Coś spod spodu - Joshi S.T. - ebook + książka
NOWOŚĆ

Coś spod spodu ebook

Joshi S.T.

3,3

Opis

Kiedy 22-letnia Alison Mannering wraca po studiach do rodzinnego domu w północno-wschodniej Pensylwanii, zostaje postawiona wobec sytuacji bolesnej i niepokojącej: jej ojciec, od lat pracujący jako górnik, zmarł niedawno w tajemniczych okolicznościach, zaś matka nie chce wyjawić szczegółów dotyczących tragedii. Nie mając innego wyjścia, Alison postanawia sama zbadać sprawę i poprosić o pomoc swoją licealną miłość, Randy'ego Kroebera oraz jego siostrę bliźniaczkę Andreę. Alison i jej kompani zostają uwikłani w niewyobrażalny horror, który swoimi korzeniami sięga stulecia wstecz (lub jeszcze więcej) i jest związany z kopalnią węgla, kontrolowaną przez niedostępnego i tajemniczego Conrada Brasheara. Alison szybko zdaje sobie sprawę, że to, co czai się w kopalni i głęboko pod nią, stanowi nie tylko śmiertelne niebezpieczeństwo dla niej i jej bliskich, ale może także zagrażać całej planecie.

 

Coś spod spodu to fascynująca nowela, stworzona przez wytrawnego badacza i znawcę weird fiction, S. T. Joshiego. To historia kosmicznego terroru, która czerpiąc pełnymi garściami z dziedzictwa Howarda Phillipsa Lovecrafta, Williama Hope Hodgsona i innych klasyków horroru, jednocześnie portretuje swoich bohaterów z niespotykaną w literaturze grozy przenikliwością i wrażliwością. Rezultatem jest opowieść zarówno straszna jak i przejmująca, która nikogo nie pozostawi obojętnym.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 244

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,3 (3 oceny)
0
2
0
1
0
Sortuj według:
Silenzjo

Z braku laku…

Pierwsze opowiadanie okropne. A do reszty nawet nie dobrnelam.
00



Tytuł: Coś spod spodu

Autor: S.T. Joshi

Copyright © Wydawnictwo Dom Horroru, 2022

Copyright © S.T. Joshi, Something from Below, 2019

Copyright © S.T. Joshi, In His Own Handwriting from His Own Most Fantastic Creation (PS Publishing, 2020)

Copyright © S.T. Joshi, Incident at Ferney, 2019, from That Is Not Dead (PS Publishing, 2015)

Copyright © S.T. Joshi, Some Kind of Mistake, 2019, from Innsmouth Nightmares, edited by Lois H. Gresh (PS Publishing, 2015)

Dom Horroru,

ul. Gorlicka 66/26

51-314 Wrocław

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Przekład: Krzysztof Grudnik

Redakcja, korekta: Paweł Kosztyło

Okładka: Łukasz Gwiżdż

Skład i łamanie: Krzysztof Biliński

Wydanie I

Wrocław 2022

ISBN 978-83-67342-19-3

www.domhorroru.pl

facebook.com/domhorroru

instagram.com/domhorroru

Wstęp

Sunand Tryambak Joshi urodził się w zachodnioindyjskim mieście Pune (które wtedy nazywało się Poona) w 1958 roku. Wraz z rodzicami – profesorami ekonomii i matematyki – oraz dwiema starszymi siostrami emigrował do Stanów Zjednoczonych w 1963 roku.

Tam, mając 13 lat, zetknął się po raz pierwszy z prozą Howarda Phillipsa Lovecrafta. Było to prawdziwie transformujące doświadczenie, które z jednej strony rozbudziło w nim trwałą czytelniczą miłość do pisarza z Providence, z drugiej strony – zainspirowało do zdobywania własnych szlifów literackich. Te artystyczne wprawki trwały do wieku lat 17, kiedy S.T. Joshi postanowił zostać krytykiem literackim. Czy nową karierę mógł rozpocząć od zainteresowania innym pisarzem niż Lovecraft? Joshi rozpoczął prace nad bibliografią autora Zewu Cthulhu, w której czasie odnalazł wiele zapomnianych utworów tego pisarza. W ten sposób powstał pierwszy redagowany przez niego zbiór – H.P. Lovecraft Uncollected Prose and Poetry (Necronomicon Press, 1978). Rok później Joshi został redaktorem „Lovecraft Studies” – periodyku poświęconego naukowym badaniom życia i dorobku Lovecrafta.

