Dama Kier - Monika Godlewska - ebook
BESTSELLER

Dama Kier ebook

Monika Godlewska

3,6

34 osoby interesują się tą książką

Opis

 

Londyn, początek XX wieku. Lady Eleanor Hardinge, młoda arystokratka, wdowa i matka dwuletniego Williama, powraca z Indii, żeby zacząć życie od nowa. Tymczasem czeka ją konflikt o spadek z bratem zmarłego męża – w testamencie znajduje się bowiem pewien kłopotliwy dla Nory zapis. Młoda wdowa, chcąc osiągnąć swoje cele, staje się gwiazdą na firmamencie londyńskiej socjety. Zawierając nowe przyjaźnie i oczarowując kolejnych lordów, krok po kroku zmierza do zrealizowania swojego planu. Nie jest to jednak łatwe, gdyż każdego dnia dopadają ją koszmary z przeszłości. Kiedy na jednym z balów poznaje Cilliana Shawa, zamkniętego w sobie Irlandczyka, nawet nie przypuszcza, jaką tajemnicę skrywa mężczyzna i jakie ma wobec niej plany.

 

Intrygi, skandale i zakazana miłość… Czym może grozić łamanie konwenansów na edwardiańskich salonach?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 512

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2021

© Copyright by Monika Godlewska, 2021

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Joanna Grodzka

Korekta: Magdalena Białek

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

Projekt okładki: Magdalena Wójcik

Zdjęcie na okładce: © Serg Zastavkin/AdobeStock

Zdjęcie Moniki Godlewskiej: © archiwum prywatne

Retusz zdjęcia okładkowego: Katarzyna Stachacz

Redakcja techniczna: Kaja Mikoszewska

Producenci wydawniczy:

Anna Laskowska, Magdalena Wójcik, Wojciech Jannasz

Wydawca: Marek Jannasz

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2021

ISBN: 978-83-66730-64-9 (EPUB); 978-83-66730-65-6 (MOBI)

www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

ROZDZIAŁ I

Niewielki statek pasażerski zawinął do londyńskiego portu, jeszcze zanim zaczął zapadać zmierzch. Część pasażerów już tłoczyła się na pokładzie; słychać było podekscytowane głosy i niespokojne przytupywanie nogami. Rejs nie należał do długich, statek płynął bowiem z Calais, a mimo to ludzie kręcili się niecierpliwie, nie mogąc doczekać się zejścia na ląd. Nie odchodzili od bagażu, bojąc się jego utraty, na statku bowiem czasami zdarzały się kradzieże. Wpatrywali się w stopniowo przybliżający się ku nim brzeg i nie zwracali najmniejszej uwagi na mętne wody Tamizy, które jednostajnie obmywały kadłub statku. Wszyscy pragnęli wreszcie opuścić pokład, zejść na ląd i zacząć nowy rozdział życia.

Dla Eleanor Hardinge był to ostatni etap ciągnącej się w nieskończoność podróży. Kilka tygodni wcześniej w Bombaju weszła na pokład ogromnego parowca. Towarzyszyła jej kilkuosobowa służba, a niektórzy pasażerowie zastanawiali się na głos, kim też może być owa dziewczyna. Wśród podróżujących niższymi klasami krążyła wieść, że ta młoda dama, przechadzająca się wolnym krokiem po statku przez większą część rejsu, musi być córką, a może żoną jakiegoś znakomitego lorda, zapewne księcia albo markiza.

Nora Hardinge nie była ani jedną, ani drugą, minął bowiem rok, odkąd odszedł jej ojciec, mąż zaś zmarł przed kilkoma miesiącami. Stała się zatem zarówno sierotą, jak i wdową, pomimo że liczyła sobie dopiero dwadzieścia dwa lata. Jej ojciec, pułkownik Howard Calthorpe, zbił niezły majątek na trzech kopalniach diamentów, lecz nie był utytułowany; jej mąż, Henry Hardinge, posiadał rozległą plantację trzciny cukrowej, jednak był zaledwie dziedzicem tytułu swego dalekiego kuzyna, barona. Podróżni pierwszej klasy, szczególnie ci przebywający w Indiach dłużej, doskonale wiedzieli, kim jest lady Hardinge oraz znali niektóre z jej bolączek. Niechętnie jednak na ten temat plotkowano, większości więc pozostawały domysły. Stateczne matrony, zbite w gromadkę jak stado kur, spoglądały z uwagą na panią Hardinge i cmokały z niezadowoleniem, choć musiały przyznać, że całkiem atrakcyjna z niej kobieta.

Owszem, mówiono jej wielokrotnie, że jest piękna. Nie była to do końca prawda i Nora zdawała sobie z tego sprawę. Wiedziała, że daleko jej do klasycznej angielskiej piękności – jasnowłosej, o okrągłej twarzy z dołkami w policzkach. Miała za szerokie, pełne usta i zbyt mocno zarysowaną szczękę. Równocześnie jednak zachwycała rudymi włosami, jej oczy zaś były duże, zazwyczaj roziskrzone, czasami szare, a czasami niebieskie. Mogła poszczycić się smukłą sylwetką, nader delikatnym kośćcem i elegancko bladą cerą, do której nie potrzebowała bielidła. Była być może nieco zbyt wysoka jak na damę, a na pewno takie sprawiała wrażenie, upinając włosy czy wkładając wymyślne kapelusze. Nosiła się nieco ekstrawagancko, choć wciąż z klasą, umiejętnie podkreślając walory za pomocą stroju. Uwadze starszych dam nie uszedł jednak fakt, że lady Hardinge najczęściej wybiera kolor czerwony, pomimo swego świeżego wdowieństwa, jakby rozmyślnie chciała przykuwać wzrok. Przeklęte stare gęsi miały rację. Na pierwszy rzut oka Eleanor była w każdym calu dystyngowaną damą, lecz w głębi serca myślała oraz zachowywała się jak rozkapryszona dwudziestodwuletnia panna, za bardzo rozmiłowana w luksusie i wszelkich rozrywkach.

Nora wcale nie uważała, że udaje się na wygnanie, wręcz przeciwnie. Choć urodziła się w Indiach i tam też przebywała przez znaczną część swojego życia, jej serce rwało się do wielkiego świata. A szczególnie do jego stolicy – Londynu. Po śmierci męża nic nie trzymało Nory w Kalkucie; miała tam tylko same problemy. Decyzja, którą podjęła pewnego dusznego wieczoru, była więc łatwa. Podzieliła się nią ze swoim sekretarzem, panem Lennoxem, gdyż ufała mu bezgranicznie, a on uznał, że to dobry pomysł. W Londynie, uważał, przed młodą panią Hardinge rozciągną się korzystniejsze możliwości aniżeli w Indiach. Prócz hinduskiej służby Eleanor podróżowała wraz z młodszą siostrą swojego ojca, ciotką Rosemary, nieocenionym Francisem Lennoxem (który dołączył do nich we Francji) i dobrotliwą Valancy Potter. I oczywiście z synem, dwuletnim Williamem, lecz za opiekę nad nim odpowiadały dwie Hinduski. Towarzyszył jej także pupil – spanielek rasy cavalier king charles; Nora bawiła się z nim może przez godzinę każdego dnia. Opieka nad pieskiem należała do obowiązków Ayati, najmłodszej z domowników lady Hardinge. Eleanor nie znosiła morskich podróży i przez pierwsze kilka dni musiała zmagać się z chorobą morską, na szczęście o dość łagodnym przebiegu. Zdołała jednak jakoś przyzwyczaić się do nieustannego kołysania. Inaczej było z Rosemary – przez długi czas nie wychodziła z kajuty, a gdy w końcu do tego doszło, zanudzała każdego przemową o własnym samopoczuciu. Rosemary Calthorpe była starą panną, którą przed laty narzeczony porzucił zaledwie dwa tygodnie przed ślubem. Od tamtego czasu trochę zdziwaczała. Jej brat z litości przyjął ją pod swój dach. Usłyszawszy, że bratanica zamierza wrócić do Londynu, ochoczo zgodziła się jej towarzyszyć.

– Pojadę z tobą, Noro! Tutejszy klimat jest dla mnie bardzo niezdrowy. W duchu marzę o powrocie do Anglii...

Tak więc Eleanor Hardinge skończyła na pełnym morzu, osamotniona, choć towarzyszyli jej domownicy. Czasami, stojąc na pokładzie, łapała się na tym, że czuje lęk przed rozpoczęciem nowego życia, lecz wtedy wmawiała sobie, że takie posunięcie było konieczne. W Kalkucie nie byłaby szczęśliwa.

W trakcie podróży lubiła, opierając się o barierkę, spoglądać w fale rozpierzchające się pod kilem statku i myśleć o tym, jak dziwnie ułożyło się jej życie. Zaraz jednak przywoływała się do porządku, a myśli zbaczały w stronę ważniejszych tematów.

Nora nie chciała przyznać się przed nikim, nawet przed swym sekretarzem, że w rzeczywistości ucieka z Kalkuty. Lennox wiedział o tym, oczywiście, ale milczał. Z każdą kolejną milą rejsu czuła coraz większy spokój na myśl o tym, że oddala się od Indii oraz od tych, którzy tam pozostali.

Lecz oto czekał na nią Londyn.

Były ostatnie dni marca tysiąc dziewięćset drugiego roku, lecz pogoda wciąż była zimowa. Szarawe chmury wisiały nisko nad miastem, jakby stworzyły je kominy licznych londyńskich fabryk. Ciemne budynki portu zbiły się w jeden; szaruga zmierzchu nadawała im posępny charakter. Żaden z pasażerów nie zważał na odpychający wygląd miasta, które nie musiało dbać o dobre pierwsze wrażenie. Im brudniejsze i hałaśliwsze się wydawało, tym więcej przyciągało ludzi, mamiąc przyjezdnych obietnicą dobrze płatnej pracy. A to z kolei sprawiało, że pasażerowie przebierali nogami i w duchu poganiali statek, by szybciej zacumował.

Eleanor także się niecierpliwiła. Chciała wreszcie postawić stopy na angielskiej ziemi, lecz nie miała zamiaru wystawać przy burcie i wzruszać się na widok panoramy miasta.

„Trochę godności” – pomyślała, przypatrując się innym pasażerom. Wszak nie należała do plebsu i musiała zachowywać się zgodnie ze swoją pozycją. Gdy tylko wpłynęli do portu i miasto niemal ich otoczyło, Nora wróciła do kajuty, wydając służbie odpowiednie polecenia. Pozwoliła, by garderobiana ubrała ją w nowy strój, odpowiedni na angielski marcowy chłód i upięła na włosach toczek z futerka. Dopiero gdy ostatni pasażerowie zaczęli już schodzić na ląd, opuściła swoją kajutę. Nie oglądając się za siebie, weszła na trap. Słyszała za plecami szybkie kroki ciotki próbującej ją dogonić i czuła nieznaczną woń stęchlizny, którą ta roztaczała dokoła siebie. Wsparła się na ramieniu pani Potter, lecz Nora nie zwracała na kobiety uwagi. Gdy tylko jej obcasy zastukały na bruku, rozejrzała się w poszukiwaniu przystanku dorożek. Odetchnęła głęboko, zaciągając się okropnym powietrzem doków. Tak pachniała wolność.

– Jestem wykończona – do uszu lady Hardinge dotarło utyskiwanie ciotki. Zatrzymała się tuż obok bratanicy i rozglądała podejrzliwie dokoła. – Doprawdy, Noro, mogliśmy pozostać we Francji. Przynajmniej przez miesiąc!

– Wykluczone, cioteczko – odparła prędko Eleanor.

– Podróżujemy od tak długiego czasu... To nie jest dobre na moje stawy. I jeszcze ta pogoda! Już czuję wilgoć w kościach...

Nora nie słuchała dłużej. Ruszyła pewnie w stronę postoju dorożek. Kilku woźniców zbiło się w stadko, paląc i wydmuchując w górę śmierdzący dym tytoniu. Jeden z nich pośpiesznie odłączył się od grupy, gdy tylko pani Hardinge zbliżyła się do jego powozu, zadeptał tlący się niedopałek i podbiegł do klientki.

– Dokąd sobie łaskawa pani życzy?

– Do godnego hotelu – odparła niedbale.

– Przy stacji Pancras jest Midland Grand Hotel – odpowiedział.

– Czy to daleko? Jesteśmy nieco znużeni. – Nora odwróciła głowę, spoglądając na swych towarzyszy. Dorożkarz wzruszył ramionami.

– Będzie kawałek.

– Zatem coś bliżej.

– To może Olmond, to rzut kamieniem... znaczy się, całkiem blisko, łaskawa pani.

– Niech będzie. – Nora pokiwała głową.

Ciotka Rosemary zaczęła zdejmować rękawiczki i mruczała pod nosem, śląc Bogu podziękowania. Szykowała się do zajęcia miejsca w powozie. Dorożkarz wspiął się na kozła gotowy do jazdy. Eleanor otworzyła drzwi, lecz zasłoniła ręką wejście.

– Nora! – żachnęła się Rosemary. – Co ty wyprawiasz?

– Cioteczka nie jedzie ze mną – oświadczyła Eleanor, uśmiechając się. – Cioteczka wraca do Norfolku.

– Do Norfolku? Ale... Ale jak to?

– Pojedzie cioteczka do Langley Abbey i tam odpocznie. Londyn jest bardzo niezdrowym miejscem, a cioteczka uskarżała się przez całą podróż na osłabienie. W rodzinnej posiadłości będzie cioteczce dużo wygodniej niż w mieście. Lennox wszystko sprawdził i załatwił. Za niecałe dwie godziny ma cioteczka pociąg. Lennox również jedzie, by zadbać o waszą wygodę w dalszej podróży.

– Co też najlepszego opowiadasz?

Nora zatrzasnęła ze złością drzwi dorożki; woźnica obejrzał się, chcąc coś powiedzieć, ale uciszyła go, unosząc skrytą w rękawiczce dłoń. Podeszła do Rosemary i spojrzała na nią z góry.

– Mam zbyt dużo na głowie, by zajmować się tu ciocią i dzieckiem, dlatego jedziecie do Norfolku. Radzę się pospieszyć, bo jeżeli ucieknie wam pociąg, kolejny będziecie mieć rano.

Ciotka chciała zaprotestować, lecz do kobiet zbliżył się sekretarz Calthorpe’ów. Eleanor skinęła głową.

– A, Lennox! – wykrzyknęła z radością, rada, że go widzi. Lennox był prawą ręką jej nieodżałowanego papy i załatwiał wszystko, czego jego pani nie była w stanie. – Powiedz, proszę, drogiej cioteczce, dlaczego dla własnego dobra powinna wyjechać do naszego majątku.

Lennox był człowiekiem rozważnym i bardzo przekonywającym. Nie miał przy tym skrupułów. Prawdę mówiąc, to on nakłonił Norę, by odesłała starszą damę do rodzinnej posiadłości Calthorpe’ów w Norfolku. Tutaj, w Londynie, lady Rosemary jedynie by zawadzała, a sekretarz miał co do lady Hardinge własne plany. Jednak Eleanor postanowiła odesłać wraz z ciotką również swego synka i wcale nie uważała tego pomysłu za zły; Lennox także nie. Podczas podróży mały William dawał się jej we znaki swoim zachowaniem, choć powierzyła go opiece piastunek. Ciotka spędzała mnóstwo czasu z chłopcem, gruchając, pieszcząc i bawiąc się z nim. Eleanor nie miała na to ochoty – Syn był dla niej przydatny, lecz niczego więcej nie czuła. Przynajmniej na razie, póki nie będzie wystarczająco duży, by mogła cieszyć się z jego towarzystwa.

Norfolk stanowiło bezpieczne miejsce z dala od zgiełku miasta, gdzie nie groziły mu żadne choroby ani niczyje złe intencje.

– Nie zgadzam się – zaoponowała ciotka płaczliwym głosem.

Eleanor skupiła swoją uwagę na poczynaniach pani Valancy, która rozporządzała tą częścią służby, która z nimi przybyła, oraz bagażem, który ze sobą zabrali. Dwie hinduskie piastunki zostały oddelegowane do opieki nad Williamem także w rodowej posiadłości Calthorpe’ów.

Lennox ciągle tłumaczył coś Rosemary. Eleanor straciła w końcu cierpliwość.

– Niech ciocia przestanie wygadywać bzdury – warknęła, przywołując Hinduskę zajmującą się jej pieskiem. – Znowu ciocia dostanie ataku migreny.

Delikatnie wzięła Purkoya na ręce i zagruchała do niego jak do dziecka, na koniec przytulając pieska do siebie. Był otulony w ciepły pled nie gorzej od jej syna.

– Nie zapominaj, Noro, kto...

– Nie, nie – przerwała Eleanor – to cioteczka zapomina o tym, że jest na moim utrzymaniu, nie odwrotnie. W związku z tym będzie cioteczka robić to, co powiem. A ja mówię, że jedziecie do Langley Abbey. Skończmy tę dyskusję. Mam nadzieję, że podróż minie wam szybko i spokojnie. Żegnam.

Odeszła od Rosemary i krótko pożegnała się z synkiem, po czym odwróciła plecami i podeszła do powozu. Zaczęła marznąć, Purkoy zaś niespokojnie wiercił się w jej ramionach.

Tymczasem Lennox zdołał zapakować milczącą ciotkę do drugiej dorożki, tej samej, do której wsiadły opiekunki Williama. Skinął głową Eleanor – miał przykazane, by zostawić Rosemary w Langley Abbey i dopiero wtedy wrócić do Londynu, by dalej służyć lady Hardinge swą radą. Nora z pieskiem na rękach zajęła miejsce w powozie; dorożkarz z trudem ukrywał zniecierpliwienie. Po chwili dołączyła do niej Valancy.

– Pojechali?

– Tak, Noro – przytaknęła kobieta, pukając o ściankę na znak, by woźnica ruszył. – Francis przekona do swoich racji nawet umarłego.

– Doskonale – uśmiechnęła się Eleanor, rozpierając się wygodnie na siedzeniu dorożki. Z okien obserwowała ulice, wcale nie opustoszałe pomimo całkiem później godziny. Pod opuszkami palców Nora wyczuwała niespokojne bicie serduszka swego psa, który zdawał się denerwować, ona jednak nie odczuwała strachu, ale wręcz ekscytację. Latarnie uliczne rzucały jednostajnie powtarzające się kręgi światła. Przechodnie nie zważali na strefy ciemności, prąc przed siebie niezmiennym rytmem kroków. W zależności od światła ich wierzchnie okrycia traciły kolor lub go odzyskiwały. W niektórych z mijanych powozów Nora zauważała wysokie fryzury dam przyodzianych jak do teatru, towarzyszyli im znudzeni mężowie. Inne powozy spowite były w mroku i miały zasłonięte okna. Między pieszymi sprawnie przemieszczali się gońcy, handlarze z wózkami, niedorostki zamiatające nieczystości z ulic. Wszyscy oni nakładali się na jeden oddychający chłodnym powietrzem organizm.

Londyn nie zmienił się wiele od czasu, gdy Eleanor gościła tutaj poprzednim razem, przynajmniej nie na pierwszy rzut oka. To ona się zmieniła. Wtedy była rezolutną pensjonarką, która w oczach koleżanek ze szkoły uchodziła za egzotyczne stworzonko, przybyła bowiem do ich świata aż z Indii. Od tamtej pory nie minęło zbyt wiele czasu – ot, ukończyła pensję raptem pięć lat temu i wydawała się gotowym materiałem do bycia damą. Teraz już uważała się za nią, a miasto nie przerażało jej, tylko stanowiło wyzwanie.

Skryta w bezpiecznym mroku dorożki Nora pochłaniała widoki londyńskich ulic, czując w końcu ulgę. Jakże długą drogę pokonała z dusznej Kalkuty prosto do stolicy świata jaśniejącej właśnie na jej oczach niczym widok zachowany na ręcznie malowanej pocztówce! Nie czuła lęku, gdyż w głębi umysłu Nory tkwiła myśl, że najwyraźniej takie jest jej przeznaczenie. Uważała tak od dawna, może nawet od dnia narodzin – po prostu wcześniej drzemała, skryta bezpiecznie wśród innych przekonań. Przebudziła się wskutek wydarzeń będących konsekwencją śmierci Henry’ego Hardinge’a, a było to przebudzenie gwałtowne, choć w gruncie rzeczy oczywiste.

Kalkutę uważała za zbyt ciasną, a Bombaj – za zbyt prowincjonalny, by mogła zagrzać w nich miejsca. Eleanor od zawsze celowała wysoko, najwyżej jak się dało. Dlatego właśnie została lady Hardinge, zdobywając najbardziej pożądanego kawalera indyjskiej socjety, choć miała ładniejsze od siebie rywalki, a przede wszystkim bardziej majętne. Przez całe swe krótkie życie zdążyła się przyzwyczaić, że los dopasowuje koleje do jej widzimisię i że wszystko układa się tak, jak ona sobie tego życzy. Z mniejszymi lub większymi poślizgami po drodze, bien sûr, lecz w ostatecznym rozrachunku to Nora była górą.

Przeniosła wzrok z ulicy na Valancy, której długi podbródek kołysał się rytmicznie zgodnie z ruchem powozu. Valancy Potter była bezdzietną wdową przed czterdziestką oraz przyjaciółką zmarłej matki Nory, właśnie dlatego otrzymała dobrą posadę damy do towarzystwa lady Harding tuż po ślubie Eleanor. Zawiadywała także jej służbą, czyniła to zaś w sposób dyskretny i godny. Ta mysia blondynka o smutno wygiętych ustach nie miała wyczucia smaku i nie dało się z nią rozmawiać o niczym ważnym, ale wnosiła ład i harmonię wszędzie, gdzie tylko się pojawiała. Zdawała się odnajdywać spokój w wyszywaniu oraz sączeniu herbaty drobnymi łyczkami. Nora, która nie lubiła stagnacji ani robótek ręcznych i daleka była od ładu i spokoju, oczywiście nie mogła jej znieść, lecz miała świadomość, że Valancy Potter jest jej potrzebna. Głównie do tego, by sprawiać godne wrażenie.

– Cieszysz się, że jesteśmy akurat tutaj? – zapytała Valancy, spoglądając na nią z mroku wnętrza. Teraz już i jej głowa kołysała się w takt jazdy. – Nie wolałabyś przeczekać gdzieś najgorszego czasu?

– Masz na myśli powrót do Norfolku?

– Albo udanie się do Paryża. Pan Jules mógłby cię wesprzeć.

Jules de Guise był bratankiem matki Eleanor, jednak ostatni raz widzieli się w dzieciństwie. Co prawda miał całkiem sporo pieniędzy, ładny majątek w Lotaryngii i jakąś winnicę, a w listach do niej zapewniał o swojej pomocy, ale Eleanor odmawiała; nie uśmiechało jej się być na czyjejś łasce.

– Mógłby lub nie – odparła. – Spójrz, jesteśmy na miejscu. Zapłać za przejazd, Lancie.

Wysiadła z dorożki i ruszyła prosto do hotelu. Przytuliła do siebie pieska, jakby chciała poczuć bicie jego serduszka. Purkoy był przy niej zawsze, gdy czuła się samotna w ponurym domu męża. Henry Hardinge rzadko spędzał czas w towarzystwie żony, pod koniec życia nie chadzał z nią nawet na bale. Spanielek został jej podarowany przez jednego z jej amis, wkrótce po dziewiętnastych urodzinach. „By nie pozwalał Ci pogrążyć się w melancholii, choć będąc smutną, nadal jesteś piękna” – głosił dołączony liścik. Nora nazwała pieska Purkoy, po psie Anny Boleyn, częściowo dla żartu, a częściowo dlatego, że nie miała lepszego pomysłu. Pokochała go jednak od pierwszego wejrzenia i trzymała przy sobie tak często, jak się dało.

Tej nocy długo nie mogła zasnąć. W ciszy apartamentu umysł Nory wyostrzył się, nie dając jej odpocząć od nawracających wspomnień. Nie chciała, a jednak stawały jej przed oczyma obrazy dusznej Kalkuty, w tym posiadłość Hardinge’ów wzniesiona z białego kamienia, który niemal błyszczał w słońcu. Eleanor z czasem znienawidziła tę rezydencję, choć na początku była nią oczarowana, podobnie jak Henry Hardinge, dla którego była wszak domem rodzinnym.

