35,90 zł
Przed Tobą niezwykła podróż i tylko od Ciebie zależy, jak zechcesz ją przeżyć.
Czarne ptaki to bowiem dwie osobne i zamknięte historie, które skrywają jednak tajemnicę. Ebooka możesz czytać od pierwszej części, albo też zacząć od drugiej i wejść w zupełnie inną opowieść. Jeżeli masz ochotę, możesz czytać na zmianę po jednym rozdziale każdej części.
To Twój wybór i Twoja droga.
Niezależnie, którą historię zaczniesz jako pierwszą lub jaką ścieżkę wybierzesz, prawdę o tym, co je łączy, odkryjesz, kiedy poznasz je obie. I mam nadzieję, że będziesz się przy tym świetnie bawił.
Nie wierz w to, co wydaje ci się, że widzisz. Każda historia może mieć dwa początki i jeden koniec.
Burzliwe lata 90. Powietrze pachnie wolnością, miłością i pieniędzmi, a dwóch najlepszych przyjaciół może to wszystko stracić. Razem ze swoim życiem. Tuż po tym, jak skończyli świętować maturę, znaleźli się w niewłaściwym miejscu i byli świadkami morderstwa. Nie mogą już popełniać błędów młodości. Muszą dorosnąć szybciej od innych. Ludzie, którzy ich szukają, nie znają bowiem litości.
Czas mija, a świat ma zupełnie inne oblicze. Nietypowe kolekcje sztuki, wielkie pieniądze i tajemnice, które nigdy nie mogą ujrzeć światła dziennego. To świat dwóch kobiet, które nigdy się nie spotkały. Jedna jest gotowa kłamać, zmienić tożsamość i wyrządzić krzywdę, by osiągnąć swój cel. Druga wspina się po szczeblach kariery, szukając życiowej stabilizacji. Kiedy ich drogi się przetną, dojdzie do zderzenia, z którego nie wszyscy wyjdą żywi.
Dwie historie – dwie strony tej samej układanki. Zacznij, od której chcesz. Ale pamiętaj - prawda zawsze ma drugie oblicze.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 366
Data ważności licencji: 2/25/2031
Projekt okładki: Karolina Żelazińska-Sobiech
Redakcja: Dominika Gołowin
Redaktor inicjujący: Monika Mielke
Redaktor prowadzący: Grażyna Muszyńska
Redakcja techniczna: Grzegorz Włodek
Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski
Korekta: Kamila Recław, Lingventa
© Bartosz Szczygielski, 2026
© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2026
ISBN 978-83-287-3901-7
MUZA SA
Wydanie I
Warszawa 2026
–fragment–
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz
Przed Tobą niezwykła podróż i tylko od Ciebie zależy, jak zechcesz ją przeżyć.
Czarne ptaki to bowiem dwie osobne i zamknięte historie, które skrywają jednak tajemnicę. Książkę możesz czytać od tej strony, ale też ją obrócić i wejść w zupełnie inną opowieść. Jeżeli masz ochotę, możesz czytać na zmianę po jednym rozdziale każdej części (korzystając z linków na końcach rozdziałów).
To Twój wybór i Twoja droga.
Niezależnie, którą historię zaczniesz jako pierwszą lub jaką ścieżkę wybierzesz, prawdę o tym, co je łączy, odkryjesz, kiedy poznasz je obie. I mam nadzieję, że będziesz się przy tym świetnie bawił.
M., która jako jedyna wie, jak mnie odczytać
Wokół ognia leżały ciała.
Każde z nich wyglądało jakby brało udział w wypadku samochodowym. Powykręcane członki przywodziły na myśl najgorszą formę opętania, podczas której złowrogie duchy dla zabawy łamią kości swoim ofiarom. Zwierzęta miałyby prawdziwą wyżerkę, gdyby nie przeszkadzał im smród ledwo przetrawionego alkoholu oraz wrzask Kurta Cobaina roznoszący się echem po lesie.
Łącznie kilkanaście ofiar.
Męska część klasy C, rocznik 1992, znajdowała się w stanie, w którym nie zarejestrowaliby nawet Sabriny Salerno prężącej się przed nimi w swoim kultowym białym kostiumie kąpielowym. To była impreza godna zapamiętania do końca życia. Przynajmniej dla tych, którym nie urwał się film jeszcze przed północą. Na polu boju zostało ich niewielu. Ślady nierównej walki z piwem, winem oraz wódką dalej można było zauważyć w trawie. Osiadająca na niej rosa wchodziła w niebezpieczną reakcję z unoszącymi się w powietrzu oddechami pełnymi procentów. Nikt przy zdrowych zmysłach nie odważyłby się teraz zapalić papierosa. Z całą pewnością nie zrobiłby tego Arek Rosiewski, który bardzo powoli wracał do życia. Przez wpółotwarte oczy obserwował, co robił jego przyjaciel.
– Wyłączcie w końcu to gówno! – Kamil Zagórny kucnął przed ogniskiem i kawałkiem podniesionego z ziemi patyka rozgrzebał żar. – Głowa mi zaraz pęknie.
Chłopak nie sprecyzował, do kogo kieruje swoje słowa. Po kilku sekundach ostatnie takty Lithium Nirvany ledwo dało się już usłyszeć. Zamiast nich do uszu zebranych zaczynały docierać dźwięki budzącego się lasu. Do wschodu słońca brakowało jeszcze kilkudziesięciu minut, ale noc niechętnie zaczęła ustępować pola dniu.
– Dobra, brudasy! – Kamil wyprostował się i wrzucił do ognia patyk. – Miałem jeszcze jednego ziemniaka odłożonego na później. Piękną, dorodną pyrę. Powiedziałbym nawet, że to był cholernie idealny ziemniak. Mój ziemniak, więc który z was mi go zjadł?
Odpowiedziało mu kilka niewyraźnych pomruków.
– Nikt z was nie ma tyle odwagi, żeby się przyznać? Hej! Gdzie mój ziemniak?!
– Przestań drzeć ryja. – Arek rozpiął śpiwór. Powąchał go i z obrzydzeniem odsunął od twarzy. – Zjadłeś tego cholernego ziemniaka w nocy. Jak nie pamiętasz, to gdzieś w krzakach powinien dalej leżeć. Wyrzygałeś go na swoje buty.
Kamil opuścił głowę i zaczął się wpatrywać w trampki.
– Ojciec mnie zabije. Przywiózł mi je specjalnie z Niemiec – westchnął znacząco. – To oryginalne All Stary. Oryginalne.
Buty przypominały źle wypatroszoną rybę, która na swój ostatni posiłek zjadła sałatkę jarzynową. Arkowi zrobiło się niedobrze na samo wspomnienie o niej. Każda komórka jego ciała żałowała, że dał się skusić Agnieszce, by spróbować potrawy. Dziewczyny z klasy miały zadbać o jedzenie i podeszły do sprawy bardzo profesjonalnie. Zamiast kiełbasy przyniosły kanapki, roladki drobiowe, kilka szaszłyków i jakieś dziwne rogale, które kruszyły się przy najmniejszej próbie ugryzienia. Smakowały jak karton po psiej karmie.
Nikt nie chciał robić przykrości koleżankom, a już na pewno nie szkolnej piękności, która, jak głosiła plotka, potrafiła się odwdzięczyć za okazane jej serce. W nocy nikt się o tym nie przekonał, bo kiedy wjechał alkohol, ładniejsza część klasy w większości ulotniła się do domów. Rosiewski ubolewał, że nie poszedł ich śladem.
Przecierając oczy i wygrzebując z nich piasek, Arek marzył tylko o tym, by wejść pod gorący prysznic. Cuchnął tak, że omijały go nawet muszki. Te leciały od razu do Michała, który spał kilka metrów od niego z ustami tak szeroko otwartymi, że zmieściłby się w nich grejpfrut. Gdyby mieli jakiegoś ze sobą na ognisku, już dawno ktoś wcisnąłby mu go do gardła, byleby tylko nie słuchać dłużej jego chrapania.
