Dom wyjątkowy. Pod milczącym niebem. Dom wyjątkowy, tom 1 - Majewska-Ziemba Katarzyna - ebook

Dom wyjątkowy. Pod milczącym niebem. Dom wyjątkowy, tom 1 ebook

Majewska-Ziemba Katarzyna

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Wyjątkowi ludzie tworzą wyjątkowe miejsca

Życie Lucyny nie jest usłane różami. Dziewczyna jest rozczarowana ciągłymi konfliktami z ojcem i brakiem ciepła w rodzinnym domu. W miłości również nie ma szczęścia. Szukając swojej drogi, decyduje się przywdziać habit i złożyć śluby zakonne.

Trafia do Warszawy do przyklasztornego domu dla sierot, który prowadzą zakonnice. Od tej chwili staje się siostrą Benedyktą, która z pasją i wiarą w cel zaczyna pracę z opuszczonymi dziećmi.

W katolickim domu dziecka nie jest łatwo. Panuje wszechobecna bieda i choroby, a jednak jest tu coś, co sprawia, że to miejsce jest domem – troska i miłość. Siostry nie tylko otaczają opieką, ale starają się dać dzieciom namiastkę rodzinnego ciepła, choć wiedzą, że nie zastąpią im rodziców. Podopieczni uczą się żyć razem, nawet jeśli pochodzą z różnych środowisk – także tych, które dla dorosłych dzielą się na „my” i „oni”.

To opowieść o miejscu stworzonym nie z ideałów, lecz z potrzeby.

Okres międzywojenny to czasy, w których o prawach dziecka mówi się niewiele. Autorytetem dla młodej siostry staje się doktor Janusz Korczak, który prowadzi dom sierot na Krochmalnej.

Te dwa miejsca różnią się od siebie religią, ale łączy je jedno: próba ocalenia dzieciństwa, choćby w najskromniejszej formie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 389

Data ważności licencji: 2/2/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pamięci mojej Mamy

 

 

 

Copyright © Katarzyna Majewska-Ziemba

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2026

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Redakcja

Magdalena Kawka

 

Korekta

Paulina Kawka

 

Projekt okładki

Iza Szewczyk

 

Skład i łamanie

Izabela Szewczyk-Martin

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2026

 

eISBN 978-83-68742-30-5

 

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

[email protected]

www.replika.eu

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział I

 

Pod schodami nie było za wiele miejsca, zazwyczaj znajdowało się tam wiadro i miotły, które Marianna odstawiała, kiedy tylko kończyła pracę. Małe drzwi zamykały się cicho i nie posiadały dodatkowego zabezpieczenia, dzięki temu nie bali się, że nagle jakiś dowcipniś zamknie je na skobel. Zresztą mieli nadzieję, że o tej porze nikomu nie przyjdzie do głowy myszkowanie po zakamarkach domu.

Mimo ciasnoty nie przepychali się, siedzieli blisko siebie i bali się poruszyć. Jeden gwałtowny gest i mogli narobić zbędnego hałasu. Przewracające się kije od miotły, metalowe wiadra albo balia postawiłyby na nogi cały dom.

– Zapal świeczkę, Rączka – szepnęła cicho dziewczyna najbliżej balii i odruchowo poprawiła blond loki. W ciemnościach nikt nie mógł jej zobaczyć, ale wolała sprawdzić, czy żaden niepotrzebny kosmyk nie wymknął się spod chusteczki, którą zakładała do spania.

Chłopiec nazwany Rączką po omacku wymacał skrytkę, w której chował zapałki i świeczkę. Zawsze je tu zostawiał, teraz wystarczyło wyciągnąć rękę i wymacać dziurę w ścianie. Marianna nie mogła o niej nie wiedzieć, zasłaniała ją miotłami, żeby nikt inny nie dojrzał i nie zrobił użytku ze znaleziska. Na wszelki wypadek przeganiała stamtąd maluchy, mówiąc, że to nie miejsce dla nich. Kiedy zostawał naprawdę mały ogarek świecy, stawiała nową, żeby znowu mieli zapas. Dobrze wiedziała o ich komitywie i niejeden raz wymiatała ze schowka pozostawione tam okruchy. Bała się, że zalegną się myszy, których szczerze nie cierpiała. Tylko raz widziała jedną w spiżarni i narobiła takiego pisku, że postawiła na nogi wszystkich. Wolała dmuchać na zimne i sprzątać od razu, żeby nie było gryzoni.

O tej skrytce opowiedziała tylko siostrze Benedykcie i nikomu więcej. Inne siostry zaraz narobiłyby niepotrzebnego rabanu, że dzieciaki coś podpalą, a przecież to już nie były maluchy i odrobina zaufania im się należała. Może i Marianna bałaby się tego samego, gdyby nie to, że był z nimi Jurek, nad wiek poważny, zamyślony, zawsze pilnujący całego towarzystwa. On z pewnością nie zostawiłby zapalonej świecy, nie było takiej możliwości.

Rączka zapalił zapałkę i po chwili mały płomyk świecy rozświetlił skrytkę. Ineza rozłożyła na podłodze czystą chusteczkę, a chłopak położył na niej zdobyte skarby: dwie skibki chleba, kawałek kiełbasy i kilka sucharków.

– Mało dzisiaj… – Jurek westchnął. Był z nich najwyższy i apetyt zawsze mu dopisywał.

– I więcej nie będzie – odpowiedział Rączka. – Sam wiesz, Juruś, że nie tak łatwo zdobyć coś do żarcia, jak się nie ma floty. Pójdę jutro na Kercelak, to może przyniosę coś więcej.

Rączka był w tym mistrzem, organizowanie jedzenia przychodziło mu tak łatwo, jak siostrze Benedykcie rachunki. Ilekroć potrzebowali pomocy w lekcjach, siostra błyskawicznie wykonywała stosowne działania w pamięci, a potem cierpliwie tłumaczyła, jak należy się wziąć do tego. Tak samo szybko Rączka zdobywał rarytasy, które normalnie nie były dla nich dostępne.

Chłopiec od zawsze wiedział, że z Kercelakiem coś go łączy, to miejsce przyciągało go jak skibka chleba z miodem muchy. Miał wyjątkową smykałkę do przywłaszczania sobie rzeczy ze straganu. Wystarczał mu pięciominutowy spacer i jeden, góra dwa ruchy ręką, od razu miał pełne kieszenie. Lądowały tam rumiane jabłka, dojrzałe śliwki, zimą pierniki, nadziewane konfiturą rożki albo obwarzanki. Wszystkie skarby przynosił, żeby w ciemnym schowku podzielić się nimi z przyjaciółmi. Oczywiście kiedy reszta dzieciaków spała, bo głodnych było wielu a jedzenia zawsze za mało. Podział odbywał się wyłącznie w małym gronie zaufanych przyjaciół i w tajemnicy przed siostrami. Schowek na miotły nadawał się do tego idealnie.

