Dama - Dagmara Andryka - ebook + audiobook + książka

Dama ebook i audiobook

Dagmara Andryka

4,5

Opis

Anna Maria Kier, była warszawska policjantka stopniowo odkrywająca niebezpieczną rodzinną historię, i Wanda Lechicka, specjalistka od cyberprzestępczości, niezbyt radząca sobie w życiu offline - ten silny kobiecy duet zakłada agencję detektywistyczną, która podejmuje się najtrudniejszych zadań. Każdy tom jest osobną zagadką kryminalną, której wątki przeplatają się z prywatnym życiem bohaterek. "Dama" to trzeci po "Królu" i "Asie" tom tetralogii "Anna Maria Kier". Ostatni tom, "Walet", jest w przygotowaniu. Do agencji detektywistycznej zgłasza się kobieta, której kilka lat wcześniej zaginęła córka. Matka podejrzewa byłego męża, ponieważ dawniej znęcał się nad rodziną, a tuż po zaginięciu dziecka obnosił się z dużą gotówką. Niczego mu wtedy nie udowodniono, teraz jednak pojawił się kolejny ślad - znalazły się klucze, które feralnego dnia były w wózku dziewczynki. Śledztwo jest trudne, powrót do przeszłości nie daje żadnej odpowiedzi, dopóki… nie dochodzi do zniknięcia kolejnego dziecka.

Dagmara Andryka- z wykształcenia filozof oraz absolwentka studiów podyplomowych w Instytucie Literatury Polskiej na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Pisarka, scenarzystka, autorka opowiadań. Zadebiutowała świetnie przyjętą powieścią "Tysiąc", która rozpoczęła trylogię kryminalną z dziennikarką Martą Witecką w roli głównej. W 2019 r. trzecia część cyklu, "Tajemnice Mille", została nominowana do Grand Prix Festiwalu Kryminalna Warszawa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 278

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 29 min

Lektor: Paulina Holtz

Oceny
4,5 (66 ocen)
40
17
9
0
0
Sortuj według:
ewkaj

Nie oderwiesz się od lektury

Każda kolejna część serii lepsza od poprzedniej."Dama " to dobra powieść- kryminał,polecam.
20
ewakurz

Nie oderwiesz się od lektury

wciągająca hak wszystkie części! polecam
10
Zuzela84

Dobrze spędzony czas

Ta część jest zdecydowanie najlepsza ;) A audiobook w wykonaniu pani Holtz naprawdę dobry!
10
Mara1980

Nie oderwiesz się od lektury

Lepsza od Króla i Asa. Z niecierpliwością czekam na kolejną część.
00
kamaft

Nie oderwiesz się od lektury

Genialna seria, z niecierpliwością czekam na kolejny tom
00

Popularność




Copyright © Dagmara Andryka, 2022

Projekt okładki

Mariusz Banachowicz

Zdjęcia na okładce

© Aviz/Pexels

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Aneta Kanabrodzka

Korekta

Marta Wilińska

Sylwia Kozak-Śmiech

ISBN 978-83-8295-409-8

Wszelkie podobieństwo do istniejących osób

i zdarzeń rzeczywistych jest przypadkowe.

Warszawa 2022

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

CZĘŚĆ 1

ROZDZIAŁ 1

Kiedyś je zamorduję. – Klaudia Margocka już nieraz mówiła tak w myśli, tym razem jednak rozsierdzona powiedziała to na głos. Patrzyła na swoje dzieci, które mimo wielokrotnego zwracania im uwagi nie reagowały na polecenia. Miała wrażenie, że im bardziej się stara, tym gorzej jej to wychodzi. Maluchy jawnie ją ignorowały, a rosnące rozdrażnienie matki traktowały jak trampolinę do kolejnych wybryków. Były po prostu niegrzeczne, nie mogła dłużej tego wypierać. Nie, nie krnąbrne, inteligentne łobuziaki, tylko niewychowane i rozpuszczone bachory. Koniec z bezstresowym wychowaniem. Bliźnięta to nie dar niebios, lecz przekleństwo.

– Jacek! Agata! W tej chwili do mnie! – krzyknęła, spoglądając na oddalające się jasne główki. Ilekroć odbierała je z przedszkola, uciekały na osiedlową górkę, jakby były wypuszczone z klatki. – Liczę do trzech i idę do domu. Raz!

Dziewczynka przystanęła, ale jej brat nawet nie zwolnił.

– Dwa! – powiedziała ostrzejszym tonem matka, lecz maluchy nawet na nią nie spojrzały.

Nagle Jacek zatrzymał się, uklęknął i pokazał coś siostrze. Dziewczynka zerkała z zainteresowaniem.

– Dwa i pół! – Margocka ruszyła w ich stronę.

Chłopiec podniósł coś z ziemi i przyglądał się znalezisku z zaciekawieniem.

– Rzuć to! – wydała polecenie matka i niemal podbieg­ła do stojących bez ruchu bliźniaków. Szarpnęła za dłoń syna, aż ten upuścił trzymaną w ręce ubłoconą metalową puszkę.

– Co to jest? – Agatka ją podniosła. Po ostatnich deszczach trawa zmieszana z ziemią była dla dzieci zadziwiająco atrakcyjna.

– Nie wiem, skaranie boskie z wami, w domu będzie chlew! Zobacz, jak upaćkałaś buty!

– Tam na pewno jest skarb – wyszeptał Jacek. Wyrwał siostrze puszkę i zaczął nią potrząsać. Ze środka dobiegał stłumiony metaliczny brzęk.

– Dobrze, daj, zajrzę. – Margocka skapitulowała. Sprawnym ruchem odkręciła pokrywkę metalowego opakowania wielkości puszki po coca-coli i wyjęła ze środka skórzane etui. Dzieciom wyraźnie zrzedły miny.

– Mama, co to? – Agatka podrapała się po brodzie, zostawiając na niej błotnisty ślad.

– Zaraz zobaczymy. – Kobieta odsunęła suwak. Z etui wypadły dwa klucze gerda i żółty yale. Do pęku był przyczepiony prostokątny metalowy brelok z wygrawerowanym numerem telefonu. – Pewnie ktoś zgubił. – Ścisnęła znalezisko i rozejrzała się dookoła. Wszędzie wokół piętrzyły się ciasno ustawione bloki.

– Ja chcę skarb… – Jackowi usta wygięły się w podkówkę.

– A ja chcę gwiazdkę z nieba! Bierz Agatkę za rękę i idziemy grzecznie do domu – wydała dyspozycję matka i zagryzła wargę. Co robić? Może zaniesie puszkę do przedszkola i tam ktoś wywiesi ogłoszenie? A co, jeśli nie zgubił jej żaden z rodziców? Klaudii nie chciało się tym zajmować. Kolejny punkt na liście spraw do odhaczenia.

