Dom wyjątkowy. Po stronie piekła. Dom wyjątkowy, tom 2 - Majewska-Ziemba Katarzyna - ebook

Dom wyjątkowy. Po stronie piekła. Dom wyjątkowy, tom 2 ebook

Majewska-Ziemba Katarzyna

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Wyjątkowi ludzie tworzą wyjątkowe miejsca

Wrzesień 1939 roku rozrywa Warszawę na strzępy. W Domu Wyjątkowym zmieniają się zasady. Od teraz zakonnice nocują z dziećmi w niewielkiej przybudówce, bo nad miastem wyją syreny i słychać złowrogi warkot bombowców.

Marianna traci w bombardowaniu dom i próbuje od nowa poukładać swoje życie. Nie wie, że robotnicy właśnie zaczynają budować mur, który oddzieli dzielnicę żydowską od reszty miasta a ona, wraz z bliskimi, trafi niebawem do utworzonego getta.

Z przerażeniem odkrywa, że za murem obowiązują inne prawa, panuje głód i choroby a walka o przetrwanie jest bezwzględna. Jej mąż świetnie potrafi się w tej rzeczywistości odnaleźć, rodzinie naprawdę zaczyna się powodzić. Nowe zajęcie jest może dochodowe, ale całkowicie niemoralne.

Kobieta musi zdecydować, czy zostać przy nim, czy ratować córkę za wszelką cenę.

Po aryjskiej stronie przyjaciele ryzykują życie, by przemycać do getta jedzenie, wyprowadzać stamtąd dzieci i organizować fałszywe dokumenty. Każda wyprawa za mur może skończyć się śmiercią, a każdy gest pomocy — zdradą. W cieniu tych wydarzeń rozgrywa się dramat Domu Sierot doktora Korczaka, który do końca nie opuszcza swoich podopiecznych.

To opowieść o wyborach, za które zawsze płaci się zbyt wysoką cenę, o rodzinach rozdzielonych przez wojnę i o ludziach, którzy mimo okoliczności wciąż mają odwagę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 383

Data ważności licencji: 4/30/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

 

 

 

Copyright © Katarzyna Majewska-Ziemba

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2026

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Redakcja

Magdalena Kawka

 

Korekta

Paulina Kawka

 

Projekt okładki

Iza Szewczyk

 

Skład i łamanie

Izabela Szewczyk-Martin

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

Wydanie elektroniczne 2026

 

eISBN 978-83-68742-98-5

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

[email protected]

www.replika.eu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Emilii,

mojej córce

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział I

 

 

Półki spiżarni świeciły pustkami. Marianna starannie wycierała je z kurzu i układała na nich pojedyncze kartofle, zastanawiając się, na jak długo wystarczy zapasów. Zanim wybuchła wojna, pojechały z Benedyktą na wieś i próbowały dokupić trochę prowiantu. Gotówkę miały z datków, ale ceny były tak absurdalnie wysokie, że wróciły z workiem kartofli i z niczym więcej. Dawni darczyńcy nie dali się przebłagać i nawet zakonny welon niczego nie zmienił.

– To dla sierot, proszę coś dorzucić! – Benedykta już tyle razy błagała o wsparcie, że przestała się wstydzić.

– Miej pan litość, dorzuć pan smalcu sierotom, albo osełkę masła. – Marianna dołączyła do próśb.

– A mnie ktoś daje darmo? – Godpodarz się oburzył. – Czasy niepewne, wojna idzie a tu jesień na progu. Swoich trza wykarmić! Idźta z Bogiem, nic więcej nie dam, bo sam za gołodupca będę, z przeproszeniem.

Odprawiali je z kolejnych domów z pustymi rękami, czasem tylko dali kilka kartofli czy główkę kapusty, żeby już sobie poszły. W ogrodzie przyklasztornym same także hodowały warzywa, ale przezornie brały wszystko i nie wybrzydzały, do wykarmienia było sporo głodomorów.

Przed zimą chciały jeszcze zakisić beczkę kapusty i zebrać resztę owoców, na nic więcej nie mogły liczyć.

 

I z taką aprowizacją zastała je wojna.

Pierwszego września zafrasowana Efrema jeszcze przed jutrznią złapała Benedyktę za rękę i łamiąc zasadę sacrum silentium[1], szepnęła:

– Coś niedobrego się dzieje, chyba jednak wojna. Słuchałam radia od świtu. – Wystraszona zrobiła znak krzyża.

Benedykta powtórzyła go odruchowo, w duchu miała nadzieję, że może jednak przełożona przesadza. Samo to, że odważyła się włączyć radio, którego szczerze nie lubiła, było zaskakujące. Musiało więc być coś na rzeczy.

