Dunka - Ewa Makara - ebook
Opis

W mieszkaniu wystawionym na sprzedaż w Warszawie zostaje znalezione ciało. Do zbadania sprawy oddelegowany zostaje inspektor Chmieliński. Szybko okazuje się, że zamordowany był znanym dziennikarzem. Wchodząc do mieszkania z trupem policjanci nie wiedzą, co przyjdzie im odkryć i jak głęboko będą musieli sięgnąć w przeszłość, aby rozwikłać zagadkę. Wydarzenia z przeszłości zazębią się z teraźniejszością i odkryją swoją mroczną tajemnicę. Nic nie będzie takie, jakie wydawało się na początku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 307

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ewa Makara

Dunka

© Ewa Makara, 2017

W mieszkaniu wystawionym na sprzedaż, w Warszawie, zostaje znalezione ciało. Do zbadania sprawy oddelegowany zostaje inspektor Chmieliński. Szybko okazuje się, że zamordowany był znanym dziennikarzem. Wchodząc do mieszkania z trupem policjanci nie wiedzą, co przyjdzie im odkryć i jak głęboko będą musieli sięgnąć w przeszłość, aby rozwikłać zagadkę. Wydarzenia z przeszłości zazębią się z teraźniejszością i odkryją swoją mroczną tajemnicę. Nic nie będzie takie, jakie wydawało się na początku.

ISBN 978-83-8126-227-9

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Dedykuję mojemu kuzynowi Michałowi, który przegrał walkę z rakiem.

Inspiracją do tej książki jest pewna historia która rozpoczęła się podczas II Wojny Światowej w Katyniu.

Wszystkie zdarzenia, sytuacje oraz dialogi w tej opowieści są fikcyjne. Wszystkie postacie z wyjątkiem jednej nieżyjącej już osoby (której imię i nazwisko zostało zmienione) są zwykłym tworem imaginacji.

Prolog

Warszawa, sobota 1 sierpnia 2015 roku.

Ból w prawym przedramieniu po ukłuciu, które zadano mu od tyłu, w ułamkach sekundy niewiarygodnie przybierał z coraz silniejszą mocą. Odnosił wrażenie, że jego umysł i cała głowa nie są już częścią jego ciała. Ostrość widzenia także się rozmywała. To, co ukazywało mu się przed oczami było jakby z innego wymiaru. Salon, którego próg przekraczał w momencie, kiedy zadano mu ukłucie, dwoił się i troił. Na chwilę wszystko zniknęło. Miał mrok przed oczami i widział tylko szarą chmurę różnorodnych czarnych i świetlistych punktów przemieszczających się z dużą prędkością. Panicznie mrugał oczami, aby pozbyć się i przepędzić z oczu te niezidentyfikowane wściekłe punkty. Gdy znów obraz nabrał prawie rzeczywistych kształtów salonu w mieszkaniu, w którym się znajdował, poczuł, że siedzi. Próbował energicznie poruszyć głową, ale ta odmawiała posłuszeństwa. To samo uczucie miał ze wszystkimi kończynami. Nie był w żaden sposób skrepowany sznurami czy kajdankami. Próbował podnieść ręce, ale odmawiały posłuszeństwa. Bezwładnie opierały się o stół, przy którym został posadzony. Nie pamiętał momentu, w którym najprawdopodobniej go tam posadzono. Nogi były ciężkie jak betonowe słupy. Jego umysł powoli, jak przez mgłę odtwarzał wszystko, co się w około niego dzieje. Natomiast jego ciało było poza jakąkolwiek kontrolą.

Słyszał jakiś odgłos. To był głos, ludzki głos. Odtworzył, że kogoś widzi. Wytężył mocno słuch i starał się skoncentrować nad tym, co usłyszał. Nie dowierzał w to, co słyszy. Nie chciał uwierzyć w to, co mówi do niego osobnik siedzący naprzeciwko. Był pewien, że ma halucynacje. Wsłuchiwał się w słowa, i zdania…

— To nieprawda. – na wpół sparaliżowanymi ustami starał wydać z siebie głos.

Nikt nie protestował, ani nic nie mówił. On sam myślał nad tym, co przed chwilą usłyszał. Czy to mogło być prawdą? Czy choć część z tego, co usłyszał mogło być prawdziwe? Czy jest pod wpływem jakiegoś środka halucynogennego? Czy pod wpływem tej substancji ma zaburzenia, które powodują halucynacje słuchowe? Czy ktoś go może pomylił z kimś innym? Czy doszło tu do niesamowitej pomyłki? Poczuł się zniewolony.

W jego rękach i nogach zachodziły jakieś procesy. Miał uczucie, że miliony małych igieł kłują go bezboleśnie. W wielu miejscach mrowienie się nasilało w innych ustępowało. Władność kończyn wracała. Ślamazarnie z wielkim wysiłkiem wstał od stołu i starał się przejść w stronę osoby, która stała w drugiej części salonu, przy oknie. Mocna łuna słonecznego światła z okna, powodowała, że widział jedynie jej zarys. Słoneczne światło drażniło jego spojówki i oślepiało go.

Poczuł następne ukłucie. Tym razem jednak ból był o wiele silniejszy. Rozpierało mu płuca. Jego puls stawał się coraz wolniejszy, a krew skokowo przemieszczała się przez jego mózg. Nie potrafił wydobyć z siebie żadnego dźwięku.

Jego ciało zaczęło ustępować pod wpływem bólu zmieniającego się w mgłę. Świadomość odpływała gdzieś daleko…

Rozdział I

Poniedziałek, 3 sierpnia 2015, Warszawa.

1

Ciepłe powietrze unosiło swąd spalin samochodowych przemieszanych z kurzem ulicy. Przedostawał się przez otwarte okno i odbierał chęć do pracy. Irytował ją także dochodzący z głównej ulicy hałas samochodów i stukot tramwajów. Do tego jeszcze, to jaskrawe słońce przenikające przez cienkie rolety, niedziałająca klimatyzacja i powolny internet, rozpraszały jej myśli i potęgowały niechęć do pracy.

Próbowała się skupić na dzisiejszym zadaniu i sprostać wymaganiom swojego klienta, któremu poszukiwała wymarzonego mieszkania na sprzedaż. Tutaj w Warszawie. Klient był dość drobnostkowy i powolny w podejmowaniu decyzji. Budżet klienta jest dość pokaźny, tak więc nie wydaje się by czekało ją trudne zadanie. Postanowiła odłożyć to na potem. Pomyślała o czymś zimnym do picia uznając, że jest to teraz o wiele ważniejsze, przy 32 stopniowym upale i to w samym sercu miasta.

