Dubeltowy trup - Malwina A. Tylewicz - ebook + książka

Dubeltowy trup ebook

Malwina A. Tylewicz

0,0

Opis

Matylda Barska jest architektką pracującą w poznańskim biurze. Pewnego dnia po imprezie firmowej w toalecie zostaje odkryte ciało szefa – Krystiana Jęskiego. I to nie bagatela zostaje odkryte dwukrotnie!
Śmierć prezesa przewraca życie pracowników do góry nogami. Wszyscy zostają przesłuchani w roli świadków lub podejrzanych przez oficera śledczego Macieja Łaskę.Problemy gonią problemy, zagadki mnożą się jak króliki na wiosnę, okazuje się, że w morderstwie brała udział zaginiona krowa, a na to wszystko biurowa drukarka odmawia posłuszeństwa w najbardziej krytycznym momencie. Czy Matylda zdoła pokonać przeciwności losu i wraz z Maciejem odkryje, kim był morderca? A nade wszystko, czy zdąży z oddaniem projektu!?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 322

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Malwina A. Tylewicz

Dubeltowy trup

Projektowa komedia kryminalna

Tytuł oryginału: Dubeltowy trup

Redakcja: Monika Kujawa, Anna Kołtek

Korekta: Anna Kołtek

Skład i łamanie: Projekt Chaos

Okładka: Projekt Chaos/przy uzyciu materiałów AI

Pierwsze wydanie: Wydawnictwo Projekt Chaos 2025

Copyright © 2025 by Malwina A. Tylewicz

ISBN: 978-83-971905-0-4

Contents

Przedsłowie

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Epilog

Przedsłowie

Kto sądził, że życie architekta jest proste jak linijka, ten niewiele wie.

Co prawda nigdy jeszcze nie ukatrupiłam żadnego szefa i z wiadomych przyczyn nie zamierzam, ale kto czytał Chmielewską, zdaje sobie sprawę, że w tym zawodzie trup też ściele się często i gęsto.

Wszelkie podobieństwa do osób i miejsc istniejących są nieprawdziwe i zamierzone… albo jakoś odwrotnie.

Rozdział 1

Pod biurem nie było gdzie szpilki wcisnąć. Przejechałam na wolnym biegu wzdłuż ulicy i skręciłam na płatny parking. Ustawiłam moje małe autko na wyznaczonym miejscu i odruchowo zaciągnęłam hamulec. Zgarnęłam torbę z siedzenia, zarzuciłam torebkę na ramię i wsunęłam dłoń w rączki termicznego pojemnika na śniadanie. Byłam gotowa do wyjścia.

Otworzyłam drzwiczki samochodu i przezornie spojrzałam pod nogi. Przez ostatnie trzy dni padało intensywnie, a parking znajdował się w najniższym punkcie okolicy. Moje biuro wykupiło tutaj kilka miejsc postojowych, aby ulżyć swoim pracownikom w komunikacyjnym cierpieniu, jednak tak naprawdę wolałabym, żeby zainwestowali pieniądze w mniej błotniste tereny. Nie żebym potrzebowała jakiegoś pięknego widoku przed maską. Po prostu nieutwardzona nawierzchnia, pełna gliniastego, żółtego pyłu, w takie dni przeobrażała się w bajoro i łatwiej było zaparkować tu kajakiem niż samochodem.

Miałam rację. Przede mną rozciągała się kałuża stulecia. Westchnęłam ciężko. W tej sytuacji wygodniej byłoby być cudotwórcą ze zdolnościami mojżeszowymi, a nie architektem. Wyciągnęłam nogę najdalej, jak tylko mogłam, aby dosięgnąć względnie suchego podłoża. Po kilku dość karkołomnych próbach udało mi się ustawić tak, aby jednym niezbyt zgrabnym, za to w miarę skutecznym wygibasem osiągnąć bezpieczny drugi brzeg. Odwróciłam się w stronę samochodu i wolnym palcem wskazującym pchnęłam drzwiczki. Zatrzasnęły się miękko, dzięki czemu bez konieczności poprawiania mogłam zamknąć pojazd autopilotem.

– Dzień dobry! – przywitał mnie stróż przed budką. Starszy pan z uśmiechem na okrągłej twarzy obserwował moje poczynania z daleka, ćmiąc spokojnie papierosa.

– Dzień dobry! – odparłam wesoło, gdy mijałam jego posterunek.

– Zgrabnie pani poszło dzisiaj – zagaił.

– To przez zajęcia z jogi – wypaliłam w ramach usprawiedliwienia. – Przepraszam, jestem już spóźniona!

– Miłego dnia – zawołał jeszcze za mną, gdy biegłam obładowana torbami na drugą stronę ulicy, do bramy kamienicy, w której mieściła się pracownia architektoniczna.

Pomachałabym mu w podziękowaniu, ale już naprawdę nie miałam jak. Przed wejściem z trudem przełożyłam torbę termiczną do drugiej ręki, w której trzymałam laptopa. Poczułam, jak paski uchwytów wbijają mi się w skórę, ale nie zamierzałam odpuścić. Miałabym chodzić dwa razy? Niedoczekanie. Z wprawą wbiłam kod na panelu. Ciężkie dębowe drzwi wydały z siebie mechaniczne kliknięcie i zamek odskoczył. Pchnęłam skrzydło. Łatwo ustąpiło. Zawias i wspomaganie były tak dobrane, aby całość otwierała się praktycznie bez wysiłku.

Uśmiechnęłam się na ten widok, wdzięczna nieznanemu wykonawcy, który poczynił tak dalekie starania, by ułatwić życie przyszłym użytkownikom. Ruszyłam na górę kamiennymi schodami. Szeroka, jasna klatka ze świetlikiem i piękną duszą miała aż trzy biegi na każde piętro. Od mojego celu dzieliły mnie w sumie cztery, a właściwie cztery i pół piętra. W połowie pierwszego już czułam się wykończona, ale stara kamienica była bez windy; odremontowano ją co prawda niedawno, ale że w tak niskich budynkach nie wymaga się wind, toteż nikt jej nie zamontował. Tym sposobem biuro architektoniczne znajdujące się na ostatnim piętrze miało tylko jeden sposób komunikacji, i to mocno wysiłkowy.

Nagle usłyszałam dziwny dźwięk dochodzący z góry. Podniosłam wzrok. Stukot nie był głośny, ale miarowy. Moim oczom ukazała się nagle krowa w brązowe łaty. W wesołych podskokach zmierzała w dół schodów, odbijając się od każdego stopnia. W końcu wykonała całkiem zgrabny półobrót na ostatnim z nich, a następnie różowym pyskiem zderzyła się z moim butem i z gracją spoczęła na podeście w pozycji „zdechły pies”. Przez krótką chwilę wpatrywałam się w nią ze zdziwieniem. Skąd się tu wzięła krowa?