Prawdziwego powodu wizyt na Kercelaku Rączka nigdy nie zdradzał, nawet im. Dowiedział się od kogoś, że właśnie tam został znaleziony, a jako że nie był obrzezany, uznano, że jest nieślubnym dzieckiem katolików i oddano go do katolickiego domu sierot. Przy każdej wizycie na bazarze chłopiec wytężał wzrok i przyglądał się napotykanym handlarzom i klientom. Miał nadzieję, że ktoś go rozpozna i może cudem uda się odnaleźć zaginionych rodziców. Wracał z tych wojaży z łupami, ale dziwnie zamyślony, a czasem smutny. Widział, że cieszą się jedzeniem, więc udawał radość, lecz był nieswój.

Ineza położyła dłoń na jego ramieniu i szepnęła:

– Rączka, boję się, że kiedyś cię złapią, może lepiej nie idź?

– Głupiaś, Inka. – Siedząca obok Inezy dziewczyna wzruszyła ramionami i wyciągnęła dłoń po swój plasterek kiełbasy. – Jego nigdy nikt nie złapie…

– E, do czasu, Zosiu. – Jurek zawsze miał sporo zdrowego rozsądku. – Inka dobrze radzi, tylko że wtedy będziemy głodni. A tak w ogóle kradzież to grzech.

– Kradzież, zaraz kradzież, dzielą się z sierotami, bo mają nadmiar. A zresztą co mi zrobią? – spytał Rączka, łamiąc sucharek na równe kawałki.

– W sumie nic, co najwyżej siostra wlepi ci karę. – Jurek z ochotą sięgnął po swoją porcję i raz jeszcze powtórzył: – To kradzież, mówię ci. Ksiądz Kołodziej nie da ci rozgrzeszenia.

Księdza kapelana ani siostry Benedykty się nie bali, bardziej groźna była Efrema. Nigdy nie biła, nie krzyczała, ale jej przeszywający wzrok sprawiał, że największy gagatek stawał na baczność i przyznawał się do popełnionego występku. A bez wątpienia kradzież była występkiem, który siostra potępiała, podobnie jak ksiądz. Ten drugi dosadnie potrafił mówić o ciężkim grzechu złodziejstwa i zadawał pokutę, którą długo pamiętali. Ale nawet to nie powstrzymywało Rączki.

Byli głodni łakoci. Na co dzień jadali chleb ze smalcem i kartofle z rozcieńczanym wodą mlekiem, dlatego w tajemnicy organizowali jedzenie. Tęsknili za słodkim smakiem karmelka albo kawalątkiem kruchego ciasteczka. Zjadali zdobycze Rączki po kryjomu, a potem po cichu wracali do łóżek. W brzuchu burczało trochę mniej, sumienie gryzło, ale zakazany owoc smakował wybornie i nie umieli się powstrzymać.

Sierociniec utrzymywał się z datków. Wychowankowie przez cały rok malowali obrazki i pisali listy, które wysyłali do zamożnych obywateli miasta z prośbą o wsparcie. Wcale tego nie lubili, ale wiedzieli, że to konieczność, ręcznie malowane widoczki i kwiatowe laurki otwierały serca i portfele, a siostry, dzięki dobroczyńcom, mogły utrzymać to miejsce.

Za popisami artystycznymi nikt z nich nie przepadał, no, może jedna Ineza. Dziewczynka uwielbiała recytacje i teatrzyki, potrafiła sprawić, że żeńska publiczność miała w oczach łzy. Przy tym poprawiała swoje blond loki i uśmiechała się z dziecięcym wdziękiem, aż paniom z Towarzystwa Dobroczynności miękły serca i chętnie sięgały do haftowanych torebek po pieniądze. Inka marzyła o tym, żeby zostać aktorką i wszyscy o tym wiedzieli. Siostry nie do końca pochwalały ten wybór i tłumaczyły jej już kilka razy, że nauczycielka jest dużo lepszym zawodem, jednak Ineza uparcie twierdziła, że zdania nie zmieni, będzie grała w filmach tak samo jak jej matka.

Kiedyś zaciekawiona Marianna spytała siostrę Benedyktę, czy ta matka aktorka czasem odwiedza tu Inezę, ale ta spojrzała smutnym wzrokiem i odpowiedziała:

– Marianna wierzy we wszystko to, co usłyszy? Dzieci konfabulują, to znaczy zmyślają, żeby ubarwić swoje szare życie. Matka Jadwigi nie jest żadną aktorką, tak naprawdę nikt nie wie, kim ona jest. Zostawiła dziecko i więcej się nie pojawiła.

– Ale mnie nie o żadną Jadwigę chodzi – tłumaczyła się Marianna. – Tylko o naszą Inezę.

Już chciała dokładnie opisać siostrze, którą dziewczynkę ma na myśli, ale ta pokiwała głową z wyrozumiałością.

– Tak, i mnie o nią chodzi. Ona naprawdę ma na imię Jadzia, wymyśliła sobie tę Inezę, żeby chociaż imieniem się wyróżnić. Biedne dziecko…

Marianna nie spytała o nic więcej, sama nie wiedziała, czy to kłamstwo, czy jednak nie. Benedykta nie wyglądała na szczególnie oburzoną i sama do Jadzi mówiła „Ineza”. Na wszelki wypadek zmieniła temat.

– To ja może refektarz umyję?

Nie czekając na odpowiedź, ucięła rozmowę i złapała wiadro z wodą. Przystanęła chwilę oparta o miotłę i intensywnie myślała. Była już tu jakiś czas i wciąż nie mogła pojąć, jak można oddać własne dziecko. A przecież poznała już te dzieci, coby nie mówić, to one były dobre i pomocne, wystarczyło im okazać trochę serca, a same chętnie rwały się do pracy. Czasem miały aż za dużo zapału, przeszkadzały jej w kuchni i w pralni, psociły i dogadywały, ale pomagały, jak umiały.

Do pomocy w sierocińcu Marianna trafiła ze wsi. Na początku sama nie wiedziała, czy chce być zakonnicą, czy jednak nie. Zdawała sobie sprawę, że jak nie wniesie posagu, to nie będzie miała lekko, a nie posiadała ani grosza. Dlatego postanowiła najpierw zostać pomocą przy dzieciach, a potem podejmować decyzje dotyczące życia konsekrowanego. Musiała się rozeznać, jak to klasztorne życie wygląda.