Ciekawe, przy jakiej temperaturze pracodawca ma obowiązek zamknąć biuro i wysłać pracowników do domu? – pomyślała. Nonsens i tak nikt jej za to nie zapłaci. Jej wynagrodzenie było uzależnione od tego, co sprzeda. Więc takie gdybanie nic jej nie da, a jedynie zaszkodzi własnej wizji sukcesu.

Sytuacja, w której się obecnie znajdowała nie była najlepsza. Była w trakcie rozwodu z mężem i nie mogła pozwolić sobie na utratę pracy. Ten skurwiel, cholerny cynik nieźle się zabezpieczył i zostawił ją na lodzie. Niezbyt wiele będzie się jej należało jak przyjdzie do podziału majątku, ponieważ majątek jako taki nie istniał. Zostało jedynie mieszkanie, w którym naturalnie ona zostanie. Dobrze, że nie narobił długów, które musiałaby spłacać… Miała ochotę skopać go mocno w najbardziej męskie części jego ciała, ale przecież mieli dziecko, więc do pewnego stopnia musi żyć z nim w zgodzie.

Współżycie seksualne mieli wspaniałe. Trudno było jej o tym zapomnieć, i to jeszcze teraz. Jak i kiedy miała znaleźć czas na swoje potrzeby, towarzystwo czy poznanie innego mężczyzny? Kołatało to w jej myślach jak utopia.

Woda z kostkami lodu i wyciśniętym sokiem z cytryny dziś smakowała zadziwiająco dobrze i ugasiła jej pragnienie. Ten napój poprawił jej samopoczucie i rozjaśnił myśli.

Dzisiaj w biurze będzie cisza, wszyscy pracownicy są w terenie lub wzięli dzień wolny. Lubiła być w biurze sama. Cisza ją uspakajała i koiła duszę. Dawała czas do “day dreaming” i do spokojnej pracy niezagłuszanej przez głosy innych pracowników.

Ciekawe jak ludzie wytrzymują takie temperatury całymi miesiącami na Florydzie lub południu Hiszpanii? Od razu przyszły jej na myśl wakacje, których jeszcze w tym roku nie wykorzystała. Była skłonna dać wszystko, aby być teraz nad polskim morzem. Teraźniejsze lato było wyjątkowo gorące, a ona tu musi siedzieć w Warszawie w nie do wytrzymania dusznym biurze.

Próbowała przypomnieć sobie jak brzmi szum morskich fal. Radio nastawione na cichą muzykę nie dawało możliwości do koncentracji myśli. Muzyka dobiegająca z radia ustała, zaczęły się wiadomości …Usłyszała część zaczynających się wiadomości dnia, zanim ospale podniosła się z krzesła, aby wyłączyć radio.

Nadal myślami starała się wrócić do szumiącego i kojącego dźwięku morskich fal.

Nie ma co się zastanawiać, trzeba myśleć nad wakacjami w południowej Europie.

Za dwa dni będzie podpisywany akt notarialny dla mieszkania, które sprzedała miesiąc temu, a z aktem notarialnym, jej oczekiwana prowizja! Także mogła sobie pozwolić na rozmyślanie o wakacjach we Francji.

Tak, to będzie wspaniały wyjazd do słonecznego południa Francji. Uczucie gorączki przedwyjazdowej. Coś w rodzaju ekstazy i radość, rozchodziły się po jej całym ciele. Rozmyślania przerwał sygnał nadchodzącej w jej telefonie wiadomości. Od Elwiry, szefowej i właścicielki biura nieruchomości, w którym pracowała: “Będę za piętnaście minut, mam dla Ciebie dobrą wiadomość”.

Piętnaście minut w sam raz wystarczająco czasu, aby usiąść sobie wygodnie przy komputerze, przyjąć poważną minę i otoczyć się aurą bardzo zapracowanej, sumiennej pracownicy, w całości oddanej wymaganiom klienta…

Elwira wpadła do biura jak bomba. Anna zawsze się dziwiła skąd ta kobieta ma tyle energii.

— Dobra wiadomość na początek tygodnia – powiedziała stawiając swoją torbę z laptopem na biurko.

— Nie trzymaj mnie w napięciu, chcę wiedzieć od razu. – piskliwym głosem odparła Anna.

— Pamiętasz tę parę, która w piątek oglądała mieszkanie w Alejach Szucha?

— Tak… Chcą obejrzeć raz jeszcze? Chętnie im pokaże, dzisiaj popołudniu mogłabym to zrobić. – zadeklarowała mile Anna.

— Nie kochana, popołudniu, to chciałabym abyś zajęła się nowymi klientami. Prześlę do ciebie e-maila z ich wymaganiami i oczekiwaniami odnośnie mieszkania, jakiego szukają. Chcą obejrzeć mieszkania jak najszybciej. Może Tobie uda się pokazać im coś dzisiaj po południu? Piątkowi klienci złożyli ofertę na mieszkanie przy Szucha, i wyobraź sobie, że w mojej prawie piętnastoletniej karierze w nieruchomościach, oferta została przez właściciela zaakceptowana od razu, bez targowania się!

— Wspaniale, gratulacje!

— I jak dobrze pamiętam, to ty znalazłaś mieszkanie w Alejach Szucha, na które oni się zdecydowali. Część prowizji jest dla Ciebie!

— Tak, właściciel był przemiłą osobą, i jak widać, był chętny do współpracy. Albo po prostu chciał się pozbyć mieszkania w miejscu, w którym działy się straszne rzeczy w czasie wojny.

— Ach opowiadasz… to było tak dawno temu. Warszawa jest cała w takich wspomnieniach. Na pewno mieszkańcy nie myślą o tym, na co dzień.

— Za każdym razem gdy pokazywałam to mieszkanie, na myśl, że tuż za rogiem znajdowała się główna siedziba Gestapo przechodziły mnie ciarki na plecach. – wzruszając ramionami wydobyła z siebie cierpkim głosem Anna.

— Najważniejsze jest to, że znaleźliśmy klientów, którzy tego problemu nie mają. Już słyszę odgłos otwieranego szampana.

