Dearest Madeline - Lex Martin - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Dearest Madeline ebook i audiobook

Lex Martin

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Po bolesnym rozstaniu ambitna reporterka Maddie McDermott obiecuje sobie jedno – nigdy więcej nie zaufa sportowcowi. Zdrada byłego partnera sprawia, że miłość kojarzy jej się wyłącznie z bólem i rozczarowaniem. Od teraz dziewczyna chce się skupić na wymarzonej pracy i nowym początku.

Daren Sloan, gwiazda futbolu amerykańskiego i świeżo upieczony zawodnik NFL, również próbuje zostawić przeszłość za sobą. Po toksycznym związku nie szuka niczego poważnego – w tym momencie liczy się dla niego tylko kariera i nadchodzący wielkimi krokami sezon.

Jednak los nieustannie stawia ich na swojej drodze. Ona uważa go za aroganckiego kobieciarza. On nie potrafi przestać o niej myśleć. Im bardziej próbują trzymać się od siebie z daleka, tym silniejsze staje się napięcie między nimi.

„Dearest Madeline” to historia o zaufaniu, namiętności i walce z własnymi lękami. O tym, że czasem najtrudniej pozwolić sobie na drugą szansę – zwłaszcza wtedy, gdy serce już raz zostało złamane.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 420

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 51 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Katarzyna Domalewska & Mikołaj Sierociuk

Oceny
4,5 (44 oceny)
29
12
1
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
2323aga

Z braku laku…

Dużo seksu i niewiele poza tym. Gdyby nie drama pod koniec to nie byłoby o czym czytać.
00
Hanna_Krajewska

Dobrze spędzony czas

Cała seria jest przyjemnym relaksem. Fabuła dość prosta, czasem infantylna, nic wstrząsającego
00
OlaRzonca

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobrze się czytało.
00
olecka512

Nie oderwiesz się od lektury

świetna książka
00
Malaga34

Dobrze spędzony czas

Przyjemna
00



Fragment

Ty­tuł: De­arest Ma­de­line

Prze­kład z ję­zyka an­giel­skiego: Agnieszka Ka­lus

Co­py­ri­ght © Lex Mar­tin, 2026

This edi­tion: © Ri­sky Ro­mance/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt okładki: Da­mian Nie­wczyń­ski

Re­dak­cja: Alek­san­dra Zok-Smoła

Ko­rekta: Be­ata Wój­cik

ISBN 978-91-8098-996-1

Opra­co­wa­nie e-bo­oka:Mar­cin Sło­ciń­ski / www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń jest przy­pad­kowe.

Ri­sky Ro­mance /Gyl­den­dal A/SKla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

Dla Matta

i mo­ich ma­łych niedź­wiad­ków

Naj­więk­szym po­wo­dem do chwały

nie jest to, że ni­gdy nie upa­damy,

ale to, że po­tra­fimy się po upadku pod­nieść.

– KON­FU­CJUSZ

PRO­LOG

Po­czą­tek maja

DA­REN

Nie­któ­rzy mogą są­dzić, że je­stem ska­zany na suk­ces. Ja twier­dzę, że po­zory mogą my­lić.

Ja­sne świa­tło oświe­tla mnie z góry, uśmie­cham się. To moja od­po­wiedź na wszystko. Ła­ma­łem ko­ści, nad­we­rę­ża­łem wię­za­dła, skrę­ca­łem stawy i za­wsze się uśmie­cha­łem. W ten spo­sób ra­dzę so­bie z bó­lem, do­póki nie na­dej­dzie odrę­twie­nie i znowu mogę od­dy­chać. Ka­mery zbli­żają się do stołu kon­fe­ren­cyj­nego, z ła­two­ścią od­po­wia­dam na py­ta­nia.

– Je­stem nowy. Na ra­zie szu­kam swo­jego miej­sca w dru­ży­nie, sta­ram się ro­bić, co do mnie na­leży, żeby wy­peł­nić lukę. – Zer­kam na tre­nera Rey­noldsa i Shawna Bren­two­oda, do­świad­czo­nego roz­gry­wa­ją­cego. – To zna­czy, je­śli jest ja­kaś luka.

Wszy­scy sta­rają się stłu­mić śmiech, ale mimo uśmie­chu wiem, co Bren­twood so­bie my­śli, po­nie­waż my­ślał­bym tak samo. Że je­stem dup­kiem, skoro przy­ją­łem tę pro­po­zy­cję. Ma ra­cję. Ja­kim cho­ler­nym roz­gry­wa­ją­cym bym był, gdy­bym za­do­wa­lał się sie­dze­niem na ławce przez cały dzień? Je­stem tu po to, by wy­gry­wać. Wła­śnie w tym je­stem do­bry.

Tre­ner od­po­wiada na kilka py­tań, ja roz­glą­dam się po sali, za­uwa­żam kilka żon i na­rze­czo­nych ko­le­gów z dru­żyny. Cho­lera, na­wet mój oj­ciec zro­bił so­bie prze­rwę od kor­po­ra­cyj­nych roz­gry­wek i przy­szedł, a prze­cież ze sobą nie roz­ma­wiamy. Stoi z tyłu sali obok matki, która wy­gląda tak, jakby miała ze­mdleć z eu­fo­rii, że może do­tknąć mo­jej ko­szulki z logo NFL1.

Po­wi­nie­nem być rów­nie wzru­szony. Osią­gną­łem to dzięki ty­siącom go­dzin tre­nin­gów i me­czów. Speł­ni­łem swoje ma­rze­nie. Ale gdy roz­glą­dam się po sali, od­czu­wam co­raz więk­sze odrę­twie­nie.

Nie przy­szła.

Za­ci­skam zęby. Nie po­wi­nie­nem się dzi­wić. Ale się dzi­wię. Po­nie­waż je­stem tę­pym dup­kiem, któ­remu wy­da­wało się, że po ta­kim cza­sie ona sta­nie się inna. Że na­prawdę bę­dzie do­trzy­my­wała obiet­nic. Że się zmieni.

Za­pewne jest gdzieś na mie­ście i ku­puje so­bie wa­lizkę od Ar­ma­niego lub nowy ze­ga­rek Gucci albo ja­kiś inny szajs, który wsa­dzi do prze­peł­nio­nej gar­de­roby i o nim za­po­mni.

Ni­gdy o nic jej nie pro­szę, ale po­pro­si­łem ją o tę jedną rzecz. Jedną. Żeby tu dzi­siaj była, w naj­waż­niej­szym dniu mo­jej ka­riery.

Pul­suje mi w skro­niach, po­cie­ram je dło­nią.

W głębi serca wiem, że na to za­słu­ży­łem. Jak to się mówi? Karma wraca. Tak, mają ra­cję.

– Da­ren! Czy jako lau­reat na­grody He­ismana czu­jesz pre­sję przed wy­stę­pem?

Oczy­wi­ście.

Kręcę głową.

– Ty­tuły nic nie zna­czą. Li­czą się je­dy­nie wy­grane. Je­stem za­szczy­cony tym, że zdo­by­łem to wy­róż­nie­nie, mam świa­do­mość, że ta na­groda pod­su­mo­wuje moją ka­rierę na uczelni. Ka­riera w NFL roz­po­czyna się dzi­siaj. Chyba każdy spor­to­wiec po­wie, że pod kon­trolą można mieć je­dy­nie to, co dzieje się tu i te­raz. Więc nie po­zwa­lam, by ty­tuły i po­przed­nie suk­cesy dyk­to­wały mi, co mam my­śleć o me­czu. Gram, by wy­grać. Tak to wy­gląda.

Po­ta­kuje i zdaje się nie za­uwa­żać tego, że nie od­po­wie­dzia­łem na jego py­ta­nie. Za­wsze tak ro­bią, po­nie­waż wi­dzą je­dy­nie sta­ty­styki, moje udane rzuty i przy­ło­że­nia.

Ła­two zro­zu­mieć, dla­czego lu­dzie są­dzą, że je­stem ska­zany na suk­ces. Kiedy pa­trzę na sie­bie w lu­strze, my­ślę po­dob­nie. Że zwy­cię­stwa przy­cho­dzą mi zbyt ła­two, że gdzieś musi być druga strona me­dalu, ta bar­dziej mroczna, ta, któ­rej nikt nie za­uważa. Po­nie­waż nikt nie po­trafi prze­ska­ki­wać po­mię­dzy kro­plami desz­czu tak jak ja. Je­stem pie­przo­nym mi­strzem.

Jed­nak za ba­lan­so­wa­nie na li­nie trzeba za­pła­cić. Duma. Py­cha. Próż­ność. Na­zwij­cie to, jak chce­cie. Dla mnie to gry psy­cho­lo­giczne, które po­ma­gają mi uwie­rzyć, że je­stem lep­szy. Kiedy więc leci piłka, kiedy czuję szwy skó­rza­nej rę­ka­wicy po­mię­dzy pal­cami, a w gło­wie sły­szę rytm bi­cia serca, górę bie­rze wy­szko­le­nie i na­prawdę czuję, że je­stem nie­zwy­cię­żony. Ja­sne, po­świę­cam temu mnó­stwo czasu. Pocę się. Tre­nuję. Wal­czę. Jed­nak pod ko­niec dnia zwy­cięzcy czują, że są w sta­nie wy­grać, a prze­grani wie­dzą, że nie da­dzą rady.

Czy to nie brzmi jak ja­kieś bred­nie? Ależ tak. Ale je­śli będę so­bie to wma­wiał wy­star­cza­jąco długo – uwie­rzę w to. A kiedy uwie­rzę – zwy­ciężę.

A co sta­nie się, kiedy nie uwie­rzę? Kiedy zro­zu­miem, że je­stem gówno wart?

Dam dupy. Wszystko za­walę.

Mój te­le­fon wi­bruje w kie­szeni, za­raz trafi mnie szlag. Kiedy dzien­ni­ka­rze sku­piają się na roz­mo­wie ze skrzy­dło­wym, wyj­muję ko­mórkę.

Wia­do­mość od niej ni­czym mnie nie za­ska­kuje.

Coś mnie za­trzy­mało. Już jadę.

Od­po­wia­dam tak szybko, jak po­tra­fię wy­stu­kać li­terki.

Nie fa­ty­guj się.

Dzięki, że nie przy­szłaś na moje przy­ję­cie do NFL, dziwko.

1 NFL – Na­tio­nal Fo­ot­ball Le­ague, czyli Na­ro­dowa Liga Fut­bo­lowa – naj­więk­sza za­wo­dowa liga fut­bolu ame­ry­kań­skiego (wszyst­kie przy­pisy po­cho­dzą od tłu­maczki).

ROZ­DZIAŁ 1

Ko­niec maja

MAD­DIE

Wresz­cie się udało. Po rocz­nym stażu w NBC do­sta­łam wy­ma­rzone sta­no­wi­sko re­por­terki na­da­ją­cej na żywo. Ozna­czało to dłu­gie go­dziny w stu­dio, po­mi­ja­nie po­sił­ków i brak ży­cia to­wa­rzy­skiego, ale do­pię­łam swego za­le­d­wie dwa ty­go­dnie po ukoń­cze­niu stu­diów.

Chcia­ła­bym móc po­wie­dzieć, że NBC za­pro­po­no­wało mi pracę, ale mój szef pro­sto z mo­stu oświad­czył mi, że nie mają żad­nego sta­no­wi­ska dla żół­to­dzio­bów. Wo­bec tego zde­cy­do­wa­łam się na drugą naj­lep­szą opcję – fu­chę w sta­cji New En­gland News Ne­twork, która znana jest z de­ma­ska­tor­skich pro­gra­mów. Ozna­cza to też, że w prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści ró­wie­śni­ków, któ­rzy mu­szą wy­jeż­dżać, żeby nada­wać wia­do­mo­ści z te­renu, ja nie ru­szam się z mia­sta.

Jest tylko jedna osoba, z którą chcia­ła­bym dzi­siaj świę­to­wać.

Ja­cob pad­nie tru­pem, kiedy po­wiem mu, że do­sta­łam tę pracę.

Wcho­dzę do jego miesz­ka­nia, od­kła­dam torbę i zrzu­cam szpilki. Ja­cob za­pewne śpi. Za­wsze robi so­bie drzemkę po tre­ningu. Jest za­wod­ni­kiem spor­tów walki i mi­ło­śni­kiem si­łowni. Ni­gdy wcze­śniej nie cho­dzi­łam z za­wo­do­wym spor­tow­cem. Zwy­kle in­te­re­so­wali mnie spo­kojni eko­no­mi­ści lub stu­denci hi­sto­rii, ale nie umia­łam się oprzeć uro­kowi Ja­coba. Po­zna­li­śmy się la­tem ze­szłego roku, kiedy krę­ci­łam ma­te­riał fil­mowy dla przy­ja­ciela, który mu­siał przy­go­to­wać pro­gram o me­czu. Kiedy Ja­cob po­ko­nał swo­jego prze­ciw­nika, pod­biegł do mnie i za­pro­sił mnie na randkę.

Dwa ty­go­dnie temu po­pro­sił, że­bym się do niego wpro­wa­dziła, ale na ra­zie przy­go­to­wuje się do waż­nej walki, więc cze­kamy, aż wróci z po­dróży do Ve­gas.

Zer­kam na ze­ga­rek i wi­dzę, że je­stem wcze­śniej o kilka go­dzin, ale nie mogę się do­cze­kać, żeby mu po­wie­dzieć.