Prała dziecięce ubranka, ścieliła małe łóżeczka i czekała na jakiś znak z nieba, że powinna to robić w zakonnym habicie. Znaku nie było, za to ona coraz bardziej przywiązywała się do dzieci. Słuchając ich opowieści, miała nadzieję, że przyjdzie taki dzień, że po Rączkę, Inezę czy Zosię przyjdą prawdziwi rodzice. Niestety pracowała tu już dość długo i nigdy nic takiego nie miało miejsca. Dzieci rosły, kończyły szkołę, szły na naukę zawodu, lecz nigdy nie pojawił się tu żaden rodzic.

Marianna modliła się, pościła i pracowała razem z siostrami, za swoją pracę dostawała niewielkie pieniądze i wciąż chodziła we własnej sukience, a nie w zakonnym habicie. Nie składała żadnych ślubów, bo w głębi serca miała nadzieję, że może kiedyś sama będzie matką i założy rodzinę. Oczywiście jak sobie wszystko poukłada w sercu. Z biegiem czasu wierzyła w to coraz mniej, za to kochała sieroty coraz bardziej, całkiem jak swoje. Przyzwyczaiła się do uwag sióstr, które tłumaczyły, że tu potrzebny rygor i więcej dyscypliny, bo różdżką dziateczki Duch Święty bić każe, ale wiedziała swoje. Od rygoru były Benedykta i Efrema, Marianna była od wsparcia i pocieszenia. Po prawdzie siostry dużo mówiły o tej dyscyplinie, ale same także nie biły. Kary były, ale nigdy nie widziała, żeby surowe. Benedykta otwarcie mówiła, że brzydzi się karą fizyczną, bo nie ma niczego pouczającego w tym, że silny bije słabszego. To było dla Marianny nowe, w jej domu ojciec miał ciężką rękę i nie przejmował się tym, że bite dzieci były słabe jak muchy. Dlatego słuchała rad siostry i nie chciała karać, Duchem Świętym nie była, to i bić nie powinna. Bicie to brak poszanowania godności tych dzieci. Tak mówiła o dzieciakach Benedykta, że mają godność i nietykalność. A w mądrość życiową Benedykty Marianna wierzyła równie mocno jak w dobroć najświętszej Panienki.

 

Benedykta prawie każde popołudnie spędzała w szwalni. Przeglądała ubrania podopiecznych, ale myślami była zupełnie gdzie indziej. Bardzo się martwiła o Rączkę, który ostatnio nie miał zapału do nauki. Nauczyciele skarżyli się, że chłopiec znika z lekcji albo przychodzi nieprzygotowany. Sama nie wiedziała, co z nim zrobić. Kiedy go karała, to zupełnie nie skutkowało, zamykał się w sobie i z nikim nie rozmawiał. A kiedy tylko poczuł odrobinę wolności, znikał na całe godziny, a potem wracał z wypchanymi kieszeniami. Benedykta dobrze wiedziała, skąd pochodzą zjadane w skrytce pod schodami wiktuały. Była dobrym obserwatorem, widziała wiele, chociaż udawała, że tak nie jest. W głębi serca wspierała ten ich układ, nie kradzież, rzecz jasna, ale zawarty przez dzieciaki sojusz. Trzymały się razem, a ona popierała to całym sercem.

Myśląc o nich, westchnęła ciężko i pochyliła się nad cerowaniem. Najmłodsza grupa dzieci darła ubrania wyjątkowo szybko, a nowe sztuki odzieży nie trafiały się często. Siostry wysyłały listy do towarzystw dobroczynnych, ale zawsze wszystkiego było za mało, szczególnie ubrań i jedzenia.

– Dziewczęta, skupcie się na pracy – poprosiła cicho i oderwała wzrok od cerowanej skarpetki. Znowu to samo, najbardziej rozgadana Ineza i cicha zazwyczaj Zosia coś do siebie szeptały zamiast szyć.

– Kiedy to nudne, ja nie lubię cerowania. – Ineza westchnęła, a Zosia skwapliwie potwierdziła.

– Wiele rzeczy w życiu jest nudnych, a mimo to musimy je wykonywać. Skupcie się, to szybciej skończycie.

– Ech, losie zapchlony, jak bym ja chciała po łące pląsać, z rozwianych włosów krople rosy strącać… – wyrecytowała Ineza teatralnie, przesłaniając dłonią oczy.

– Jadziu. – Benedykta westchnęła raz jeszcze.

– Nie jestem Jadzia, jestem Ineza, już siostrę prosiłam. Przecież do siostry nie mówimy Marysiu, Kasiu czy jak tam siostrze dali na chrzcie. Bo na pewno nie dali Benedykta, takiego imienia u nas nie ma – wymądrzała się, przewracając oczami.

Siostra musiała przyznać smarkuli rację, na chrzcie dali jej Lucyna. Najzwyklejsze imię pod słońcem, dobrze że przynajmniej w klasztorze mogła wybrać inne. Za murem zmieniła imię i życie, tylko czasem wracała myślami do poprzedniego. A skoro dziewczynka chciała być Inezą, niech jej będzie, Benedykta musi uszanować jej prośbę. Tylko tak może ją nauczyć słuchania innych.

– Inezo, bardzo proszę starannie zakończyć swoją pracę. Na dzisiaj wystarczy – rzekła, zmieniając temat.

– Przecież i Zośka nie lubi swojego imienia, woli jak mówimy Zi. A Rączce to nawet nie wiem, jak naprawdę dali – kontynuowała Ineza, głucha na jej prośby.

– Roman – odpowiedziała Benedykta, sięgając po nożyczki. – Tylko zupełnie nie wiem, dlaczego nazywamy go Rączka.

Wiedziała bardzo dobrze, była tylko ciekawa, co jej odpowiedzą.

Jak na komendę Ineza i Zi pochyliły się nad swoją pracą i nagle zaczęły udawać skupienie. Nie chciały opowiadać siostrze o zdolnościach Rączki, któremu wszystko samo pchało się w ręce. No prawie samo, bo czasem musiał szczęściu pomóc. A dzięki jego umiejętnościom ich sieroce życie było odrobinę słodsze i bardziej owocowe. Milczały, a Benedykta udawała, że jest zajęta pracą i nie drążyła tematu. Poza tym naprawdę lubiła tego uśmiechniętego łobuziaka, którego wszędzie było pełno. Gdyby tylko lepiej się uczył!

W końcu Ineza odłożyła swoją robotę na stół.

– Kończ to szycie, Zi, niedługo kolacja. Marianna miała dla nas zrobić owsiane kakao. Znowu przyszły dary i pewnie trzeba jej pomóc rozpakować. Możemy już iść?