Wzdrygnęła się, bo poczuła chłodniejszy powiew wiatru na policzku. Zasunęła suwak etui i włożyła klucze do puszki. Dzieci stały bez ruchu, wpatrując się w nią uważnie, jakby były w jakimś jury programu rozrywkowego i sprawdzały, co matka zamierza z tym zrobić. Nie, no, cholera jasna! Musi dać im przykład. Dobry przykład.

– Chodźmy do domu! – zarządziła i zawinęła brudną puszkę w reklamówkę po drożdżówkach, po czym wrzuciła ją do trzymanej na ramieniu szarej lnianej torby. Za pół godziny, gdy tylko zdejmie im te zabłocone bluzki, włączy bajkę, a sobie zrobi mocną kawę, wytłumaczy maluchom, jak powinno się postąpić, i zadzwoni pod numer widniejący na breloku.

Dzieci złapały się za ręce i nadzwyczaj grzecznie ruszyły przed siebie. Klaudia poczuła nagle, że zaciska jej się gardło. Odchrząknęła, ale to nic nie dało. Miała wrażenie, jakby ktoś jej przyłożył zimne kleszcze na wysokości krtani.

To dziwne.

Kto na co dzień nosi klucze w puszce?

Wanda Lechicka od dłuższej chwili bezwiednie stukała srebrną obrączką o brzeg wysokiej szklanki po ulubionym latte. Nie zwróciła uwagi na pełną irytacji minę młodej kobiety przy sąsiednim stoliku ani na jej karcący wzrok, gdy co chwila spoglądała znad książki przy głośnym akompaniamencie wypuszczanego powietrza. Od kiedy Król wrócił na Saską Kępę, znowu sporo się działo, co mogła stwierdzić, prowadząc obserwacje z fotela w knajpie vis-à-vis jego domu. Widziała stąd nie tylko posesję prokuratora Księżopolskiego, lecz także jego gości. Rozpoznawała polityków z obu stron sceny politycznej, w tym wysoko postawionych, a teraz z limuzyny wysiadł prezes państwowego koncernu. W uszach zadźwięczały jej słowa sprzed kilku dni: „On za załatwienie takiej posadki w spółce skarbu państwa…, powiedzmy, żonie, z gigantyczną odprawą, może liczyć na więcej niż wdzięczność. Na znacznie więcej”.

Do stolika, przy którym siedziała Wanda, podeszła kelnerka. Śliczna studentka o dużych, błyszczących niebieskich oczach i różowych włosach. Gaja. Dziewczyna chwyciła Wandę za dłoń i mocno ją przytrzymała. Kiedy spotkały się wzrokiem, szepnęła do niej:

– Zaraz stłuczesz tę szklankę. Zabieram ją za bar, a ciebie do domu, okej?

– Jeszcze popracuję! – Wanda wyrwała rękę i niczym automat otworzyła szerzej klapę laptopa. – Może z godzinę, maks dwie – odpowiedziała, tłumiąc złość w głosie. – Znowu dałam kilka ogłoszeń w Internecie, chcę zobaczyć, czy jest jakiś ruch. – Pokazała Gai stronę www.

Kelnerka westchnęła i spytała cicho pojednawczym tonem:

– Wciąż nie macie żadnego zlecenia?

– No właśnie… Ten ostatni rozwód był banalny, zebrałyśmy dowody w niespełna tydzień. Potrzebujemy jakiejś konkretnej sprawy. – Wanda uśmiechnęła się do Gai. Nie lubiła opowiadać o sobie ani o tym, co robi. Na szczęście Młoda nie drążyła tematu. Wystarczała jej pobieżna wiedza o sprawach prowadzonych przez agencję detektywistyczną, którą Lechicka założyła z byłą policjantką Anną Marią Kier i do której ostatnio dołączył stary wyjadacz w tym zawodzie, Ireneusz Piasecki, czyli Piach.

O jej prawdziwym zleceniu nikt nie wiedział, nawet jej młoda kochanka.

Dochodziła siedemnasta, Warszawę zalała fala upałów, a ulice jak zwykle o tej porze wypełniły się ludźmi. Panował wesoły gwar, w powietrzu niosła się radość z powodu zaczynającego się weekendu. Anna, objuczona ciężką torbą, szła Marszałkowską, mijając stłoczone grupki jakichś zbyt, jej zdaniem, szczęśliwych i nadto uśmiechniętych młodych ludzi z kieliszkami prosecco w rękach. Mimo nadchodzącego wieczoru upał nie odpuszczał. Na termometrach wciąż było prawie trzydzieści stopni. Zaraz zemdleję, pomyślała, przeciskając się przez tłum w przejściu podziemnym pod rondem Dmowskiego. Jeszcze kilka kroków. Przyspieszyła, by jak najszybciej znaleźć się w Alejach Jerozolimskich, w mieszkaniu syna i byłego męża. Byłego przyjaciela. Zdrajcy.

Janusz Kier zgodził się na jej warunki i przestał starym zwyczajem się z nią kontaktować. Dla dobra chorego syna, Tristana, udawali przed nim, że wszystko jest w porządku, ale nic nie było w porządku. Ilekroć stawała w progu ich mieszkania, zmuszała się do grymasu przypominającego uśmiech i zaciskała zęby, by z całych sił powstrzymać się przed ucieczką. Tristan, mimo próśb, nie przystał na propozycję matki, by przeprowadzić się do niej. „Matko ma, tu od kilkunastu lat jest mój dom. Po co zmieniać coś, co dobrze działa?”, spytał kiedyś z rozbrajającą szczerością. No właśnie, po co? Przecież nie mogła mu powiedzieć całej prawdy. Nie, raczej nie chciała, bo mogła, ale nie zamierzała się mścić, a tak by to przecież wyglądało.

U Tristana w ubiegłym roku wykryto guza mózgu umiejscowionego tak niefortunnie, że nie nadawał się do operacji. Za chwilę chłopak miał skończyć ostatnią chemię, która jednak nie przynosiła oczekiwanych rezultatów. Najbliższa tomografia miała odpowiedzieć na pytanie, co dalej. Właśnie, co dalej? Tak by chciała zabrać syna na obiecane wakacje do Rzymu. Tak by chciała, by wrócił na studia i do nielicznych znajomych. Tak by chciała, by wyzdrowiał i zaczął normalnie żyć. Chciałaby dać mu wszystko. A raczej za to zapłacić. W końcu to ona była od monetyzowania pragnień.