– Która godzina? – spytał Arek, uwalniając się zupełnie ze śpiwora. – Chryste, ta sałatka była błędem.
Wziął głęboki oddech i dla bezpieczeństwa przyłożył dłoń do ust. Nie spodziewał się, żeby jedzenie wybrało ten kierunek, ale wolał nie ryzykować. To nie byłby pierwszy raz, kiedy Rosiewski zostałby zdradzony przez własne ciało. Spożywanie alkoholu, a szczególnie w tak dużych ilościach, zupełnie mu nie służyło.
Zagórny za to wyglądał jak nowo narodzony, choć z przybyłych na imprezę wlał w siebie najwięcej. Jak sam twierdził, przed pożegnalnym po maturze ogniskiem przyjął litr rosołu. Robił tak za każdym razem, kiedy szykował się na imprezę. Obecnie o tym, że spędził noc wyjątkowo aktywnie, świadczyły tylko buty, od których nie potrafił oderwać wzroku.
– Ja pierdolę, no. Muszę znaleźć wodę i to wypłukać czy coś. – Wyprostował się i rozejrzał po terenie wokół ogniska. – Została jakaś butelka? Nie będę przecież wracał przez miasto z czymś takim na nogach.
– Znajdź jakiegoś liścia i po prostu wytrzyj ten syf – odpowiedział mu Arek. – To nie jest wyższa matematyka.
– Żebym sobie jeszcze bardziej je zniszczył? – Kamil zmrużył oczy, wpatrując się w ścianę otaczających ich drzew. – Chodź, tam chyba jest jakaś rzeka, jak dobrze pamiętam.
– Odwal się, wracam do domu.
Arek ledwo podniósł się z ziemi. Miał wrażenie, że przez tych parę godzin, kiedy na niej leżał, oblazły go wszystkie możliwe owady. Jak tylko dotrze do łazienki, która nie będzie kłującym w tyłek krzakiem, powinien bardzo uważnie obejrzeć ciało. Mógł złapać kleszcza, a miał wystarczająco dużo problemów, by dodawać do nich boreliozę.
– Chcę się tylko wykąpać i…
Świat zawirował mu przed oczami. Oparł się rękoma o kolana i spróbował to przeczekać. Wszystko wokół Arka zaczęło się obracać, co mogło oznaczać, że jeden nieuważny ruch pośle go z powrotem na ziemię. Sałatka niebezpiecznie szybko zaczęła szukać drogi ucieczki z jego ciała, więc zaryzykował i wyprostował się, by jej to utrudnić.
– Ej, żyjesz?
Kamil znalazł się obok niego w ciągu sekundy, jakby zakrzywił czasoprzestrzeń. Położył dłoń na ramieniu Arka i mocno zacisnął na nim palce.
– Chodź – polecił lekko, popychając go do przodu. – Musisz to rozchodzić.
– Nie tak szybko.
Minęło kilkadziesiąt sekund, zanim świat przed oczami Rosiewskiego uspokoił się na tyle, by mógł zrobić pierwszy krok. Światło nieśmiało przebijało się przez korony drzew, pokazując, jak wielkiego spustoszenia na polanie dokonała ich klasa. Wokół ogniska walały się butelki po piwie i winie, pudełka po papierosach i cała masa śmieci, których pochodzenia nie dało się tak prosto rozszyfrować. Jeżeli Arek dobrze widział, to tuż obok przewracającego się na bok Michała leżała zużyta prezerwatywa. Widocznie komuś się jednak poszczęściło tej nocy.
Odeszli kilka metrów od ogniska, a gdy weszli pomiędzy drzewa, smród gorzelni zastąpiła orzeźwiająca woń mokrej ziemi. Arek czuł się tak, jakby znalazł się w bajce Disneya, więc najprawdopodobniej w jego żyłach krążyła jeszcze potężna dawka alkoholu. Inaczej nie zwróciłby uwagi na to, jak pomiędzy drzewami przeskakuje wiewiórka. Wpatrywała się w chłopaków przez moment, a potem uciekła spłoszona przez wielkiego, czarnego ptaka, który przysiadł na gałęzi. Kamil podniósł głowę i zaczął mu się przyglądać.
– To kruk? – spytał, wskazując palcem w niebo. – Wygląda podobnie. Myślałem, że są o wiele mniejsze, a ten jest wielkości tłustego kota. Myślisz, że nas śledzi czy coś?
– Co to za różnica?
Rosiewski ze smutkiem zauważył, że Zagórny wracał do swojego pierwotnego stanu, w którym gadał jak najęty.
– Nie lubię, jak ktoś się na mnie gapi, i tyle. Spójrz tylko na niego. Zaatakuje nas jak nic.
– Zatrułby się. – Arek ciężko westchnął. – Przypomnij mi, żebym już nigdy więcej nie pił.
– Ostatnio mówiłeś dokładnie to samo.
Miał rację. To nie była pierwsza impreza, z której Arek wracał pijany. Za każdym razem, kiedy następnego dnia cierpiał katusze, obiecywał sobie, że więcej już nie popełni podobnego błędu. Na większość imprez nie musiał nawet przynosić własnego alkoholu, ponieważ ten zawsze jakoś lądował na stole tuż przed nim. Ewentualnie od razu wciskano mu go do ręki, jak miało to miejsce ostatniej nocy.
Cała klasa, a pewnie też i liceum, wiedziała, że Arek nie ma pieniędzy. Na pewno nie takich, które mógłby wydać na wino bez wyrzutów sumienia. Poza tym zbierał na jeansy i już niewiele brakowało, by w końcu mógł spełnić swoje marzenie. Zamierzał pójść w nowych spodniach na rozdanie dyplomów. Zostało mu raptem kilka tygodni, by dozbierać potrzebną kwotę. Jeżeli dobrze obliczył, powinno się udać. Pod warunkiem, że po drodze nie pojawią się jakieś nieprzewidziane wydatki. Ostatnio zostawił na bazarze dziesięć tysięcy za Innuendo Queen, co uszczupliło jego zaskórniaki, ale tego zakupu akurat nie żałował.
– Dobra, możemy iść. – Wyprostował się. – Już w porządku.
– Jesteś pewien?
– Na dziewięćdziesiąt procent.
Robiąc kolejne kroki i wchodząc coraz głębiej w las, żaden z nich już się nie odezwał. Jakby w jednej chwili postanowili, że czas na rozmowy się skończył. Ich jedynym towarzyszem stała się cisza. Każdy dźwięk, który wcześniej odbijał się echem od konarów, trafiał w pustkę. Kamil maszerował jak w transie, odgarniając na boki gałęzie, i nie oglądał się za siebie. Arek starał się nadążać za przyjacielem, choć ten coraz bardziej zwiększał od niego dystans. Narzucił tempo, któremu ten nie potrafił sprostać, a już na pewno nie w takim stanie.
Zatrzymał się, by złapać oddech, i wtedy stracił Zagórnego z oczu.
Na początku sądził, że ten się po prostu wygłupia i chowa gdzieś za drzewem, ale im dłużej przypatrywał się okolicy, w tym większą panikę wpadał. Został sam i nie miał pojęcia, jak do tego doszło.
– Kamil?
Podświadomie ściszył głos.
– Przestań się wygłupiać.
Czuł czyjś wzrok na plecach. Arek bardzo powoli się odwrócił. Starał się poruszać tak, by nie wydawać przy tym dźwięków, a kiedy nieopatrznie stanął na gałęzi, wstrzymał oddech. Zdawał sobie sprawę, że jego strach nie jest podyktowany zdrowym rozsądkiem.