– Przecież to nie wasz dyżur? – odpowiedziała Benedykta pytaniem.

– Ale każda pomoc w kuchni się przyda, Marianna ma zawsze pełne ręce roboty. – Zosia uśmiechała się łagodnie i wpatrywała się w nią wyczekująco.

Było w tej dziewczynie coś, co wzbudzało niepokój Benedykty: zawsze była cicha i ugodowa, nigdy przy niczym się nie upierała, a mimo to zawsze umiała postawić na swoim. Benedykta czuła, że z tej pozornej ciszy może kiedyś powstać gwałtowna burza.

– Dobrze, Zosiu, sprawdźcie, jak kuchnia sobie radzi, a my spotkamy się na kolacji. Dziękuję za waszą pracę.

Nie trzeba im było dwa razy powtarzać. Zaraz za drzwiami szwalni Zosia poprawiła włosy i kilka razy szczypnęła policzki, żeby były bardziej zaróżowione.

– Jak wyglądam? – Wpatrywała się w przyjaciółkę, oczekując prawdy.

– Normalnie, jak podrzutek. – Ineza zachichotała. – Ale i tak podobasz się Jurkowi, naprawdę cię lubi.

– E tam, zaraz lubi, zwykły kolega – tłumaczyła się zarumieniona.

– Na Rączkę tak nie patrzysz, przecież widzę. Przy Jurku oczy robią ci się maślane, a w swoim zeszycie malowałaś serduszka i pisałaś jego imię, widziałam.

W odpowiedzi Zosia potargała loki Inezy i pobiegła do kuchni. Wpadła tam jak burza i o mało nie przewróciła Marianny.

– Hola, co to za bieganie? Po kuchni nie biegamy! – Marianna udawała oburzenie.

– Siostra nas przysłała, mamy pomóc przy kolacji – skłamała gładko. Nie przyznała się, że same chciały tu przyjść, żeby jak najszybciej skończyć szycie.

– A chłopcy gdzie? Znowu ich gdzieś licho nosi? – Marianna zdziwiła się, że dziewczynki przyszły same, zazwyczaj pojawiała się cała czwórka i pod pretekstem pomocy myszkowała w zakamarkach kuchni, szukając czegoś do jedzenia.

– Pewnie jeszcze w sali lekcyjnej, Rączka miał zrobić zadania, a siostra Efrema pewnie go pilnuje. Marianna wie, że do lekcji to on ma niewiele zapału. Jak go nie upilnują, to zaraz zeszyty rzuci w kąt i tyle tego. – Zosia utyskiwała tonem dorosłego.

– Zosiu, tak to bywa, że młokosy wiatr mają w spodniach, daj mu czas. – Marianna starała się mieć dla nich dużo wyrozumiałości, a Benedykta była dla niej niedoścignionym wzorem w tej kwestii.

– Ten wiatr to po grochówce. – Ineza zachichotała, a Zosia wzruszyła ramionami i nawet się nie uśmiechnęła.

– Głupoty Ineza mówi, chodzi mi, że szałaputy – tłumaczyła się Marianna.

– Przecież wiem, moja mama, Jadwiga Smosarska[1], też tak mówi, że szałaputy to mają w życiu ciężko, nad książką nie przysiądą, za porządną robotę się nie wezmą i ciągle ich gdzieś gna – odpowiedziała poważnym tonem.

Marianna już gdzieś słyszała to nazwisko, lecz nie dociekała gdzie. Po rozmowie z Benedyktą wiedziała, że żadna Smosarska, czy jak jej tam, nie mogła być matką Inezy. Ot bajdurzyła, żeby dodać sobie ważności.

– Że kto? – spytała za nią Zosia.

– No Smosarska, po niej mam imię i urodę – wyjaśniła Ineza z uśmiechem.

Marianna udała, że nie słyszy. Pochyliła się i z kuchennej szafki wyjęła dwa biszkopty i położyła przed nimi.

– Jedzcie, a potem do roboty. Zróbcie kakao owsiane i pokrójcie chleb, tylko do mleka dolejcie wody, żeby więcej wyszło!

Zajęła się swoją robotą, ale kątem oka widziała, że obie schowały ciasteczka w kieszeni fartuszków. Domyśliła się, że chcą się podzielić z resztą. Od dawna wiedziała o ich cichej komitywie i wcale jej to nie przeszkadzało. Te sieroty nie miały nikogo, dobrze, że chociaż na siebie mogły liczyć.

 

 

 

[1] Polska aktorka (1898-1971).

 

 

 

 

 

 

 

Rozmyślania Benedykty

 

Matko najświętsza, czy ja umiem tym dzieciom służyć? Tak ciężko mi to czasem przychodzi, brakuje i cierpliwości, i wyrozumiałości. Ty sama kiedyś ocenisz, ale teraz jestem pełna obaw, czy aby mi się to udaje. Niewiele sióstr jest w moim klasztorze, a pracy zawsze mamy sporo. Zdarza mi się czasem, że przy adoracji usypiam ze zmęczenia, nigdy nie wstawałam tak wcześnie. W rodzinnym domu mogłam długo spać, a Wiesia czuwała nad tym, żeby niepotrzebnie mnie nie budzić. Teraz wstaję wcześniej od kur, zazwyczaj jest jeszcze ciemno i chłodno, a ja już idę ciemnymi korytarzami na poranne modlitwy. Pewnie dlatego bywam niecierpliwa i zmęczona.

Nad dobrym snem tych dzieci nikt nie czuwa, tak naprawdę mają tylko mnie i ciebie, Boża Matko. Moje życie w porównaniu z ich było zawsze syte i szczęśliwe. Smuci mnie to, że mają tak małe szanse, żeby odmienić swój los. Niektórzy mówią, że nie mają żadnych, ale w to nie chcę wierzyć.

Kiedyś wydawało mi się, że dla mnie jest przeznaczona inna droga, aleś tak pokierowała moim życiem, że przyprowadziłaś mnie tu, w klasztorne progi. A przecież myślałam, że będę żoną i kiedyś będę przytulać swoje własne dzieci…

Olgierda poznałam na balu młodych ziemianek, ukłonił się przede mną i trzasnął obcasami, a potem nagle kichnął. Przestraszył moją mamusię tak bardzo, że aż biedna dostała czkawki. Natychmiast pobiegł po karafkę z wodą, przepraszając za swój nietakt. Chichotałam cały czas, bo co on nieborak był winny, że zaswędział go nos w nieodpowiednim momencie? A potem kichnął raz jeszcze i oblał wodą sam siebie, a przy okazji stłukł korek od kryształowej karafki. Ciocia Beyzymowa obruszyła się lekko na jego niezdarność, ale przepraszał i całował jej dłonie tak szczerze, że nie mogła się długo gniewać.