Po porannej modlitwie siostry bez pośpiechu zebrały dzieci w refektarzu i wspólnie odmówili modlitwę przed posiłkiem. Nie zaczęli jeszcze jeść, kiedy nagle usłyszeli daleki pomruk a potem głośne i powtarzające się regularnie odgłosy wybuchów.

– Co to? – Przestraszona furtianka zbladła i złapała dłoń Benedykty.

– Proszę siostry, skąd ten hałas? Co to tak warczy? – Podopieczni poderwali się i dopytywali jeden przez drugiego. Nie wyglądali na szczególnie zlęknionych, zwyciężyła zwykła dziecięca ciekawość.

Nagle wybuchy usłyszeli już całkiem blisko, jakby w ogrodzie, przestraszona siostra Konstancja pisnęła, a Benedykta z zimną krwią zaczęła wydawać dyspozycje:

– Dzieci, pod stoły! Szybko! To chyba bomby.

Nie posłuchali, przyskoczyli zaciekawieni do okien i próbowali je otworzyć. Ich ciekawość szybko zgasiła Efrema, złapała stojący na stole wielki dzwonek i machała nim tak zapamiętale, aż wszyscy ucichli.

– Proszę odsunąć się od okien, zakryć twarz i najlepiej położyć się na podłodze pod stołem, tak jak radziła siostra Benedykta. Zachowajcie absolutną ciszę i niech Bóg ma nas w swojej opiece!

Dopiero teraz zrozumieli, że to nie żarty, odeszli od okien i skulili się na podłodze. Odgłosy wybuchów trwały jeszcze długi czas, przybliżały się i oddalały, a w refektarzu panowała pełna przerażenia cisza. Zakłóciły ją tylko przesuwane w palcach zakonnic paciorki różańców i ciche pochlipywanie maluchów.

Kiedy wszystko ucichło, usiedli przy stolikach i w milczeniu zjedli śniadanie. Było wyjątkowo spokojnie, obyło się bez zwykłych przekomarzanek, dogadywań i kłótni. Zjedli chleb z tegoroczną marmoladą i popili rozwodnionym mlekiem, a potem czekali na dalsze wskazówki. Zaraz po śniadaniu Efrema podjęła decyzję, której pierwszy raz nie towarzyszył wybuch radości.

– Kochani, nie pójdziecie dzisiaj do szkoły. Wybadamy sprawę i przekażemy wam dalsze instrukcje, być może dopiero za kilka dni wszystko wróci do normy, musimy mieć czas, żeby rozeznać się w sytuacji. A teraz idźcie do siebie i może zróbcie porządki w szkolnych szafkach? Postarajcie się wykorzystać ten czas pożytecznie.

Nikt nie dyskutował ani o nic nie pytał, w ciszy rozeszli się do swoich spraw. Przełożona już miała wyjść, ale nagle zatrzymała się w pół drogi, jakby o czymś sobie przypomniała.

– Za dziesięć minut w pokoju rekreacyjnym, bardzo proszę wszystkie siostry o obecność.

Poszły tam od razu, przez lata posługi zakonnej przywykły do wypełniania próśb i poleceń, bez zadawania zbędnych pytań.

Benedykta czuła wewnętrzny strach i nawet odmawiane w myślach modlitwy nie mogły jej uspokoić. W głowie kołatała się jedna myśl, która przesłoniła wszystkie inne: wojna.

– Drogie siostry, nadchodzi czas próby.

Przełożona mówiła pewnie, ale Benedykta słyszała delikatnie drżenie jej głosu i wiedziała, że to nerwy. Znały się tak dobrze, że doskonale potrafiła odgadnąć wszystkie niepokoje i zmartwienia Efremy.

– Zdajecie sobie sprawę, że cokolwiek się wydarzy, nie możemy zostawić dzieci. One są najważniejsze, a my jesteśmy im potrzebne. Na dzień dzisiejszy wprowadzam zakaz opuszczania klasztoru, aż do odwołania, na każde wyjście musicie mieć moje pozwolenie. Siostry, musimy zadbać nie tylko o bezpieczeństwo dzieci, ale także zrobić wszystko, aby się nie bały i nie czuły paniki. Zabawy na świeżym powietrzu są ważne, więc proszę organizować im rekreację w ogrodzie. Dzieci muszą mieć trochę rozrywki, ale my musimy mieć kontrolę i zdrowy rozsądek. Z wycieczek do Młocin i Lasku Bielańskiego na razie rezygnujemy, dopóki sytuacja się nie wyjaśni. Jeszcze dzisiaj spróbuję załatwić jakieś dodatkowe środki na uzupełnienie zapasów, ale nie muszę mówić, że gospodarujemy oszczędnie, bo nie wiemy ile ten przykry incydent potrwa.