Balansując dodatkowymi kilogramami, przykucnęłam i podniosłam ją z podłogi. Twarda figurka z żywicy epoksydowej wyglądała na nieuszkodzoną pomimo intensywnego kontaktu z podłożem.

– Matylda?! – usłyszałam wołanie z góry. Podniosłam wzrok w tym kierunku. Przez poręcz schodów na drugim piętrze przechylał się Paweł. – Złapałaś krasulę?

– Tak, mam ją – odparłam.

– To weź ją ze sobą, dobra? I gdybyś coś jeszcze znalazła, to zbieraj! – Paweł zniknął mi z pola widzenia.

Popatrzyłam ponownie w czarne ślepia krowy i ruszyłam dalej schodami. Znajomego spotkałam dopiero na trzecim piętrze. Ciężko dyszał i opierał się o ścianę. Teraz miałam okazję zobaczyć, skąd wzięła się mućka na schodach. Paweł przytrzymywał stojącą bokiem przy ścianie makietę ogromnej mleczarni, którą niedawno projektowaliśmy. Znalezione przeze mnie stworzenie stanowiło dodatkowy jej element.

– Cześć! – rzuciłam wesoło, po czym przechyliłam głowę, marszcząc lekko brwi. – Po co to dygacie na górę? – spytałam sceptycznie.

Piękna i zrobiona na zamówienie makieta dla klienta miała posłużyć jako reklama i stanąć w biurze dyrekcji inwestora. Wnoszenie przestrzennej wizualizacji mleczarni na czwarte piętro kamienicy tylko po to, by za chwilę znieść ją na dół, wydało mi się mało trafionym pomysłem.

– Inwestor jej nie chce. Podobno za duża – mruknął z rezygnacją.

– To nie lepiej wyrzucić? – zasugerowałam nieśmiało. – Przecież to ma ze trzy metry na dwa.

– Dwa trzydzieści dwa na metr osiemdziesiąt sześć – poprawił mnie Arek, który siedział na schodach prowadzących na czwarte piętro i przecierał spocone czoło pod opadającymi zawadiacko jasnymi falami. – Sprawdziliśmy, bo o mało co, a byśmy się z tym cholerstwem w bramie nie zmieścili. Jedno skrzydło jest chyba zablokowane na stałe albo tylko pan Jan, ten cieć, potrafi je odblokować.

– To tym bardziej – zwróciłam się do naszego konstruktora. – Myślisz, że na górze wejdzie? Tam są niższe drzwi.

Spojrzał na mnie jak na posłańca hiobowej wieści. Jego oczy ciskały błyskawice, od których za chwilę klatka schodowa mogła stanąć w płomieniach.

– Chcieli ją gdzieś zmagazynować, ale szef stwierdził, że ją weźmie. Powiedział, że będzie ładnie wyglądała przy oknie w sekretariacie – wtrącił Paweł.

– Dobra, to ja już nic nie mówię i lecę na górę – rzuciłam pojednawczo do obu. – I tę klientkę zabieram ze sobą. – Pomachałam figurką.

Arek zrobił mi miejsce na schodach, więc minęłam go i pobiegłam dalej. Naprawdę życzyłam chłopakom, aby zmieścili się w drzwiach.

Iza, nasza menadżerka, uśmiechnęła się na mój widok, gdy tylko przekroczyłam próg biura.

– Wreszcie jesteś – rzuciła zamiast zwyczajowego dzień dobry. Kontrolnie zerknęłam na wiszący z boku zegar. Wskazywał za pięć ósmą, więc się nie spóźniłam. Iza spojrzała w tym samym kierunku, po czym wzruszyła ramionami. Ona przychodziła zwykle pół godziny wcześniej. – Inwestor od tych koszyków dzwonił i potwierdził dzisiejsze spotkanie.

– Sklep z wikliną – uściśliłam. – Przynajmniej jeden porządny klient. Szkoda, że ci od większych projektów nie są tak samo dobrze zorganizowani – westchnęłam ciężko.

– Tu masz pocztę. – Przesunęła po blacie biurka kilka kopert. Odstawiłam krowę i zgarnęłam korespondencję.

– A to co? – Pochyliła się nad blatem i lepiej przyjrzała zwierzęciu. – Ładna, bardzo realistyczna.

– Nie moja – odparłam, zerkając na nadawców. Torby w drugiej ręce ciążyły mi niemiłosiernie i naprawdę marzyłam, żeby wreszcie usiąść przy swoim biurku.

– A czyja?

– Chłopaków…

–Przyprowadziłaś dzisiaj dzieci? – Iza aż się wyprostowała.

– Jakie dzieci? – spytałam nieprzytomnie.

– No właśnie: „jakie dzieci”?!

– Czyje dzieci? – zawtórowało nam pytanie. Odwróciłam się w stronę korytarza. Z toalety właśnie wychodził nasz szef, Krystian Jęski. Lekko wilgotne dłonie wytarł w marynarkę. Łypał na nas z lekkim strachem w oczach, jakbyśmy co najmniej omawiały możliwość otwarcia w biurze przedszkola.

– Niczyje – uspokoiłam ich. – Przyniosłam krowę.

Szef zdębiał na moment. Otwierał usta niczym ryba wyciągnięta na brzeg, od której żąda się dowodu tożsamości. Szybko się jednak zreflektował, przypominając sobie o makiecie, którą chłopacy próbowali wszelkimi siłami wciągnąć na górę.

– Doskonale, pani Matyldo. – Jednym susem znalazł się przy biurku. Jego oblicze rozjaśnił uśmiech. – A wie pani, że wygraliśmy ten przetarg na wieloetapową mieszkaniówkę? – zagaił.

– Ten z marca? – upewniłam się.

Przypomniałam sobie, jak prawie dwa miesiące wcześniej w dzikim szale, zarywając wiele nocek z rzędu, próbowaliśmy wspólnymi siłami skomponować trzy plansze, które miały przedstawiać najwspanialszy, naszym zdaniem, kompleks mieszkalny w tej części globu. Najwyraźniej walka przypłacona kryzysem w dwóch związkach, obłędem w ośmiu parach oczu i nerwicą chłopaka z drukarni, gdzie zażądaliśmy czterech poprawek druku „na wczoraj”, przyniosła efekt. Nasza koncepcja spodobała się klientowi, a to oznaczało dobrych kilka miesięcy pracy bez obaw o to, że zabraknie nam zajęcia i pieniędzy. No i jeszcze jedno. Za projekt przewidziano naprawdę przyzwoite wynagrodzenie, dlatego szefostwo w postaci Krystiana i jego żony Karoliny mocno naciskało na nas, żeby całość wyglądała z klasą i bezbłędnie.