Na bla­cie obok tu­zina róż chło­dzi się bu­telka wina. Czyżby przej­rzał moją ta­jem­nicę? Z eks­cy­ta­cji aż ła­sko­cze mnie w brzu­chu.

Na pa­lusz­kach prze­mie­rzam ko­ry­tarz, je­stem go­towa, żeby zdjąć z sie­bie ubra­nie i obu­dzić go w od­po­wiedni spo­sób, kiedy sły­szę śmiech. Ko­biecy śmiech.

Za­trzy­muję się gwał­tow­nie, czuję gło­śne bi­cie serca.

– Po­doba ci się to, co? – Jego głos prze­cina ci­szę i spra­wia, że na moim ciele po­ja­wia się gę­sia skórka. – Ssij moc­niej. Do­brze. Po­każ, jak ci się po­doba mój ku­tas w ustach.

O, Boże.

Drżę, nie chcę pod­cho­dzić bli­żej. Nie chcę na to pa­trzeć, ale moje nogi nie słu­chają głowy, idą przed sie­bie aż to mo­mentu, gdy nie mam już wy­boru i wi­dzę to na wła­sne oczy.

Wi­dzę go przez szparę w drzwiach, sie­dzi na brzegu łóżka, wplótł palce w jej ciemne włosy. Ich twa­rze są w cie­niu, ale on po­ta­kuje, pod­czas gdy jej głowa unosi się i opada nad jego kro­czem.

Ona prze­rywa, żeby na niego spoj­rzeć.

– Mo­żemy zro­bić tak jak wczo­raj?

On ję­czy.

– Tak, skar­bie, zróbmy tak jak wczo­raj.

Zdzira wcho­dzi na łóżko, on za nią i siada okra­kiem na jej piersi. Ona unosi ręce i chwyta me­ta­lową ramę łóżka, pod­czas gdy Ja­cob ce­luje w jej usta.

Czuję mdło­ści.

Wczo­raj mój chło­pak i ta dziew­czyna upra­wiali seks w tym łóżku. Nie­długo przed tym, jak ja upra­wia­łam z nim seks w jego łóżku.

Za­sła­niam usta, sta­ram się po­wstrzy­mać od­ruch wy­miotny, po­nie­waż wczo­raj upra­wia­li­śmy seks bez za­bez­pie­cze­nia. Są­dzi­łam bo­wiem, że jest mi wierny, że jest męż­czy­zną, któ­rego po­ślu­bię. Po­zwo­li­łam mu więc wsa­dzić w sie­bie tego brud­nego ku­tasa.

W jed­nej chwili moje ży­cie traci sens. Dzi­siaj po­win­nam oma­wiać swoją przy­szłość i pla­no­wać ży­cie z kimś, kto mnie ko­cha. Je­stem taką idiotką. Nie słu­cha­łam plo­tek, opu­ści­łam gardę i po­zwo­li­łam so­bie uwie­rzyć w kłam­stwa, gdy za­rze­kał się, że miał wcze­śniej wiele dziew­czyn, ale tylko dla­tego że nie mógł zna­leźć tej wła­ści­wej. A ja uwie­rzy­łam, że nią je­stem. Że je­stem jego na za­wsze.

Gdy pa­trzę, jak ta dziew­czyna mu ob­ciąga, mija mi ból i uraza. Je­dyne, co czuję, to wście­kłość. Ośle­pia­jąca, roz­ża­rzona do bia­ło­ści wście­kłość. Mo­gła­bym te­raz ko­goś za­bić. Moje ręce po­ru­szają się, jakby dzia­łały na au­to­pi­lo­cie, górę bie­rze prze­szko­le­nie. Je­stem prak­tycz­nie nie­świa­doma tego, że trzy­mam w drżą­cych rę­kach te­le­fon, a pa­lec prze­suwa się po ekra­nie i włą­cza na­gry­wa­nie.

Wci­skam czer­wony przy­cisk. Na­gry­wam kilka se­kund, ale to mi wy­star­czy, żeby pa­mię­tać o wła­snej głu­po­cie. Po­nie­waż wiem, że on mnie okła­mie. Bę­dzie tak na­gi­nał rze­czy­wi­stość, aż nie będę wie­działa, co jest prawdą, a co moim wy­my­słem, a on mi wmówi, że to wszystko jest moją winą.

Nie, to jego wina, a ja chcę pa­mię­tać swoje po­ni­że­nie, że­bym już ni­gdy nie po­wtó­rzyła tego błędu.

La­cho­ciąg prze­staje na chwilę, żeby za­py­tać, gdzie się będą spo­ty­kać, kiedy się wpro­wa­dzę, a on jej mówi, że będą to ro­bić w szatni na si­łowni. Ele­gancko.

Od­rzu­ca­łam ko­lej­nych fa­ce­tów, a ten de­bil mnie zdra­dzał.

Cho­wam te­le­fon do kie­szeni, wcho­dzę do po­koju i wy­rzu­cam jego kla­moty z torby tre­nin­go­wej, po czym otwie­ram szu­flady i wrzu­cam do niej swoje rze­czy.

– Kurwa. Kurwa. To Mas­sie – mam­ro­cze. – Ko­cha­nie, co ro­bisz?

– Pier­dol się, dupku. – Wpa­dam do ła­zienki i zbie­ram swoje ak­ce­so­ria do ma­ki­jażu. Kiedy wy­cho­dzę, Ja­cob od­py­cha dziew­czynę i po raz pierw­szy wi­dzę jej twarz.

– O mój Boże. Co­raz le­piej. – Pa­trzę na Kimmy, dziew­czynę z klatki, i nie wie­rzę, że wszystko się tak skom­pli­ko­wało.

– Ko­cha­nie, to nie tak, jak my­ślisz – jąka się Ja­cob.

Kostki mo­ich pal­ców bie­leją, gdy za­ci­skam pięść na uchwy­cie torby.

– Se­rio? Czy twój ku­tas ma­gicz­nie wy­lą­do­wał w jej ustach? Co za cie­kawe zja­wi­sko.

Wyj­muję bre­lo­czek z klu­czami, które od niego do­sta­łam. To mi­nia­tu­rowa rę­ka­wica bok­ser­ska, którą te­raz rzu­cam mu w twarz.

– Kimmy, nie mu­sisz się z nim pie­przyć na si­łowni. Jest cały twój.

ROZ­DZIAŁ 2

MAD­DIE

Kiedy drzwi się otwie­rają, Sheri wy­bu­cha śmie­chem.

– Mad­die, masz klucz. Nie mu­sisz pu­kać.

Wzru­szam ra­mio­nami, to­rebka zsuwa mi się z ra­mie­nia i cią­gnie za sobą bluzkę. Po­pra­wiam ją, żeby nie świe­cić na­go­ścią, i zdmu­chuję loki z twa­rzy.

– Po­my­śla­łam, że tak na­leży. Je­stem twoim go­ściem. Twoim bar­dzo wdzięcz­nym go­ściem.

– Nie, je­steś moją współ­lo­ka­torką. Nie żad­nym cho­ler­nym go­ściem.

Uśmie­cham się, nie dys­ku­tuję z tym, ale tylko dla­tego, żeby prze­stała się ci­skać, po­nie­waż obie wiemy, że nie płacę jej na­wet po­łowy czyn­szu. Mieszka w luk­su­so­wej ka­mie­nicy z pia­skowca w bo­stoń­skiej Back Bay, a mnie na­wet w naj­śmiel­szych ma­rze­niach nie by­łoby stać na taką lo­ka­li­za­cję. Moja stara przy­ja­ciółka do­wie­działa się skądś, że szu­kam ja­kie­goś kąta, po­nie­waż już wy­po­wie­dzia­łam na­jem swo­jego sta­rego miesz­ka­nia, i na­le­gała, że­bym się do niej wpro­wa­dziła. Od­wie­dza­łam ją wcze­śniej, ale na­dal je­stem pod wra­że­niem jej miesz­ka­nia. Ciemne, po­le­ro­wane pod­łogi z drewna, przy­cią­ga­jący wzrok ogromny ko­mi­nek, obok któ­rego stoją smu­kłe, mo­der­ni­styczne me­ble. Wy­strój jest wy­szu­kany i ele­gancki, ja­kiś mi­lion razy lep­szy od mo­jego skła­da­nego fu­tonu i sza­rych re­ga­łów na książki.

Tylko jed­nej rze­czy mi bra­kuje.

– Prze­nio­słaś moje kar­tony. – A było, do cho­lery, co prze­no­sić.

– Mia­łam po­moc­nika. Wpadł są­siad i mi po­mógł. A je­śli już mowa o tym cia­chu…

– Nie­po­trzeb­nie to zro­bi­łaś. Uprząt­nę­ła­bym je sama. – Kiedy w ze­szły week­end spro­wa­dzi­łam się tu­taj ze swo­imi kar­to­nami, ba­łam się, że do­stanę man­dat za par­ko­wa­nie przed do­mem wy­na­jętą fur­go­netką, więc po pro­stu zo­sta­wi­łam wszystko w rogu jej sa­lonu.

Ma­cha ręką.

– Przy­naj­mniej mia­łam wy­mówkę, żeby nie iść na si­łow­nię. Poza tym, mia­łam dużo ra­do­chy, czy­ta­jąc, jak pod­pi­sa­łaś swoje rze­czy.

– To zna­czy?

– Ma­ki­jaż i kremy na­wil­ża­jące. Zi­mowa po­ściel i ubra­nia ter­miczne. Pod­ręcz­niki do dzien­ni­kar­stwa i no­tatki. I wszystko opi­sane w róż­nych ko­lo­rach. Uży­łaś mar­kera do two­rze­nia ety­kiet? – Nie czeka na moją od­po­wiedź. – A tak przy oka­zji, co było w pu­dle z na­pi­sem „szafka nocna”? Bo za­częło wi­bro­wać, gdy przy­pad­kiem upu­ści­łam je na pod­łogę? – Otwie­ram usta ze zdu­mie­nia, a jej chi­chot zmie­nia się w gło­śny śmiech. – Hmm, niech zgadnę. Za­mien­nik Ja­coba.

Od­chrzą­kuję i kręcę głową, przy oka­zji otrzą­sam się z za­że­no­wa­nia.

– Ja­cob chciałby być tak jurny jak Po­wer-Boy 3000 i dać mi tyle or­ga­zmów.

Sheri unosi brwi.

– Po­wer-Boy 3000? Gdzie mogę go ku­pić?

– Ja ku­pi­łam na przy­ję­ciu z za­baw­kami ero­tycz­nymi u mo­jej ko­le­żanki.

– My też mu­simy ta­kie urzą­dzić! Może jak skoń­czymy ten film. – Sheri pra­cuje dla swo­jego ojca, który jest zna­nym pro­du­cen­tem fil­mo­wym, więc bar­dzo dużo po­dró­żuje. To je­den z po­wo­dów, dla któ­rego po­trze­buje lo­ka­tora. Żeby ktoś pil­no­wał miesz­ka­nia, kiedy jej nie ma. O wiele ła­twiej by było, gdyby prze­pro­wa­dziła się do No­wego Jorku lub do LA, ale czuje się dziew­czyną z Bo­stonu i nieco się wku­rza na samą wzmiankę o prze­pro­wadzce.

Prze­bie­ram się w dżinsy i do­pa­so­waną ko­szulkę z de­kol­tem w se­rek, a Sheri pro­po­nuje, że­by­śmy po­szły oba­dać nowy bar, który otwo­rzył się na na­szej ulicy, i wy­piły kilka drin­ków.

Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej sie­dzimy już przy sto­liku w rogu i w słabo oświe­tlo­nym ba­rze za­ma­wiamy drugą ko­lejkę. Al­ko­hol działa na mnie tak, że mam ochotę roz­pła­kać się nad ku­flem piwa. Z tego po­wodu ni­gdy nie piję. Ro­bię się zbyt płacz­liwa. Te­raz czuję, że moje serce stało się cięż­kie.

– Sheri, bar­dzo ci dzię­kuję, że mnie przy­gar­nę­łaś.

Unosi brwi.

– Z tobą za­przy­jaź­ni­łam się na sa­mym po­czątku stu­diów na BU. Prze­cież to na­tu­ralne, że cię przy­gar­nę­łam.

Na pierw­szym roku Sheri i ja dzie­li­ły­śmy po­kój w aka­de­miku na­le­żą­cym do Uni­wer­sy­tetu Bo­stoń­skiego. Z po­czątku się nie do­ga­dy­wa­ły­śmy. Chyba są­dziła, że je­stem sztyw­niarą, a ja uwa­ża­łam, że ona jest bo­gaczką. Wiem, że to brzmi okrop­nie, ale wy­wo­dzi się z Park Ave­nue, pod­czas gdy ja, do­ra­sta­jąc, do­na­sza­łam ciu­chy po in­nych dzie­ciach – nie dla­tego że uwa­ża­łam, że to fajne i na­oglą­da­łam się zbyt wiele sta­rych fil­mów Johna Hu­ghesa, lecz dla­tego, że nie było nas na wiele stać. Ale w końcu za­czę­łam do­strze­gać coś wię­cej niż metki dro­gich ma­rek i fran­cu­ski ma­ni­kiur i zo­ba­czy­łam dziew­czynę o wiel­kim sercu miesz­czą­cym się w mi­nia­tu­ro­wym ciele.

Ra­zem wy­glą­damy dzi­wacz­nie. Ona ma­lutka jak orze­szek, a ja – ro­sła jak to­pola. Jest drobna, opa­lona, ma wy­cie­nio­wane ja­sne włosy i wiel­kie nie­bie­skie oczy. Ja mam po­nad sto sie­dem­dzie­siąt cen­ty­me­trów, dłu­gie czarne włosy, bladą cerę i nie­bie­skie oczy. Ona wy­gląda, jakby wła­śnie ze­szła z planu fil­mo­wego, a ja przy­po­mi­nam po­stać z Wic­ked. Ale ko­cham ją, cho­ciaż cała mo­głaby się zmie­ścić do jed­nej no­gawki mo­ich spodni.

– Mads, gdy­bym tylko mo­gła, sko­pa­ła­bym jaja Ja­co­bowi. Czy ten kre­tyn na­dal do cie­bie wy­dzwa­nia?

– Już tylko raz czy dwa razy w ty­go­dniu. Zrzu­cam go na pocztę gło­sową.

Pa­trzy na mnie ze zmar­twioną miną.

– A tak w ogóle, to jak so­bie ra­dzisz?

Upi­jam łyk piwa, żeby zy­skać na cza­sie.

– Będę szczera. Ostat­nie ty­go­dnie były cięż­kie. – Zwłasz­cza gdy uświa­do­mi­łam so­bie, że stra­ci­łam miesz­ka­nie. Pla­no­wa­łam za­miesz­kać z Ja­co­bem, moja stara współ­lo­ka­torka zna­la­zła so­bie kąt gdzie in­dziej, a wła­ści­ciel miesz­ka­nia pod­pi­sał już umowę z no­wym na­jemcą, więc zo­sta­łam na lo­dzie. Ba­wię się ety­kietą przy­kle­joną do bu­telki piwa. – Niech bę­dzie, że mie­siąc i cztery dni.

Cho­ciaż bar­dzo chcia­ła­bym za­po­mnieć datę na­szego roz­sta­nia, zbie­gła się z dniem roz­po­czę­cia przeze mnie pracy, więc bę­dzie trudno wy­przeć ją z pa­mięci.

Mu­szę jed­nak pa­trzeć na po­zy­tywy. Przy­naj­mniej te­sty wy­szły ne­ga­tyw­nie. Po­nie­waż pierw­sze, co zro­bi­łam po roz­sta­niu, to ba­da­nia w kli­nice, by spraw­dzić, czy ten drań nie sprze­dał mi ja­kie­goś cho­rób­ska.

Sheri przy­suwa do mnie krze­sło i obej­muje mnie ręką. Kładę głowę na jej ra­mie­niu i wzdy­cham. Je­stem je­dy­naczką, ale gdy­bym miała sio­strę, to wła­śnie tak ją so­bie wy­obra­żam. W ta­kich chwi­lach od­czu­wam ból więk­szy niż ten po Ja­co­bie. Tak bar­dzo tę­sk­nię za tatą, że aż czuję ból w piersi.

– Wiem, że le­czysz te­raz zła­mane serce, ale chcę, byś wie­działa, jak bar­dzo się cie­szę, ma­jąc cię za współ­lo­ka­torkę. Na­dal je­stem wku­rzona, że mnie od­rzu­ci­łaś na dru­gim roku.

Gwał­tow­nie na­bie­ram po­wie­trza.

– Nie od­rzu­ci­łam cię! O ile pa­mię­tam, chcia­łaś za­miesz­kać w Za­chod­nim Kam­pu­sie, a ja mia­łam za­ję­cia w Com School we Wschod­nim Kam­pu­sie o szó­stej rano.

– No do­brze. – Chi­cho­cze i spusz­cza wzrok. Po chwili robi po­ważną minę. – Tak mi przy­kro, że ten ku­tas cię wy­sta­wił, Mads. Do­brze się czu­jesz? Se­rio?

– Mmm. – Oczy wy­peł­niają mi się łzami. – Poza tym, że Ja­cob zruj­no­wał mój plan pię­cio­letni? – My­ślę o na­gra­niu, ja­kie mam w te­le­fo­nie, i znowu na pierw­szy plan wy­suwa się złość. Mu­szę się jej trzy­mać, po­nie­waż nie­na­wiść jest cen­niej­szą emo­cją niż ża­łoba.

Sheri wy­krzy­wia usta. Ale nie do­pusz­czam jej do głosu.

– Ro­zu­miem, że cią­gnęło go do in­nych ko­biet. Rzu­cają się na niego, gdzie­kol­wiek się ru­szy. Może by­łam głu­pia, są­dząc, że go utem­pe­ro­wa­łam. Ale tak na­prawdę drę­czy mnie myśl, jak… – Za­my­kam oczy i w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach od­twa­rzam tę scenę. Zni­żam głos i mó­wię: – Jak on do niej mó­wił.

Po­każ, jak ci się po­doba mój ku­tas w ustach.

Nie je­stem w sta­nie tego wy­po­wie­dzieć, ale słowa od­bi­jają się ry­ko­sze­tem w mo­jej gło­wie ni­czym strzał w ka­nio­nie.

Po­chy­lam głowę, aż włosy opa­dają mi na twarz i od­chrzą­kuję.

– Ni­gdy nie za­cho­wy­wał się tak przy mnie.

– Co masz na my­śli?

Jak mam to po­wie­dzieć? Boże, to ta­kie po­ni­ża­jące.

– Hmm, był… przy mnie uważny. Za­cho­wy­wał się bar­dziej… wła­ści­wie.

– Nie mó­wił brzyd­kich rze­czy.

– Cho­dzi o coś wię­cej. Trak­to­wał mnie, jakby bał się, że mnie urazi. Taki bu­dzący grozę za­wod­nik w sto­sunku do mnie był de­li­katny i może… oka­zy­wał mi zbyt wiel­kie po­wa­ża­nie? Och, brzmi to okrop­nie. Chyba upa­dłam na głowę, chcąc, by był bar­dziej szorstki?

– Wcale nie, do cho­lery. – Pry­cha. – Szorst­kość jest do­bra. Szorst­kość ma na mnie do­bry wpływ.

– Za­sta­na­wiam się, czy nie by­łam dla niego zbyt pe­dan­tyczna i du­po­wata.

– W dupę też jest do­brze.

Ude­rzam ją w ra­mię.

– Wiesz, co mam na my­śli. Tak jak po­wie­dzia­łaś, by­wam gry­ma­śna i nie­na­wi­dzę spać na mo­krym. Nie cier­piał, gdy wy­ska­ki­wa­łam z łóżka w chwili, gdy skoń­czył, ale nie zno­szę, gdy to spływa mi po no­dze o dru­giej w nocy.

Sheri chi­cho­cze.

– Jego strata, że nie po­tra­fił cię od­po­wied­nio prze­le­cieć. I co z tego, że chcia­łaś się umyć? Każdy ma swoje przy­zwy­cza­je­nia. – Upija łyk piwa i ob­rzuca mnie uważ­nym spoj­rze­niem. – Słu­chaj, wiem, że mia­łaś chło­pa­ków przed Ja­co­bem, ale masz w so­bie coś z grzecz­nej dziew­czynki. Wy­daje mi się, że nie umiał wznieść się po­nad to wra­że­nie. No wiesz, kom­pleks ma­donny i la­dacz­nicy.

– Więc ja od­gry­wa­łam rolę dzie­wicy, a ta ko­bieta w jego łóżku była la­dacz­nicą? – Sheri nie­chęt­nie po­ta­kuje. – Do­my­ślam się, że to by wy­ja­śniło, dla­czego po­su­wał ją w usta tak, jakby chciał do­się­gnąć jej pępka przez prze­łyk.

– Ja­cob może i po­su­wał la­ski na boku, ale chciał się z tobą że­nić, więc może w pew­nym sen­sie chciał, byś była nie­po­ka­lana.

Śmieję się z tego.

– Nie­po­ka­lana. Su­per. – Czyż nie ku­pi­łam kilku prze­zro­czy­stych ha­lek dla niego? Która część niego są­dziła, że chcę być nie­po­ka­lana? Czy mia­łam mu to prze­li­te­ro­wać? Zro­zum, nie mu­siał się za­cho­wy­wać, jakby był Chri­stia­nem Greyem, ale on chyba ni­gdy nie stra­cił nad sobą kon­troli, gdy był ze mną. A prze­cież tego chce każda dziew­czyna. Każda chce, by fa­cet osza­lał dla niej z po­żą­da­nia i stra­cił nad sobą kon­trolę, co nie?

Cho­lerny Ja­cob. Czy nasz seks nie był dość do­bry? Wy­da­wało mi się, że był za­do­wo­lony. Może nie za każ­dym ra­zem mia­łam or­gazm, ale która pra­cu­jąca sześć­dzie­siąt go­dzin ty­go­dniowo dziew­czyna do­cho­dzi do wiel­kiego O za każ­dym ra­zem?

Kusi mnie, by wziąć winę na sie­bie. Przy­znać, że to ja spra­wi­łam, że był nie­wierny, po­nie­waż za dużo pra­co­wa­łam i by­łam po­chło­nięta pracą. Ale prze­cież to on ro­bił skoki w bok, a ja nie je­stem ja­kąś nie­do­piesz­czoną la­ską, któ­rej je­dy­nym ży­cio­wym ce­lem jest za­do­wo­le­nie fa­ceta.

Pie­przyć to. Przy­kła­dam bu­telkę do ust. Nie, udało mi się unik­nąć tra­ge­dii.

Czy­ta­łam ostat­nio, że po­nad sie­dem­dzie­siąt pro­cent żo­na­tych męż­czyzn zde­cy­do­wa­łaby się na ro­mans, gdyby mieli pew­ność, że żona ni­gdy by się o nim nie do­wie­działa. Nie, Ja­cob nie jest żadną ano­ma­lią, a ja nie je­stem pro­ble­mem. To męż­czyźni nim są.

Czuję się spo­koj­niej­sza, gdy so­bie to wy­ja­śni­łam. Będę bez­pieczna, do­póki nie za­po­mnę, że męż­czyźni są wro­gami. Zwłasz­cza ci przy­stojni.

Sheri sztur­cha mnie łok­ciem.

– Nie od­wra­caj się. Wła­śnie wszedł mój ulu­biony są­siad. – Wbija wzrok w ko­goś za mo­imi ple­cami.

Od­wra­cam się i oczy wy­cho­dzą mi z or­bit, gdy wi­dzę nie­wiel­kie to­wa­rzy­stwo po dru­giej stro­nie re­stau­ra­cji.

– To jest ten twój są­siad? Da­ren Sloan?

– Wi­dzę, że już znasz to nie­mal mi­tyczne stwo­rze­nie.

Pa­trzę na nią i przy­kła­dam dwa palce do szyi.

– Hmm. Sprawdźmy. – Cze­kam kilka se­kund dla więk­szego efektu. – Wy­czu­wam puls. Po­nie­waż wła­śnie tego po­trzeba, żeby za­uwa­żyć two­jego „ulu­bio­nego są­siada”.

W środku aż się wzdry­gam. Na­wet z tej od­le­gło­ści wku­rza mnie jego mina. Da­ren Sloan ma taki iry­tu­jący wy­raz twa­rzy, jakby wie­dział, że każda ko­bieta wy­obraża so­bie, że zrywa z niej bie­li­znę zę­bami.

Oczy­wi­ście, że Sheri i Da­ren są są­sia­dami. Jej oj­ciec jest ma­gna­tem fil­mo­wym, więc zna każ­dego. Kiedy mówi, że uwiel­bia Brada i An­ge­linę, ma na my­śli to, że na­prawdę ich uwiel­bia, po­nie­waż ra­zem spę­dzali fe­rie świą­teczne.

– Za­wo­łajmy Da­rena. – Sheri za­czyna ma­chać, ale ła­pię ją za rękę, za­nim ktoś to za­uważy.

– Le­piej nie.

– Dla­czego? – Po­syła mi spoj­rze­nie, które su­ge­ruje, że chyba upa­dłam na głowę.

– Bo nie.

– Mad­die, to nie jest wy­tłu­ma­cze­nie. Za­ko­chasz się w Da­re­nie. Rany, jest na­prawdę świetny. Dzięki Bogu, wresz­cie ze­rwał z tą zdzi­rosz­matą Ve­ro­nicą. – Stuka swoją bu­telką o moją. Zdzi­rosz­matą? – Po­win­naś zo­ba­czyć go po si­łowni. Go­rący, spo­cony i twardy. – Sheri upija łyk i na­gle robi taką minę, jakby się za­krztu­siła, już mam ją wal­nąć w plecy, kiedy zrzuca bombę. – No prze­cież! Po­win­naś z nim cho­dzić!

Hę?

Wierci się na krze­śle, ma tak roz­anie­loną minę, jak­bym wła­śnie jej po­wie­działa, że chce ją prze­le­cieć Char­lie Hun­nam.

– Tego lata miał fazę na za­li­cza­nie wszyst­kiego, co się ru­szało, ale chyba już mu mi­nęło. Ostat­nio jego łóżko nie wali w ścianę.

– Cze­kaj. Co?

Na jej twa­rzy po­ja­wia się szel­mow­ski uśmiech.

– Jego sy­pial­nia styka się z twoją, dzieli je tylko ściana. Może tro­chę pod­słu­chi­wa­łam. I je­śli się nie mylę, to praw­dziwa be­stia. Jak Go­dzilla. Do cho­lery, by­li­by­ście uro­czą parą!

Kwi­tuję to śmie­chem. Wciąż się śmieję, gdy uświa­da­miam so­bie, że mó­wiła po­waż­nie. Ona na­prawdę chce, że­bym cho­dziła z Da­re­nem.