Anna popatrzyła przymrużonymi oczami na szefową. Coraz bardziej podobała się jej ta praca i jej szefowa. Równa z niej babka. – pomyślała. Elwira ma taki lekki sposób w obyciu, i świetnie daje sobie radę w zarządzaniu biurem, to była dobra cecha. Czterdziestopięcioletnia szefowa była jej wzorcem warszawskiej kobiety businessu. Poza tym jej wygląd także ją zadziwiał. Nienaganna figura. Malutki zgrabny nosek, zielone oczy, a zwłaszcza jej włosy. Włosy jasne i grube, za ramiona. Zawsze proste bez żadnego włoska ułożonego w innym kierunku lub podwiniętego w inna stronę. Złocisty blond kolor włosów, jaki rzadko się spotyka, zawsze promienny i lśniący. Gdzie ona farbuje te włosy? Czy to może być jej naturalny kolor? Nie widać na nich robionych pasemek. Doszła do wniosku, że to musi być farba. Czy wypada spytać szefową gdzie chodzi do fryzjera i jakiej marki i numeru farby używa? Jej własny pasztetowy kolor włosów zostawiał dużo do życzenia. Przed wyjazdem na południe Francji, jeszcze na pewno zdąży zrobić trochę jasnych pasemek…

Zabrała się do przeglądania e-maila, którego właśnie otrzymała od szefowej.

Szybkimi ruchami zanotowała w notesie najważniejsze wymagania klienta, co do wielkości i lokalizacji mieszkania.

Trzy pokoje

Minimum 120 m2,

Lokalizacja: centrum Warszawy

Preferują starą kamienicę niż coś nowszego lub z okresu powojennego, absolutnie nie wchodzą w grę mieszkania w blokach z ramy H.

Budżet: 2.2 miliona złotych.

Punkt piąty podoba jej się najbardziej – na jej ustach pojawił się skromny uśmiech. Uśmiech w głębi duszy był znacznie odważniejszy i promieniował aż do czubków palców u rąk i stóp. Przeszukała pospiesznie bazę danych. Znalazła około dziesięciu ofert w kategorii: kamienice w centrum Warszawy. Wyselekcjonowała pięć najatrakcyjniejszych ofert spośród, wygenerowanych przez system komputerowy, dziesięciu ofert mieszkań w kamienicach. Dwie przy ulicy Mokotowskiej, jedna przy Placu Unii Lubelskiej, jedna przy ulicy Wilczej, oraz ostatnia przy ulicy Koszykowej.

Jeżeli uda się skontaktować z właścicielami to jest szansa, że jeszcze dziś będzie mogła pokazać dwa lub nawet trzy mieszkania.

Z tego, co pamięta, to jakiś czas temu jeden z właścicieli zostawił klucze do jednego z mieszkań w kamienicy przy Wilczej. Był to starszy pan.

Szybkim ruchem głowy spojrzała na ekran komputera, pan Wiktor Krakowski. Tak, nawet jej imię figurowało przy zarejestrowaniu tych kluczy, gdyż Elwira w ten dzień była poza biurem. Zapamiętała pana Wiktora, był bardzo elegancko ubrany i zadbany. Miał dość zalotne spojrzenie jak na pana w podeszłym wieku, ale było coś, co wbiło jej się w pamięć. Coś, co nie do końca podobało się jej w jego twarzy. Nie mogła sobie przypomnieć, co to było. Ale, to zupełnie nieważne. Najważniejsze, że ma niezłą chatę na sprzedaż. Była już w tym mieszkaniu i pamięta, że zrobiło na niej wrażenie. Urządzone w nowoczesnym stylu, aczkolwiek jak na jej gust zbyt “na bogato”. Cena była nieco wygórowana, ale jeżeli znajdzie klienta, któremu mieszkanie to przypadnie do gustu, jest pewna, że stary zalotnik będzie do przekonania, że cena powinna być niższa. Spojrzała raz jeszcze na informacje kontaktowe na ekranie… Tak klucze są nadal w biurze. To mieszkanie mogłaby pokazać, jako pierwsze, znajduje się tylko pięć minut piechotą od ulicy Żurawiej, adresu biura.

Sięgnęła energicznym ruchem po telefon i wystukała numer do właściciela mieszkania przy ulicy Mokotowskiej, następnej lokalizacji położonej najbliżej kamienicy przy ulicy Wilczej.

Po dwóch krótkich sygnałach właścicielka mieszkania odebrała. Zgodziła się na pokazanie mieszkania klientom tego samego dnia, o godzinie siedemnastej.

Sprawa załatwiona, uda jej się dzisiaj pokazać przynajmniej dwa ciekawe mieszkania.

Nie czekając długo wystukała numer do potencjalnego klienta.

Był ucieszony szybką reakcją na jego zapytanie w sprawie mieszkania. Umówili się pod adresem pierwszej nieruchomości, mieszkaniem pana Wiktora przy ulicy Wilczej 22.

Spojrzała na zegarek, 14:15.

Przygotowała i wydrukowała informacje i zdjęcia obu mieszkań, które będzie pokazywała potencjalnym kupcom. W małym metalowym schowku na ścianie kuchennej, w którym były przechowywane klucze do niektórych mieszkań na sprzedaż, znalazła klucze do mieszkania i klatki wejściowej przy Wilczej. Numer telefonu do klienta jak i sprzedającego przy Mokotowskiej miała już w swoim telefonie, także to już było z głowy. Telefon i wydrukowane kartki opakowane w plastikową koszulkę ostrożnie wsunęła do torebki, którą założyła na rękę tuż przed zgięciem w łokciu. Klucze włożyła do kieszeni bocznej torebki i z szarmanckim wdziękiem udała się w stronę drzwi wyjściowych.

— Elwiro, wychodzę na lunch, a od godziny szesnastej pokazuję dwa mieszkania klientom, których mi podesłałaś. – powiedziała stając przy drzwiach.

— Ach tak? Tych, którzy szukają mieszkania w kamienicy w centrum Warszawy?

— Tak. mają ciekawy budżet, mam nadzieję, że coś fajnego dla nich znajdziemy.

— Które kamienice im pokazujesz? – spytała zaciekawiona Elwira nie odrywając wzroku od ekranu komputera.

— Dzisiaj tylko dwie nieruchomości. Chcę się zapoznać z klientami i osobiście posłuchać ich wymagań oraz opinii i reakcji na to, co im dzisiaj pokażę. Ułatwi mi to rozeznanie ich preferencji.

— Tak, tak… Dobrze myślisz, ale nie musisz tego powtarzać za każdym razem, gdy idziesz się spotkać z nowymi klientami. Tą teorię już wszyscy znamy i skutecznie ją praktykujemy. – komentowała cierpkim tonem Elwira.

Co ją ugryzło? Ewira do tej pory tak zgryźliwie się nie wypowiadała. A może miała rację? Może za bardzo stara się okazać swoje zaangażowanie? Bełkot, swoje podlizywanie się, a może po prostu chce pokazać, jaka jest dobra w nowej dziedzinie, która szalenie się jej podobała? Nieważne, z tego powodu z pracy nie zrezygnuje. – pocieszała się w myślach Anna. I jakby nie usłyszała zgryźliwej wypowiedzi szefowej, kontynuowała dalej:

Więc zdecydowałam się pokazać im mieszkanie przy ulicy Wilczej, wiesz to, do którego mamy klucze i jedno z tych, które mamy w naszej ofercie sprzedaży przy Mokotowskiej.

Elwira nadal nie odrywała wzroku od ekranu komputera. Niczego nie wyszukiwała na komputerze, ponieważ nie używała klawiatury. Wyglądało na to, że coś czyta w wielkim skupieniu. Po krótkiej chwili odezwała się.

— Będę w biurze do siedemnastej, więc do zobaczenia jutro i powodzenia z nowym klientem. Oderwała wzrok od ekranu i popatrzyła w stronę wychodzącej Anny.

2

Anna szybkim krokiem przeszła ulicą Marszałkowską do Wilczej. Upiornie nieprzyzwoity upał sprawił, że poczuła wilgoć potu pod pachami. Nie, tylko nie to, aby nie miała plam. Jak to będzie wyglądało przy spotkaniu z klientami? Zwolniła kroku i przejrzała się w odbiciu szyby dużego okna wystawowego. Z ulgą stwierdziła, że plamy się nie pokazały. Wolniejszym już krokiem skręciła w ulicę Wilczą. Teraz myślała już tylko o lunchu i dużej szklance wody gazowanej wypełnionej po brzegi kostkami lodu. Przy ulicy Wilczej znajdowało się kilka knajpek, o najdziwniejszych i zabawnych nazwach, Wilczy Głód, na przykład… Od samej nazwy poczuła ssanie w żołądku. Gorączka Złota lub Niezłe Ziółko…

Pomyślała przez chwilę o Elwirze i jej komentarzu. Nagle przypomniało jej się, że za parę dni będzie firmowa impreza z okazji piętnastolecia firmy. Cholera będzie musiała poprosić męża aby posiedział z dzieckiem. Sukienka, tak jeszcze musi kupić jakaś fajną kieckę.

Aby ponownie rozluźnić ciało i umysł pobiegła myślami na południe Francji, urlop, kąpiel w morzu, francuska kuchnia. Już się nie mogła doczekać… Chciała zobaczyć minę już prawie byłego męża, gdy poinformuje go o miejscu jej urlopu. Teraz ona sama zarobiła na ten wyjazd i sprawiało jej to największą satysfakcję.

Gdy już była przy wejściu do restauracji, nagle zadzwonił telefon.

— Czy Pani Anna?

— Tak – odparła.

— Jesteśmy umówieni na szesnastą przy Wilczej 22, ale przyszliśmy trochę wcześniej, i moglibyśmy być pod tym adresem za niecałe pięć minut.

— Tak nie ma problemu, do zobaczenia.

O nie, nie zdążę podejść do mieszkania i pootwierać okien! Cholera, ale będzie tam zaduch po ostatnich upałach. – skarciła sama siebie w myślach, za to, że o tym nie pomyślała. Cholera już jest za późno. Ale wpadka. Idąc w kierunku numeru 22 przy Wilczej, już z daleka zauważyła dwie osoby stojące przed wejściem do kamienicy. To na pewno są oni, klienci. Nie lubiła, gdy klienci pojawiali się pierwsi pod wskazanym adresem. To ona powinna na nich czekać, nie odwrotnie.

Przywitała się podając rękę kobiecie w wieku około czterdziestu lat i jej mężowi w podobnym wieku. Pospiesznie otworzyła wejście do klatki schodowej.

Mieszkanie znajdowało się na drugim piętrze. Weszli po schodach podziwiając przy tym pięknie odnowione balustrady i klatkę przedwojennej kamienicy. W tym całym pospiechu wymuszonym przez klientów czuła, że podniosło jej się ciśnienie. To akurat chyba wyszło na dobre. Aby przyciągnąć zainteresowanie klientów, a zarazem rozproszyć ich uwagę na zaduch, który odczują w niewietrzonym mieszkaniu, zaczęła opowiadać, co jej się przypomniało z rozmowy z właścicielem mieszkania Wiktorem Krakowskim.

— Kamienica jest pięknie odremontowana. Została wybudowana w ostatnich latach dziewiętnastego wieku. Po wojnie, jako jedna z nielicznych była w dość dobrym stanie, aby można było ją w całości odremontować. Jest to znany adres, mieszkał tu Bolesław Prus, właśnie tu pod numerem dwunastym. – wskazała na jedne z drzwi na pierwszym piętrze.

Sama była zaskoczona swoim nagłym przypływem informacji, zakodowanych gdzieś w jej pamięci, które uzyskała kilka miesięcy temu od właściciela. Był jeszcze jeden znany człowiek, który tu mieszkał, ale to postanowiła zostawić na moment, kiedy już znajdą się w środku. Jako rekompensatę lub odwrócenie uwagi od zaduchu, który nie wątpliwie będzie rozpierał całe mieszkanie.

— To już tu – powiedziała Anna wskazując na wysokie dębowe drzwi wejściowe do mieszkania Pana Wiktora. Nie mogła się oprzeć myślom by wynaleźć przezwisko właścicielowi mieszkania. Stary Zalotnik? To by do niego pasowało.

Przekręciła klucz w zamku i prawą ręką popchnęła ciężkie dębowe drzwi, ustępując miejsca klientom. W tym samym momencie poczuła mdlący zapach, który przypominał zapach więdnących chryzantem. Automatycznie skojarzyło jej się to z cmentarzem. W tym samym momencie smród przeistoczył się w nieznośny odór. Przeskoczyła odruchowo przed wchodzących klientów.