– Dokładnie ten. Dziś dostałem oficjalną informację, mamy to! Gratuluję pani i całemu zespołowi! – Z entuzjazmem porwał moją dłoń, w której nadal dzierżyłam koperty, i potrząsnął nią energicznie.

– Dziękujemy i cieszę się. – Próbowałam wyrwać obolałą kończynę. Posłałam Izie zdesperowane spojrzenie, ale ona tylko siedziała za biurkiem, zachowując bezpieczną odległość od nadpobudliwego szefa.

– Nie ma za co, to państwa zasługa. W związku z tym zapraszam dziś na świętowanie. – Puścił mnie i zatarł dłonie, przyklaskując raz po raz. – Trzeba to koniecznie uczcić.

– Ale dziś? – jęknęłam. – Dziś jest poniedziałek.

– Dziś. Trudno, ale trzeba to koniecznie uczcić – powtórzył z naciskiem. – Dzięki temu zleceniu naprawdę odbijemy się od dna.

– Nie wiedziałam, że na nim byliśmy – mruknęła cicho Iza.

Szef zignorował przytyk i odwrócił się, jakby czegoś szukał.

Tymczasem drzwi do biura otworzyły się szeroko. Stanęli w nich dwaj umęczeni wspinaczką pracownicy. Krystian ucieszył się na ich widok.

– Dobrze, że już jesteście. Zapraszam na małe przyjęcie po południu.

– Co świętujemy? – wydyszał Arek.

– Dostaliśmy zlecenie na wielorodzinkę!

Mężczyźni oparli na chwilę makietę o poręcz schodów, zbierając siły na ostatni etap, czyli przejście przez drzwi. Wolałam być jak najdalej w momencie, gdy podejmą tę próbę, zwłaszcza że moje wróżby mogły okazać się trzeźwą oceną sytuacji. Przemknęłam obok szefa w stronę swojego pokoju i zostawiłam ich w sekretariacie.

Drzwi były uchylone, pchnęłam je i weszłam do środka.

– Cześć, co się tam dzieje? – przywitała mnie Joanna, wychylając się zza biurka pod oknem.

– Cześć, szef pochwalił się, że zdobyliśmy to zlecenie na wielorodzinkę, i zapraszał na przyjęcie po pracy – powiedziałam zgodnie z prawdą. Minęłam pusty stolik pod ścianą i wreszcie wylądowałam na swoim krześle, naprzeciw koleżanki. Głęboko odetchnęłam i ostrożnie wypuściłam z objęć torbę na laptopa i śniadanie.

– Spróbowaliby nam tego nie dać. – Pokiwała głową w zamyśleniu.

– Zawsze mogło się tak zdarzyć.

– Żartujesz? O mało mi się przez to małżeństwo nie rozpadło!

– Dobrze, że Wojtek jest taki spokojny i te nasze szaleństwa wytrzymuje.

– Musi, ma to wpisane w umowę – odparła rezolutnie. Odchyliła się w bok, obserwując moje zmagania z torbą. – Przeprowadzasz się czy co? Po co to wszystko przytargałaś?

– Pracowałam w weekend. Nie zdążyłabym wszystkiego zrobić dzisiaj.

– Weekend nie jest od pracy.

– Proszę cię, nie rób mi wymówek, już wystarczy, że mam wyrzuty sumienia.

– To przynajmniej tyle dobrego. – Wyprostowała się i skryła za dwoma szerokimi monitorami. Zagłębiła się w las kolorowych linii, z których kiedyś miał powstać budynek. Jako trzydziestodwuletnia matka, żona i architektka z uprawnieniami stanowiła dla mnie wzór do naśladowania, mimo że była młodsza ode mnie. Główną cechą, którą próbowałam sobie od niej przyswoić, była umiejętność zachowania równowagi między pracą a życiem osobistym. Niestety na razie bezskutecznie. Właśnie spędziłam weekend nad projektem, którego termin mijał z końcem tygodnia, i nadal modliłam się, aby zdążyć.

Westchnęłam ciężko, ustawiłam laptopa na blacie przed biurowym komputerem i wcisnęłam przycisk startu. Urządzenie zaszumiało cicho. Czekałam, aż system się załaduje, a z korytarza dobiegały mnie przekleństwa Arka. Najwyraźniej będę musiała udać się po kawę odrobinę później. Wszystko po to, aby nie spotkać się z chłopakami, gdy walczyli z makietą.

Rozdział 2

Do domu wpadłam zziajana i w pędzie rzuciłam komputer na łóżko. Torebkę – jako rzecz mniej cenną – upuściłam gdzieś obok, a skórzane botki zgrabnym ślizgiem wsunęły się pod zwisającą nisko pościel. Na przebranie się i przygotowanie miałam niecałą godzinę. Zważywszy na stan ducha i ciała, jaki sobą przedstawiałam, był to zdecydowanie za krótki czas.

Po odświeżającym prysznicu i wbiciu się w małą czarną, która wbrew nazwie wcale taka mała nie była, zostało mi zaledwie kilka minut na poprawienie makijażu i włosów. Nawet jeśli była to impreza firmowa, należało zadbać o swój wygląd. Szef czasem zapraszał niektórych inwestorów na te kameralne, improwizowane przyjęcia. W takiej sytuacji nie mogłam wykluczyć, że natknę się tam na kogoś obcego. Jak bym się czuła przy następnym spotkaniu, jeśli teraz wystąpiłabym w moich ukochanych elementach garderoby – dżinsach i powyciąganym czarnym swetrze – które na taką okazję zupełnie się nie nadawały?

Przeciągnęłam po powiece eyelinerem i odsunęłam się od lustra, uważnie oceniając łuk wykonanej kreski. Nie było tak źle. Co prawda wprawne oko architekta wyłapywało drobną niedoskonałość, ale dla kogoś mniej doświadczonego byłoby to zupełnie niewidoczne. Tym bardziej że zamierzałam jeszcze pociągnąć całość ciemnym cieniem, który miał ukryć mankamenty pierwszej warstwy.

Sięgałam właśnie po paletkę, kiedy rozległ się dźwięk komórkowej melodyjki. Odebrałam połączenie i przełączyłam na tryb głośnomówiący.

– Jesteś tam?

– Jestem mamo, cześć – odparłam, wracając do przerwanej czynności.

– To dobrze, bo już myślałam, że coś rozłączyło – pożaliła się rodzicielka, po czym płynnie przeszła do meritum. – To jak, przyjedziesz na weekend?

– Jaki weekend?

– Najbliższy.

– Mamo, jest poniedziałek, a ty mnie o weekend pytasz? – Spojrzałam zaskoczona na komórkę, jakby mój wzrok mógł do niej dotrzeć.