Benedykta pomyślała, że to chyba niezbyt fortunna nazwa, jednak nie śmiała poprawiać przełożonej. W zgromadzeniu była wystarczająco długo i dobrze poznała panujące tu zasady, które obowiązywały nawet w czasie wojny.

– Wieczorem kapelan odprawi mszę w intencji naszej ojczyzny a teraz rozejdźcie się, drogie siostry, do swoich obowiązków, idźcie z Bogiem! – Głos Efremy drżał i miała podejrzanie wilgotne oczy. Na czole każdej z nich zrobiła znak krzyża i zgarbiona, jakby przygniatał ją niewidzialny ciężar, poszła do siebie.

Kiedy Benedykta weszła do pokoju dziewczynek, zasypały ją pytaniami.

– Siostro, co się dzieje?

– Naprawdę jest wojna?

– Zabiją nas?

Nie umiała odpowiedzieć, ale wiedziała jedno, powinna je uspokoić i jednocześnie powiedzieć im prawdę. Odetchnęła głęboko, najpierw musiała znaleźć spokój w sobie, a czuła, że nerwowość udziela się i jej. Zrobiła kilka wdechów i dopiero zaczęła tłumaczyć:

– Dziewczynki, nikt was nie zabije. Na razie sama nie do końca wiem, co się dzieje, bo jedyne co podano do wiadomości, to fakt, że nasze granice zaatakowały wojska niemieckie. Siostra z infirmerii siedzi przy radiu, a ja obiecuję, że jak tylko czegoś się od niej dowiem, to wam przekażę. Nie bójcie się, jesteście tu bezpieczne!

– A jak na dom spadnie bomba?

– Tedziu, miejmy nadzieję, że nas Matka Boża ochroni – odpowiedziała dziecku z powagą. Nie bardzo wiedziała, jak inaczej pocieszać, bo sama miała podobne wątpliwości. – Postarajmy się nie myśleć o tym, co może się wydarzyć, a na co nie mamy wpływu, dobrze? Możecie być pewne, że cokolwiek się stanie, nie będziecie tu same, my będziemy z wami. Możecie liczyć na naszą pomoc i wsparcie.

Teodora przytaknęła z powagą, a Benedykta miała nadzieję, że nieco ją uspokoiła. Ona sama miała zupełnie skołataną głowę, pomyślała, że najpierw kaplica a potem odrobina zbożowej kawy bardzo jej się przyda.

Siedziała zatopiona w modlitwie i zupełnie straciła poczucie czasu. Dopiero delikatne dotknięcie ramienia wyrwało ją z zamyślenia.

– Siostro, ja przepraszam, Rączka przyszedł – szepnęła Marianna.

Benedykta odłożyła swoją Biblię do skrytki w ławce i poszła za dziewczyną do kuchni.

Rozpromieniony Romek wyglądał, jakby zupełnie nie miał świadomości sytuacji.

– Wygrałeś na loterii? – spytała Marianna wprost. – Bo minę masz, jakby cię jakieś wielkie szczęście spotkało.

– Lepiej, Marianko, dużo lepiej! – Złapał jej dłoń i zakręcił kobietą wokół siebie.

– Wojna się już skończyła?

– Moje dobre wiadomości są innego sortu, prima sortu, że tak powiem! Sikalafon! – mówił podekscytowany. – Inezka spodziewa się dziecka!

Jego twarz znowu rozjaśnił promienny uśmiech, a Benedykta przypomniała sobie skromną uroczystość, która odbyła się w zakonnej kaplicy rok wcześniej. Ineza, czyli Jadwiga, była w prostej białej sukni, uszytej przez siostrę Gertrudę, a Rączka, a właściwie Roman, w nowym garniturze. Prezentowali się pięknie i byli naprawdę szczęśliwi. Przysięgli sobie miłość i nałożyli obrączki, pobłogosławione przez księdza Kołodzieja, a potem zjedli skromny obiad, przygotowany przez Mariannę. Na deser był nawet piętrowy tort z cukierni, którego wszyscy mogli spróbować.

Uroczystość miała charakter prawie rodzinny, wspominano ją z sentymentem jeszcze przez długi czas. To była pierwsza para wychowanków Domu Wyjątkowego, których połączyło małżeństwo. Świadkowali im Jurek i Adela, także dawni podopieczni, niestety towarzysząca Jurkowi Michalina była innego wyznania i nie mogła zostać druhną.