Wydawało mu się, że gdzieś w oddali, pomiędzy drzewami przemknęła ludzka postać. Po kilku sekundach ruch się powtórzył. Arek podniósł rękę i zamierzał krzyknąć, by przywołać Kamila. Zanim zdążył to zrobić, poczuł na ustach czyjąś dłoń, która silnym ruchem pociągnęła go do tyłu. Przewrócił się na ziemię, a kiedy chciał się odwinąć, by przyłożyć napastnikowi, zobaczył przed oczami Kamila. Przyjaciel bardzo powoli przyłożył do ust palec wskazujący i pokręcił głową.
– Zamknij się – wyszeptał. – Leż.
Gdy Arek spojrzał na przyjaciela i na jego wyraz twarzy, postanowił się nie kłócić. Uspokoił odrobinę oddech i przekręcił się na brzuch. Kamil położył się obok, co zupełnie do niego nie pasowało, ponieważ nowa koszula, którą chwalił się przez cały wczorajszy wieczór, będzie już do wyrzucania. Podobnie jak spodnie, za które Arek gotów byłby oddać swoje przednie zęby. Kamil uniósł lekko głowę, żeby tylko jej część wystawała znad krzaków. Wpatrywał się w miejsce, w którym Arkowi zdawało się, że kogoś dostrzegł.
– Co jest? – wyszeptał po kilku sekundach. – Ktoś tam jest?
– Śruba.
Rosiewski wielokrotnie słyszał ksywę, która mroziła krew w żyłach całej Polsce. Wierzył, że tego człowieka zna każdy, kto choć raz w ciągu ostatniego roku włączył telewizor lub przeczytał jakąś gazetę. Wprawdzie nigdy nie pokazano jego wizerunku, ale napisano i powiedziano wszystko o tym, czego miał się dopuścić. Większości rzeczy z listy przypisywanych Śrubie Arek nawet nie chciał sobie przypominać. Gdy znajdował się jednak kilkanaście metrów od niego, mózg zaczął pracować i sam podsuwał kolejne przykłady.
Przed oczami widział więc obcięte palce, a nawet całe dłonie, które później rodzina „zaginionego” znajdowała w skrzynce na listy. Pozgniatane ciało, podobno Śruba zrzucił je do młocarni, a następnie zostawił na środku pola tuż obok zboża. Raz ponoć podpalił faceta, który wisiał mu pieniądze, a potem go ugasił. Zrobił tak cztery razy, zanim mężczyzna zmienił się w skwarkę, dopiero wtedy pozwolił mu umrzeć.
– Skąd wiesz, że to on?
– Widziałem go kilka dni temu na mieście. – Kamil mocniej docisnął ciało do ziemi. – Gadał z psami. Dawał im łapówkę.
– To mógł być ktokolwiek.
– A widziałeś kiedyś obsranego Sikora?
Słowa przyjaciela zrobiły na Arku większe wrażenie, niż mógłby przypuszczać. Grzegorz Sikor jakimś cudem uchował się po czystce SB i przytulił ciepłą posadkę w policji. Facet wyglądał tak, jakby samym spojrzeniem mógł złamać kark Schwarzeneggerowi. Tylko raz Arek miał z nim styczność i wolałby o tym zapomnieć. Wracali w nocy z jakiejś imprezy, a chcąc skrócić sobie trasę, przeszli w niedozwolonym miejscu przez jezdnię. Sikor akurat przejeżdżał obok i całej grupie sześciu chłopa kazał robić pompki na środku ulicy. Nago. W połowie listopada.
Żaden z nich nie protestował.
Od tamtej pory, kiedy Arek widział radiowóz, zachowywał się, jak na przykładnego obywatela przystało. Przestrzegał przepisów ruchu drogowego, nie zaśmiecał przestrzeni publicznej i pod żadnym pozorem nie rzucał się w oczy władzy. Nie spodziewał się, że Sikor przed kimkolwiek może ugiąć kark. Jeżeli taki twardziel bał się Śruby, to on tym bardziej nie powinien się teraz wychylać. Znajdowali się w środku lasu, a na dodatek bardzo blisko bagna, z którego ich ciała pewnie nigdy by nie wypłynęły.
– Co robimy? – spytał najciszej, jak potrafił. – Wycofujemy się?
Kamil zaprzeczył ruchem głowy.
– Mogą nas zobaczyć. Czekamy, aż pójdą.
Po raz pierwszy słyszał, by Zagórny wypowiadał się tak zwięźle. Był zakochany w swoim głosie i zazwyczaj nie dało się go uciszyć. Już sama ta zmiana w zachowaniu oznaczała, że wpadli w prawdziwe kłopoty. Rosiewski miał ochotę zerwać się z ziemi i ruszyć biegiem przed siebie, jak najdalej od stojących kilkadziesiąt metrów od nich facetów. Wtedy z pewnością by go dostrzegli, ale był szybki. W biegu na setkę miał drugi najlepszy czas w klasie, zaraz po Kamilu. Logika podpowiadała jednak, że nie prześcignąłby kuli pędzącej w stronę jego pleców. I wolał się o tym nie przekonywać.
Leżąc na mokrej ziemi, Arek próbował przypomnieć sobie coś miłego. Jakieś wydarzenie z życia, które mogłoby zostać jego ostatnim wspomnieniem. Pierwszy raz, kiedy latem spróbował lodów w wafelku, pierwszy łyk coli albo ta chwila, jak Monika z trzeciej D pocałowała go w usta na szkolnym boisku i wszyscy to widzieli. Małe rzeczy, które przygniotła codzienność. Spoglądając na twarz Kamila, doszedł do wniosku, że przyjaciel właśnie robił to samo. Wiedział, że w jego przypadku problem z wyborem będzie o wiele mniejszy. Facetowi w życiu po prostu wszystko wychodziło.
Zaczęło się jeszcze w przedszkolu, kiedy Zagórny w swoich małych dłoniach trzymał najlepsze zabawki i trwało to po dziś dzień, tylko misie zamienił na drogie buty. Zachodnie. Marzenie nie tylko połowy ich klasy, lecz także Arka. Wstydził się, że myśli o tym w chwili, kiedy obydwaj mogą pożegnać się z życiem. Położył czoło na ziemi i zamknął oczy. Do ich uszu dobiegły podniesione głosy i dźwięk łamanych gałęzi. Po nich nastąpił głuchy wystrzał. Znali ten dźwięk bardzo dobrze z zajęć przysposobienia obronnego. Arek nigdy się nie spodziewał, że tak skończy się jego życie.
Zacisnął zęby i wrócił do swoich wspomnień.
Nic więcej nie miał.
[przejdź do 2_Rozdział 1]
Może masz kogoś, a może właśnie kogoś ci brak*
Dźwięki piosenki odbijały się echem pomiędzy drzewami. Z każdym kolejnym wersem śpiewanym przez Gadowskiego stawały się coraz cichsze i cichsze. Arek przyjął to z ulgą z kilku powodów. Po pierwsze uważał, że to najgorszy utwór z albumu Mój dom, i nie miał ochoty go dłużej słuchać, a po drugie oznaczało to, że faceci w końcu się oddalają. Nie miał pojęcia, jak udało im się wjechać samochodem do lasu tak głęboko, skoro oni z Kamilem nie mogli nawet rozłożyć rąk, by nie zahaczyć palcami o jakieś drzewo.
– Idziemy. – Kamil wyprostował się i otrzepał spodnie z brudu. – Taka okazja się już nie powtórzy.
– Pojebało cię? – warknął, rozglądając się po okolicy. – Zapomnij…
Zacisnął pięści tak mocno, że niemal przebił skórę paznokciami. Arek wyraźnie musiał przypomnieć przyjacielowi, co się właściwie wydarzyło i dlaczego powinni jak najszybciej ruszyć w przeciwnym kierunku.
– Słyszałeś wystrzał? Bo ja tak.