– Oj, bo zawsze jak dzwonię później, to mówisz, że mogłam wcześniej cię zapytać. No to dzwonię dzisiaj – obruszyła się.

– To teraz przesadziłaś w drugą stronę.

– To jak, przyjedziesz?

Zapadło milczenie. Miałam nadzieję, że mama zrozumie i odpuści, najwyraźniej jednak nie miałam dość szczęścia.

– Przyjedzie wujek Staszek… – kusiła. – I Andrzejek ma być.

Dłoń drgnęła mi niekontrolowanie i na twarzy pojawiła się ciemna smuga od oka aż do policzka. Nagle zaczęłam przypominać zapłakaną pandę. Nie zwróciłam w pierwszej chwili na to uwagi. Wspomnienie Andrzeja uderzyło we mnie z całym impetem ponad trzydziestu lat znajomości z kolegą z podwórka. Moim osobistym koszmarem z dzieciństwa. Nasza relacja opierała się głównie na stosunkach porównywalnych do sarny na drodze wojewódzkiej i rozpędzonego auta. Mama jednak wierzyła niezmiennie, że wszystkie okropności, jakie przeżyłam z powodu tego człowieka, to tak naprawdę niedojrzała miłość w stylu „kto się lubi, ten się czubi”. Jeśli myślała, że skusi mnie w ten sposób do weekendowego powrotu na łono rodziny, to właśnie ta szansa odjechała w siną dal, nie powiewając nawet chusteczką.

– Mamo, nie mogę, jestem zawalona pracą, nawet w weekend muszę pracować. Więc przyjazd odpada.

– Za dużo pracujesz, wiesz, jakie to niezdrowe? Nie możesz tak się przepracowywać, powinnaś pomyśleć o dzieciach!

– A kto powiedział, że ja każę pracować jakimś dzieciom?! To ja będę pracować.

– No właśnie, dlatego mówię: pomyśl o swoich dzieciach! Matka przepracowana to żadna matka!

– Ale ja przecież nie mam swoich dzieci – jęknęłam oszołomiona.

– No właśnie! – powtórzyła triumfalnie. – A powinnaś mieć!

Przygryzłam jeszcze nieumalowaną wargę, walcząc wewnętrznie z chęcią rozłączenia rozmowy. Perspektywa była na tyle kusząca, że palec wskazujący sam mi drgnął, przez co upuściłam pędzelek do cieni. Bez namysłu zanurkowałam pod stół w poszukiwaniu zguby, podczas gdy nad moją głową trwała tyrada na temat mojego wieku, statystycznych danych dotyczących pierworódek i nieubłaganie płynącego czasu.

– …no i dlatego powinnaś znaleźć sobie męża, młodsza się, skarbie, nie zrobisz. W twoim wieku dobrej partii ze świecą szukać – narzekała monotonnym głosem, do którego zdążyłam się po latach przyzwyczaić. Już chciałam jej przerwać, gdy mama zatrzymała swój monolog, nabierając powietrza. – To może jednak przyjedziesz, zaproszę Andrzejka?

Uniosłam gwałtownie głowę, żeby zaprzeczyć. Zapomniałam tylko, że nadal znajduję się pod stołem. Rozległ się huk, a komórka gwałtownie się poruszyła z powodu nagłego uderzenia w blat.

– Coś się stało? – zaniepokoiła się mama.

– Wszystko w porządku – odparłam, rozcierając sobie guza. Przysiadłam na podłodze i czekałam, aż pierwszy ból minie i znów zacznę widzieć wyraźnie.

– Coś trzasnęło… pewnie na łączach… Może nas podsłuchują?

Tego już było za wiele. Rzuciłam się do przodu, ożywiając wyświetlacz komórki.

– Mamo, mam wyjście biznesowe i muszę lecieć – zawołałam do głośnika. – Pogadamy później, pa!

Rozłączyłam się, zanim zdążyła mi opowiedzieć o programie Pegasus i służbach specjalnych na usługach rządu. Westchnęłam ciężko i usiadłam z powrotem na krześle. Tego mi jeszcze brakowało, żebyśmy z tematu dzieci, przez małżeństwo, przeszły płynnie do inwigilacji. Za dużo tego jak na jedną rozmowę.

Spojrzałam na swoje odbicie. Zapłakana panda rozmazała się jeszcze bardziej.

– Szkoda, że to nie bal przebierańców – mruknęłam zrezygnowana i wyciągnęłam z pudełka kolejne chusteczki, żeby pozbyć się nadmiaru makijażu.

Rozdział 3

Na wieczorne świętowanie dotarłam lekko spóźniona. Gdy udało mi się wreszcie wdrapać na poddasze, zastałam drzwi do biura szeroko otwarte. Już na klatce słychać było dźwięki muzyki puszczanej z czyjegoś komputera. W pierwszej chwili nie byłam w stanie rozpoznać utworu. Na szczęście w kamienicy mieściły się tylko lokale biurowe, w których o tej porze zapewne nikogo już nie było, inaczej wizytę straży miejskiej mielibyśmy jak w banku.

Gdy przekraczałam próg, z zaciekawieniem spojrzałam na makietę opartą o ścianę klatki schodowej. Rzędy budynków imponującej wielkości oraz silosy na zboże i mleko surrealistycznie odstawały w głąb korytarza i nieznacznie zagradzały przejście.

– A więc jednak nie udało im się wnieść tego przez drzwi – skwitowałam, mijając makietę.

– W życiu! – zawołała Joanna, która właśnie pojawiła się w progu pomieszczenia socjalnego z tacą pełną sushi i wychyliła się, aby sprawdzić, kto przyszedł. – Okazało się, że silosy są za duże i bez wyrywania ich z makiety się nie obejdzie.

– Będą rozkładać to ustrojstwo?

– Arek powiedział, że jutro przyniesie piłkę do plastiku i przetnie słupy, żeby później przykleić je łatwo z powrotem. Inaczej szef mocno się wkurzy, że zniszczyli makietę. Ponoć kosztowała jakieś niebotyczne pieniądze.

– Bezsensownie wydane. – Zdjęłam kurtkę i powiesiłam ją na wieszaku przy drzwiach. Chłodne wieczory zmuszały do dodatkowego okrycia.

– Na szczęście nie nasze.

– Premie by z tego dali, zamiast takie rzeczy budować. Nawet inwestor jej nie chciał.

Joanna wzruszyła ramionami.

– Teraz już i tak nie ma to znaczenia.

– Masz rację, byle tylko nie straszyli tym przed wejściem – zgodziłam się. – Są już wszyscy?

– Prawie. Arek i szefowa jeszcze nie przyszli, a Krystian zabawia gości.

– Gości?