W tym dniu każdy z nich myślał o Zosi. Ineza, upinając welon, chlipała, że kiedyś obiecały sobie z Zosią wzajemne świadkowanie. Marianna ją uspokoiła, ale i tak panna młoda miała zaczerwienione oczy.Potem wspominali dziewczynę w czasie weselnego obiadu i ucięli temat dopiero na wyraźną prośbę Benedykty. Odkąd Zosia uciekła, zaginął po niej wszelki ślad. Zrobili, co mogli, żeby znaleźć jakiś trop, ale bez efektu. Policja w końcu przestała szukać, tłumacząc się nawałem pilnych spraw i znikomą ilością czasu. Na początku wszyscy wypytywali, czy siostry mają nowe informacje albo jakiś trop, jednak z czasem przestali. Nie zapomnieli, ale zdawali sobie sprawę, że jeśli zakonnice dowiedzą się czegoś nowego, to z pewnością same o tym powiedzą. Wyczuwali, że to drażliwy temat dla wszystkich.

– No, Rączka, gratulacje, to teraz dopiero zobaczysz, co to kłopoty. – Marianna odwzajemniła uściski. Dobrze wiedziała, o czym mówi, oboje z Gerekiem wychowywali Lucynkę, która była żywym srebrem i czasem dawała im popalić. Regularnie byli wzywani do szkoły i wysłuchiwali skarg i opowieści o tym, co ich adoptowana córka znowu zmalowała.

Teraz, patrząc na szczęśliwego Rączkę, Marianna miała w głowie jedną myśl, że to zła pora na dziecko, jednak nie mogła powiedzieć tego głośno. Chłopak był tak rozanielony, że nie miała serca odbierać mu tej radościi poczucia dumy. Uścisnęła go po prostu serdecznie.

– Prawdziwe wyzwanie przed tobą, ale wiem, Romku, że sobie poradzisz! – Benedykta dołączyła do gratulacji i poklepała chłopaka po ramieniu.

– Bóg zapłać! Siostro, jaki Romek? Rączka, jak zawsze – poprawił ją z zadziornym uśmiechem.

– Teraz będziesz ojcem to i wypada spoważnieć, a nie takie tam fiu bździu – wtrąciła się Marianna.

– Tniutam to, mogę być niepoważnym ojcem! – Roześmiał się głośno i radośnie. – Będę ojcem! Słyszycie, ludziska? Będę ojcem! Tyndy ryndy!

– Wierzę w ciebie, będziesz najlepszym tatą – powiedziała Benedykta z głębokim przekonaniem, patrząc mu w oczy.

Z wdzięczności uścisnął ją mocno. Na szczęście tym razem nie całował w rękę, bo bardzo tego nie lubiła i zawsze mówiła wprost, że zupełnie nie ma takiej potrzeby. Całowania oczekiwała Alojza, a potem żaliła się, że dzieci, zamiast dotykać dłoni ustami, markują pocałunek i wycierają sobie nos jej własną ręką, i w dodatku zostawiają na niej mokre ślady.

– To ja zaparzę resztki kawy, bo przecież mamy co świętować, a ty opowiesz, jak się czuje nasza Inka. – Marianna krzątała się po kuchni, mieszając resztki prawdziwej kawy z cykorią. – Już nie mam niczego słodkiego, wszystko się skończyło… Drożdżowe było, ale dzieciaki jak stado głodnych szpaków, ile by nie było, tyle zjedzą. Chciałam schować kawałek, ale tak prosili, że dałam.

– A właśnie… – Rączka klepnął się w czoło – mam coś dla was.

Pokazał worek stojący w rogu kuchni, a zaciekawiona Marianna przeniosła go na stół i od razu zajrzała do środka.

– No, chłopaku, z tobą nie zginiemy! Niech no siostra zerknie, jakie skarby, niemało tego! – Jej mina świadczyła, że zawartość worka była zacna.

Akurat dla Benedykty nie miało znaczenia, ile czego Rączka przyniósł, najważniejsze, że o nich pamiętał i podarował coś od serca. Było jej miło za każdym razem, kiedy wychowankowie pamiętali o jej zakonnych imieninach, świętach czy drobnych uroczystościach, a jeszcze milej, gdy pamiętali o najmłodszych. Czuła z nimi wszystkimi prawdziwą więź i była dumna, że udało się im ją zbudować.

Z pakunku Mania wyciągnęła paczuszkę cukru, soli, drożdże i woreczek mąki. Do tego mydło i płyn na wszy.

– Prawdziwe skarby! – Westchnęła zadowolona. – Skąd ty to masz, chłopaku?

– Od Symka ze sklepiku! Jak tylko zaczęli bombardować, zamknął swój geszeft i wpuszczał tylko znajomych. Ludzie brali, co miał, i nie wybrzydzali. Wziąłem trochę dla nas i dla was, do końca wojny powinno wystarczyć. Tylko świec już nie miał, poratuje siostra?

Benedykta zdała sobie sprawę, że na pewno będą przejściowe problemy z prądem i lepiej być na nie gotowym. Na szczęście w kaplicy miały całkiem spory zapas gromnic i mogła się nimi podzielić. Co prawda zakrystianka pewnie się oburzy, że to profanacja, ale przecież jakoś musieli się ratować, nie wyobrażała sobie funkcjonowania w egipskich ciemnościach.