Na szczęście udało jej się zarobić sporą kwotę na dużych zleceniach, między innymi dla firmy farmaceutycznej i pewnej znanej pisarki, ale ostatnio zaczął ją martwić brak nowych spraw. Wanda namówiła ją na ogłoszenie w Internecie. Może coś się wreszcie ruszy…

Anna przekroczyła otwartą furtkę w ciężkiej, zamykanej na noc mosiężnej bramie kamienicy w Alejach Jerozolimskich i zerknęła na gablotę wystawową schowanego w podwórzu sklepu z markowym obuwiem, kiedyś tak modnym w subkulturze punków. Zatrzymała się i spojrzała na czerwone wysokie buty. Tristan nigdy nie chciał martensów. Nie lubił się wyróżniać, zwracać na siebie uwagi. Wolał wytarte trampki i prenumeratę „Literatury na Świecie”.Cały ojciec, westchnęła ciężko Anna. W szybie gabloty mignęła jej męska twarz, która jakby drgnęła w chwili, gdy podniosła na nią wzrok. Kier zamrugała i wyjrzała za bramę, by przyjrzeć się przechodniom. Miała wrażenie, że kiedyś już widziała tego mężczyznę. A może to przewrażliwienie? Może. Chodnikiem ciągnął tłum. Teraz nikt nie wydawał jej się znajomy.

Gdy dotarła na piętro, Tristan otworzył jej drzwi i zerknął na wypchaną lnianą torbę.

– Matko ma, jeszcze poprzedniej dostawy nie zjedliśmy. – Chłopak skrzywił się i ciężko westchnął. – Tata poszedł do biblioteki – dodał i poczłapał za Anną w kierunku kuchni.

– Wiem – odpowiedziała cicho. Spróbowałby nie wyjść, miała ochotę dodać, ale się powstrzymała. Lepiej, by Tristan nie znał tych nowych, ustalonych pomiędzy nimi reguł.

Wepchnęła do lodówki kolejne słoiki i pudełka z przygotowanym jedzeniem – kto by pomyślał, że kiedykolwiek zajmie się gotowaniem. Wstawiła zupę na gaz, pozmywała naczynia, przygotowała nakrycia. Tristan, półleżąc na narożniku, obserwował w milczeniu krzątaninę matki. Był blady i mimo upału miał zapięty pod szyję gruby brązowy sweter. Wreszcie gdy Anna nalewała gorącej zupy, spytał cicho:

– Kiedy dostaniesz jakieś nowe zlecenie?

– A co? – Zatrzymała się w pół kroku i łypnęła na syna.

– Chciałbym wrócić do tamtego układu… – Zamilkł na chwilę, po czym dodał ciszej, chowając głowę w chudych ramionach: – No wiesz… że to tata codziennie gotuje, a ty przychodzisz, kiedy możesz. Wtedy mam takie święto.

– Synek… – Kier westchnęła, tłumiąc wzbierający w niej żal. – Tak ci źle ze mną? – spytała i od razu pożałowała tych słów. Przecież nie o nią tu chodziło.

– Mamo… – Podniósł głowę i przysunął się do parującego talerza. – To nie jest normalna sytuacja. Wolę żyć po staremu. Nie wiem, ile jeszcze mi zostało, ale nie chcę teraz żadnej rewolucji. Tata zawsze wychodzi, kiedy masz przyjść. Rozumiem, że w końcu powiecie mi, co się dzieje, i przestaniecie traktować mnie jak głupka. A te słoiki… Przecież one nie mieszczą się już w lodówce. Nie obraź się, ale wróćmy na stare tory – powiedział i spojrzał w talerz. Usta mu drżały, a dłonie zacisnął w pięści. – Bo to trochę tak, jakbyś nie wierzyła, że wyzdrowieję. Jakbyś chciała spędzić ze mną ostatnie dni…

Anna przełknęła ślinę, odstawiła swój talerz i usiadła obok. Gula w jej gardle zrobiła się nagle tak duża, że Kier nie mogła wypowiedzieć ani jednego słowa. Oddychała głęboko, by powstrzymać napływające do oczu łzy. Mrugała szybko, ponieważ obraz twarzy Tristana tracił ostrość, wreszcie odchrząknęła i powiedziała:

– Po pierwsze, synek, wyzdrowiejesz, choćbym miała sprzedać duszę samemu diabłu…

– Lepiej tak nie mów, mamuś. – Chłopak się uśmiechnął. Wyraźnie odetchnął z ulgą. – Życie potrafi zmusić do naprawdę strasznych rzeczy.

Annę przeszył dreszcz. Czy to znaczy, że Janusz złamał zasadę i powiedział Tristanowi całą prawdę? Czy przyznał, że był wtyką dziadka i przez całe życie kontrolował ją i raportował niemal każdy jej krok? Każde słowo. Każdą decyzję. Że wziął z nią ślub, bo taki miał układ z przyszłym teściem?

– Dlaczego tak mówisz, synek? – spytała pełna niepokoju.

– W literaturze jest mnóstwo takich przykładów. – Chłopak wzruszył ramionami. – To jak, wracamy do starego systemu? – spytał drżącym głosem.

– Dobrze – przytaknęła. – Ale rozmawiamy codziennie i natychmiast dajesz znać, gdyby coś było nie tak. W nocy, o północy. Umowa? – Wyciągnęła rękę, a syn nachylił się i pocałował ją delikatnie, po czym przytrzymał jej dłoń przy policzku.

Anna podniosła drugą rękę i objęła Tristana za szyję. Nie wyrywał się, nie uciekał jak zwykle. Tego dnia pozwolił się przytulić pierwszy raz, od kiedy jako siedmiolatek zamieszkał z ojcem, a Anna wreszcie odważyła się pozostać w uścisku.

Klaudia Margocka trzymała przed sobą obmytą z błota puszkę. Siedziała przy stole w maleńkiej kuchni i obracała znalezisko w dłoni. Bliźniaki wreszcie zajęły się bajką, w piekarniku dochodziła zapiekanka na kolację, którą mąż zażyczył sobie w SMS-ie, bo po kilkudniowej trasie chciał wreszcie zjeść „porządny domowy obiad”.

Delikatnie otworzyła wieko i wyjęła skórzane etui. Suwak lekko się zacinał. Drżącymi dłońmi wysunęła zawartość i spojrzała na widniejący na breloku numer telefonu. Westchnęła przeciągle, wstukała cyfry na ekranie swojego najnowszego smartfona i niepewnie przyłożyła aparat do ucha. Po kilku sygnałach usłyszała kobiecy głos. Jego ton był niski i smutny.

– Halo…

– Dzień dobry, nazywam się Klaudia Margocka. Czy pani nie zgubiła kluczy?

– To jakaś pomyłka. – Głos z drugiej strony kiepsko ukrywał irytację.