– Aha, nie, Sheri, mi­siaczku. To się ni­gdy nie sta­nie. Ni­gdy. Ni­gdy prze­nigdy.

– Ni­gdy nie mów ni­gdy. – Ła­pie mnie za rękę. – Nie bądź głu­pia. To naj­bar­dziej po­żą­dany ka­wa­ler w Bo­sto­nie. Zdo­bywca He­ismana. Nu­mer je­den wśród no­wych za­wod­ni­ków. Bóg po­mię­dzy ludźmi. – Sheri od­wraca moją twarz w stronę zaj­mo­wa­nego przez niego sto­lika. – Spójrz na ten do­łe­czek w jego bro­dzie. On je­den wy­star­czy, żeby dziew­czyna wy­sko­czyła z maj­tek. Nie wspo­mnę już o tych oczach. Mó­wię ci, Mad­die, gdyby krę­ciły mnie ku­tasy, wspię­ła­bym się na jego Mo­unt Eve­rest tak szybko, że prze­kro­czy­ła­bym pręd­kość dźwięku.

– Mo­unt Eve­rest? – Uno­szę brwi.

– Tak. Naj­wyż­szą górę świata. Big Bena. Wiel­kiego Ptaka…

– Już czaję. – Sta­ram się być cier­pliwa, po­nie­waż wiem, że Sheri chce mi po­móc. – Nie in­te­re­sują mnie spor­towcy. Już nie. Mają za dużo po­kus, a ja nie na­daję się na wy­cie­raczkę. To się nie uda. Wra­cam do eko­no­mi­stów. Ci co prawda nie będą w sta­nie za­rzu­cić mnie so­bie na ra­mię czy uno­sić mnie jak sztangę, ale przy­naj­mniej nie wy­ci­sną ostat­niej kro­pli krwi z mo­jego serca. – Pró­buję zna­leźć ja­kiś inny te­mat, żeby ze mnie ze­szła. – Wiesz, Brad, tech­nik z pracy, za­pro­sił mnie na randkę.

Pa­trzy na mnie po­dejrz­li­wie.

– Zgo­dzi­łaś się.

– Nie uma­wiam się ze współ­pra­cow­ni­kami, ale faj­nie so­bie po­ga­da­li­śmy. Cał­kiem przy­zwo­icie się pre­zen­tuje. I ani razu nie po­my­śla­łam o Ja­co­bie.

– Je­stem pewna, że ten biedny fra­jer uzna to za po­cie­sze­nie, kiedy bę­dzie się brandz­lo­wał lewą ręką za­miast po­su­wać sek­sowną re­por­terkę.

– Fuj. – Nie mam ochoty my­śleć o Bra­dzie i jego le­wej ręce.

Mój wzrok wę­druje do sto­lika, przy któ­rym sie­dzi Da­ren z ko­le­gami. My­śli o moim ko­le­dze z pracy roz­pły­wają się, gdy pa­trzę na tego eli­tar­nego spor­towca. Na­zy­wa­nie go pięk­nym jest wiel­kim nie­do­po­wie­dze­niem.

Jest naj­go­ręt­szym oka­zem, po­mimo ubra­nia.

Wy­wra­cam oczami do swo­ich my­śli.

To stara Mad­die. Nowa Mad­die ro­zu­mie, że Da­ren jest tylko ład­nym chłop­cem, który uważa, że jest dla ko­biet da­rem od Boga. Już to prze­ra­bia­łam. Do­ra­sta­łam w tej oko­licy i praw­do­po­dob­nie le­piej znam re­pu­ta­cję Da­rena Slo­ana, niż bym chciała.

Da­ren prze­cze­suje dło­nią swoje gę­ste ciemne włosy, krótko ostrzy­żone po bo­kach, lecz na gó­rze na tyle dłu­gie, że opa­dają mu na czoło. Nie mu­szę pod­cho­dzić bli­żej, żeby prze­ko­nać się, jaki efekt wy­wie­rają jego piwne oczy na dziew­czy­nach, po­nie­waż do jego sto­lika zmie­rzają już trzy z nich.

Sheri trąca mnie w ra­mię.

– Niech cię cho­ciaż przed­sta­wię, za­nim ja­kaś pinda go omota.

Na mo­ich ustach po­ja­wia się cy­niczny uśmiech, taki, który – mam na­dzieję – wy­raża, że je­stem strefą za­ka­zaną dla gra­czy, po­nie­waż Da­ren jest spor­tow­cem po­dob­nie jak Ja­cob, a oni wszy­scy za­cho­wują się tak samo. Zdra­dzają.

– Nie ma po­trzeby. – Kręcę głową. – Już się po­zna­li­śmy.

* * *

Za­cznij cho­dzić z Da­re­nem. To naj­gor­szy z moż­li­wych po­my­słów. Mam ochotę spo­licz­ko­wać się za to, że przez dwie i pół se­kundy mój mózg uznał ten po­mysł za uro­czy.

Wiążę buty, po czym zbie­gam po scho­dach i wy­cho­dzę na dwór. Tego ranka jest duszno. Cóż, dla więk­szo­ści lu­dzi to jesz­cze nic.

Się­gam ręką do tyłu, chwy­tam się za kostkę i roz­cią­gam mię­sień czwo­ro­głowy. W ta­kich chwi­lach zwy­kle my­ślę o Ja­co­bie. Nie, nie ćwi­czy­li­śmy ra­zem. Ni­gdy nie wsta­wał o tej po­rze. To, że tego nie ro­bił, być może coś o nas mówi.

Nie mogę prze­stać tego ro­bić, wciąż roz­my­ślam o róż­nych aspek­tach na­szego związku, żeby móc wska­zać, co po­szło nie tak. Czu­łam się jak na tor­tu­rach, nie od­bie­ra­jąc te­le­fo­nów od niego – tę­sk­nię za nim jak sza­lona – ale ni­gdy mu nie wy­ba­czę tego, co zro­bił. To nie był jed­no­ra­zowy skok w bok. Nie był to ja­kiś wy­pa­dek po pi­jaku. Zro­bił to ce­lowo. Wszystko so­bie prze­kal­ku­lo­wał. Prze­my­ślał.

Moja dłoń za­ci­ska się na te­le­fo­nie. Kiedy ogar­nia mnie de­spe­ra­cja, kiedy kusi mnie, żeby do niego za­dzwo­nić, oglą­dam fil­mik na ko­mórce. To nieco inny ro­dzaj tor­tury. Oglą­da­nie męż­czy­zny, o któ­rym my­śla­łam, że mnie ko­cha, gdy po­suwa inną ko­bietę, jest jak po­wolna śmierć z po­wodu ty­siąca kłamstw. Ko­cham cię. Chcę się z tobą oże­nić. Chcę mieć z tobą dzieci. Same kłam­stwa.

Jed­nak za­miast zdy­stan­so­wać się od tych my­śli, zmu­szam się do roz­trzą­sa­nia bo­le­snych szcze­gó­łów, żeby wzmoc­nić swoje po­sta­no­wie­nie. Jego ku­tas. Jej usta. Ich jęki. Tak, pie­przyć go.

Koń­czę roz­cią­ga­nie i po­woli bie­gnę, żeby po­zbyć się bólu po wczo­raj­szym pi­ciu. Ni­gdy wcze­śniej nie bie­ga­łam po dziel­nicy Sheri, ale znam główne ulice dość do­brze, bo uczęsz­cza­łam do szkoły w po­bliżu, więc do­bie­gam do zna­jo­mej Espla­nade. Ścieżka wije się wzdłuż rzeki Char­les, która tego wietrz­nego ranka chlu­po­cze przy brzegu.

Po dru­gim ki­lo­me­trze zdrada Ja­coba wy­daje się mniej okrutna, nie jest już no­żem w moim sercu, lecz si­nia­kiem na moim ego. Ale je­stem zmę­czona uża­la­niem się nad sobą. Pod­wa­ża­niem wła­snej war­to­ści. Prze­pro­wadzka do Sheri i nowa praca ozna­cza, że za­czy­nam wszystko od po­czątku i mam za­miar w pełni wy­ko­rzy­stać nowe moż­li­wo­ści.

Być może wła­śnie dla­tego Da­ren wy­dał mi się nieco ku­szący. Ta piękna twarz mnie de­kon­cen­truje. Umiem to wy­ko­rzy­stać. Dla­tego uwiel­biam pra­co­wać. Dzięki temu je­stem za­jęta i nie mam czasu na­wet na wzię­cie od­de­chu.

Za­krę­cam i do­bie­gam do bu­dynku, w któ­rym miesz­kam z Sheri, w tym cza­sie słońce za­czyna już wy­su­wać się po­nad ho­ry­zont. W moim iPho­nie gło­śno gra Guns N’ Ro­ses, a ja koń­czę bieg sprin­tem. Krew pul­suje mi w ży­łach, je­stem cała spo­cona, ale czuję się do­brze. Ni­gdy bym się przed ni­kim nie przy­znała, ale lu­bię wsta­wać tak wcze­śnie. Zmu­sza mnie to do prze­ję­cia kon­troli nad ży­ciem.

W gło­wie od­ha­czam ko­lejne punkty dzi­siej­szego planu dnia. Za go­dzinę mam spo­tka­nie, o ósmej rano prze­pro­wa­dzam wy­wiad na żywo, mu­szę po­szu­kać ma­te­ria­łów do trzech re­por­taży na ten ty­dzień, wy­słać ra­port i wy­ko­nać co naj­mniej kil­ka­na­ście te­le­fo­nów.

Skrę­cam za róg i nie wiem, co się ze mną dzieje. Zde­rzam się ze ścianą, po­wie­trze ucieka mi z płuc i pa­dam na chod­nik, lą­du­jąc na ple­cach.

ROZ­DZIAŁ 3

DA­REN

Jest ku­rew­sko wcze­śnie, ale je­śli za­raz nie wy­ru­szę, utknę w korku, a nie chcę się spóź­nić. Poza tym, mu­szę spraw­dzić, ile trwa po­dróż o tej go­dzi­nie, po­nie­waż tre­ning za­czyna się o siód­mej rano. Cho­ciaż zgru­po­wa­nie za­czyna się do­piero za kilka ty­go­dni, mam spo­tka­nie z tre­ne­rami, któ­rzy chcą mi po­ka­zać szat­nie i si­łow­nię. Główny szko­le­nio­wiec wie, że rów­nie ważne jak fi­zyczna dys­po­zy­cja jest to, co dzieje się w gło­wie, więc po­zwo­lił mi po­tre­no­wać tam kilka dni w ty­go­dniu, że­bym za­po­znał się z in­fra­struk­turą klubu przed roz­po­czę­ciem ofi­cjal­nych przy­go­to­wań.

Prze­krę­cam klucz w zamku i za­sta­na­wiam się, po co zo­sta­wi­łem so­bie to miesz­ka­nie. Bar­dzo ciężko tu za­par­ko­wać, do­jazdy są straszne, a bu­dy­nek stary. Ku­pi­łem je dla sie­bie i Ve­ro­niki, że­by­śmy mieli gdzie miesz­kać po skoń­cze­niu stu­diów, po­nie­waż ona chciała zo­stać w mie­ście, ale ze­rwa­li­śmy ze sobą tego dnia, gdy zo­sta­łem przy­jęty do dru­żyny za­wo­do­wej, więc na­wet nie do­wie­działa się o tym za­ku­pie. Roz­wa­żam obej­rze­nie apar­ta­men­tów po­ło­żo­nych bli­żej sta­dionu.

Na samą myśl o tym nie­uda­nym związku od razu po­pa­dam w zły na­strój. Zmar­no­wa­łem cztery je­bane lata. Na­wet tych osiem mie­sięcy, które spę­dzi­li­śmy bez sie­bie na dru­gim roku, zo­stało ska­żo­nych jej dra­ma­tami i kłam­stwami.

Do­brze so­bie ra­dzę z wie­loma rze­czami, ta­kimi jak fut­bol czy na­uka, ale na sam dźwięk słowa „zwią­zek” czuję się tak, jak­bym miał za­raz usiąść na krze­śle elek­trycz­nym.

Pro­blem z Ve­ro­nicą, oprócz tego, że w ogóle się ze sobą ze­szli­śmy, po­le­gał na tym, że prze­szka­dzał jej fut­bol, je­dyna rzecz, która za­pew­niała jej upra­gnioną po­pu­lar­ność. Co za iro­nia.

Tak wła­śnie było. Nie mogę mieć ko­biety, która jest za­zdro­sna o to, co ro­bię za­wo­dowo. Od dziecka wy­pru­wa­łem so­bie flaki, żeby dojść do tego miej­sca. Lu­dzie mogą mó­wić, że i tak już je­stem bo­gaty, więc nie­ważne, jak po­to­czy się moja ka­riera spor­towa, ale przez to jesz­cze bar­dziej chcę im po­ka­zać swój po­ten­cjał. Poza tym, te pie­nią­dze nie na­leżą do mnie i chciał­bym za­ra­biać na swój spo­sób.

Kiedy to ro­bię, kiedy zrzu­cam winę na jej płyt­kość za­miast na zdradę, przy­naj­mniej nie mam wra­że­nia, że za­raz pęk­nie mi serce. Że za­raz wy­biję dziurę w be­to­no­wym mu­rze. Po­nie­waż to wy­zna­nie…

Aż mnie skręca w żo­łądku na myśl o tym, co mi po­wie­działa tam­tego wie­czora. Cho­ciaż bła­gała, że­bym jej wy­ba­czył, są ta­kie grze­chy, któ­rych nie da się zmyć sło­wami.

Prze­ły­kam grudę w gar­dle, do­ciera do mnie, że słońce już wstaje, więc czas ru­szyć dupę. Za­rzu­cam torbę na ra­mię i kie­ruję się w stronę mo­jego SUV-a na tyl­nym par­kingu. Gdy wy­cho­dzę za róg, wy­cią­gam z tyl­nej kie­szeni te­le­fon, żeby spraw­dzić, czy od­dzwo­nił do mnie agent nie­ru­cho­mo­ści.

W głębi serca czuję ulgę, jak­bym w ostat­niej chwili uchy­lił się przed le­cącą kulą. Przy­naj­mniej Ve­ro­nica nie zdą­żyła się do mnie wpro­wa­dzić. To byłby kosz­mar.

Na­gle sły­szę „dum” i moja ko­mórka szy­buje w po­wie­trzu.

Po chwili już wiem, co się stało, i serce za­czyna mi bić jak sza­lone. Ja pier­dolę. Na chod­niku leży ja­kaś ko­bieta.

Rzu­cam torbę na zie­mię i po­chy­lam się nad nią.

– Nic się pani nie stało?

Od­wraca twarz w moją stronę i ję­czy.

Cze­kaj­cie. Znam tę twarz. Ni­gdy bym jej nie za­po­mniał.

– Mad­die? – Co ona robi o wpół do szó­stej przed moim do­mem? Ma na so­bie spodnie do jogi i tank top. Kilka kro­ków da­lej na ziemi leży jej iPhone. – Mad­die, cho­lera. Prze­pra­szam. Nie pa­trzy­łem, jak idę.

Kilka razy mruga. W końcu ję­czy.

– Jezu Chry­ste, Da­ren. Chcesz mnie za­bić?

Zro­bi­łem jej krzywdę? Kurwa.

Od­su­wam włosy z jej twa­rzy i wi­dzę wbite we mnie prze­ni­kliwe spoj­rze­nie. Bez na­my­słu prze­su­wam dło­nią po jej wło­sach i obej­muję od tyłu jej szyję.

Pa­trzymy na sie­bie, ona ła­pie po­wie­trze do płuc.

Dla­czego tak ją trzy­mam? To samo py­ta­nie po­ja­wia się w jej spoj­rze­niu, a ja od­su­wam się i od­chrzą­kuję, pró­bu­jąc nie pa­trzeć na jej pod­kre­ślony przez ob­ci­sły top de­kolt.

Dla­czego ona na­dal leży na ziemi? Och, ty dupku. Zde­rzyła się z tobą. Po­móż jej wstać i nie pró­buj jej przy tym ob­ma­cy­wać.

– Do­brze, wsta­jemy z chod­nika. – Wy­cią­gam do niej rękę, którą ona igno­ruje i sama wstaje.

Po­syła mi wście­kłe spoj­rze­nie i otrze­puje ty­łek, który bar­dzo chciał­bym zo­ba­czyć, po­nie­waż ma na so­bie przy­le­ga­jące ubra­nie.

Wow. Mad­die McDer­mott. Gę­ste czarne włosy zwią­zała w nie­chlujny ku­cyk, który po zde­rze­niu jesz­cze bar­dziej stra­cił formę. Jest wy­soka jak na dziew­czynę. Szczu­pła, ale za­okrą­glona we wła­ści­wych miej­scach. Ostat­nim ra­zem, gdy ją wi­dzia­łem, była w ko­stiu­mie w sto­no­wa­nych ko­lo­rach i prze­pro­wa­dzała wy­wiad z bur­mi­strzem. A Mad­die w ko­stiu­mie wy­gląda tak, że trudno po­zbyć się jej wi­doku z głowy.

Do cho­lery. Wy­gląda jesz­cze sek­sow­niej bez ma­ki­jażu.

Po­chyla się, żeby pod­nieść iPhone’a, a ja od­wra­cam wzrok od jej tyl­nej czę­ści ciała, bo nie chcę być per­we­rem, który gapi się na tyłki dziew­czyn.

Marsz­czy czoło, gdy się do mnie od­wraca.

– Po­winni po­sta­wić cię na czele ko­mi­tetu po­wi­tal­nego. Czy wła­śnie w ten spo­sób wi­ta­cie wszyst­kich no­wych są­sia­dów? Nie są­dzisz, że atak cia­łem po­wi­nie­neś za­re­zer­wo­wać na mecz?

Mimo że za­war­łem ze sobą pakt o nie­ga­pie­niu się na nią, nie mogę się po­wstrzy­mać i wbi­jam wzrok w jej usta. Pa­trzę, jak uro­czo marsz­czy nos, kiedy się zło­ści.

Cze­kaj. O czym ona mówi?

– Prze­pra­szam. Sze­dłem do Dun­kin’ Do­nuts po kawę, więc mój mózg jesz­cze się nie obu­dził. Po­wie­dzia­łaś, że je­ste­śmy są­sia­dami? – Po­ta­kuje. Ro­bię wiel­kie oczy. – Czy ty je­steś tą Mad­die od Sheri?

Py­ta­jąco unosi brwi.

– Sama bym tak sie­bie nie na­zwała, ale tak, je­stem Mad­die od Sheri.

W jed­nej chwili przy­po­mi­nam so­bie kar­ton, o któ­rym jej współ­lo­ka­torka mó­wiła żar­tem, że jest pe­łen ero­tycz­nych za­ba­wek.

Ja pier­dzielę. Mad­die i za­bawki ero­tyczne.

Spo­kój tam. Mu­szę się od­da­lić, za­nim mój ku­tas jesz­cze bar­dziej nie pod­eks­cy­tuje się spo­tka­niem z nią.

– Prze­pra­szam, Mad­die. Tro­chę się spie­szę. Po­zdrów ode mnie Sheri. Je­śli zo­sta­je­cie na week­end, przyjdź­cie do mnie na im­prezę z oka­zji Dnia Nie­pod­le­gło­ści. Od­bę­dzie się na rzece.

Jesz­cze nie skoń­czy­łem mó­wić, gdy ona już kręci głową i spusz­cza wzrok.

– Sheri wy­jeż­dża z mia­sta, a ja mu­szę pra­co­wać. Ale dzięki. – Krzywi się tak, jak­bym wła­śnie po­pro­sił ją, żeby wy­czy­ściła mi fugi w ła­zience.

No do­bra. Je­śli się nie mylę, cho­dzi jej o to, że­bym się od­pier­do­lił.

Po­ta­kuję i za­bie­ram swoją torbę.

– Cóż, to do­brej za­bawy. Prze­pra­szam, że przeze mnie upa­dłaś na dupę. – Nie cze­kam na jej od­po­wiedź i ru­szam do auta.

* * *

Czter­dzie­ści pięć mi­nut póź­niej je­stem już pra­wie na sta­dio­nie, ale cią­gle my­ślę o Mad­die. Nie wiem, dla­czego na­dal mnie prze­śla­duje, bo prze­cież do­sta­łem od niej bły­ska­wicz­nego ko­sza. Zu­peł­nie ina­czej było, gdy się ze sobą po­zna­li­śmy ze­szłej je­sieni. No do­brze, może i była lekko pod­pita, gdy tak sie­działa z jedną z mo­ich naj­lep­szych przy­ja­ció­łek, Cle­men­tine, ale była wów­czas roz­mowna, słodka i do cho­lery, rów­nie prze­śliczna.

Za­sta­na­wiam się, czy ja­koś ją ura­zi­łem. Może to strasz­nie za­ro­zu­miałe, ale nie­czę­sto do­staję ko­sza.

Po­cie­ram kark, chyba za­czy­nam po­pa­dać w pa­ra­noję. Za­sta­na­wiam się, czy zna prawdę o książce Cle­men­tine. Wła­śnie tak się po­zna­li­śmy z Mad­die, po tym jak prze­pro­wa­dziła wy­wiad z Clem, gdy wy­szło na jaw, że to ona jest au­torką be­st­sel­lera.

Kręcę głową. W za­sa­dzie chyba do­brze się składa, że Mad­die nie jest za­in­te­re­so­wana. Z mi­liona po­wo­dów.

Tre­ningi przed se­zo­nem ozna­czają, że nie mam czasu na pier­doły, więc tak czy owak la­tem nie będę uczest­ni­czył w ży­ciu to­wa­rzy­skim. W no­wej dru­ży­nie, w któ­rej mu­szę się na­uczyć se­tek no­wych za­grań, oraz z ra­cji stresu zwią­za­nego z NFL ostat­nie, czego mi po­trzeba, to gierki psy­cho­lo­giczne. A ko­biety wła­śnie to ozna­czają. Do­brze so­bie ra­dzę z wie­loma rze­czami, lecz bab­skie dra­maty do nich nie na­leżą.

Ostat­nie dwa mie­siące po ze­rwa­niu po­świę­ci­łem sty­lowi ży­cia, który można na­zwać „ru­chaj, aż za­po­mnisz”, pra­gnąc, by ja­łowa zie­mia, która po­zo­stała po moim po­przed­nim związku, stała się tylko od­le­głym, za­ma­za­nym wi­do­kiem. To lato jak nic in­nego po­zwo­liło mi zro­zu­mieć, że moja była i ja tak na­prawdę roz­sta­li­śmy się wiele mie­sięcy temu, być może już w ze­szłe święta.

Jax, mój naj­lep­szy przy­ja­ciel i brat bliź­niak Cle­men­tine, po­wta­rza mi, że to był naj­wyż­szy czas na roz­sta­nie. Są­dzę, że ma ra­cję.

Te­raz pora się ustat­ko­wać. Sku­pić na fut­bolu. Grać tak, jakby za­le­żało od tego moje ży­cie.

Wo­bec tego ostat­nią rze­czą, o ja­kiej po­wi­nie­nem my­śleć, jest to, że chciał­bym wi­dzieć Mad­die McDer­mott w po­zy­cji ho­ry­zon­tal­nej w mo­jej po­ścieli, może w wan­nie i na pewno na pod­ło­dze w sa­lo­nie, naj­le­piej obok ko­minka.

Mój ku­tas już za­czyna się eks­cy­to­wać, ale ja wiem le­piej.

Kiedy dzwoni agent nie­ru­cho­mo­ści, prze­pro­wadzka na­gle nie wy­daje mi się aż tak na­gląca, jak była rano.

Może ży­cie w mie­ście nie bę­dzie aż tak uciąż­liwe. Miesz­ka­nie w Back Bay ma co naj­mniej jedną za­letę.

ROZ­DZIAŁ 4

DA­REN

Pot spływa mi po twa­rzy, gdy omia­tam wzro­kiem li­nię obrony. Może i wy­mia­ta­łem w li­dze uni­wer­sy­tec­kiej, ale NFL to zu­peł­nie nowa stra­tos­fera. Za­ło­że­nia obozu szko­le­nio­wego są na­stę­pu­jące: wy­ro­bie­nie szczy­to­wej formy, wpro­wa­dze­nie no­wych za­wod­ni­ków do dru­żyny i po­zby­cie się z niej tych, któ­rzy nie dają rady. Ja już je­stem w for­mie. Przez całą wio­snę i lato ura­bia­łem so­bie ty­łek, ale mimo to ju­tro będę cho­ler­nie obo­lały. Ale to nie jest moje naj­więk­sze zmar­twie­nie.

Pięć razy po­wta­rza­li­śmy to ćwi­cze­nie, ale coś nam nie wy­cho­dzi z La­Duke’em, moim skrzy­dło­wym. Tak wiele w me­czu za­leży od che­mii, a mię­dzy nami nie może za­try­bić. Za­uwa­żam Bren­two­oda, we­te­rana roz­gry­wa­ją­cych, który śmieje się przy stole z wodą, ale gdy znowu usta­wiamy się na po­zy­cjach, przy­staje, żeby się nam przy­glą­dać.

Piłka nad­la­tuje, gdy tylko moje palce chwy­tają jej skórę, wy­co­fuję się po­mię­dzy in­nych za­wod­ni­ków i roz­glą­dam po bo­isku. Ciała się prze­su­wają, a ja spraw­dzam, ja­kie mam moż­li­wo­ści. W końcu La­Duke uwal­nia się od swo­jego obrońcy, więc po­daję do przodu.

Piłka leci per­fek­cyj­nym łu­kiem. Ale w ostat­niej chwili ten du­pek zwal­nia, a moje po­da­nie nie tra­fia celu.

La Duke wraca truch­tem i wzru­sza ra­mio­nami.

– Prze­rzu­ci­łeś? – pyta, do­sko­nale wie­dząc, że nie na tym po­lega pro­blem.

Zgrzy­tam zę­bami, cze­kam na opier­dziel tre­nera. Spo­ty­kam się wzro­kiem z in­nym żół­to­dzio­bem na po­zy­cji skrzy­dło­wego, który biega w tę i z po­wro­tem po li­nii bocz­nej. Qu­en­tin Alva­rez jest głodny. Chce do­stać piłkę.

Pod­bie­gam do tre­nera Rey­noldsa, żeby nie mu­siał pod­no­sić głosu, gdy mnie bę­dzie opier­da­lał. Wzdy­cha i marsz­czy brwi. Ale nie krzy­czy, kła­dzie dłoń na moim ra­mie­niu i od­wraca mnie twa­rzą w stronę pu­stego bo­iska za nami.

– Da­ren, po­doba mi się, że za­cho­wu­jesz spo­kój. Po­trzeba czasu, żeby za­wod­nicy za­ak­cep­to­wali no­wych. Nie bierz tego do sie­bie.

Biorę głę­boki od­dech i po­ta­kuję. Ma ra­cję.

– Nie ma pro­blemu, tre­ne­rze. – Tak zwy­kle od­po­wia­dam na bo­isku. Po­wi­nie­nem trzy­mać gębę na kłódkę, ale po­sta­na­wiam spró­bo­wać. – Nie są­dzisz, że po­win­ni­śmy spró­bo­wać z Qu­en­ti­nem?

Rey­nolds po­ru­sza szczęką w przód i w tył.

– Przyj­dzie jego ko­lej. Poza tym bar­dziej praw­do­po­dobne jest to, że za­grasz ze sta­rym skła­dem i to z nimi mu­sisz się ograć.

– Ro­zu­miem. Ale wy­daje mi się, że Qu­en­tin na­prawdę tego chce.

Tre­ner kiwa głową i marsz­czy opa­lone czoło.

– Zo­ba­czymy. Weź so­bie wodę.

Dzie­sięć mi­nut póź­niej po­now­nie sto­imy na swo­ich miej­scach, a tre­ner dmie w gwiz­dek.

– Wiesz co? Sprawdźmy Qu­en­tina – krzy­czy do La­Duke’a i brodą wska­zuje li­nię boczną.

Ciężko mi ukryć uśmiech, więc za­ci­skam szczękę do mo­mentu, aż znowu czuję pełne sku­pie­nie. Qu­en­tin wbiega na bo­isko i po­ta­kuje, gdy na­sze spoj­rze­nia się spo­ty­kają.

Tym ra­zem, gdy mój skrzy­dłowy urywa się obro­nie, wszy­scy na li­nii bocz­nej przy­stają, żeby przyj­rzeć się mo­jemu po­da­niu, które do­sięga rąk Qu­en­tina na dwa kroki przed li­nią koń­cową.

Tak to się robi, skur­wy­syny. Wciąż się uśmie­cham, gdy pół go­dziny póź­niej uda­jemy się do szatni, do­póki nie pod­cho­dzi do mnie Bren­twood, jak­by­śmy byli sta­rymi przy­ja­ciółmi. Po­chyla się nade mną z uśmie­chem na twa­rzy.

– Co to, kurwa, było? – szep­cze, mimo że z gło­śni­ków dudni Emi­nem.

To już się robi nudne. Pół­tora ty­go­dnia na obo­zie, a ja stra­ci­łem już ra­chubę, ile razy do­sta­łem zjebkę od Bren­two­oda.

– Słu­cham? O co, kurwa, cho­dzi?

– Dla­czego za­pro­po­no­wa­łeś Qu­en­tina?

– Chyba nie wiem, o czym mó­wisz. – Nie mam w zwy­czaju od­rzu­cać po­dzię­ko­wań, kiedy mi się na­leżą, ale rów­nież nie mam za­miaru wku­rzać Bren­two­oda jesz­cze bar­dziej, bo wi­dać, że jest dziś na­bz­dy­czony.

– Da­ren!

Do szatni wpada Je­anine Car­tw­ri­ght, za­stępca dy­rek­tora do spraw mar­ke­tingu i PR, wcale nie przej­mu­jąc się tym, że po­łowa fa­ce­tów ma na so­bie tylko ochra­nia­cze kro­cza lub jest zu­peł­nie nago. Ma­cha do mnie, nie prze­ry­wa­jąc roz­mowy przez te­le­fon. Bren­twood pusz­cza do niej oko i od­dala się w kie­runku swo­jej szafki po dru­giej stro­nie po­miesz­cze­nia.

Kiwa głową i na­dal roz­ma­wia.

– Świetny po­mysł. Tak, mam go tu­taj. – Spo­gląda na mnie i uśmie­cha się przez pół se­kundy, po czym pod­nosi rękę, po­ka­zu­jąc, że mam po­cze­kać. Je­anine jest pierw­szą ko­bietą na tak wy­so­kim sta­no­wi­sku i naj­młod­szą w za­rzą­dzie. Jest atrak­cyjna, ale jej lo­do­wate spoj­rze­nie przy­po­mina wzrok dra­pież­nika. Za­wod­nicy NFL nie na­leżą do naj­bar­dziej kul­tu­ral­nych, ale ża­den jej nie za­cze­pia. Za­pewne dla­tego, że nie chcą, żeby wy­rwała im jaja. Przy­gła­dza swoje ciemne włosy ob­cięte na krót­kiego boba. – Je­stem pewna, że się zgo­dzi. Żół­to­dzioby ni­gdy nie ro­bią pro­ble­mów z udzie­la­niem wy­wia­dów.

Już ro­zu­miem, Je­anine. Nie ma po­trzeby mnie prze­czoł­gi­wać, tylko dla­tego że je­stem na naj­niż­szym szcze­blu dra­biny.

Roz­łą­cza się, po czym po­woli omiata wzro­kiem moją nagą klatkę pier­siową, za­trzy­muje się dłu­żej na mo­jej ta­lii i w jej oczach po­ja­wia się błysk roz­cza­ro­wa­nia, że na­dal mam na so­bie szorty. W końcu pod­nosi wzrok i sku­pia się na mo­jej twa­rzy.

– Po­trze­buję cię ju­tro rano po tre­ningu z cię­ża­rami. W za­sa­dzie bę­dziesz mu­siał go skró­cić. Po­wiem wszyst­kim, że mo­żesz się spóź­nić na drugą se­sję. Aha, i weź prysz­nic, za­nim przyj­dziesz do mnie na bo­isko tre­nin­gowe. Przyda ci się.

Cóż, do cho­lery, nic dziw­nego, że mu­szę się umyć. Przez dwie go­dziny by­łem w peł­nym słońcu w ty­po­wej dla Mas­sa­chu­setts w lipcu tem­pe­ra­tu­rze trzy­dzie­stu pię­ciu stopni.

Je­anine stuka pal­cem po ekra­nie te­le­fonu i wpro­wa­dza spo­tka­nie do ka­len­da­rza.

– Ty i Qu­en­tin ma­cie wy­wiad w lo­kal­nej sta­cji, która robi cykl pro­gra­mów o spo­rcie dla ko­biet. Na­zwiemy go Fut­bol 101 i za każ­dym ra­zem bę­dziemy po­ka­zy­wać in­nych za­wod­ni­ków. Ale chcia­łam wy­ko­rzy­stać to, że twoje przy­ję­cie do dru­żyny jest te­raz go­rą­cym new­sem.

– Będę – zmu­szam się do uśmie­chu i wiem, że we­dług niej jest szczery, po­nie­waż ona też się do mnie uśmie­cha, nie spie­szy się, jakby chciała się na mnie jesz­cze na­pa­trzeć, za­nim pój­dzie do Qu­en­tina.

Je­den z chło­pa­ków czeka, aż Je­anine wyj­dzie, po czym wyj­muje te­le­fon.

– Chodź­cie zo­ba­czyć cipkę, którą wczo­raj prze­le­cia­łem. Mój ku­tas wszedł w nią jak w rę­ka­wiczkę. – Kilku za­wod­ni­ków ota­cza go, żeby obej­rzeć na­gra­nie.

Gdyby był moim kum­plem z dru­żyny w Bo­ston Col­lege, po­wie­dział­bym mu, że jest dur­nym fiu­tem. Wy­star­czy, że film wpad­nie w nie­po­wo­łane ręce i może zmie­nić twoje ży­cie w pie­kło, zwłasz­cza gdy to­wa­rzy­szy mu plotka, którą ktoś roz­pu­ścił, by zdo­być pięt­na­ście mi­nut sławy.

Ale to nie jest uczel­nia. A ja nie stoję na czele tego ze­społu. Spo­glą­dam na Bren­two­oda, który nie ogląda na­gra­nia. Cały czas mi się przy­gląda. Boże, co za dziwny czu­bek.

Ro­bię minę po­ke­rzy­sty, biorę ręcz­nik i idę pod prysz­nic. Mam jesz­cze je­den tre­ning po po­łu­dniu i mu­szę przed nim oczy­ścić głowę. Je­stem przy­zwy­cza­jony do dra­ma­tów, ale na tym sta­dio­nie jest ich wy­star­cza­jąco dużo, by czło­wieka przy­tło­czyć.

Gdy go­rąca woda spływa po mo­jej skó­rze, za­my­kam oczy i pró­buję od­gro­dzić się od ha­łasu. W końcu chwila spo­koju.

I wtedy wła­śnie my­ślę o jej twa­rzy. Tych peł­nych, ró­żo­wych ustach w od­cie­niu słod­kich ja­gód. Tej bla­dej skó­rze, która wy­daje się je­dwa­bi­ście gładka. Te pod­kre­ślone czarną kredką oczy przy­po­mi­nają mi o wo­dach u wy­brzeży grec­kiej wy­spy San­to­rini. Błę­kit­nych ni­czym lód wy­to­piony z nieba.

Mi­nęły dwa ty­go­dnie od dnia, gdy zde­rzyła się ze mną i upa­dła na dupę, ale od tej pory nie wi­dzia­łem jej ani razu. A roz­glą­da­łem się za nią.

Wbrew zdro­wemu roz­sąd­kowi chcę po­roz­glą­dać się uważ­niej.

ROZ­DZIAŁ 5

MAD­DIE

Za­pi­suję ostat­nie słowa wy­po­wie­dzi do­wódcy straży po­żar­nej z wy­wiadu, który prze­pro­wa­dzi­łam przez te­le­fon, gdy do mo­jego boksu za­gląda Ro­ger.

– Ma­de­line. Ni­cole. Do mo­jego biura. Za­raz.

Moja ko­le­żanka z tego sa­mego boksu głę­boko wzdy­cha. Za­my­kam no­tes i pa­trzę na nią.

– Chodźmy spraw­dzić, czego chce ten mały czło­wie­czek – mam­ro­cze pod no­sem, za­bie­ra­jąc swój no­tes. – Przy­naj­mniej dzięki niemu prze­sta­łaś ob­gry­zać dłu­go­pis. – Mam wra­że­nie, że za chwilę wy­pu­ści na świa­tło dzienne swoją nie­zbyt głę­boko ukrytą na­turę suki. – Czy po­win­nam przy­po­mnieć ci o tym, że by­łoby bo­sko, gdyby ktoś na­oli­wił ci krze­sło? Bo kiedy ma­chasz nogą, jak­byś miała ja­kiś atak, to skrzy­pie­nie do­pro­wa­dza mnie do szału.

Z ja­kie­goś po­wodu Ni­cole nie jest moją naj­więk­szą fanką. Cho­ciaż obie do­sta­ły­śmy tu pracę w tym sa­mym cza­sie i po­win­ny­śmy so­bie po­ma­gać w tej wy­ma­ga­ją­cej branży, pa­trzy na mnie, jak­bym miała ją za­ra­zić cho­robą we­ne­ryczną. Zwy­kle je­stem pewna sie­bie – nie da się za­ist­nieć w branży dzien­ni­kar­skiej, gdy jest się słabą nimfą – ale przy tej dziew­czy­nie czuję się wy­trą­cona z rów­no­wagi.

Zwy­kle igno­ruję jej do­cinki, ale ostat­nio, czyli od­kąd do­sta­łam tę pracę, sy­piam po pięć go­dzin na dobę i mam nerwy na­pięte jak po­stronki.

– Ni­cole, a może za­czę­ły­by­śmy uda­wać, że gramy w tej sa­mej dru­ży­nie? Skończmy z tym cho­ler­nym ska­ka­niem so­bie do oczu, do­brze?

Unosi wy­soko brwi.

– Ni­gdy nie sły­sza­łam, że­byś prze­kli­nała. Zro­bisz to po­now­nie, je­śli wku­rzę cię jesz­cze bar­dziej?

I to ma być od­po­wiedź? Nie, nie prze­kli­nam. Se­rio. Wy­star­czy, że tylko raz coś wy­msknie mi się na wi­zji i tra­fię na drogi Mon­tany, gdzie będę przy­go­to­wy­wała pro­gramy o ry­tu­ałach go­do­wych bi­zo­nów.

Nie wiem na­wet, dla­czego Ni­cole i ja sie­dzimy w tym sa­mym bok­sie. Może tylko dla­tego, że obie je­ste­śmy nowe. Ona po­winna trzy­mać się z dzia­łem spor­to­wym po dru­giej stro­nie hali, ale u nich nie ma już miej­sca. Są­dzę, że jest wku­rzona, że utknęła z re­por­terką wia­do­mo­ści i nie może przez cały dzień słu­chać ESPN2.

Jak zwy­kle mnie igno­ruje i owija ko­smyk blond wło­sów wo­kół palca z nie­na­gan­nym fran­cu­skim ma­ni­kiu­rem. Ni­cole wy­gląda tak, jakby zo­stała wy­cho­wana przez dru­żynę che­er­le­ade­rek gdzieś w Po­łu­dnio­wej Ka­li­for­nii. Na­wet lekko sprę­ży­nuje, gdy się po­ru­sza.

Wy­gła­dzam swoją szarą ołów­kową spód­nicę i przy­glą­dam się jej nie­skrom­nie krót­kiej su­kience, która unosi się, gdy dziew­czyna nie­mal w pod­sko­kach kie­ruje się do biura Ro­gera.

Kiedy do niego wcho­dzimy, Ni­cole staje się zu­peł­nie inną osobą.

– Cześć, sze­fie, wi­dział pan to nie­sa­mo­wite na­gra­nie z obozu szko­le­nio­wego? Rany, Da­ren Sloan ma cho­ler­nie celne po­da­nia.

W chwili gdy sły­szę jego na­zwi­sko, moje serce znacz­nie przy­spie­sza. Jezu, Ma­de­line. Wy­lu­zuj.

Nie wiem, na czym po­lega mój pro­blem, ale od czasu, gdy w niego za­ry­łam, ile­kroć sły­szę jego imię, moje ciało prze­ni­kają małe wy­ła­do­wa­nia elek­tryczne. Wi­nię za to te jego brą­zowe oczy… to, jak na mnie pa­trzył… to, jak ob­jął moją szyję. I tak, także to, że pa­mię­tał, jak mam na imię. A niech go.

Ni­cole za­rzuca włosy na jedno ra­mię, a ja w my­ślach wy­wra­cam oczami. Olśnie­wa­jący uśmiech na jej twa­rzy wi­dzę tylko wtedy, gdy po­ja­wiają się inni lu­dzie, głów­nie męż­czyźni. Ni­gdy by nie zmar­no­wała tyle ener­gii na mnie.

Ro­ger nie wy­gląda na rów­nie ocza­ro­wa­nego jak inni fa­ceci, któ­rych mo­men­tal­nie wsysa urok Ni­cole. Może dla­tego że jest star­szy, chyba po sześć­dzie­siątce. Ma zmę­czoną twarz i po­ciera brodę z szorst­kim za­ro­stem.

– We­zwa­łem was, dziew­czyny, żeby wam coś po­wie­dzieć. – Siada na swoim trzesz­czą­cym fo­telu i marsz­czy czoło. – Będę was po­trze­bo­wał ju­tro rano na sta­dio­nie Re­bel­sów, gdzie na­krę­ci­cie nowy pro­gram o fut­bolu skie­ro­wany do ko­biet. Je­śli od­nie­sie suk­ces, bę­dziemy na­gry­wać co ty­dzień. Ni­cole, nie mu­szę ci chyba mó­wić, że to może być ważny krok w two­jej ka­rie­rze.

Je­stem zdez­o­rien­to­wana.

– A do czego ja je­stem tam po­trzebna, pro­szę pana? – To ona jest re­por­terką z działu spor­to­wego.

Uśmie­cha się. Jest zmę­czony, ale uśmiech ocie­pla jego twarz.

– Bar­dzo spodo­bała mi się twoja pro­po­zy­cja, żeby przyj­rzeć się temu, jak po­sze­rze­nie par­kingu dla dru­żyny wpły­nie na przy­rodę w po­ło­żo­nym nie­da­leko re­zer­wa­cie przy­rody. To twoja szansa na roz­mowę z czło­wie­kiem od spraw wi­ze­run­ko­wych Re­bel­sów i na­gra­nie kilku od­po­wie­dzi. W pią­tek od­bę­dzie się gło­so­wa­nie w tej spra­wie, więc bę­dziesz miała wszystko, co trzeba, by przy­go­to­wać pe­łen re­por­taż.

Z tru­dem po­wstrzy­muję się od uśmie­chu. Do­tych­czas pi­sa­łam głów­nie dla spi­ke­rów lub ro­bi­łam nie­duże wej­ścia na żywo o spra­wach waż­nych dla miesz­kań­ców. Ale to może być coś waż­nego. Dzien­ni­kar­stwo po­cią­gało mnie głów­nie przez to, że mo­głam mieć wpływ na roz­wią­zy­wa­nie praw­dzi­wych pro­ble­mów. Nie je­stem za­in­te­re­so­wana wy­stę­po­wa­niem w te­le­wi­zji czy by­ciem roz­po­zna­walną. Uwiel­biam wal­czyć o zwy­kłego czło­wieka i po­ma­gać spo­łecz­no­ści.

Szef ma­cha ręką.

– Po­win­ny­ście za­cząć przy­go­to­wa­nia. Ju­tro Spen­cer po­in­for­muje was o kwe­stiach lo­gi­stycz­nych.

W tym mo­men­cie rzed­nie mi mina. Spen­cer jest no­wym pro­du­cen­tem, za­trud­nio­nym po to, by pod­nieść wskaź­niki. I jest to­tal­nym dup­kiem.

Ro­ger po­ta­kuje, jakby wy­czuł moje obawy.

– Pój­dzie wam świet­nie, dziew­czyny. Wie­rzę w was.

Boże, je­stem w sta­nie ko­muś do­ko­pać dla niego. Ostat­nio jest pod wielką pre­sją zwią­zaną z na­szymi wskaź­ni­kami. Pre­zes chce, by wy­pusz­czał wię­cej wi­ra­lo­wych fil­mi­ków oraz bzdur o ce­le­bry­tach. Jesz­cze się broni, ale wiem, że je­śli nic się nie zmieni, praw­do­po­dob­nie straci pracę.

A naj­dziw­niej­sze jest co in­nego. Sły­sza­łam plotki, że Ro­ger nie był za­chwy­cony tym, że Ni­cole i ja zo­sta­ły­śmy tu za­trud­nione. Chciał bar­dziej za­pra­wio­nych w boju we­te­ra­nów, ale nie na­le­gał, bo nie dano mu wy­boru. We­dług krą­żą­cych po­gło­sek sze­fo­wie ka­zali mu za­trud­nić młode, atrak­cyjne dziew­czyny. Nie wiem, dla­czego to spra­wia, że lu­bię go jesz­cze bar­dziej. Może dla­tego że na­prawdę za­leży mu na wia­do­mo­ściach i stara się ro­bić je jak naj­le­piej.

Mam za­miar przy­spo­rzyć mu po­wodu do dumy.

* * *

Oczy Spen­cera aż błysz­czą z en­tu­zja­zmu, gdy prze­gląda swoje no­tatki z Ni­cole. Ja mo­gła­bym rów­nie do­brze nie ist­nieć.

– Re­belsi mają na­dzieję zwięk­szyć oglą­dal­ność wśród ko­biet, chcą w tym celu wy­ko­rzy­stać ten co­ty­go­dniowy pro­gram. Są­dzę, że je­steś wła­ściwą dziew­czyną do tej ro­boty – mówi do Ni­cole, nie ukry­wa­jąc swo­jego za­in­te­re­so­wa­nia jej sztucz­nie pod­nie­sio­nymi pier­siami.

Spen­cer nie wy­gląda źle. Nie­dawno skoń­czył trzy­dzie­ści lat, jego CV robi wra­że­nie, zwłasz­cza to, że był kon­sul­tan­tem w naj­więk­szych sta­cjach in­for­ma­cyj­nych w ca­łym kraju. A przy­naj­mniej by­ła­bym pod wra­że­niem, gdyby mnie tak nie brzy­dził.

Ni­cole chyba nie prze­szka­dza, że nasz prze­ło­żony ślini się do jej cyc­ków. Pra­co­wi­cie za­pi­suje po­my­sły w no­te­sie.

– Nie wie­rzę, że będę prze­pro­wa­dzać wy­wiad z Da­re­nem Slo­anem. O, kurwa!

Wzdry­gam się na to prze­kleń­stwo, przy­po­mi­na­jąc so­bie swo­jego wy­kła­dowcę, który nas opier­ni­czał, gdy prze­kli­na­ły­śmy w jego obec­no­ści ze stra­chu, że zrzu­cimy bombę na li­terę „k” w wej­ściu na żywo, ale ten du­pek Spen­cer na­wet nie mru­gnął okiem.

Ni­cole marsz­czy czoło, pa­trząc na ju­trzej­szy roz­kład dnia.

– Nie mamy zbyt wiele czasu na wy­wiad.

W tej chwili mo­gła­bym po­wie­dzieć, że Da­ren jest moim są­sia­dem i że mamy wspól­nych przy­ja­ciół i za­pewne mo­gła­bym za­ła­twić jej wię­cej niż dzie­sięć mi­nut obie­ca­nych nam przez dru­żynę. Ale po­tem przy­po­mi­nam so­bie, ile razy w ciągu ostat­nich mie­sięcy Ni­cole zga­siła mnie zło­śliwą, kry­tyczną uwagą, więc moja ży­ciowa fi­lo­zo­fia po­le­ga­jąca na czy­nie­niu do­brych uczyn­ków znika szyb­ciej niż fał­szywe po­czu­cie po­ni­że­nia u Ka­nye pod­czas uro­czy­sto­ści wrę­cze­nia na­gród.

Ni­cole po­stu­kuje dłu­go­pi­sem o kra­wędź no­tesu.

– Spence, jak po­win­nam do tego po­dejść? Czy wo­lisz, że­bym za­da­wała cał­ko­wi­cie na­iwne py­ta­nia, jak idiotka, która nie ma po­ję­cia o fut­bolu?

Spence? Chyba się za­raz po­rzy­gam.

– Nie, zrób to po swo­jemu. Niech Da­ren mówi o grze. Użyj swo­jego czaru, dziew­czyno – klika ję­zy­kiem. – Niech pa­nie oglą­da­jące pro­gram mają wi­do­wi­sko.

Sta­ram się nie po­ka­zy­wać po so­bie, że do­pro­wa­dzają mnie do mdło­ści. Ale sta­ram się tylko tro­chę.

Spen­cer od­wraca się i od­cho­dzi.

– A dla mnie masz ja­kieś wska­zówki? – wo­łam za nim.

Nie od­wraca się od zdję­cio­wego planu pracy.

– Do­wiedz się w dziale in­for­ma­cyj­nym. Zo­bacz, czego po­trze­bują. – A po­tem wcho­dzi do swo­jego biura.

Jego za­an­ga­żo­wa­nie w dzien­ni­kar­stwo jest na­prawdę onie­śmie­la­jące. Ni­cole wy­pró­bo­wuje na głos swoje py­ta­nia, jakby mnie tu nie było.

Jak się czu­łeś, gdy zdo­by­łeś na­grodę He­ismana? Czego mo­żemy się po to­bie spo­dzie­wać w tym se­zo­nie? Jak są­dzisz, ile czasu bę­dziesz grał? Czy masz dziew­czynę?

Mam wra­że­nie, że nie są to py­ta­nia, na które li­czy dru­żyna. W końcu nie mogę jej już znieść.

– Ni­cole, a nie przy­szło ci do głowy, żeby za­dać py­ta­nia o pod­stawy fut­bolu dla dziew­czyn, które chcia­łyby się do­wie­dzieć, o co cho­dzi, ale nie wie­dzą od czego za­cząć?

Robi tylko „pfff” i kręci głową, jak­bym była idiotką.

Wpo­rzo. Nic tu po mnie. Ni­cole wy­cho­dzi, żeby po­ga­dać z dzia­łem spor­to­wym, a ja wra­cam do swo­ich no­ta­tek.

Przy­naj­mniej mogę w końcu za­jąć się ochroną śro­do­wi­ska. Re­belsi ra­czej nie przej­mują się tym, że po­więk­sze­nie par­kingu bę­dzie miało wpływ na po­pu­la­cję la­sówki zło­to­skrzy­dłej, która jest za­gro­żona wy­gi­nię­ciem.

Pró­buję nad­go­nić nieco ro­botę, kiedy mój lap­top się za­wie­sza, a na ekra­nie po­ja­wia się sym­bol krę­cą­cego się wia­traczka.

– Ja pierrrr… Kurrrrr… mać. Cho­le­ra­aaaa… Do dupy. – Walę pię­ścią w biurko.

– Co się dzieje, Ma­de­line?

Głos zza ple­ców spra­wia, że aż pod­ska­kuję.

W wej­ściu do mo­jego boksu stoi Brad, fa­cet ze wspar­cia tech­nicz­nego, jakby usły­szał moje krzyki z da­leka. Po­pra­wia oku­lary w czar­nej oprawce i uśmie­cha się do mnie swo­imi zie­lo­nymi oczami, aż w ką­ci­kach ro­bią mu się zmarszczki. Brad jest miły. Dla­czego nie mogą mi się po­do­bać mili fa­ceci? W ze­szłym ty­go­dniu przy­niósł mi lo­dową mokkę, kiedy szedł po kawę. Znam kilka se­kre­ta­rek, które się w nim pod­ko­chują. Po­ciąga je w nim wy­lu­zo­wane po­dej­ście do wszyst­kiego oraz blond włosy. Cho­ciaż ni­gdy nie uma­wiam się ze współ­pra­cow­ni­kami, ża­łuję, że nie czuję do niego żad­nego po­ciągu. On jest w moim za­sięgu.

Uśmie­cham się z ulgą.

– Dzięki Bogu, tu je­steś. Ten cu­downy wy­na­la­zek, który po­wi­nien uła­twiać mi ży­cie, do­pro­wa­dza mnie do sza­leń­stwa. Cią­gle się za­wie­sza. Wiem, że mó­wi­łeś, że to przez ostat­nią ak­tu­ali­za­cję sys­temu, ale lap­top Ni­cole tak nie robi. Mógł­byś spraw­dzić?

Uśmie­cha się i za­kłada ręce na piersi.

– Po to tu je­stem.

2 ESPN – ame­ry­kań­ska sta­cja spor­towa na­da­jąca przez całą dobę (przyp. tłum.).

ROZ­DZIAŁ 6

DA­REN

Po­ranny do­jazd jest wku­rza­jący przez wielką cię­ża­rówkę, która prze­wró­ciła się na dro­dze, prak­tycz­nie od­ci­na­jąc Mass Pike. Le­d­wie zdą­żam na czas, po­zo­stali zjeż­dżają się z opóź­nie­niem przez cały ra­nek.

Po pół­to­ra­go­dzin­nym tre­ningu pod­no­sze­nia cię­ża­rów idę pod prysz­nic. Tre­ner wy­wraca oczami, kiedy przy­po­mi­nam mu o wy­wia­dzie, ale ma­cha ręką, ka­żąc mi odejść na spo­tka­nie z ekipą te­le­wi­zyjną.

Je­anine kie­ruje mnie na bo­isko tre­nin­gowe, ale za­trzy­muję się wpół kroku na wi­dok Mad­die McDer­mott, która stoi przy wej­ściu na sta­dion i pro­wa­dzi oży­wioną dys­ku­sję z ja­kimś fa­ce­tem. Ich głosy, cho­ciaż nie­zbyt gło­śne, od­bi­jają się echem po oszklo­nym ko­ry­ta­rzu.

– Spen­cer, nie przy­go­to­wa­łam się do tego. Je­stem tu­taj, żeby na­grać ma­te­riał o ochro­nie śro­do­wi­ska. Po­cze­kajmy na przy­jazd Ni­cole.

Pa­trzy na nią z góry.

– Przez ten wy­pa­dek jest co naj­mniej go­dzinę drogi stąd. Ekipa do­staje dzie­siątki próśb, by krę­cić ta­kie gów­niane ka­wałki, a ja nie we­zmę od­po­wie­dzial­no­ści za roz­wa­le­nie im planu dnia. Więc weź dupę w troki i idź się prze­brać. – Wska­zuje na ła­zienkę w dru­giej czę­ści ko­ry­ta­rza i wkłada jej do ręki spor­tową torbę.

Nie je­stem w sta­nie znieść tonu jego głosu, bez za­sta­no­wie­nia pod­cho­dzę do niej.

– O co cho­dzi, Mad­die? Masz ja­kiś pro­blem?

Przy­ci­ska dłoń do piersi.

– Boże, Da­ren. Prze­stań mnie stra­szyć.

Spen­cer pa­trzy na nią, po­tem na mnie i uśmie­cha się sze­roko.

– Zna­cie się?

Mam już po­wie­dzieć, że je­ste­śmy są­sia­dami, gdy od­zywa się Mad­die.

– Spo­tka­li­śmy się tylko dwa razy.

Nie umyka mi ostrze­że­nie, które po­syła mi wzro­kiem, że mam trzy­mać gębę na kłódkę.

Fa­cet prze­chyla głowę na bok, jakby pró­bo­wał wy­my­ślić, dla­czego się na niego ze­zło­ści­łem, skoro nie znam Mad­die zbyt do­brze, ale po chwili wzru­sza ra­mio­nami.

– Świet­nie. Niech bę­dzie. Słu­chaj, Ma­de­line, zo­stawmy so­bie rzewną hi­sto­ryjkę o ra­to­wa­niu pla­nety na inną oka­zję, a dzi­siaj na­grasz ma­te­riał dla działu spor­to­wego.

Za­myka oczy i uci­ska grzbiet nosa.

– Nie je­stem re­por­terką spor­tową, Spen­cer. Zaj­muję się pro­gra­mami in­for­ma­cyj­nymi. Wia­do­mo­ściami. Więc dla­tego mam na so­bie gar­sonkę.

Jest ubrana w do­pa­so­wany ze­staw w ko­lo­rze bur­gun­do­wym i od razu przy­po­mi­nam so­bie, dla­czego mam ochotę za­cią­gnąć ją do łóżka. Zmu­szam się do pod­nie­sie­nia wzroku i nie­my­śle­nia o swoim ku­ta­sie.

Mad­die wzdy­cha i od­daje torbę fa­ce­towi, który musi być jej sze­fem.

– Nie będę bie­gała po bo­isku fut­bo­lo­wym w spodniach do jogi i to­pie na ra­miącz­kach pod­czas wy­wiadu. – Głę­boko wzdy­cha. – Na­wet nie lu­bię tego sportu.

Śmieję się, a oni prze­no­szą na mnie swoje spoj­rze­nia.

Więk­szość lu­dzi ni­gdy by się do tego nie przy­znała w mo­jej obec­no­ści. Ta la­ska ma jaja. Nie wiem dla­czego, ale jej uwaga spra­wia, że chcę się z nią po­prze­ko­ma­rzać.

– Ojoj, no co ty, Mad­die. Na­graj ze mną ten wy­wiad. Obie­cuję, że będę ła­godny. – A po­tem pusz­czam do niej oko.

Otwiera usta ze zdzi­wie­nia, a ob­le­śny uśmiech jej szefa jesz­cze się po­sze­rza.

– Do­sko­nale – mówi. – Prze­ko­nasz się, że wyj­dzie świet­nie.

* * *

Spen­cer za­czyna się nie­cier­pli­wić. Zer­kam na ze­ga­rek. Je­śli Mad­die się nie po­spie­szy, być może i tak bę­dziemy zmu­szeni do zmiany ter­minu na­gra­nia. Już mam za­pu­kać do drzwi ła­zienki, kiedy wresz­cie się otwie­rają.

Kiedy wy­cho­dzi, ma za­ci­śnięte zęby i przy­ci­ska do piersi pod­kładkę na do­ku­menty, jakby była jej ka­mi­zelką ra­tun­kową. Po chwili opusz­cza ją ze zre­zy­gno­waną miną.

Swoje dłu­gie czarne włosy zwią­zała w ku­cyk na czubku głowy, wło­żyła ob­ci­sły, szary tank top z logo Re­bel­sów oraz spodnie do bie­ga­nia. Ja pier­dolę, można ją schru­pać.

Ten fa­cet, Spen­cer, roz­ma­wia przez te­le­fon i gdy ją za­uważa, po­woli, wręcz nie­przy­zwo­icie tak­suje ją wzro­kiem, po czym pod­nosi kciuk w górę.

Mad­die wzdy­cha i kręci głową, wy­gląda na po­ko­naną.

– Świet­nie wy­glą­dasz – mó­wię, chcąc ją po­cie­szyć.

– Nie­na­wi­dzę cię – war­czy pod no­sem.

– To mi­nie. A po­tem mnie po­ko­chasz. Przy­rze­kam.

Od­wraca się i po­syła mi wście­kłe spoj­rze­nie.

– Nie po­wi­nie­neś obie­cy­wać cze­goś, czego nie je­steś w sta­nie do­trzy­mać.

Uśmie­cham się do niej.

– Uwa­żaj. Za­wsze do­trzy­muję da­nego słowa.

Mad­die mam­ro­cze coś, czego nie je­stem w sta­nie zro­zu­mieć, bo wła­śnie w tej chwili po­ja­wia się Je­anine.

– Spen­cer! Mu­simy się po­spie­szyć. Da­ren po­wi­nien nie­długo wró­cić na tre­ning.

Pięć mi­nut póź­niej je­ste­śmy na bo­isku. Gbu­ro­waty go­ściu o imie­niu Joe po­daje mi­kro­fon Mad­die, po czym kie­ruje na nas obiek­tyw ka­mery i szybko od­li­cza do zera.

Cho­ciaż Mad­die jest wku­rzona na maksa, w chwili gdy ka­mera się włą­cza, pro­stuje się i uśmie­cha.

– Cześć, tu Ma­de­line McDer­mott. Obok mnie stoi naj­now­szy za­wod­nik dru­żyny Re­bel­sów, do­sko­nały roz­gry­wa­jący, zdo­bywca na­grody He­ismana, Da­ren Sloan.

– Stop! – Spen­cer każe za­trzy­mać na­gra­nie. – Słu­chaj, Da­ren mó­wił na cie­bie Mad­die. Tak mi się bar­dziej po­doba. Przed­staw się w ten spo­sób. „Mad­die” jest bar­dziej przy­stępne niż Ma­de­line. Do­brze, Joe, krę­cimy.

– Prze­pra­szam – mówi, opusz­cza­jąc mi­kro­fon. – Tak, moi zna­jomi mó­wią na mnie Mad­die, ale w pracy je­stem Ma­de­line. To zna­czy, tak wła­śnie brzmi moje imię i by­ła­bym wdzięczna, gdyby…

Spen­cer za­ci­ska zęby.

– To nie pod­lega ne­go­cja­cjom, Mad­die.

Moja są­siadka nie­ru­cho­mieje i zwie­sza głowę.

Cho­lera. To przeze mnie. To ja po­wie­dzia­łem do niej Mad­die. Otwie­ram usta, żeby prze­pro­sić, kiedy sły­szę:

– Do­brze, Spen­cer. Ty tu rzą­dzisz.

Daje znak Jo­emu i po­now­nie wy­gła­sza wstęp.

– Cześć, tu Mad­die McDer­mott…

Wy­łą­czam się i pa­trzę, jak zmie­nia się jej po­stawa przed okiem ka­mery. Jej oczy śmieją się i błysz­czą. Jest opa­no­wana i pewna sie­bie. W to­nie jej głosu sły­chać przy­jemny za­śpiew.

Kurwa, Sloan. Za­śpiew? Se­rio?

– Da­ren, nie­zbyt czę­sto oglą­dam me­cze fut­bolu, więc chyba nie je­stem naj­lep­szą kan­dy­datką na pro­wa­dzącą – zwraca się do mnie. – Ale skoro obie­ca­łeś, że obej­dziesz się ze mną ła­god­nie, za­mie­rzam spra­wić, że­byś do­trzy­mał obiet­nicy. – Śmieje się, a ja ra­zem z nią. Cho­lera, jest cza­ru­jąca. – Jaka jest naj­waż­niej­sza rzecz, którą osoba taka jak ja po­winna wie­dzieć o tym spo­rcie? Za­łóżmy, że ro­zu­miem ogólne za­sady – że piłka musi do­stać się na pole punk­towe. Są­dzę też, że wszy­scy wiemy, że je­steś roz­gry­wa­ją­cym i masz piłkę pod kon­trolą. Co da­lej?

– Cóż, za­czy­namy na li­nii wzno­wie­nia gry, mam cztery próby, żeby zdo­być co naj­mniej cztery jardy w kie­runku pola punk­to­wego, mogę po­da­wać piłkę lub biec, ale kiedy bie­gnę, mogę po­da­wać ją tylko w bok lub za sie­bie.

– Brzmi dość ła­two. Chyba każdy z No­wej An­glii wie, że lu­bisz za­pusz­czać się głę­boko – uno­szę brew, z dziką sa­tys­fak­cją za­żar­to­wał­bym z tego dwu­znacz­nego tek­stu, ale wiem, że nie za­mie­rzała brzmieć dwu­znacz­nie – że lu­bisz dłu­gie po­da­nia i je­steś w nich do­bry. To przy­wo­dzi mi na myśl ko­lejne py­ta­nie. Ja­kie ce­chy, we­dług cie­bie, po­winny cha­rak­te­ry­zo­wać do­brego roz­gry­wa­ją­cego?

– Po­wi­nien umieć prze­wi­dzieć, jak po­to­czy się gra, za­nim otwo­rzy się przed nim wolna droga. Po­wi­nien umieć wy­czuć po­zo­sta­łych za­wod­ni­ków z dru­żyny i wie­dzieć, do­kąd po­bie­gną, jesz­cze za­nim to zro­bią.

Wy­gląda tak, jakby ze mną flir­to­wała. Wiel­kie, błysz­czące oczy zer­kają na mnie spod gę­stych rzęs.

– Brzmi jak wstęp do bra­ter­skiej mi­ło­ści.

Zga­dzam się z nią ze śmie­chem.

– Ale to do mnie na­leżą wszyst­kie ko­lejne ru­chy.

Uśmie­cha się do mnie za­lot­nie.

– Nie mam co do tego żad­nych wąt­pli­wo­ści. – Po jesz­cze kilku py­ta­niach staje przo­dem do ka­mery. – Mamy na­dzieję obej­rzeć ko­lejne ru­chy Da­rena Slo­ana w za­pla­no­wa­nym na za dwa ty­go­dnie pierw­szym przed­se­zo­no­wym me­czu z No­wym Jor­kiem. Mad­die McDer­mott dla WNEN. Od­daję głos do stu­dia.

Nie je­stem cał­ko­wi­cie pe­wien, ja­kiej re­ak­cji z jej strony się spo­dzie­wa­łem po za­koń­cze­niu na­gra­nia, ale ra­czej nie ta­kiej. Jej uśmiech w jed­nej chwili znika, ra­miona ugi­nają się, a po­godny na­strój przy­ćmie­wają jej zmarsz­czone brwi.

– Dzięki, Da­ren. – Wy­ciąga do mnie rękę.

Se­rio? Chce mi uści­snąć rękę? Co stało się z Mad­die, która przed chwilą flir­to­wała ze mną bez że­nady? Po­woli uj­muję jej szczu­płą dłoń.

Jed­nak po­mimo tego, że te­raz za­cho­wuje się nie­zbyt przy­jaź­nie, trudno nie za­uwa­żyć ognia w jej oczach. Znam ta­kie spoj­rze­nie, wi­dzę je co­dzien­nie, gdy wcho­dzę na bo­isko. Kurwa, świet­nie do niej pa­suje.

Bez zwłoki od­wraca się na pię­cie i ru­sza w stronę par­kingu, a ja nie mogę się po­wstrzy­mać i ob­ci­nam jej ty­łek, który jest tak ape­tyczny, jak go so­bie wy­obra­ża­łem. Ależ bym go chciał prze­le­cieć.