– Świece potem, teraz mów, co wiesz! – Benedykta przeszła do spraw, które interesowały ją najbardziej. – Jak sytuacja w mieście? Dużo zniszczone?

– Na razie nie jest źle, trza się bronić przed psubratem nawet kosztem pewnych strat. W mieście panika, ale w stopniu umiarkowanym, jak u nas przed wizytą matki generalnej. – Puścił oko i łyknął lurowatej kawy. – Andrusy niech się szykują do szkoły, bo pewnie za kilka dni wszystko wróci do normy i skończy się bumelka.

– To dopiero pilny uczeń się odezwał! – Marianna wydęła usta i dolała chłopakowi kawy.

Właściwie Rączka był już mężczyzną, ale dla niej pozostał niesfornym łobuziakiem, którego trzeba pilnować. Spuszczony na chwilę z oczu mógł jeszcze napsocić, a niedopilnowany wyszedłby stąd głodny albo spragniony.

Romek nie dopił swojej kawy, poderwał się nagle i z kieszeni marynarki wyciągnął zmiętoloną czapkę.

– Na mnie pora, przypomniałem sobie, że Ineza czeka. Miała dzisiaj iść na próbę, ale ją uprosiłem, żeby siedziała w domu. Kilka dni wytrzyma bez tańca… Muszę sprawdzić, czy posłuchała, czy czasem nie szwenda się gdzieś bez potrzeby.

– Jakby się nudziła, to ją przyprowadź do nas, znajdziemy jej zajęcie. Obiecuję, że nie będzie musiała cerować. – Benedykta uśmiechnęła się na to wspomnienie. Ineza nie cierpiała klasztornych zajęć w szwalni i ta niechęć została jej do dzisiaj, a przecież teraz nikt nie miał zamiaru obarczać jej szyciem. Po prostu miałaby na nią oko, dziewczyna byłaby tu w miarę bezpieczna i w przyjaznym miejscu.

– Spróbuję ją przekonać. – Rączka uścisnął dłoń zakonnicy, pożegnał się i pobiegł załatwiać swoje pilne sprawy.

 

Kolejne dni nie przyniosły dobrych wiadomości. Zachęcano mieszkańców stolicy do kopania rowów, gromadzenia zapasów i pomocy w szpitalach przy rannych, ale nikt nie potrafił powiedzieć niczego konkretnego o sytuacji w kraju. Kopali, pomagali sobie nawzajem i wpatrywali się w niebo, wyczekując kolejnych nalotów. A w domu kręcili gałką radia i szukali wiadomości. Efrema robiła podobnie; słuchała komunikatów radiowych i uspokajała wszystkich. Tłumaczyła, że potrzeba czasu, żeby nad wszystkim zapanować, ale i ona miała poczucie kompletnego chaosu i bezładu. Na niepokoje i troski zalecała modlitwę i tak właśnie robiły; wieczory spędzały w kaplicy, czuwały i odmawiały różaniec, żeby jak najszybciej wrócił spokój.

Któregoś ranka Benedykta zobaczyła w kuchni niespodziewanych gości. Jurek i Rączka siedzieli zafrasowani przy kubkach zbożowej lury, a ona od razu wiedziała, że coś się stało. Chłopcy nigdy nie wpadali o takiej porze bez przyczyny. Usiadła obok nich przy wyszorowanym do białości stole, potarła skronie i spytała wprost:

– Mówcie prawdę, co się dzieje? Po waszych minach widzę, że są kłopoty.

– Eeee… bo wie siostra, taki kiepski dzień dzisiaj. Męczy mnie coś tam w środku i sam nie umiem nazwać zmory co mnie chapła, jakbym cudze skarpety włożył. Nie wiem, co dalej, ale mam nadzieję, że będzie dobrze, no bo musi być… – dukał Rączka z opuszczonymi oczami.

To jeszcze bardziej wzbudziło jej niepokój.

– Romek, mów prosto z mostu, coś złego się stało? Ciebie nic nie męczy bez powodu.

– Sikalafon, zgadła siostra! – Zamilkł nagle i pochylił się, udając, że wiąże but.

– Nasze władze opuściły kraj – poinformował za niego Jurek grobowym głosem.

– Że kto? – Benedykta nie uwierzyła w to, co właśnie usłyszała. – Jakby to powiedział Romek, to pomyślałabym, że głupi żart. Co ty mówisz, Juruś? Może to plotki?

– Pewnie, Romuś to zawsze samo zło, azaliż i wżdy. – Rączka się nadął.