– No i właśnie dlatego powinniśmy…
– Zabili człowieka, nie dociera to do ciebie? – syknął. – Przez ostatnią godzinę czekałem, aż z nami zrobią to samo. Niewiele brakowało, a zeszczałbym się w spodnie. Dociera do ciebie, w jakie gówno się wpakowaliśmy?
Kamil wzruszył ramionami.
– Nic nam nie jest – odparł. – Za bardzo się przejmujesz.
– Za…
Arkowi zabrakło słów. To nie pierwszy raz, kiedy przyjaciel wpadał na pomysł, który już na początku wydawał się skazany na porażkę. Jak wtedy, gdy zakradli się do biura ojca Kamila i wyciągnęli z szafy kasety VHS, których żaden piętnastolatek nie powinien oglądać. Wtedy Arek zobaczył, jak wygląda naga kobieta, a większość snów zaczął mieć po niemiecku, choć zupełnie nie znał tego języka. Oglądali te filmy tak często, że taśma wkręciła się w rolki magnetowidu i musieli się przyznać. Arek wielokrotnie obrywał przez Kamila, ale na to, co teraz planował kumpel, nie zamierzał się godzić. Nie ten kaliber.
– Słuchaj… – Zagórny zbliżył się do Rosiewskiego i położył mu dłonie na ramionach. – Oni już nie wrócą. Zastanów się, po cholerę mieliby to robić? Tak szczerze, nie jesteś ciekaw, co się tam wydarzyło?
– Nie.
– Pierdolisz – zaśmiał się. – Widzę, że aż cię nosi.
Kamil zacisnął mocniej palce na ciele przyjaciela, a następnie poklepał go po policzku. Podłapał ten ruch na siłowni od trenera, który tak motywował zawodników do walki. W przypadku Arka odniósł zupełnie odwrotny skutek.
– Odwal się. – Odsunął się. – Nie jestem idiotą.
– Jak chcesz.
Kamil zrobił zwrot i zaczął iść w stronę miejsca, w którym kilkadziesiąt minut temu mogło dojść do morderstwa. Arek zacisnął zęby. Obserwując oddalającego się Zagórnego, miał wielką ochotę pozwolić mu na to, żeby w końcu sam zmierzył się z konsekwencjami. Do tej pory wszystko uchodziło mu płazem, nieważne, co robił, i tak spadał na cztery łapy. On nie miał tego przywileju.
Odkąd skończył trzynaście lat, dokładał się do utrzymania domu. Łapał się każdej możliwej pracy, ale pieniądze, które przynosił, i tak na niewiele się zdawały. Jego ojciec przepijał miliony, rozpaczając nad kieliszkiem, ściskając między palcami pomiętą fotografię. Arek nie przeżywał tego tak, jak on. Nigdy nie widział matki, a jedyne jej zdjęcie, które mieli w mieszkaniu, od ciągłego dotykania zupełnie się wytarło. Kiedy ojciec wpadał w swój cug, wrzeszczał na niego i przypominał mu, jak zabił miłość jego życia.
Lekarze nazwali to krwotokiem położniczym.
Wiedział, że to nie jego wina, ale myślał o tym każdego dnia. Życie okazało się wyjątkowo niesprawiedliwe dla rodziny Rosiewskich, ale Kamil zawsze stał u jego boku. Nocował w jego domu chyba częściej niż we własnym. Przeczuwał, że niebawem to się skończy, a ich życie się zmieni. Każdy pójdzie w swoim kierunku. Arek od poniedziałku zaczynał nową pracę. Będzie kładł płytki łazienkowe w domu jakiegoś bogacza, ale za przyzwoite pieniądze. Kamil wybierał się na studia, i to nie byle gdzie, bo na pierwszą prywatną uczelnię w Polsce. Miał przed sobą świetlaną przyszłość, a Arek nie mógł pozwolić na to, by ją sobie zmarnował.
I co ważniejsze, nie mógł zostawić przyjaciela samego.
– Stój, debilu – powiedział, sam nie poznawał swojego głosu. – Poczekaj.
Wiedział, że pożałuje tej decyzji, ale nie potrafił go tak po prostu zostawić. Wziął głęboki oddech i podszedł do Kamila.
– Żadnych głupich ruchów – szturchnął go palcem w pierś – jasne?
– Jak, kurwa, słońce.
Wiedział, że Zagórny kłamie. Nigdy nie kończyło się tak, jak obiecywał. Rosiewski pozwolił Kamilowi iść przodem. Przechodząc między drzewami, próbował zorientować się, jaki dystans dzieli ich od ogniska i którędy najlepiej będzie wrócić. Nie wydawało mu się, żeby odeszli dalej niż kilkaset metrów, ale las wyglądał tutaj zupełnie inaczej. Zdecydowanie mniej przyjaźnie.
Kora drzew, które mijali, wydawała się naznaczona chorobą. Gdy Arek jej dotknął, rozpadła się pod palcami, jakby miała tysiąc lat. Mokre krzaki zostawiały ślady na ubraniach, kiedy przedzierali się przez kolejne chaszcze. Końcówka maja była w tym roku wyjątkowo ciepła, ale w lesie nie dało się tego odczuć. Wilgoć panująca w powietrzu w niczym nie przypominała tego, co odczuwało się w mieście. Otaczający ich świat zdawał się mówić, że najwyższa pora zawrócić.
Im bliżej miejsca docelowego się znajdowali, tym ziemia pod ich stopami robiła się coraz bardziej miękka i wodnista. Przechodząc obok jednego z drzew, Arek zauważył na nim znak informujący o stopniu trudności trasy. Dwa białe paski i jeden czarny pośrodku oznaczały, że ktoś jednak mógł się tędy poruszać.
– To wygląda jak ścieżka. – Rosiewski wskazał palcem przerwę między drzewami. – Mocno zarośnięta i dawno nieużywana, ale samochód by się zmieścił.
– Masz jakąś obsesję z tą furą czy co?
– Nie wydaje ci się dziwne, że ktoś pakuje się w środek lasu jakimś Jeepem czy cokolwiek tam to było i…
Chciał dokończyć swój wywód, kiedy Kamil nagle się zatrzymał. Niewiele brakowało, a Arek uderzyłby nosem w tył jego głowy.
– Co jest?
Nie wiedział, dlaczego w ogóle zadał to pytanie. Arek po prostu odwlekał w czasie moment, by zobaczyć to, na co spoglądał już Kamil. To, że zamilkł, było aż nadto wymowne. Rosiewski zamknął oczy, policzył do dziesięciu i zrobił krok w lewą stronę, by spojrzeć nad ramieniem przyjaciela. Bardzo szybko tego pożałował.
– Kurwa.
Wszystko, co Arek zjadł w ciągu ostatnich godzin, podeszło mu do gardła w ułamku sekundy. Tym razem nie mógł i nie zamierzał powstrzymywać tej fali. Odsunął się na bok i zwymiotował pomiędzy krzakami. Nie weźmie nic do ust przez następne trzy dni. Za każdym razem, kiedy będzie spoglądał na jedzenie, przed oczami stanie mu obraz faceta bez twarzy. Zamiast niej miał wielką, czerwoną miazgę. Kawałki czaszki rozprysły się na trawie, mchu i ubraniu.
– Skończyłeś?
Kamil położył dłoń na plecach Arka, ale ten ją automatycznie strącił.
– Wracamy – rzucił, wycierając usta wierzchem dłoni. – Nie możemy tu zostać.
– Przeszukam go tylko.
Wyprostował się i odsunął od Kamila. Patrzył na niego tak, by ten zrozumiał, jaką głupotę właśnie powiedział. Pierwsze, co powinni zrobić, to ruszyć w kierunku, z którego przyszli, i nie oglądać się za siebie. Nigdy i pod żadnym pozorem.
– Popierdoliło cię? – odepchnął Zagórnego. – Musimy stąd spieprzać!
– Może zostawili mu portfel?
