.

Spojrzałam za okno i odetchnęłam głębiej. Kilka minut po tym, jak on wyszedł, mama spakowała dwie małe walizki. Wskoczyłyśmy do auta bez oglądania się za siebie. Im dalej byłyśmy od domu, tym łatwiej mi się oddychało.

– Jamie, jesteśmy na miejscu. – Głos mamy wciąż drżał.

Kiwnęłam głową i odpięłam pas. Spojrzałam na wysoką, lekko podniszczoną kamienicę, w której mieszkała ciocia Margo, przyjaciółka mamy jeszcze z podobno szalonych studenckich czasów. Kobieta schodziła akurat z ostatnich stopni schodów. Kiedy nas zobaczyła, zakryła usta dłonią.

– Patty, jak ty wyglądasz! I Jamie… – Zacisnęła usta, a w jej oczach błysnęła złość. – Musisz z tym skończyć, Patt. I to natychmiast! – warknęła. – Albo ja skończę z nim.

– Proszę, nie przy Jamie – szepnęła mama.

Ciocia pokiwała głową, jej oczy złagodniały, po czym przytuliła mamę i mnie. Zacisnęłam palce na jej kwiecistej sukience i zamknęłam oczy. Nie chciałam znowu płakać.

– Wejdź na górę, kochanie, drzwi są otwarte. My zaraz przyjdziemy. – Uśmiechnęła się, a potem puściła do mnie oko. – W kredensie są ciasteczka z marmoladą, wiem, jak je lubisz.

Przełknęłam ślinę i pokiwałam głową, choć wcale nie miałam ochoty na słodycze. Złapałam za walizkę, w której znajdowało się kilka moich bluz i par spodni, a także Pan Wąsik, mój ukochany pluszak, i zaczęłam się wspinać po schodach.

Mama powiedziała, że zatrzymamy się u cioci na kilka dni. Prawdę mówiąc, miałam nadzieję, że zostaniemy tu na zawsze. Nie chciałam wracać do domu, do niego. Nie chciałam go już nigdy więcej widzieć.

Syknęłam, gdy moje ramię otarło się o framugę drzwi. W samochodzie udało mi się na nie zerknąć, gdy mama była zajęta sprawdzaniem nawigacji. Siniak wielkości grejpfruta zaczynał przybierać barwę malowniczego fioletu, takiego samego, jaki widniał na maminej twarzy.

Usiadłam na kanapie w salonie, lekko krzywiąc się z bólu, i zaczęłam się rozglądać. Ciocia Margo kochała kwiaty, miała je dosłownie w każdym kącie pokoju, przez co czułam się tu jak w dżungli. Uśmiechnęłam się smutno i wyciągnęłam rękę, aby dotknąć jednego z ogromnych zielonych liści. Poczułam, jak po policzku spływa mi łza.

A potem następna i następna, i następna…

Nie mogłam ich kontrolować. Przyłożyłam dłoń do ust, aby stłumić szloch. Resztka sił, która jeszcze niedawno tliła się w moim ciele, zgasła. Zaniosłam się płaczem i docisnęłam do piersi Pana Wąsika. Tak strasznie się bałam, że tym razem on nie przestanie, że zabije mamę, a potem mnie. Obrzydzenie na jego twarzy, gdy na mnie patrzył, wyryło się w moim umyśle – nie miałam pojęcia, co takiego zrobiłam, czym sobie zasłużyłam na taką nienawiść.

Wykończona, skuliłam się na kanapie i pociągnęłam nosem. Jechałyśmy do cioci Margo całą noc. Mama nalegała, abym się zdrzemnęła, ale nie potrafiłam zamknąć oczu. Po części ze strachu, że mama zmieni zdanie i zawróci, a po części dlatego, że jego twarz na pewno wróciłaby do mnie w sennych koszmarach. Zawsze tak się działo.

Otarłam mokry policzek i zacisnęłam dłonie. Po zaczerpnięciu głębokiego oddechu postanowiłam wziąć się w garść. On nie był wart moich łez, nie mogłam okazywać słabości – strach był jak czerwona nitka, która pozwalała mu mnie znaleźć.

A ja nie mogłam zostawiać żadnych śladów.

W nocy mimo zmęczenia dalej nie potrafiłam zasnąć. Leżałam w łóżku z mamą i nasłuchiwałam. Byłam w stanie ciągłej gotowości. Szykowałam się na najgorsze.

– Przepraszam cię, skarbie – szeptała mi mama do ucha, a jej dłoń przeczesywała delikatnie moje włosy. – Obiecuję ci, że to się nigdy więcej nie powtórzy.

Przełknęłam ślinę, a potem uniosłam wzrok na jej twarz.

– Nie wrócimy do niego? – zapytałam.

Mama zacisnęła usta, a po jej policzku spłynęła łza. Przytuliła mnie, a potem zaszlochała.

– Nie. Obiecuję, że do niego nie wrócimy – powiedziała cicho, całując czubek mojej głowy.

– Jamie, skarbie, słuchasz mnie?

Ciocia Margo siedziała po drugiej stronie stołu, a ja grzebałam bezwiednie w przygotowanym przez nią śniadaniu. Na chwilę odpłynęłam myślami – nie miałam pojęcia, co wcześniej do mnie powiedziała – dlatego chrząknęłam i z zakłopotaniem pokręciłam głową.

– Zamyśliłam się, przepraszam – szepnęłam.

Błękitne oczy cioci spojrzały na mnie ze współczuciem.

– Pytałam, czy miałabyś ochotę wybrać się ze mną na spacer – odparła, a zaraz potem się uśmiechnęła.

– A mama?

Ciocia Margo wstała od stołu, zabrała pusty kubek po kawie i podeszła do zlewu.

– Mama wróci dopiero po południu – rzuciła lekko, ale wyłapałam w jej głosie drżenie.

Słyszałam ich rozmowę z rana. Mama wybierała się do lekarza, a potem na policję. Płakała, płakała tak głośno i rozpaczliwie, że i mnie zacisnęło się gardło. Czułam jej ból, strach i zagubienie. Przeżywałam to samo.