Klienci zatrzymali się jak wryci. Było widoczne, że i oni poczuli tę nieprzyjemną woń wydobywającą się z mieszkania.

— Czy tam leży jakieś zdechłe zwierzę? – ostro, ale zabawnym tonem zapytał mężczyzna.

Jakiś niekontrolowany potok głupich słów wydobył się z jej ust, aby ratować niezręczną sytuację, w jakiej się znaleźli.

— Ach, nie, nie wiem, przepraszam nie miałam czasu przygotować mieszkania przed Państwa wizytą. Mamy tak wiele klientów teraz, gdy jest okres urlopowy. Przepraszam już biegnę usunąć zapewne zdechłego kanarka… – dodała z nieudawanym rozbawieniem. Machaniem ręki starała się odgonić latającą wokół jej głowy muchę.

Poruszała się sunącym, lekkim krokiem po długim korytarzu zaglądając do każdego pomieszczenia w mieszkaniu. Woń odoru narastała w gorącym powietrzu, i wprawiała ją w coraz większe zakłopotanie. Poza tym, odczuwała powoli zbliżające się mdłości. Kilka następnych much pojawiało się na korytarzu.

— Tu na pewno coś zdechło. – odezwała się śmiejąc histerycznie kobieta. Zaglądała przy tym nerwowo do każdego pomieszczenia.

Zatrzymali się przy uchylonych, dużych drzwiach do salonu. Anna popchnęła je jednym ruchem ręki. Poczuła ból w piersi, gdy ujrzała postać leżącą na środku pokoju. Przez chwilę nie mogła się poruszyć. Nad leżącą na podłodze salonu osobą wirowało kilka wielkich much. Z przerażenia wypadły jej klucze z prawej dłoni, którą zaraz zakryła usta. Usłyszała przerażający krzyk. Krzyk wydobywał się z ust klientki. Obejrzała się do tyłu. Kobieta i mężczyzna stali tuż za nią, patrząc wytrzeszczonymi oczami na ciało denata. Mąż klientki starał się uspokoić żonę, krzyczał i gestykulował w kierunku Anny.

— Policja, niech Pani dzwoni na policję!

Anna rejestrowała to wszystko w zwolnionym tempie, ruchy ręki klienta w jej kierunku, słowa jakby z megafonu: Pooolicjjja….

Anna trzymając się za usta wybiegła z mieszkania. Schodami szybko biegła w dół klatki schodowej, przeskakując, co drugi, trzeci stopień. Na pierwszym piętrze poczuła jak jedną nogą nie dotknęła stopnia schodów i straciła równowagę. Całym ciężarem ciała upadła na spocznik klatki schodowej. Nie odczuła przy upadku żadnego bólu. Wstała szybko i z nieskoordynowanymi ruchami ciała pobiegła do wyjścia.

Zanim zdążyła wydobyć z siebie głos, wypróżniła zawartość żołądka tuż przed samym wejściem do klatki schodowej. Ręką otarła pozostałości śliny na wargach. Stała na środku chodnika i nerwowo szukała telefonu w swojej dużej torebce, coraz głośniej i nerwowo mamrocząc pod nosem. Jeden z przechodniów zatrzymał się i starał się nawiązać z nią kontakt.

— Czy dobrze się Pani czuje? Zapytał.

— Policja, ja muszę…. policja…. bełkotała nerwowo Anna.

— Czy ktoś Pani zrobił krzywdę? Co się stało? Dopytywał się przechodzień.

— Nie, nie, trup, policja, muszę zadzwonić na policję!

— Komenda policji jest tu. Stoi Pani prawie przed komendą policji.

Przechodzień wziął ją pod rękę, Anna na uginających się od szoku nogach, wykonywała coś co miało przypominać szybki chód.

Po dosłownie jednej minucie znaleźli się na komendzie. Budynek posterunku znajdował się prawie vis a vis kamienicy. Nerwy nie odpuszczały, zakłopotanie jeszcze bardziej się nasilało. Nie była w stanie wydać z siebie niczego innego niż słowa “tam jest trup”! Rozpłakała się przy tym jak dziecko. Jakaś starsza kobieta w mundurze wzięła ją pod rękę i zaprowadziła do pomieszczenia gdzie posadziła na miękkim fotelu i przyniosła jakiś napój do picia. Po kilku minutach była w stanie wydać z siebie jakieś ludzkie dźwięki i poczuła potrzebę skorzystania z toalety.

Wypłukała usta zimną wodą. Drżącą ręką usuwała rozmazany makijaż wokół oczu i na policzkach.

Miała drgawki, usta były sine i nie mogła opanować nerwowego tiku, który poruszał jej wargami. Odczuwała ból w kolanie. Spojrzała w dół na nogi. Na jednej nogawce letnich spodni była dziura na poziomie kolana. Widać było krwawiącą ranę. Wytarła kawałkiem papieru toaletowego lekko już przysychająca krew. Podnosząc się z powrotem do góry z wpół zgiętej postawy, poczuła zalatujący zapach potu spod pach. Nie miała pojęcia, że przerażenie ma taki wpływ na gruczoły potowe i powoduje tak intensywny zapach. Nagle zrobiło się jej zimno, gdy znów w myślach pojawił się leżący trup na środku tego mieszkania. Poczuła strach, który pokrył ją gęsią skórką. Przed oczami miała wyłącznie obraz człowieka leżącego nieruchomo na podłodze tego pięknego mieszkania, a w myślach przypomniała sobie smród duszącego odoru, jaki panował w tym pokoju. Starała się opanować odruchy wymiotne. Miała wrażenie, że w ogóle nie może oddychać. Odkręciła kurek z zimną wodą. Lodowatym strumieniem wody obmyła ręce i poklepała się jeszcze mokrymi i lodowatymi rękami po twarzy. Nakłaniała sama siebie do racjonalnego i trzeźwego myślenia. Już tu, na komendzie nic jej nie grozi, nic jej się nie stanie. Nie zastanawiając się nad tym czy tak powinna, pomyślała o swoim byłym mężu, którego z pasją nienawidziła i było to też z jego strony odwzajemniane. Może to on chciał ją zabić? Ale natychmiast odpędziła tę bzdetnie chorą teorię. No, ale nie zmienia to faktu, że to mogła być ona, że jeżeli weszłaby do mieszkania wcześniej, to ją też ktoś mógł zabić. Nie wiedziała nawet, kto był tym trupem. Nie przypomina sobie czy zauważyła jego twarz. Nie miała bladego pojęcia czy był to trup pana Wiktora. Czy to jej podświadomość wypychała wszelkie możliwe obrazy z tego momentu, gdy dostrzegła kogoś martwego na podłodze dużego pokoju? A może to strach zablokował jej pamięć. Zastanawiając się pokręciła nerwowo głową, aby chociaż trochę doprowadzić rozczochrane włosy do porządku.

Wyszła wolno z toalety i skierowała się w stronę pomieszczenia, które wskazała jej dyżurna policjantka.

Przy stole siedział policjant w mundurze. Nie znała się na rangach policyjnych, a więc nie rozpoznawała jego stopnia.

Mężczyzna poprosił, aby usiadła i zaczął zadawać pytania. Starała się sensownie i szczegółowo na nie odpowiadać. Chociaż nie była pewna czy wychodziło jej to dobrze i czy w ogóle mężczyzna rozumiał bełkot wydobywający się z jej ust. W trakcie składania zeznań wszedł inny mężczyzna. Nie miał na sobie munduru. Przedstawił się jako inspektor z wydziału zabójstw.

3

Chmieliński wszedł do pokoju przesłuchań, w którym jeden z policjantów z wydziału kryminalnego spisywał zeznania świadka. Dziewczyna na oko około trzydziestu pięciu – czterdziestu lat, wyglądała na roztrzęsioną i zdenerwowaną. Na twarzy miała częściowo rozmazany makijaż. Poprosił policjanta spisującego zeznania by wyszli na zewnątrz.

— Co mamy? – szybko spytał Chmieliński.

— Trupa, pod samym nosem, Panie inspektorze.

— Jak to pod nosem?

— Tu, naprzeciwko komendy, Wilcza 22. Dziewczyna zeznała, że miała klucze do mieszkania. Przy znalezieniu ciała były jeszcze dwie inne osoby. Dziewczyna jest mocno roztrzęsiona i zdenerwowana, więcej chyba się dzisiaj nie dowiemy. Psycholog jest już w drodze, zaraz się nią zajmie.

— Dobrze, zakończ to jak najszybciej, bierz Młodego i idziemy na miejsce zdarzenia. Ja już dzwonię do techników. Spotykamy się przy wyjściu za dwie minuty.

— Tak jest, robi się.

Przed wejściem do kamienicy stały dwie osoby. Mężczyzna sprawiał wrażenie roztrzęsionego, ale troskliwie obejmował płaczącą kobietę.

— Dzień dobry, przedstawił się Chmieliński.

— Wreszcie. – skomentował wzdychając nerwowo mężczyzna.

— Rozumiem, że to Państwo byli świadkami odkrycia denata w mieszkaniu na drugim piętrze?

— Tak, zgadza się. – odparł mężczyzna.

— Zabierz Państwa na komendę w celu spisania zeznań. – rozkazującym głosem powiedział Chmieliński do jednego z kręcących się policjantów w mundurach.

— Aha, jeszcze jedno, czy ruszaliście coś lub dotykaliście na miejscu zdarzenia?

— Nie, wyszliśmy stamtąd tuż po zniknięciu naszej agentki z biura nieruchomości.

— Dobrze, ja jeszcze osobiście będę z państwem w kontakcie, najprawdopodobniej jeszcze dzisiaj.

4

Niezła “hacjenda”, pomyślał Chmieliński wchodząc do mieszkania na drugim piętrze.

Ale się tu ktoś urządził, biały marmur na podłodze, grafiki i obrazy w złotych cienkich i grubych ramach w korytarzu mieszkania. Na ścianach salonu, w którym znajdował się trup, wisiało parę awangardowych obrazów, którym już zaoszczędzono złotych ram.

Odór unosił się w powietrzu i nieznośnie wżerał w nozdrza. Chmieliński wyciągnął z kieszeni lateksowe wypełnione talkiem od środka rękawiczki.

— No to zaczynamy. – powiedział do policjanta w mundurze trzymając się za nos. To, co my tu mamy? Sam sobie zadał pytanie Chmieliński, po czym wyciągnął dyktafon z kieszeni marynarki.

Stojąc w drzwiach do salonu, dyktował:

— Denat znajduje się na środku pokoju, brak śladów włamania do drzwi wejściowych. W mieszkaniu i w salonie jest porządek, brak śladów rabunku lub przeszukiwania mieszkania. –

powoli i ostrożnie obracał głowę przesuwając wzrok z jednego końca salonu w drugi, nadal dyktując – Jeden z obrazów jest lekko przekrzywiony. Poza tym nie ma innych widocznych na ten moment śladów. Denat znajduje się na środku pokoju, ślady krwi w niewielkiej ilości są widoczne wokół denata jak i na jego ciele. Denat leży głową do drzwi i nogami skierowanymi do okna.

Chmieliński przerwał nagrywanie swoich obserwacji i podszedł bliżej denata. Na ubraniu denata były duże plamy zaschniętej krwi i zauważył, że na klatce piersiowej widoczne są rany kłute.

Chmieliński dyktował dalej. – Rany na klatce piersiowej, wyglądają na zadane nożem.

W pobliżu ciała narzędzia zbrodni brak. Denat, mężczyzna około 42–46 lat. Na twarzy denata nie ma śladów po przemocy. – przerwał nagle nagrywanie i wyłączył dyktafon.

— O! Kurwa! – głośno powiedział sam do siebie Chmieliński, i kucnął przy denacie.

— Co się dzieje? – zapytał jeden z kręcących się po mieszkaniu policjantów.

— Kurwa to mamy celebrytę! – ze zwątpieniem w głosie stwierdził Chmieliński.

— Co? Kto? Który? – z podnieceniem i zainteresowaniem zapytał policjant.

— Z telewizji, ten od wiadomości.

— No, no tak. – policjant ciągle gapił się na twarz denata. – No to będzie się działo! – dodał.

— Tak, kurwa będzie się działo! Zdajesz sobie sprawę jak to nam zapaprze dochodzenie?! Kurwa tego zabójstwa mógł dokonać każdy, on jest znany, ma na pewno w chuj wrogów! To poszerza nam krąg podejrzanych. Aż nie chcę o tym myśleć! To będą długie dni z setkami przesłuchań, Niech to szlag jasny trafi.

Policjant chrząkną lekko, dając znak do Chmielińskiego.

— Panie inspektorze, jest ekipa, technicy i lekarz sądowy.

— Zapraszam lekarza, ciekawy jestem jak długo on tu leży.

Lekarz sądowy Florian, z którym Chmieliński się doskonale znał od lat, przykucnął przy ofierze. Wyglądał jak miś pluszowy ubrany w biały kombinezonik. Florian był wyśmienitym lekarzem sądowym, o pulchnej budowie ciała i niskim wzroście.

— Po kilkuminutowych wstępnych oględzinach… – wydobył z siebie Florian – …sądząc po tych, ponad trzydziestu stopniowych upałach od paru dni, mogę ocenić, że ciało jest tu około trzech dni, może nawet czterech.

W mieszkaniu nagle zaroiło się od ludzi w białych kombinezonach. Błyskała lampa od aparatu, a białe ludziki z pędzelkami i plastikowymi foliami zabezpieczały ślady w mieszkaniu. Chmieliński i mundurowy byli gotowi do opuszczenia miejsca zbrodni.

— Panie inspektorze, mamy coś, co musi pan zobaczyć! – zawołał jeden z ekipy białych ludzików.

— Tak?

— Proszę za mną, na obrazie w salonie jest coś dziwnego. – stwierdził technik w białym kombinezonie.

We trzech w skupieniu podeszli do dużego obrazu, który wisiał w lekko przechylonej pozycji.

— Proszę zauważyć, tu w prawym rogu, tuż nad sygnaturą artysty jest coś wyraźnie napisane czerwonym kolorem. Wygląda na to, że jest to napisane krwią, ale musimy sprawdzić i potwierdzić.

Chmieliński pochylił się nad dolnym rogiem obrazu. Zauważył napis wyglądający tak jakby ktoś napisał go palcem umoczonym we krwi.

DLA F ZA W70

Rozdział II

Piątek, 15 sierpnia, 1969 Odense, Dania.

— Jeszcze nie jesteś gotowa? Impreza zaczyna się za dziesięć minut. Chyba, że się rozmyśliłaś i chcesz siedzieć w domu w ostatni weekend przed rozpoczęciem zajęć?! Ja będę gotowa za pięć minut. – mówiła głośno Maria do Laury, która była w pokoju obok.

— Nie jestem w humorze, poza tym nie wiem, którą sukienkę wybrać. – odpowiedziała Laura markotnym głosem.

— Wkładaj tę czerwoną w drobne białe kropki, i jedziemy! – krzyknęła donośnie Maria.

Maria i Laura wybiegły z klatki schodowej i wsiadły na rowery. Pedałowały szybko, a sukienki falowały wysoko w powiewie ciepłego sierpniowego powietrza.

Jechały wzdłuż ulicy Świętego Albana, mijając browar i kościół o tej samej nazwie. Jechały w kierunku Islandsgade do Konserwatorium Muzycznego. O godzinie dziewiętnastej zaczynał się tam wieczorek muzyczny wraz z kolacją i tańcami.

Gdy dotarły na miejsce sala była już pełna ludzi. Większa część zgromadzonych stała przy barze, gdzie kupowali piwo lokalnej produkcji o nazwie Albani. Parę dziewczyn kręciło się wokół dużego stołu stawiając na nim salaterki z różnego rodzaju sałatkami, talerze z tartami warzywnymi oraz małymi mielonymi kotlecikami.

— To ja idę po piwo a ty zajmij nam dobre miejsce siedzące, zanim się zacznie koncert. – powiedziała Maria do Laury szturchając ją w bok. – Dzisiaj będzie grał Jens, wiesz Jens Hansen, najlepszy pianista z ostatniego semestru. Musimy siedzieć blisko fortepianu, aby móc podziwiać jego urok i wdzięk. Wdzięk muzyki oczywiście mam na myśli – chichoczącym głosem powiedziała Maria.

— Ach tak, pamiętam Jensa – westchnęła Laura.

Zdążyły dopić małe piwo do końca, gdy na scenie zapowiedziano rozpoczęcie koncertu. Dźwięki fortepianu rozchodziły się po całej sali. Widzowie w skupieniu słuchali interpretacji utworów znanych kompozytorów muzyki klasycznej. Obie dziewczyny miały duży uśmiech na twarzy wsłuchując się w dźwięki muzyki i wpatrując się w jego wykonawcę. Jens zakończył swój występ.

Po zakończeniu utworu dyrektor konserwatorium, wyszedł na środek sceny i podziękował Jensowi. Co roczną tradycją było to, że jeden z uczniów z wymiany studenckiej, grał utwór na zakończenie wieczorku muzycznego inaugurującego rozpoczęcie się weekendowej zabawy, przed nowym semestrem nauki.

Jak co roku mamy przyjemność gościć uczniów z wymiany studenckiej, jeden z nich zagra dla nas dzisiejszego wieczoru. Duże brawa dla Roberta. – dyrektor konserwatorium zaanonsował kolejnego wykonawcę,

Zobaczmy, co za brzęczy skrzypek trafił się w tym roku. – skomentowała zgryźliwie pod nosem Maria.

Na scenę wyszedł wysoki, postawny i bardzo przystojny ciemnowłosy mężczyzna. Rozpinając marynarkę usiadł do fortepianu. Rozległ się donośny dźwięk i cała sala zamilkła. Dziewczyny popatrzyły na siebie i puściły do siebie oko. Wsłuchiwały się w wykonanie utworu.

— Wielkiego wirtuoza to z niego nie będzie. – skomentowała Maria, gdy tylko skończył grać.

— Może był zdenerwowany, nowe miejsce, nowa szkoła, nikogo tu nie zna. – próbowała bronić go Laura.

— No, ale przystojniak z niego niezły, a do perfekcyjnej gry można go jeszcze wyćwiczyć – zaśmiała się Maria.

Po koncercie dziewczyny ruszyły w kierunku stołu zastawionego salaterkami. Coraz więcej ludzi gromadziło się po jedzenie. Laura i Maria szybko nałożyły sobie sałatkę ziemniaczaną, po dwa kotleciki mielone i parę plastrów marynowanych buraczków. Usiadły przy ostatnim wolnym stoliku i rozpoczęły konsumowanie popijając zimnym piwem.

— Przepraszam czy mogę się przysiąść? – zapytał łamanym duńskim wysoki, przystojny, ciemnowłosy mężczyzna

Dziewczyny rozpoznały chłopaka natychmiast. Był to Robert, z wymiany studenckiej. Ten przystojniak, który wykonywał ostatni utwór.

— Tak proszę, będzie nam miło. – odpowiedziała uśmiechnięta od ucha do ucha Laura. Przyglądała się mężczyźnie z iskierkami w oczach.

— Dziękuję, mnie także będzie bardzo miło. Mam na imię Robert.

Przedstawili się sobie nawzajem. Wieczór mijał bardzo przyjemnie. Dziewczyny bawiły się znakomicie w towarzystwie Roberta. Podobał im się jego dżentelmeński szyk. On biegał dla nich po piwo. Fajnie tańczył, opowiadał śmieszne anegdotki po angielsku. Tłumaczył, że przyjechał kilka dni temu, jeszcze nikogo tu nie zna, i nie zna duńskiego. Powiedział. że muzyka rozrywkowa wychodzi mu znacznie lepiej niż poważna, że lubi śpiewać i grać, że ma nadzieję, iż zostanie przyjęty do grona tutejszych studentów. Wyznał jak bardzo się cieszy, że je poznał. Przyznał, że większość studentów wydaje mu się dość oziębła. Dziewczyny były pod wielkim wrażeniem jego osobistego wdzięku i szarmancji.

Wspaniale tańczył. Laura czuła się jak księżniczka na balu. Ten wysublimowany sposób w jaki ją obejmował przy tańcu. Patrzyła prosto w jego niebieskie oczy, czuła, że świat dookoła niej się rozpływa, nawet muzyka, do której tańczyli rozmyła się… Na parkiecie była tylko ona i on, nikogo dookoła nie zauważała. Wszyscy inni byli prawie niewidzialni. Byli plamami ciemnych kolorów przemieszczającymi się w około nich. Nie protestowała, kiedy zaproponował opuszczenie nudnego wieczorku muzycznego i zmianę miejsca na inny lokal w centrum miasta.

Tańczyli namiętnie do “Love Street”, The Doors, wariowali do “Foxy Lady” Jimi Hendrixa i szaleli do “Stupid Girl” Rolling Stonesów. Po wyjściu z lokalu, przyciągnął ją do siebie, objął i pocałował. Miał tak miękkie i obfite wargi. Ciarki z euforii i radości przechodziły ją po całym ciele. Chwycił jej dłoń i tak trzymając się za rękę poszli w stronę Ogrodu Królewskiego w centrum miasta.

Leżeli na trawie podziwiając bezchmurne gwiaździste niebo. Co jakiś czas obdarowywał ją namiętnym pocałunkiem. Laura słuchała jego słów jak zaklęć. Gdy już świtało, odprowadził ją do domu. Czuła się tak, jak by to były najpiękniejsze chwile w jej życiu.

Nie przeżyła nic podobnego z innymi chłopakami, z którymi się wcześniej spotykała. Byli fajni, owszem, ale nie było takiej namiętności, wszystko raczej odbywało się bardziej mechanicznie. Zaśmiała się w duszy. Inni poprzedni amanci nie byli tak przystojni jak on. – pomyślała z radością. Nigdy by nie pomyślała, że może mieć szanse u takiego przystojniaka.

Rozdział III

Warszawa, 3 sierpnia 2015 roku, godzina 18.

1

Chmieliński z pierwszym aspirantem pośpiesznie przechodzili przez ulicę Wilczą w stronę komendy.

— Jeżeli on już tam leży od ponad czterdziestu ośmiu godzin, to dlaczego nikt nie zgłosił zaginięcia? Chyba do cholery ma jakąś żonę, rodzinę! – z wściekłością mówił Chmieliński.

— Chyba się rozwiódł. O ile pamiętam, czytałem o tym w jednym z tych kolorowych świerszczyków.

— Ty czytasz te gówna? Myślałem, że tylko ciekawskie babska żyją życiem celebrytów?! Może, dlatego nadal biegasz w mundurze? – wścibsko dodał Chmieliński. Aspirant machnął ręką na znak, że nie słucha.

— Znajdziesz Młodego i przyjdźcie do mnie do biura, ułożymy plan działania i rozdzielę obowiązki. Powiedział Chmieliński do aspirant.

— Tak jest, widzimy się za pięć minut.

Chmieliński siedział przy biurku i pił kawę. Dwóch młodych aspirantów siedziało naprzeciwko niego i z niecierpliwością czekali na to co ma im do powiedzenia.

— Znamy już tożsamość denata, ktoś z rodziny musi to jeszcze potwierdzić. Ty Młody kontaktujesz się z rodziną. Dowiedzcie się, do kogo należało mieszkanie. Musimy ustalić czy ofiara miała przy sobie klucze do mieszkania, w którym go znaleziono. Ja się tym zajmę. – mówił powoli Chmieliński.

W uchylonych drzwiach do biura Chmielińskiego, pojawiła się zaopatrzona w loki głowa w okularach. Była to sekretarka działu kryminalnego, Magda.

— Prokurator dzwonił, podczas twojej nieobecności. – powiedziała zdenerwowanym głosem.

— Tak, który?

— Wróblewski.

— A… tak, Wróblewski, dziękuję Magdo. Skontaktuję się z nim niezwłocznie. – miło odpowiedział Chmieliński.

Głowa sekretarki zniknęła w uchylonych dzwiach biura tak szybko jak się pojawiła. Zamknęła ostrożnie drzwi.

— Ha, to się skończy sączenie wina, czy co on tam sączy całymi dniami, jak się dowie, że mamy celebrytę. – z pół uśmieszkiem na twarzy mówił do aspirantów Chmieliński. – Śledźcie chłopaki wiadomości, będzie się, z czego pośmiać. Wróblewski nie należy do najlepszych w przemawianiu na konferencjach prasowych, ciekawe na czym się zająknie. – zapytał retorycznie Chmieliński. W tej samej chwili przypomniał sobie, że fakt, iż ofiara jest osobą publiczną może skomplikować dochodzenie.

— Lepiej, aby Wróblewskiemu udało się tę sprawę jak najdłużej zachować w tajemnicy przed mediami, – westchnął Chmieliński i kontynuował dalej.