– I co z tego? Słyszysz, co mówisz?
Wyglądało na to, że każdy z nich przebywał w zupełnie innej rzeczywistości. Świecie, w którym brakowało punktów stycznych.
– Masz górę pieniędzy – przypomniał Kamilowi. – Nie musisz grzebać w gaciach jakiegoś martwego faceta.
– Mój ojciec ma pieniądze. Nie ja.
– Co to za różnica?
– Nie zrozumiesz – warknął. – Chcesz, to sobie wracaj. Sam to załatwię, jak prawdziwy facet.
Ilekroć Kamil wspominał o męskości, Arkowi podnosiło się ciśnienie. Przez całe swoje życie musiał coś udowadniać, a przyjaciel często wykorzystywał tę wiedzę, by postawić na swoim i przekonać go do czegoś głupiego. Wielokrotnie mu się udawało, ale tym razem nie chciał, żeby tak się skończyło. Może dojrzewał, a może świadomość tego, że dwa metry od niego rozkłada się czyjeś ciało, skutecznie ostudziła jego zapał.
– Tchórzysz?
– Odwal się. – Arek odsunął się jeszcze bardziej. – Nie. Nie tym razem.
– Jak chcesz.
Rosiewski ujrzał obrzydzenie na twarzy Zagórnego, że ten nie poparł jego pomysłu. Tak, jakby w wieku siedemdziesięciu lat usłyszał, że najbliższa mu osoba przez całe dekady sypiała z jego żoną. Coś, czego nigdy się nie zapomina i nie wybacza. Arek wiedział, że to tylko psychologiczna zagrywka, i konsekwentnie obstawał przy swoim. Kamil odwrócił się i podszedł do leżącego na ziemi ciała.
Kucnął przy nim i zaczął się przyglądać. Przekręcał przy tym głowę na boki jak pies, który próbuje zrozumieć, dlaczego leżąca przed nim piłka się nie rusza. Zagórny sięgnął po leżący obok patyk i szturchnął w bok mężczyzny.
– Zdecydowanie nie żyje – stwierdził tak, jakby odbywająca się przed chwilą rozmowa nie miała miejsca. – Musieli go zastrzelić.
– List z Mensy jeszcze nie przyszedł, co nie?
– Skąd?
– Nieważne – westchnął. – Napatrzyłeś się już?
– Poczekaj. Facet waży chyba ze sto kilo. Widziałeś, jakie ma mięśnie? Jak oni go w ogóle tutaj zaciągnęli?
– Myślę, że kiedy przystawiają ci broń do głowy, nie ma znaczenia, ile wyciskasz na ławce.
Pomimo złości Arek potrafił zrozumieć fascynację Kamila. Do tej pory tylko słyszeli o tym, co dzieje się na mieście. O haraczach, wymuszeniach i bombach podkładanych na sklepowych witrynach dowiadywali się z telewizji lub czytali w gazetach. Nigdy nie mogli z bliska zobaczyć tego gangsterskiego życia, o którym każdy z nich skrycie marzył. Faceci w skórzanych kurtkach kojarzyli im się ze wszystkim, czego pragnęli. Z pieniędzmi, kobietami i z władzą. Kiedy oglądali po raz kolejny Ojca chrzestnego, żaden z nich nie widział się w roli Virgila Sollozzy, a raczej Michaela Corleone. Zetknięcie z rzeczywistością było czymś otrzeźwiającym.
– On dalej nie żyje – przypomniał Arek, rozglądając się po okolicy. – Szturchanie kijem nic nie zmieni. Wracajmy.
– Spieszy ci się gdzieś?
Mówiąc to, wyprostował się i zrobił krok w stronę nieboszczyka. Nachylił się i złapał go za dłoń.
– Zwariowałeś? – Rosiewski miał ogromną ochotę chwycić Zagórnego za koszulkę i siłą odciągnąć. – Chcesz swoje odciski zostawić?
– Poznaję ten zegarek.
– Co?
– Mówię, że już go kiedyś widziałem. – Kamil wyprostował się, a pomiędzy palcami ściskał czasomierz. – I ty też.
Krew w żyłach Arka zastygła. Wyobrażał sobie najgorsze. Czuł, że w błocie leży ktoś, kogo znał, i pierwsze, co przyszło mu do głowy, to jego ojciec. Facet miał posturę bramkarza z dyskoteki, którego największym hobby jest wybijanie jedynek niesfornym uczniakom. Jemu też raz ukruszył ząb, ale mimo wszystko nie chciałby znaleźć go w takim stanie. Bez twarzy i w zasikanych spodniach.
– Sam zobacz.
Rosiewski ociągał się, ale ciekawość zwyciężyła. Zanim podszedł do Zagórnego, raz jeszcze dokładnie rozejrzał się po okolicy i upewnił, że nikt ich nie obserwuje. Kiedy zrobił krok i stanął wystarczająco blisko wyciągniętej dłoni z zegarkiem, lekko się uspokoił.
– Poznajesz? – spytał Kamil i wyszczerzył zęby w przedziwnym uśmiechu. – No powiedz, że poznajesz.
– Nie.
– To własność Sikora.
Chwilę zajęło, zanim mózg Arka przetworzył otrzymaną informację. Rzeczywiście widział kiedyś zegarek policjanta. Zawsze podciągał koszulę tak, by wszyscy w okolicy mogli podziwiać złotą kopertę. Wtedy nie zastanawiał się, skąd zwykły funkcjonariusz, który na co dzień jeździł wysłużonym polonezem, miał pieniądze na tak drogą biżuterię. Dziś było to dla niego jasne.
Facet siedział w kieszeni gangsterów, ale najwyraźniej współpraca przestała się układać. Świadczyło o tym nie tylko to, że ktoś pomógł Grzegorzowi Sikorowi wyzionąć ducha, ale też styl, w jakim to zrobiono. Strzał z bliskiej odległości prosto w twarz stanowił znak dla wszystkich tych, którzy również mieliby ochotę zadrzeć z oprawcami. Wprawdzie Arek całą swoją wiedzę o mafijnym świecie opierał na filmach, ale widać nie tylko on. Nawet najlepszy makijażysta nie potrafiłby przywrócić twarzy policjanta do takiego stanu, by dało się na nią patrzeć bez odruchu wymiotnego. Jeżeli znajdą jego ciało, to pogrzeb odbędzie się z zamkniętą trumną.
– Jesteś pewien, że to on? – zapytał Kamila, odwracając wzrok. – Jezu, tam leży oko…
Ten obraz będzie prześladował Arka do końca jego dni. Przeczuwał, że wyjście na ognisko po maturze może skończyć się źle, ale przewidywał co najwyżej ból głowy, może zwichniętą kostkę, a nie traumę.
– Z drugiej strony jest wygrawerowane jego imię. – Kamil zaczął przyglądać się zegarkowi. – Jeśli to prawdziwe złoto, musi być warte fortunę. Powinniśmy go sprzedać.
– Ty naprawdę nie masz mózgu.
– Niby dlaczego?
– Po pierwsze jest na nim krew…
– Wyczyszczę go – przerwał mu, wycierając kopertę zegarka o spodnie. – Widzisz, już wygląda lepiej.
Arek westchnął znacząco.
– Po pierwsze, jest na nim krew, a po drugie ma wygrawerowane dane ofiary. Nie uważasz, że możesz niepotrzebnie zwrócić czyjąś uwagę? Sam nie wiem, jakiegoś gangusa, który będzie chciał się pozbyć świadka? Przypomnę, że to ty.
– Wiesz, co odróżnia zwycięzców od przegranych? Jedni ciągle widzą przeszkody, a drudzy korzystają z okazji, kiedy się nadarza. Którym chcesz zostać?
Zagórny spoglądał wyczekująco na Rosiewskiego. Podniósł przy tym brwi i szeroko otworzył oczy. Z taką miną sprzedałby bezdomnemu perski dywan i zapisał go na listę oczekujących do kolejnego zamówienia.