– Możesz zabrać Pana Wąsika – powiedziała ciocia, a ja ponownie się zawstydziłam.

Pan Wąsik był starą, nieco już nadgryzioną zębem czasu maskotką, która była ze mną, od kiedy tylko sięgałam pamięcią. Słuchał mojego płaczu i szeptanych próśb, pozwalał się przytulać i tarmosić, gdy krzyki z dołu sprawiały, że cała się trzęsłam.

W końcu skinęłam głową i wstałam od stołu. Złapałam za wysłużoną zabawkę, którą kochałam całym sercem, i schowałam ją do kieszeni płaszcza. Obserwowałam w milczeniu, jak ciocia szykuje się na spacer. Czesała swoje długie jasne włosy, malowała usta pomadką i spryskiwała nadgarstki perfumami, które pachniały słodko i kwiatowo.

– Podobają ci się? – zapytała, gdy dostrzegła, że spoglądałam na mały flakonik. – Chodź, popsikam i ciebie.

Znowu uśmiechnęła się ciepło, a zaraz potem puściła do mnie oko. Ciocia była kwintesencją kobiecości i czegoś ciepłego oraz bezpiecznego. Uwielbiałam obserwować, jak robi makijaż czy układa włosy. Jej kwieciste sukienki targał wiatr, sprawiając, że wzorzysty materiał ożywał. Była jak kolorowy ptak, głośny i zawsze radosny.

Ciocia Margo była symbolem wolności, radości i wyzwolenia.

Chciałam być jak ona.

– Nie wiem, czy mama ci o tym opowiadała, ale mój dziadek pochodził z Australii. Gdy byłam w twoim wieku, jeździłam tam w każde lato. Dziadek miał ranczo z setką, jak nie tysiącem owiec. – Zaśmiała się pod nosem, a potem ujęła moją dłoń. – Beczały jak głupie i nikogo nie słuchały.

Zadarłam głowę, aby się jej przyjrzeć. Mgliście kojarzyłam, gdzie leży Australia – wydawała się nie tylko niesamowicie odległa, ale i egzotyczna.

– Już tam nie jeździsz? – zapytałam, a ciocia pokręciła głową.

Przeszłyśmy przez ulicę i weszłyśmy do pobliskiego parku.

– Nie. Dziadek zmarł niedługo po moich dwunastych urodzinach. Ranczo zostało sprzedane i nie było już do kogo ani do czego przyjeżdżać. – Jej oczy posmutniały. Ścisnęłam jej dłoń, a ona obdarowała mnie kolejnym uśmiechem. – Dziadek miał gosposię, a ona córkę. Mogła być ze dwa lata ode mnie starsza. Miała śmieszne imię: Pengana. Do dziś pamiętam, jak zazdrościłam jej pięknych kruczoczarnych włosów. – Szłyśmy wybrukowaną kocimi łbami ścieżką, a ja słuchałam opowieści z wielkim zainteresowaniem. – Pengana była w połowie Aborygenką.

– Kim? – spytałam, ściągając brwi.

– To rodowici mieszkańcy Australii – wyjaśniła ciocia. – Opowiadała mi stare legendy i baśnie, pokazywała zioła, którymi raczyli się jej krewni. Wtajemniczyła mnie też w pewną tradycję swoich przodków.

Stanęłyśmy przy obrośniętym wysoką trawą stawie. Ciocia zapatrzyła się na falującą taflę wody, a ja na nią. Byłam tylko dzieckiem, nie zawsze potrafiłam zrozumieć dorosłych, ale wiedziałam, że w tym momencie ciocia jest smutna.

– Aby rozpowszechnić dobro, Pengana i inne dzieci malowały kamienie z pobliskiej rzeki – szepnęła, wciąż patrząc na wodę. – Potem zostawiały je w różnych miejscach, tak aby mogły być one znalezione przez kogoś innego. Dobro wracało do osoby, która pomalowała kamień, i odnajdywało drogę do tej, która ten kamień znalazła.

Ciocia sięgnęła do kieszeni i coś z niej wyciągnęła. Otworzyła dłoń, a moim oczom ukazał się zielononiebieski kamień.

– Co potem działo się z kamieniem? – zapytałam, przyglądając się kolorowemu otoczakowi.

– To zależy. Jeżeli był przy nim liścik, robiono to, czego życzył sobie autor. Jeśli jednak nie było instrukcji, zostawiało się kamień w miejscu, w którym leżał, a potem samemu malowało się inny i zostawiało go gdzieś, tak aby szczęście odnalazło kolejną osobę.

– Czy sama znalazłaś taki kamień? – zapytałam z mocno bijącym sercem, a kiedy ciocia pokiwała głową, dodałam: – I kamień, który znalazłaś, przyniósł ci szczęście?

Uniosłam spojrzenie na twarz cioci Margo i głośno przełknęłam ślinę. Mama i ja tak bardzo potrzebowałyśmy szczęścia.

– Tak – odparła. – Dlatego teraz zostawiam kamienie w każde urodziny Pengany. – Ciocia ponownie się uśmiechnęła, ale jej jasne oczy pozostały smutne. – Chciałabyś też zrobić taki kamyk, a potem zostawić go w tym parku?

– Tak! – odparłam, entuzjastycznie kiwając głową.

– Tak myślałam – szepnęła i pogładziła mój policzek. – Dobro i szczęście znajdą do ciebie drogę. Czasami trzeba tylko pomóc im odpowiednim drogowskazem.

Przygryzłam usta, aby powstrzymać cisnące się do oczu łzy, i skinęłam głową.

Do domu cioci pędziłam jak na skrzydłach. Uczepiłam się myśli o kamieniu dobroci i powtarzałam sobie, że jeśli go namaluję i zostawię w parku, mama i ja wreszcie będziemy szczęśliwe. Uwolnimy się od niego. Radość i dobro nas odnajdą.

Wieczorem malowałam zawzięcie kamień, ignorując zażartą dyskusję mamy z ciocią. Liczyły się tylko on, farbki i moje gorące modlitwy, aby ktoś go odnalazł i obdarował nas wszystkim, co najlepsze.

Następnego dnia obudziły mnie krzyki. Ciocia Margo brzmiała na wyraźnie podenerwowaną, a mama płakała. Podeszłam na palcach do drzwi i uchyliłam je lekko. Przez wąską szparę dostrzegłam mamę – siedziała przy kuchennym stole i zasłaniała twarz dłońmi. Brązowe włosy miała potargane.

– Patricia, błagam cię. Jeszcze nie jest za późno. Idź z tym na policję. Jeśli nie dla siebie, zrób to dla Jamie. Pomyśl, jak ona cierpi – przekonywała ciocia.

Ścisnęłam Pana Wąsika. W uszach słyszałam bicie swojego serca.

– Nie dam sobie rady bez Jake’a. Nie pracuję, nie mam ubezpieczenia, dom jest na niego… – Mama zaniosła się płaczem.

– Masz mnie.

– Odbiorą mi Jamie, Margo! – Krzyk mamy sprawił, że po plecach przebiegł mi dreszcz. – Znasz Jake’a, wiesz, jak potrafi czarować słowem.

– Patty, proszę cię. Nie pozwól, by on cię zastraszał. – Ciocia usiadła koło mamy i złapała ją za rękę.

Błagałam w duchu, by mama jej posłuchała. Nie mogłyśmy tam wrócić.

– Zmieni się. Rozmawiałam z nim. Powiedział, że koniec z piciem.

– I wierzysz mu?! – W tym pytaniu było słychać złość i rozpacz. – Przecież wiesz, że to bzdura! Patty, błagam cię. – Ciocia wstała i zaczęła chodzić po kuchni. – Pójdziemy razem na policję. Pomogę ci. Będę świadczyć…

– Nie. Już rozmawiałam z Jakiem. Ma po nas przyjechać przed południem.

Słowa mamy sprawiły, że gardło ścisnęło mi się boleśnie.

– Nie, nie, nie… Nie wrócę tam. Nie wrócę… – jęknęłam płaczliwie, ściskając Pana Wąsika.

Złapałam za leżące na krześle spodnie i szybko je na siebie naciągnęłam. Upewniłam się, że w kieszeni mam pomalowany kamień, a także kartkę i długopis. Korzystając z tego, że ciocia i mama były pochłonięte sobą, wymknęłam się z pokoju i szybko wypadłam na klatkę schodową. Zbiegałam w pośpiechu po schodach, przeskakując po dwa stopnie. Po policzkach płynęły mi łzy, co tylko jeszcze bardziej mnie denerwowało. Miałam już przez niego nie płakać. Miałam już nigdy więcej go nie zobaczyć. Miałyśmy być wolne.

Gdy przebiegałam przez pobliską ulicę, zdawało mi się, że słyszę, jak ktoś zawołał moje imię, ale się nie obróciłam. Minęłam bramę parku, skręciłam w lewo i skierowałam się do miejsca obok niewielkiego stawu, tam gdzie wczoraj zaprowadziła mnie ciocia. Ręce mi drżały, gdy kładłam kolorowy kamień pod postawnym drzewem. Zdyszana, nakreśliłam parę słów na kartce, a potem wzdrygnęłam się, bo znów usłyszałam swoje imię.

Nie wołała mnie ani mama, ani ciocia.

Wołał mnie on.

– Jamie, co ty sobie myślisz, do cholery?! – krzyknął, a ja cofnęłam się o krok. – W tej chwili tu przyjdź!

Odetchnęłam płytko i spojrzałam ze strachem na ściągniętą gniewem twarz mężczyzny. Jego brązowe oczy rzucały niemą groźbę – wiedziałam, że nie zawaha się wymierzyć mi kary, gdy wrócimy do domu.

– Jamie! – zawołał ostrzegawczo.

Ścisnęłam Pana Wąsika, a potem szybko położyłam go koło kamienia.

– Wrócisz do mnie, obiecuję – szepnęłam. – I będziemy szczęśliwi.

– Jamie, nie każ mi tam podchodzić!

Skinęłam głową i ruszyłam ku niemu pospiesznie. Przymknęłam oczy, gdy jego dłoń się uniosła. Nie uderzył mnie – zamiast tego pchnął w mało delikatny sposób ku wyjściu z parku i warknął pod nosem:

– Same problemy z wami. Jaka matka, taka córka…

Szłam z mocno bijącym sercem i poczuciem zdrady. Miałyśmy już nigdy do niego nie wrócić. Miałyśmy być wolne.

2

Jamie

Pressure pushing down on me

Pressing down on you no man ask for.

– Queen, David Bowie, Under Pressure

8 lat później

Początek jesieni w Iowa przeważnie był słoneczny, niemalże upalny. Nagrzane, suche i uwięzione w środku lądu powietrze potrafiło dać w kość mieszkańcom stanu. Pola uprawne mimo tych niedogodności cieszyły oko bogatymi zbiorami, głównie kukurydzy, w końcu z tego słynął ten stan. Byłam przyzwyczajona do słońca, upałów oraz duchoty i nawet je lubiłam. Słońce i ciepło dawały mi możliwość spędzania większości czasu poza domem, co było mi bardzo na rękę.

Waszyngton był zupełnie inny.

Gdy wysiadłam z samolotu, przywitały mnie mżawka, pochmurne niebo i wiatr, który wzbudzał dreszcze. Tak, zdecydowanie było tu inaczej niż w Iowa.

Było lepiej.

Od zawsze wiedziałam, że nie będę studiować na uniwersytecie stanowym. Odkąd mogłam sięgnąć pamięcią, moim marzeniem było wyrwanie się z domu, i to gdzieś daleko. Najdalej, jak się dało. Położone na drugim końcu Stanów Seattle było idealnym miejscem. Nikt mnie tutaj nie znał, mogłam zacząć z czystą kartą. I choć niepokoiłam się, jak odnajdę się w dużym mieście i na kampusie, czułam też pewną ekscytację i dumę.

Odkąd skończyłam czternaście lat, starałam się zarabiać własne pieniądze. Początkowo wyprowadzałam psy sąsiadów i kosiłam trawniki, potem opiekowałam się dziećmi, aż w końcu łapałam wszelkie dorywcze prace kelnerek, hostess i ekspedientek. Byłam tak bardzo niezależna, jak tylko się dało. Dlatego wiedziałam, że dam radę. Nie było innej opcji.

Odetchnęłam głęboko i rozejrzałam się po zatłoczonej ulicy. Ponownie spojrzałam na telefon, upewniając się, że idę we właściwym kierunku. Kampus położony był w centrum miasta, tuż nad zatoką Puget Sound, która była częścią słynnego jeziora Washington, i podobno miał zapierający dech w piersi widok na park obsadzony kwitnącymi na wiosnę drzewami wiśni. Czytałam, że z uniwersyteckiej biblioteki można dojrzeć Góry Kaskadowe i Olimpijskie. To wszystko brzmiało pięknie.

Zacisnęłam dłoń na rączce walizki, gdy dostrzegłam pierwsze budynki kampusu. Skrzyżowałam palce i szepnęłam pod nosem:

– Idzie lepsze.

Przepchnęłam się przez tłum innych studentów, którzy tak jak ja przybyli na dzień otwarty, żeby się dowiedzieć, gdzie przyjdzie im spędzić następne trzy lata życia, i już po chwili weszłam do dziekanatu. Tutaj miałam odebrać klucz od pokoju w akademiku. Po cichu liczyłam na coś blisko katedry literatury, ale prawdę mówiąc, było mi wszystko jedno. Zależało mi tylko na w miarę normalnej współlokatorce, z którą będzie się dało pogadać i która będzie przestrzegać podstawowych zasad higieny.

Poprawiłam szelki podróżnego plecaka i uniosłam wysoko głowę. Chciałam wyglądać na pewną siebie, gdy podchodziłam do sekretarki, ale odziana w niebieską sukienkę kobieta nie wydawała się być pod wrażeniem.

– Imię, nazwisko i numer studenta z maila – wyrecytowała na wydechu, cały czas wpatrując się w ekran komputera.

– Jamie Lavender. – Uśmiechnęłam się, a następnie podałam numer, który od miesiąca był wykuty w mojej pamięci.

Sekretarka westchnęła, wklepała coś do systemu, najpewniej moje dane, a potem sięgnęła w kierunku wysokiego stosu dokumentów.

– Regulamin akademika, mapa kampusu oraz maile do najważniejszych osób. Karta magnetyczna. – Wcisnęła mi w dłoń papiery i kontynuowała: – Jest jedna na osobę, kara za zgubienie wynosi pięćdziesiąt dolarów. – Obrzuciła mnie spojrzeniem, jakby nie wierzyła, że jestem w stanie upilnować karty. Zrobiło mi się zimno. – Pokój w zachodnim skrzydle, blok „B”, trzecie piętro.

Zerknęłam niepewnie na mapę kampusu i zmarszczyłam brwi.

– Zachodnie skrzydło, trzecie piętro… – wymamrotałam, a sekretarka przewróciła oczami.

Nakreśliła na mapie dwa punkty i powiedziała z irytacją:

– Jesteśmy tutaj. – Wskazała na jeden z krzyżyków. – A twój pokój jest tutaj. Wszystko jasne? – zapytała i nie czekając na moją odpowiedź, burknęła: – To świetnie. Witamy na Uniwersytecie Waszyngtonu. Następny!

Wzdrygnęłam się, słysząc jej krzyk, i odruchowo odskoczyłam w bok. Złapałam za walizkę i szybko wyszłam na zewnątrz, bo nieprzyjemna kobieta i tłum zniecierpliwionych studentów sprawiali, że ciężko mi było zaczerpnąć powietrza, a serce waliło mi jak oszalałe.

Z ulgą przywitałam powiew chłodnego wiatru na twarzy. Rozejrzałam się po terenach zielonych kampusu, a potem udałam w kierunku zachodniego skrzydła. Czułam podobną ekscytację jak przy wysiadaniu z samolotu. Mijałam innych studentów i próbowałam odgadnąć, jaki wybrali kierunek. Może któryś z nich będzie siedział obok mnie na jednym z wykładów.

Od zawsze kochałam książki, czytanie pozwalało mi oderwać się od szarej rzeczywistości i przetrwać najtrudniejszy czas w domu. Później, wraz z wejściem w okres nastoletni, odkryłam, że kocham nie tylko czytać. Pisanie pozwalało mi uspokoić rozszalałe od emocji myśli, wyciszyć się i wyrzucić z siebie cały ból.

A bólu miałam w sobie aż nadto.

Przełknęłam ciężko na widok zachodniego skrzydła, a potem zaczęłam się wspinać po schodach. Podziwiałam wysokie sufity i zdobienia na ścianach. Z każdym krokiem czułam, jak zbliżam się do zrealizowania marzenia o zostaniu pisarką. Przyłożyłam kartę do czytnika, nacisnęłam na klamkę i po wzięciu głębokiego oddechu weszłam do pokoju.

– Halo? – zapytałam, ale najwidoczniej zjawiłam się przed moją współlokatorką, bo odpowiedziała mi cisza.

Otworzyłam wewnętrzne drzwi i wyszczerzyłam się jak głupia. Własna łazienka! Wiedziałam, że nie każdy doświadcza tego luksusu. Miałam ochotę wrócić do niemiłej sekretarki i wyściskać ją w podzięce. Podejrzewałam jednak, że kobieta nasłałaby na mnie policję, więc zamiast tego przeszłam do głównego pokoju, który był całkiem przyzwoitej wielkości. Drewniana podłoga i śnieżnobiałe ściany sprawiały, że w pomieszczeniu było jasno, ale jednocześnie bezosobowo. Dwa pojedyncze łóżka znajdowały się naprzeciwko siebie – ktokolwiek projektował wnętrze, nie myślał o potrzebie prywatności lokatorów. Czy tego chciałam, czy nie, miałam się budzić z widokiem na łóżko nieznanej mi osoby przez następne dziesięć miesięcy.

– Proszę, niech moja współlokatorka okaże się fajną osobą, z którą szybko złapię kontakt – szepnęłam.

Stanęłam przy łóżku bliżej okna i pisnęłam z radości, gdy dostrzegłam widok za nim.