– Proszę pani – Klaudia nabrała tchu – dziś na Gocławiu w pobliżu przedszkola znalazłam klucze. Jest przy nich metalowy brelok – przesunęła palcem po wygrawerowanych cyfrach – z numerem telefonu, pod który właśnie dzwonię. – Odsunęła komórkę od ucha i spojrzała na wyświetlacz, by się upewnić, czy prawidłowo wstukała numer. – Może ktoś z domowników zgubił, a nawet o tym nie wie – dodała zdecydowanym tonem, by zainteresować rozmówczynię.

– Jakie to są klucze?

– Dwa takie jak do gerdy i jeden żółty, mały – opisała Klaudia. – Są w takim czarnym skórzanym etui…

Rozmówczyni zaczęła głośno oddychać. Spytała drżącym głosem:

– A czy z tyłu jest ono nieco uszkodzone, jakby skóra została zadarta?

Klaudia obróciła je i dojrzała rysę. Wcześniej nie zwróciła na nią uwagi, przecież niemal każde etui jest porysowane od kluczy.

– Tak, tak myślę. Przez całą długość.

– To niemożliwe, Boże! – jęknęła kobieta i nagle się rozłączyła.

Piekarnik zaczął pikać. Powinna teraz dodać startego sera. Margocka zerknęła zdezorientowana na wygaszony wyświetlacz i ponaglana nieznośnym pikaniem odłożyła telefon. Co za dziwna babka, pomyślała i uchyliła drzwiczki piekarnika. Niewielkie mieszkanie natychmiast wypełniła aromatyczna woń zapiekanki.

– Jemy? – W drzwiach kuchni stanął Jacek i łypnął na matkę.

– Tak, za chwilę będzie tata, to zjemy w komplecie. – Klaudia posypała potrawę serem i zamknęła drzwiczki. Ten dzieciak ciągle jest głodny. Pokręciła głową z lekkim rozdrażnieniem. Leżący na stole smartfon zawibrował. Sięgnęła po telefon. Przyszedł SMS. Kliknęła na kopertkę i otworzyła wiadomość: „Wkrótce skontaktuje się z panią policja. Proszę odebrać telefon”.

Zerknęła na brelok. To numer nadawcy. Cholera! W co ja się wpakowałam? Klaudia poczuła, jak zasycha jej w gardle. Przełknęła ślinę, wpatrując się w treść wiadomości. Wygasiła ekran.

W mieszkaniu rozdzwonił się domofon. Drgnęła.

– Tata! Tata! – Podekscytowane bliźniaki rzuciły się pędem do drzwi.

ROZDZIAŁ 2

Upał nie zelżał, nawet noc nie przyniosła oczekiwanego ukojenia. W rozgrzanym powietrzu Anna czuła się jak pianka marshmallow trzymana nad ogniskiem. Spocona i niewyspana wstała z łóżka. Dochodziła szósta rano, zwykle o tej godzinie przekręcała się na drugi bok, ale przecież w takich warunkach nie da się zmrużyć oka. Weszła do kuchni, nalała sobie zimnej wody i z kubkiem w ręce usiadła w bujanym fotelu na balkonie. Przewiewna koszulka kleiła jej się do pleców. Spojrzała przed siebie, na setki balkonów blokowiska. Mimo wczesnej pory w wielu mieszkaniach już kręcili się ludzie.

Wypiła duszkiem wodę i zerknęła na stolik, na którym leżała zostawiona przez nią książka, Moja walka norweskiego pisarza, którym bezgranicznie zachwycał się Aleks Biernat. To jego egzemplarz. Po tym, jak wyprosiła go ze swojego mieszkania i życia, nie miał okazji, by go odebrać.

Aleks. No właśnie. Anna przymknęła oczy i położyła dłoń na okładce książki. Tak, niestety, tęskniła za nim, ale musiała to zwalczyć. Była bezpieczna tylko wtedy, gdy nikt nie miał do niej dostępu i nikt nie donosił na nią ojcu. Aleks twierdził wprawdzie, że nie ma z nim nic wspólnego, że to tylko jej przewrażliwienie i obsesja, że nie zbudują związku, jeśli ona nie będzie mu ufać. Bla, bla, bla.

Rzecz w tym, że nie była w stanie mu zaufać. Właściwie nikomu już nie ufała.

A teraz musiała być szczególnie ostrożna. Sprawa, która na nią czekała, była niezwykle ryzykowna, najtrudniejsza w całej jej karierze. Sprawa życia. Sprawa rodziny. Sprawa przeszłości.

Dla Aleksa nie było w tym wszystkim miejsca.

Poczuła ukłucie w klatce piersiowej. Każda myśl o tym sprawiała, że jej organizm natychmiast odpowiadał jakąś reakcją. Jakby bronił się przed tym, co go czeka. Już kilkakrotnie przymierzała się do przejrzenia dokumentów z teczki, może zdjęć, nagrań na płycie, ale za każdym razem zapierało jej dech, wpadała w panikę. A może to normalne?

Poznawanie własnej matki w ten sposób jest przecież cholernie trudne. Miała zaledwie rok, gdy umarła Anna Nowak-Księżopolska, a ojciec nigdy nie chciał o niej mówić. Nawet o tym, jak wyglądała, jakie miała włosy, oczy. Nic. Żadnej rodziny, zdjęć, wspomnień.

Tylko raz, gdy w szkole zorganizowano apel na Dzień Matki, zawiózł ją na grób. Daleko, na Podlasie. Po tym wszystkim ani razu nie odważyła się o nią zapytać. O matkę, która w jej życiu nie istniała.

Teczka, którą Kier znalazła w sejfie ojca, podpisana „Anna Nowak-Księżopolska”, prawdopodobnie zawierała wiele danych, ale z każdym dniem gotowość Anny do zmierzenia się z tym materiałem malała. Aż do wczoraj, gdy Tristan pozwolił jej się przytulić. Sama wychowana bez matki, nie umiała nią być, wczoraj jednak doświadczyła czegoś, czego wcześniej nie znała.

Wreszcie poczuła, że jest gotowa poznać tę kobietę. Swoją matkę. Tylko dlaczego wciąż bała się ojca i jego reakcji…

Wstrząsnął nią dreszcz. Mimo gęstego, upalnego powietrza, które można było niemal kroić jak tort, jej ciało przeszył lodowaty chłód. Pospiesznie wstała z fotela, wbiegła do kuchni i dygocząc, włączyła ekspres. W oczekiwaniu na ulubione śniadanie w płynie sięgnęła do szuflady komody po teczkę. Zwykłą, szarą. Położyła ją na stole i przygryzła wargi. Na szczęście zabulgotał ekspres i trzeba było podstawić kubek, wyjąć mleko, zamieszać.