– Rób, jak tam sobie chcesz – skapitulował. – Tylko mnie w to nie mieszaj.
– Jeszcze zmienisz zdanie.
Kamil schował zegarek do kieszeni. Wyglądał przy tym na tak dumnego, jakby właśnie wynalazł penicylinę. Ponownie kucnął przy martwym policjancie i zaczął przeszukiwać jego ubranie. Arek spoglądał na to z obrzydzeniem. Nie tylko dlatego, że dłonie przyjaciela niebezpiecznie blisko zbliżały się do fragmentów czaszki rozrzuconych na brzuchu faceta. Zagórny zachowywał się jak cmentarna hiena, co nijak do niego nie pasowało. Zazwyczaj był spokojny i opanowany, a już na pewno więcej mówił, niż robił. Tego poranka stał przed nim zupełnie inny człowiek.
– Mam.
Chłopak triumfalnie wyciągnął w górę dłoń. Ściskał w niej skórzany portfel, który nawet z daleka wyglądał na wypchany gotówką. Zaczął go przeglądać, a oczy miał przy tym coraz większe.
– To dowód osobisty Sikora – zaśmiał się. – Jest też jego legitymacja służbowa i, jasna cholera, z pięćset dolców.
Wyjął kilka banknotów i pomachał nimi przed nosem Rosiewskiego. Ten starał się nie pokazać, jak wielkie wrażenie zrobiły na nim pieniądze. Kamil miał między palcami więcej gotówki, niż on mógłby zarobić przez najbliższy miesiąc, a może i dwa.
– Gratulacje. – Czuł, jak w gardle rośnie mu gula, której nie potrafił przełknąć. – Udowodniłeś, że ci się to opłacało. Idziemy?
– Jak pomożesz przewrócić mi go na plecy, to sprawdzę jeszcze tylne kieszenie.
– Spierdalaj.
Zagórny przesadził. Arek nie zamierzał dotykać ciała ani nawet się do niego zbliżać. Jeżeli policja szukałaby kozła ofiarnego, któremu przypięłaby morderstwo, to on już się widział w tej roli. Niby inteligentny, ale z biednej, niepełnej rodziny. Władze nawet nie potrzebowałyby skomplikowanego motywu, a wystarczyłby im rabunek. Rosiewski zgniłby w więzieniu i nikt nie uroniłby za nim łzy.
– Co się tak rzucasz? – Kamil wyprostował się gwałtownie, a następnie schował portfel do kieszeni spodni. – Żartowałem, dobra?
W jego słowach dało się wyczuć nutkę fałszu.
– Co? Nie wierzysz mi?
– Zamknij się.
Kamil zrobił krok w stronę Arka, zaciskając przy tym pięści.
– Uważaj – rzucił ostro w stronę Rosiewskiego. – Nie chcesz mnie wkurwić.
– Zamknij się – powtórzył już ciszej. – Ktoś tam jest.
Kończąc swoją wypowiedź, zastygł w bezruchu. Wysoka postać skryta pomiędzy drzewami wpatrywała się w nich nie wiedzieć od jak dawna. Arek przestał nawet oddychać, jakby cokolwiek miało to teraz zmienić. Chciał podnieść ręce i się poddać, lecz nagle usłyszał huk, a sekundę później czuł na twarzy setki ostrych kawałków kory i drewna. zanim echo wystrzału zdążyło ucichnąć. Kamil rzucił się pędem przez las, nie zważając na to, że zostawia za sobą przyjaciela.
Leżąc tuż obok trupa, Arek zrozumiał, że może liczyć tylko na siebie. Człowiek, który do niego strzelił, z pewnością nie był z policji. Jeżeli chciał przeżyć, musiał uciekać. Przygryzł wargę aż do krwi, a następnie poderwał się z ziemi i ruszył biegiem przed siebie. Nie zwracał uwagi na gałęzie, które rozrywały skórę twarzy i rąk. Nie oglądał się za siebie i nie wiedział, jak długo biegł.
Płuca piekły go tak, jakby wypalił paczkę Popularnych za jednym razem. Stracił rozpęd, kiedy dotarł na polanę, gdzie niemal nie było już drzew. Nie miał już siły. Napastnik zaszedł go z boku, jak tylko odrobinę zwolnił. Rzucił się na niego i powalił na trawę. Arek chciał się bronić, ale przygnieciony do ziemi niewiele mógł zrobić. Powoli godził się ze swoim losem i nadchodzącą śmiercią, kiedy zobaczył wiszącą nad nim twarz.
– Masz parę w nogach, że ja pierdolę. – Pot ściekał po twarzy Kamila i kapał na policzki Arka. – Już myślałem, że cię nie dogonię.
Rosiewski odepchnął go na bok, by złapać oddech.
– Mówiłem, że to zły pomysł – wykrztusił z siebie. – Mówiłem…
Usiadł i spojrzał w stronę, z której przybiegł. Nigdy wcześniej się tak nie bał. Serce waliło mu tak mocno, że czuł, jak obija się o żebra. Spojrzał na siedzącego obok Kamila.
– Nigdy… więcej…
– Zgadzam się.
Zagórny podniósł się jako pierwszy i wyciągnął dłoń w stronę Rosiewskiego. Ten niechętnie przyjął pomoc. Stojąc, zaczął poprawiać ubranie, które i tak nadawało się już tylko do śmieci. Rozdarta koszulka cuchnęła potem, a spodnie miały na sobie tyle zielonych plam, że nic ich nie dopierze.
– Kurwa…
Arek włożył dłonie do kieszeni.
– Zgubiłem portfel – wyszeptał. – Miałem w nim legitymację.
Patrząc w stronę lasu, Arek wiedział, że nie może tam wrócić. Nie teraz, kiedy gdzieś pomiędzy drzewami dalej czaił się facet, który chciał ich zabić. Musieli jak najszybciej stąd zniknąć i najlepiej nigdy tu nie wracać. Tym bardziej że z oddali zaczynał docierać do nich dźwięk samochodowego silnika.
[przejdź do 2_Rozdział 2]
Charkotał niczym wiertarka ze źle włożonym wiertłem.
Ten przedziwny dźwięk męczył Arka od szóstej rano. Z początku starał się go ignorować, ale z każdą kolejną godziną stawało się to coraz trudniejsze. Kiedy na zegarze stojącym w korytarzu wybiła trzynasta, był na skraju wytrzymałości psychicznej. Warkot, który wydobywał się z gardła jednego z budowlańców przy każdym oddechu, zdawał się przeszkadzać tylko Rosiewskiemu. Nie mógł się przez to skupić na pracy, a przy takich warunkach zdecydowanie zasłużył na przerwę.
Podniósł się z kolan i rozprostował plecy. Spojrzał na dzieło swoich rąk. Był niemal pewien, że to pierwszy i ostatni dzień jego kariery w branży jako układacza płytek łazienkowych. W teorii powierzone mu zadanie wydawało się banalnie proste. Grunt został już przygotowany i wyrównany. Miał zrobić tylko kilka rzeczy. Nałożyć warstwę kleju, przejechać pacą zębatą i przyłożyć płytkę. Potem następną i każdą kolejną, która leżała w rogu łazienki.
Robił wszystko dokładnie tak, jak mu kazano, a i tak efekt trudno było uznać za zadowalający. W kilku miejscach płytki nie schodziły się osadzonym równo i to pomimo zastosowania krzyżyków dystansowych. Kiedy się pochylił, dostrzegł, że niektóre kafle są wyżej od innych o dobrych kilka milimetrów. Na dodatek w samym rogu łazienki jeden położył odwrotnie, więc cały abstrakcyjny wzór nie łączył się ze sobą tak, jak powinien. Podłoga przypominała iluzję optyczną, ale nawet po zmrużeniu oczu nie dało się zobaczyć zamysłu autora.