– Nowi inwestorzy, ci od wielorodzinki, są też Papaja i Dziadki, no i Rafał od elektryków, a także Kasia i Paulina z sanitarki.

– Papaja i nawet Dziadki?! – zawołałam konspiracyjnym szeptem.

Papają nazywaliśmy w skrócie firmę PPJ. Wzięło się to od pierwszych liter nazwisk trójki właścicieli – Adama Panka, Damiana Pedy i Lidki Jarek. Tworzyli oni jedno z najdłużej współpracujących z nami przedsiębiorstw i nie przepuszczali prawie żadnej imprezy okolicznościowej, którą organizował nasz szef. Dziadkami natomiast ochrzciliśmy parę starszych panów, którzy zlecali nam drobne przebudowy w swoich licznych lokalach do wynajęcia, czym dostarczali nam w nierównych proporcjach ogrom pracy i nikłą satysfakcję. Westchnęłam ciężko, bo ten zestaw nie wróżył najlepszej zabawy.

Ruszyłam za Izą do salki konferencyjnej, poprawiając odruchowo dekolt sukienki. Gdy weszłam do pokoju, Krystian rozbawiał opowieściami kierownictwo Papai. Robił to z niezwykłą intensywnością; aż dziw brał, że zawartość jego kieliszka nadal pozostawała w pękatej czarce.

– Przyjeżdżamy na miejsce, a tam kierownik budowy, czerwony jak burak, stoi na skraju wielkiego bajora, z którego tryska słup wody i wystaje do góry nogami kabina koparki. Na niej siedzi zrozpaczony operator i krzyczy, że on nie zejdzie, bo nie umie pływać – opowiadał szef. – Przez pękniętą rurę pół kwartału nie miało wody przez trzy dni, a z wykopu pompowaliśmy ją przez tydzień.

– I nie czepiali się? – zapytała ze zdziwieniem Lidka.

– Okropnie – przyznał Krystian z nonszalancją godną tylko szefa biura, któremu zawsze fuksem udaje się wybrnąć z najtrudniejszych sytuacji. – Na szczęście poszło z ubezpieczenia. Okazało się, że geodeta nie naniósł rury na mapy i nikt nie wiedział, że tam się to ciągnie.

Odwróciłam się do nich plecami i podeszłam do miejsca, w którym Iza ustawiła smakowite przekąski. Nie zdążyłam zjeść obiadu i mój żołądek sobie o tym przypomniał. Zachłannym spojrzeniem omiotłam suto zastawiony stół. Trzeba przyznać, że szefostwo nie oszczędzało na wystawnym spotkaniu. Prócz desek z sushi na stole stały jeszcze talerze wypełnione pierożkami japońskimi, waza z zupą grzybową, a na półmisku piętrzyły się miniaturowe kanapeczki z ogórkiem i tuńczykiem lub pomidorem i pleśniowym serkiem. Obok postawiono sałatkę, a dla smakoszy bardziej swojskich klimatów dorzucono jeszcze rybę po grecku. Prawie jedną trzecią stołu zajmowały butelki z alkoholem, w szczególności z winem: czerwonym, różowym oraz białym. Następnie whisky, dwa rodzaje nalewek i burbon. Soki i cola stanowiły raczej dodatek do drinków. Nic, tylko wybierać i dobrze się bawić.

– Dzień dobry, pani Matyldo – usłyszałam za swoimi plecami powitanie pana Marka, jednego z dwóch Dziadków. Mężczyzna już kilka lat temu skończył siedemdziesiątkę i choć wyglądał na swoje lata, to umysł miał bystry i młodzieńczy. Brązowe oczy, błyszczące już pierwszymi wypitymi drinkami, skrywał pod krzaczastymi brwiami, które komponowały się wspaniale z sarmackim wąsem. – Dobrze się pani bawi?

– Dzień dobry, panie Marku, właśnie zamierzałam zacząć. Dopiero przyszłam.

– Ach, doskonale… – zawahał się, po czym dodał: – Czy mogę mieć zatem prośbę, zanim pani zacznie?

Wyczułam, że to, co za chwilę nastąpi, wcale mi się nie spodoba. Takimi słowami zwykle ludzie zaczynali prośbę o szybkie przeprojektowanie drobiazgu, który w ostatecznym rozrachunku okazywał się całym budynkiem albo przynajmniej jego najbardziej upierdliwą lub newralgiczną częścią.

– O co chodzi? – Nie ukrywałam zniecierpliwienia, na które staruszek nie zareagował.

– To nic wielkiego. Bo widzi pani, urząd twierdzi, że na mojej działce jest jezioro.

– A jest? – spytałam szybko.

– No… – przyznał niechętnie i rozejrzał się wokół, jakby ktoś z urzędu stał w pobliżu i podsłuchiwał. – Niby jest, ale tak nie do końca.

– Jak to: „niby jest”? Zwykle albo mamy jezioro, albo go nie mamy. Stoi u pana woda?

– No, woda jest – przytaknął bez ogródek. – Ale żeby zaraz jezioro?!

– Jak geodeta oznaczył, że jezioro, to jezioro. Przeszkadza panu ten zbiornik?

– A co ja z nim zrobię? – Rozłożył ręce. – Deweloperem jestem, domy buduję, a nie barki.

– Widział pan działkę przed zakupem, przecież jezioro nie pojawiło się nagle.

– Niby tak, ale to była okazja – usprawiedliwiał się. – Tylko dwadzieścia pięć minut od Poznania, sześć hektarów, a kwota… jak za darmo.

– Nikt nie chciał kupić jeziora? – domyśliłam się. – Wie pan, ja jestem architektem, nie cudotwórcą. Ma pan działkę z pięknym jeziorem, czego chcieć więcej?

– A nie można by go tak… zasypać?

Uniosłam brwi w niedowierzaniu. Jak można wpaść na pomysł zasypania sześciohektarowego jeziora i budowania na nim bloków mieszkalnych?! Pomijając szkodę dla środowiska i brak możliwości otrzymania pozwolenia na takie działania, zaczęłam mimowolnie kalkulować w głowie koszty przedsięwzięcia. Po chwili pogubiłam się w liczbach i westchnęłam. Przez ten czas pan Marek nie drgnął, był ciągle wpatrzony we mnie jak w obrazek. Oczekiwał najwyraźniej cudu na miarę rozstąpienia się Morza Czerwonego i przejścia przez to nieszczęsne jezioro suchą stopą.

– Wydaje mi się, że… – zaczęłam zrezygnowana, gdy po drugiej stronie sali dostrzegłam ruch.

– Matyldo, podejdź, proszę, mamy tu problem. – Arek machał do mnie ręką.

– Proszę wybaczyć, panie Marku, każdy architekt wie, że odmawianie konstruktorowi grozi katastrofą – rzuciłam z przepraszającym uśmiechem i ruszyłam w stronę kolegi.