Potem przedstawiła nas sobie i zaraz Olgierd poprosił mnie do tańca. Grali walca, ach jak on tańczył… Strasznie się wstydziłam, bo to był pierwszy mój taniec z mężczyzną, ale jakoś dałam radę. Lekcje tańca z wysokim i chudym panem Konstantym na coś się przydały. I tak mama powiedziała potem, że byłam sztywna, jakbym kij połknęła. Cóż dopiero byłoby, gdybym tych lekcji nie miała…

Najważniejsze, że Olgierd po tańcu poprosił:

– Może mógłbym pannę Lucynę odwiedzić? Albo zaprosić na spacer? Rad bym przy okazji pokazać pani bibliotekę pani Beyzymowej, zbiory ma naprawdę zacne… Jestem sąsiadem i od dziecka u niej bywamy, już się co nieco rozeznaję. Mama chętnie pije u niej wyborną herbatę, ja jednak wolę księgozbiór.

– To moja ciocia – przerwałam bezceremonialnie i zaraz się zawstydziłam.

On bąknął pod nosem jakieś słowa przeprosin i zaczął się żegnać. Niepotrzebnie weszłam mu w słowo, potem już mi nie wypadało o nic więcej pytać.

Ciotka mnie wyręczyła:

– A może rzeczywiście pokaże pan Lucynce moje zbiory? Ona nigdy nie poświęciła im należytej uwagi. Szczególnie te listy z Madagaskaru, które mam w nieładzie. Może młodzi posegregowaliby korespondencję z Janem[2]? Macie dobre oczy i szybciej wam to pójdzie niż mnie, starej ciotce.

Widziałam już te listy i dobrze wiedziałam, kto je pisze. Jan, kuzyn ciotki był misjonarzem na dalekiej wyspie Madagaskar. Pisał do niej od czasu do czasu, a ona organizowała kwesty, które wspierały jego misję. Kiedy zmarł, ciotka przez rok nosiła po nim żałobę i dla chętnych pań organizowała odczyty na temat dalekiej afrykańskiej wyspy, połączone z modlitwami. Głęboko wierzyła w to, że to był wyjątkowy człowiek i darzyła go wręcz nabożną czcią.

Do tej pory interesowało mnie to niewiele, nie czytałam żadnego z tych listów, a opowieści o Madagaskarze słuchałam zawsze jednym uchem. Za to Olgierda wręcz fascynowały te historie i tajemniczy daleki ląd, ciągle wracał do listów, które nawet sobie przepisał, żeby w każdej chwili móc do nich zaglądać. Poukładał je starannie w teczkach i opisał dokładnie, a ciotka nie mogła się go nachwalić. Pomagałam mu, jednak wyłącznie dla towarzystwa. Zdecydowanie jako lekturę wolałam powieści dla panienek albo „Bluszcz”, którego ciotka nie znosiła, ale prenumerowała „na wszelki wypadek”.

Nie wiem, czemu tak mnie wzięło na wspominki. Powinnam teraz odmówić wieczorną modlitwę, ale łaskawy Bóg się nie obrazi, jak sobie powspominam rodzinny dom i cioteczkę. Myśl mi taka przyszła do głowy, że dzieciom powinnam o Janie opowiedzieć, dopóki jeszcze pamiętam coś z tego, co mi ciotka opowiadała i com sama czytała w listach. Ale czy ich to aby zainteresuje?

Jest ich tu czterdziestka i każde z nich inne, ciężko znaleźć rozrywkę odpowiednią dla każdego. Jurek pewnie chętnie posłucha, bo lubi takie opowieści, ale już taka Ineza niekoniecznie. Uśmiecham się sama do siebie, jak tylko o niej pomyślę. Taki to szałaput roztrzepany, plecie trzy po trzy, aby tylko język w miejscu nie stał. W ostateczności śpiewa albo tańczy. Skąd zna te piosenki, nie wiem i chyba trochę mnie to martwi. Puszczam mimo uszu, kiedy wyśpiewuje głośno: „Ta mała piła dziś i jest wstawiona…”. Pieśni na roratach za to mruczy pod nosem i mówi, że nie może spamiętać słów.

To dobry pomysł, opowiem dzieciom o Janie. Może zacznę od opowieści o zielonej wyspie? To powinno ich zainteresować. Ineza często opowiada, że jak matka ją stąd zabierze, to pojadą razem zwiedzić świat. To biedne dziecko naprawdę wierzy, że jej matka to aktorka i pewnego dnia po nią przyjdzie. Obie z Efremą wiemy, jak się sprawy mają, ale wolimy jej tego nie mówić. Tak jest lepiej.

Romek też ciągle szuka rodziców, pewnie dlatego tak często biega na Kercelak. Rozgląda się i ma nadzieję, że ktoś go rozpozna i zabierze od nas. Dobrze o tym wiem, bo nauczycielki często piszą mi w listach, że Romuś ucieka ze szkoły, a i nasze siostry, i jeszcze kilka innych osób widziało go na Kercelaku. Wiem także, skąd się wzięło to jego przezwisko Rączka; ręce go świerzbią i bez skrępowania sięga po cudze.

Nieraz już mówiłyśmy dzieciom o kłamstwie i kradzieży, ale Romuś wzrusza ramionami i udaje, że to nie do niego. Ostatnio nawet bił się w piersi i przekonywał mnie gorliwie:

– Jak Bozię kocham, proszę siostry, żeby mi tak rączka uschła! Po cudze to ja nie sięgam, nigdy w życiu!

– Romuś, przecież widziałam u was karmelki, a takich nie mieliśmy na podwieczorek. A i śliwki miałeś w kieszeniach.

– No tak, miałem, ale nam dali.

– Tak za darmo?

– A za darmo. Mówię, żem sierota i dają. Siostra myśli, że ja mógłbym smyknąć komuś towar? Ja, taki glut? W życiu pięknym, siostro! Tam na Kercelaku nie takie fachury, zaraz by mi kopala zasadzili i pognali na cztery wiatry. A gdyby siostra widziała, jak im karta idzie… – W jego głosie słyszałam zachwyt, zaraz jednak się zreflektował i powtórzył: – Nie grzeszę, kradzieży to ja unikam, jak pragnę zdrowia.

Za rękę go nie złapałam, to i musiałam wierzyć w te opowieści. A i jeszcze mnie łobuziak poprosił, żeby na niego nie mówić Romuś.

– Proszę siostry, niech siostra mówi Rączka, jak wszyscy. Romuś to imię dla malucha, ja już jestem średnio dorosły. Jeszcze trochę to i do pracy pójdę, życie mnie woła.

Mówił to tak poważnym tonem, że nawet nie wypadało mi się zaśmiać. Mój Boże, kiedy ja byłam w jego wieku, to biegałam po ogródku za motylami, mama czytała mi bajki, a gosposia kręciła ulubiony kogel-mogel. Nieba by mi uchyliły, a te dzieci nigdy nie zaznały nawet odrobiny rodzinnej miłości. A i kogla-mogla nie znają, bo Marianna musi wydzielać jajka, za wiele ich nie mamy. Jak upiecze jakieś ciasto, to wszystkich podopiecznych obdzielimy, a tak jeden dostanie ukręcone żółtka, a reszta musiałaby obejść się smakiem.

Jedno mogłam chłopcu obiecać, będę na niego mówiła Rączka, skoro tak chce. Wiele z tych dzieci wymyśla sobie własne imiona i do tego już zdążyłam przywyknąć. Może dzięki temu mają nadzieję na inne życie? Lepsze niż sierociniec?

 

 

 

[2] Jan Beyzym (1850-1912) polski jezuita, misjonarz.

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział II

 

Marianna sama nie wiedziała, czy lubi wakacje. Niby pracy było wtedy mniej i w piecach nie trzeba było palić ani nosić węgla czy ciągle myć zabłoconej podłogi, ale letni czas był dziwnie nerwowy. Kiedy kończyła się szkoła, dzieciaki zaczynały bardziej rozrabiać, nudzić się i wymyślać psoty. W domu zmieniał się rozkład dnia, znikało odrabianie lekcji i wspólne czytanie, za to zaczynało się bieganie po domu i ogrodzie, i psocenie. Siostry wymyślały zajęcia gospodarskie, ale dzieci więcej psuły, niż pomagały. Ciągle znajdowały wymówki, żeby uciec od prac polowych i pożytku z nich było niewiele. Jedynie wizja kary i spędzenia dnia w zamknięciu odrobinę pomagały. Serce bolało, ale ktoś musiał nauczyć tę gromadę dyscypliny i pracy.

Właśnie tak wszyscy mówili o tym miejscu: dom. Kiedyś nazywano je ochronką, ale siostra Benedykta uprosiła, żeby zmienić tę nazwę. Chciała, by dzieci miały poczucie, że to ich własne miejsce. Zamówiła nawet tabliczkę z napisem „Wyjątkowy Dom” i powiesiła nad wejściem do refektarza, ale potem Leoś ze starszej grupy rzucił piłką i połowa napisu spadła. Przymocowali ją sami, żeby siostry nie widziały szkody, tyle że odwrotnie. Dopiero po kilku dniach Benedykta zauważyła odrobinę krzywo przymocowany napis „Dom Wyjątkowy” i tak zostało, już tego nie poprawili.

Co do nazwy – Benedykta opowiadała, że tak radził jakiś mądry doktor, który był pedagogiem i sporo wiedział o wychowaniu dzieci. Polecała nawet jego książki innym siostrom, ale jakoś zachwytu nie wzbudziły. Podobno ten doktor od dzieci był innego wyznania, tak powiedziała, opowiadając o nim w kuchni. Marianna nie dociekała jakiego, bo w sumie nie było to dla niej ważne. U niej na wsi też żyli tacy, którzy do kościoła nie chodzili i księdza nie uważali, i to nie miało dla niej większego znaczenia. Może gdyby miała wybierać męża, to by go o wiarę spytała, ale sąsiadowi przez okno wolała do chałupy nie zaglądać.

 

Tego popołudnia Benedykta poprosiła, żeby wszystkich zebrać w sali rekreacyjnej, bo przygotowała specjalną letnią pogadankę. Marianna zadzwoniła dzwonkiem i zaraz zleciało się całe rozćwierkane towarzystwo. Do kolacji zostało sporo czasu, więc i ona przysiadła posłuchać. Sama była zaskoczona, do szkoły jej nigdy nie ciągnęło, a tu chłonęła wiedzę, dziwiąc się co chwila, jaki świat jest ciekawy. A może siostry miały talent, żeby to wszystko przekazać? Te ich pogadanki, prelekcje czy odczyty były naprawdę wciągające. Zdarzali się nawet specjalni goście, którzy potrafili umilić czas opowieściami w taki sposób, że Marianna zapominała o kuchni. A dzieciaki siedziały z otwartymi dziobami, jak nie przymierzając szpaki.

Usadzała hałaśliwą gromadę, a oni i tak zmieniali się miejscami. Jeden Jurek siedział spokojnie i co chwila sykał na resztę, żeby wreszcie usiadła i słuchała, a dokładnie mówiąc, zamknęła jadaczkę. Rączka przepychał się w stronę dziewczynek, torując sobie drogę łokciami. Usiadł obok Inezy i podał każdemu po cukierku. Trzymał landryny w garści, którą potem oblizał ze smakiem. Dziewczynkom zupełnie nie przeszkadzało, że słodycze nie miały papierków, a ręce Rączki nie wyglądały na najczystsze. Od razu wsadziły słodkości do ust i udawały, że słuchają skupione. Jurek oglądał landrynkę podejrzliwie, ale w końcu i on się skusił, przybrudzone, ale ciągle słodkie.

Marianna nawet nie bardzo się dziwiła temu, że byli tak mało wybredni i na bakier z higieną. Słodyczy mieli tak mało, że ona sama by nie pogardziła poczęstunkiem, nawet takim wyświechtanym po kieszeniach Rączki. Zresztą tego małego łobuziaka naprawdę lubiła, miał w sobie urok, który każdego chwytał za serce.

– Bardzo proszę o ciszę, dzieci! – Siostra Efrema zrobiła groźną minę i usiadła między nimi.

Benedykta powiesiła na wysokim stojaku kolorowe plansze z wymalowanymi zwierzętami i wielkimi drzewami i chrząknęła znacząco.

– Bardzo proszę o uwagę, dzisiaj porozmawiamy o Afryce. Pamiętacie, jak czytaliśmy W pustyni i w puszczy?

Sala zastygła, dzieciaki ucichły, bo siostra trafiła w czuły punkt. To była ich ulubiona książka, nie było chłopca, który nie marzył o byciu Stasiem. Przez krótki czas nawet Ineza prosiła, żeby mówić do niej Nel, na szczęście w końcu zrezygnowała z nowego przezwiska, bo siostry zaczęły się gubić w mnogości jej imion.

– Czy wiecie, co to za zwierzę?

Na pierwszej planszy siostra pokazała sympatyczne zwierzątko z długim ogonem. Od razu rozległy się westchnienia zachwytu, własne zwierzę było jednym z marzeń prawie każdego podopiecznego, a to z obrazka miało wyjątkowo miły pyszczek i duże oczy.

– Kot? – Adelka wyszeptała to bardzo cicho, ale i tak słyszeli.

– Głupia, kot ma inne oczy – odpowiedział ktoś niegrzecznie i parsknął śmiechem.

Za Adelką natychmiast ujął się Jurek:

– Nie mów tak do niej, jak to zwierzę z Afryki, to ona może go nie znać. A rzeczywiście trochę podobny do kota.

Benedykta zaczęła swoją opowieść o Madagaskarze. Mówiła o tym wszystkim, co pamiętała z lisów Jana Beyzyma do własnej ciotki, pokazywała plansze z rysunkami baobabów, motyli, lemurów i orchidei. Cieszyła się w duchu, że siostra furtianka ma taki talent i pięknie im to wszystko narysowała. Widziała zachwyt na twarzach dzieci, kiedy odsłaniała przed nimi kolejne plansze z tajemnicami madagaskarskiej przyrody.

Wspomniała oczywiście o biedzie i chorobach w dalekiej Afryce, ale i tak na dziecięcych buziach malowała się wyłącznie fascynacja. Któż by się przejmował chorobami, skoro wokół było tyle ciekawych rzeczy. Na koniec poprosiła jeszcze o namalowanie obrazka związanego z pogadanką, na co ochoczo przystali.

Marianna dziwiła się wszystkiemu chyba jeszcze bardziej niż dzieci. Pierwszy raz widziała całkiem czarnych ludzi i nie mogła sobie tego wyobrazić. Widziała już co prawda kominiarza, który przychodził czyścić komin, ale na nim ta czerń wyglądała całkiem inaczej. Poza tym pewnie w domu miał mydło i szybko mógł odzyskać swój normalny kolor. Ci na fotografiach byli zawsze czarni i mieli spódniczki z trawy, jakby całkiem tam nie było zwykłych ubrań. I właśnie tak mówiła Benedykta, w Afryce nie mają ani ubrań, ani książek, ani leków, a i jedzenia niewiele. Jak to możliwe, że istnieje takie miejsce, gdzie i przyroda inna, i pogoda, a nawet i ludzie, chociaż ten sam Bóg ich stworzył?

Potem przed dziećmi stanęła siostra Efrema z ogłoszeniem. Zapadła cisza, wszystkie oczy wpatrywały się w nią wyczekująco. Jeśli siostra przełożona miała coś do powiedzenia, musiało to być ważne. A skoro jest lato, są wakacje, więc może znowu szykuje się wycieczka nad Wisłę? Albo do lasu? Uwielbiali te wyjścia, które urozmaicały szarą codzienność Domu Wyjątkowego.

– Drogie dzieci, jak same wiecie, kończy się rok szkolny i panie z naszego koła dobroczynności postanowiły zorganizować wam kolonie. Przygotowały na ten cel specjalną kwestę, dzięki nim spędzicie cudowne wakacje i zobaczycie niezwykłe stworzenia… To będzie naprawdę wyjątkowy czas.

Siostra nie zdążyła dokończyć, bo któreś dziecko weszło jej w słowo:

– Jedziemy na Magadaskar?

Nie zdążyła niczego wyjaśnić, a już wtrąciło się kolejne:

– Zobaczymy remury! Hurra!

Zrobiło się zamieszanie, część dzieci biła brawo, a reszta robiła harmider, przekrzykując się nawzajem i wiwatując. Efrema poczuła się zupełnie bezradna i ciężko usiadła na krześle, sama nie wiedziała, jak teraz powiedzieć dzieciom, że to zwykłe nieporozumienie.

Marianna wyczuła, że coś jest nie tak, od razu wiedziała, że do żadnej Afryki dzieci nie pojadą, bo i jak? Złapała dzwonek i głośno zadzwoniła. Zapadła cisza, za to wszystkie oczy wpatrywały się w siostrę błagalnie, czekając na potwierdzenie. Benedykta mogła się założyć, że dobrze wie, o czym małe głowy teraz myślą. Pewnie wyłącznie o tym, by to była prawda. Żeby mogli pojechać i zobaczyć lemura, lwa a najlepiej jeszcze małą Nel i Stasia na własne oczy.

– Dzieci – przemówiła z ciężkim sercem – nie zrozumieliście siostry Efremy, nie pojedziemy do Afryki.

– E tam, to mam gdzieś takie wakacje… – rzucił któryś chłopiec cicho, a reszta opuściła głowy.

Widać było wymalowany na twarzach smutek i rozczarowanie, z rogu sali dobiegło westchnienie zawodu i krótkie:

– Wiedziałem, do bani…

Benedykta nawet nie miała sumienia zganić ich za słownictwo. Miała żal wyłącznie do siebie, niepotrzebnie opowiadała o Madagaskarze w przededniu wakacji. Dała im jakąś złudną nadzieję, a teraz ich marzenia prysły jak bańka mydlana.

– Letnisko na pewno wam się spodoba, pojedziemy na wieś, a tam będzie ognisko, spacery, może będziecie nocowali w stodole na sianie. Zobaczycie, że to będzie udany czas – powiedziała kusząco, zdając sobie sprawę, że w porównaniu z Afryką to wątpliwe atrakcje.

– Moja mama zabierze mnie do Afryki, mówiła mi – głośno oznajmiła Ineza. – Moja mama gra w filmach i jest znana, nazywa się Pola Negri. Was wszystkich może zaprosi… – Rozejrzała się po sali, ale nie było zbytniego zainteresowania jej słowami, nikt jej nie słuchał. Siedzieli z nosami na kwintę i oglądali własne paznokcie albo patrzyli za oko, jakby właśnie tam działo się coś ciekawego.

– To może ja zrobię podwieczorek? – zaproponowała Marianna, żeby chociaż trochę ich rozweselić. Latem podwieczorki były rzadko, dzięki temu udawało się zaoszczędzić trochę produktów. Dzieci dostawały kompot a w niedzielę owoce z sadu krojone na małe kawałki, po jednym dla każdego.

Efrema i Benedykta równocześnie pokiwały głowami, a dzieci zerknęły na Mariannę. Widziała nikły błysk zainteresowania w niektórych oczach, a to już był sukces.

– Nasmażę wam racuchów z rabarbarem i cukrem – obiecała. – Ineza i Zośka, do kuchni, pomożecie. A reszta niech no narysuje tę Afrykę, dobrze, siostro?