– Cholera…
Wytarł pot z czoła wierzchem dłoni i poczuł, że zostawia na skórze resztki kleju. Całe szczęście twarz miał w jednym kawałku. Po tym, co spotkało go w lesie, obawiał się najgorszego. Skończyło się na kilku płytkich zadrapaniach, na które nikt nie zwrócił uwagi. Spojrzał na swoje dłonie. Wyglądały, jakby przez ostatnie godziny przygotowywał ciasto, a to zaschło na skórze ze wszystkimi grudkami, jakich nie udało mu się pozbyć w procesie. Nie był przyzwyczajony do tak ciężkiej pracy. Zajęcia, których się do tej pory podejmował, były o wiele prostsze. Sprzedawca na bazarze, pomoc w sklepie czy nawet przewóz mebli. Wszystkie z nich potrafiły wyczerpać go fizycznie, ale to, co robił teraz, dołożyło jeszcze obciążenie psychiczne.
Arek czuł się gorszy od pracujących z nim facetów i widać było po nich, że jedyną książką w ich życiu była książeczka mieszkaniowa. Cuchnęli alkoholem od samego rana, a pomimo tego wykonywali swoje zadania szybciej, sprawniej i przede wszystkim lepiej od niego. Nie pomagała świadomość, że mają za sobą lata doświadczenia, a to dopiero jego pierwszy dzień. Dopóki na budowie nie pojawi się jego szef, bo wtedy pewnie też ostatni. Na dodatek charczenie, które wkurzało go od samego rana, stawało się coraz intensywniejsze. Podobnie jak smród alkoholu i potu.
– No, młody, coś ci nie poszło.
Zygmunt, który zatrzymał się za plecami Arka, mógłby przenieść trzydrzwiową szafę po schodach na pierwsze piętro i to bez robienia sobie przerw na odpoczynek. Co najwyżej na papierosa, który nie opuszczał jego ust. Czasami nawet był podpalony, ale przez większość czasu po prostu smętnie zwisał przyczepiony do dolnej wargi.
– Spieprzyłem – przyznał Arek. – To nie powinno tak wyglądać.
– No nie.
Zapalniczka nagle znalazła się w dłoniach budowlańca i wyglądała w nich niczym zabawka. Rosiewski przyjął to z ulgą, ponieważ zdecydowanie wolał zapach dymu papierosowego niż ten, który roztaczał współpracownik.
– Co mam z tym zrobić? – zapytał, odsuwając się na bok. – Skuwać?
Bał się odpowiedzi, którą mógł usłyszeć. Już na wstępie powiedziano mu, że za spowodowane przez niego straty będą mu potrącać z wypłaty. Wątpił, by z kilkunastu ułożonych płytek podłogowych ostała się choć jedna, jeżeli w ruch pójdą młotki i dłuta. Arek nie miał pojęcia, ile trzeba teraz czekać na dostawy. Na domiar złego karton, z którego wyciągał płytki, miał napisy po niemiecku, a to oznaczało, że jego zawartość była znacznie droższa od polskich odpowiedników. Odwrócił się i spojrzał wyczekująco na Zygmunta. Jego nieogolona i czerwona twarz nie zdradzała żadnych emocji.
– Jakie skuwać? – wycharczał. – Nic się nie bój, młody.
Mężczyzna zaciągnął się papierosem tak mocno, że spalił od razu jedną trzecią.
– Wiesiek! Ruszaj no tu dupę.
Tylko tego Arkowi brakowało. Kolejnej widowni, która udowodni mu, jak bardzo nie pasował do tego środowiska. Praktycznie każdy z robotników był od niego starszy o dobrych piętnaście lat i miał przynajmniej dwadzieścia kilo więcej masy mięśniowej. Kiedy siedzieli przed budynkiem, opracowując plan dnia, przypominali małą armię. Lekko wstawioną, ale za to gotową oddać życie za swojego dowódcę.
Rosiewski wyglądał przy nich jak szeregowiec przez pomyłkę wysłany na front i nikt nie spodziewał się, że przeżyje najbliższe dwanaście godzin. On zresztą myślał podobnie. Od wydarzeń w lesie minęły już dwa dni, a nikt nie zapukał do drzwi jego mieszkania i nie strzelił mu w głowę. Zgubiona legitymacja nie dawała mu spać, ale widocznie wylądowała razem z portfelem gdzieś pomiędzy krzakami, kiedy uciekał. Nikt jej nie znalazł, bo inaczej byłby już martwy, co i tak mogło niebawem się wydarzyć.
Do łazienki o powierzchni niecałych piętnastu metrów kwadratowych dotarł Wiesław. Wyglądał niemal jak kopia Zygmunta, ale o głowę niższa. Za to nie wydawał z siebie niemal żadnych dźwięków. Arek chyba też nie słyszał do tej pory jego głosu.
– Klasa. – Ocenił wzrokiem podłogę. – I co ja niby mam z tym zrobić?
– Poprawić – odparł Zygmunt. – Młody się starał, no i widzisz, jak wyszło.
– Kuchnię robię.
– To se tutaj odpoczniesz. Klej pewnie jeszcze nie zasechł, to przestań marudzić, bo potem będziesz miał trudniej.
Wzrok Wiesława kipiał nienawiścią. Spoglądał na Arka i mielił w ustach coś, co mogło być przekleństwem lub śliną. Padło na to drugie, a dorodne splunięcie pod buty Rosiewskiego oznaczało, że ten zyskał nowego wroga.
– Ruchy!
Zygmunt wrzasnął tak, że ucichły wiertarki na parterze budynku. Na Wiesławie nie zrobiło to specjalnego wrażenia. Przez chwilę gapił się jeszcze na Arka, a potem zabrał się do pracy, jakby cała ta sytuacja w ogóle nie miała miejsca.
– Chodź na fajka.
– Nie mam – odpowiedział Rosiewski. – Zostawiłem w domu.
– Temu też jakoś zaradzimy.
Budowlaniec objął go ramieniem i wyprowadził z łazienki. Idąc korytarzem pomiędzy rozłożonymi narzędziami, puszkami z farbą oraz resztkami skutego tynku, Arek przeczuwał nadchodzący koniec swojej przygody z wykończeniówką. Kiedy mijali poszczególne pokoje, każdy, kto się w nich znajdował, spoglądał na niego i pogardliwie kręcił głową. Schodząc na dół, czuł się jak w podstawówce, gdy zdarzył mu się wypadek, jak ładnie określiła to wychowawczyni. Jednak nawet wtedy, kiedy miał na sobie zasikane spodnie i maszerował przez szkołę, nie czuł się tak poniżony jak dziś.
Skończył liceum z wyróżnieniem. Wprawdzie nie był najlepszy w całej szkole, ale niewiele brakowało. Nauczyciele go lubili i wieszczyli mu świetlaną przyszłość, która teraz wyglądała jak źle wymieszana zaprawa. Starał się sobie tłumaczyć, że to tylko tymczasowe zajęcie. Praca, do której nie powinien się przywiązywać, ale nie potrafił pogodzić się z myślą, że zawiódł. I jeżeli nie wyszło mu w czymś tak prostym jak układanie płytek, to cała reszta też stała pod wielkim znakiem zapytania.
Wychodząc przed budynek, musiał zmrużyć oczy, które momentalnie zaczęły mu łzawić. Ostre słońce wypalało wszystko na swojej drodze. Otoczenie budynku według planów miało być pięknym zielonym ogrodem. Obecnie przypominało pustynię z Mad Maxa. Przeszli na bok, by skryć się w cieniu. Zygmunt wyciągnął z kieszeni spodni paczkę Wiarusów i podstawił ją niemal pod nos Arka.
– Dzięki. – Wyciągnął jednego i włożył do ust, przy których od razu znalazła się zapalniczka. – Za pomoc tam na górze też.