Mogłam podziwiać cały park. Calusieńki park, który obecnie cieszył moje oczy wciąż jeszcze zielonymi drzewami!

Szybko rzuciłam plecak na łóżko, żeby zaklepać sobie miejscówkę – cóż, kto pierwszy, ten lepszy – po czym poszłam obejrzeć resztę mojej części pokoju. Nie było luksusów. Zwykła drewniana szafa z kilkoma wieszakami oraz proste biurko z lampką i dwiema szufladami. W rogu pokoju stał czajnik elektryczny – nie byłam pewna, czy stanowi on zwyczajowe wyposażenie pokoju, czy może ktoś zapomniał go zabrać. Postanowiłam, że po porządnym wyszorowaniu może okazać się naprawdę pomocny – kuchnię miałam dzielić jeszcze z trzema pokojami, więc czajnik mógł być moim wybawieniem.

Położyłam papiery na biurku – również tym bliżej okna – i rozsiadłam się na łóżku. Jedna ze sprężyn zaskrzypiała, a ja mimowolnie się zarumieniłam. Przypomniało mi się stare łóżko Devona Westa w jego piwnicy. Byliśmy parą przez ponad rok i w ostatnich miesiącach często słyszałam ten dźwięk…

Chrząknęłam i odgarnęłam włosy do tyłu. Devon był już jedynie wspomnieniem, tak jak całe Leone. Mała mieścina położona przy granicy z Missouri była tylko przystankiem na mojej drodze. Bardzo bolesnym przystankiem, który nauczył mnie, czego na pewno nie chcę w swoim życiu.

W mojej kieszeni zawibrował telefon, zupełnie jakbym przywołała myślami zostawioną w Leone mamę. Chociaż tak naprawdę jej tam nie zostawiłam – sama zdecydowała, że nie opuści miasta i jego. Wiedziałam, że pod jej uśmiechem kryły się łzy i żal. Miała mi za złe, że wyjeżdżam na drugi koniec Stanów. Cóż, ja też miałam jej za złe kilka rzeczy, więc chyba byłyśmy kwita.

Spojrzałam na wyświetlacz. Wiedziałam, że powinnam odebrać, ale wiszący nad ekranem kciuk nie mógł wykonać tego z pozoru łatwego ruchu. Pozwoliłam, by mama nagrała się na pocztę głosową. Potrzebowałam jeszcze chwili w świecie, w którym nie musiałam słuchać o problemach zostawionych w Leone.

Zamiast do mamy napisałam do Stelli, mojej najlepszej przyjaciółki: że wylądowałam cała i zdrowa i że zadzwonię do niej wieczorem.

Odłożyłam komórkę na biurko i drgnęłam, bo usłyszałam głosy za drzwiami. Wyprostowałam się i przywołałam na usta najszerszy uśmiech, na jaki było mnie obecnie stać.

Za moment miałam poznać swoją współlokatorkę.

Moje brwi się uniosły, gdy do pokoju wparowało trzech chłopaków. Trzech bardzo głośnych chłopaków. Przez moment dyskutowali, śmiejąc się donośnie, o jakimś Angusie, którego chyba nie lubili, sądząc po kontekście rozmowy, a potem zamilkli i utkwili we mnie wzrok.

Stojący najbliżej mnie rudawy blondyn uśmiechnął się, a potem puścił do mnie oko.

– Co jest, Duffy? W pakiecie z najlepszym pokojem na kampusie załatwiłeś też sobie słodki prezencik? Ty draniu! – Zaśmiał się i spojrzał na stojącego koło drzwi kolegę.

Wywołany do odpowiedzi Duffy uśmiechnął się przebiegle, a ja poczułam gorąco na policzkach. W jego dużych niebieskich oczach iskrzyły się wesołe ogniki. Wysoki i postawny, ale nie za bardzo napakowany, onieśmielał mnie. Biła od niego pewność siebie, a ja czułam, że jeśli się teraz odezwę, z nerwów zacznę seplenić.

– Byłeś umówiony? – zapytał trzeci z chłopców.

Ten miał czarne lśniące włosy zebrane w niedbały koczek na czubku głowy. Roztaczał wokół siebie przyjazną aurę. Miał pocieszną twarz, na której rysowało się autentyczne zmartwienie.

– Nie – odparł Duffy. – Mogę spytać, co robisz w moim pokoju?

W końcu odzyskałam głos. Założyłam włosy za ucho i mruknęłam:

– To mój pokój. Pytanie powinno więc brzmieć: co ty robisz w moim pokoju?

Chłopak się zaśmiał, ale gdy zrozumiał, że nie żartowałam, ściągnął brwi i zaczął szukać czegoś w kieszeni.

– Nie, ten pokój jest mój. – Wyjął kartę i pomachał mi nią przed nosem. – To mój klucz. Ten pokój jest własnością Connora Duffy’ego.

Wstałam z łóżka, sięgnęłam po swoją kartę i również pomachałam mu nią przed nosem, choć moja próba zbicia go z tropu wyszła wyjątkowo żałośnie, bo sięgałam mu ledwo do piersi.

– Ja też mam klucz i byłam tu pierwsza. To mój pokój – odparłam twardo, na co dwaj przyjaciele Connora Duffy’ego roześmiali się głośno.

– O kurde, stary, będziesz dzielić pokój z laską! – krzyknął rudawy blondyn, a ja poczułam, że miękną mi kolana.

To musiał być żart. Nie mogłam mieszkać z chłopakiem.

3

Connor

Shot through the heart

and you’re to blame Darling,

you give love a bad name.

– Bon Jovi, You Give Love a Bad Name

Nie do końca wiedziałem, jak znalazłem się w tej sytuacji. W jednej chwili szliśmy z chłopakami korytarzem akademika i żartowaliśmy z Angusa Cooka, największego bufona w drużynie, a w następnej mała i dość narwana osóbka machała mi przed twarzą elektronicznym kluczem do mojego pokoju.