– Dzisiaj dzień niedobrych wiadomości, siostro. – Jurek nie zwracał uwagi na utyskiwanie przyjaciela. – Nasze władze przekroczyły granicę z Rumunią, słyszałem rano w radiu. Ja sam w to jeszcze nie wierzę i gdyby nie to, że ludzie na mieście gadali to samo…

– Może się przesłyszeliście? Jurek, o nasze polskie władze chodziło? Skup się!

– O nasze, mówili o Rydzu-Śmigłym i prezydencie Mościckim, nie ma ich już w Polsce.

– Ineza już kilka dni temu mi opowiadała, że wiara z jej teatru pakuje majdan, żeby dać drapaka z kraju. – Głos Romka był wyjątkowo poważny, jak rzadko. – Mówili właśnie o Rumunii, nawet ktoś nam proponował miejsce w samochodzie, oczywiście po znajomości i trzeba byłoby za to słono zabecalować. Chyba to była Marysia Modzelewska[2], koleżanka Inki… Tylko że my się wyprztykaliśmy z floty, bo musieliśmy zrobić zapasy, ubranka i takie tam utensylia dla klajniaka[3], nie było funduszy na rajzę. Zresztą nieważne, w każdym razie teraz złożyłem sobie dwa do dwóch i mi się zgrało. Dali w długą, psia ich mać… przepraszam. Ci, co wiedzieli, na co się zanosi i mieli kapitał, to się po prostu ulotnili.

– A skąd niby aktorka mogła wiedzieć, że władze opuszczą kraj? – Benedykta wciąż nie dawała wiary zasłyszanym plotkom.

– W tym środowisku wszyscy wszystko wiedzą. Pewnie od Dziuby Beckowej[4], informacje z pierwszej ręki, proszę siostry, prima sort, ręka rękę myje.

– Aktorom się nie dziwię, ale władze państwa? – Oczy Jurka błyszczały, a w głosie brzmiało oburzenie.

– Każdy ratuje swój tyłek. – Rączka wzruszył ramionami. – Przepraszam za słowa, ale tak się dziwisz, jakby cię trambik szturchnął. Odstawiali, skurczybyki, udawancję, że ich losy kraju obchodzą, a przy byle okazji spakowali bambetle i prysnęli, gdzie pieprz rośnie. Taka to władza.

– Daj spokój z tym przepraszaniem. – Benedykcie nie w głowie było zwracanie uwagi na słownictwo, słuchała z uwagą, probując zapanować nad gonitwą myśli.

– To przecież niemożliwe! – Jurek podniósł głos. – A honor? A dane słowo? Odpowiedzialność?

– Ty, Juruś, w kieszeń se wsadź te piękne słowa. Wymuskańce wzięli swoje graty, nogi za pas i tyle. A ty se narodzie radź, może wypiją za nas trupowe, tyle że w Rumunii. Tam balsam[5] może lepiej smakuje. – Romek zażartował ponuro i westchnął. – A my zobaczymy, co dalej z nami będzie.

– Trzeba walczyć! Musimy się zgłosić na ochotnika, trzeba bronić ojczyzny! – Jurek się zaperzył i zacisnął dłonie w pięści, na jego twarzy malowało się oburzenie.

– Ja tam nie wiem… przecież Inka spodziewa się dziecka.

– Rączka, pomyśl, brachu, chcesz, żeby dzieciak szprechał po niemiecku? Jak nic trzeba bronić ojczyzny!

Rozmowa jakoś przestała się kleić, Benedykta zatopiła się w niewesołych myślach a chłopcy zaraz zaczęli się żegnać. Już mieli wychodzić, kiedy przy drzwiach zatrzymał ich rozczochrany wyrostek w przykrótkich spodniach.

– Psze pana, zapytunek mam, prawdziwa wojna jest? – zagadnął.

– W rzeczy samej, najprawdziwsza, ale nic się nie bój, będziemy się bronić.

– Nie boję się, mamy z chłopakami łuk i zajumaną procę, jak trzeba, to pomożemy. Chcieliśmy wczoraj iść kopać rowy, ale siostra nas przyczaiła i nie pozwoliła.

– A jak ty masz na imię, młody?

– Bodzio, znaczy Bogdan.

– A ja Roman, ale możesz mówić Rączka.

– Ja to pana znam z opowieści, pan też tu był u sióstr, prawda? I podobno kawał łobuza z pana był, ale wyszedł pan na ludzi, siostra furtianka mi mówiła.

Rączka uśmiechnął się szeroko i kuksnął Jurka pod bok.

– Ty słyszysz? Moja sława mnie wyprzedziła. No wyszedłem, wyszedłem… – zwrócił się do chłopca. – I tobie radzę to samo. Pilnuj tu wszystkiego i słuchaj siostry, bo ma rację. I nie mów nikomu, że zajumałeś procę, bo to ciężki grzech jest.