Przez kolejne lata Joshi zajmował się twórczością Lovecrafta, odnajdując, redagując i wydając jego listy, opowiadania, prace krytyczne na jego temat. To intensywne zaangażowanie doprowadziło Joshiego także do autorów, których Lovecraft cenił i którzy go inspirowali, takich jak Arthur Machen czy lord Dunsany. Nabierając szerszej perspektywy, Joshi zaczął zastanawiać się nad zagadnieniami teoretycznoliterackimi, które znalazły swój wyraz w książce The Weird Tale (1990), a także filozoficznej interpretacji twórczości Lovecrafta: H. P. Lovecraft: The Decline of the West (1990). W końcu w 1996 roku ukazała się monumentalna (moglibyśmy rzec: cyklopowa) biografia Lovecrafta autorstwa Joshiego – H. P. Lovecraft: A Life (w polskim przekładzie Mateusza Kopacza: H.P. Lovecraft. Biografia, 2010, liczy prawie 1200 stron), za którą Joshi dostał Bram Stoker Award oraz British Fantasy Award. Książka ta – jedyna książka Joshiego, która dotychczas ukazała się w Polsce – bez wątpienia należy do jednych z najważniejszych opracowań życia i twórczości Lovecrafta.

Joshi kontynuował prace redaktorskie, krytycznoliterackie, edytorskie itp., interesując się szczególnie pisarzami realizującymi tzw. mitologię Cthulhu, swego rodzaju literackimi spadkobiercami Lovecrafta, ale też innymi autorami, takimi jak Ambrose Bierce, George Sterling, H.L. Mencken, Clark Ashton Smith. Zaczął też pisać książki o ateizmie, którego jest gorącym zwolennikiem.

Jak wspomniałem wcześniej, Joshi tworzył literackie fikcje głównie jako nastolatek w latach 70. Niektóre jego opowiadania publikowane były w uczniowskich i studenckich periodykach. Większość albo klimatem nawiązywała do Lovecrafta, albo do kryminalnych historii Agathy Christie, kilka doczekało się przedruków po latach. Literackie aspiracje ustąpiły jednak karierze krytyka i redaktora. Na powrót do tworzenia fikcyjnych historii przyszła pora dopiero pod koniec lat 90., jednak ta forma działalności zawsze ustępowała głównej – czyli krytycznoliterackiej i redaktorskiej. Wystarczy wspomnieć, że ilość książek krytyczno – i teoretycznoliterackich napisanych przez Joshiego oraz wydań przez niego redagowanych wynosi łącznie około 400 (!), natomiast twórczość literacka, nawet liczona na opowiadania (a nie zbiory), da nam jakieś 30 tytułów.

W niniejszym książce znalazła się jedyna minipowieść Joshiego – Coś spod spodu (Something from Below), która nadała także tytuł całemu zbiorowi. Oryginalnie została wydana samodzielnie (w 2019 roku przez PS Publishing, w 2021 przez Hippocampus Press). Incydent w Ferney (Incident at Ferney) pierwszy raz opublikowano w 2015 roku w zbiorze That Is Not Dead pod redakcją Darrella Schweitzera. Jakiś błąd (Some Kind of Mistake) również opublikowany został w 2015 roku, w zbiorze Innsmouth Nightmares pod redakcją Loisa H. Gresha. Oba opowiadania znalazły się później w autorskim zbiorze opowiadań Joshiego The Recurring Doom: Tales of Mystery and Horror, który ukazał się w 2019 roku nakładem Sarnath Press. Natomiast Jego ręką zapisane (In His Own Handwriting) pochodzi z antologii His Own Most Fantastic Creation (PS Publishing, 2020), którą Joshi również redagował.

Wpływy Lovecrafta widać w każdym z tych utworów – zarówno pod względem formalnym, tematycznym, jak i stosowanych rekwizytów. Pozaziemscy przybysze terroryzujący okolicę, dziwne kulty i spiski, ludzko-rybie hybrydy, podziemne świątynie i na poły alchemiczne laboratoria, tajemnicze manuskrypty i zapomniani bogowie – to wszystko motywy, które znajdziemy w twórczości autora z Providence. Ale w adaptacji Joshiego nabierają one nowych kolorów (choć wciąż jest to raczej ponura paleta szarości, zgniłych zieleni i różnych odcieni czerni). Wykorzystując elementy dobrze znane każdemu fanowi Zewu Cthulhu, Joshi angażuje współczesną problematykę: wykorzystywanie pracowników przez korporacje, degradację środowiska naturalnego, uprzywilejowanie bogaczy itp. W ten sposób pokazuje, że proza Lovecrafta wcale się tak bardzo nie zdezaktualizowała, a spopularyzowane przez niego rekwizytorium – w rękach odpowiednio utalentowanych pisarzy – może posłużyć do poruszania całkiem aktualnych zagadnień.