Nie było opcji, żebym dzielił pokój z laską. W zasadzie nie było opcji, żebym dzielił pokój z kimkolwiek. Specjalnie ugadałem się z wiecznie zahukanym Eddiem O’Connellem, który działał jako wolontariusz w dziekanacie, żeby przydzielił mi jednoosobowe lokum. W zeszłym roku musiałem dzielić cztery kąty ze studentem z Korei. Jakieś pięć razy na dobę miałem ochotę go udusić, zwłaszcza kiedy odwalał jogę w totalnie obcisłych slipkach.

Traumatyczne przeżycie.

– Proszę pani, niech mnie pani wysłucha i zrozumie. Ja nie mogę dzielić z nim pokoju.

Mała narwana wredota skakała z nogi na nogę i składała dłonie jak do modlitwy, żarliwe patrząc na sekretarkę, która na moje oko w ogóle nie kupowała jej błagań.

– Już mówiłam: nie mamy aktualnie żadnego wolnego pokoju. – Kobieta westchnęła ciężko.

– Ale… ale… – Dziewczyna nie dawała za wygraną. – To jest wbrew konstytucji – wypaliła.

Sam nie wiedziałem, kto zaśmiał się głośniej: sekretarka czy Brad, mój przyjaciel z bardzo sarkastycznym poczuciem humoru. To się jej udało, musiałem przyznać.

– Moja droga, to nie jest wbrew jakiejkolwiek konstytucji. – Sekretarka wklepała coś do komputera, a jej usta wciąż pozostały rozciągnięte w pełnym politowania uśmiechu. – Mamy dwudziesty pierwszy wiek, z koedukacyjnymi toaletami, feminizmem i wolnością słowa. Możesz oczywiście wnieść skargę – posłała wredocie chłodne spojrzenie sugerujące, że na pewno nie ma do tego jaj – albo zaczekać na koniec semestru. Wtedy studenci masowo opuszczają te mury. I to z płaczem – zakończyła takim tonem, że przeszły mnie ciarki.

Chryste, pani Morris z dziekanatu zapewne robiła buty ze szczeniaczków. Nawet ja trochę się jej bałem. Westchnąłem, bujnąłem się na piętach, a potem podszedłem do dziewczyny i mruknąłem:

– Myślę, że jakoś się dogadamy, prawda… – Zmarszczyłem brwi, kiedy dotarło do mnie, że nie poznałem jeszcze imienia tej małej istotki, z którą chyba przyjdzie mi dzielić pokój.

– Jamie – wypluła. – Jamie Lavender. I nie, nie dogadamy się.

Położyłem dłoń na jej ramieniu i szepnąłem:

– Pani Morris zjada takie słodkie studentki jak ty na śniadanie. Naprawdę nie chcesz z nią zadzierać.

Dziewczyna zacisnęła usta, potem spojrzała na rudowłosą sekretarkę i przełknęła głośno. Najwidoczniej zaczęło do niej docierać, że tej wojny nie da się wygrać.

– Dobrze – mruknęła niechętnie. – Poczekamy na koniec semestru.

– No i super.

Odciągnąłem ją od okienka, a wtedy ona zaczęła trajkotać jak najęta:

– Albo możesz zachować się jak dżentelmen i oddać mi ten pokój.

– Hola, Dorotko! Nie jesteśmy w Kansas! – zawołałem. – Poza tym tak zaciekle walczyłyście o równouprawnienie, że równie dobrze to ty możesz zachować się jak dama i odstąpić mi pokój.

Otworzyła usta, wyraźnie zszokowana.

– Jestem z Iowa – warknęła.

– Uuu, królowa kukurydzy – zażartował Brad, a Jamie posłała mu rozwścieczone spojrzenie.

Obróciła się na pięcie i zaczęła iść w kierunku zachodniego skrzydła, a mnie nie pozostało nic innego, jak podążyć jej śladem. Pożegnałem się z chłopakami z drużyny i potruchtałem za dziewczyną, która była zaskakująco szybka.

– Słuchaj, to tylko cztery miesiące – rzuciłem lekko. – Jakoś się przemęczymy, a potem znajdziesz sobie inny pokój.

– Dlaczego to ja mam szukać pokoju?

– Bo jesteś świeżakiem? Ja jestem na drugim roku, mam pierwszeństwo.

Jamie nagle stanęła w miejscu.

– Ale to ja byłam dzisiaj pierwsza w pokoju. To ja mam pierwszeństwo.

Zacisnąłem szczękę i starałem się uśmiechać, choć mała wredota zaczęła mi działać na nerwy. Ten pokój miał własną łazienkę, świetną lokalizację i widok na park. Prędzej padnę martwy, niż oddam go komukolwiek.

– To się jeszcze okaże – mruknąłem pod nosem, a głośno powiedziałem: – A więc, Jamie Lavender, co studiujesz?

Jej brwi się ściągnęły, zupełnie jakby podejrzewała mnie o jakieś niecne zamiary. W sumie może jakieś miałem…

– Literaturę.

– Chcesz zostać nauczycielką czy może pracować w wydawnictwie?

Wcale mnie nie zaskoczyła jej odpowiedź. Laski z wydziału literatury miały specyficzną aurę. Były poważne, patrzyły na człowieka z góry i wydawały się nader dojrzałe – takie stare maleńkie.

Jamie Lavender z pewnością taka była.

– Nie do końca – odparła, a ja nadstawiłem uszu. – Wybrałam profil autorski.

Gwizdnąłem i schowałem dłonie w kieszenie spodni. Tego się nie spodziewałem.

– Czyżbym miał przed sobą drugą Victorię Aveyard?

Jamie zaczęła się wspinać po schodach, początkowo zbywając milczeniem moje pytanie. Zatrzymała się przed drzwiami do naszego pokoju i założyła ramiona na piersi. Jej zielone oczy obiegły moją sylwetkę.

– Nie jestem fanką fantastyki – odparła. – A ty? Co studiujesz?

Nacisnąłem na klamkę i przepuściłem ją w drzwiach, co ona skwitowała przewróceniem oczami i burknięciem:

– Teraz zgrywa dżentelmena.

– Medycyna sportowa – odpowiedziałem na jej pytanie.

– Czyli sportowiec? – Zwęziła oczy, a ja poczułem się oceniany.

Tak jak wspominałem: laski od literatury lubiły patrzeć na innych z góry.

– Tak, gram w drużynie koszykarskiej, ale po studiach chcę stanąć po drugiej stronie. Pomagać sportowcom zapobiegać kontuzjom oraz leczyć te, które już się im przytrafiły.

Uśmiechnąłem się, widząc, jak na twarz dziewczyny wypływa rumieniec zawstydzenia. Zerknąłem na najlepszą miejscówkę w pokoju – łóżko, na którym leżały już rzeczy Jamie – i spochmurniałem. Cholerny Eddie… Już ja coś wymyślę, żeby odzyskać tę stówę. Rozsiadłem się na swoim łóżku i zacząłem obserwować krzątaninę dziewczyny.

– Widzisz, kwiatuszku, wszechświat chyba chce nam coś powiedzieć. Do mojej katedry jest stąd dwa razy bliżej niż do twojej. – Założyłem ręce za głowę.

Brwi Jamie się uniosły.

– Kwiatuszku?

Wzruszyłem ramionami.

– Wolisz „lawendziu”? – zapytałem, odnosząc się do jej nazwiska.

– Dzięki, spasuję – odparła. – Nie oddam ci tego pokoju, więc możesz przestać kombinować i mnie urabiać. – Uśmiechnęła się, szukając czegoś w walizce.

Westchnąłem i przewróciłem oczami. Może po prostu powinienem nazywać ją na głos wredotą?

– Co ty w zasadzie robisz? – zapytałem, gdy postawiła krzesło pomiędzy naszymi łóżkami, a potem rozwiesiła na nim ręcznik.

– Odgradzam nas – odparła.

Parsknąłem śmiechem.

Czułem, że te cztery miesiące będą niezłą zabawą. Ale i tak musiałem coś wymyślić, by pozbyć się tej małej wredoty.

4

Jamie

Don’t you know I’m still standin’

better than I ever did?

Lookin’ like a true survivor,

feelin’ like a little kid.

– Elton John, I’m Still Standing

– Mówię ci, Stella, to jest jakieś niepoważne – mruknęłam w komórkę, a potem spojrzałam ze złością na krzesło z rozwieszonym ręcznikiem, które nie dawało mi najmniejszej prywatności.

Moja przyjaciółka się zaśmiała. Oczami wyobraźni mogłam zobaczyć, jak przeczesuje dłonią swoje czarne kędziory.

– Ja tam bym nie narzekała – odparła, po czym jęknęła: – Mam w grupie dwadzieścia osób, w tym tylko dwóch facetów. Jeden to gej, a drugi jest w długoletnim związku. Umrę jako stara panna pożarta przez koty.

Pokręciłam głową na jej słowa. Stella była w moim wieku, mimo to miała dziwną obsesję na punkcie samotności, chłopaków i małżeństwa. I choć tłumaczyłam jej, że mamy ledwo po osiemnaście lat, ona się upierała, że umrze jako stara panna.

– Cóż, to kurs fryzjerski – mruknęłam, ściągając brwi, bo za drzwiami łazienki rozległy się dziwne odgłosy. Bóg jeden wiedział, co Duffy tam robi. – Z góry było wiadomo, że będzie więcej dziewczyn.

– Wiem – powiedziała, przeciągając samogłoskę. – Ale i tak liczyłam na jakichś przystojniaków. A jak wygląda ten cały Connor? – zapytała z ożywieniem.

Skrzywiłam się. Nieważne, jak wyglądał, ważne, jak się zachowywał. A tylko jedno spojrzenie wystarczyło mi, żeby się upewnić, że to typowy lekkoduch, który będzie uprzykrzał mi życie, aby dostać pokój na własność.

Niedoczekanie!

– Jest… – Zawahałam się, przypominając sobie twarz chłopaka.

Connor Duffy był bez wątpienia przystojniakiem. Brązowe kosmyki miał ułożone w artystycznym nieładzie, a jego niebieskie oczy okolone długimi rzęsami przypominały wodę w krajach śródziemnomorskich – nie żebym w jakimkolwiek była, po prostu widziałam na zdjęciach. Do tego był wysoki, dobrze zbudowany i rzucał żartami na prawo i lewo. Mnie te żarty irytowały, ale mogłam się założyć, że inne dziewczyny, słysząc je, chichotały i się rumieniły.

– Jest okej – powiedziałam w końcu.

– Lepszy od Devona?

Uniosłam brwi, a potem sapnęłam. Kochałam Stellę, ale czasem miałam ochotę ją udusić.

– Tak, ale to nieistotne.

– Mhm – mruknęła ironicznie. – A właśnie, widziałam go dzisiaj w sklepie. Wyglądał na przygnębionego.

– To go pociesz. – Zaśmiałam się. – Mówiłam ci już setki razy: nie byłam w nim zakochana i nie mam nic przeciwko, abyś spróbowała z Devonem szczęścia.

Moje relacje z byłym chłopakiem były płytkie i powierzchowne. Byłam pewna, że on też nie był do mnie szczególnie przywiązany.

– Nie mogę! – oburzyła się Stella. – A co z kodeksem dziewczyn?

Przewróciłam oczami, chociaż nie mogła tego zobaczyć.

– Skoro daję ci przyzwolenie, to nie ma problemu.

– Nie. Byli chłopacy przyjaciółek są poza zasięgiem – upierała się.

Westchnęłam cicho, ale odpuściłam. Stella w niektórych sprawach była uparta jak osioł.

– Dzwoniłaś do mamy?

To jedno pytanie sprawiło, że wyprostowałam się i napięłam. Wiedziałam, że powinnam dać mamie znać, że wszystko jest okej, ale nie miałam siły na tę rozmowę.

– Jeszcze nie.

– Jamie… – Westchnęła, a potem zamilkła.

Nie musiała nic mówić. Wiedziałam, że jest zawiedziona moim zachowaniem. Sama też byłam sobą rozczarowana. Ale naprawdę bałam się tej rozmowy. Wiedziałam, że mama wspomni o nim, a wtedy ja – kierowana żalem i nagromadzonymi emocjami – zacznę na nią krzyczeć.

Nie chciałam jej ranić. Ona też była ofiarą.