– Tak jest! – Chłopak zasalutował zupełnie poważnie.

Kiedy wyszli z Domu Wyjątkowego, zawyły syreny.

 

 

 

[1] Święte milczenie (łac.).

[2] Maria Modzelewska (1903–1997) polska aktorka kina niemego.

[3] Dziecko (gwara warszawska).

[4] Żona Józefa Becka, polskiego polityka i dyplomaty.

[5] Wódka (gwara warszawska).

 

 

 

 

 

 

 

Rozmyślania Benedykty

 

 

Wojna. Przerażająco to brzmi. Jedna już przeszła gdzieś obok nas, ale o tym wspominałam kiedyś w moich zapiskach. Jakoś mało mnie wtedy obeszła, bo nie byłam w pełni świadoma powagi sytuacji. Byłam młoda, zafascynowana zgromadzeniem, w którym dopiero szukałam swojego miejsca, i wolnością. Tak, wolnością! Po mało przyjaznym miejscu, jakim był mój rodzinny dom, właśnie w domu zakonnym znalazłam wewnętrzny spokój i wolność. A że wtedy nie dochodziły do nas odgłosy wybuchów ani warkot samolotów, to i zupełnie nie zdawałyśmy sobie sprawy, co się dzieje w świecie.

Teraz jest inaczej, czuję odpowiedzialność. Mamy ponad trzydzieścioro dzieci, które musimy ubrać i wyżywić. I oczywiście zapewnić im poczucie bezpieczeństwa, a właśnie tym martwię się najbardziej. Podopieczni mają świadomość powagi sytuacji, tym bardziej że zmieniła się nasza rutyna. Nie chodzą do szkoły ani nie spacerują tyle, co wcześniej. Nawet nie wychodzimy do kościoła, a to przecież tuż obok, modlimy się w naszej kaplicy. Ksiądz Kołodziej potwierdził, że tak jest bezpieczniej, bo podobno Niemcy bombardują kościoły. Dobrze wiedzą, że takie miejsca są pełne ludzi, i specjalnie zrzucają na nie ładunki. Bandyci!

Siostra zakrystianka mówi, że do naszego domu Bożego wciąż przychodzą wierni, nic a nic nie boją się bomb i starają się zachować pozory normalności. Właśnie teraz najbardziej potrzebują otuchy i pokrzepienia.

Ostatnio odwiedziła nas Michalina, ta sama, którą Jurek poznał na letnisku. Już całkiem długo są parą, ale na razie nie myślą o ślubie. Przypuszczam, że chodzi o wyznanie Michasi, inne niż Jurka. Młodzi nie bardzo wiedzą, jak ten problem rozwiązać, bo żadne nie chce zmieniać religii. Nie doradzam im ani nie wypytuję, żeby nie było, że się wtrącam. W końcu nie jestem już opiekunką Jurka tylko przyjaciółką, tak przynajmniej myślę.

Wracając do Michasi, zrobiła nam pogadankę o udzielaniu pierwszej pomocy. Myślałam, że dzieciaki będą się bały i unikały tak trudnych tematów, które napawają lękiem, ale o dziwo wszyscy byli zaciekawieni. Michasia jest pielęgniarką, pracuje w szpitalu na Śliskiej i zna temat chyba lepiej, niż siostra Alojza z infirmerii. Pokazywała, jak się bandażuje i tamuje krwotoki, a naszych chłopców szczególnie zainteresowały rany postrzałowe. Oni już się szykują na wojnę, chcą bronić ojczyzny z bronią w ręku, a ja nie wyprowadzam ich z błędu. Nie mówię im wprost, że takie sprawy powinni zostawić dorosłym.

Dziewczynki na zajęciach z szycia przygotowały sobie torby sanitarne, bardzo podobne do tej, którą ma Michasia. Noszą je wszędzie, zabierają nawet na spacer do ogrodu „na wszelki wypadek”. Siostra ogrodniczka irytuje się, że wywołują wilka z lasu, ale mnie to nie przeszkadza. Po pierwsze oswajają trudną sytuację, a po drugie uczą się odpowiedzialności. W duchu mam nadzieję, że ta wiedza im się nie przyda, wojna szybko się skończy i nie będą musiały tamować krwotoków ani opatrywać ran.

Któregoś popołudnia, zupełnie przypadkiem, słyszałam rozmowę Tedzi z przyjaciółką.

– No i lipa, nie było u nas bomb, szkoda – mówiła wyraźnie zawiedziona Teodora.

– No… – W głosie Amelii też brzmiało rozczarowanie. – Nie było kogo bandażować.

– Bodek się skaleczył.

– Ale nie dał sobie założyć opatrunku! A jakby go zbombardowali, to już by nie miał wyjścia. Albo jakby mu tak nogę urwało, toby nas potrzebował na pewno.