Krzysztof Grudnik

Coś spod spodu

1

Nie potrafię powiedzieć, dlaczego dokładnie wróciłam do Dunsmuir po ukończeniu Uniwersytetu Lehigh. Miało to coś wspólnego z matką, która po śmierci mojego ojca owinęła się w płaszcz wystudiowanej bezradności, gdy byłam na ostatnim roku studiów. Najzabawniejsze jest to, że mama – i tata również, nawet jeśli jego uporczywa małomówność nie pozwalała mu tego wyrazić – byli pewni, że opuszczę rodzinne miasto na dobre i wyjadę gdzieś indziej, gdziekolwiek indziej, by szukać szczęścia. Może mama myślała, że mój powrót będzie tylko chwilowy, też miałam na to gorącą nadzieję. Po tym, co się stało, naprawdę nie wiem, co chcę zrobić. Wyjazd przeraża mnie tak samo jak pozostanie.

Muszę przyznać, że mój powrót wiązał się też z Randym. Ale do tego wrócę później.

Ciężkim krokiem podeszłam do głównych drzwi mojego domu (ale czy to nadal był „mój” dom?), zostawiając swoje rzeczy w używanym mini cooperze, gdzie zmieściły się bez problemu, a nawet zostało miejsce. Czułam się śmiesznie, pukając do drzwi – przez które wchodziłam i wychodziłam nieskończenie wiele razy w ciągu pierwszych osiemnastu lat mojego życia – ale zapodziałam gdzieś klucz i nie miałam czasu, by go poszukać.

Wydawało mi się, że upłynęła wieczność, nim matka otworzyła drzwi.

– Cześć, Alison – powiedziała bez entuzjazmu.

– Cześć, mamo – odparłam.

Przez półtora roku, które minęło od śmierci ojca, moja matka nabrała urażonego i zrezygnowanego wyrazu, jakby zirytowana myślą, że musi dźwigać na swoich barkach ciężar świata – wszelkie jego przykrości, tragedie i zawody miłosne – ale wiedząc, że nikt inny nie ma na to siły. Nigdy nie była wesoła, ale teraz kosmyki niesfornych szpakowatych włosów, zmarszczki na twarzy, opadnięte ramiona i (przykro mi to mówić) ogólna ociężałość jej figury sprawiały, że wydawała się mieć nie czterdzieści pięć lat, ale dwie dekady więcej. Aż dziw brał, że kiedyś, kiedy byłam małą dziewczynką, uważałam ją za najpiękniejszą kobietę na świecie.

Uścisnęłyśmy się niepewnie i formalnie, po czym weszłam do środka. Od mojej ostatniej wizyty chyba nic się nie zmieniło. Ten malutki domek – parter i niedokończona piwnica – był dokładnie takim mieszkaniem, jakiego można by się spodziewać po (nieżyjącym już) górniku i jego cierpiącej żonie. Zbudowany w latach 40. XX wieku z myślą o żołnierzach wracających z wojny, którzy mogli ponownie zająć swoje miejsce w podziemnych labiryntach kopalni Brasheara, wyglądał bardziej jak barak niż dom. Ponieważ w okresie dorastania nie znałem niczego innego, nie zwracałem uwagi na jego szpetotę, na malutkie pokoiki, w których ledwo mieściły się nasze tanie meble, ani na nieliczne i liche rośliny, które moja matka kiedyś – ale już nie teraz – sadziła na frontowym podwórku.

Dla mnie to wciąż był dom – a najdziwniejsze i najstraszniejsze było to, że nadal chwytał mnie za serce w sposób, przez który zastanawiałam się, czy w życiu znajdę jeszcze inne miejsce, które będzie domem w taki sam sposób.

Ja natomiast nie byłam tą samą osobą, która wyjechała z niego na studia cztery lata temu. Mój umysł się rozszerzył – byłam dumną właścicielką dyplomu z chemii, chociaż przez brak doświadczenia nie miałam najmniejszego pojęcia, jaką pracę zarobkową mogłabym dzięki niemu znaleźć – i moje pojmowanie świata też znacząco się rozszerzyło. Zrozumiałam to dobitnie, kiedy przegapiłam pogrzeb ojca.

Pierwszy semestr trzeciego roku studiów1 spędziłam we Francji – na jeszcze mniej praktycznym kierunku historii sztuki – wtedy nadeszła ta straszna wiadomość. Jednak matka wielkodusznie poradziła mi, żebym nie zawracała sobie głowy powrotem do domu („To tak daleko i naprawdę nic nie możesz zrobić”). Miałam wrażenie, że tak naprawdę chodziło jej o to, że nie ma pieniędzy na opłacenie najbliższego lotu międzynarodowego, mnie na pewno nie było na to stać. Na śmierć mojego ojca zareagowała z pewnego rodzaju spokojną rezygnacją – tak jakby przeszło dwie dekady pracy w kopalni Brasheara same w sobie były dla niego rodzajem wolno realizowanego wyroku śmierci. I może tak było.

Jeśli zaskoczyła mnie pozorna obojętność matki na śmierć jej męża, który przeżył z nią dwadzieścia dwa lata, to jeszcze bardziej zaskoczyło mnie to, co stało się dalej, a co rozwiązało moje obawy, że i tak będę musiał wrócić do domu, ponieważ mojej rodziny – teraz zredukowanej do matki i kilku dalekich ciotek, wujków i kuzynów, z którymi mieliśmy niewiele wspólnego – nie będzie już mogła pozwolić sobie na opłacanie mojej edukacji, choć prawdopodobnie Uniwersytet Lehigh zwiększyłby moje stypendium z powodu nagłej śmierci żywiciela rodziny. Tymczasem Conrad Brashear, obecny właściciel kopalni, która od pokoleń należała do jego rodziny, wspaniałomyślnie przyznał mojej matce skromną rentę, która miała jej wystarczyć do końca życia, a także zapewnił ją, że moje edukacyjne wydatki (tylko w zakresie licencjatu, jak wyjaśniono bez ogródek) również zostaną pokryte.

Czy w ten zawoalowany sposób Brashear brał na siebie winę? Chyba nie, ponieważ zachowywał się podobnie względem rodzin innych zmarłych lub rannych górników, których los w niewielu tylko przypadkach można było przypisać zaniedbaniu lub szykanom z jego strony. Moje coraz bardziej liberalne poglądy sprawiły, że nie byłam przygotowana na ten uderzający przypadek dobroczynnej plutokracji. Być może, powiedziałam sobie, będę musiała osobiście podziękować panu Brashearowi – zakładając, że pozwolą mi wejść do jego zaskakująco skromnej i niewielkiej rezydencji w północnej części miasta.

Jeśli nie słyszałeś o Dunsmuir, nie jesteś w tym osamotniony. Leży schowane w odległym zakątku północno- wschodniej Pensylwanii, niedaleko rzeki Delaware i granicy stanu Nowy Jork. Znajduje się w tak daleko na wschód od autostrady międzystanowej 81, która przecina wschodnią Pensylwanię z północy na południe, że nie ma na niej choćby znaku zjazdu do Dunsmuir. Nawet ci nie powiem, ile dróg stanowych i powiatowych musisz pokonać, żeby się tam dostać. Zresztą poza mieszkańcami tego miasta nikt nie ma powodu, by do niego jechać.

Potomkowie szkocko-irlandzkiej szlachty, którzy założyli Dunsmuir pod koniec XVIII wieku, w większości przenieśli się do bardziej zamożnych rejonów – Allentown, Bethlehem, a nawet tego, co obecnie stanowi aglomerację Filadelfii. Co ciekawe, potomkowie mojej linii, Manneringowie, pozostali. Rodzice mojego ojca, trochę zbyt oddani sir Walterowi Scottowi, nazwali syna Guy2, ale jednocześnie dali jasno do zrozumienia, że jedynym możliwym miejscem jego zatrudnienia będzie kopalnia. Kopalnia pozostała największym pracodawcą w Dunsmuir – miasteczku, którego populacja ledwie przekroczyła 1000 osób i nie zanosiło się na to, by w najbliższym czasie miała wzrosnąć.

Jeśli nigdy nie poznałeś żadnego innego miejsca, nawet najbardziej ponura okolica może zapewnić ci domowy komfort i bezpieczeństwo. Nie mogę narzekać na swoje dzieciństwo: moi rodzice zrobili wszystko, co w ich mocy, by uchronić mnie przed trudami życia córki górnika, a ja miałam przyjaciół w małej szkole podstawowej i jeszcze mniejszej szkole średniej. Nikt tu – poza Conradem Brashearem i kilkoma innymi ważniakami – nie żył dostatnio, a my, dzieci (i rodzice również) przyzwyczailiśmy się do radzenia sobie za niewiele. Nigdy nie dostawałam kieszonkowego, rzadko wyjeżdżaliśmy na wakacje w jakieś wymyślne miejsca (wycieczka do Delaware Water Gap była uważana za luksus), a przez całe lato byliśmy zdani raczej na zabawę między sobą, niż na wyjazd na jakiś drogi i ekskluzywny obóz. Ale pasowało nam to. Nasze ograniczone zasoby sprawiały, że ćwiczyliśmy wyobraźnię, wymyślając własne gry i zabawy. Nie mogę powiedzieć, by czegoś istotnego mi brakowało.

W pewnym sensie wyjazd na uniwersytet był błędem – uświadomił mi, w jak małym i pozbawionym przywilejów miejscu się wychowałam. Na Lehigh było trochę dobrze urodzonych preppies3, którzy jasno dali mi do zrozumienia, że nie mam co marzyć o dołączeniu do ich grona. Cóż, mi to pasowało – ale kiedy teraz wróciłam do domu, ten sam „dom” nie wydawał się już tak miłym miejscem. Moje horyzonty się poszerzyły i z niechęcią myślałem nawet o chwilowym powrocie do ciasnego, ograniczonego świata Dunsmuir.

Przyjechałam wczesnym popołudniem pod koniec maja. Wrzucenie moich rzeczy do starego pokoju (który teraz wydawał się o wiele mniejszy, niż pamiętałam sprzed czterech lat) nie zajęło mi dużo czasu. Czego już nie potrzebowałam, wrzuciłam do piwnicy, by później się tego pozbyć. Mama nie kiwnęła palcem, żeby mi pomóc, ale nie przeszkadzało mi to. Wpatrywała się we mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy, jakbym był jakąś halucynacją, która się rozwieje, jeśli będzie się wpatrywać w nią wystarczająco długo. Jej rysy nabrały wyrazu wiecznej melancholii, a teraz połączyły się z całą masą innych myśli i uczuć. Naprawdę nie powinno cię tu być… Dlaczego wróciłaś?… Uwielbiam mieć cię tutaj, ale nie jesteś już moją małą dziewczynką, prawda?… Myślę, że teraz, gdy tu jesteś, stanie się cośzłego…

Nie wyartykułowała żadnej z tych myśli, zamiast tego powiedziała nieco mechanicznie: – Jesteś głodna? Mogę ci zrobić obiad.

– Nie trzeba, mamo – odpowiedziałam, zrzucając na podłogę salonu worek marynarski wypełniony książkami, zbyt ciężki, by za jednym razem donieść go do mojej sypialni. – Jadłam coś po drodze.

Przytaknęła, będąc myślami gdzieś daleko, jakby naprawdę nie chciała zrobić dla mnie tego obiadu, ale czuła się w obowiązku go zaproponować. Gotowanie było zresztą jednym z jej nielicznych talentów i była dumna z umiejętności przyrządzania smacznych posiłków mieszczących się w niewielkim budżecie. Przez ostatnie półtora roku musiało ją denerwować to, że nie miała dla kogo gotować – gotowanie dla samej siebie to żadna przyjemność. Bez wątpienia zamierzała wykorzystać swe kulinarne umiejętności przy kolacji, a skoro już tam byłam, pewnie nie miałam innego wyboru, jak zjeść ją z uznaniem.

Jak już mówiłam, nie miałem zbyt wielu rzeczy do wniesienia, ale nawet ta skromna ilość – po prawie trzygodzinnej jeździe z Lehigh – bardzo mnie zmęczyła. Usiadłam ciężko w salonie na wiekowej kanapie, której postrzępiona tapicerka i zdezelowane poduszki sprawiały mi dziwną wygodę. Mama najpierw nerwowo kręciła się wokół mnie, po osiemnastu miesiącach samotności już nieco odzwyczajona od obecności drugiej osoby w domu, ale potem uświadomiła sobie, że dawno minął czas, kiedy powinna być helikopterowym rodzicem, usiadła więc skromnie obok mnie.

Zaczęła mówić wysokim głosem, którego nigdy wcześniej nie słyszałam.

– Więc co zamierzasz…?

– Chciałabym zobaczyć grób taty. – Przerwałam jej.

Oczywiście nie takiej odpowiedzi się spodziewała. Zamknęła usta, głośno kłapiąc zębami, i wpatrywała się we mnie, jakbym poprosił o wejście na pokład promu kosmicznego na Marsa.

– Po co…? – zaczęła.

– Mamo – powiedziałam zniecierpliwiona – mój tata nie żyje! Czy to nie normalne, że chcę zobaczyć, gdzie jest pochowany?

– Oczywiście, że tak, kochanie – powiedziała protekcjonalnie, odwracając ode mnie wzrok.

– Możesz mnie tam zabrać? – zapytałam z większym naciskiem, niż było to potrzebne. Nie wiedziałam, czemu w zasadzie o to pytam, w mieście był tylko jeden cmentarz i po pewnym czasie bez wątpienia znalazłabym miejsce pochówku mojego taty. Jednak dziwne wahanie mojej mamy zastanowiło mnie i zabolało.

– Teraz? – odpowiedziała cicho, mając nadzieję, że może faktycznie chciałam jechać jutro, za tydzień albo za rok.

– Tak, teraz – powiedziałem, patrząc prosto na nią.

To mógł być pierwszy drobny przejaw zmian w naszych stosunkach – pierwsza oznaka, że nie jestem już kimś, kogo może zastraszyć i podporządkować sobie tylko dlatego, że jest starsza i jest moim rodzicem. Aczkolwiek nigdy nie była tyranem, a jeśli tak o niej myślałam, to tylko przez to, że ktoś musiał trzymać mnie w ryzach po tym, jak stało się zupełnie jasne, że tata chciał być jedynie moim pobłażliwym kumplem i towarzyszem, skłonnym spełnić każde moje życzenie (oczywiście w granicach rozsądku – i w ramach naszych ograniczonych środków), i nawet bezskutecznie wtrącał się, gdy matka chciała mnie ukarać za różne przewinienia. Na szczęście tata nigdy nie okazywał, że chciałby, bym była chłopcem. W zasadzie wydawał się bardziej podekscytowany niż mama tym, że jestem kobietą, i dopiero niedawno zaczęłam rozumieć dlaczego.

Przynajmniej ja nie będę pracowała w kopalni Brasheara.

Mama z udręką wymalowaną na twarzy podniosła się ciężko z kanapy. Jakby mówiła: Nie dość, że na moich barkach spoczywa ciężar świata, to teraz jeszcze muszę sobie radzić z nagle zbuntowaną córką. Mimo że było ciepło, usilnie szukała odpowiedniego okrycia, by stawić czoła nieistniejącym żywiołom. W końcu zdecydowała się na ciemnoniebieski kardigan, który przywołał we mnie głębokie wspomnienia – wycieczki na jedyny plac zabaw w mieście, gdzie mama patrzyła na mnie z obawą, gdy coraz śmielej wspinałam się na huśtawkę i drabinki; prawie codzienne wyprawy na zakupy do dyskontu spożywczego, gdzie obliczała koszty produktów różnych marek z precyzją godną sprzedawcy klejnotów; i wyprawy naszym rozklekotanym oldsmobilem do jej krewnych w pobliskim Fenton, zwykle bez mojego ojca, ponieważ jej rodzina uważała ten związek za społeczną i finansową katastrofę.

Zapakowałem ją do mojego coopera i odjechałem. Nie mieszkałem w mieście od czterech lat, ale znałem drogę.

Cmentarz – niewyznaniowy, który funkcjonował pod męczącym eufemizmem Shady Haven – znajdował się na zachodnim skraju miasta, tak jakby sama fizyczna odległość mogła unieważnić ponurą rzeczywistość śmierci. Jazda samochodem zajęła kilka minut, ale kiedy już przejechałam przez szeroką bramą, musiałam cicho poprosić mamę, by poprowadziła nas do grobu. Nie miałam wielu krewnych, a ci, którzy odeszli – z obu stron rodziny – zostali pochowani gdzie indziej. Nie pamiętałam, bym uczestniczyła w jakimkolwiek pogrzebie jako dziecko czy nastolatka. Jedni i drudzy dziadkowie nadal żyli i wcale nie byli tacy starzy, ale zaczęłam się zastanawiać, czy w najbliższych latach nie czeka nas nagły wysyp pogrzebów.

Mama niechętnie wskazała drogę, która odchodziła na lewo od głównego traktu, skręciłam w nią, jadąc z szacunkiem wolnym tempem, chociaż nie było tam żywej duszy, ani w innym samochodzie, ani na piechotę.

Skręciłyśmy w kolejną drogę, tym razem w prawo, po czym mama zaskoczyła mnie nagłym „Tutaj”.

Nie dostrzegłam imienia taty na żadnym z nagrobków stojących po prawej stronie drogi, na którą mama wskazała skinieniem głowy, wypowiadając to słowo. Kiedy zatrzymałam samochód i wysiadłam, zdenerwowało mnie, że nie poszła w jej ślady. Uniosłam brwi, potem je zmarszczyłam, ale ona pozostawała maniakalnie nieruchoma.

Nie miałam innego wyjścia, jak przejść z przodu samochodu i otworzyć drzwi od strony pasażera.

– Możesz mi pokazać? – zapytałam z irytacją.

Westchnęła, jakbym żądała od niej czegoś oburzająco irracjonalnego, ale ruszyła się – choć dopiero po kilku sekundach, które stanowiły ostatni daremny gest sprzeciwu.

Ruszyłyśmy przez trawnik po prawej, uważając, by nie nadepnąć na leżące płasko na ziemi nagrobki. W ciągu kilku minut dotarłyśmy na miejsce.

Nie jestem pewna, co spodziewałam się poczuć, gdy zobaczyłam prosty napis („GUY MANNERING / 1970-2016”), ale z niezrozumiałych dla mnie powodów tak się zakrztusiłam, że musiałam zdusić płacz. Położyłem rękę na ustach, a oczy wypełniły mi się łzami. Nie pamiętam, kiedy ostatnio płakałam – pod tym względem nie jestem „dziewczęcą dziewczyną” – ale wtedy byłam tego bliska.

W chwilowym przypływie czułości i solidarności mama potarła moje plecy i ramiona, grymas pełnego współczucia smutku i cierpienia wymalował się na jej twarzy. Nic jednak nie powiedziała.

Opanowałam emocje na tyle, by zapytać: – Jak umarł?

W innych okolicznościach to pytanie mogłoby się wydawać dziwne, ale faktem było, że mama nie wyjaśniła mi dokładnej przyczyny i sposobu śmierci taty podczas tej absurdalnie krótkiej rozmowie telefonicznej, którą przeprowadziła ze mną, kiedy byłam we Francji. Zapytałam ją wtedy o to, chcąc przetrawić tę szokującą wiadomość, ale stwierdziła, że koszt rozmowy był tak wysoki, że nie ma sensu się w to zagłębiać. Nie mogę powiedzieć, że podczas tamtej strasznej rozmowy była spokojna i niewzruszona, ale odniosłam wrażenie, że dla niej śmierć była dopuszczalnym ryzykiem pracy w kopalni i że właśnie przyszła kolej na tatusia, by paść jej ofiarą.

I pomimo szoku i przerażenia, jakie mnie wtedy ogarnęły, w jakiejś części się z nią zgadzałam.

Teraz jednak potrzebowałam więcej wyjaśnień. Ale czemu – nie potrafiłabym wytłumaczyć nawet samej sobie. Nie chodziło o powtarzane do znudzenia „zamknięcie”: tata nie żył i nic nie dało się z tym zrobić. Z pewnością nie szukałam też potwierdzenia, że górnictwo to niebezpieczne zajęcie – wiedziałam o tym.

Mama, zaskoczona moim pytaniem, odpowiedziała z lekkim uniesieniem. – Oczywiście, że zginął w kopalni.

– Wiem, mamo, powiedziałaś mi. Ale co dokładnie się stało?

Wtedy stało się coś dziwnego. Zrozumiałabym, gdyby była zła, zbolała czy oburzona. W końcu była tu, gdy to się stało – i jako żona mogła w pewnym sensie czuć się uprawniona do większej żałoby niż córka. Twierdziła, że nie ma mi za złe nieobecności na pogrzebie, ale może chowała urazę, nieujawnioną, ale jątrzącą się ranę na sercu.

Ale nie – nie wyrażała żadnej z tych emocji. Ponieważ milczała, patrząc na mnie szeroko otwartymi oczyma, musiałam nieudolnie zgadywać, co czuje.

A tym, co zdawała się czuć, był… strach.

Oczywiście to był absurd: ludzie ciągle ginęli w kopalniach. Od pyłu węglowego, od zawalenia chodnika, od wszelkich zagrożeń, które stale ich osaczały, gdy drążyli tunele niczym wielkie krety we wnętrznościach ziemi. Więc o co chodziło z tym niemówieniem mi? Czy mama uważała mnie za jakąś „delikatną panienkę”, która nie może znieść prostej informacji o śmierci ojca? Czy w jakiś straszny sposób czuła, że pełne wyjaśnienie zrówna mój smutek z jej?

Gdyby tylko powiedziała mi wtedy całą prawdę, wiele bólu i grozy można by było uniknąć. Podstawowa potworność pozostałaby jednak taka sama.

– Po prostu umarł – powiedziała zamiast tego mama, krzywiąc się i odwracając ode mnie wzrok. – Nie znam szczegółów.

– Nie znasz? – zapytałam z niedowierzaniem. – Jak to możliwe?

– No – prawie lamentowała – przecież mnie przy tym nie było! Po prostu przywieźli jego ciało do kostnicy, a ja nawet go nie widziałam. W czasie nabożeństwa trumna była zamknięta.

Trudno mi było to wszystko przetrawić. Czy ciało taty mogło zostać zmiażdżone? Nic o tym nie słyszałam – ale może wieści nie dotarły na drugi kontynent. Mama nigdy nie lubiła pisać listów i chyba nie napisała do mnie ani razu, gdy byłam we Francji. Tata przed śmiercią wysłał kilka fatalnie napisanych notatek, ale po jego odejściu mama milczała jak zaklęta i sama przestałem do niej pisać. Moja niechęć do mamy była tak wielka, że kolejnego lata, po moim pierwszym roku, nie chciałam nawet wrócić do domu na wakacje – co nie pomogło w odbudowaniu bliskiej relacji między matką a córką po odejściu taty.

Odeszłam z obrzydzeniem, chcąc znaleźć się jak najdalej od tego miejsca. Mojego taty tak naprawdę tam nie było – stwierdziłam nadąsana – nie tego taty, który tak wiele dla mnie znaczył. Jego zwłoki – być może okaleczone nie do poznania i nie do naprawienia przez najbardziej wprawnego pracownika zakładu pogrzebowego – mogły tkwić pod tym nijakim nagrobkiem, ale od teraz będzie żył tylko w moich wspomnieniach.

Mama powlokła się za mną: wyglądała teraz na krnąbrne dziecko, a ja na ponaglającego je rodzica. Wsiadłyśmy z powrotem do samochodu i odjechałyśmy.

Jakby dla zadośćuczynienia, mama włożyła jeszcze więcej wysiłku w przygotowanie smacznego obiadu – pieczonego kurczaka, świeżych ciasteczek, smażonej zielonej fasolki i brzoskwiniowego ciasta na deser. Zjadłam tyle, ile mogłam, choć wszystko smakowało mi jak popiół. Jej starania były miłe, ale miałam wrażenie, że to tylko zasłona dymna, jakbym przez ciężar kalorii, tłuszczu, mięsa i cukru miała zaniechać dalszego dochodzenia. Zadziałało: niewiele mówiłyśmy, wpychając do ust widelec za widelcem.

Po kolacji powiedziałam, że muszę wyjść, a ona mnie nie zatrzymywała. Wiedziała, że idę zobaczyć się z Randym.

1 Studia w USA trwają zwykle 4 lata, dlatego między tym wydarzeniem (3 rokiem, junior year) a końcem studiów (senior year) wspomnianym na samym początku minęło tylko 1,5 roku.

2 Aluzja do bohatera powieści Waltera Scotta, szkockiego pisarza epoki romantyzmu, zatytułowanej „Guy Mannering czyli Astrolog”

3 Preppies – amerykańska subkultura nawiązująca do starych prywatnych szkół. Ich sposób ubierania się, maniery i etykieta mają wyraźnie sygnalizować pochodzenie z klasy wyższej.