Benedykta podziękowała jej wzorkiem i zaraz zakrzątnęła się przy szafie. Wyciągała kredki i małe kawałki papieru, żeby dzieci czymś zająć i odegnać smutne myśli.

Rączka i Jurek jak na komendę stanęli przed Marianną i spytali:

– To i my pomożemy, dobrze?

Rączka zaraz dostał siekierkę, żeby nałupać szczapek, a dziewczęta mieszały jajka z cukrem.

– A Marianna to widziała Afrykę? – spytała zaciekawiona Zosia.

– A gdzie tam, ja właściwie nigdzie nie wyjeżdżałam, nawet miasta jeszcze porządnie nie widziałam. Stolica zaraz za rogiem, a ja tam nie byłam.

– Ale dlaczego? – Ineza nie kryła zaskoczenia.

– A bo mi czego potrzeba? Po co mam się pchać do wielkiego świata? Pieniędzy nie mam, a za to roboty zawsze sporo, żal tak mitrężyć czas.

Patrzyli na nią, nie rozumiejąc. W mieście było tyle atrakcji, a ona dobrowolnie z nich rezygnowała, to było niepojęte. Wszyscy bez wyjątku uwielbiali gwar miasta, tramwaje, sklepowe wystawy i zakamarki, gdzie przygoda wręcz na nich czekała.

– Jak zostanę aktorką, jak moja mama, to Mariannę zaproszę do teatru. – Głos Inezy brzmiał tak poważnie, jakby dziewczynka rzeczywiście głęboko w to wierzyła. – I tramwajem się przejedziemy, a potem może zjemy lody?

– Wtedy chętnie przyjdę – zapewniła Marianna z powagą, sprawnie krojąc rabarbar, żeby go udusić z cukrem.

– Ja jeszcze nie wiem, kim będę. – Zosia wzruszyła ramionami i oblizała palec, zamoczony w słodkiej jajecznej masie.

– W sumie wielkiego wyboru nie mamy – podsumował Rączka. – Ja to bym chciał mieć swój majdan na Kercelaku. A trambik[3] dla mnie nie nowina, jechałem już.

Marianna spojrzała na niego, nie rozumiejąc, o czym mówi.

– Ten Kercelak to targ?

– Najlepszy! Tam wszystko można kupić i sprzedać, tam to dopiero fest towarzystwo, mówię wam, moi rodzice tam mają kram.

Jego też wolała o nic nie pytać, przypuszczała, że sprawy się mają podobnie, jak z Jadzią – Inezą. Zmieniła temat.

– A czemu mówisz, że nie macie wyboru? To ważne kim zostaniecie, siostra Benedykta dlatego goni was do książek, życie przed wami!

– A gdzie tam ważne – odpowiedział Rączka lekceważącym tonem dorosłego. – I tak bidę będziemy klepać, widziała Marianna jakiego bogacza, co to wyszedł z sierocińca?

– Żadnego jeszcze nie widziałam, ale wierzę, że to możliwe. Tyle że uczyć się trzeba, a u ciebie zapału nie widzę.

– Tak Marianna tylko mówi. A jakby w to wierzyła, to sama by się uczyła, a nie całe życie stała przy garach – podsumował.

Zrobiło jej się przykro i wcale nie dlatego, że taki glut jej odpysknął, ale że powiedział prawdę. Nie garnęła się do książek, bo nie bardzo wierzyła, że może zmienić swój los i nie miała ku temu specjalnych warunków. Pamiętała słowa babki, że jeden rodzi się ze srebrną łyżką przy ustach, a drugi z drewnianą przy gębie. Ona zdecydowanie dostała kawał surowego drewna.

– To ja ci coś powiem, Rączka, ja to się zacznę uczyć razem z wami. Od dzisiaj. Kto wie, może na jakieś kursy dla dorosłych pójdę albo co? Ja ci smarku pokażę!

Uśmiechnęła się do niego dobrotliwie i pomachała drewnianą łyżą, którą nakładała ciasto na żeliwną patelnię. Topiony łój skwierczał i pryskał wkoło, a po chwili racuchowy słodki aromat wypełnił kuchnię.

– Pod chajrem? Marianna chce się uczyć? – spytał z niedowierzaniem.

– Że co? – Dziwnych słów używał ten mały, nie bardzo rozumiała, o co pyta.

– Czy prawda to, czy może blaga?

– Prawda, od dzisiaj codziennie zaczynam czytać i przepisywać po kawałku książkę, jaką tam znajdę. Siostra mi coś poleci.

Nie przyznała mu się, że czytanie szło jej mizernie, a z pisania to najlepiej wychodziło jej własne imię.

– Skoro Marianna ma takie postanowienie to i Rączka niech coś obieca – wtrącił się Jurek.

– Niby co? Że jak ktoś Mariannę obrazi, to mu bęcki spuszczę? Tyle mogę przyrzec. – Rączka wzruszył ramionami.

– E, bić to byle kiep potrafi. Obiecaj, że się będziesz uczyć z biglem[4].

Marianna zrozumiała właściwie tylko to, że chodzi o naukę, za to Rączka zrobił się czerwony i wyraźnie zmarkotniał.

– E tam, może co trudniejszego?

– Skoro Marianna podjęła wyzwanie, to musisz i ty – powiedział Jurek i spróbował pierwszego racucha.

Ugryzł kawałek, a resztę podał Inezie. Nigdy nie zjadłby całej porcji sam, taką mieli niepisaną umowę. Placek powędrował potem do Zosi i w końcu resztę dojadł Rączka. Przełknął, poklepał się po chudym brzuchu i westchnął:

– Co za dzień… Do Magadaskaru nie pojedziemy, racuchy to pewnie po jednym dla każdego, coby tylko żołądek połaskotać, i w dodatku uczyć się trzeba. Może jeszcze mam obiecać, że już niczego nie buchnę?

– Tego to nie musisz – odpowiedziała wystraszona Ineza.

Marianna uśmiechnęła się pod nosem. Zaraz wysłała ich do refektarza, żeby nakryli do stołu. Postanowiła, że tym razem dzieci dostaną po dwa racuchy, co prawda małe, ale dwa. Niech pojedzą, skoro do Magadaskaru nie pojadą, Rączka miał rację. Przypomniała sobie jeszcze, że nie da rady policzyć sama tych placków, bo z rachunkami ma duże problemy. Zaśmiała się pod nosem i zawołała do kuchni Jurka. Miała nadzieję, że rozsądny chłopiec nie wypaple reszcie, że Marianna tyle mówi o nauce, a nie umie wyliczyć dzieciakom placków.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

[3] Tramwaj (gwara warszawska).

[4] Zapał (gwara warszawska).