– W sumie racja, może jutro coś wybuchnie? Wola Boża! – Tedzia nabożnie powtórzyła zasłyszane u dorosłych słowa.

W pierwszym momencie chciało mi się śmiać z tej dziecięcej beztroski, naprawdę dobrze, że tak myślą. Postaramy się zapewnić im ten pozorny spokój najdłużej jak się da.

Tymczasem na nas złe wiadomości spadają z tą samą intensywnością, co niemieckie bomby. Od początku wojny regularnie słuchamy przemówień Stefana Starzyńskiego. Codziennie włączamy radio i mamy nadzieję usłyszeć coś pokrzepiającego. Bardzo tego potrzebujemy.

Na początku września w głosie prezydenta brzmiała pewność siebie, która stopniowo zmieniała się w nadzieję. Potem przestałyśmy ją słyszeć. Mówił dobitnie i pewnie, ale czułyśmy, że jego przekonanie o szybkim końcu wojny powoli gaśnie. Nazwał Niemców hunami i barbarzyńcami, a my dopiero wtedy zaczęłyśmy rozumieć, że nie wszystko idzie po jego myśli. Mówił o tym, że niszczone są nasze zabytki i kościoły, agresorzy nie oszczędzili nawet Zamku Królewskiego. Kiedy usłyszałyśmy, że spłonął, Efrema złapała się za serce, a Alojza błyskawicznie podała jej krople. Potem słuchałyśmy chyba najbardziej patriotycznej mowy prezydenta, która poruszyła nas wszystkie.

„Chciałem by Warszawa była wielka. Wierzyłem, że wielka będzie. Ja i moi współpracownicy kreśliliśmy plany wielkiej Warszawy przyszłości. I Warszawa jest wielka!” – radio trzeszczało, ale słyszałyśmy wyraźnie każde słowo i poczułyśmy dumę i wdzięczność. Ten dzielny człowiek nas nie zostawił, został w mieście i dawał nam iskierkę nadziei. Przynajmniej on…

A potem długo płakałyśmy. Nad losem naszych sierot, stolicy i całego kraju. Jeszcze tak niedawno Jurek opowiadał nam wszystkim o planach budowy Metropolu i ekscytował się, że metro w Warszawie to dopiero będzie coś. Tłumaczył zasady działania podziemnej kolei, a dzieciaki słuchały z wypiekami na twarzy, bo o czymś takim nigdy nie słyszały. To brzmiało wręcz bajkowo: pociąg jeżdżący pod ziemią. Mówił też o igrzyskach olimpijskich, które miały się odbyć w stolicy za kilka lat i innych planach władz miasta. Po pogadance podopieczni dosłownie zasypali go pytaniami o to, kiedy ich tam zabierze i co będą mogli zobaczyć.

Teraz to wszystko obracało się w gruzy, i to na naszych oczach.

Dzień później Rączka i Jurek przynieśli nam tragiczną wiadomość, że polskie władze opuściły kraj, a to już zupełnie nas przybiło. Tylko Bóg z nami został. I prezydent Starzyński.

W ciemnym korytarzu Efrema chwyciła moją dłoń i pierwszy raz od dawna użyła osobistej formy.

– Córcia, co będzie dalej?

– Nie wiem…

– Trzeba się modlić! Trzeba ufać! Musi być dobrze! – szeptała, ale w jej głosie nie słyszałam pewności.

Myślałam podobnie, bo właściwie nic więcej nie przychodziło mi do głowy. Chyba pierwszy raz czułam się tak bardzo zagubiona i bezradna. I samotna. Wiem, że grzeszę, ale właśnie to poczułam: wielką samotność w ogarniętym wojną kraju.

W ciągu ostatnich dni wiele osób opuszczało stolicę, jednak w naszym przypadku to rozwiązanie nie wchodziło w grę. Nie mogłyśmy wyjechać z dziećmi, bo opiekunek było za mało a podopiecznych za dużo. W dodatku od nikogo nie dostałyśmy jasnych instrukcji dokąd się udać. Efrema próbowała interweniować, ale nikt nie miał do tego głowy. Wszędzie mówiono, że jak się coś wyklaruje, uspokoi, to dadzą jej znać. Niestety nie uspokajało się i znaku nikt nie dawał. Przełożona sama podjęła decyzję, że zostajemy. Powtórzyła kilka razy, że bierze to na własne sumienie i w gruncie rzeczy nie wie, co robić.

Miałam tylko jedną myśl, której nie powiedziałam głośno… Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił?

Ja wiem, że on jest, czuwa, wierzę w to, ale jest mi ciężko zrozumieć to wszystko. Te pożary, bomby, płacz w kościele… Ufam, że to wszystko ma jakiś sens i tylko ja nie umiemy go zobaczyć.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej