Wydawca: Buchmann Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka D jak dłużnik - Sue Grafton

To miało być proste zlecenie: doręczyć czek na dwadzieścia pięć tysięcy dolarów. Kinsey Millhone, wiedziona kobiecą intuicją i doświadczeniem detektywistycznym, przeczuwała jednak, że może się spodziewać komplikacji, które niebawem nastąpiły – zleceniodawca zginął w tajemniczych okolicznościach, a próba wyjaśnienia jego śmierci okazała się dopiero wstępem do mrocznej i niezwykle zawikłanej historii.

 

Opinie o ebooku D jak dłużnik - Sue Grafton

Fragment ebooka D jak dłużnik - Sue Grafton

Sue Gra­fton

d jak dłuż­nik

z an­giel­skie­go prze­ło­ży­ła Pa­try­cja Osiak

Warszawa 2014

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

‘D’ is for De­ad­be­at

Co­py­ri­ght © 1987 by Sue Gra­fton

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Buch­mann Sp. z o.o., War­sza­wa 2012

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Pa­try­cja Osiak

Pro­jekt okład­ki: Krzysz­tof Kieł­ba­siń­ski

Re­dak­cja: Ita Tu­ro­wicz

Ko­rek­ta: Pau­li­na Mar­te­la

Skład: TYPO

ISBN 978-83-7881-299-9

Wy­daw­ca:

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biu­ro@gwfok­sal.pl

www.gwfok­sal.pl

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.i Mi­chał La­tu­sek / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Mo­jej sio­strze Ann

i wspo­mnie­niom z Ma­ple Hill

PODZIĘKOWANIA

Au­tor­ka pra­gnie po­dzię­ko­wać za nie­oce­nio­ną po­moc, jaką słu­ży­ły jej na­stę­pu­ją­ce oso­by: Ste­ven Hum­ph­rey, Flo­ren­ce Clark, Joy­ce Mac­ke­wich, Ste­ve Staf­ford, Bob Eric­son, Ann Hun­ni­cutt, Char­les i Mary Hope z Ar­mii Zba­wie­nia, Mi­cha­el Thomp­son z De­par­ta­men­tu Ku­ra­to­rów Są­do­wych w San­ta Bar­ba­ra, Mi­chel­le Bo­res i Bob Bran­den­burg z Ko­men­da­tu­ry Por­tu mia­sta San­ta Bar­ba­ra, Mary Lo­uise Days z De­par­ta­men­tu Bu­dow­nic­twa San­ta Bar­ba­ra oraz Ge­rald Dow, kry­mi­no­log z Ko­men­dy Po­li­cji mia­sta San­ta Bar­ba­ra.

1

Póź­niej do­wie­dzia­łam się, że na­praw­dę na­zy­wał się John Dag­gett, ale w dniu, kie­dy sta­nął w drzwiach mo­je­go biu­ra, przed­sta­wił się in­nym na­zwi­skiem. Od po­cząt­ku coś mi w nim nie pa­so­wa­ło, ale nie po­tra­fi­łam okre­ślić, w czym rzecz. Ro­bo­ta, do któ­rej mnie wy­na­jął, wy­da­wa­ła się dzie­cin­nie pro­sta, cho­ciaż wkrót­ce po­tem oka­za­ło się, że du­pek pró­bo­wał wy­kpić się od za­pła­ty. A gdy pra­cu­jesz na wła­sny ra­chu­nek, nie mo­żesz so­bie po­zwo­lić na ta­kie nu­me­ry. Wie­ści szyb­ko się nio­są i za­raz wszy­scy by wie­dzie­li, że moż­na cię wy­ki­wać. Dla­te­go nie za­mie­rza­łam mu od­pu­ścić. Chcia­łam tyl­ko od­zy­skać swo­je pie­nią­dze, a tym­cza­sem wpa­ko­wa­łam się w wy­da­rze­nia, z któ­rych do dziś nie mogę się otrzą­snąć.

Na­zy­wam się Kin­sey Mil­l­ho­ne. Je­stem li­cen­cjo­no­wa­nym pry­wat­nym de­tek­ty­wem z pra­wem wy­ko­ny­wa­nia za­wo­du w sta­nie Ka­li­for­nia. Wy­naj­mu­ję małe biu­ro w San­ta Te­re­sa, gdzie miesz­kam od uro­dze­nia. Mam trzy­dzie­ści dwa lata; dwu­krot­nie za­męż­na i roz­wie­dzio­na. Ak­tu­al­nie je­stem sama, ale nie­źle so­bie ra­dzę. Przy­zna­ję, cza­sa­mi by­wam nie­zno­śna, ale za­zwy­czaj nie mam spe­cjal­nych wy­ma­gań, je­śli nie li­czyć nie­co wy­bu­ja­łej po­trze­by nie­za­leż­no­ści. Poza tym je­stem nad wy­raz upar­ta, co w po­łą­cze­niu z trwa­łą nie­zdol­no­ścią do pod­po­rząd­ko­wa­nia się in­nym, mimo nie­złe­go wy­kształ­ce­nia i ukoń­cze­nia aka­de­mii po­li­cyj­nej, czy­ni ze mnie ide­al­ną kan­dy­dat­kę na pry­wat­ne­go de­tek­ty­wa. Pła­cę ra­chun­ki w ter­mi­nie, sta­ram się prze­strze­gać pra­wa (zwy­kle) i ocze­ku­ję, że inni będą po­stę­po­wać po­dob­nie – choć­by ze zwy­kłej przy­zwo­ito­ści. Je­śli cho­dzi o spra­wie­dli­wość, mam twar­de za­sa­dy, acz­kol­wiek po­tra­fię kła­mać na za­wo­ła­nie. Nig­dy nie mia­łam z tego po­wo­du wy­rzu­tów su­mie­nia.

Wszyst­ko za­czę­ło się w ostat­nich dniach paź­dzier­ni­ka, w przed­dzień Hal­lo­we­en. Po­go­da do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ła je­sień na Środ­ko­wym Za­cho­dzie – było chłod­no, ale sło­necz­nie i rześ­ko. Mo­gła­bym przy­siąc, że ja­dąc w kie­run­ku cen­trum, czu­łam w po­wie­trzu za­pach pa­lo­nych ognisk i wy­da­wa­ło mi się, iż lada chwi­la drze­wa po­kry­ją się czer­wie­nią i zło­tem. Nie­ste­ty, je­dy­ny­mi drze­wa­mi, ja­kie mia­łam szan­sę zo­ba­czyć, były sta­re pal­my, a ro­ślin­ność upar­cie bu­cha­ła wszyst­ki­mi od­cie­nia­mi zie­le­ni. Let­nie upa­ły prze­szły już do hi­sto­rii, na­to­miast desz­cze jesz­cze do nas nie do­tar­ły. Ty­po­wa ka­li­for­nij­ska po­go­da, ni to lato, ni zima, ale w po­wie­trzu czu­ło się już je­sień. Wpra­wi­ło mnie to w do­sko­na­ły na­strój i po­my­śla­łam, że może po po­łu­dniu wy­bio­rę się na strzel­ni­cę.

Był so­bot­ni po­ra­nek i przy­szłam do pra­cy, żeby nad­go­nić pa­pier­ko­wą ro­bo­tę – zro­bić po­rzą­dek w ra­chun­kach i przy­go­to­wać roz­li­cze­nie mie­sięcz­ne. Sie­dzia­łam za biur­kiem z kal­ku­la­to­rem pod ręką. Przede mną sta­ła ma­szy­na do pi­sa­nia z wkrę­co­nym, go­to­wym do wy­peł­nie­nia for­mu­la­rzem, a po le­wej stro­nie le­ża­ły czte­ry za­adre­so­wa­ne i go­to­we do wy­sła­nia ko­per­ty z oświad­cze­nia­mi po­dat­ko­wy­mi. By­łam tak po­chło­nię­ta pra­cą, że do­pie­ro ci­che chrząk­nię­cie uświa­do­mi­ło mi, że ktoś stoi w drzwiach. Za­re­ago­wa­łam bły­ska­wicz­nie – pod­sko­czy­łam pod su­fit ze stra­chu, jak­by mysz prze­bie­gła mi po no­gach. Nie­zna­jo­my uznał to naj­wy­raź­niej za za­baw­ne, ale ja po­trze­bo­wa­łam dłuż­szej chwi­li, by uspo­ko­ić roz­dy­go­ta­ne ser­ce.

– Na­zy­wam się Alvin Li­mar­do – oznaj­mił męż­czy­zna. – Prze­pra­szam, je­śli pa­nią prze­stra­szy­łem.

– Nic nie szko­dzi – od­par­łam. – Po pro­stu nie wie­dzia­łam, że pan tu stoi. Przy­szedł pan do mnie?

– Je­śli pani jest Kin­sey Mil­l­ho­ne, to tak.

Wsta­łam, wy­cią­gnę­łam rękę na po­wi­ta­nie i po­pro­si­łam, żeby usiadł. Z po­cząt­ku po­my­śla­łam, że to ja­kiś bez­dom­ny, ale nic w jego wy­glą­dzie nie po­twier­dza­ło mo­jej teo­rii.

Miał oko­ło pięć­dzie­siąt­ki i był wy­chu­dzo­ny. Dłu­ga, wą­ska twarz z wy­su­nię­tym pod­bród­kiem, krót­ko przy­strzy­żo­ne szpa­ko­wa­te wło­sy. Pach­niał cy­try­no­wą wodą ko­loń­ską. Oczy brą­zo­we, o nie­obec­nym spoj­rze­niu. Gar­ni­tur w nie­okre­ślo­nym od­cie­niu zie­le­ni. Miał duże dło­nie i dłu­gie pal­ce z wy­raź­nie od­zna­cza­ją­cy­mi się sta­wa­mi. Cho­ciaż ubra­nie nie było znisz­czo­ne, gołe nad­garst­ki wy­sta­ją­ce z rę­ka­wów ma­ry­nar­ki nada­wa­ły mu moc­no za­nie­dba­ny wy­gląd. W ręce trzy­mał ja­kiś świ­stek pa­pie­ru zło­żo­ny we czwo­ro, któ­rym ba­wił się od­ru­cho­wo.

– W czym mogę po­móc? – spy­ta­łam.

– Chciał­bym, żeby pani to ko­muś do­star­czy­ła. – Roz­pro­sto­wał kart­kę i po­ło­żył ją na biur­ku. Był to czek go­tów­ko­wy wy­sta­wio­ny na bank w Los An­ge­les, opa­trzo­ny wczo­raj­szą datą. Wy­sta­wio­no go na nie­ja­kie­go Tony’ego Ga­ha­na, na sumę dwu­dzie­stu pię­ciu ty­się­cy do­la­rów.

Pró­bo­wa­łam ukryć zdu­mie­nie. Fa­cet nie wy­glą­dał na ko­goś, kto ma tyle pie­nię­dzy. Może po­ży­czył je od tego Ga­ha­na i te­raz chce zwró­cić dług?

– Po­wie mi pan, o co tu cho­dzi?

– Wy­świad­czył mi przy­słu­gę i chcę mu po­dzię­ko­wać. I tyle.

– To mu­sia­ła być nie­zła przy­słu­ga – za­uwa­ży­łam. – Mogę spy­tać, co zro­bił?

– Oka­zał mi życz­li­wość, gdy za­wio­dło mnie szczę­ście.

– A do cze­go ja je­stem panu po­trzeb­na?

Uśmiech­nął się prze­lot­nie.

– Ad­wo­kat za­ży­czył­by so­bie sto dwa­dzie­ścia za go­dzi­nę. Za­kła­dam, że pani bie­rze mniej.

– Po­dob­nie jak fir­ma ku­rier­ska – za­uwa­ży­łam. – A naj­ta­niej bę­dzie, jak sam pan do­rę­czy ten czek. – Mu­siał uznać mnie za nie­zbyt roz­gar­nię­tą, ale na­praw­dę nie ro­zu­mia­łam, do cze­go po­trzeb­ny mu pry­wat­ny de­tek­tyw.

Od­chrząk­nął i po­wie­dział:

– Pró­bo­wa­łem, ale nie­ste­ty nie znam ak­tu­al­ne­go ad­re­su pana Ga­ha­na. Kie­dyś miesz­kał przy Stan­ley Pla­ce, ale wy­pro­wa­dził się. By­łem tam dziś rano i nie za­sta­łem ni­ko­go. Wy­glą­da na to, że od dłuż­sze­go cza­su dom stoi opusz­czo­ny. Chciał­bym, żeby ktoś go od­na­lazł i do­pil­no­wał, by otrzy­mał te pie­nią­dze. Pro­szę po­wie­dzieć, ile to bę­dzie kosz­to­wać – na pew­no po­trzeb­na jest ja­kaś za­licz­ka.

– To za­le­ży, ile cza­su zaj­mie mi wy­tro­pie­nie pana Ga­ha­na. Może w urzę­dzie mel­dun­ko­wym albo w wy­dzia­le ko­mu­ni­ka­cji mają jego ak­tu­al­ny ad­res. Spo­ro moż­na za­ła­twić przez te­le­fon, cho­ciaż i tak zaj­mie to tro­chę cza­su. Na po­czą­tek trzy­dzie­ści do­lców za go­dzi­nę, ale staw­ka może wzro­snąć.

Wy­jął ksią­żecz­kę cze­ko­wą i za­czął wy­pi­sy­wać czek.

– Dwie­ście do­la­rów?

– Le­piej czte­ry­sta. Je­śli się oka­że się, że to za dużo, zwró­cę panu nad­pła­tę – po­wie­dzia­łam. – I pro­szę pa­mię­tać, że mu­szę trzy­mać się prze­pi­sów, więc mam na­dzie­ję, że to żad­na śmier­dzą­ca spra­wa. Wo­la­ła­bym, żeby po­wie­dział mi pan całą praw­dę.

I tu mnie za­strze­lił – jego wy­tłu­ma­cze­nie było na tyle nie­zwy­kłe, że tra­fi­ło mi do prze­ko­na­nia. Cho­ciaż sama łgam jak na­ję­ta, nie po­dej­rze­wa­łam, że moż­na tak zręcz­nie prze­mie­szać praw­dę z fał­szem.

– Ja­kiś czas temu po­pa­dłem w kon­flikt z pra­wem i wy­lą­do­wa­łem w wię­zie­niu. Nie­dłu­go przed aresz­to­wa­niem Tony Ga­han po­mógł mi. Nie wie­dział o mo­jej sy­tu­acji, więc na pew­no nie zro­bił tego in­te­re­sow­nie. Czu­ję, że mam wo­bec nie­go dług.

– Więc dla­cze­go nie chce go pan spła­cić oso­bi­ście?

Za­wa­hał się, po czym od­parł z wy­raź­nym za­że­no­wa­niem:

– To tro­chę tak jak w tej po­wie­ści Dic­ken­sa Wiel­kie na­dzie­je. Może mieć opo­ry przed przyj­mo­wa­niem cze­go­kol­wiek od prze­stęp­cy. Lu­dzie nie prze­pa­da­ją za by­ły­mi więź­nia­mi

– A co, je­śli nie ze­chce przy­jąć pre­zen­tu od nie­zna­ne­go ofia­ro­daw­cy?

– Wów­czas zwró­ci mi pani czek i za­trzy­ma za­licz­kę.

Krę­ci­łam się nie­spo­koj­nie na krze­śle. Coś tu nie gra­ło, ale co, za­sta­na­wia­łam się.

– Sko­ro sie­dział pan w wię­zie­niu, skąd ma pan te pie­nią­dze?

– Z San­ta Ani­ta. Je­stem na wa­run­ko­wym i po­wi­nie­nem trzy­mać się z dala od wy­ści­gów, ale trud­no jest mi się po­wstrzy­mać. Wła­śnie dla­te­go wolę, żeby te pie­nią­dze były u pani. Je­stem ha­zar­dzi­stą. Nie mogę mieć ta­kiej for­sy przy so­bie, bo, pro­szę wy­ba­czyć wy­ra­że­nie, z miej­sca ją prze­tur­lam.

Skoń­czył i po­pa­trzył na mnie, ocze­ku­jąc dal­szych py­tań. Wi­dać było, że za­mie­rza mi po­wie­dzieć tyl­ko tyle, ile bę­dzie ko­niecz­ne dla roz­wia­nia mo­ich wąt­pli­wo­ści. Za­dzi­wia­ją­cy był jego spo­kój i cier­pli­wość. Na­tu­ral­nie do­pie­ro po fak­cie zro­zu­mia­łam, iż jego wy­ro­zu­mia­łość wy­ni­ka­ła za­pew­ne z za­do­wo­le­nia, że uda­ło mu się wci­snąć mi taki kit. Mu­siał się nie­źle ba­wić, pro­wa­dząc tę grę. Opo­wia­da­nie kłamstw to świet­na za­ba­wa – sama mo­gła­bym to ro­bić przez całe ży­cie.

– Za co pana ska­za­no? – za­py­ta­łam.

Opu­ścił wzrok i zwra­ca­jąc się do swo­ich wiel­kich dło­ni zło­żo­nych na brzu­chu, od­parł:

– To nie ma nic do rze­czy. Pie­nią­dze są czy­ste i zdo­by­łem je w uczci­wy spo­sób. W tej trans­ak­cji nie ma nic nie­le­gal­ne­go, je­śli to pa­nią mar­twi.

Pew­nie, że mnie to mar­twi­ło, acz­kol­wiek sama się za­sta­na­wia­łam, czy nie prze­sa­dzam z po­dejrz­li­wo­ścią. Obiek­tyw­nie pa­trząc, w jego proś­bie nie było nic złe­go. W my­ślach roz­wa­ża­łam wszyst­kie za i prze­ciw, pró­bu­jąc zgad­nąć, co ta­kie­go zro­bił Tony Ga­han dla Li­mar­da, że ten czu­je się w obo­wiąz­ku spła­cić dług w ten spo­sób. Do­szłam do wnio­sku, że do­pó­ki wszyst­ko jest le­gal­ne, to nie moja spra­wa. In­tu­icja pod­po­wia­da­ła mi, że po­win­nam po­zbyć się tego fa­ce­ta, ale na­za­jutrz przy­pa­dał ter­min pła­ce­nia czyn­szu za miesz­ka­nie. Mia­łam ja­kieś pie­nią­dze na ra­chun­ku bie­żą­cym, ale nie­spo­dzie­wa­ny za­strzyk go­tów­ki na pew­no by się przy­dał. Do­szłam do wnio­sku, że nie mam żad­nych po­wo­dów, by nie przy­jąć tego zle­ce­nia.

– W po­rząd­ku – po­wie­dzia­łam na głos.

Ski­nął gło­wą, wy­raź­nie usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny.

– Świet­nie.

Ob­ser­wo­wa­łam, jak skła­da swój pod­pis na cze­ku. Wy­darł go z ksią­żecz­ki i prze­su­nął w moim kie­run­ku, cho­wa­jąc ksią­żecz­kę do we­wnętrz­nej kie­sze­ni ma­ry­nar­ki.

– Je­śli bę­dzie się pani chcia­ła ze mną skon­tak­to­wać, na cze­ku jest mój ad­res i nu­mer te­le­fo­nu.

Wy­ję­łam stan­dar­do­wy for­mu­larz zle­ce­nia z szu­fla­dy biur­ka i przez kil­ka mi­nut wy­peł­nia­łam jego ru­bry­ki. Męż­czy­zna pod­pi­sał go i po­dał mi ostat­ni zna­ny ad­res Tony’ego Ga­ha­na – w Col­ga­te, mia­stecz­ku po­ło­żo­nym kil­ka ki­lo­me­trów na pół­noc od San­ta Te­re­sa. Pod­świa­do­me oba­wy nie opu­ści­ły mnie i już za­czę­łam ża­ło­wać, że zgo­dzi­łam się przy­jąć to zle­ce­nie. Jed­nak wy­tłu­ma­czy­łam so­bie, że sko­ro umo­wa zo­sta­ła pod­pi­sa­na, mogę wy­cią­gnąć z niej jak naj­wię­cej. W koń­cu to nic wiel­kie­go, my­śla­łam.

Męż­czy­zna wstał. Ja też pod­nio­słam się zza biur­ka i od­pro­wa­dzi­łam go do drzwi. Do­pie­ro te­raz, gdy obo­je sta­li­śmy, zo­ba­czy­łam, że jest ode mnie dużo wyż­szy. Ja mia­łam metr sześć­dzie­siąt osiem, a on mu­siał być o co naj­mniej pięt­na­ście cen­ty­me­trów wyż­szy. Przy drzwiach za­trzy­mał się na mo­ment i zno­wu ob­rzu­cił mnie tym dziw­nym, nie­obec­nym spoj­rze­niem.

– Być może po­win­na pani wie­dzieć jesz­cze jed­no o To­nym Ga­ha­nie – po­wie­dział.

– O co cho­dzi?

– On ma pięt­na­ście lat.

Sta­łam w otwar­tych drzwiach i pa­trzy­łam, jak Alvin Li­mar­do od­cho­dzi po­wo­li ko­ry­ta­rzem. Że też nie za­wo­ła­łam go od razu z po­wro­tem! Już wte­dy po­win­nam była się do­my­ślić, że szy­ku­ją się kło­po­ty. Ale nie zro­bi­łam tego. Za­mknę­łam drzwi i wró­ci­łam do biu­ra. Pod wpły­wem na­głe­go im­pul­su otwo­rzy­łam drzwi na bal­kon i wyj­rza­łam na uli­cę. Nig­dzie ani śla­du mo­je­go go­ścia. Po­trzą­snę­łam gło­wą z roz­cza­ro­wa­niem.

Scho­wa­łam czek do szaf­ki za­my­ka­nej na klucz. W po­nie­dzia­łek za­nio­sę go do ban­ku i scho­wam w swo­jej skryt­ce do cza­su, aż znaj­dę Tony’ego Ga­ha­na i będę mo­gła mu go wrę­czyć. Pięt­na­ście lat?

W po­łu­dnie za­mknę­łam biu­ro i po­szłam na par­king, gdzie zo­sta­wi­łam sa­mo­chód – roz­pa­da­ją­ce­go się volks­wa­ge­na, na któ­rym z tru­dem moż­na było do­szu­kać się śla­dów ory­gi­nal­ne­go la­kie­ru. Z pew­no­ścią nie był to sa­mo­chód, któ­rym moż­na star­to­wać w raj­dzie, ale z dru­giej stro­ny, trud­no szu­kać raj­do­wych emo­cji w pra­cy de­tek­ty­wa. Cza­sa­mi do­star­czam po­zwy do sądu, co nie­jed­no­krot­nie bywa uciąż­li­we, ale na co dzień zaj­mu­ję się zbie­ra­niem in­for­ma­cji na te­mat pra­cow­ni­ków i pra­co­daw­ców, szu­ka­niem za­gi­nio­nych osób oraz po­ma­gam kil­ku miej­sco­wym ad­wo­ka­tom w wy­szu­ki­wa­niu do­wo­dów i świad­ków. Biu­ro wy­naj­mu­ję od fir­my ubez­pie­cze­nio­wej Ca­li­for­nia Fi­de­li­ty In­su­ran­ce, dla któ­rej sama nie­gdyś pra­co­wa­łam. Sie­dzi­ba fir­my znaj­du­je się w są­siedz­twie i od cza­su do cza­su zbie­ram dla nich in­for­ma­cje, a w za­mian udo­stęp­nia­ją mi dwa cał­kiem przy­zwo­ite po­miesz­cze­nia (jed­no od fron­tu, dru­gie z tyłu bu­dyn­ku) z osob­nym wej­ściem i bal­ko­nem wy­cho­dzą­cym na Sta­te Stre­et.

Po­szłam na pocz­tę wy­słać li­sty, a po­tem do ban­ku, gdzie wpła­ci­łam na swo­je kon­to czte­ry­sta do­la­rów od Alvi­na Li­mar­do.

Pod ko­niec na­stęp­ne­go ty­go­dnia, w czwar­tek, do­sta­łam ofi­cjal­ne pi­smo z ban­ku, w któ­rym in­for­mo­wa­no mnie, że czek nie zo­stał za­ak­cep­to­wa­ny. Zgod­nie z po­sia­da­ny­mi przez nich in­for­ma­cja­mi, Alvin Li­mar­do zli­kwi­do­wał swo­je kon­to. Na do­wód za­łą­czo­no ten­że czek ostem­plo­wa­ny na czer­wo­no, co mia­ło za­pew­ne ozna­czać, że bank czu­je się zde­gu­sto­wa­ny.

Po­dob­nie jak ja.

Moje kon­to uszczu­plo­no o czte­ry­sta do­la­rów, a na do­da­tek ka­za­no mi za­pła­cić do­dat­ko­we trzy – pew­nie po to, bym za­pa­mię­ta­ła so­bie na przy­szłość, żeby nie za­da­wać się z ban­kru­ta­mi. Pod­nio­słam słu­chaw­kę i wy­krę­ci­łam nu­mer te­le­fo­nu Alvi­na Li­mar­do, po­da­ny na cze­ku. Li­nia zo­sta­ła odłą­czo­na. By­łam na tyle prze­zor­na, że zde­cy­do­wa­łam się po­cze­kać z roz­po­czę­ciem po­szu­ki­wań Tony’ego Ga­ha­na, aż czek zo­sta­nie za­in­ka­so­wa­ny, więc nie na­pra­co­wa­łam się na dar­mo. Ale w jaki spo­sób mam wy­mie­nić czek? No i co zro­bić z dwu­dzie­sto­pię­cio­ty­sięcz­ną da­ro­wi­zną? Na ra­zie tam­ten czek spo­czy­wał bez­piecz­nie w skryt­ce ban­ko­wej, ale nie mia­łam z nie­go żad­ne­go po­żyt­ku, a nie za­mie­rza­łam do­rę­czać go, do­pó­ki nie zy­skam pew­no­ści, że do­sta­nę swo­je ho­no­ra­rium. Teo­re­tycz­nie mo­gła­bym na­pi­sać do Alvi­na Li­mar­do i wy­słać mu ra­chu­nek, ale naj­praw­do­po­dob­niej wró­cił­by do mnie rów­nie szyb­ko jak czek. To na nic. Mu­sia­łam oso­bi­ście prze­je­chać się do Los An­ge­les. Jed­no, cze­go na­uczy­łam się na te­mat od­zy­ski­wa­nia dłu­gów, to to, że im szyb­ciej dzia­łasz, tym więk­sze masz szan­se.

Spraw­dzi­łam jego ad­res w pod­ręcz­nym atla­sie ulic Los An­ge­les. Na­wet na ma­pie oko­li­ca nie wy­glą­da­ła na eks­klu­zyw­ną. Rzu­ci­łam okiem na ze­ga­rek – było pięt­na­ście po dzie­sią­tej. Jaz­da do L.A. zaj­mie mi co naj­mniej pół­to­rej go­dzi­ny i ko­lej­na go­dzi­na na zna­le­zie­nie uli­cy, do­rwa­nie Li­mar­da i zmu­sze­nie go do prze­pi­sa­nia cze­ku – może uda się jesz­cze zjeść lunch. A po­tem ko­lej­ne dzie­więć­dzie­siąt mi­nut na po­wrót do domu. Jak do­brze pój­dzie, będę w biu­rze koło czwar­tej. Cał­kiem nie­źle. Nie mia­łam wiel­kiej ocho­ty na tę wy­pra­wę, ale po­nie­waż była ko­niecz­na, do­szłam do wnio­sku, że nie ma na co cze­kać – trze­ba brać byka za rogi.

Za­tan­ko­wa­łam sa­mo­chód i o dzie­sią­tej trzy­dzie­ści by­łam już w dro­dze do Los An­ge­les.

2

W Sher­man Oaks zje­cha­łam z Ven­tu­ra Fre­eway na au­to­stra­dę San Die­go. Je­cha­łam nią na po­łu­dnie do Ve­ni­ce Bo­ule­vard, gdzie po zjeź­dzie z es­ta­ka­dy skrę­ci­łam w pra­wo. We­dług mo­ich ob­li­czeń, Li­mar­do miesz­kał gdzieś w po­bli­żu. Za­wró­ci­łam na uli­cę Saw­tel­le, bie­gną­cą rów­no­le­gle do au­to­stra­dy.

Kie­dy w koń­cu zo­ba­czy­łam ten bu­dy­nek, uświa­do­mi­łam so­bie, że wi­dzia­łam jego tył z au­to­stra­dy. Ka­mie­ni­cę po­ma­lo­wa­no na dzi­wacz­ny pa­ste­lo­wy ko­lor, a jej fa­sa­dę zdo­bi­ła wąt­pli­wa de­ko­ra­cja w po­sta­ci wście­kle po­ma­rań­czo­we­go trans­pa­ren­tu z na­pi­sem MIESZ­KA­NIA DO WY­NA­JĘ­CIA. Od uli­cy od­dzie­lał ją ni­ski be­to­no­wy kra­węż­nik i wy­so­ki na po­nad trzy me­try mur, któ­ry miał peł­nić funk­cję ekra­nu osła­nia­ją­ce­go bu­dy­nek przed zgieł­kiem uli­cy, acz­kol­wiek oko­licz­ni miesz­kań­cy uzna­li go za swe­go ro­dza­ju ta­bli­cę ogło­sze­nio­wą i po­kry­li, nie za­wsze cen­zu­ral­ny­mi, na­pi­sa­mi. U pod­sta­wy muru wal­czy­ły o prze­trwa­nie ane­micz­ne chwa­sty, a kil­ka krze­wów, któ­re opar­ły się dzia­ła­niu spa­lin, pstrzy­ły wszel­kie­go ro­dza­ju śmie­ci. Bu­dy­nek od razu wpadł mi w oko, po­nie­waż był tak ty­po­wy dla Los An­ge­les: ob­dra­pa­ne ścia­ny, od­pa­da­ją­cy tynk; spra­wiał wra­że­nie, jak­by za chwi­lę miał się za­wa­lić. Z tyłu wy­glą­dał pa­skud­nie, ale z przo­du pre­zen­to­wał się jesz­cze go­rzej.

Za­bu­do­wę tej uli­cy sta­no­wi­ły przede wszyst­kim stan­dar­do­we ka­li­for­nij­skie „bun­ga­lo­wy”: małe drew­nia­no-gip­so­we dom­ki z dwie­ma sy­pial­nia­mi, wy­gra­bio­nym pod­jaz­dem i ogro­dem bez żad­nych drzew. Więk­szość z nich po­ma­lo­wa­no na mdły od­cień tur­ku­su czy różu, spod któ­re­go prze­bi­jał ko­lor po­przed­niej far­by. Zna­la­złam wol­ne miej­sce po dru­giej stro­nie uli­cy, za­mknę­łam sa­mo­chód i ru­szy­łam w kie­run­ku ka­mie­ni­cy.

Bu­dy­nek za­czy­nał chy­lić się ku upad­ko­wi. Moc­no wy­bra­ko­wa­ną sztu­ka­te­rię po­kry­wa­ła łusz­czą­ca się far­ba, a po­wy­gi­na­ne alu­mi­nio­we ramy okien kry­ły pla­my rdzy. Że­la­zna furt­ka w po­bli­żu wej­ścia zwi­sa­ła smęt­nie ze słup­ka, w któ­rym wy­rwa­no dziu­ry wiel­ko­ści pię­ści. Okna dwóch miesz­kań w su­te­re­nie za­bi­to de­ska­mi. Wła­ści­ciel bu­dyn­ku po­my­ślał o usta­wie­niu przy scho­dach kil­ku ku­błów na śmie­ci, lecz naj­wy­raź­niej za­po­mniał, że na­le­ży je opróż­niać. Duży żół­ty pies z za­pa­łem grze­bał w ster­cie od­pad­ków, cho­ciaż trud­no było do­szu­kać się tam cze­goś ja­dal­ne­go. W koń­cu wy­cią­gnął ze śmie­ci ka­wa­łek ska­mie­nia­łej piz­zy i od­biegł, by zjeść ją w spo­ko­ju.

Po­de­szłam do scho­dów. Więk­szość skrzy­nek pocz­to­wych w holu zo­sta­ła po­zba­wio­na za­mknię­cia, a ich za­war­tość po­nie­wie­ra­ła się po pod­ło­dze. Zgod­nie z ad­re­sem po­da­nym na cze­ku, Li­mar­do miesz­kał pod nu­me­rem 26, za­pew­ne na któ­rymś z wyż­szych pię­ter. W bu­dyn­ku było czter­dzie­ści miesz­kań, ale za­le­d­wie kil­ka skrzy­nek pocz­to­wych opa­trzo­nych ta­blicz­ka­mi z na­zwi­skiem lo­ka­to­ra. Zdzi­wi­ło mnie to. W San­ta Te­re­sa nie mo­żesz li­czyć na otrzy­ma­nie cze­go­kol­wiek pocz­tą, je­śli nie masz po­rząd­nej, za­my­ka­nej na klucz skrzyn­ki pocz­to­wej. Wy­obra­zi­łam so­bie, jak li­sto­nosz wcho­dzi do tego bu­dyn­ku, wy­rzu­ca na pod­ło­gę za­war­tość swo­jej tor­by i czym prę­dzej ucie­ka, za­nim lo­ka­to­rzy opad­ną go jak mu­chy.

Dom był zbu­do­wa­ny na pla­nie czwo­ro­ką­ta. Miesz­ka­nia roz­miesz­czo­no na czte­rech bo­kach, wo­kół we­wnętrz­ne­go „dzie­dziń­ca”, wy­ło­żo­ne­go żwi­rem i pły­ta­mi chod­ni­ko­wy­mi, po­prze­ra­sta­ny­mi kę­pa­mi tra­wy. Ru­szy­łam w górę po spę­ka­nych be­to­no­wych scho­dach.

Na po­de­ście dru­gie­go pię­tra na­tknę­łam się na sta­re­go Mu­rzy­na, któ­ry sie­dział na skła­da­nym me­ta­lo­wym krze­śle i rzeź­bił coś no­żem w ko­st­ce bia­łe­go my­dła. Na ko­la­nach roz­ło­żył ga­ze­tę, na któ­rą spa­da­ły my­dla­ne wió­ry. Fa­cet był przy ko­ści, o nie­fo­rem­nej bu­do­wie cia­ła. Miał może z pięć­dzie­siąt­kę. Krót­kie kę­dzie­rza­we wło­sy, po­si­wia­łe na skro­niach; oczy w ko­lo­rze przy­bru­dzo­ne­go brą­zu, jed­na po­wie­ka ścią­gnię­ta do dołu przez po­szar­pa­ną bli­znę bie­gną­cą w po­przek po­licz­ka.

Męż­czy­zna ob­rzu­cił mnie prze­lot­nym spoj­rze­niem, po czym z po­wro­tem sku­pił uwa­gę na ka­wał­ku my­dła.

– Pew­nie szu­kasz Alvi­na Li­mar­do – ode­zwał się.

– Tak – od­par­łam za­sko­czo­na. – Skąd pan wie?

Uśmiech­nął się pół­gęb­kiem, uka­zu­jąc zęby rów­nie bia­łe jak my­dło, któ­re trzy­mał w dło­niach. Wy­krzy­wił twarz i mia­łam wra­że­nie, że mru­gnął do mnie zde­for­mo­wa­ną po­wie­ką.

– Kot­ku, nie miesz­kasz tu­taj. Znam wszyst­kich lo­ka­to­rów. A nie wy­glą­dasz mi na taką, któ­ra chcia­ła­by wy­na­jąć tu miesz­ka­nie. Gdy­byś zna­ła do­kład­ny ad­res, po­szła­byś pro­sto do tego, kogo szu­kasz, a nie roz­glą­da­ła się do­ko­ła, jak­byś spo­dzie­wa­ła się, że ktoś się na cie­bie znie­nac­ka rzu­ci – do­dał, po czym za­milkł i zmie­rzył mnie uważ­nym spoj­rze­niem. – Na mój gust je­steś z opie­ki spo­łecz­nej albo z wy­dzia­łu zwol­nień wa­run­ko­wych. A może je­steś ku­ra­to­rem?

– Nie­źle – po­chwa­li­łam. – Ale dla­cze­go Li­mar­da? Skąd przy­pusz­cze­nie, że szu­kam wła­śnie jego?

Zno­wu uśmiech­nął się sze­ro­ko, od­sła­nia­jąc ró­żo­we dzią­sła.

– Tu wszy­scy na­zy­wa­ją się Alvin Li­mar­do. To taki dow­cip. Uży­wa­my tego na­zwi­ska do za­ła­twia­nia róż­nych spraw. Sam w ze­szłym ty­go­dniu by­łem Alvi­nem Li­mar­do, gdy da­wa­li dar­mo­we ku­po­ny na żar­cie. To Alvin do­sta­je cze­ki z opie­ki spo­łecz­nej, ren­ty dla we­te­ra­nów, eme­ry­tu­ry. W ze­szłym ty­go­dniu ktoś przy­niósł na­kaz aresz­to­wa­nia. Po­wie­dzia­łem, że go nie ma. Po­szedł. Te­raz nie ma tu żad­ne­go Li­mar­da. Ten, któ­re­go szu­kasz, to bia­ły czy czar­ny?

– Bia­ły – od­par­łam i opi­sa­łam męż­czy­znę, któ­ry od­wie­dził moje biu­ro w so­bo­tę. Gdzieś w po­ło­wie opi­su Mu­rzyn za­czął po­ta­ku­ją­co ki­wać gło­wą, nie prze­ry­wa­jąc przy tym rzeź­bie­nia. Z ka­wał­ka my­dła wy­ła­nia­ła się po­stać ma­cio­ry kar­mią­cej małe. Ca­łość nie mia­ła wię­cej niż dzie­sięć cen­ty­me­trów dłu­go­ści.

– To John Dag­gett. Uuu… pa­skud­ny fa­cet. Musi być, że jego szu­kasz, ale on po­szedł so­bie na do­bre.

– Nie wie pan do­kąd?

– Mó­wią, że do San­ta Te­re­sa.

– Tak. Wiem, że był tam w ze­szłą so­bo­tę. Spo­tka­łam go. Czy od tego cza­su nie po­ka­zał się tu­taj?

Męż­czy­zna scep­tycz­nie wy­dął war­gi.

– Wi­dzia­łem go w po­nie­dzia­łek, a po­tem zno­wu wy­je­chał. Pew­no nie tyl­ko ty go szu­kasz. Wy­glą­dał, jak­by bar­dzo mu się spie­szy­ło. A cze­go od nie­go chcesz?

– Za­pła­cił mi le­wym cze­kiem.

Spoj­rzał na mnie ze zdu­mie­niem.

– Wzię­łaś czek od ta­kie­go fa­ce­ta? Na Boga, dziew­czy­no! Czyś ty zdur­nia­ła?

Nie mo­głam się nie ro­ze­śmiać.

– Tak, wiem. Sama je­stem so­bie win­na. Po­my­śla­łam, że może zdą­żę go do­rwać, za­nim znik­nie na do­bre.

Po­trzą­snął gło­wą z uda­wa­ną roz­pa­czą.

– Nie bierz ni­cze­go od ta­kich jak on. To twój pierw­szy błąd. A przyj­ście tu­taj może być ko­lej­nym.

– Czy jest tu ktoś, kto może mi po­wie­dzieć, gdzie go szu­kać?