Henry zagadnął Eleanor na balu wydanym przez księżnę Tennant. Nora była wtedy najbardziej obleganą z debiutantek. Po przetańczeniu kilku tańców wymknęła się ukradkiem z sali, odnajdując spokój na jednym z tarasów. Nie piła wtedy dużo, lecz humor jej dopisywał, gdyż czuła się uwielbiana i pożądana przez wszystkich zaproszonych kawalerów. Oparłszy się o kamienną balustradę, uniosła głowę, by podziwiać nocne niebo, jednak tamtego wieczoru niemal nie było gwiazd. Spodziewała się ujrzeć księżyc, ale i on skrył się za chmurami.

– Nie tańczy pani, panno Calthorpe?

Nora odwróciła głowę. Na tle otwartych drzwi sali balowej intruz zdawał się bezosobową ciemną sylwetką, kiedy jednak podszedł bliżej, rozpoznała w nim najbardziej atrakcyjnego kawalera indyjskiej socjety. Henry Hardinge był od niej tylko dwa lata starszy, poważny dziewiętnastolatek o wiecznie zaciśniętych ustach. Tańczyła z nim na tym i na wcześniejszym balu, lecz nie miała z tym dobrych wspomnień, bo Hardinge nieustannie mylił kroki. Obróciła się w jego stronę z pełnym zniecierpliwienia westchnieniem.

– Wystarczająco długo wytrzymywałam deptanie mi po palcach – odparła, sięgając ku karnecikowi. W mroku i tak niewiele widziała, lecz musiała czymś zająć ręce. – Czyżby właśnie mijała pańska kolejka?

– Nie, nic z tych rzeczy. Wszyscy w środku mówią wyłącznie o pani i dziwią się, gdzie pani zniknęła.

– Ach tak? A mnie wydawało się, że wszyscy mówią wyłącznie o śmierci księżnej Teck.

Henry Hardinge uniósł brwi, podchodząc do Nory. Z bliska jego twarz, zwykle bardzo blada, w poświacie sztucznego oświetlenia zajaśniała niezdrowo.

– Oczywiście mnie niezbyt to interesuje – ciągnęła Eleanor. – Polityka jest taka mało zajmująca...

– Zgodzę się, panno Calthorpe. Mnie również nuży, choć przypuszczam, że ode mnie wymaga się w tej dziedzinie więcej aniżeli od pani.

– Uważa pan, że nie znam się na polityce? – W głosie Nory zabrzmiało wyzwanie, lecz Hardinge wzruszył ramionami. – Znam się, bo wiem, kto jest najbardziej liczącą się personą w naszym gronie. Pan, lordzie Hardinge. Wszystkie panie chcą wiedzieć, z kim się pan ożeni.

Henry przez długi czas milczał. Oparł dłonie na balustradzie i patrzył na spowity w mroku ogród. Wzrok Nory przesunął się po jego ciemnych włosach, skrzywionych ustach i wątłej posturze, choć musiała przyznać, że ubierał się nader gustownie.

– Pani też chce to wiedzieć? – zapytał w końcu, nie patrząc na nią.

– Nie – odpowiedziała od razu. – Bo ja nie potrafię dochowywać tajemnic.

– To żadna tajemnica, panno Calthorpe. Moją wybranką zostanie najmajętniejsza panna spośród wszystkich dziewcząt z indyjskiego towarzystwa.

Nora, która nigdy nie znała się na pieniądzach, wzruszyła ramionami. Jej palce zaczęły skubać szkarłatny materiał sukni, wachlarz zaś, zawieszony luźno na jej nadgarstku, kołysał się miarowo.

– Słyszałem, że z pani jest całkiem bogata dziedziczka – powiedział nagle. – Pani brat nie żyje, prawda?

– Tak. – Nie zamierzała kryć smutku w swym tonie. – Od dawna.

Henry pokiwał głową.

– Kopalnie pani ojca są ponoć bardzo obfite w złoża.

– Nie wiem. Nie znam się na tym.

– Nic dziwnego. Ostatnio, gdy rozmawialiśmy... a było to na przyjęciu u Flemmingów, niecałe trzy tygodnie temu, jeśli dobrze pamiętam... nie miała pani pojęcia, że kilka lat temu znowu walczyliśmy w Afganistanie. Może to i lepiej, że zajmują panią jedynie salonowe plotki.

Nora uniosła brwi i nic nie odpowiedziała na tę jawną impertynencję niegodną dżentelmena.

– Kiedy następnym razem któraś z dam zapyta panią, z kim się ożenię, proszę odpowiedzieć, że z wielką przyjemnością ożenię się z panną Eleanor Calthorpe.

– A to dlaczego? – Przekrzywiła głowę. – Nawet mnie pan nie lubi.

– To nie ma nic do rzeczy – rzekł. – Pani chce dostać najlepszą partię w Kalkucie, a ja chcę dostać pani majątek.

– Nie wierzę panu. Nie wierzę, że widzi pan we mnie jedynie pieniądze. – Nora wyprostowała się z wyniosłą miną. – Jestem najbardziej rozchwytywaną z debiutantek oraz ulubienicą księżnej Tennant, a...

– No dobrze, rozgryzła mnie pani – przerwał jej Hardinge, wyraźnie zniecierpliwiony, a Nora uśmiechnęła się na jego słowa.

– Proszę zatem porozmawiać o wszystkim z moim ojcem – mruknęła cicho i chwyciwszy w dłonie falbany sukni, wróciła wolnym krokiem na salę.

Przewróciła się gwałtownie w łóżku, naciągając kołdrę na głowę. Każde wspomnienie, które dotyczyło Henry’ego, sprawiało Norze przykrość. Niemal czuła gorycz w ustach i łzy pod powiekami, najbardziej żałując, że nie może cofnąć czasu. Wiele by dała, by wrócić do tamtego grudniowego wieczoru, tamtego balu. Powstrzymałaby wówczas siebie, naiwną siedemnastolatkę, przed wiarą w fałszywe słowa i zapewnienia.

Nora jednak nie miała mocy przywracania przeszłości; mogła ją jedynie rozpamiętywać. Zacisnęła z całej siły powieki, oczekując nadejścia snu. Bała się kolejnych wspomnień, nie była jeszcze gotowa, by znowu przeżywać to, do czego doszło w Indiach, a od czego musiała uciec.

Sen wkrótce nadszedł, płytki, niespokojny i pełen cieni, lecz przyniósł jej ulgę, bo nie było w nim miejsca na Henry’ego.

ROZDZIAŁ II

Przez wiele dni Londyn jawił się Norze jako migotliwa fatamorgana, podczas gdy dzieliła swój czas między wysyłanie listów a zakupy. Napisała więc do Emily Montague, swej serdecznej przyjaciółki jeszcze ze szkoły, która korespondowała z nią od czasu do czasu, a niecały rok temu przyjęła oświadczyny starszego syna pewnego hrabiego z Północy; do Claire Herbert, która dawniej była Claire Whare, obecnie zaś miała nudnego męża i ładną podmiejską posiadłość, a raz była u niej z wizytą w Indiach; do Frances Grange, najstarszej córki lorda Grange’a, którą zaprosiła do siebie na herbatę, koniecznie wraz z jej młodszym o rok bratem George’em; do Prudence Hathaway, z którą przyjaźniła się serdecznie jeszcze w Kalkucie, ale ta niespodziewanie wyjechała do Londynu. Wreszcie ostatni swój list skierowała do Harriett Pigley, która co prawda w szkole była okropną jędzą, lecz obecna sytuacja Nory nie pozwalała na wybrzydzanie. Musiała wyraźnie zaznaczyć swą obecność na towarzyskim firmamencie stolicy.

W kilka dni zdołała zjeździć West End wzdłuż i wszerz, mając za całe towarzystwo jedynie panią Valancy, lecz determinacja Eleanor nie znała ani granic, ani nasycenia. Odwiedziła dom towarowy nieopodal Fleet Street, pojawiała się w kawiarniach, by nad ciastkiem i herbatą zwrócono na nią uwagę. Zwracano; rudowłosa piękność w wyrazistych strojach musiała rzucać się w oczy. Eleanor była rada z tej atencji. Pozdrawiała innych przechodniów z jej sfery dostojnym skinieniem głowy i zaklinała ich w duchu, by raczyli sobie przypomnieć o pewnej uroczej damie, gdy przyjdzie do zapraszania gości na raut czy proszoną herbatę.

W miarę upływu dni Nora była rozpoznawana przez większą liczbę osób i miała już swoje małe zwycięstwa – lady Bathurst zaprosiła ją do swojego stolika podczas kolacji, a następnego popołudnia na krótki spacer po Hyde Parku; hrabina Corville gościła w swoim salonie, a państwo Lowder zabrali na koncert młodego pianisty będącego aktualnym faworytem londyńskiego towarzystwa. Można było więc powiedzieć, że Eleanor powinna być szczęśliwa. I pozornie taka się wydawała – wiecznie uśmiechnięta, prowadząca żywą salonową dyskusję po angielsku i w wytwornej francuszczyźnie. Czasami pozwalała sobie na delikatny flirt z dżentelmenami, na tyle łagodny, by nie gorszyć, lecz wystarczająco odważny, by o nim pamiętano.

Niemniej jednak szczęśliwa nie była. Mimo pozornej beztroski, jej głowę zajmowało wiele spraw, z czego większość nie przyprawiała o uśmiech.

Myśli Nory krążyły wciąż wokół Indii, tych wydarzeń, których wspomnienia nachodziły ją w snach. Nieustannie widywała w nich obydwu braci Hardinge’ów – swego męża Henry’ego, chorobliwie bladego i wychudzonego oraz jego młodszego o dwa lata brata, rówieśnika Nory. Roderick Hardinge stanowił zaprzeczenie Henry’ego – żywy, jasnowłosy i krzepki. Z równą pasją podchodził zarówno do polowań, jak i do bankietów. Nic dziwnego, że ją uwiódł, samotną szwagierkę nieszczęśliwą w małżeństwie. Był wytchnieniem Nory, ziszczeniem nastoletnich marzeń o romantycznym kochanku. Potrafili ze sobą rozmawiać, w lot chwytali swoje żarty. Zainteresowania także mieli podobne i tak samo kochali brylować w towarzystwie. Dla indyjskiej socjety Nora i Roderick wyglądali na dwójkę doskonale dobranych przyjaciół; zresztą obydwoje starali się utrzymywać pozory. Czas, w którym kochała Rodericka, jawił się Eleanor jak żywa baśń. Później jednak wszystko legło w gruzach, a on porzucił ją i pozostawił samą w Indiach na łasce Henry’ego.

Kiedy pojawił się na pogrzebie brata, już go nie kochała lub usilnie starała się to sobie wmówić. Roderick zaś nie miał wobec dawnej kochanki dobrych zamiarów. Pamiętała to jak przez mgłę, choć od tamtego dnia minęło zaledwie pół roku.

W jej wspomnieniach było duszno, a woalka kleiła się do wilgotnej skóry. Listopadowe słońce zmierzało ku ziemi, lecz jego promienie przebijały się pomiędzy gałęziami cmentarnych drzew. Długie cienie nagrobków opadały na trawę. Pastor zaordynował pieśń, której słów Nora nie dała rady rozróżnić. Jej umysł pozostawał zmącony od kilku dni, od chwili, gdy mąż nagle zapadł na zdrowiu. Żyła, lecz była wytrącona z równowagi. Stała ramię w ramię ze swą teściową, lady Josephine Hardinge, jednak starsza dama nie zwracała na nią najmniejszej uwagi. Nigdy nie uważała jej za godną poślubienia Henry’ego, a teraz winiła za śmierć syna. Na pogrzebie należało udawać zgodę, żeby towarzystwo nie miało o czym gadać. Dlatego Nora tkwiła w milczeniu u boku lady Josephine, obie wyglądały jak dwa smukłe duchy w żałobnej bieli. Oddzielały grób od tłumu żałobników. Starsza lady Hardinge wbijała wzrok w nagrobek, podczas gdy młodsza rozglądała się ukradkiem po cmentarzu.

Kilka miesięcy przed śmiercią Henry’ego przyszło Norze pogrzebać ojca. Została na świecie całkowicie sama, nie licząc syna. Coś musiało się wydarzyć, czuła to w kościach. Budziła się w środku nocy, nasłuchując cichego stąpania po korytarzu. Świadomość nieuchronnej zmiany napawała ją lękiem. W powietrzu unosiło się uporczywe brzęczenie cykad; a może były to złe słowa? Jakieś fałszywe nuty mąciły czysty ton żałobnej pieśni. Zdawała sobie sprawę, że ludzie za jej plecami nazywają ją szeptem „biedną Norą”. To określenie wywoływało w niej dreszcz obrzydzenia. Nie znosiła litości. Nie chciała jej. Zadygotała, a dłonie mimowolnie zacisnęła w pięści. Nigdy nie umiała być wystarczająco godna, nie potrafiła powściągnąć emocji. Być soplem lodu, tak jak lady Josephine stojąca po jej prawicy. Nora ukradkiem oblizała usta i poczuła słony smak potu na języku. Z pobliskich drzew zerwało się nagle stado ptaków i odfrunęło w dal, skrzecząc; podążyła za nimi wzrokiem. Kiedy śpiew żałobników ustał, a szepty nie, pojęła, że coś jest nie tak. Choć nie powinna tego robić, obejrzała się za siebie. Przestraszyła się stojącego za nią Rodericka. Ubrał się na biało, jak należało, jakby spodziewał się trafić na pogrzeb. Spoglądał wprost na nią, mrużąc powieki. Dostrzegła, że jego wąski podbródek drżał nieznacznie – jak zawsze, gdy Hardinge próbował ukryć swe prawdziwe uczucia. Nigdy nie był dobrym kłamcą i Nora zauważyła złość w jego spojrzeniu. Przez jakiś czas mierzyli się wzrokiem. Roderick, otrząsnąwszy się szybko, podszedł do matki złożyć kondolencje. Później skierował swe kroki ku szwagierce i na użytek żałobników uścisnął ją poufale. Jego usta przelotnie musnęły ucho Nory, gdy wyszeptał:

– Zapłacisz za to, co zrobiłaś. Ty i twój bękart.

Odsunął się, skinął głową. Zajął miejsce obok matki, która z ulgą wsparła się na jego ramieniu. Do końca ceremonii ani razu nie spojrzał w kierunku Nory.

Eleanor zajmowała apartament na ostatnim piętrze hotelu Olmond od kilku tygodni i zaczynała się nudzić. Wystrój nie robił już na niej wrażenia. Przywykła do rozległego salonu zastawionego meblami w stylu Ludwika XIV, do przestronnej sypialni i zacisznego gabinetu. Nie dziwiły jej wysokie sufity, winda i niemal nie dostrzegała złoceń na stiukach. Snuła się po pięknych wnętrzach niczym zjawa, niechętnie więc w nich przebywała. Była jak ptak w zbyt ciasnej klatce. Dlatego codziennie w kilku krokach pokonywała hol, ledwo kiwnąwszy głową recepcjoniście, i umykała w zgiełk ulic, zachłystywała się nim. Przebywanie w apartamencie ją nużyło. Rozrzucała wszędzie rzeczy – na podłokietniku sofy zostawiła rękawiczki z barwionej skórki, a na biurku w gabinecie tkwiła otworzona na chybił trafił Trilby, którą Nora porzuciła w połowie. Książkę kupiła przy okazji innych zakupów, lecz nie miała teraz głowy do lektur. Musiała działać, zawiązywać sojusze. Otrzymała ledwo dwie odpowiedzi na swoje epistoły – Frances Grange zapowiedziała się z wizytą, ale nie teraz, dopiero za tydzień. Wtedy bowiem jej niesforny brat wróci z pobytu w ich wiejskiej rezydencji. No dobrze, Nora była cierpliwa, zwłaszcza jeśli chodziło o odbudowywanie kruchych więzów z dawnymi przyjaciółmi. Odpowiedziała też Claire Herbert, mogącej ją odwiedzić choćby dzisiaj, ale na razie Eleanor nie miała ochoty użerać się z Amycusem Herbertem, którego pasjonowały tylko konie. Jednakże z listu lady Herbert wyszło coś dobrego, przyjaciółka bowiem napomknęła, że zapowiada się publiczny bal i to w sali bankietowej Olmondu. Nora złożyła list wpół, uśmiechnęła się z satysfakcją i kiwnęła na panią Valancy, znowu zabierając ją do krawca. Tym razem zamówiła robe de soirée, czerwoną – jak zawsze, gdy potrzebowała zrobić wrażenie.

Nie był to duży bal, lecz w niczym to nie przeszkadzało. Nora przechadzała się pod rękę ze swą damą do towarzystwa, zadowolona jak kot, gdyż miała cały karnet wypełniony i to nie tylko przez nieważnych drugich synów. Do tej pory zdążyła zatańczyć walca z hrabią Musgrave’em oraz z lordem, którego nazwisko nieustannie wylatywało jej z głowy. Teraz więc zeszła z parkietu po drugim tańcu zatańczonym z Amycusem Herbertem, któremu nieustannie myliły się kroki. Musiała odpocząć, wspólnie z Valancy uraczyć się szampanem oraz rozejrzeć za nowymi przyjaciółmi.

– Pytało o ciebie kilka osób – wyszeptała jej do ucha pani Potter.

Nora obróciła w dłoni opróżniony kieliszek. Uśmiechnęła się ukradkiem, lecz miała na tyle wyczucia, by udawać skromną.

– Och, daj spokój... – odpowiedziała równie cicho. – A kto taki?

– Kilku dżentelmenów, choć również damy. Lady Hall mówiła Dianie Boswell, że musisz mieć nie lada odwagę, by na swój pierwszy bal włożyć czerwoną suknię, słyszałam.

– Diana Boswell? – powtórzyła Nora, prychając. – Co ona wie? To przecież Amerykanka. Wżeniła się w brytyjską arystokrację i zadziera nosa!

Pani Valancy skrzywiła się krótko i szpetnie.

– C’est vrai, lecz lepiej nie wspominać o tym głośno. Lady Boswell liczy się na salonach. Powinnaś ją oczarować, a nie wypominać pochodzenie.

– Świetnie. – Podeszły do kelnera i wymieniwszy puste kieliszki na pełne, odfrunęły w stronę grupki dam stojących nieopodal dużego lustra. – Jak sobie życzysz, Valancy. Oczaruję ją... Witajcie, panie! – Nora błysnęła uśmiechem, kiwnąwszy głową wszystkim czterem niewiastom, spośród których znała tylko Dianę Boswell, posągową piękność także goszczącą obecnie w Olmondzie. Czasami widywały się na posiłkach w hotelowej restauracji, lecz dotąd zamieniły ze sobą może kilka słów. Toaleta lady Boswell miała w sobie coś amerykańskiego, dziwną pruderię, którą Nora była w stanie wykryć w splotach tkaniny i w ciemnej barwie materiału.

– Cóż za bal... nie pamiętam, kiedy ostatnio bawiłam się równie dobrze, jak dzisiejszego wieczoru.

Damy zwróciły w jej stronę głowy, a brylanty w ich uszach zatrzęsły się, odbijając kłujące w oczy refleksy. Nora nie przestawała się uśmiechać. Upiła łyczek szampana. Valancy skłoniła się nieznacznie i odeszła w stronę bufetu.

– Moje drogie – podjęła z kwaśną miną po francusku lady Boswell, kalecząc język swym akcentem. – Pozwólcie, że przedstawię wam lady Eleanor Hardinge... Lady Eleanor zajmuje sąsiedni apartament, poznałyśmy się pewnego razu na kolacji. Noro, moja droga, pozwól, proszę... to lady Josephine Hall, lady Rosamund Ulster oraz lady Helen Bulwer, moje przyjaciółki.

– Skąd pani jest, lady Eleanor? – zagadnęła lady Hall, na pierwszy rzut oka najstarsza spośród dam.

– Noro, proszę – odparła szybko Eleanor. – Wszyscy mnie tak nazywają, mesdames. A pochodzę z Bombaju, lecz postanowiłam wrócić do ojczyzny.

Jej słowa wywołały westchnienia zachwytu u lady Ulster, która trzykrotnie gościła w Indiach i szalenie jej się tam podobało. To z kolei wyzwoliło pogawędkę o wspólnych znajomych z tamtejszej socjety, choć Nora z przykrością musiała stwierdzić, że w Lucknow zna zaledwie garstkę osób.

– A twój mąż, droga Noro...? – Lady Boswell zrobiła zaciekawioną minę. – Dlaczego nie gościcie tu razem? Lord Hardinge pozostał w Indiach?

Jej oczy skrzyły się tym samym blaskiem, co brylanty w jej uszach, i na pierwszy rzut oka widać było, że pragnęła zadać to pytanie od chwili, gdy dowiedziała się, że pani Hardinge mieszka w hotelu sama.

Eleanor przyłożyła dłoń do serca i westchnęła przeciągle.

– Lord Hardinge nie żyje, niestety – odparła, znosząc ich spojrzenia.

– Już pojmuję, skąd ta czerwień – odezwała się Helen Bulwer, dobiegająca pięćdziesiątki dama, która wciąż wbijała w Norę przenikliwy wzrok. Sięgnęła ku kolii spoczywającej na jej odsłoniętym dekolcie i zaczęła bawić się kamieniem. Jej wysoko upięta fryzura drgnęła. Eleanor odwzajemniła spojrzenie, ani myśląc uciekać wzrokiem. Nie zamierzała rumienić się ani płoszyć. Wreszcie lady Bulwer pulchnymi palcami strzeliła na kelnera i kazała mu przynieść szampana. – Chętnie podzielę pani szczęście i wypiję na tę okoliczność.

– Och, Helen, jesteś doprawdy... – Lady Boswell wyprostowała się gwałtownie, a lady Rosamund pokręciła głową. – Czasami tak bardzo brakuje ci wyczucia... pomyśl, co droga Nora musiała przeżywać!

– To musi być straszne, Noro. – Josephine chwyciła dłoń Eleanor i ścisnęła poufale. – Owdowieć w tak młodym wieku... Nie wyobrażam sobie, jak ty to znosisz. Taka młoda, a już zostałaś sama... To straszne! Powiedz, proszę... Czy twój nieodżałowany małżonek zdążył uszczęśliwić cię potomstwem?

– Tak, lady Josephine. Mam syna, jeszcze zupełnie malutkiego... Henry tak bardzo go kochał.

Nora zatrzepotała rzęsami i spuściła głowę, a trzy spośród jej nowych przyjaciółek dały się na to nabrać, głośno rozwodząc się o radości macierzyństwa i nieco ciszej o smutku wdowieństwa. Podziękowała im za troskę, obdarowując swym pełnym słodyczy uśmiechem, który zawsze rozgrzewał serca. Damy znudziły się jednak nową twarzyczką londyńskiej socjety, a może zapragnęły czym prędzej roznieść o niej plotki, w każdym razie ulotniły się szybko, pozostawiając Norę w towarzystwie lady Bulwer. Lady Helen wręczyła Norze kieliszek szampana.

– Jeśli nie boi się ich pani, to musi być pani albo bardzo głupia, albo w bardzo złej sytuacji – rzekła. – Obstawiam to drugie, bo zbyt dobrze szczebiocze pani farmazony, by być rzeczywiście głupią. W pełni zgadzam się z taką pozą – stuknęła kieliszkiem o kieliszek Nory. – To co, za szczęśliwą śmierć pani męża?

Nora zmrużyła oczy. Pani Bulwer przyglądała się jej z uwagą, czekając, czy ta podejmie rękawicę. Wreszcie Nora odetchnęła, przybrała uśmiech na twarz i skinęła głową. Zgodnie wypiły po łyku szampana.

– Powinnam poszukać Bulwera – mruknęła lady Helen niby do siebie, lecz nie do końca. Rozejrzała się wkoło. – Mój mąż, wie pani, hrabia. Przydatny z niego człowiek, choć nie rozumiem jego skłonności do baletnic. Czy pani mąż także utrzymywał kochanki? Nie, proszę poczekać. – Ujęła Norę za ramię i omiotła wzrokiem jej twarz. – Z całą pewnością nie. Mając w domu taką piękność...

– Mojego męża nie interesowały kobiety – odparła Nora i urwała nagle, przerażona własną szczerością.

Hrabina Bulwer uniosła brwi na tę rewelację.

– A to ciekawe... – Wychyliła szampana do dna. – Pani mi się podoba.

– Mnie zaś nie podoba się, że nie nazywa mnie pani Norą.

– „Norą” będę panią nazywać, jeśli się zaprzyjaźnimy.

– Skąd to przypuszczenie: „jeśli”, madame la comtesse? – Eleanor uśmiechnęła się i śmiało położyła dłoń na upierścienionej dłoni lady Helen. – My już jesteśmy przyjaciółkami, n’est-ce pas?

Palce hrabiny drgnęły w uścisku Nory, lecz nie zabrała ręki. Jej rzęsy zatrzepotały jak pióra; w wielkich, ciemnych źrenicach odbijało się światło z kandelabru. Przez chwilę zdawało się, że w całej sali bankietowej stoją tylko one dwie, a reszta gości to nieważne rekwizyty. Nic więcej nie miałoby wartości, gdyby lady Bulwer wyszarpnęła dłoń z tego uścisku i odeszła.

Ale nie odeszła. Jej pełne wargi powoli rozchyliły się w chytrym uśmiechu, po czym spojrzała na Norę i zacmokała.

– Nie ujęłabym tego lepiej, ma chère – odparła, odwzajemniając uścisk.

– Czuj się zatem zaproszona do mnie na podwieczorek, Helen. Jutro chociażby, o szesnastej?

Kiedy rozeszły się w zgodzie, u boku Nory pojawiła się nieoceniona pani Valancy. Odebrała z jej rąk niedopite bąbelki i ukradkiem poprawiła niesforny lok nad czołem.

– Powinszuj mi, Lancie – mruknęła Eleanor. – Właśnie upolowałam hrabinę.

Helen Bulwer stawiła się w apartamencie punktualnie o szesnastej i z miejsca zwracała się do Nory tak, jakby znały się od lat. Suknia ciasno opinała jej obfitą sylwetkę, a ciemne kręcone włosy były tak rozwichrzone, jakby przed chwilą wstała z łóżka. Nie znała umiaru w biżuterii, co Eleanor przypadło do gustu. Nora przerwała potok jej ploteczek tylko po to, by skomplementować zdobną broszkę i suknię, na co Helen odparła:

– Od Drecolla, ma chère. Musisz to wiedzieć, noszę się wyłącznie od Drecolla.

Pani Hardinge była wielce zadowolona z tej znajomości. Być może hrabina zachowywała się inaczej niż pozostałe damy i ubierała tak, jakby każdemu chciała zademonstrować bogactwo małżonka, lecz miała wiele zalet. Znała wszystkich i co więcej – wiedziała o wielu cudzych sekretach. Umiała brylować w dyskusji oraz rzucić błyskotliwym dowcipem. Nora dostrzegła w Helen swoją naturalną sojuszniczkę, dlatego postanowiła schlebiać jej, droczyć się z nią i zaskakiwać. Wszystko wskazywało na to, że zdobyła jej sympatię.

– Wybieramy się wkrótce do opery – poinformowała Norę hrabina pomiędzy jednym a drugim daniem. – Ty również powinnaś udać się tam, moja droga. Twoja młodość nie może się marnować.

– Nie bardzo interesuje mnie opera, Helen.

– Przecież nie zabieram cię tam, byś obejrzała premierę Traviaty! Muszę pokazać cię światu i zapoznać z moimi drogimi przyjaciółmi.

– Nie wypada mi bywać na żadnych wydarzeniach – odparła Nora, spoglądając znacząco na damę. – Jeszcze nie minął okres żałoby.

Helen omiotła wzrokiem jej suknię, której kolor bynajmniej nie był wdowi i roześmiała się na głos.

– Doskonałe, doprawdy! Odgrywasz tę minę tak przekonująco, że prawie dałam się nabrać! – zakpiła.

Odstawiła pustą filiżankę na stolik i rozparła się wygodnie w fotelu.

– Przyjmij nasze zaproszenie. Mamy własną lożę, a Bulwer będzie szczęśliwy, mogąc cię gościć. Pokażę ci jego ostatnią lafiryndę, tę całą, jak jej tam, Blanche Mimieux. – Helen wydęła pogardliwie usta. – Wcale nie jest taka dobra, nie miała ani jednego solowego tańca przez cały występ, pojawia się jedynie w zespole. Nic dziwnego, że liczy na łaskawość hrabiego.

– Dlaczego więc to tolerujesz, skoro cię obraża?

– Och, ma chère, jakaś ty urocza... – hrabina pokręciła głową. – Przyjmiesz zatem zaproszenie?

– Z miłą chęcią – odparła radośnie Nora i sięgnęła po imbryk, by dolać im herbaty.

Claire Herbert zaprosiła ją na mecz tenisa, a Eleanor zgodziła się na to z ochotą, ponieważ potrzebowała rozrywki. Wybrali się we trójkę: Nora, Claire i jej mąż Amycus. Dzień nie był zbyt chłodny i nawet świeciło słońce. Przyjemnie było poczuć się jak za czasów szkolnych – bez obowiązków, bez wiszącego nad głową widma skandalu, bez przeklętego Rodericka Hardinge’a i jego prawnika. Beztrosko biegać po korcie, próbując sprytnie zdobyć punkt. O tak, ostatni raz grała w tenisa w szkole.

Pan Herbert nie przejawiał zainteresowania grą. W drodze do Hyde Parku, gdzie mieściły się korty, opowiadał Norze o ostatnich wyścigach konnych i zapraszał ją do ich letniej rezydencji, przy której niedawno wybudował stajnie. Eleanor słuchała uprzejmie i nawet wykazywała zainteresowanie, nie wypadało jej bowiem zrażać do siebie innych niemądrymi uwagami.

– Słyszałam, że teraz w modzie są raczej automobile – rzuciła na początku rozmowy, ale Amycus zbył tę uwagę kilkoma pogardliwymi słowami i perorował dalej w najlepsze.

– Jeździsz konno? – zapytała jego żona, na co Nora pokręciła głową. – Wobec tego musisz wpaść do nas latem, aby się nauczyć. W naszej wiejskiej rezydencji mamy niemal małą stadninę. Zgódź się, proszę! To doskonały pomysł. Będziemy wybierać się na przejażdżki po okolicy. To bardzo odprężające!

Claire, ciemnowłosa i wysoka, była uosobieniem prawdziwej damy. Wyglądała tak, jakby przyszła na świat, uśmiechając się ze zrozumieniem. Splatała przed sobą długie palce i przekrzywiała głowę, a głos miała miękki i ciepły, przepełniony uprzejmością. Przyjaźniła się z Norą od czasów szkolnych, a w ich parze ona była rozsądna, podczas gdy Eleanor zawsze dawała ponieść się romantyzmowi. Na pierwszy rzut oka lady Herbert wydawała się nudna, ale ośmielona i w odpowiednim towarzystwie stawała się rezolutna i pomysłowa. Dzisiejsze spotkanie na korcie też było pomysłem Claire, bo nie była wcale słabą przeciwniczką. Podobnie jak Nora walczyła do końca i czasami zdarzyło jej się posłać zdradziecką piłkę. Rozgrywka była więc wyrównana. Pan Herbert, założywszy ręce na plecach, najpierw obserwował zmagania żony, lecz wkrótce znudzony wdał się w rozmowę ze stojącym obok dżentelmenem. Nora zawsze grała zamaszyście. Jej ruchy były szybkie i agresywne. Zupełnie niekobiece. Po drugiej stronie siatki Claire pląsała za piłką, a jej chabrowa spódnica to powiewała, to wzdymała się delikatnie.

Nora nie przebrała się po porannym meczu tenisa. Lady Herbert była na tyle dobra, by dać jej fory w drugiej rozgrywce i Eleanor wygrała, choć przyznajmy, że niewielką przewagą punktów. Teraz poprawiła jedynie delikatną woalkę zgrabnego kapelusika, tak samo czarnego jak zamszowe rękawiczki, i otoczony srebrem onyks w przypiętej przy klapie żakietu broszce. Nie wyglądała na beztroską amatorkę tenisa; wyglądała na damę. I bardzo dobrze, bo była umówiona.

Spotkała się ze swym sekretarzem w Devoyu, jednej z tych wykwintnych restauracji mieszczących się przy Strandzie. Francis Lennox przed dwoma tygodniami powrócił z rodzinnej posiadłości Calthorpe’ów, wynajął sobie wygodne mieszkanie w Soho, by nie peszyć swej pracodawczyni obecnością w hotelu. Poza tym zajmował się wieloma ważnymi sprawami, potrzebował więc ciszy, spokoju, a przede wszystkim wolnej ręki. Nora dała mu to wszystko bez szemrania.

Lennox podał jej ramię. Wybrali miejsce ustronne, z dala od oczu i uszu innych gości lokalu, chociaż o tak wczesnej porze klientów można było policzyć na palcach. Ich stolik skryty był częściowo za rozłożystą rośliną w olbrzymiej donicy, jednak Nora, przyzwyczajona do egzotycznej indyjskiej flory, niemal nie zwróciła na nią uwagi.

Nie mówili o interesach, lecz o Norfolku. Nora odebrała odeń grubą kopertę – kolejny list od cioteczki Rosemary. Nawet jej nie otwarła. Doskonale wiedziała, że jedyne, co znajdzie w epistole, to niekończące się skargi na skandaliczne traktowanie przez bratanicę.

Zjedli lekki posiłek i domówili do rachunku dwie kawy. Dopiero gdy kelner się oddalił, Eleanor spojrzała pytająco na swojego sekretarza.

– Valancy przekazała pani, że Tillborough został prawnikiem?

– Mojego szwagra. Tak. Niemal od razu po tym, jak Roderick wyrzucił nas z posiadłości Hardinge’ów. Tillborough opowiedział się za nim, a powinien pracować dla mnie. Dla Williama – uściśliła. – Był prawnikiem Henry’ego, to jasne, że po jego śmierci powinien służyć radą potomkowi.

– Źle się stało. Roszczenia Rodericka Hardinge’a zyskają na znaczeniu, jeżeli będzie miał za sobą tego człowieka. Pani sytuacja może być teraz, cóż... Może być dosyć trudna.

– Co to znaczy, trudna?

– Roderick Hardinge z łatwością przeforsuje swoje racje, zostanie uznany za dziedzica pani męża, przejmie jego majątek. Pani i panicz William zostaniecie z niczym. A jeśli żona Hardinge’a urodzi mu dzieci...

– Żona? – prychnęła Eleanor, wydymając pogardliwie usta. – To nie jest żadna żona. To dziewka z podrzędnej szanghajskiej tancbudy, której płaci za udawanie damy, aby zagrać mi na nerwach. I zrobić na złość swojej matce, jak mniemam.

– Cóż, Robert Tillborough z całą pewnością przedstawi pani akt ślubu, jeśli będzie pani nalegać. I świadków na dodatek.

Eleanor wypiła duży łyk kawy, nieznacznie parząc sobie język, i gwałtownie odstawiła filiżankę. Lennox patrzył na nią z pozornym spokojem na twarzy.

– Doszły mnie słuchy, że była pani na bankiecie w hotelu. I że przyjęła pani u siebie jakiegoś dżentelmena?

Nora zamrugała, po czym nieelegancko parsknęła śmiechem.

– To kłamstwo. Jakaś głupia plotka.

– Naprawdę muszę pani przypominać, jak brzmi zapis w testamencie lorda Henry’ego dotyczący pani?

– Nie, nie musisz.

– Jego brat z radością to wykorzysta.

– Nie mam złudzeń – odparła Nora. Wyprostowała się na krześle. – Do śmierci będzie mnie ciągać po sądach. Mojej lub jego... Co zatem mi radzisz, Lennox?

– Może próbować pani dogadać się z panem Hardinge’em. Napisać list, zaprosić go tutaj...

Nora się uśmiechnęła.

– Napiszę tak: „Mon cher ami, Rodericku, mógłbyś być łaskaw wyświadczyć przysługę mnie i memu synowi i w końcu umrzeć. Jak twój brat”.

Wyraz twarzy jej sekretarza nie zmienił się.

– Musi pani zaprzyjaźnić się z kimś, kto przechyli szalę na pani korzyść. Tak, by móc unieważnić zapis w testamencie i nie lękać się ruchów ze strony pana Hardinge’a. Musi pani znaleźć sobie potężnych przyjaciół – skwitował Lennox z uśmiechem.

– Otrzymałam zaproszenie do opery od hrabiostwa Bulwerów – odparła. – Czy na początek wystarczy?

Zaaprobował to.

Później rozmawiali o zyskach z kopalni diamentów i z kawałka ziemi w Norfolku, ale Nora nigdy nie miała głowy do ekonomii. Zostawiła więc Francisowi zarządzanie swoim majątkiem, bo robił to nadzwyczaj sprawnie. Upewniła się, że stać ją, by wieść życie godne lady, pomimo braku dostępu do fortuny Hardinge’ów.

– Chciałabym kupić tutaj posiadłość – rzekła mimochodem. – Zajmiesz się tym?

Wypili do końca kawę i omówili z grubsza plan działania wobec szwagra Nory, jego wulgarnej wybranki oraz matki. Gdy rozmowa dobiegła końca, Nora zadała sekretarzowi pytanie, które dręczyło ją jeszcze w Indiach:

– Słyszałeś może, co mówi o mnie i o Williamie Roderick?

Lennox nachylił się ku niej poufale i wyszeptał:

– Mówi: „Mały bękart mojej bratowej nie ma żadnych praw do dziedziczenia majątku mojego brata”.

Eleanor wykrzywiła usta na te słowa. I pomyśleć, że kiedyś była w nim bardzo, bardzo zakochana... Zaśmiała się gorzko na tę myśl. Kiedyś była głupia, tak boleśnie głupia. Głupia, żyjąca marzeniami i nadzieją. Teraz traciła powoli i jedno, i drugie.

Na szczęście nauczyła się mieć się na baczności. I nie powtarzać swoich błędów.

ROZDZIAŁ III

W ciągu kilku następnych dni Nora zdążyła ugościć kilka swoich dawnych przyjaciółek, których nie widziała od czasu, gdy ukończyła szacowną pensję dla dobrze urodzonych panien. Nigdy nie przypuszczałaby, że przez zaledwie sześć lat mogą aż tak się zmienić. Kiedyś były nieopierzonymi pannicami, którym sprawiało trudność nauczenie się tabliczki mnożenia i które nie mogły zapamiętać najprostszych francuskich wyrazów. Ich palce plątały się przy grze na klawesynie, a język – przy głośnym czytaniu klasyki. Teraz z napuszonymi minami składały wizyty, niedbałym gestem podając Valancy swoje bileciki, i obejmując Norę, głośno całowały powietrze przy jej policzkach. Przyszły razem, ale do salonu wkroczyły gęsiego niczym procesja.

– Cudownie wyglądasz, moja droga! – zachwycała się nieszczerze Harriet Pigley, zajmując miejsce na sofie.

Nora umościła się tuż obok. Ich rozłożyste barwne spódnice (odpowiednio w kolorze pąsowym i soczyście zielonym) leżały przed nimi jak kwiaty.

Harriett nabyła irytującej maniery przedłużania samogłosek, nie mówiła tak wcześniej, i Nora uznała, że musiała gdzieś to podchwycić. W fotelach zasiadły Frances Grange oraz Mortima Spencer, która nigdy nie należała do dziewcząt bliskich Eleanor, lecz obecnie była najserdeczniejszą przyjaciółką Harriet.

– Kathryn się spóźni – oświadczyła Grange, jej głos jak zwykle był nosowy. Ścisnęła gorset w pasie tak bardzo, że jej talia mieściła się w dwóch dłoniach. Suknię w morskim kolorze miała suto ozdobioną koronką. Splotła dłonie na podołku niczym grzeczna uczennica. Czekały jeszcze na Kathryn Morton, której również Eleanor nie zaliczała do bliskich sobie osób, ale Frances nalegała na jej obecność, młoda panna Morton miała bowiem niedługo zostać jej szwagierką.

Rozmowa toczyła się gładko, jako że banalne tematy nigdy nie sprawiały damom większych problemów. Eleanor z niemałą satysfakcją odkryła, że te kobiety tak naprawdę ciągle są jednak podlotkami z pensji, a arytmetyka i francuski wciąż nastręczają im trudności. Mortima Spencer, wyblakła blondynka w pastelowym różu, nie wystękała wypowiedzi dłuższej niż: „ależ tak”, „ależ nie” czy „skądże znowu”. Co rusz sięgała po filiżankę i sączyła kawę malutkimi łyczkami. W przeciwieństwie do niej pozostałe mówiły jedna przez drugą. Frances zgrabnie wplatała francuskie słówka, sądząc, że dzięki takiemu zabiegowi dodaje konwersacji klasy. Eleanor słuchała ich rewelacji z uwagą, zapamiętując z niej jak najwięcej, aby pamiętać przy kolejnych spotkaniach. W pewnej chwili siedząca obok Harriet chwyciła dłoń Nory w swoje suche, chłodne palce i trzymała ją przez cały czas. Zgrabnie poruszyła kwestię wdowieństwa.

– Nawet nie jestem w stanie wyobrazić sobie, co musiałaś przeżywać! – rzekła nieco płaczliwie.

– Tak, to było straszne – odpowiedziała Eleanor matowym głosem. – Najgorsze, co mnie w życiu spotkało. Przez moment czułam się tak, jakby cały mój świat się zawalił.

Frances westchnęła głęboko i sięgnęła po swoją kawę.

– Całe szczęście, że zdołałaś się podźwignąć po tej tragedii. To musiał być dla ciebie wstrząs!

Nora odpowiedziała coś smętnym tonem, co wywołało, niczym efekt domina, falę kolejnych rzewnych westchnień.

Przyszła panna Morton, roztaczając wokół siebie duszną woń róż. Miała miłą twarz i gęste czarne włosy zebrane w wysoki kok. Włożyła jasnożółtą sukienkę, w której wyglądała jak kanarek. Jej wyczekiwane przybycie uwolniło Eleanor od obowiązku ronienia łez za Henrym. Nastąpiła fala kolejnych cmoknięć w powietrze i Nora już mogła polecić Valancy przynieść więcej kawy i jeszcze jedną filiżankę.

Wizyta ciągnęła się przez godzinę, rozmowy dziewcząt dotyczyły wyłącznie plotek oraz mody. Ta czcza gadanina działała Norze na nerwy, jednak niczego nie dała po sobie poznać. Z miłym uśmiechem kazała podać kremówki, a Kathryn mogła zacząć opisywać projekt swojej sukni ślubnej, której co prawda jeszcze nie uszyto, ale stanie się to już niebawem. A suknia z pewnością będzie cudowna.

Eleanor męczyła się przy tej beztroskiej paplaninie. Nie skomentowała swego rozczarowania lekturą Trilby, gdyż miała wrażenie, że jej towarzyszki raczej niewiele czytają. Nie licząc rubryki towarzyskiej londyńskiego „Timesa”. Zapewne gdyby podzieliła się z nimi uwagami odnoszącymi się do literatury, gapiłyby się na nią jak kury. Podjęła ich grę, trajkocząc bzdurki, plotkując i zaśmiewając się z niczego. Zrobiło się całkiem miło. Wreszcie dziewczęta powstały i głośno zaczęły żegnać się z Norą.

– Pyszne ciastka, moja droga! – oświadczyła Frances, odkładając talerzyk na blat.

– Zapraszam z rewizytą – rzuciła Kathryn. – Mamusia będzie zadowolona, mogąc cię poznać. Chodziła z lady Josephine Hardinge do szkoły. Były serdecznymi przyjaciółkami. Mamusia kiedyś gościła w Indiach na jej zaproszenie...

– Henry, mój mąż, nigdy o tym nie wspominał. Musiało być to dawno temu. W naprawdę odległych czasach, skoro nie zostaliście zaproszeni na nasz ślub.

Nora uśmiechnęła się, Kathryn również.

– Przyjdź w przyszłym tygodniu – odparła panna Morton tonem słodkim jak zapach oleandrów. – Mamusia przyjmuje we wtorki. Będziemy zaszczycone.

Wreszcie wyszły, Ayati pozbierała serwis, a Nora opadła na obitą białym brokatem kanapę.

Valancy przysiadła na fotelu nie tak dawno zajmowanym przez Mortimę. Podała Eleanor zaklejoną kopertę.

– Był Lennox – rzekła. – To następny list od pani Rosemary. Prosił, by przekazać.

– Dziękuję, Lancie, jesteś kochana.

Nora chwyciła list w palce, lecz nie otwierała. Obróciła kopertę w dłoniach.

– Nie męczy cię mieszkanie w hotelu? – zagadnęła z uśmiechem. Valancy wzruszyła ramionami. – Myślałam, by zakupić tutaj posiadłość.

– Masz już posiadłość w Norfolku.

– Ach, skądże znowu – zabrzmiała jak Mortima. – To posiadłość Calthorpe’ów. W gruncie rzeczy należy do Williama. To on jest oficjalnym spadkobiercą ojca, nie ja. No i teraz mieszka tam cioteczka. A ja chciałabym mieć coś swojego. Coś należącego tylko do lady Hardinge.

Eleanor przytuliła Purkoya, którego trzymała na kolanach i delikatnie głaskała. Siedziała właśnie na miękkiej sofie, naprzeciwko niej, w fotelu, miejsce zajął Francis Lennox. Przedstawiał oferty wystawionych na sprzedaż posiadłości. Nie było ich znowu tak wiele, poza tym sam dokonał weryfikacji, biorąc pod uwagę fundusze lady Hardinge. Wreszcie wybrał ledwie kilka i teraz monotonnym głosem opowiadał o tym, czego się dowiedział.

Nora słuchała w milczeniu, ale jej myśli krążyły wokół zupełnie innych spraw, tak naprawdę dochodziło do niej może co piąte słowo.

Sięgnęła po stojącą na stoliku obok filiżankę i przyłożyła ją do ust. Purkoy gniótł spódnicę na jej kolanach, szukając wygodnego dla siebie miejsca. Eleanor gładziła go po miękkim łebku. Filiżanka okazała się zupełnie pusta.

– Co pani sądzi, lady Hardinge? – zakończył Lennox uroczystym tonem i wbił w swą lady wyczekujące spojrzenie.

– O czym?

– O przedstawionych ofertach, rzecz jasna. Jak je pani znajduje?

Przyjrzała mu się uważnie, jakby spotkali się pierwszy raz w życiu. Dotąd zwykła uważać go za starego człowieka, pewnie dlatego, że pracował dla jej ojca, a papa otaczał się wyłącznie samymi starcami. Pomyliła się jednak w swym osądzie. Francis Lennox był jeszcze dostatecznie młody, by interesowały się nim kobiety i był, och... Eleanor nie powinna myśleć tak o własnym sekretarzu, ale na Boga – był całkiem atrakcyjnym mężczyzną. W ten miły dla oka, pociągający sposób, w jaki mogą być atrakcyjni dojrzali mężczyźni, ci w sile wieku. Miał ciemne włosy, ostre rysy twarzy i spojrzenie, z którego na ogół nie dało się nic odczytać. Tak naprawdę nic o nim nie wiedziała, bo rozmawiali jedynie o niej, a ściślej mówiąc – o jej majątku, o jej kopalniach, o jej posiadłości w Norfolku i o jej problemach z Roderickiem Hardinge’em. Jej pełnomocnik natomiast był zagadką. Uśmiechnęła się.

– Sama nie wiem – odrzekła roztargniona. Lennox uniósł brwi.

– Nie słuchała pani tego, co mówiłem?

Zrobiła smutną minkę. Purkoy spojrzał na swoją właścicielkę z wyraźną przyganą.

– A co ty uważasz za dobry wybór, Lennox? Sam wiesz, nie mam głowy do interesów...

Westchnął, ale nie skomentował jej słów. Nigdy tego nie robił.

– Jedna z nich nie wymaga remontu. Jeżeli nie przeszkadza pani mieszkanie w domu urządzonym inną ręką, to oferta jest całkiem rozsądna.

– Ach tak? Możesz powiedzieć coś więcej?

– Zgrabny dworek w zacisznym miejscu. Ogród trochę zaniedbany, ale gdyby pani zdecydowała się na zdolnego ogrodnika, może to się zmienić. Choć sądzę, że nawet Bharat nada się do uporządkowania tych roślin. Jak już to wcześniej mówiłem. – Jednak nie mógł darować sobie drobnej złośliwości.

Nora uśmiechnęła się słodko.

– Dworek w zacisznym miejscu brzmi bardzo zachęcająco.

– Cóż, od śmierci ostatniej właścicielki zupełnie nikt się nim nie zajmował... Z tego, co wiem, jest kilku zainteresowanych. Ale proszę się nie zamartwiać – dodał szybko – złożymy najlepszą ofertę, oczywiście w granicach rozsądku. Dbam o pani fundusze. Pozwoliłem sobie policzyć koszty każdej z nich i mimo wszystko, ta wydaje się najbardziej odpowiednia dla pani. Na taki wydatek może sobie pani pozwolić. Jest pewna posiadłość o podobnej lokalizacji, ale niemal dwukrotnie droższa. Osobiście odradzałbym. Oczywiście jeżeli sobie pani tego życzy, lady Hardinge, możemy wybrać się tam i obejrzeć te posiadłości.

– Gdzie znajduje się dworek?

– W Dulwich.

– Aha – odparła Nora. Rozparła się wygodnie na oparciu. – Powiedz mi jeszcze, Lennox, co z tą poprzednią właścicielką? Wspomniałeś o tym, że umarła?

– Istotnie. Była bardzo młoda. Podobno Włoszka, chociaż nie jestem pewien.

– Nie miała rodziny? Męża, rodzeństwa? Dzieci? Nie chcę, by ktoś nagle pojawił się w progu i zażądał ode mnie zwrotu domu.

– Nic mi o tym nie wiadomo. Po jej śmierci nikt nie zajął posiadłości, nikt się o nią nie upomniał, wobec czego uznano, że zapewne nie ma dziedzica.

– Jak umarła? – zainteresowała się nagle Nora.

– Znaleziono ją martwą za miastem. Tam, gdzie rozciąga się las. Nieciekawe miejsce, jeśli mam być szczery. Rozumiem, że jest pani zainteresowana kupnem, lady Hardinge?

– Jak najbardziej, Lennox. Załatwisz to, prawda?

Pełnomocnik skinął lekko głową, po czym wstał i nieodprowadzany, udał się do wyjścia.

ROZDZIAŁ IV

W pracowni krawieckiej domu towarowego Harrods było nieznośnie duszno. Eleanor stała na podwyższeniu i krytycznie patrzyła na swoje odbicie. Dokoła niej krążył nerwowo pan Rusby, którego Nora wybrała na swego krawca; prócz niego, otaczała ją cała gromada pomocnic sklepowych. Gdyby tylko skinęła od niechcenia ręką, dziewczęta te natychmiast pobiegłyby po wszystko, czego by potrzebowała. Stały wokół klientki i osłaniając usta dłonią, szeptały coś do siebie. Nora miała nadzieję, że w ten sposób wyrażają swój zachwyt nad kreacją. Pan Rusby chudymi dłońmi nanosił ostatnie poprawki.

Pod ścianą ustawiono puchatą sofę. Valancy zajęła na niej miejsce i raczyła się podaną właśnie przez jedną z pomocnic herbatą. Tuż obok niej przycupnęła Ayati, z zachwytem w oczach rozglądając się po pomieszczeniu. Czasami Eleanor spotykała się w lustrze ze wzrokiem dziewczynki.

Suknia była już prawie gotowa, miała warstwową, obfitą spódnicę i dopasowany gorset. Ramiona aż do nadgarstków zakrywała gęsta koronka, a wykończenie dekoltu Nora zażyczyła sobie z jedwabiu. Wybrała pąsową barwę materiału, nie chcąc, by suknia ją przytłoczyła.

Przyszła ekspedientka, zaproponowała szampana, ale zarówno Valancy, jak i Eleanor odmówiły, wobec tego wróciła za dziesięć minut, prezentując różne dodatki.

– Nie potrzebujesz nowych rękawiczek? – zagadnęła Nora swą damę do towarzystwa. – Myślę, że Ayati zasługuje na jakąś błyskotkę.

Valancy westchnęła ciężko i przeciągle; czasami tak czyniła, odkąd Eleanor zrobiła się za stara na strofowanie. To był wyraz jej rozczarowania i delikatne napomnienie, że tak nie wypada. Pani Potter nie uważała za dobre pobłażania młodziutkiej służącej. A jednak Nora przepadała za dziewczynką, którą znalazł i przygarnął Henry, ale to ona ją uratowała...

– Czy to konieczne?

– Tak, Lancie – odparła Nora. Przeniosła wzrok na pana Rusby’ego. – Czy już się zbliżamy do końca?

– W zasadzie już koniec, lady Hardinge. Proszę przyjrzeć się swemu odbiciu. Czyż kreacja pani nie zachwyca?

Pokiwała z uznaniem głową, kręcąc się w różne strony. Wszystko było tak, jak sobie wyobraziła. Widziała do tej sukni misternie upiętą fryzurę, wysoko uniesioną nad czołem. Na jedno ramię mógłby spływać pojedynczy lok. Do tego założyłaby kolczyki z pereł, prezent ślubny od kogoś, nie pamiętała już, od kogo konkretnie. Dekolt pozostawi nagi. Nie nazbyt wiele błyskotek, to wulgarne. Równocześnie miała zamiar uwodzić, lecz tylko trochę. Nie zanadto. Być mieszanką skromności oraz frywolności.

– Panie Rusby, pańska praca przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Nie mam słów.

Krawiec rozpromienił się i zaczął zapewniać, że pięknej kobiecie pięknie jest we wszystkim, dlatego Nora obstawała przy swoim. Wkrótce to wzajemne komplementowanie zmęczyło ich oboje.

– Może się pani przebrać.

– Świetnie.

Jedna z pomocnic zaprowadziła Norę do przebieralni i pomogła jej z sukniami. Eleanor nie nałożyła tego dnia niczego strojnego. Nie miała ochoty na nadmierne przyciąganie uwagi. To miał być jej ostatni taki zakup przed zajęciem się nowym domem, dlatego trzymała swoje pragnienia na wodzy i nie uległa pokusie zakupu beli dobrej satyny, z której mogłaby kazać uszyć sobie bluzkę z falbaniastym żabotem.

A jednak bardzo potrzebowała tej sukni, nowej wyjściowej toalety, którą miała zamiar oczarować towarzystwo w operze. Helen nie zdradziła co prawda, w co się ubierze, lecz Nora czuła, że musi odróżnić się od hrabiny tak bardzo, jak tylko da radę.

Wróciła do pracowni. Ayati przebierała w trzymanej przez ekspedientkę szkatułce, wahając się między niewielkim pierścionkiem a broszką. Nora podeszła do niej.

– Na twoim miejscu wybrałabym pierścionek – powiedziała, gładząc dziewczynkę po drobnym ramieniu.

Za sobą usłyszała delikatne chrząknięcie.

Valancy podeszła do niej ze skonsternowaną miną. Rąbek jej granatowej spódnicy wlókł się po kosztownym dywanie.

– Coś się stało?

Dama wyciągnęła rękę i podała Norze list.

– Przyszedł posłaniec od Lennoxa. Był w hotelu, ale powiedziano mu, że jesteśmy tutaj. Francis otrzymał wiadomość wczoraj. Nie wiem, skąd znali jego adres, ale...

Urwała w odpowiedzi na jedno spojrzenie Eleanor. Lady Hardinge zamknęła kartkę w dłoni i rzekła oschle:

– Zapłać za ten drobiazg, Ayati, i wybierz sobie nowe rękawiczki, dobrze? I każ do wieczora przysłać suknię do apartamentu. To wszystko, Valancy. Potrzebuję spokoju.

Odeszła w głąb pracowni, pomiędzy bele z jedwabiami, satyną i muślinem. Panowała tutaj cisza i spokój, w dodatku niespodziewany chłód, rześkość tak różna od duchoty głównej sali. Nie było wścibskich spojrzeń panien sklepowych, które popatrywały na nią na poły z zachwytem, na poły z zazdrością. Nie było natrętnego pana Rusby’ego z jego krawieckim centymetrem. Nie było również wzdychającej, wiecznie zamartwiającej się czymś Valancy.

Nora w końcu była sama.

Rozłożyła złożoną na cztery kartkę, arkusik pokryty był niedbałym pismem. Nie miał nagłówka, daty, nawet podpisu prócz inicjałów. To nie był list. To był zwykły śmieć.

Z przyjemnością dowiedziałem się, że ani trochę nie zmądrzałaś od naszego ostatniego spotkania. To dobrze. Słyszałem, w jaki sposób spędzasz żałobę. Nie żałuj sobie, mon amie. Baw się, romansuj, korzystaj ze swych pieniędzy, póki możesz. Z radością przyjmę wieści o twoim kolejnym bękarcie. Liczę, że tym razem zaprosisz nas na chrzest. Tymczasem przesyłam pozdrowienia od starego barona Younghama; wspomina, jaka byłaś wyborna. Myślę, że ten stary buhaj za tobą tęskni, porównując cię ze swoją obecną dziwką. Być może niebawem spotkamy się na londyńskich salonach. Wyglądam tej chwili. Nie masz pojęcia, jak bardzo pragnę ujrzeć cię in flagranti.

RH

Nora ze złością zacisnęła dłoń, gniotąc w niej kartkę. Spostrzegła, że trzyma oddech uwięźnięty w płucach, odetchnęła głęboko. Chciało jej się szlochać. Nie mogła jednak tego uczynić; nie miała zamiaru płakać publicznie. Zagryzła mocno usta, aż począł jej drżeć podbródek. Przymknęła oczy. Stała tak przez chwilę, pozwalając, by złość wychodziła z niej przez każdy por skóry. Gdy otworzyła oczy, były zupełnie suche. Przeszła się dalej, wchodząc jeszcze głębiej między bele materiałów. Muskała je delikatnie koniuszkami palców. Czuła się pusta w środku; dziwne. Oczekiwała po sobie raczej gniewu, ale gdy tylko zmięła list, złość jakby z niej uleciała, ale nic jej nie zastąpiło. Doszła aż do ściany i zatrzymała się. Roderick tutaj? Niemożliwe. Nie zostawiłby Indii ani tym bardziej swojej farbowanej żony. Gdyby z kolei wziął ją do Londynu, jakimś cudem, na salonach byłby skończony, prowadząc pod ramię szanghajską kurtyzanę. To się nie godzi. W dodatku, gdyby zaczął opowiadać historie o tym, co wydarzyło się w Kalkucie... Komu socjeta uwierzy? Uroczej, niewinnej wdowie czy skandaliście? Zwłaszcza jeżeli urocza i niewinna wdowa będzie miała za sobą ważnych przyjaciół. Już wkrótce. To ona będzie górą, nie Roderick, choćby miała posunąć się do ostateczności. A granice w jej przypadku były postawione doprawdy daleko. Wciąż miała pieniądze, miała pozycję i miała swój mało znaczący tytuł lady. Wreszcie – miała nawet swoje ciało. Miała do zaoferowania niezgorszy arsenał.

W zasadzie, skoro tak wygląda sytuacja... Szwagier powinien ją odwiedzić. Koniecznie z „lady” Penelope, tą wymalowaną blond lalką. Wprowadzić ją na salony. Od razu się skompromitują. Arystokratki mają do tego nosa. Roderick będzie skończony. Nikt nie uwierzy na słowo człowiekowi przedstawiającemu ladacznicę jako własną małżonkę. Nikt nie uwierzy mężczyźnie szargającemu opinię nienagannej i ułożonej damy. Jeśli Hardinge jest tak odważny, by straszyć ją wspomnieniami o Younghamie i o innych jej kochankach, niech ośmieli się przybyć tutaj i właśnie na tutejszych salonach skonfrontować się z Eleanor. Niech się ośmieli. Nora roześmiała się głośno. W wyobraźni porównała się z tą przebrzydłą ladacznicą. Różnice widać na pierwszy rzut oka. Roderick wyjdzie na głupca. Podarła liścik na strzępy, a jej głośny śmiech przetoczył się pomiędzy belami materiałów.

– Lady Hardinge...? – Od strony karmazynowych jedwabiów zbliżała się jedna ze sklepowych pomocnic, a jej czarna spódnica furkotała wokół kostek. – Czy mogę w czymś pomóc?

– Tak, panienko – odparła wyniośle Nora. Bezceremonialnie opuściła na dłoń dziewczyny pozostałości po liście. – Znalazłam między waszymi materiałami te śmieci. Nie mam pojęcia, co tam robiły ani jak długo tam leżały. Nic nie powiem o tym panu Rusby’emu, jeśli natychmiast się ich pozbędziesz.

Pracownica pobladła.

– Natychmiast, moja pani.

Nora przytaknęła i wolnym krokiem wróciła na salę. Valancy i Ayati czekały na nią przy wyjściu.

– Wybrałaś sobie nowe rękawiczki? – zagadnęła Nora, przybierając na twarz radosny uśmiech. Skinęła dłonią w stronę dziewczynki. – Pokaż.

W antrakcie Helen Bulwer wzięła Eleanor pod rękę i obie weszły do foyer. Hrabina zdjęła dwa wysmukłe kieliszki z tacy trzymanej przez wyprostowanego kelnera; jeden z nich wręczyła Norze. Po chwili obydwie poczuły na językach ukłucia bąbelków.

– Damy spoglądają na twoją suknię. – Głos hrabiny wyrwał Eleanor z rozmyślań. Zaśmiała się.

– Doprawdy? W takim razie damy nie mają nic ciekawszego do obserwacji.

Sunęły przez hol opery powoli i z gracją. Szelest ich obfitych spódnic ginął w szumie setek głosów. Hrabina czasami przystawała i wymieniała uprzejmości. Dzięki temu Nora została przedstawiona całej masie osób z jej sfery, wycałowana z daleka w obydwa policzki i komplementowana na potęgę za powab, wdzięk i młodość. Gdy tylko oddalały się od dotychczasowego rozmówcy, hrabina Bulwer szeptała zapamiętale:

– Margaret Goodwin podobno zwolniła trzy pokojówki i lokaja, bo w jej domu ciągle pojawiają się karykatury z nią i z lordem Thorne’em – zawiesiła na moment głos – w wiadomych pozycjach. Zawsze uważałam ją za świętoszkę, a tu taki skandal! Ciekawe, co na to wszystko lord Goodwin? Spójrz Rosamund i William Ulsterowie, niby pokazują się razem, ale ich małżeństwo wisi na włosku. Stary Ulster ma kochankę, właściwie niejedną, każdą utrzymuje na podobnym poziomie jak własną żonę. Wyobrażasz to sobie? Rosamund czuje się urażona. Och, spójrz tam! – Hrabina z trzaskiem rozłożyła wachlarz ozdobiony pokaźną koronką i delikatnie wskazała głową na zbliżającą się ku nim starszą parę – Mortonowie! Noro, moja droga, znasz lorda Thomasa i jego żonę, lady Clementine?

Eleanor stanęła oko w oko z rodzicami Kathryn Morton, tej bezmyślnej lalki, która nie tak dawno raczyła się kawą u Nory. Teraz przyszło Norze znosić arogancki grymas na twarzy lorda Mortona i źle skrywaną ciekawość przezierającą z wyłupiastych oczu jego żony. Opadła w płytkim dygnięciu.

– Och, więc to pani jest żoną Henry’ego! – stwierdziła lady Clementine, przyglądając się jej uważnie. Córka była do niej podobna, chociaż po ojcu odziedziczyła czarne włosy.

– Właściwie jestem wdową – odparła Eleanor, rozkoszując się dźwiękiem i wymową tego określenia. Posłała damie smutny uśmiech. – Henry zmarł po krótkiej i wyczerpującej walce z cholerą.

Lord Morton udał, że złapał go kaszel.

– Znałam pani teściową. Kiedyś zaprosiła mnie nawet do Indii – ciągnęła niezrażona Clementine.

– Lady Josephine słynie ze swojej gościnności. Sama jej doświadczyłam, a teraz chce, by doświadczył jej także mój syn. A jak pani znajduje Indie, lady Morton? – zapytała, nie słuchała jednak wynurzeń; spoglądała na usta pani Morton i myślała o tym, że dama formułuje w nich okrągłe słowa i wypluwa z siebie jedno za drugim. Nie obchodziła jej ich opinia o niej – skoro stara pani Hardinge jest darzona przez to małżeństwo tak wielką sympatią, to ona, Eleanor, nie ma co liczyć na ich przyjaźń.

– Nie będziemy was dłużej zatrzymywać. – Lady Clementine złapała Norę za przedramię. – Musi pani do nas wpaść, koniecznie. Kathryn napisze do pani zaproszenie. Liczymy na ciekawe historie o tym, co robiła pani w Indiach!

– Koniecznie – powtórzyła Eleanor na pożegnanie. Helen rozpoczęła swoją wędrówkę od nowa.

– Ta ich Kathryn ma niebawem poślubić młodego Grange’a, starszego syna lorda Alberta. Moim zdaniem dziewczyna nosi się bardzo wyzywająco. O, pod ścianą stoi Edith Pigley. Zeszłego lata rozwiodła się ze swoim mężem. Podobno przyłapał ją na całowaniu stajennego!

Eleanor zachichotała, zasłaniając usta dłonią. Przystanęły przy kolejnej tacy z szampanem. Tym razem Nora odmówiła. Hrabina Bulwer pociągnęła ją dalej, trzymając pod rękę i szepcząc gorączkowo.

– Z kolei ci dwaj dżentelmeni raczący się trunkiem nieopodal drzwi to William Gardner, baron Rackville, oraz George Moubray, hrabia Harthram. Członkowie Izby Lordów, jedni z najważniejszych parów w kraju. Zwłaszcza pan hrabia. Często goszczą w operze. Wspierają sztukę... I artystów.

– Czy raczej artystki.

Helen zaśmiała się przez nos. Rozejrzała się po jasno oświetlonej sali.

– Gdzieś tu powinna kręcić się baronessa. Paskudne z niej babsko.

– A hrabina też tutaj jest? – zainteresowała się Nora.

– Raczej nie. Biedaczka – Helen Bulwer westchnęła teatralnie – zapadła ostatnio na suchoty. To oczywiście tajemnica poliszynela. Isabel Moubray zawsze była wątłego zdrowia i miała słabe płuca, ale jej matka urodziła dziesięcioro dzieci, w tym sześciu synów, a babka podobno aż dwanaścioro! W dodatku każde przeżyło.

Eleanor nie widziała w tym żadnego sensu.

– Co to ma wspólnego z...?

– Ach, skarbie, zawsze zapominam, że przebywałaś w Indiach i nie wiesz nic o naszym małym kółeczku! Hrabia Harthram niebawem dobiegnie pięćdziesiątki, jak sama widzisz, a nie ma dziedzica. I nigdy go nie miał. Obecna hrabina jest jego drugą żoną. Zapewne liczył, że okaże się płodna niczym królica, po takich przodkiniach. A tu nic z tego! – Helen zacmokała i pokręciła głową. – Poprzednia żona przeżyła z nim piętnaście lat i nie dała mu nic a nic. Żadnych nadziei. Z Isabel przynajmniej ma córkę. Rzecz jasna to wcale nie jest dla niego rozwiązanie, córka. Hrabia nie ma komu pozostawić tytułu ani majątku, a z tego, co wiem – nachyliła się poufale – na niczym nie zależy mu bardziej niż na synu. No cóż, nawet władcy świata nie mogą mieć wszystkiego. Chodź, kochanie, przejdziemy do saloniku dla dam. Nie miałabyś ochoty uraczyć się papierosem?

– Może zapoznałybyśmy się z hrabią i baronem? – zaproponowała Nora, przystając. Rozłożyła ramiona w geście bezradności. – Wybacz, Helen, ale jestem nowa w waszym towarzystwie i potrzebuję licznych znajomości. W przeciwnym razie nie będę miała kogo zapraszać na herbatę.

– No dobrze – hrabina Bulwer westchnęła i ruszyła ku dwóm starszym dżentelmenom, po drodze kłaniając się innym znajomym.

„Płodna niczym królica” – przypomniała sobie uwagę hrabiny Nora. Już kiedyś słyszała to określenie, ale wtedy jako obelgę, nie nabożne życzenie bezdzietnej pary. Idąc u boku Helen, z przyklejonym do ust uśmiechem, przeniosła się myślami do Indii.

Do posiadłości Hardinge’ów, konkretnie – do mniejszego salonu. Tego, który przylegał do biblioteki. Na ścianach wisiały obrazy w ciemnych ramach. To był salon Henry’ego, wpuszczał ją do niego tylko wtedy, gdy miał do niej sprawę. Tak jak wówczas.

Przekroczyła próg pokoju wyraźnie wylękniona, lecz Hardinge nie zwrócił na to uwagi. Kazał usiąść w obitym adamaszkiem fotelu, a sam krążył po pokoju jak sęp. Drugi fotel zajmował Roderick. I wyglądał na urażonego.

– Nie sądziliśmy, że będziesz płodna jak, jak... jak jakaś królica! – tak dokładnie brzmiały wówczas słowa jej męża, pełne obrzydzenia i jadu. Nawet na nią nie spojrzał.

Nora nie miała wtedy jeszcze dwudziestu lat. Była młoda, głupiutka i zakochana na dodatek. Odkąd wyszła za mąż, a on nią wzgardził, a jego brat się nią zachwycił, uznała to za miłość i ulegała Roderickowi pokornie i z czułością. Henry nie miał nic przeciwko. Ona wtedy też nie. Gdy okazało się natomiast, że Eleanor jest po raz trzeci w ciąży, po raz trzeci lord Hardinge nie pozwolił jej dziecka urodzić. Chociaż miałoby w sobie krew Hardinge’ów. Sam ten pomysł budził w nim złość. Nora nie znała innego człowieka, który nie radowałby się z płodności żony.

„Przecież to był Henry” – pomyślała nagle. Czego miałaby się po nim spodziewać? Nawet jej nie dotknął ani razu. Wedle prawa, przed narodzinami Williama, jego dziedzicem był młodszy brat i Hardinge pragnął, by tak pozostało. Nora nie była mu do niczego potrzebna, Henry pragnął wyłącznie jej majątku, który miał mu przypaść po śmierci teścia. Niczego więcej od niej nie chciał – towarzystwa, miłości, dzieci. „No tak. Henry miał własne rozrywki”. Nora otrząsnęła się z tego wspomnienia.

Jej przyjaciółka dokonywała oficjalnej prezentacji, Eleanor dygnęła więc płytko przed mężczyznami i wyciągnęła dłoń do pocałowania.

– Jestem zaszczycony, lady Hardinge – rzekł Gardner, obdarzając ją uprzejmym uśmiechem.

Niezbyt wysoki i chudy, przypominał jej charta afgańskiego, ale na pierwszy rzut oka wydawał się spokojnym i spolegliwym człowiekiem. Bawił się nóżką kieliszka, kręcąc nim w palcach.

Spojrzała w stronę hrabiego. Był w sile wieku, okresie, który przydaje mężczyznom atrakcyjnego rysu. Nieco starszy od swego towarzysza, o wiele wyższy od niego i nie tak wychudzony. Płowe włosy zaczesał gładko do tyłu. Rzymski profil dodawał mu godności. Spoglądał na nią spod wpółprzymkniętych powiek i sprawiał wrażenie znudzonego. To nic. Zwróciła uwagę na kosztowność jego stroju, a na tym akurat się znała. Na wzory wyhaftowane złotą nicią. Na spinkę do krawata, na sygnet. Na materiał ubrań. W przypadku tego człowieka tytuł szedł w parze z majątkiem, co w wyższych sferach wcale nie zdarzało się zbyt często.

– Enchanté – powiedział George Moubray po przyłożeniu ust do jej palców. Nie uśmiechnął się.

– Moja droga przyjaciółka zupełnie niedawno przybyła do nas prosto z Indii – oświadczyła Helen, uśmiechając się delikatnie. – Zna tu niewiele osób. Liczymy, że panowie pomogą drogiej lady Hardinge znaleźć przyjaciół.

– Oczywiście – odpowiedział baron. – Łaskawa pani zawsze może liczyć na naszą pomoc.

– Doprawdy? Zawsze? – upewniła się Nora żartobliwym tonem, popatrując to na jednego, to na drugiego. – Mogę liczyć, że w razie opresji przybędą panowie na moje wezwanie?

– Czyż nie tego wymaga się od dżentelmena? Niezwłocznie przybędziemy z pomocą. Proszę pokładać ufność we mnie i w hra...

– Czyżby nie mogła pani liczyć na opiekę lorda Hardinge’a? – Moubray wszedł swemu przyjacielowi w słowo. Wykrzywił kąciki ust w uśmiechu, ale nie wyglądał na rozbawionego. Nie znosił towarzystwa dam albo był znużony. Albo przyszedł tu tylko po to, by oglądać aktoreczki.

Nora wyprostowała się i nieznacznym gestem pozwoliła sobie pociągnąć przód sukni, by dekolt obniżył się delikatnie, może o pół cala, nie więcej. Zwilżyła dyskretnie usta czubkiem języka.

– Obawiam się, że nie, hrabio – odparła z westchnieniem. – Lord Hardinge ma obecnie dwa lata. Jest nim mój syn.

Ostatnie słowo wypowiedziała z leciutkim naciskiem.

– Ach, więc jest pani wdową! – Baron nawet nie starał się być błyskotliwy. Spojrzała na niego ze zdziwieniem.