Arek wyciągnął do mnie wolną rękę i objął przyjacielsko. W drugiej trzymał kieliszek czerwonego wina. Stojąca obok niego Iza uwijała się właśnie z rozstawianiem kolejnych półmisków z sushi.

– O co chodzi? – Rozejrzałam się za wspomnianym problemem.

– O nic. Widziałem po twojej minie, że za chwilę nie wytrzymasz, i postanowiłem ci pomóc.

– Całe szczęście – westchnęłam z ulgą. – Nawet nie wiesz, jak jestem ci wdzięczna.

– Jak chcesz się odwdzięczyć i zachować pozory, to w socjalu zostały jeszcze pierożki, możesz przynieść – rzuciła Iza, otrzepując dłonie. – Ja muszę do toalety.

– Nie ma problemu – zgodziłam się.

Arek niechętnie wypuścił mnie ze swoich objęć. Nie podobało mu się, że traci towarzystwo nawet na chwilę. Uśmiechnęłam się do niego pocieszająco i wybrałam się na poszukiwanie wspomnianych dań.

W socjalu zastałam jedynie Kasię, która kończyła ustawianie słonych przystawek na półmisku.

– Iza mówiła, żeby coś zanieść do salki… – zagaiłam.

– Pewnie chodziło jej o to. – Kasia wskazała palcem umazanym majonezem inny talerz, stojący bliżej mnie, po czym wsadziła go do ust. Palec, rzecz jasna, nie talerz. – A gdzie się znów podziała Iza?

– Musiała skoczyć do toalety.

– Chyba sobie pęcherz przeziębiła, bo biega tam niemiłosiernie często.

Wzruszyłam ramionami. Pęcherz koleżanki niewiele mnie obchodził. Chociaż jeśli była to prawda, to mogłam jej tylko współczuć. Wzięłam wskazane wcześniej naczynie i ruszyłam do wyjścia. Zatrzymałam się jednak na tyle gwałtownie, że przystawki na talerzu niebezpiecznie przesunęły się na jedną krawędź.

– A ty nie idziesz się bawić? – zapytałam bardziej z ciekawości niż z troski.

– Tak, już… – zawahała się. – Tylko to skończę.

– No dobrze. Nie daj się Izie zagonić do pracy przy serwowaniu dań przez cały wieczór – powiedziałam z uśmiechem.

Odwróciłam się i już chciałam wyjść, kiedy jak spod ziemi wyrósł przede mną Rafał. Przystanęłam, zanim cała zawartość tego, co niosłam, znalazła się na jego fioletowej koszuli, ale i tym razem zrobiłam to dość niespodziewanie.

– Oj! Uważaj dziewczyno! – zawołał do mnie i uskoczył pod ścianę.

– Sam uważaj – fuknęłam, próbując delikatnie przesunąć pierożki na środek talerza, ale większość z nich przylepiła się do naczynia i zyskałam tylko tłusty palec. – Chcesz wyglądać jak barszcz z uszkami?

– Wolałbym nie – odparł szczerze.

– Szukasz czegoś? – zaciekawiłam się.

– Yyy… – zawahał się, podobnie jak wcześniej Kasia. – Wina, wina szukałem.

– Chyba jest już całe na stole w salce – zauważyłam zgodnie z prawdą i obserwowałam, jak jego twarz nabiera niezdrowych rumieńców, a wzrok biegnie za moje plecy. Nie miałam serca komplikować mu sytuacji jeszcze bardziej. – Poszukaj, może coś znajdziesz. Tylko niedługo wróci Iza po resztę dań, więc się pospiesz.

Wyminęłam go, wracając do gości i reszty pracowników.

– Tylko tyle? – zdziwił się Arek.

– Reszta nie jest gotowa, chwilę to zajmie.

Zabawa rozkręcała się powoli na całego. Szefowa zdążyła już przyjść i szybko nadrabiała zaległości. Najprawdopodobniej kończyła trzeci kieliszek w towarzystwie inwestorów, bo w niebezpieczny sposób balansowała górną połową ciała, pochylając się w konfidencjonalnym szepcie do stojącego obok Adama. Dolną część natomiast opierała na sąsiednim Ryszardzie, a nieobutą stopą wędrowała niezdecydowanie to w dół, to w górę jego łydki, powodując niezdrowe wypieki na twarzy pięćdziesięciolatka.

Odwróciłam wzrok. Nie przyszłam tu, żeby biegać z tacą lub – co więcej – obserwować, jak dobrze bawi się moja szefowa, kiedy jej małżonek nie znajduje się w pobliżu.

– To co tak długo robiłaś? – Arek oderwał moje spojrzenie od widoku bawiących się ludzi.

– Wpadłam na Rafała, chyba ma coś do Kasi – odparłam, odstawiając talerz. – Lepiej nie chodzić do socjalu przez jakiś czas.

– Będę miał to na uwadze. – Uśmiechnął się zawadiacko i podał mi kieliszek wypełniony białym winem.

Powąchałam zawartość.

– Śliwkowe? Szefostwo się szarpnęło.

Upiłam niewielki łyk trunku. Miał silny owocowy aromat i piękny kolor jasnego bursztynu. Uwielbiałam ten smak zwłaszcza do sushi i pierożków, z którymi idealnie się komponował.

– Niezupełnie. – Arek zmrużył oczy. – Powiedzmy, że to ode mnie.

Spojrzałam na niego z uznaniem. Nie dziwiło mnie, że wie, co lubię. W końcu znaliśmy się od kilku lat, a od prawie dwóch byliśmy w nieformalnym związku, doskonale więc zdawał sobie sprawę z tego, co mi zasmakuje. Bardziej zastanawiało mnie, na jaką okazję Arek postanowił się tak wysilić. Zwykle nie był typem, który myślał o tak przyziemnych rzeczach jak przyniesienie kobiecie ulubionego wina na firmowy bankiet.

– Czym sobie zasłużyłam? – spytałam wreszcie, gdy skończyłam analizować nieodległą przeszłość i nadal nie znalazłam żadnego konkretnego powodu, który mógłby wskazywać na dzień dobroci dla architektów lub łóżkowych partnerów.

– Matyldo, ranisz moje uczucia – obruszył się, przykładając dłoń do piersi w teatralnym geście. – Czy zawsze musi być jakiś powód, żebym był miły?

– Po prostu cię znam.

– Może nie znasz mnie aż tak dobrze, jak ci się wydaje? – droczył się.

– Powiedz po prostu, czego chcesz.

– Nic nie chcę – odburknął wyraźnie urażony. Dopił drinka ze swojej szklanki i z hukiem odstawił ją na stolik obok półmiska. – Chcesz zostać do końca czy urywamy się wcześniej?

Roześmiałam się szczerze rozbawiona. Właśnie odkrył karty, nie byłam tylko pewna, czy robił to świadomie. Popatrzył na mnie lekko zaskoczony moją reakcją. Nie miałam jednak nic złego na myśli, więc opanowałam się natychmiast.

– Możemy…

Przez płynącą z głośników muzykę przebił się krzyk. Wszyscy obecni w salce znieruchomieli na ułamek sekundy jak stado saren nasłuchujących niebezpieczeństwa.

– Poczekaj tu – rzucił Arek i wyminął mnie w drodze na korytarz. Nie miałam najmniejszego zamiaru go słuchać i pobiegłam za nim, tak samo jak reszta towarzystwa.

Stłoczyliśmy się w drzwiach wyjściowych, tuż za konstruktorem. Jedno spojrzenie wystarczyło, by zlokalizować źródło tego nietypowego dźwięku. W progu toalety stała Kasia. Blada jak ściana, z rozszerzonymi z przerażenia oczami.

– On… on… nie żyje?! – wyjąkała z trudem na nasz widok, wskazując w głąb pomieszczenia.

Arek odsunął ją delikatnie i zajrzał do środka. Byłam tak blisko niego, że o mało nie nadepnęłam mu na piętę, ale zatrzymałam się w drzwiach. Zabrakło mi odwagi, by wejść dalej. Na moich plecach uwiesili się następni zaciekawieni goście. Arek wszedł do środka jako jedyny.

Na posadzce, na wpół oparty o ścianę, leżał Krystian. Jego ręce opadły swobodnie wzdłuż ciała, a głowa przechyliła się w stronę umywalki. Na białej koszuli widoczna była wielka krwista plama. Poczułam, jak zaczyna mdlić mnie ze strachu.

Za mną zrobił się nieznaczny ruch; to szefowa próbowała przepchnąć się pomiędzy zebranymi. Chciała zobaczyć, co się stało. Ja nie odrywałam wzroku od Arka. Karolina stanęła obok i położyła dłoń na moim ramieniu. Jej ciężkie perfumy jeszcze bardziej przewróciły mi wszystko w żołądku. Ona natomiast nie wytrzymała widoku. Nagle mnie odepchnęła i skręciła zaraz za wejściem do pierwszej kabiny z brzegu, po czym usłyszeliśmy, jak wymiotuje.

Nasz konstruktor zdążył w tym czasie pochylić się nad Krystianem i przez chwilę go obserwował, jakby analizował każdy centymetr jego ciała. W końcu ukucnął powoli i przyłożył palce do szyi przełożonego.

Wszyscy wstrzymaliśmy oddech.

– Panie Krystianie? Szefie? – zawołał do niego.

– Trup nie odpowie – wyrwało się komuś z tyłu.

– Szefie!

Krystian drgnął. Uniósł głowę i charknął głośno. Zebrani w progu cofnęli się o krok na widok zmartwychwstania. Sama poczułam dreszcz przebiegający mi po kręgosłupie. Jako miłośniczka fantastyki byłam w stanie uwierzyć, że nasz szef wrócił z zaświatów. Zresztą wyglądał dokładnie tak jak nieboszczyk nie pierwszej świeżości.

– W porządku? – Arek chwycił Krystiana za ramię, bo ten znów niebezpiecznie przechylił się w stronę umywalki.

– Chyba tak – odparł z trudem poszkodowany i natychmiast syknął, przykładając dłoń do głowy. – Ale musiałem przydzwonić.

– Już myśleliśmy, że pan zszedł.

– Nie, wszystko dobrze.

Arek pomógł mu wstać. Karolina zdążyła się ogarnąć i wyszła z kabiny wściekła jak osa.

– Przecież mogłeś się zabić! I jak ty wyglądasz? Co ty masz na koszuli?

Krystian spuścił wzrok na wielką czerwoną plamę na swojej piersi.

– A, to? Wino czerwone. Otwierałem butelkę i się rozlało. Przyszedłem to przepłukać, ale chyba się poślizgnąłem.

– Dobrze, że pan nie rozbił sobie głowy, uderzając o umywalkę – wtrącił Arek, ponieważ zauważył, że szefowa już szykuje się do następnego natarcia.

– Zwariować z tobą można – fuknęła tylko. Następnie odwróciła się na pięcie i przecisnęła obok nas na korytarz.

Odetchnęłam głęboko. Najwyraźniej nic poważnego się nie stało pomimo tego, jak z początku wyglądała cała ta sytuacja. Spojrzałam na Arka, który uchwycił mój porozumiewawczy wzrok i kiwnął lekko głową. Przybrałam najmilszy z uśmiechów, na jaki było mnie stać, i odwróciłam się do zebranych w przejściu.

– Przepraszamy za zaistniałą sytuację – odezwałam się do nich, rozkładając ręce, jakbym zaganiała małe stworzenia. – Zapraszamy do salki na poczęstunek i kontynuację naszego małego świętowania. Pan Krystian dołączy do nas, gdy już poczuje się lepiej.

– Na pewno wszystko w porządku? Może trzeba wezwać pogotowie? Co, jeśli doszło do wstrząśnienia mózgu? – odezwała się Kasia, która nie ruszyła się z miejsca od momentu, gdy Arek przesunął ją na bok, aby wejść do toalety.

– Wszystko będzie okej – przerwałam jej, zanim zaczęła kreślić jeszcze czarniejsze scenariusze.

– Ale…

– Arek się nim zajmie. Wytrzymasz, zanim skończą?

Popatrzyła na mnie zaskoczona, ale pokiwała głową.

– Chciałam tylko umyć ręce.

– To idź do socjalu, tam też jest umywalka.

– No tak.

Kasia dała się lekko poprowadzić w stronę pokoju socjalnego. Reszta gości wróciła do salki konferencyjnej. Z głośników przy rzutniku popłynęła swobodniejsza i weselsza muzyka; znak, że szefowej nie było w pobliżu i atmosfera mogła się trochę rozluźnić.

– Gdzie Rafał? – spytałam niezobowiązująco tylko po to, aby rozproszyć ciężkie myśli krążące nad głową dziewczyny.

– Musiał wracać do domu. Jutro jedzie z samego rana do Wrocławia na spotkanie.

– I nawet się nie pożegnał z nami?

– Nie chciał robić zamieszania.

Uchyliłam drzwi do pomieszczenia socjalnego i wpuściłam przed sobą Kasię. O mało nie rozbiłam sobie nosa na jej plecach, gdy stanęła niespodziewanie w progu. Zaciekawiona zerknęłam nad jej ramieniem. W środku Karolina, odwrócona do nas tyłem, rozmawiała ze stojącą naprzeciw niej Izą. Dziewczyna oparła się o kuchenne szafki, jakby robiło jej się słabo. Trochę jej współczułam. Nie dość, że musiała zadbać o bufet i pracowała po godzinach, to jeszcze trafiła na moment, kiedy szefowa musiała się na kimś wyżyć, bo mąż ją ośmieszył.