– Dzisiaj wyślę jej wiadomość, a zadzwonię jutro, gdy zejdzie ze mnie stres, okej?

Stella mruknęła coś, a ja poczułam ciężar w klatce piersiowej.

– Będę już kończyć. Jestem zmęczona po podróży i rozbolała mnie głowa.

Nie kłamałam, naprawdę zaczynało mnie łupać w skroniach. Pożegnałam się z przyjaciółką, wysłałam krótką wiadomość do mamy i ponownie rozejrzałam się po pokoju. Już nie wydawał mi się spory. Przeciwnie – był zdecydowanie za mały dla mnie i Duffy’ego. Przerażał mnie fakt, że mam z nim spędzić cztery miesiące na tak małej powierzchni.

A skoro o nim mowa – co on robił tyle czasu w łazience?

Zmrużyłam oczy i spojrzałam podejrzliwie na drewniane drzwi, które nagle otworzyły się z impetem. Moje usta rozwarły się w wyrazie szoku, gdy ujrzałam stojącego w progu półnagiego chłopaka.

– Co to ma być?! – wydarłam się.

Duffy wzruszył ramionami, udając zdziwionego.

– Ale co? – zapytał.

Ostatkiem sił powstrzymałam się przed wydaniem z siebie jęku.

Mój współlokator stał przede mną w samym ręczniku, który otulał jego szczupłe biodra. I w niczym więcej!

– To podchodzi pod molestowanie, wiesz? – burknęłam, wbijając wzrok w podłogę.

W pokoju rozbrzmiał jego cichy i ciepły śmiech.

– Przecież nikt nie każe ci patrzeć. – Człapanie jego bosych stóp rozległo się tuż koło mnie. – Zawsze śpię nago. Brak przepływu powietrza powoduje u mnie bezsenność.

Zacisnęłam szczękę. Typowo samcze podejście.

– Ale mi to przeszkadza – upierałam się, wciąż patrząc pod nogi.

Connor znowu się zaśmiał, a mnie zaczęła zalewać krew. Uniosłam na niego wzrok akurat w momencie, gdy sięgał do brzegu ręcznika.

– Co ty wyprawiasz?! Mówiłam ci, że mi to przeszkadza! – krzyknęłam, zrywając się z łóżka.

Doskoczyłam do niego, chcąc złapać go za rękę, ale chłopak był szybszy. Pociągnął za róg ręcznika, a ja wydałam z siebie przeraźliwy krzyk. Obserwowałam, jak biała tkanina zsuwa się z bioder Duffy’ego – i choć wiedziałam, że powinnam zasłonić oczy, nie mogłam tego uczynić.

Puchaty ręcznik znalazł się na podłodze. Ja natomiast patrzyłam na granatowe bokserki mojego współlokatora, który zaśmiewał się do rozpuku.

– Kretyn – syknęłam.

– Nie wytrzymam! – Duffy aż się krztusił. – Gdybyś widziała swoją minę, kwiatuszku!

– Przestań mnie tak nazywać.

Przewrócił oczami, a potem zaczął niespiesznie naciągać na siebie dresowe spodnie.

Chcesz wojny? Proszę bardzo! – pomyślałam, chwytając za swój ręcznik i kosmetyczkę.

– Idiota – wyplułam jeszcze w drodze do łazienki.

– Nie masz co się tak spieszyć! – krzyknął za mną. – Ciepła woda i tak się skończyła!

Zacisnęłam szczękę i mimo wszystko uniosłam dumnie głowę. Jeżeli miałam choć cień nadziei, że ja i Connor Duffy się dogadamy, to właśnie się rozpłynął. Chłopak najwyraźniej miał zamiar doprowadzić mnie do szału i sprawić, że sama zrezygnuję z pokoju – a to się nigdy nie wydarzy. Ten pokój był mój i to on był tutaj lokatorem na waleta.

Trzasnęłam drzwiami od łazienki i przekręciłam zamek – nie ufałam temu szaleńcowi. Widok pomieszczenia sprawił, że złapałam się za głowę. Umywalka była uwalona pastą do zębów, a podłoga zalana wodą. Spędziłam ponad sześć godzin w samolocie, nie wspominając o drodze na lotnisko. Byłam spocona, zmęczona i potwornie bolała mnie głowa, a teraz jeszcze czekało mnie posprzątanie łazienki.

– Żeby sprężyna z materaca weszła ci w.… – burknęłam, chwytając za stojący w rogu mop.

5

Connor

Dostępne w wersji pełnej

6

Jamie

Dostępne w wersji pełnej

7

Jamie

Dostępne w wersji pełnej

8

Connor

Dostępne w wersji pełnej

9

Jamie

Dostępne w wersji pełnej

10

Connor

Dostępne w wersji pełnej

11

Jamie

Dostępne w wersji pełnej

12

Connor

Dostępne w wersji pełnej

13

Jamie

Dostępne w wersji pełnej

14

Connor

Dostępne w wersji pełnej

15

Jamie

Dostępne w wersji pełnej

16

Connor

Dostępne w wersji pełnej

17

Jamie

Dostępne w wersji pełnej

18

Connor

Dostępne w wersji pełnej

19

Jamie

Dostępne w wersji pełnej

20

Connor

Dostępne w wersji pełnej

21

Jamie

Dostępne w wersji pełnej

22

Connor

Dostępne w wersji pełnej

23

Jamie

Dostępne w wersji pełnej

24

Connor

Dostępne w wersji pełnej

25

Jamie

Dostępne w wersji pełnej

26

Connor

Dostępne w wersji pełnej

27

Jamie

Dostępne w wersji pełnej

28

Connor

Dostępne w wersji pełnej

29

Jamie

Dostępne w wersji pełnej

30

Connor

Dostępne w wersji pełnej

31

Jamie

Dostępne w wersji pełnej

32

Connor

Dostępne w wersji pełnej

33

Jamie

Dostępne w wersji pełnej

34

Connor

Dostępne w wersji pełnej

35

Jamie

Dostępne w wersji pełnej

36

Connor

Dostępne w wersji pełnej

37

Jamie

Dostępne w wersji pełnej

38

Connor

Dostępne w wersji pełnej