Jeszcze chwila. Jeszcze trochę.

W małym mieszkaniu na Saskiej Kępie panował zaduch. Z otwartego okna, zamiast chłodu, wlewała się kolejna fala gorąca. Wanda siedziała w fotelu z podkulonymi nogami, przeglądała strony internetowe i popijała zimną colę. Gaja na szczęście wciąż spała, jak na tak młodą dziewczynę miała słabą kondycję. Po fajnym seksie zawsze lubiła długo się wylegiwać. Pracowała dziś na drugą zmianę, nie musiała wstawać. Pewnie pośpi do południa.

Lechicka uśmiechnęła się i spojrzała na kochankę. Tak, świetnie się dobrały w łóżku, bez dwóch zdań.

Nagle ciszę przerwał zbyt głośny dźwięk powiadomienia. Wanda odruchowo sięgnęła po służbowy telefon. SMS. „Ja w sprawie ogłoszenia, proszę o pilny kontakt. KS”. Zmrużyła oczy, sprawdziła godzinę. Dochodziła ósma. To dość wczesna pora jak na zgłoszenie od klienta. Coś musiało się stać, może w nocy? Pewnie jakaś zdrada… Hm… Wzięła komórkę i wyszła do łazienki.

– Dzień dobry, agencja detektywistyczna. Otrzymaliśmy wiadomość – mówiła ściszonym głosem. Miała nadzieję, że nie odbijał się echem od kafelków.

– Tak, zgadza się. Musicie mi pomóc. – Rozmówczyni próbowała nadać wypowiedzi spokojny ton. Bezskutecznie.

– Okej – przytaknęła wolno Lechicka.

– Gdzie możemy się spotkać? Jaki macie adres? Bo w Warszawie, tak? Działacie na terenie Warszawy? – wypytywała nerwowo kobieta, nie dając jej szansy na odpowiedź.

– Tak, działamy w Warszawie i całej Polsce, spokojnie… – Szlag!, cmoknęła Wanda. Nie mają jeszcze biura. – W tej chwili szykujemy się do przeprowadzki – skłamała. – Mogę zaproponować przytulną kawiarnię na Grochowie. Zaraz wyślę wiadomość z adresem. To co, jutro w południe?

– Nie wiem, co to jest Grochów, ale jakoś trafię. Ale nie jutro, tylko dzisiaj. Dojadę w tym czasie.

– Okej… – Wanda podrapała się w głowę. Nie znała planów wspólniczki, ale postanowiła kuć żelazo póki gorące. – Jasne, może być dzisiaj. A skąd pani jedzie? Może podpowiem autobus.

– Z Radomia. Znajdę. Czekam na dokładne namiary. Do widzenia.

– Do widzenia – odpowiedziała Lechicka i po skończonej rozmowie wybrała numer Anny.

Kier nie miała planów. Będzie w grochowskim bistro o dwunastej.

Nareszcie została sama w mieszkaniu. Bliźniaki w przedszkolu, mąż w urzędzie. Sięgnęła po telefon, który przezornie wyciszyła, i zobaczyła to, czego od wczoraj się obawiała. Dwanaście nieodebranych połączeń i mnóstwo SMS-ów. Z jednego numeru. Tego z breloka.

Klaudia ciężko westchnęła. Scrollowała ekran, rzucając okiem na wiadomości. Wszystkie napisane wielkimi literami, niektóre z wykrzyknikami na końcu. Od próśb typu: „BARDZO PROSZĘ O KONTAKT” po „ODBIERZ TY KURWO!!”. Ostatni SMS, wysłany około szóstej rano, brzmiał już spokojniej: „Przepraszam najmocniej za moje zachowanie, ale zostałam sama z tym wszystkim. Bardzo proszę o krótką rozmowę. KS”.

Mama bliźniaków stukała długim paznokciem ze złotą obwódką w ekran wyświetlacza. Jeszcze raz przejrzała spis połączeń. Żadnego innego numeru, wbrew temu, co zapowiadała jej rozmówczyni. A może policja zaraz tu przyjdzie? Wejdzie razem z futryną, jak na filmach. Klaudia nerwowo spojrzała na drzwi wejściowe. Upewniła się, że są zaryglowane. Jakaś głupia jestem!, prychnęła i pokręciła głową. Zdmuchnęła grzywkę, wyprostowała się i poprawiła opadające ramiączko w letniej sukience. Kliknęła na zieloną słuchawkę.

– Halo! Dziękuję, że pani oddzwania! – Klaudia usłyszała znajomy głos już niemal w trakcie nawiązywania połączenia. – Przepraszam za moje wczorajsze zachowanie, nazywam się Kinga Szczepanik… Zapalę, dobrze? – spytała kobieta, a po chwili Margocką dobiegł odgłos zapalniczki i szmer wydmuchiwanego powietrza. – Tak, tak lepiej… To od początku. – Rozmówczyni próbowała powstrzymać drżenie głosu. – Prawie sześć lat temu, na wiosnę, zaginęła moja córka Zosia… Pani jest matką?

– Tak… – przytaknęła odruchowo Klaudia. – Ale ja nie wiem…

– Klucze, o których pani mówi, były w wózku. W tym samym, w którym moja córeczka została uprowadzona. – Szczepanik wypuściła dym. – Muszę się z panią natychmiast zobaczyć.

Margocka ścisnęła mocniej trzymany w ręce telefon i przyłożyła go do ucha. Spojrzała na leżące na blacie klucze.

– Oczywiście – odpowiedziała, ciężko przełykając ślinę. – Mam teraz trochę wolnego. Może tutaj, na podwórku koło przedszkola. Bo pani tu mieszka, na Gocławiu, tak?

– Nie, w Radomiu, ale na pewno dziś będę… Przyjdę z…

– Z policją? – Margockiej wyrwało się głośno.

– A skąd! Byłam pewna, że policja natychmiast podejmie jakieś czynności. Myślałam, że już wczoraj do pani zadzwonią, że przyjadą, wszystko ustalą, ale tak działają tylko w serialach. Przez sześć lat nic nie zrobili. A nie, ze mnie wariatkę, to na pewno. Próbowałam im zgłosić te klucze, ale nikt nie chciał mnie wysłuchać. Mam przyjść i złożyć zeznania, dobre sobie! – Kobieta nagle zaczęła mówić bardzo szybko. – Przyjadę, oczywiście, ale najpierw sama wszystkiego się dowiem. Proszę nic nikomu nie mówić, dobrze?

– Jasne. – Klaudia zmarszczyła brwi, bo nie wiedziała, co i komu miałaby powiedzieć.

– Zadzwonię, jak będę w Warszawie, i od razu się spotkamy, dobrze? Wszystko mi pani opowie, pokaże… Mam telefon na podsłuchu i nie mogę więcej mówić, ale… jest pani aniołem. I jeszcze raz przepraszam za moje zachowanie. Wczoraj poczułam, jakbym dostała obuchem w głowę. Kończę, bo zaraz mam pociąg.

W niewielkim bistro na Grochowie klimatyzacja działała na najwyższych obrotach, a nieliczni klienci zamawiali głównie lemoniadę albo lody. Upał był nie do wytrzymania. Wspólniczki zajęły swoje ulubione, stałe miejsce w oddalonym kąciku przy oknie. Knajpkę od kilku miesięcy prowadziły koleżanki Wandy, dwie otwarte, wesołe dziewczyny. Wszyscy naprawdę dobrze się tu czuli.

Anna czasem zamawiała u nich pyszne naleśniki dla Tristana. Zawsze zjadał je z przyjemnością.

– No dobrze – przecięła ciszę Lechicka i przywołała Kier do rzeczywistości. – Przeszukałam sieć, numer telefonu naszej rozmówczyni pojawił się kilka razy. – Wanda wyjęła z torby swój laptop i energicznie postawiła na stole.

– Jezus, ty chyba bez przerwy pracujesz… – Anna otrząsnęła się z myśli o synu. – I słusznie, to jedyny ratunek. Co tu mamy? – dodała ciszej i zerknęła na monitor.

– Jeśli cały czas jest właścicielką tego numeru, to sześć lat temu zaginęło jej dziecko. Głównym podejrzanym był ojciec, ale niczego mu nie udowodniono.

– Hm, a Child Alert?

– W Polsce ten system wprowadzono w listopadzie dwa tysiące trzynastego, a mała zaginęła w czerwcu. – Hakerka klikała na kolejne strony, pokazując zebrane materiały.

– Rozumiem, że ciała nie znaleziono, zero świadków i żadnych sensownych danych. – Anna cmoknęła i pokręciła głową. Nieraz w karierze miała do czynienia z zaginięciami. Przeważnie były to porwania rodzicielskie. Jeśli jednak nie znaleziono ciała i niczego nie udowodniono któremuś z rodziców, to sprawa wciąż była w punkcie wyjścia. Nie lubiła zaginięć bez rozwiązania. Dla rodzica oznaczało to wieczne czekanie i niepewność, które były nie do zniesienia. Człowiek nie może bez przerwy bezsilnie czekać. To tak, jakby z jedną minutą tracił sens życia, a z drugą łapał się nowej nadziei. I to wyobrażanie sobie, co mogło się zdarzyć. W napięciu, lęku i bólu. Nie działa żaden mechanizm obronny. Nie można walczyć ani nie można uciec. Tortura.

– Tak, mała rozpłynęła się w powietrzu. – Wanda pstryknęła palcem i dodała, wzdychając: – Nie lubię zaginięć, szczególnie dzieci.

Anna uśmiechnęła się do wspólniczki. Kolejny raz miała poczucie, że są do siebie podobne, że z każdym dniem stają się sobie coraz bliższe. Po poprzednich zleceniach Wanda była dla Anny jedyną osobą, której mog­ła ufać. Jedyną, którą mogła dopuścić do TEJ sprawy. Sprawy jej matki. Westchnęła.

– Nie mamy wcale pewności, że akurat z tym do nas jedzie. Była poruszona, ale co istotnego mogło się wydarzyć po sześciu latach? Jeśliby tak było, nasi pewnie szybko by się tym zajęli. – Lechicka puściła oko do rozmówczyni.

Obydwie w to nie wierzyły, a poza tym coraz trudniej było im mówić o policjantach, czyli o kolegach z dawnej firmy – nasi.

– To chyba ona. – Anna wskazała ręką.

Do bistro zamaszystym krokiem zmierzała drobna, przeraźliwie chuda kobieta, objuczona dużym skórzanym plecakiem. Zatrzymała się przed wejściem, zerknęła na wyświetlacz trzymanej w ręce komórki, podniosła wzrok na baner, rozejrzała się jeszcze i weszła do środka. Wanda zamachała do niej z końca sali. Kobieta, mimo upału, była ubrana w ciepłą bluzę, dżinsowe spodnie i ciężkie trapery. Pot ją zalewał, a jej krótkie ciemne włosy niemal przykleiły jej się do głowy. Miała zniszczoną, nieco napuchniętą twarz, niegojące się zajady, popękane usta i pożółkłe od nikotyny zęby. Zdjęła plecak, usiadła na wolnym krześle i rozejrzała się nerwowo.

– To woda dla pani, proszę się napić. – Kier uśmiechnęła się przyjaźnie, wskazując na szklankę i dzbanek wody z cytryną i miętą. – Nazywam się Anna Maria Kier i jestem właścicielką agencji detektywistycznej, a to moja wspólniczka, z którą pani rano rozmawiała, specjalistka komputerowa.

– Bry. Kinga Szczepanik. – Klientka kiwnęła głową, po czym wsunęła drżące dłonie pod wątłe uda.

– Naleję, straszny upał. – Wanda napełniła trzy szklanki orzeźwiającą wodą. – Proszę mówić, co panią do nas sprowadza. – Informatyczka przymknęła pokrywę laptopa, a Anna odsunęła na bok swój pomarańczowy notes. To początkowy etap rozmowy. Po swoje pomoce sięgną później.

– Nie wiem, od czego zacząć. – Szczepanik schowała drżącą brodę w ramionach.

Wspólniczki porozumiały się wzrokiem, aby dać kobiecie przestrzeń do swobodnej wypowiedzi. To stara, sprawdzona metoda, która niejednokrotnie w trakcie przesłuchań pozwalała uzyskać ważne informacje. Kluczowe jest wtedy obserwowanie rozmówcy, co pozwala nakreślić stan, w jakim się znajduje. W tym momencie cały układ nerwowy jest na wierzchu. Spontaniczna, niczym nieskrępowana i nieprzerywana narracja sprzyja rozluźnieniu, a przy okazji pozwala nabrać pewności siebie. Bywa, że rozmówca ujawnia wówczas fakty, które w innym wypadku wolałby przemilczeć.

Kinga Szczepanik próbowała powstrzymać drżenie brody, kilka razy głęboko nabierała powietrza i wypuszczała je. Wyjęła dłonie spod ud i oburącz chwyciła szklankę. Miała poobgryzane paznokcie i pozadzierane skórki. Wypiła kilka łyków, rozejrzała się uważnie, naciągnęła na przeguby rękawy bluzy. Wyprostowała się.

– Najlepiej od początku. Z nami jest pani bezpieczna. – Anna posłała klientce uśmiech, zachęcając ją do wypowiedzi.

– Okeej. – Kobieta zmrużyła oczy. Odchrząknęła. – Sześć lat temu mój mąż sprzedał naszą córkę.

Wspólniczki ostatkiem sił powstrzymały się od jakiejkolwiek reakcji.

– W zasadzie mój były mąż, przepraszam. – Kinga zarumieniła się i na chwilę zasłoniła usta, jakby próbowała ukryć chichot. – Do którego mam, notabene, sądowy zakaz zbliżania się. – Kobieta cmoknęła z przekąsem i wzruszyła ramionami. – Dobre, nie? Skurwysyn całe życie mnie gnoił, sprzedał nasze dziecko, ale to ja jestem ta zła, do tego wariatka. Dobre sobie… – Oplotła rękami ramiona i zamilkła.

Anna ukradkiem spojrzała na Lechicką. Albo mają do czynienia z osobą zaburzoną, albo sprawa jest naprawdę bardzo pogmatwana.

– Dobrze, spróbujmy uporządkować to, co wiemy. – Kier przesunęła notatnik i otworzyła w miejscu zakładki. – Następnie odpowiemy pani, czy podejmiemy się prowadzenia sprawy, i przedstawimy ofertę cenową, bo…

– Mam kasę, spokojna twoja rozczochrana! – Kinga puściła oko i dotknęła ręką szyi.

Wanda dopiero teraz zauważyła, że kobieta ma pod bluzką jakąś zawieszkę. Pewnie schowała tam pieniądze. I z pewnością niemałe. Stu złotych by tak nie pilnowała, dopowiedziała sobie w myślach.

– Jasne, ale musimy dowiedzieć się czegoś więcej, by móc zdecydować o przyjęciu zlecenia. – Anna szukała wzrokiem ratunku u wspólniczki. Coś jej mówiło, by w to nie wchodzić.

– Znalezienie Zosi to sens mojego życia. Odkładam każdą zarobioną złotówkę. Nie kupuję ubrań, jedzenia, sprzętu, kremów na zmarszczki. Mam stary, analogowy telefon, palę ruski tytoń, chodzę do pracy na piechotę. Oddam wam to wszystko, tylko znajdźcie moje dziecko… – Kinga ścisnęła zawiniątko na szyi. – Choć mam złe wspomnienia i nie cierpię swojego domu, to stale tam mieszkam, bo mam nadzieję, że Zosia wróci. Nie może otworzyć jej drzwi ktoś inny, prawda? Każdy przejeżdżający samochód, telefon, dzwonek – to wszystko budzi we mnie nową nadzieję. Błagam, znajdźcie moje dziecko…

Kier przeszedł dreszcz i poczuła suchość w gardle. Sięgnęła po wodę. Była w kropce.

– Jeśli się da, spróbujemy zrobić to po kosztach – odpowiedziała cicho Wanda, jakby czytała w myślach Kier. Kinga Szczepanik była nierówna. Z pewnością potwornie dużo przeszła. Jeśli potwierdzi się choćby część informacji, które przekazała, będą miały naprawdę spory problem.

– Tylko kobieta, tylko inna matka może mnie zrozumieć. Macie dzieci? – Kinga łypnęła okiem i zlustrowała obie detektyw.

– Tak, ja mam, dorosłego syna – odpowiedziała Kier, wzdychając. – Ale przejdźmy do pani sprawy. – Zdjęła skuwkę z pióra i wstrząsnęła ręką, by spłynął atrament. – Sześć lat temu zaginęła pani córka. Co się stało, że akurat dziś postanowiła pani skorzystać z naszych usług?

– Bo wreszcie się znalazła! Musicie mi ją tylko przyprowadzić! Tu, do mnie.

Anna Maria wsunęła skuwkę, odłożyła pióro i wzdychając, ciężko opadła na oparcie krzesła. Nie, tak to my do niczego nie dojdziemy. Strata czasu. Wanda w mig dostrzegła zniechęcenie wspólniczki, ale postanowiła mimo wszystko kontynuować rozmowę. Odchrząknęła.

– Pani Kingo… – zaczęła zdecydowanym tonem.

– Mówcie mi Kinia. – Klientka pociągnęła nosem i się uśmiechnęła. – Nie mamy za wiele czasu, bo czeka na nas ta babka, co znalazła klucze. Pojedziecie ze mną? – Szczepanik postukała palcami w blat stołu.

– Okej. – Anna pokręciła głową. Mimo wszystko coś ciągnęło ją do Kini. Może troska, obawa przed przekazaniem jej sprawy w ręce niezbyt wrażliwych kolegów po fachu. Już dość robienia z niej wariatki. – Pojedziemy z tobą, ale musisz nam wszystko opowiedzieć, byśmy wiedziały, na co mamy zwracać uwagę. Mów wolno, przypomnij sobie po kolei fakty i okoliczności. Wszystko może być ważne, okej? Niczego nie pomijaj. I pamiętaj, że gramy w jednej drużynie – mówiła uspokajająco Kier, jakby chciała zagłuszyć myśl sprzed chwili, by nie angażować się w tę sprawę. Usiadła bliżej, dolała wody do szklanek i pochyliła głowę. – Zacznijmy od momentu, kiedy poznałaś swojego męża. – Przytaknęła na znak, że się nie przejęzyczyła. Zerknęła na Wandę, która już położyła ręce na klawiaturze. Lechicka niejednokrotnie docierała do kluczowych informacji już w trakcie rozmowy. – Zacznij od początku, jak ma na imię, czym się zajmuje. Wszystko jest ważne.

Kinga Szczepanik oparła się wygodnie, uspokoiła oddech i zaczęła swoją historię.

ROZDZIAŁ 3

Z Szymkiem chodziliśmy do jednej szkoły, ale się w niej nie spotkaliśmy. Jak ja zaczęłam pierwszą klasę, to on zdał maturę. Wpadliśmy na siebie dopiero na zjeździe absolwentów. Poszłam niechętnie, ale Ostra, koleżanka z klasy, wstydziła się iść sama, i w końcu się zgodziłam. Ostra, Gabi Ostrzycka – tylko z nią przez dwa lata po maturze utrzymywałam bliski kontakt, bo ja niestety nie byłam zbyt lubiana. Uważali mnie za kujonkę, miałam bardzo dobre oceny z przedmiotów humanistycznych, wygrywałam olimpiady, takie tam. Dużo czytałam i jakoś wszystko przychodziło mi z łatwością. Nie dość, że kujonka, to traciłam też przez wygląd. Zawsze chuda, wycofana, taka szara myszka, o której zapomina się w dzień po jej zniknięciu. Na szkolnych dyskotekach siedziałam w kącie. Raz nawet, w trzeciej klasie, zapłaciłam koledze, żeby ze mną zatańczył.

Na ten feralny zjazd włożyłam niebieską sukienkę w grochy, do tego wzięłam od mamy białe, za małe lakierki, umalowałam się. Myślałam, że przez te dwa lata ludzie się trochę zmienili. Ale nic z tego. Muzyka grała, ja oczywiście niewidoczna dla reszty… Siedziałam przy stoliku i obserwowałam Ostrą, jak wywija na parkiecie. Popijałam czystą wódkę, bo myślałam, że doda mi to atrakcyjności. Nie dodało.

Kiedy już mocno wstawiona postanowiłam zbierać się do domu, zobaczyłam, że do mojego stolika zmierza przysadzisty facet w granatowej, opiętej na brzuchu marynarce. Uśmiechnął się do mnie i spytał, czy może się dosiąść. Byłam zaskoczona, bo przy moim stoliku nikt więcej nie siedział. Nim cokolwiek odpowiedziałam, rozsiadł się już obok i nalewał nam wódki do kieliszków.

– Który jesteś rocznik? – spytał, gdy wypił haustem całą zawartość. – Nie kojarzę cię – dodał i zmrużył oczy.

Odpowiedziałam i wróciłam do obserwowania Ostrej, która ukradkiem pokazywała mi kciuki.

– A, to się minęliśmy. Szymon, miło mi. Szymon Szczepanik – i nie jestem rodziną Piotra.

– Co? – wyrwało mi się. Nie znałam żadnego Piotra.

– A, to taki żart, mówią mi Szczepan. – Pocałował mnie w rękę. – Nudno tu trochę. Może pójdziemy na spacer? Jest ciepło, mamy ładny czerwiec w tym roku, spadajmy stąd! – Uśmiechnął się i pociągnął mnie za sobą. Ruszyliśmy uliczkami Radomia. Zapadł zmierzch. Szymon vel Szczepan bez przerwy wspominał dawnych nauczycieli, kolegów z klasy, przytaczał szkolne anegdotki. Doskonale się czuł w swoim towarzystwie. Wreszcie grubo po północy odprowadził mnie do domu i pocałował w rękę na pożegnanie. Nie wspomniałam mu ani słowem, że lakierki obtarły mi pięty do krwi, właściwie niewiele mówiłam.

Ale ja chyba za bardzo wdaję się w szczegóły. W każdym razie zaczęliśmy ze sobą chodzić, potem szybko wzięliśmy skromny ślub. Moi rodzice chyba się bali, że nikt poza nim mnie nie zechce, więc raz-dwa sfinalizowali sprawę ze świekrami.

Szymek otworzył komis samochodowy, ja studiowałam zaocznie filmoznawstwo i pracowałam w sklepie. Dziś jest tam Lidl i nadal w nim pracuję. Nie ma co się dziwić, wiadomo, jak jest z pracą po takich studiach. Teraz pewnie wybrałabym weterynarię. O, albo ortodoncję. Ale ja nie o tym. Szymkowi nieźle się rozkręcał biznes, moim zdaniem podejrzanie szybko i podejrzanie dobrze. Nic nie mówiłam, tylko odprowadzałam wzrokiem te czarne limuzyny. A, no właśnie, bo zamieszkaliśmy w moim domu rodzinnym, z hektarami pola, na którego części mąż zrobił parking. Rodzice wynieśli się na działkę, a my mieliśmy żyć długo i szczęśliwie. Wreszcie Szymek zaczął zaglądać do kieliszka, ale nie ma co się dziwić – świętował duże transakcje. Nic nie mówiłam.

Pierwszy raz mnie uderzył, gdy powiedziałam, że jestem w ciąży. A nie, czekaj. Gdy powiedziałam, że nadal, mimo ciąży, dopóki zdrowie mi pozwoli, chcę chodzić do sklepu. Lubiłam tę pracę, a i chętnie wychodziłam z domu. Mój mąż twierdził, że żona biznesmena nie powinna stać za ladą. Zrobił się dziwnie nerwowy, przytył, wieczorami siedział przy kompie. Oglądał pornosy, wiem o tym. Często potem chciał ze mną uprawiać seks. Najlepiej bez skrępowania, jak te aktorki… Niespecjalnie obchodziła go moja odmowa. Nie patrzcie tak na mnie. W końcu to powinność małżeńska. Pytasz o bicie? Nie, niezbyt często. Nie mogę powiedzieć, żeby jakoś bardzo się znęcał, jak to mówią w telewizji. Nigdy przy dziecku, no, może trochę wykręcał mi ręce, ale mała tego nie widziała.

Zosia. Urodziłam przepiękną córeczkę, tu są jej zdjęcia. Wyglądała jak aniołek: długie blond włoski, niebieskie oczy, zawsze uśmiechnięta. Myślę, że Szymek ją bardzo kochał, dlatego nie mogę pojąć, jak on… A, okej. Po kolei.

To był jesienny wieczór. Mąż klinował kaca, czyli komputer plus whisky. Standard. Czytałam Zosi bajki. Nagle usłyszałyśmy huk. Zawołał mnie, a właściwie ryknął, bym natychmiast przyszła. Pobiegłam do pokoju, widziałam, że jest zdenerwowany. Czerwony na twarzy, sapał, w kącikach ust zbierała mu się ślina. Na środku pokoju leżała rozbita w drobny mak jego komórka. Dobrze wiedziałam, co to znaczy. Jakaś duża wpadka z samochodem. W ten sposób rozwalił wcześniej kilka telefonów. Ukucnęłam, by pozbierać resztki aparatu, nie chciałam, by Zosia w to wdepnęła. I wtedy kopnął mnie w twarz. Z całej siły. Upadłam na plecy, a po chwili poczułam ciepłą strużkę nad wargą. Dotknęłam nosa, była tam tylko jakaś niekształtna maź. Kręciło mi się w głowie, ale szybciutko doszłam do siebie. Wiadomo. Podniosłam się, próbując tamować krew, wiedziałam, że ten widok go rozwścieczy. Zawsze mówił, że jest delikatny, że nie lubi nawet na skaleczenie patrzeć…

Wtedy weszła Zosia. Stała w progu pokoju kompletnie bez ruchu, z otwartą buzią. Odruchowo chciałam do niej podejść, ale zabronił mi zdecydowanym gestem dłoni. Usłyszałam tylko, że na parkiet spadają krople. Spojrzałam na piżamkę córki. Żółta plama powiększała się z każdą sekundą. Ruszyłam do niej mimo zakazu. Myślę, że Szymek miał rację. Wyglądałam jak z horrorów, mała się wystraszyła. Ale nie ma co dalej wchodzić w szczegóły. Następnego dnia założyłam Niebieską Kartę. Wiecie, co to jest?