Mu­rzyn wska­zał ostrzem noża drzwi są­sied­nie­go miesz­ka­nia.

– Spy­taj Lo­vel­lę. Może coś wie, a może nie.

– To jego przy­ja­ciół­ka?

– Ra­czej nie. Jest jego żoną.

Pu­ka­jąc do drzwi ozna­czo­nych nu­me­rem 26, po­czu­łam, jak wstę­pu­je we mnie odro­bi­na na­dziei. Oba­wia­łam się, że Dag­gett wy­pro­wa­dził się na za­wsze. Drzwi miesz­ka­nia były zro­bio­ne z dyk­ty. Na wy­so­ko­ści ko­lan ktoś wy­bił w nich po­tęż­ną dziu­rę, a przez uchy­lo­ne okien­ko po­wie­wa­ła za­sło­na. Szy­ba była pęk­nię­ta na ca­łej dłu­go­ści i skle­jo­na pro­wi­zo­rycz­nie ta­śmą kle­ją­cą. Z wnę­trza do­cho­dził za­pach go­to­wa­nej ka­pu­sty czy bruk­sel­ki, prze­mie­sza­ny z wo­nią octu i be­ko­nu.

Drzwi otwo­rzy­ły się i wyj­rza­ła z nich ja­kaś ko­bie­ta. Mia­ła spuch­nię­tą gór­ną war­gę, jak dziec­ko, któ­re spa­dło z ro­we­ru. Nie­daw­no ktoś mu­siał pod­bić jej lewe oko – gra­na­to­wy si­niak oka­la­ły zie­lo­ne, żół­te i sza­re krę­gi. Wło­sy ko­lo­ru sia­na upię­ła spin­ka­mi za uszy. Na­wet nie pró­bo­wa­łam zga­dy­wać, ile może mieć lat. Mu­sia­ła być młod­sza, niż moż­na by się spo­dzie­wać, bio­rąc pod uwa­gę wiek Dag­get­ta.

– Lo­vel­la Dag­gett?

– Tak. – Naj­wy­raź­niej nie za­mie­rza­ła mó­wić wię­cej, niż było ko­niecz­ne.

– Je­stem Kin­sey Mil­l­ho­ne. Szu­kam Joh­na.

Bez­wied­nie ob­li­za­ła gór­ną war­gę, jak­by nie mo­gła przy­zwy­cza­ić się do jej zmie­nio­ne­go kształ­tu. Czę­ścio­wo za­krzep­nię­ta krew do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ła wąsy.

– Tu go nie ma. Nie wiem, gdzie jest. Cze­go od nie­go chcesz?

– Wy­na­jął mnie do pew­nej ro­bo­ty, ale za­pła­cił mi le­wym cze­kiem. Mia­łam na­dzie­ję, że bę­dzie­my mo­gli to wy­ja­śnić.

Ob­ser­wo­wa­ła mnie z na­my­słem, za­sta­na­wia­jąc się nad tym, co po­wie­dzia­łam.

– Do ja­kiej ro­bo­ty?

– Mia­łam coś do­rę­czyć.

Wi­dać było, że nie wie­rzy ani jed­ne­mu sło­wu.

– Je­steś gli­ną?

– Nie.

– A kim?

Po­ka­za­łam jej za­la­mi­no­wa­ną ko­pię mo­jej li­cen­cji. Spoj­rza­ła na nią, po czym od­wró­ci­ła się i nie za­my­ka­jąc drzwi, ru­szy­ła w głąb miesz­ka­nia. Uzna­łam, że w ten spo­sób za­pra­sza mnie do środ­ka.

We­szłam do po­ko­ju i za­mknę­łam drzwi. Na pod­ło­dze le­ża­ła zszar­ga­na zie­lo­na wy­kła­dzi­na, któ­rą tak uwiel­bia­ją wła­ści­cie­le miesz­kań do wy­na­ję­cia. Je­dy­ne ume­blo­wa­nie po­miesz­cze­nia sta­no­wił sto­lik do gry w kar­ty i dwa drew­nia­ne krze­sła. Ja­śniej­szy pro­sto­kąt na dy­wa­nie przy jed­nej ze ścian był za­pew­ne po­zo­sta­ło­ścią po sto­ją­cej tam do nie­daw­na ka­na­pie, a re­gu­lar­nie roz­miesz­czo­ne od­ci­ski nó­żek krze­seł i sto­li­ka do kawy świad­czy­ły, że po­kój po­sia­dał kie­dyś to, co de­ko­ra­to­rzy wnętrz na­zy­wa­ją „ką­ci­kiem wy­po­czyn­ko­wym”. Są­dząc po tym, co zo­ba­czy­łam, wy­po­czy­nek w wy­da­niu Dag­get­ta ozna­czał pra­nie na kwa­śne jabł­ko swo­jej mał­żon­ki i nisz­cze­nie wszyst­kie­go, co wla­zło mu w ręce. Je­dy­na lam­pa mia­ła ode­rwa­ną wtycz­kę, a z koń­ca sznu­ra zwi­sa­ły smęt­nie na­de­rwa­ne prze­wo­dy.

– Co się sta­ło z me­bla­mi?

– Wy­niósł do lom­bar­du. Pew­nie mu­siał za­pła­cić dług w ba­rze. Sa­mo­chód po­szedł wcze­śniej. To kupa szmel­cu, ale ku­pi­łam go za wła­sne pie­nią­dze. Po­win­naś zo­ba­czyć moje łóż­ko. Sta­re, za­szcza­ne ma­te­ra­ce, któ­re zna­lazł gdzieś na uli­cy.

W rogu po­miesz­cze­nia znaj­do­wał się ba­rek. Po­de­szłam do nie­go i usia­dłam na jed­nym z wy­so­kich stoł­ków. Lo­vel­la bez po­śpie­chu prze­szła do kuch­ni, wy­dzie­lo­nej z głów­ne­go po­ko­ju. Na ku­chen­ce stał me­ta­lo­wy ron­del bez po­kryw­ki, w któ­rym bul­go­ta­ła go­tu­ją­ca się wście­kle woda. Na dru­gim pal­ni­ku wrza­ła bruk­sel­ka we­pchnię­ta do po­obi­ja­ne­go garn­ka.

Lo­vel­la mia­ła na so­bie wy­tar­te dżin­sy i gład­ką bia­łą ko­szul­kę, wło­żo­ną na lewą stro­nę z na­szyw­ką „Fru­it of the Loom” na kar­ku. Dół bluz­ki pod­wi­nę­ła i za­wią­za­ła w wę­zeł, od­sła­nia­jąc brzuch.

– Chcesz kawy? Wła­śnie mia­łam ro­bić.

– Tak, pro­szę – od­rze­kłam.

Opłu­ka­ła fi­li­żan­kę nad zle­wem i prze­tar­ła ją pa­pie­ro­wym ręcz­ni­kiem. Po­sta­wi­ła na­czy­nie na bla­cie, wsy­pa­ła ły­żecz­kę roz­pusz­czal­nej kawy i zdję­ła gar­nek z wodą z pal­ni­ka, chwy­ta­jąc jego rącz­kę przez ten sam skra­wek pa­pie­ru, któ­ry wcze­śniej słu­żył jako ście­recz­ka. Szyb­kim ru­chem na­peł­ni­ła obie fi­li­żan­ki, za­mie­sza­ła i pchnę­ła jed­ną w moim kie­run­ku, nie wyj­mu­jąc z niej ły­żecz­ki.

– Dag­gett to du­pek. Po­win­ni go przy­mknąć na do­bre – po­wie­dzia­ła bez­na­mięt­nym to­nem.

– Czy on ci to zro­bił? – spy­ta­łam, pa­trząc na jej po­si­nia­czo­ną twarz.

Spoj­rza­ła na mnie bez sło­wa. Te­raz z bli­ska wi­dzia­łam, że ma naj­wy­żej dwa­dzie­ścia pięć lat. Po­chy­li­ła się i opar­ła łok­cia­mi o blat, trzy­ma­jąc fi­li­żan­kę w obu dło­niach. Nie no­si­ła sta­ni­ka; duże, mięk­kie pier­si zwi­sa­ły jak ba­lo­ny na­peł­nio­ne wodą. Na cien­kim ma­te­ria­le ko­szul­ki wy­raź­nie od­ci­skał się za­rys sut­ków. Za­sta­na­wia­łam się, czy jest dziw­ką – zna­łam kil­ka po­dob­nych do niej. Tak jak ona, zda­wa­ły się nie zwra­cać żad­nej uwa­gi na wra­że­nie, ja­kie wy­wie­ra­ły na fa­ce­tach – atrak­cyj­na po­wło­ka, a w środ­ku pu­sto.

– Jak dłu­go je­steś mę­żat­ką?

– Mogę za­pa­lić?

– To two­je miesz­ka­nie. Mo­żesz ro­bić, co chcesz – po­wie­dzia­łam.

Mu­sia­łam ją roz­ba­wić tym stwier­dze­niem, bo ob­da­rzy­ła mnie bla­dym uśmie­chem. Się­gnę­ła po pacz­kę pall mal­li, wło­ży­ła pa­pie­ro­sa do ust i od­pa­li­ła go od pal­ni­ka na ku­chen­ce, prze­chy­la­jąc gło­wę, żeby nie pod­pa­lić so­bie przy tym wło­sów. Za­cią­gnę­ła się moc­no i wy­pu­ści­ła z ust ob­łok dymu.

– Sześć ty­go­dni – od­po­wie­dzia­ła. – Ko­re­spon­do­wa­li­śmy ze sobą, gdy sie­dział w San Luis. Pi­sa­li­śmy do sie­bie przez rok, a jak tyl­ko wy­szedł, wzię­li­śmy ślub. Idio­tyzm, nie? Jezu, uwie­rzysz, że zro­bi­łam coś ta­kie­go?

Wzru­szy­łam wy­mi­ja­ją­co ra­mio­na­mi. Naj­wy­raź­niej nie ocze­ki­wa­ła od­po­wie­dzi.

– Jak się po­zna­li­ście?

– Przez jego kum­pla Bil­ly’ego Polo – kie­dyś z nim cho­dzi­łam. Roz­ma­wia­li o ko­bie­tach i tak ja­koś zga­da­ło się o mnie. Bil­ly pew­nie po­wie­dział mu, że je­stem nie­zła, i Dag­gett do mnie na­pi­sał.

Łyk­nę­łam kawy. Mia­ła moc­no cierp­ki smak, ty­po­wy dla roz­pusz­czal­nej, a na po­wierzch­ni uno­si­ły się po­je­dyn­cze gra­nul­ki.

– Masz może mle­ko?

– A, pew­nie. Prze­pra­szam – po­wie­dzia­ła. Po­de­szła do lo­dów­ki i wy­ję­ła z niej małą pusz­kę skon­den­so­wa­ne­go mle­ka.

Nie­zu­peł­nie to mia­łam na my­śli, ale nie pro­te­sto­wa­łam. Wla­łam mle­ko do kawy i z za­cie­ka­wie­niem ob­ser­wo­wa­łam, jak wy­pły­wa na po­wierzch­nię w po­sta­ci drob­nych kro­pek. Cie­ka­we, czy moż­na by z nich – tak jak z li­ści her­ba­ty – wy­snuć ja­kąś prze­po­wied­nię. Wró­ży­ły nie­da­le­kie kło­po­ty z żo­łąd­kiem, to pew­ne.

– Dag­gett, je­śli chce, po­tra­fi być cza­ru­ją­cy – cią­gnę­ła dziew­czy­na. – Ale daj mu kil­ka drin­ków i za­mie­nia się w świ­nię.

Ileż razy sły­sza­łam ta­kie opo­wie­ści!

– Dla­cze­go od nie­go nie odej­dziesz? – To py­ta­nie za­wsze ci­snę­ło mi się na usta.

– Bo to nie mam sen­su. I tak mnie do­rwie – wy­ja­śni­ła su­cho. – Nie znasz go. Za­bi­je mnie jak psa. A niech bym spró­bo­wa­ła za­wia­do­mić gli­ny. Spoj­rzysz krzy­wo i tak ci przy­wa­li, że bę­dziesz zbie­rać zęby po ca­łej uli­cy. On nie­na­wi­dzi ko­biet, ot co. Oczy­wi­ście, gdy wy­trzeź­wie­je, ca­łu­je cię po pię­tach. Nie­waż­ne, mam na­dzie­ję, że po­szedł so­bie na do­bre. W po­nie­dzia­łek rano ktoś dzwo­nił do nie­go i za­raz po­tem wy­le­ciał stąd, jak­by się pa­li­ło. Od tego cza­su nie ode­zwał się. Inna rzecz, że wczo­raj odłą­czy­li te­le­fon, więc i tak nie mógł­by za­dzwo­nić.

– Dla­cze­go nie po­roz­ma­wiasz z jego ku­ra­to­rem?

– Ra­cja, mo­gła­bym – przy­zna­ła z wa­ha­niem. – Dag­gett musi mel­do­wać się u nie­go na okrą­gło. Miał pra­cę, ale znu­dzi­ła mu się po dwóch dniach. Rzecz ja­sna, nie po­wi­nien pić. Wy­da­je mi się, że na po­cząt­ku pró­bo­wał tego prze­strze­gać, ale szyb­ko zre­zy­gno­wał.

– Te­raz masz szan­sę – dla­cze­go nie uciek­niesz?

– A gdzie niby mia­ła­bym iść? Nie mam zła­ma­ne­go gro­sza.

– Ist­nie­ją schro­ni­ska dla mal­tre­to­wa­nych ko­biet. Za­dzwoń do te­le­fo­nu za­ufa­nia dla ofiar prze­mo­cy. Będą wie­dzie­li, jak ci po­móc..

– Boże, uwiel­biam ta­kie pa­niu­sie! – Mach­nę­ła lek­ce­wa­żą­co ręką. – Po­bił cię kie­dyś ja­kiś fa­cet?

– Ża­den z tych, za któ­rych wy­szłam – od­par­łam. – Nie wią­za­ła­bym się z taką ka­na­lią.

– Też tak mó­wi­łam, sio­stro, ale to nie jest ta­kie pro­ste. Nie przy ta­kim su­kin­sy­nu jak Dag­gett. Przy­się­ga, że znaj­dzie mnie na­wet na koń­cu świa­ta, i do­brze wiem, że nie żar­tu­je.

– Za co sie­dział w wię­zie­niu?

– Nig­dy nie mó­wił, a ja nie py­ta­łam. Te­raz wiem, że po­win­nam, ale wte­dy nie mia­ło to dla mnie żad­ne­go zna­cze­nia. Przez pierw­sze ty­go­dnie było cał­kiem nie­źle. Za­cho­wy­wał się jak za­ko­cha­ny dzie­ciak. Boże, la­tał za mną jak szcze­niak! Nie mo­gli­śmy się sobą na­cie­szyć, było tak, jak pi­sał w li­stach. A po­tem, pew­nej nocy do­ssał się do bu­tel­ki z Jac­kiem Da­niel­sem i gów­no wal­nę­ło w wen­ty­la­tor.

– Czy kie­dy­kol­wiek wspo­mi­nał o nie­ja­kim To­nym Ga­ha­nie?

– Nie. Kto to?

– Nie je­stem pew­na. Ja­kiś dzie­ciak, któ­re­go ka­zał mi zna­leźć.

– Jak ci za­pła­cił? Mogę zo­ba­czyć ten czek?

Wy­ję­łam go z to­reb­ki i po­ło­ży­łam na bar­ku. Po­my­śla­łam, że le­piej nic nie mó­wić o cze­ku go­tów­ko­wym. Do­szłam do wnio­sku, że nie bę­dzie za­chwy­co­na, wi­dząc, jak Dag­gett po­zby­wa się lek­ką ręką ta­kiej for­sy.

– Ro­zu­miem, że Li­mar­do to fał­szy­we na­zwi­sko?

Z uwa­gą oglą­da­ła czek.

– Taa, ale Dag­gett trzy­mał ja­kieś pie­nią­dze na tym kon­cie. Pew­nie zli­kwi­do­wał je tuż przed wy­jaz­dem. – Za­cią­gnę­ła się pa­pie­ro­sem i po­ło­ży­ła czek na bla­cie. Tym ra­zem zdą­ży­łam od­wró­cić gło­wę, za­nim wy­dmuch­nę­ła dym.

– A ten te­le­fon w po­nie­dzia­łek? Nie sły­sza­łaś, o czym roz­ma­wiał?

– Nie mam po­ję­cia. By­łam wte­dy w pral­ni. Kie­dy wró­ci­łam, jesz­cze roz­ma­wiał. Trze­ba było wi­dzieć jego twarz – sza­ra jak ścier­ka! Szyb­ko roz­łą­czył się i wpadł w szał. Prze­wró­cił wszyst­ko do góry no­ga­mi, szu­ka­jąc ksią­żecz­ki cze­ko­wej. Ba­łam się, że po­my­śli, że ja ją scho­wa­łam i po­bi­je mnie, ale był tak spa­ni­ko­wa­ny, że w ogó­le nie zwró­cił na mnie uwa­gi.

– Po­wie­dział ci, że się boi?

– Nie, ale był trzeź­wy jak świ­nia i strasz­nie trzę­sły mu się ręce.

– Nie wiesz, gdzie mógł pójść?

Błysk w oku zdra­dził mi, że coś wie, ale szyb­ko od­wró­ci­ła wzrok.

– Miał tyl­ko jed­ne­go przy­ja­cie­la, Bil­ly’ego Polo w San­ta Te­re­sa. Je­śli szu­kał po­mo­cy, mógł po­je­chać tyl­ko do nie­go. Wy­da­je mi się, że miał tam też ja­kichś krew­nych, ale nie wiem, co się z nimi sta­ło. Nig­dy o nich nie mó­wił.

– Więc Polo wy­szedł już z wię­zie­nia?

– Sły­sza­łam, że nie­daw­no go zwol­ni­li.

– Do­brze. Chy­ba pój­dę tym śla­dem, bo nic in­ne­go mi nie zo­sta­ło. Aha, za­dzwoń do mnie, gdy­by któ­ryś z nich po­ka­zał się tu­taj, do­brze? – Wy­ję­łam swo­ją wi­zy­tów­kę i do­pi­sa­łam na dru­giej stro­nie do­mo­wy ad­res i te­le­fon. – Za­dzwoń na mój koszt.

Uważ­nie obej­rza­ła wi­zy­tów­kę.

– Jak my­ślisz, o co tu cho­dzi?

– Nie wiem i nic mnie to nie ob­cho­dzi. Chcę tyl­ko zna­leźć Dag­get­ta, od­zy­skać swo­ją for­sę i do wi­dze­nia.

3

Sko­ro by­łam już w tej oko­li­cy, po­sta­no­wi­łam wstą­pić do ban­ku. Ko­bie­ta zaj­mu­ją­ca się ob­słu­gą klien­tów ro­bi­ła wszyst­ko, co w jej mocy, żeby mi nie po­móc. Mia­ła ciem­ne wło­sy, dwa­dzie­ścia kil­ka lat. Do­szłam do wnio­sku, iż musi pra­co­wać tu od nie­daw­na, po­nie­waż na każ­de moje py­ta­nie re­ago­wa­ła prze­ra­żo­nym spoj­rze­niem i wi­dać było wy­raź­nie, że nie czu­je się zbyt pew­nie, więc woli na wszyst­ko od­po­wia­dać prze­czą­co. Nie chcia­ła po­dać mi nu­me­ru kon­ta „Alvi­na Li­mar­do” ani na­wet spraw­dzić, czy je zli­kwi­do­wa­no. Nie za­mie­rza­ła rów­nież po­in­for­mo­wać mnie, czy ist­nie­je ra­chu­nek wy­sta­wio­ny na na­zwi­sko Joh­na Dag­get­ta. Wie­dzia­łam, że w pa­pie­rach musi ist­nieć ja­kiś ślad po cze­ku go­tów­ko­wym, ale dziew­czy­na od­mó­wi­ła spraw­dze­nia tej in­for­ma­cji. Po­my­śla­łam, iż zwa­żyw­szy, że w grę wcho­dzi­ła nie­ba­ga­tel­na kwo­ta, może mimo wszyst­ko uda mi się cze­goś do­wie­dzieć. Prze­cież bank mu­siał za­in­te­re­so­wać się tym, co sta­ło się z dwu­dzie­sto­ma pię­cio­ma ty­sią­ca­mi! Sta­łam przy kon­tu­arze, utkwiw­szy wzrok w urzęd­nicz­ce, a ona spo­glą­da­ła na mnie bez­myśl­nie. Może nie zro­zu­mia­ła, o co mi cho­dzi?

Wy­ję­łam ko­pię swo­jej li­cen­cji i po­ka­za­łam jej.

– Pro­szę spoj­rzeć – po­wie­dzia­łam. – Wi­dzi pani? Je­stem pry­wat­nym de­tek­ty­wem i mam po­waż­ny pro­blem. Zo­sta­łam wy­na­ję­ta do do­rę­cze­nia cze­ku go­tów­ko­we­go, ale stra­ci­łam kon­takt z czło­wie­kiem, któ­ry mi to zle­cił. Nie mam żad­nych da­nych na te­mat od­bior­cy tego cze­ku i chcia­ła­bym tyl­ko uzy­skać ja­kieś in­for­ma­cje, któ­re po­zwo­li­ły­by mi wy­ko­nać swo­ją pra­cę.

– Ro­zu­miem – od­rze­kła.

– Ale nie udzie­li mi pani żad­nych in­for­ma­cji, tak?

– To wbrew prze­pi­som.

– A czy wy­pi­sa­nie złe­go cze­ku przez Alvi­na Li­mar­do jest zgod­ne z prze­pi­sa­mi?

– Nie.

– To co wo­bec tego mam zro­bić? – spy­ta­łam. Zna­łam od­po­wiedź… zjedz go, wrzuć do rze­ki… ale po­czu­łam nie­mal­że per­wer­syj­ną chęć po­sta­wie­nia na swo­im.

– Niech go pani po­zwie do sądu.

– Prze­cież nie mogę go zna­leźć. Ja­kim cu­dem po­zwę go do sądu, sko­ro nikt nie wie, gdzie on się po­dzie­wa!

Pa­trzy­ła na mnie tępo. Żad­nej re­ak­cji.

– No do­bra, a co z dwu­dzie­sto­ma pię­cio­ma ty­sią­ca­mi? – drą­ży­łam da­lej. – Co mam zro­bić z tą for­są?

– Nie wiem.

Spu­ści­łam wzrok na biur­ko. Gdy cho­dzi­łam do przed­szko­la, roz­wią­zy­wa­łam ta­kie pro­ble­my, gry­ząc prze­ciw­ni­ka, i do tej pory co ja­kiś czas do­pa­da mnie ta po­ku­sa. To na­praw­dę do­brze robi na ner­wy.

– Chcę mó­wić z pani kie­row­ni­kiem.

– Z pa­nem Stal­ling­sem? Wy­szedł i nie wró­ci przed koń­cem pra­cy.

– To z kim po­win­nam po­roz­ma­wiać, żeby za­ła­twić tę spra­wę?

Urzęd­nicz­ka po­trzą­snę­ła gło­wą.

– Ja zaj­mu­ję się ob­słu­gą klien­tów.

– Jaką ob­słu­gą?! Prze­cież nie ru­szy­ła pani dupy, żeby mi po­móc!

Spoj­rza­ła na mnie z dez­apro­ba­tą.

– Pro­szę ła­ska­wie nie uży­wać przy mnie ta­kie­go ję­zy­ka. Ob­ra­ża mnie pani.

– Co mam zro­bić, żeby uzy­skać ja­kąś po­moc?

– Ma pani u nas kon­to?

– A gdy­bym mia­ła, to co? Udzie­li­ła­by mi pani po­trzeb­nych in­for­ma­cji?

– Nie. Nie wol­no nam ujaw­niać da­nych klien­tów.

Idio­tyzm! Zre­zy­gno­wa­łam z dys­ku­sji i ode­szłam od kon­tu­aru. Za­sta­na­wia­łam się, czy nie po­wie­dzieć jej cze­goś do słu­chu, ale nie przy­cho­dzi­ła mi na myśl żad­na cel­na ri­po­sta. Do­sko­na­le zna­łam po­wód swo­je­go złe­go hu­mo­ru. Wście­ka­łam się na sie­bie, że przy­ję­łam tę ro­bo­tę, ale mia­łam na­dzie­ję, iż uda mi się wy­ła­do­wać gniew na urzęd­nicz­ce ban­ko­wej… bez sen­su. Wró­ci­łam do auta i ru­szy­łam w dro­gę po­wrot­ną.

W San­ta Te­re­sa by­łam za dwa­dzie­ścia pięć pią­ta. W peł­nym bie­gu mi­nę­łam biu­ro i po­je­cha­łam pro­sto do domu. Gdy prze­kro­czy­łam próg miesz­ka­nia, od razu po­czu­łam się le­piej. Mój apar­ta­ment po­wstał z ga­ra­żu, któ­ry prze­ro­bio­no na po­kój. Po­miesz­cze­nie ma kształt kwa­dra­tu o boku dłu­go­ści oko­ło pię­ciu me­trów, z małą kisz­ką po pra­wej stro­nie, od­dzie­lo­ną od po­ko­ju bar­kiem. Tam mie­ści się kuch­nia, któ­ra dzię­ki in­te­li­gent­ne­mu roz­pla­no­wa­niu jest bar­dzo funk­cjo­nal­na: mała pral­ko-su­szar­ka wci­śnię­ta mię­dzy szaf­ki, spo­ro szu­flad, wi­szą­cych pół­ek i sza­fek wbu­do­wa­nych w ścia­ny. Dzię­ki temu miesz­kan­ko jest przy­tul­ne i wy­god­ne, do­kład­nie ta­kie, ja­kie­go mi po­trze­ba. Mam też sze­ro­ką roz­kła­da­ną sofę, na któ­rej zwy­kle sy­piam, biur­ko, krze­sło, mały sto­lik i kil­ka ogrom­nych po­du­szek, któ­re w ra­zie po­trze­by słu­żą jako do­dat­ko­we miej­sca do sie­dze­nia. Ła­zien­ka to jed­na z tych ka­bin z włók­na szkla­ne­go, któ­re sprze­da­ją wraz z ca­łym wbu­do­wa­nym kom­ple­tem nie­zbęd­nych urzą­dzeń: wie­sza­kiem na ręcz­ni­ki, my­del­nicz­ką i otwo­rem na okno, przez któ­re mogę wy­glą­dać na uli­cę. Cza­sa­mi sta­ję so­bie w wan­nie, opie­ram łok­cie o pa­ra­pet i ga­pię się na prze­jeż­dża­ją­ce sa­mo­cho­dy, my­śląc o tym, jak wiel­kie mam szczę­ście. Ko­cham być sama. To rów­nie faj­ne jak by­cie bo­ga­tym.

Rzu­ci­łam to­reb­kę na biur­ko i od­wie­si­łam ża­kiet. Przy­sia­dłam na chwi­lą na so­fie, zdję­łam buty, a po­tem wy­ję­łam z lo­dów­ki bu­tel­kę bia­łe­go wina i kor­ko­ciąg. Kie­dy tyl­ko o tym pa­mię­tam, sta­ram się za­cho­wy­wać jak oso­ba z kla­są, co w moim przy­pad­ku ozna­cza re­zy­gna­cję z wina sprze­da­wa­ne­go w kar­to­nie na rzecz bu­tel­ko­wa­ne­go. Wy­cią­gnę­łam ko­rek i na­peł­ni­łam kie­li­szek. Mi­nę­łam biur­ko, za­bie­ra­jąc po dro­dze książ­kę te­le­fo­nicz­ną i z kie­lisz­kiem w jed­nej ręce, a apa­ra­tem te­le­fo­nicz­nym i ka­blem w dru­giej, za­sia­dłam na so­fie. Od­sta­wi­łam kie­li­szek na sto­lik i za­czę­łam wer­to­wać książ­kę, szu­ka­jąc na­zwi­ska Bil­ly’ego Polo. Oczy­wi­ście nie było go. Spraw­dzi­łam Ga­ha­na. Nic. Prze­łknę­łam łyk wina, za­sta­na­wia­jąc się, co da­lej.

Pod wpły­wem im­pul­su zaj­rza­łam pod li­te­rę D. Lo­vel­la mó­wi­ła, że Dag­gett miesz­kał kie­dyś w oko­li­cy. Może nadal ma tu ja­kichś krew­nych.

Zna­la­złam czte­rech Dag­get­tów. Ko­lej­no dzwo­ni­łam do każ­de­go z nich, za każ­dym ra­zem po­wta­rza­jąc tekst: „Dzień do­bry. Szu­kam Joh­na Dag­get­ta, któ­ry miesz­kał kie­dyś w San­ta Te­re­sa. Czy do­dzwo­ni­łam się pod wła­ści­wy nu­mer?”.

Pierw­sze dwie roz­mo­wy nie wnio­sły nic no­we­go, ale trze­ci nu­mer oka­zał się strza­łem w dzie­siąt­kę. Gdy wy­ja­śni­łam, w ja­kim celu dzwo­nię, po dru­giej stro­nie słu­chaw­ki za­pa­dła głu­cha ci­sza, jak­by męż­czy­zna, któ­ry ode­brał te­le­fon, za­sta­na­wiał się, co od­po­wie­dzieć.

– Cze­go pani od nie­go chce? – za­py­tał w koń­cu. Są­dząc po gło­sie, miał ja­kieś sześć­dzie­siąt lat. W to­nie za­py­ta­nia sły­chać było za­nie­po­ko­je­nie i lek­ką cie­ka­wość. Naj­wy­raź­niej nie był pe­wien, ile może mi po­wie­dzieć.

Pew­nie dla­te­go nie ba­wił się w uprzej­mo­ści i od razu prze­szedł do sed­na. Z tego, co do tej pory do­wie­dzia­łam się na te­mat Dag­get­ta, ja­sno wy­ni­ka­ło, że to ka­wał dra­nia, więc nie za­mie­rza­łam uda­wać jego przy­ja­ciół­ki. Je­śli po­wiem, że jest mi wi­nien pie­nią­dze, mój roz­mów­ca rzu­ci słu­chaw­ką. Zwy­kle w ta­kich sy­tu­acjach su­ge­ro­wa­łam, że to ja chcę od­dać ko­muś dług, ale czu­łam, że tu­taj to nie przej­dzie. Lu­dzie nie dają już so­bie wci­skać kitu tak ła­two.

Wo­bec tego sko­rzy­sta­łam z pierw­sze­go kłam­stwa, ja­kie przy­szło mi do gło­wy:

– Do­brze, po­wiem panu praw­dę – oznaj­mi­łam. – Spo­tka­łam Joh­na tyl­ko raz, ale pró­bu­ję od­na­leźć na­sze­go wspól­ne­go zna­jo­me­go, a John ma chy­ba jego ad­res i nu­mer te­le­fo­nu.

– A kogo pani szu­ka?

Tu mnie za­strze­lił – tej czę­ści hi­sto­rii jesz­cze nie wy­my­śli­łam.

– Kogo? Hmm… Alvi­na Li­mar­do. Czy John wspo­mi­nał o nim kie­dy­kol­wiek?

– Nie, nie są­dzę. Ale może dzwo­ni pani do nie­wła­ści­wej oso­by. John Dag­gett, któ­ry tu kie­dyś miesz­kał, jest w wię­zie­niu, od, niech no po­li­czę… bę­dzie już ze dwa lata.

Za­cho­wa­nie czło­wie­ka po dru­giej stro­nie li­nii su­ge­ro­wa­ło, że na­wet zwy­kła po­mył­ka te­le­fo­nicz­na wzbu­dza w nim na­dzie­ję na prze­rwa­nie mo­no­to­nii ży­cia na eme­ry­tu­rze. Wy­glą­da­ło na to, że tra­fi­łam na zło­tą żyłę.

– Wła­śnie o nie­go mi cho­dzi – po­wie­dzia­łam. – Sie­dział w San Luis.

– Nadal tam jest.

– Nie. Wy­szedł. Zwol­nio­no go sześć ty­go­dni temu.

– Joh­na? Nie­moż­li­we, pro­szę pani. Jest w wię­zie­niu i mam na­dzie­ję, że tam zo­sta­nie. Nie chcę mó­wić o nim źle, ale sama się pani prze­ko­na, że to kło­po­tli­wy czło­wiek.

– Kło­po­tli­wy?

– No tak. Przy­najm­niej ja to tak na­zy­wam. John jest oso­bą, któ­ra stwa­rza pro­ble­my, a zwy­kle nie są to bła­host­ki.

– Na­praw­dę? – rzu­ci­łam. – Nie wie­dzia­łam.

Świet­nie tra­fi­łam. Fa­cet był sko­ry do zwie­rzeń. Mu­szę go tyl­ko za­chę­cać, a może mi po­wie, jak do­rwać Dag­get­ta. Za­ry­zy­ko­wa­łam strzał w ciem­no.

– Pan jest jego bra­tem, praw­da?

– Je­stem jego szwa­grem. Eu­ge­ne Nic­ker­son.

– Czy­li jest pan mę­żem jego sio­stry? – in­da­go­wa­łam.

– Nie – ro­ze­śmiał się. – To on oże­nił się z moją sio­strą. Za­nim zmie­ni­ła na­zwi­sko na Dag­gett, na­zy­wa­ła się Nic­ker­son.

– Jest pan bra­tem Lo­vel­li? – Ja­koś trud­no mi było wy­obra­zić so­bie ro­dzeń­stwo, mię­dzy któ­rym by­ło­by czter­dzie­ści lat róż­ni­cy.

– Nie, bra­tem Es­sie.

Od­su­nę­łam słu­chaw­kę od ucha i spoj­rza­łam na nią w zdu­mie­niu. O czym on mó­wił?

– Chwi­lecz­kę, nic nie ro­zu­miem. Może jed­nak nie mó­wi­my o tej sa­mej oso­bie.

W krót­kich sło­wach opi­sa­łam Joh­na Dag­get­ta. Nie chcia­łam uwie­rzyć w tak nie­wia­ry­god­ny zbieg oko­licz­no­ści, ale coś tu nie gra­ło.

– Tak, to on. Pro­szę mi przy­po­mnieć, gdzie go pani po­zna­ła?

– W ze­szłą so­bo­tę. Tu, w San­ta Te­re­sa.

Po dru­giej stro­nie słu­chaw­ki za­pa­dła wy­mow­na ci­sza.

W koń­cu ode­zwa­łam się:

– A może mo­gła­bym przy­je­chać do pana? Po­roz­ma­wia­li­by­śmy o tej spra­wie.

– Tak chy­ba bę­dzie naj­le­piej – zgo­dził się. – Jak się pani na­zy­wa?

– Kin­sey Mil­l­ho­ne.

Wy­ja­śnił mi, jak do nie­go tra­fić, i za­koń­czył roz­mo­wę.

Mały bia­ły do­mek z drew­nia­nym gan­kiem stał w cie­niu wzgó­rza Ca­pil­lo Hill, w za­chod­niej czę­ści mia­sta. Krót­ka ulicz­ka – po każ­dej stro­nie sta­ły za­le­d­wie trzy domy – koń­czy­ła się rap­tow­nie w miej­scu, w któ­rym as­falt prze­cho­dził w sze­ro­ki żwi­ro­wy pla­cyk par­kin­go­wy, tuż za po­se­sją Dag­get­ta. Za­raz za do­mem pię­ło się w górę zbo­cze wzgó­rza po­ro­śnię­te­go gdzie­nieg­dzie krza­ka­mi i drze­wa­mi. Przy­do­mo­wy ogró­dek ogro­dzo­ny chy­lą­cą się ku zie­mi siat­ką był po­grą­żo­ny w cie­niu. Wła­ści­ciel pró­bo­wał ob­sa­dzić po­se­sję krze­wa­mi, ale jego wy­sił­ki speł­zły na ni­czym, al­bo­wiem wszyst­ko, co z nich zo­sta­ło, to smęt­nie ster­czą­ce z zie­mi su­che pa­ty­ki. Dom przy­po­mi­nał mi bez­dom­ne­go psa, zła­pa­ne­go przez hyc­la i za­mknię­te­go w klat­ce.

Wspię­łam się po stro­mych drew­nia­nych schod­kach i za­pu­ka­łam. Drzwi otwo­rzył Eu­ge­ne Nic­ker­son. Wy­glą­dał do­kład­nie tak, jak go so­bie wy­obra­ża­łam: koło sześć­dzie­siąt­ki, śred­nie­go wzro­stu, sztyw­ne siwe wło­sy i zro­śnię­te brwi. Miał małe wy­bla­kłe oczy i nie­mal­że bia­łe rzę­sy. Wą­skie ra­mio­na, spo­ry brzuch, szel­ki, fla­ne­lo­wa ko­szu­la. W le­wej ręce trzy­mał eg­zem­plarz Bi­blii, za­zna­cza­jąc pal­cem wła­ści­wą stro­nę.

No, no, po­my­śla­łam.

– Pro­szę przy­po­mnieć mi swo­je na­zwi­sko – po­wie­dział, wpusz­cza­jąc mnie do środ­ka. – Prze­pra­szam, ale pa­mięć już nie ta.

– Kin­sey Mil­l­ho­ne – od­par­łam, po­da­jąc mu rękę. – Miło mi pana po­znać, pa­nie Nic­ker­son. Mam na­dzie­ję, że nie prze­szka­dzam.

– Nie, nie. Przy­go­to­wu­je­my się na spo­tka­nie na­sze­go kół­ka bi­blij­ne­go. Zwy­kle spo­ty­ka­my się w śro­dy, ale w tym ty­go­dniu nasz pa­stor roz­cho­ro­wał się na gry­pę, więc spo­tka­nie zo­sta­ło prze­ło­żo­ne. To moja sio­stra, Es­sie Dag­gett, żona Joh­na – rzekł, wska­zu­jąc na ko­bie­tę sie­dzą­cą na so­fie. – Może pani mó­wić mi po imie­niu – do­dał. Uśmiech­nę­łam się zdaw­ko­wo i sku­pi­łam całą uwa­gę na jego sio­strze.

– Dzień do­bry. Jak się pani ma? Dzię­ku­ję, że zgo­dzi­li­ście się pań­stwo na to spo­tka­nie.

Po­de­szłam do niej i wy­cią­gnę­łam dłoń. Ła­ska­wie wsu­nę­ła weń dwa pal­ce i szyb­ko cof­nę­ła rękę. Mia­łam wra­że­nie, że ści­skam gu­mo­wą rę­ka­wicz­kę.

Ko­bie­ta mia­ła sze­ro­ką, bez­barw­ną twarz. Mało twa­rzo­we ucze­sa­nie z si­wych wło­sów i gru­be szkła w pla­sti­ko­wych opraw­kach na pew­no nie do­da­wa­ły jej uro­dy. Po pra­wej stro­nie nosa usa­do­wi­ła się bro­daw­ka wiel­ko­ści ziar­na ku­ku­ry­dzy. Dol­na szczę­ka moc­no wy­su­nię­ta do przo­du nada­wa­ła bro­dzie kan­cia­sty kształt. Ko­bie­ta roz­ta­cza­ła wo­kół sie­bie du­szą­cy za­pach kon­wa­lii.