– Przepraszam, przeszkadzam? – odezwała się Kasia.

– Nie, już skończyłyśmy rozmowę – odparła Karolina, odwracając się do nas. Twarz miała spokojną, ale jej oczy ciskały błyskawice. Wstała, energicznym krokiem minęła nas i w milczeniu wyszła na korytarz.

– Iza, coś się stało? – zaniepokoiłam się, bo w oczach dziewczyny pojawiły się łzy.

– Wiesz, jak to jest. – Z rezygnacją machnęła ręką.

– Nie martw się, ona jest pijana, jutro jej przejdzie.

Pocieszenie nie było takie bezpodstawne. Może nasza szefowa bywała niecierpliwa i często wybuchała, za to nie trzymała długo urazy i nie była mściwa. Jeśli traktowało się to jako ułomność jej charakteru, można było z nią przetrwać. Jednak gdy działo się z pracownikami coś złego, zawsze starała się pomóc ze szczerego serca.

– Wiem – westchnęła Iza i usiadła przy stole.

Kasia umyła ręce i opryskała twarz wodą, po czym oderwała kawałek papierowego ręcznika i wytarła delikatnie policzki, tak aby nie uszkodzić makijażu. W końcu zajęła krzesło obok Izy.

– U was zawsze takie atrakcje na imprezach?

– Nie, tylko przy szczególnych okazjach – odparłam automatycznie. – Ale że szefostwo lubi się dobrze zabawić, to czasem zdarzają się niespodzianki.

Kasia pokiwała powoli głową. Wyraźnie zeszły z niej emocje, bo twarz wracała do normalnych kolorów, a głos był spokojniejszy.

– Ja naprawdę myślałam, że on nie żyje. Wyglądał tak prawdziwie.

– Kto nie żyje? – Iza wyprostowała się niespodziewanie.

– Nie, to już nieaktualne.

– Nieaktualne?

– No, Kasia znalazła trupa Krystiana w łazience, ale wstał i teraz się myje.

– Trup…? Wstał, żeby się umyć? – wydukała Iza. Już otworzyłam usta, chcąc jej odpowiedzieć, ale ona ciągnęła dalej: – Kochana, nie wiem, co ty piłaś, ale dobrze ci radzę, więcej nie bierz tego świństwa do ust.

Kasia zachichotała nerwowo, jakby szok jeszcze jej nie minął.

– Nie trup, tylko Krystian – tłumaczyłam cierpliwie. – Uderzył głową w umywalkę i go zamroczyło, a Kasia myślała, że umarł.

Iza zmrużyła oczy, próbując wszystko zrozumieć. W pokoju zapadło ciężkie milczenie. Gdy stres i towarzyszące mu emocje opadły, poczułyśmy ogromne zmęczenie. Patrzyłyśmy na siebie z sennością w oczach. Wcale nie chciało mi się wracać do gości.

– Idziemy do salki czy robimy równoległy bankiet? – spytałam z lekkim uśmiechem, dosiadając się do dziewczyn.

– Nie kuś nawet – odparła Iza z rezygnacją. – Ja tam odpowiadam za przekąski.

– Myślisz, że w tym stanie upojenia będą zwracać uwagę na brak przekąsek?

Do pokoju socjalnego wszedł Arek. Rękawy koszuli miał podwinięte aż do łokci, dzięki czemu mogłam podziwiać jego ładnie opaloną skórę i niewielki tatuaż na wewnętrznej stronie ramienia. Przedstawiał on mrówkę wędrującą z liściowym żaglem pomiędzy zielenią. Obrazek był pięknie wykonany i często żałowałam, że nie widuję go także w ciągu dnia. Arek jednak nie do końca za nim przepadał; twierdził, że jest to pamiątka po pijackim wybryku na studiach. Pewnego razu dał się namówić znajomym chłopakom, żeby wyluzować i zarzucić na krótką chwilę naukę. Poszedł w piątek z kolegami do baru i wrócił w poniedziałek bez kolegów, za to z symbolem pracowitości odmalowanym na skórze.

– Sytuacja opanowana – oznajmił wesołym tonem.

– Wysłałeś go do domu? – spytałam zaciekawiona.

– Chyba sobie żartujesz. „Noc jest jeszcze młoda i trzeba świętować wygraną, inaczej projekt się nie uda” – zacytował swojego przełożonego, zniżając głos w podobny do niego sposób. – Spokojnie, ten człowiek jest nieśmiertelny.

– Ale strachu nam napędził.

– Mnie też – przyznał Arek. – Byłem pewien, że będę dotykał trupa, ale poczułem zapach wina…

– Do widzenia, państwu, ja się już będę zbierał. – W drzwiach pojawiła się siwa głowa mojego inwestora, pana Marka. – Pani Matyldo, będziemy w kontakcie w sprawie mojej działki – zawołał na odchodnym i zanim zdążyłam zareagować, już go nie było.

Arek wpatrywał się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą widzieliśmy staruszka. Wreszcie powoli pokręcił głową.

– Ja chyba też mam już dość.

Spojrzałam odruchowo na zegarek. Czas płynął o wiele szybciej, niż się tego spodziewałam; było po jedenastej. Jeśli chcieliśmy jutro przyjść do pracy, należało zacząć myśleć o powrocie do domu i odespaniu wypitych procentów.

– Zbierasz się? – spytałam.

– Tak, szefostwo i tak nie będzie już tego pamiętać.

– Też już pójdę. – Wstałam z krzesła.

– No to nici z naszej osobnej imprezy – westchnęła Kasia – ale masz rację. Jutro trzeba przyjść do pracy, więc nie ma co dłużej siedzieć. Też będę za chwilę wychodzić.

– Masz jak dojechać do domu?

– Spokojnie, Matyldo. – Kasia uśmiechnęła się z wdzięcznością. – Brat ma po mnie przyjechać.

– No to do zobaczenia, dziewczyny – pożegnałam się.

Następnie razem z Arkiem ruszyliśmy do wyjścia. Nie zamierzaliśmy wchodzić do salki konferencyjnej, bo oznaczałoby to dodatkowe pół godziny rozmów z gośćmi, a na to nie mieliśmy już ani sił, ani ochoty. Marzyłam tylko o tym, żeby znaleźć się w zaciszu własnego domu, ściągnąć szpilki i zdjąć sukienkę. Kiedy w taksówce podzieliłam się tą myślą z Arkiem, usłyszałam jedynie:

– Marzę dokładnie o tym samym.