– Każdy od czegoś zaczynał – odparł bez emocji. – Wieśka to trzeba było przytemperować od dawna. Sadzi się, jakby to on tutaj rządził i takich to za mordę trza trzymać, rozumiesz?
Skinął głową i zakrztusił się przy tym dymem. Arek nie był przyzwyczajony do papierosów. Popalał okazjonalnie na imprezach i nie chciał dać się wciągnąć w nałóg. Widział doskonale, co ten potrafi zrobić z człowiekiem. Największym jego marzeniem było nie to, by wyrwać się z biedy, ale żeby nie skończyć jak własny ojciec zapijający wspomnienia i ignorujący doczesność. Życie uciekało mu tak szybko, że nawet tego nie zauważał.
– Zrobimy tak. – Zygmunt wyciągnął rękę przed siebie i wskazał stos worków leżących pod ogrodzeniem. – Trzeba to przenieść do środka. Waldek miał to zrobić, ale wziął i nie przyszedł. Czasem pozwalam niektórym nocować na budowie, jak mieli ciężką noc, no ale ten to chyba mocno dał w palnik, skoro nie wrócił. Chłop przeniósłby to w pięć minut, ale trzeba, jak to mówią, improwizować. No i w radiu mówili, że ma padać, a ja nie będę ryzykował.
– Wszystkie?
Kilkanaście worków z zaprawą wyglądało na cholernie ciężkie.
– Wszystkie.
– Dobra – westchnął cicho. – Zaraz to zrobię.
Wolał za bardzo nie marudzić, choć ledwo trzymał się już na nogach. Postanowił, że od teraz przed pracą będzie jadł większe śniadania. Dziś wrzucił w siebie tylko dwa jajka na miękko i kawałek chleba, bo nic innego w domu nie mieli. Z lekką zazdrością spoglądał na innych pracowników, którzy przynieśli ze sobą nie tylko alkohol, ale też i całe torby kanapek. Po cichu liczył, że może któryś z nich się podzieli, ale po tym, co odwalił w łazience na pierwszym piętrze willi, to raczej się nie wydarzy.
– Tylko nie bądź idiotą. Weź taczkę, a nie ładuj tego sobie na plecy, bo ja cię do szpitala wiózł nie będę.
– Taki miałem plan – skłamał. – A taczkę znajdę…?
– Weź mnie nie wkurwiaj.
Zygmunt rzucił papierosa na ziemię i przydeptał go butem. Automatycznie sięgnął po kolejnego, mimo że każdy jego oddech stanowił ostrzeżenie przed zagnieżdżającym się w płucach rakiem. To charczenie musiało być powiązane ze stylem życia mężczyzny, któremu wyraźnie nie zależało na tym, by dobić do emerytury. Według Arka miał około czterdziestu lat, choć równie dobrze mógł mieć trzydziestkę. Jeżeli nic nie zmieni, jedyną pięćdziesiątką, którą zobaczy, będzie ta w kieliszku.
Skwar lejący się z nieba na moment ustąpił, kiedy słońce schowało się za chmurami. Temperatura wprawdzie nie spadała i zapewne utrzyma się na podobnym poziomie do samego wieczora, ale zrobiło się przyjemniej. Arek wolał więc wykorzystać tę chwilę spokoju i zabrać się do pracy, zanim zupełnie straci siły. Nie zdążył, ponieważ przez otwartą bramę na teren wjechał czarny Mercedes W116. Zygmunt od razu zgasił papierosa i wyprostował się, by wyglądać poważniej. Odbił się od ściany i podszedł do samochodu.
Rosiewski również pozbył się papierosa z dłoni i z niezrozumiałego dla siebie powodu próbował wyprostować zmiętoloną na ciele koszulkę. Udało mu się tylko ją dodatkowo pobrudzić. Zastanawiał się, co powinien ze sobą zrobić. Właściciel czarnego pojazdu wysiadł i skrzywił się, kiedy poczuł panującą na zewnątrz aurę. Zaczął rozmawiać z Zygmuntem, który wyraźnie tłumaczył mu, jakie rzeczy zostały już zrobione na budowie, a które wymagają poprawy. Arek miał nadzieję, że temat podłogi w łazience zostanie zamieciony pod dywan. Tak się chyba nie stało, ponieważ został przywołany do Mercedesa. Niechętnie i ze spuszczoną głową ruszył przed siebie. Kiedy zatrzymał się przed maską, Zygmunt puścił do niego oko i spokojnie odmaszerował w stronę willi.
– Hej, jak tam pierwszy dzień?
Mężczyzna uśmiechał się szeroko, prezentując pełen garnitur białych zębów. Gładko ogolona twarz i równo przycięte włosy pokazywały, że dba o siebie, a sam wygląd jest dla niego istotny. Jak na faceta dobiegającego pięćdziesiątki prezentował się, jakby przybył z Ameryki, a nie mieszkał w Polsce. Tutaj ludzie tak nie wyglądali, a już na pewno nie ci, którzy nie mieli pieniędzy.
– Dobrze, dziękuję – odparł, starając się zabrzmieć szczerze. – Trochę inaczej to sobie wyobrażałem.
– Gdyby dawali ci za bardzo w kość, zamelduj. Zygmunt wie, co ma robić, ale ja też mogę ich ustawić do pionu.
– Jest okej.
Wolał nie nadawać na swoich współpracowników. I tak wystarczająco już sobie narobił kłopotów, by dodawać do nich to, że jest kapusiem. Niełatwo będzie resztę ekipy przekonać do swojej osoby, kiedy na start ma się już takie chody.
– Wiesz co, zrób sobie dziś już wolne. – Mężczyzna nachylił się i ściszył głos. – Wyglądasz, jakbyś miał zaraz stracić przytomność, a jak mi tutaj zejdziesz, to Kamil nie da mi spokoju.
– Dziękuję, panie Zagórny.
– Weź prysznic, odpocznij i nie chcę cię dziś tutaj widzieć. Rozumiemy się?
– Tak.
Przyjął tę wiadomość z ulgą. Spojrzał w stronę worków, które kazał mu przenieść Zygmunt. Wolał ich tak nie zostawiać. Obiecał zresztą, że się nimi zajmie.
– Miałem to jeszcze przerzucić.
– Zostaw – polecił i się uśmiechnął. – Załatwię to, a ty się zbieraj. I to już, bez żadnego ociągania.
Zagórny obszedł samochód i poklepał Arka po plecach. Tym samym lekko pchnął go w stronę bramy, nie dając w ogóle pola do manewru.
– I spokojnie, nic Kamilowi nie mówiłem tak, jak obiecałem – dodał. – Jesteś bezpieczny.
– Dziękuję.
Powolnym krokiem ruszył w stronę bramy. Nie przejmował się nawet tym, że w łazience na pierwszym piętrze zostawił ubrania na zmianę. Dopiero teraz odczuł, jak mocno go te kilka godzin na budowie przeorało. Kiedy wróci do mieszkania, wykąpie się i pójdzie spać. Na nic więcej nie będzie miał już dziś siły. Gdy szedł wzdłuż ulicy, minął go samochód, który wydawał mu się znajomy.
Odwrócił powoli głowę i dopiero po chwili zorientował się, że przestał oddychać. Kierowcę widział jedynie przez ułamek sekundy, a mimo to wiedział, kto kierował Jeepem. Twarz faceta nieudolnie próbował oddać policyjny rysownik i regularnie publikowano ją w lokalnych gazetach. Nikt jednak nie dzwonił na komisariat, nawet jeżeli stał koło tego mężczyzny w sklepie. Auto zniknęło za bramą budowy, a Rosiewski zrozumiał, w jakie bagno wdepnął. Spieprzył podłogę w domu człowieka, który nie wybaczał błędów. W głowie rezonowało mu jedno słowo.
Śruba.
[przejdź do 2_Rozdział 3]
koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji
