Córka fałszerza. Tom 2 - Joanna Jax - ebook + audiobook

Córka fałszerza. Tom 2 ebook i audiobook

Joanna Jax

4,6

Opis

Opowieść o grupie ludzi, których młodość przypada na burzliwe czasy schyłku Republiki Weimarskiej i początku istnienia III Rzeszy.

Młoda Żydówka o niezwykłym talencie malarskim, policjant usiłujący zachować prawość w okrutnych czasach, majętny mężczyzna zarażony ideą nazizmu i człowiek ogarnięty ezoterycznym szaleństwem to bohaterowie powieści, którzy próbują odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Kiedy nadchodzą rządy Hitlera, żadne z nich nie spodziewa się, że właśnie narodziło się czyste zło. To historia o powstaniu III Rzeszy, jej związkach z okultyzmem i żądzy władzy tak wielkiej, że doprowadza do najokrutniejszej wojny w dziejach ludzkości i tragedii milionów istnień.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 291

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 7 min

Lektor: Elżbieta Kijowska

Oceny
4,6 (261 ocen)
174
74
10
3
0

Popularność




Redakcja

Anna Seweryn

Projekt okładki

Joanna Jax

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Damian Walasek

Opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Fotografia na okładce

© CURAphotography | Shutterstock

Grafiki na stronach rozdziałowych

© Deedster | pixabay.com

Korekta

Urszula Bańcerek

Marketing

Anna Jeziorska

[email protected]

Wydanie I, Chorzów 2020

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3 C

tel. 600 472 609

[email protected]

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: LIBER SA

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

dystrybucja.liber.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2020

Tekst © Joanna Jakubczak

ISBN 978-83-7835-806-0

Człowiek nie jest w stanie poznać samego siebie, jak więc może dobrze poznać drugiego człowieka?

Annie Seweryn

1935

1.

Życie Judith Kellerman, a właściwie od niemal dwóch lat Judith Ebeling, mogłoby być znośne, gdyby nie ciągły lęk o męża i brata. Ona przywykła już do myśli, że Niemcami rządzą naziści, i próbowała odnaleźć się w tym świecie. Oczywiście, zżymała się, gdy słuchała o coraz to nowych pomysłach rządu, jak chociażby przepis o sterylizacji osób chorych psychicznie, a nawet tak zwanych bękartów Nadrenii, jak mówiono o dzieciach będących owocem związków stacjonujących tam kiedyś Senegalczyków z zamorskich kolonii Francji oraz niemieckich kobiet. Nie ukrywała także, że piała z zachwytu, gdy nadeszła noc długich noży i Hitler rozprawił się z coraz bardziej zuchwałymi bandami Sturmabteilung, które siały na ulicach terror i panoszyły się przy całkowitej aprobacie władz. Dopiero gdy Röhm i jego organizacja zaczęli zagrażać Hitlerowi i jego pomagierom, postanowiono ukrócić ich działalność i ta formacja z dnia na dzień przestała mieć znaczenie polityczne i militarne, a większość jej szeregowych członków przeszła do SS, czyli Schutzstaffeln. Wydawało się jej, że ci drudzy są mniej brutalni i nie przypominają barbarzyńców z SA. Być może to za sprawą jednego z członków tej organizacji, Herberta von Reussa, który był człowiekiem nie tylko dystyngowanym, ale także zupełnie przyzwoitym i nawet nowy mundur, jaki nosił, nie budził w niej grozy.

Pod koniec trzydziestego trzeciego członkowie tej formacji otrzymali nowe umundurowanie, zaprojektowane rok wcześniej przez Karla Diebitscha i Waltera Hecka, a wyprodukowane przez Hugo Bossa. Judith stwierdziła, że mężczyźni wyglądają w nich bardzo dostojnie, nawet jeśli ich czapki zdobiły trupie główki, a krawaty – znak runiczny SS. Serafin prorokował, że ci ludzie staną się jeszcze bardziej brutalni niż ci z SA, bo przecież cała rzesza bezwzględnych osiłków od Röhma przeszła pod komendę Himmlera, który nie był, co prawda, takim zboczeńcem jak Röhm, ale za to psychopatą i sadystą. A jednak ona nie potrafiła o tych mężczyznach tak myśleć, bo nie umiała mieć złego zdania o Herbercie von Reussie. Pomógł wyciągnąć z aresztu Johanna i jej brata, i była mu za to bezgranicznie wdzięczna.

Poza tym zaczęła współpracę z Heinrichem Stolzmanem, który wbrew jej obawom rozliczał się z nią rzetelnie i traktował tak, jakby wcale nie należała do znienawidzonego przez nazistów narodu wybranego. Tym samym zupełnie odrzuciła myśl, iż mógł zamordować jej ojca, ale śledztwo, jakie prywatnie prowadziła w tej sprawie, utknęło w martwym punkcie. Człowiek, który jej pomagał w odnalezieniu mordercy, Rudolf Dorst, przestał się pewnego dnia angażować w tę kwestię. Po prostu oznajmił jej na jednym ze spotkań, że kończy z tym.

– Dlaczego? – zapytała wówczas płaczliwie. – Ten ślad, który podsunął ci Zallander jest wszystkim, co mamy, chociaż coraz mniej wierzę, że kluczem do rozwiązania morderstwa jest Stolzman. Jednak uważam, że to właśnie w tych kręgach należy szukać sprawcy, wśród pozostałych kochanków Wackera, a zwłaszcza trzeba dopaść tego ostatniego.

– Judith… – jęknął Rudolf. – Czy ty niczego nie rozumiesz? Wyszłaś za mąż za innego, nie potrafię udawać, że nic mnie to nie obchodzi.

– Rudolfie, wiedziałeś od początku, że taki moment w końcu nadejdzie. Johann jest częścią mnie. To nie tylko mój mąż, ale także przyjaciel.

– Czym innym jest spodziewać się pewnych rzeczy, a czym innym stanąć z nimi twarzą w twarz. Nie rozumiesz, że cierpię, gdy na ciebie patrzę? – odparł.

Judith spuściła głowę. Lubiła komisarza Dorsta i wciąż się łudziła, że pozostaną przyjaciółmi, ale Rudolf nie potrafił zrezygnować z jej uwodzenia.

Dotknęła jego dłoni.

– Rozumiem – powiedziała cicho. – Ale pamiętaj, że cokolwiek się stanie, zawsze możesz na mnie liczyć.

– Zapewne oczekujesz, że powiem ci to samo? – mruknął.

Odsunęła rękę.

– „Chcieć” czegoś nie oznacza „oczekiwać”. Jeśli jednak zerwanie jakichkolwiek kontaktów ze mną pomoże ci się uporać z tym niechcianym uczuciem, zaakceptuję to. Bardzo cię lubię i gdyby nie było… Ale jest.

Nie dokończyła zdania, bo chwilami zastanawiała się, co by było, gdyby Johann naprawdę nie istniał w jej życiu. Jednak w tym miejscu musiałaby wymienić imię jeszcze jednej osoby – Herberta. Mężczyzny, który miał stałe miejsce w sercu Judith, chociaż zdawała sobie sprawę, że jest to człowiek, z którym nigdy nie miałaby szansy się związać. Nie wiedziała, co do niego czuła. Jednak gdy od czasu do czasu pozwalała sobie na myślenie o nim, jakieś dziwne ciepło rozlewało się po jej sercu. Zapewne dlatego, że pomógł jej w chwili, gdy najbardziej tego potrzebowała.

Niekiedy, gdy siedziała w salonie z mężem i bratem, który wciąż nie mógł znaleźć dla siebie odpowiedniej panny, mówiła:

– Wydaje mi się, że żyję w jakimś innym państwie. Jakby świat, który znałam do tej pory, zniknął. W gazetach, radiu, kinie… wszędzie zalewa mnie fala peanów na cześć nowych rządów, indoktrynacja zaczyna się już od wieku dziecięcego, bo przecież Pimpf to jeszcze dzieci. Żydzi spychani są na margines społeczeństwa i sama zaczynam wierzyć, że oto narodziła się nowa, tysiącletnia Rzesza, w której wszystkim wyprano mózgi i wymazano z nich wspomnienia z przeszłości.

– My nigdy się nie poddamy – warknął Johann.

Judith westchnęła.

– Kochanie, dlaczego nie potrafisz pogodzić się z faktem, że dla was nie ma już miejsca? To koniec.

– Jeśli los dał nam szansę i udało się nam wyjść z więzienia, to oznacza, że nie wszystko stracone – odparł Johann.

– To nie los dał wam szansę, tylko poczciwy Herbert von Reuss. I nie zrobił tego po to, byście znowu wdawali się w jakieś awantury, ale normalnie żyli, pracowali i zapomnieli o swojej partii – jęknęła.

– Normalnie? Ty to nazywasz normalnością? Wyrzucili mnie już z drugiej posady, bo mam żonę Żydówkę – warknął Johann.

– Mogłeś się ze mną nie żenić – burknęła.

– Przestań tak mówić. To nie o to chodzi, że ty jesteś Żydówką, ale idzie o fakt, że komuś to przeszkadza. Błagam, Judith, wyjedźmy stąd…

– Wiesz, że jestem na to gotowa, ale nie wyjadę do Związku Radzieckiego.

– Wierzysz w ich propagandę? – westchnął Johann.

– Już sama nie wiem, w co mam wierzyć. Ja się po prostu boję. Znany wróg jest lepszy od tego kompletnie nieznanego. Tutaj mam przyjaciół, znajomych, ludzi, którzy mi pomogą, a tam?

– Przyjaciół nazistów. Skoro tak ci tu dobrze, dlaczego nie chcesz się zdecydować na dziecko?

– Przestań! Przecież coś ustaliliśmy. Nienawidzę nazistów, tak jak i ty. I boję się mieć dziecko, gdy oni rządzą.

Do rozmowy wtrącił się milczący dotychczas Serafin:

– Przestańcie. Oboje. Przecież postanowiliśmy, że ja i Johann wyjedziemy na kilka miesięcy do Związku Radzieckiego poszukać u naszych towarzyszy wsparcia i przy okazji rozejrzymy się. Zorientujemy się, jak możemy tam zorganizować nasze życie, opowiemy ci, co zdziałaliśmy i wtedy podejmiemy decyzję. A właściwie podejmie ją Judith. Jeśli nie zechce tam zamieszkać, postanowimy co dalej i do jakiego kraju wyjedziemy.

Spierająca się do tej chwili para zaprzestała waśni, ale wciąż była na siebie trochę obrażona. Johann chciał, by Judith porzuciła swój dom, zajęcie, którym się parała, i wyjechała z nim do Związku Radzieckiego. Wyrzucał jej także współpracę z nazistą, Stolzmanem. Jednak ona bała się wyjechać do kraju rządzonego przez bolszewików. Kiedyś zupełnie poważnie o tym myślała, ale wieści, jakie płynęły stamtąd, bardzo ją niepokoiły. Może w istocie nasłuchała się zbyt wielu mrożących krew w żyłach opowieści i dała się nabrać propagandzie, ale obawiała się, że tam jest równie źle, co w Trzeciej Rzeszy. Johann wytykał jej znajomości z nazistami, bo miała wśród nich wielu klientów, ale dzięki temu mogła utrzymywać całą ich trójkę, bo zarówno Johann, jak i Serafin nie zagrzewali zbyt długo miejsca na żadnej posadzie.

Nie dałaby sobie rady, gdyby nie zlecenia od Stolzmana. To, co robiła, nie było legalne, ale nie miała obaw, że trafi do więzienia. Właśnie dlatego, że Stolzman należał do NSDAP, podobnie jak jego klientela w Rzeszy. Coraz częściej jednak jej obrazy imitujące malarstwo siedemnastowieczne trafiały za ocean, przynosząc godziwe wynagrodzenie zarówno jej, jak i pośrednikowi. Ten cieszący się poważaniem marszand nie gardził bowiem pieniędzmi, które zarabiał na falsyfikatach. Widocznie nikt nie był tak czysty, jak mogło się wydawać. Nawet Heinrich Stolzman.

Rudolf Dorst, który jeszcze przez kilka miesięcy żywił nadzieję, że jednak zdoła uwieść Judith, nie potrafił powiedzieć złego słowa o Stolzmanie. Węszył wokół niego z uwagi na jego ewentualne powiązania ze śmiercią Ismaela Kellermana, ale marszand kamuflował się niezwykle dobrze, podobnie jak później Judith. Z punktu widzenia jej interesów lepiej było, by Dorst się wycofał, choć wskutek tego bezkarny morderca wciąż pozostawał na wolności. Widocznie jednak los zadecydował inaczej. Rudolf przestał węszyć i śledzić każdy krok Stolzmana, ona zaś mogła rozwinąć skrzydła.

***

Któregoś wieczoru przywiozła do domu Stolzmana swoje kolejne dzieło – siedemnastowieczny pastisz sugerujący, że jego współtwórcą był Rubens. Chyba najbardziej wdzięczny dla fałszerzy malarz, bowiem miał wielu uczniów, z którymi współtworzył dzieła. Było ich tak dużo, że właściwie nikt nie potrafił powiedzieć, do ilu obrazów mistrz przyłożył swoją rękę.

Usiłowała właśnie złapać taksówkę, gdy poczuła, że ktoś łapie ją za rękę. Przestraszyła się. W tych czasach bywało różnie i nigdy nie było wiadomo, czy człowiek wróci cało do domu. Bojówki SA dosłownie urządzały na ulicach festiwal przemocy i anarchii. Odwróciła się przerażona i wtedy zobaczyła wściekłego Rudolfa. Tego dnia chyba po raz pierwszy naprawdę się pokłócili i tylko fakt, że komisarz Dorst był w niej beznadziejnie zakochany, sprawił, iż następnego dnia pogodził się z nią, a nawet ją przeprosił.

– A jednak pracujesz dla Stolzmana. Jak twój ojciec malujesz dla niego falsyfikaty – syknął. – Nie obchodzi cię, że to być może jest morderca twojego ukochanego taty?

Zaczęła tłumaczyć się nieskładnie.

– Robiłam tylko poprawki konserwatorskie, bo obraz był trochę uszkodzony. Właściwie to tylko w narożniku, tuż przy ramie. Ktoś nieudolnie go osadził i zniszczył kawałek malowidła – bełkotała. Potem dodała: – Poza tym jak będę blisko niego, to może się dowiem o czymś, co może mieć związek z morderstwem mojego ojca.

– Nie wierzę ci.

– Nie musisz. – Wzruszyła ramionami. – Jeśli masz jakieś podejrzenia co do mojej przestępczej działalności, postaraj się, by wszczęto śledztwo. A jeśli działasz nieoficjalnie… Po prostu przestań za mną łazić.

– Taka harda jesteś, bo masz za plecami tych zepsutych do szpiku kości von Reussów! – krzyknął.

Obruszyła się. Może i niektórzy z tej rodziny byli zepsuci, jak to określił Rudolf, ale nie dotyczyło to ani Marity, ani też Herberta.

Dorst wciąż mocno ściskał jej rękę i była pewna, że następnego dnia pojawi się na niej dorodny siniak.

– Puść mnie, do cholery! I zostaw w spokoju. Nigdy z tobą nie będę.

– Więc ty myślisz, że to dlatego ci pomagam? – zapytał z żalem w głosie Dorst, ale puścił jej rękę.

– Właśnie. Dokładnie tak myślę. Po prostu liczysz na coś, ale nie mam pojęcia na co, bo ja niczego dla ciebie nie mam – warknęła.

– Wykorzystałaś mnie i moje uczucie.

– Tak. Na początku. Wtedy, gdy przyszłam do ciebie wypytywać o proces Wackera i ustalenia Klugego, wykorzystałam twoją słabość do mnie i wcale się z tym nie kryłam. Nie rozumiem więc, dlaczego jesteś zdziwiony.

– Bo chciałem wierzyć, że jesteś inna. Że… – Machnął ręką i ruszył w kierunku przystanku tramwajowego.

Podbiegła do niego i krzyknęła:

– To znaczy jaka?! Puszczalska panna, która prześpi się z tobą w ramach wdzięczności?!

– Naprawdę musisz być pustą kobietą, pozbawioną duszy, jeśli myślisz tylko o tym – warknął.

– Niech cię szlag, Dorst!

Rozzłościła się jeszcze bardziej, po czym ujrzała po drugiej stronie stojącą taksówkę. Przebiegła przez ulicę i odjechała do domu.

***

Nazajutrz Rudolf Dorst przyszedł do niej z bukietem kwiatów.

– Przepraszam – powiedział cicho. – Po prostu mnie poniosło. Kocham cię i nie mogę znieść myśli, że nigdy nie będziesz moja.

– Wejdź – westchnęła. – Ja też wczoraj nie byłam zbyt miła.

Usiedli na kanapie w salonie. Judith zrobiła herbatę, poczęstowała go śliwkowym strudlem i powiedziała mu o swoim ślubie, który miał odbyć się za kilka dni. Patrzyła wtedy na jego twarz. Wyglądał jak zbity pies, a ona nie miała pojęcia, jak go pocieszyć. Naprawdę ceniła sobie znajomość z Rudolfem, ale nie była w stanie odwzajemnić jego uczuć, chociaż od zawsze wydawał się jej bardzo pociągającym mężczyzną. Może nawet miałaby dylemat, gdyby pewnego dnia na jej drodze nie pojawił się Herbert von Reuss. Dlatego postanowiła, że wyjdzie za Johanna najszybciej, jak to możliwe, i wtedy raz na zawsze odetnie się od dziwnych myśli, jakie pojawiały się w jej głowie.

2.

–Nie mogę na ciebie patrzeć, mój przyjacielu. Wyglądasz jak siedem nieszczęść. – To były pierwsze słowa, jakie wypowiedział Max Geyer, gdy po wielu miesiącach spotkali się z Rudolfem w knajpie.

– To się odwróć – warknął Rudolf. – Nie widziałeś mnie od tak dawna i tylko tyle masz mi do powiedzenia?

– No już, nie gniewaj się. Po prostu martwię się o ciebie. – Max poklepał przyjaciela po ramieniu.

– Niech ci będzie. – Rudolf się uśmiechnął. Szczerze.

Od tak dawna nie widział Geyera, że już zdążył się za nim stęsknić. Przy nim potrafił zapomnieć o sprawie, która go dręczyła. Gdyby nie ta cholerna Judith Kellerman, w tej chwili już Ebeling, jego życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Miał pracę, awansował na szefa wydziału kryminalnego, zajmującego się przestępstwami związanymi z dziełami sztuki, i miał ogromne powodzenie u kobiet. A jednak ta nieznośna malarka o niebieskich oczach wciąż chodziła mu po głowie. Jej ślub z Ebelingiem dobił go. Nie miał pojęcia, jakim sposobem ten człowiek wyszedł z aresztu, ale był zbyt dumny, by węszyć koło tej sprawy. Być może gdyby się postarał, mężczyzna na powrót trafiłby do więzienia albo obozu koncentracyjnego, ale potem chyba nie mógłby patrzeć na siebie w lustrze. Zwłaszcza że w takim przypadku uwięziono by także brata Judith, Serafina Kellermana.

Co zrozumiałe, nie poszedł na jej ślub i nie złożył powinszowań. Zresztą chyba nawet nie byłby w stanie, bowiem przez niemal cały tydzień hulał z panienkami, zalewając się co wieczór w trupa.

– Powiedz, koleżko, co u ciebie słychać. I dlaczego widzę takie przygnębienie na twojej twarzy? Bratu się pogorszyło? – dopytywał Max.

– Nie, akurat bratu się polepszyło. Niektórzy powiadają, że zdrowia nie można kupić za żadne pieniądze, ale to nie do końca prawda. W Szwajcarii zajęto się nim jak trzeba i okazało się, że można polepszyć mojemu Josefowi komfort życia na tyle, że nawet zaczął pracować. Nie uwierzysz, został dziennikarzem, jak ty. Co prawda pisze jedynie o osiągnięciach ekipy Hitlera, ale zawsze to coś.

– A zatem o co chodzi? – Max nie dawał za wygraną.

Geyer wyglądał na spełnionego i zadowolonego. Niedawno urodził się mu syn, a jego żona, Marita, była już w kolejnej ciąży. Poza tym robił karierę w w nowo utworzonej komórce SS, Ahnenerbe. W końcu mógł połączyć dwie miłości – tę do władzy i bycia kimś ważnym oraz tę do badania rzeczy, które od zawsze żywo go interesowały.

– O Judith… – westchnął Rudolf. – Wyszła za mąż. I jak zapewne się domyślasz, nie za mnie.

– Ta Żydówa jeszcze nie wyleciała ci z głowy? – zdziwił się Max. – Przecież możesz mieć każdą. Niektóre kobiety bardzo wzięły sobie do serca odezwę Hitlera i marzą o tym, by urodzić Führerowi dziecko. A ty jesteś Aryjczyk od stóp do głów. Jesteś doskonały. Ja mam trochę za ciemne włosy.

– Wiem o tym wszystkim, ale nic nie mogę poradzić na taki stan rzeczy. Pragnę tylko Judith.

– Więc weź ją sobie. – Max zarechotał. – Chcesz, przywiozę ci ją osobiście i będziesz mógł młócić tę sukę od rana do wieczora.

– Ty, Geyer, tylko o jednym. Nie zależy mi, jak to mówisz, na młóceniu jej, tylko na jej miłości. Chcę, żeby mnie kochała – odparł żałośnie Dorst.

– Ale ty się zrobiłeś miękki… Stary, to wszystko jest bardzo proste. Jak jej dogodzisz, zwariuje na twoim punkcie.

– Przestań, to tak nie działa. – Rudolf w końcu się roześmiał. – Chyba że na kobietę pokroju twojej teściowej.

– A wiesz, ja chwilami tak tęsknię za igraszkami z Agnes, że ledwie się powstrzymuję, żeby po nią nie sięgnąć, ale na szczęście jestem twardy. Fakt, że mój mały przyjaciel też.

– Nie zdradzasz Marity? Jestem pod wrażeniem.

– Czy pieprzenie dziwek to zdrada? – Max zarechotał kolejny raz.

– To zależy. Dla mnie tak.

– A dla mnie nie. Marita jest najważniejsza, one się nie liczą. A wiesz, w Monachium zrobiono jej już pierwszą operację i wygląda naprawdę nieźle. Na drugą musimy poczekać. Aż urodzi. Poza tym sypiam nie tylko z dziwkami. Rozsiewam swoje germańskie nasienie, gdzie się da. Zgodnie z wolą Hitlera. Przecież sam powiedział, że nadmierny purytanizm może doprowadzić do tego, iż nasze społeczeństwo nigdy się nie odrodzi.

– A ty słuchasz Hitlera, jakby był Bogiem – prychnął Dorst.

– Oczywiście, to przecież mój kanclerz. I Tysiącletniej Rzeszy. – Geyer zarechotał.

– Idź do cholery. Od razu powiedz, że jesteś dziwkarzem i to, co mówi Führer, jest ci bardzo na rękę.

– To prawda, ale nie mów nikomu.

– A twój szwagier dorobił się już dzieci?

Dorst postanowił dać przyjacielowi spokój. I tak w pewnych kwestiach mieli odrębne zdanie. Rudolf nie chciałby sypiać z innymi, jeśli kochałby żonę, dla Maxa małżeństwo nie stanowiło przeszkody. Ale może dlatego, że Geyer swojej po prostu nie kochał.

– Herbert? Nie. Ale ani Wilhelma, ani też Agnes nie martwi to zanadto, bo już się sami przekonali, że Daisy jest stuknięta. A takie rzeczy mogą być dziedziczne. Na szczęście nie rozrabia tak mocno, bo niemal bez przerwy chodzi otumaniona lekami, chociaż i tak nie przestała pilnować swojego męża. Stary, ona jest jak żandarm. Ostatnio, po czystkach w SA, miała inne zmartwienie, bo przecież jej braciszek był tam fiszą, ale Manfred to szczwany lis. Jakby przeczuwał, co się święci i zmienił barwy na Schutzstaffel.

– I tak łatwo go przyjęli, mimo że właściwie trząsł połową bojówek Sturmabteilung w Berlinie?

– To nie tak, ale nie mogę o tym za bardzo rozmawiać – odparł Max i zmienił temat. – Wiesz, Klaus Fisher wydał książkę o poszukiwaniach Świętego Graala. I podobno wie, gdzie może się znajdować.

– Ale go nie przywiózł – zakpił Dorst. – Ja to jestem jak niewierny Tomasz. Nie dotknę, nie uwierzę.

– A ja myślę, że jeśli raz jeszcze prześledzi się miejsca, które odwiedził, ale z kiesą pełną pieniędzy, będzie można dotrzeć do celu. Wiesz, to nie jest tak, że stoi sobie to coś na jakimś ołtarzyku. Osoby, które ukryły Graala, musiały schować go w jakiejś jaskini albo zapadlinie. Wierzę, że Himmler zechce to zbadać. Tymczasem szykuje kwaterę główną w Wewelsburgu. Kiedy tam przyjeżdżam i chodzę po tych wszystkich komnatach, czuję nie tylko niesamowitą energię, ale także dumę. Wiele tych pomieszczeń zostało zaprojektowanych przez architekta Himmlera, Hermanna Bartelsa, według MOICH pomysłów. Rozumiesz? Niby byłem zwykłym gryzipiórkiem, ale przekonali się, że mam łeb na karku i wiedzę, o jakiej niektórzy nawet nie śnią!

– Gratuluję ci z całego serca, Max. Nie rozumiem tych wszystkich germańskich obrządków ani okultystycznego feng-shui, ale wiem, jakie to dla ciebie ważne.

– Tak, Rudolfie. Jestem szczęśliwym człowiekiem, więc tym bardziej, gdy widzę cię takiego przygaszonego, boli mnie serce. Chciałbym po prostu widzieć cię równie spełnionego. Może ożenisz się z moją najmłodszą siostrą, Magdą? Zostalibyśmy szwagrami. Wyrosła na piękną dziewczynę i jest wolna. I już nie taka durnowata, jak kiedyś.

– Naprawdę? A ile ona teraz ma lat?

– Dziewiętnaście. Jest słodka, potulna i ponętna. Czegóż więcej mógłbyś chcieć? Narobisz jej dzieci, a jak ci się znudzi pieprzenie żonki, skorzystasz z domów publicznych. Jesteśmy chyba jedynym krajem na świecie, w którym państwo oficjalnie prowadzi burdele.

– Ale był czas, że zakazano prostytucji – mruknął Rudolf.

– Krótki, na szczęście. Nikt nie jest tak głupi, żeby delegalizować prostytucję.

– To samo powiedziała mi kiedyś Helga, moja ulubiona dziwka. I głosowała na NSDAP, bo wierzyła, że Hitler ograniczy rozwiązłość narodu, a wtedy jej klienci do niej powrócą.

– I zrobił to. Burdele to jedno, a kobieta w domu to drugie. Trochę się baby buntują, ale myślę, że i one zrozumieją, jaka jest ich rola w niemieckim społeczeństwie – zupełnie poważnie powiedział Max.

– Kucharek? – Rudolf zarechotał.

– Matek, mój drogi. Matek, bo nam rodzenie dzieci nie wychodzi. – Geyer parsknął śmiechem.

Rudolf pomyślał z rozrzewnieniem o Judith. Ona nigdy nie pozwoliłaby się zamknąć w domu i zrobić z siebie maszynki do rodzenia dzieci. Była na to zbyt inteligentna i zbyt utalentowana. Co prawda podejrzewał, że ów talent wykorzystuje niezgodnie z prawem, ale on potrafiłby jej wybaczyć nawet popełnianie przestępstw. Jedyne, czego nie umiał jej darować, to ślubu z Ebelingiem. Wciąż się łudził i chwilami wydawało mu się, że Judith również coś do niego poczuła, a jednak pewnego dnia oświadczyła, iż wychodzi za mąż.

Tak trudno było mu się z tym pogodzić, że zaczął ją śledzić. Udawał, iż wcale nie o nią chodzi, ale o wytropienie mordercy jej ojca, ale jedynie się oszukiwał. Chciał ją przyłapać na jakiejś niegodziwości, a potem wykorzystać swoją pozycję w policji kryminalnej. Był nawet gotów wtrącić ją do więzienia, byle nie wyszła za tego popapranego komunistę, ale potem doszedł do wniosku, że jej serca i uczuć nigdy nie zdoła uwięzić i sprawić, by Judith go pokochała. Nawet gdyby, jak to mówił Max, zmusiłby ją do obcowania ze sobą, posiadłby jej ciało, a on pragnął jej całej. Razem z jej pokrzywioną moralnością.

Odpuścił sobie tego wieczoru, gdy tak bardzo się pokłócili, a ona wykrzyczała, że nigdy nie będzie do niego należeć. Nazajutrz kupił jej kwiaty, przeprosił i przełknął, chociaż z wielkim trudem, informację o jej ślubie. Mimo że wciąż był nieszczęśliwy z jej powodu, poddał się. Przestał za nią łazić jak pies, darował sobie grzebanie w sprawie śmierci Ismaela Kellermana i próbował ratować się dobrą zabawą, która o świcie, gdy czuł tępy ból głowy, okazywała się nie być tak świetną rozrywką.

A teraz postanowił, że pozwoli Maxowi zawlec się do jego rodzinnego domu i sprawdzi na własne oczy, czy w istocie Magda Geyer zrobiła się tak urodziwa, jak twierdził jej brat.

***

Dzięki pieniądzom i układom Maxa jego rodzina wyprowadziła się z ponurej i zapluskwionej kamienicy. I tak pewnie musiałaby to zrobić, bo nowa władza postanowiła pozbyć się z mapy Berlina takich miejsc jak Krögel. W końcu całe niemieckie społeczeństwo miało „powstać z kolan”, jak lubił powtarzać Hitler podczas swoich przemówień, a Goebbels mu dzielnie wtórował.

Geyerowie zamieszkali w niewielkim domku, w luksusowej dzielnicy Grunewald. Prezentował się jednak szykownie, a wnętrze urządzono ze smakiem. Ojciec Maxa, zagorzały katolik, który dotychczas gardził formacją, do jakiej wstąpił jego syn, nagle zaczął go doceniać i szanować. Otrzymał dobrą posadę w firmie von Reussów, zarabiał świetnie i dobrze wydał za mąż swoje dwie córki. Została mu ostatnia, Magda, ale wierzył, że jego najmłodsza jest tak świetną partią, iż będzie mogła przebierać w fatygantach, jak w ulęgałkach.

– To czym się teraz zajmujesz, Rudolfie? – zapytała kurtuazyjnie matka Maxa, stawiając przed nim maślane ciastka i filiżankę aromatycznej kawy. Ze steranej życiem i problemami kobiety przeistoczyła się w prawdziwą damę.

– Tym, co zawsze, tylko teraz rzadko kiedy sam prowadzę śledztwa. Raczej nadzoruję innych.

– Ludzie nadal fałszują obrazy?

– Oczywiście, ale nie zajmujemy się tylko fałszerstwami. Niemal codziennie dochodzi do kradzieży dzieł sztuki, oszustw, a nawet zdarzają się w związku z tym morderstwa.

– To doprawdy interesujące – odparła matka Geyera, bo zapewne nic innego nie przychodziło jej do głowy.

Rudolf zerkał za to przez cały czas na małą Magdę. W istocie była bardzo ładna, ale nie mógł stwierdzić, czy zmądrzała, bo prawie wcale się nie odzywała, rumieniąc się jedynie jak dojrzałe jabłko. Mimo wszystko postanowił zaprosić ją na randkę. Miał nadzieję, że wtedy dziewczyna przestanie czuć się skrępowana obecnością matki i starszego brata. Zgodziła się chętnie.

***

Jednak ten wieczór przyprawił Rudolfa o prawdziwy ból głowy. Właściwie po godzinie spędzonej z Magdą był gotów odwieźć ją do domu i zapomnieć o jej istnieniu. Jej umysł był przesiąknięty ideologią nazistowską. Wstąpiła nawet do Glaube und Schönheit w Bund Deutscher Mädel i w zasadzie nie potrafiła rozmawiać o niczym innym, tylko o wtłaczanych jej do głowy formułkach o odpowiedzialności kobiet w życiu niemieckich mężczyzn. Oświadczyła, że największym jej marzeniem jest wyjść za mąż i urodzić co najmniej pięcioro dzieci.

Jakże on się nudził niemożliwie w towarzystwie Magdy. Chwilami nawet w ogóle jej nie słuchał, tylko odpływał myślami gdzieś daleko. Odnosił także wrażenie, że gdy on mówił, Magda nie rozumiała ani jednego słowa, bo powtarzała w kółko to samo, co jej matka, czyli „ależ to interesujące”. Mniejsze znużenie odczuwał, gdy chodził do Helgi. Zawsze gdy przestawali uprawiać seks, rozmawiali. O wszystkim, o sprawach błahych i bardzo ważnych. Tymczasem z Magdą nie miał kompletnie o czym.

Nie wiedział, co by zrobił, gdyby trafiła mu się podobna żona. Może okazałaby się taka jak żona Herberta von Reussa, która wiecznie targała się na swoje życie z miłości do małżonka, bo nie miała żadnych innych zainteresowań? A może byłaby potulna jak owieczka i w istocie zamieniłaby się w maszynkę do rodzenia dzieci? Żadna z tych opcji nie wydawała się frapująca. Nie chciał mieć żony, która jedynie zajmuje się domem, gdy tymczasem on będzie szukał rozrywek na mieście. Dla niego małżeństwo znaczyło coś więcej.

Poza tymi wszystkimi osobistymi rozterkami Rudolfowi było dobrze w nowym reżimie. Starał się nie myśleć o tym, że w trzydziestym trzecim spalono ponad dwadzieścia tysięcy książek. Do ognisk wrzucano nie tylko traktaty Lenina czy Marksa, ale także powieści Remarque’a, Brechta czy Hemingwaya. W ciągu dwóch następnych lat z większości uczelni zwolniono tysiące naukowców i profesorów, zresztą wielu z nich opuściło kraj. Nie zastanawiał się także, jak funkcjonują ludzie w obozach koncentracyjnych, którzy trafili tam tylko dlatego, że sprzeciwiali się nowej władzy. Wielu z nich już cieszyło się wolnością i część obozów zamknięto, ale wciąż istniały Dachau i Sachsenhausen, o których krążyły legendy. Ale on się cieszył, że ma pracę, solidne wynagrodzenie i awansował na szefa wydziału zajmującego się przestępstwami związanymi z dziełami sztuki.

Nowa władza dała mu wiele, więc nie myślał o tym, jak wiele zabrała innym. I właściwie przejmował się jedynie losem Judith. A może jedynie trząsł się ze strachu, że pewnego dnia ona także wyjedzie i nie zobaczy jej już nigdy więcej. Na szczęście Judith nauczyła się żyć w nowym systemie i dzięki swojemu talentowi potrafiła znaleźć zatrudnienie nawet u zagorzałych nazistów. Chociaż to, co robiła, nie było legalne, jej protektorzy mieli na tyle silną pozycję, by nie musiała przejmować się, że pewnego dnia zacznie być ścigana przez prawo. Rudolf mógłby wykopać wojenny topór, ale nie chciał tego. Bo to była Judith Kellerman, dla której był gotów złamać każdą swoją zasadę.

3.

Max Geyer przekonał się, że tam, gdzie zaczynają się partykularne interesy i osobiste korzyści, kończy się lojalność. Po dojściu do władzy NSDAP zaczęły tworzyć się koterie i towarzystwa wzajemnej adoracji, a każdy, jak jeden mąż, chciał zbudować w Trzeciej Rzeszy własne królestwo. Koledzy partyjni, którzy publicznie okazywali sobie sympatię, życzliwość, a nawet deklarowali dozgonną przyjaźń, podkopywali się wzajemnie, byle tylko znaleźć się bliżej Hitlera, a co za tym idzie – zdobyć większą władzę.

Największym rozczarowanym był ulubieniec Geyera, Heinrich Himmler. Na otarcie łez dostał jakieś stanowiska lokalnego szczebla i swój zakon, jakim było SS. Jedyna pozytywna rzecz, która z tego wynikała, to możliwość urządzenia przez Himmlera swojego podwórka według własnego uznania. Jednak to nie wystarczało ambitnemu przywódcy Schutzstaffel. Maxowi zresztą też. Dla niego silny i wpływowy Himmler był dużo pożyteczniejszy niż ktoś uważany w najlepszym razie za nieszkodliwego szaleńca, rozmiłowanego w germańskich przodkach i prastarych rytuałach. Wrogowie człowieka w zabawnych okularach nie tylko naśmiewali się z niego, ale także podsycali w Hitlerze niepewność co do zdolności przywódczych szefa SS. W końcu, po licznych perturbacjach, Himmlerowi udało się przejąć władzę nad policją. A to oznaczało ogromną władzę, jednak uzależnioną od wielu czynników, które nie zawsze sprzyjały dowódcy Schutzstaffel.

Solą w oku Himmlera był „możnowładca” SA, Erich Röhm, i jego marzeniem było wyeliminowanie go oraz przejęcie pod komendę ludzi z SA. Geyer postanowił mu nieco w tym pomóc.

***

– Manfredzie, wasze oddziały robią burdel z Berlina – mruknął Max pewnego dnia do brata Daisy von Reuss.

Siedzieli na werandzie willi przy Bellevuestrasse i raczyli się zimnym piwem.

– Dobrze się przy tym bawimy. – Manfred zarechotał.

– Ciekawe, jak długo Hitler na to pozwoli.

Manfred Sebottendorf spoważniał i westchnął:

– Wiem, że przesadzamy i zaraz nam to ukrócą. I jeśli odstrzelą Röhma, mnie zaraz po nim.

– To na co czekasz? Przejdź do SS…

– U was będę nikim.

Max chciał powiedzieć, że lepiej być szeregowym żołnierzem niż martwym, ale nie chciał zrażać do siebie Manfreda. Miał do niego sprawę i dlatego namawiał go na przejście do Schutzstaffel.

– Posłuchaj, Manfred, wiem, że starasz się być lojalny wobec swojego dowódcy, ale czy w chwili trwogi on zachowa się tak samo? Mogę się założyć, że będzie miał cię w nosie.

– To co mam robić? – Max miał wrażenie, że Manfred zaraz się rozpłacze.

– To proste. Pomóż nam usunąć Röhma. No, wiesz, zapewne znasz jakieś jego grzeszki.

Sebottendorf zamyślił się. Napił się piwa i zaczął przyglądać się kwiatom w ogrodzie. Max jednak doskonale wiedział, że Manfred nie kontempluje w tej chwili piwonii, tylko zastanawia się, co podsunąć Geyerowi. Na tyle kompromitującego, by wystarczyło do odsunięcia od władzy przywódcy SA, a jednocześnie pozwalającego Manfredowi na wdarcie się w łaski dowódcy SS.

– Röhm to sodomita – oznajmił w końcu. – A podobno to nie jest akceptowalne w ideologii NSDAP.

– Też mi nowina – prychnął Max.

– Ale ma nawet swoich alfonsów. I jak tylko jego wybranek dopuści się zrdrady, chłopcy spuszczają mu łomot.

Geyer zaciekawił się tym, co powiedział Manfred. Brakowało mu tylko detali. Nazwisk, miejsc i kontaktów. Gdyby artykuł podobnej treści ukazał się w jakiejś poważnej gazecie, pogrążyłby Röhma.

– Mów dalej… – powiedział cicho Max.

– Jednym z sutenerów Röhma jest jego dawny partner. Kiedyś pracował jako pomocnik sklepowy, ale Ernst wkręcił go do sekcji wywiadowczej. Potem za dwieście marek miesięcznie Peter Granninger przyprowadzał mu chłopców, których sam najpierw wypróbowywał. Jego łowiskiem było Liceum Gisela w Monachium. W SA jest wielu homoseksualistów. Spotykają się zawsze u Karla Zehntera, w monachijskiej knajpie Bratwurstglöck. Tam dzielą się informacjami o nowych łowiskach, a potem łażą razem do Kleist-Casino i Silhouette. Uwierz, przy stoliku zbierają się same grube ryby…

Max nie chciał wypytywać Manfreda, skąd tak dużo wie o podobnych praktykach, bo już od dawna podejrzewał, że szwagier Herberta von Reussa lubi chłopców.

– Hm… Gdybym miał dowody, mógłbym to opchnąć jakiejś gazecie – na głos myślał Max.

– Mogę zdobyć listy Röhma, które pisywał do swoich kochanków.

– Świetnie, Manfredzie. To byłaby prawdziwa petarda. – Geyer zatarł ręce.

Miała to być istna bomba, po której dowódca SA nie powinien się podnieść.

***

Kiedy „Müncher Post” opublikował listy oraz okrasił artykuł nazwiskami kilku znanych osobistości, zawrzało. Röhm próbował się bronić, zwalając winę na oponentów Hitlera, potem zaś podał gazetę do sądu. Jego koledzy nie byli jednak tak subtelni i rozpoczęli polowanie na twórcę artykułu oraz ludzi, którzy za nim stali. Oczywiście nie po to, by z nimi porozmawiać przy piwie, ale by ich zamordować. Max nawet trochę się wystraszył, ale nic nie wskazywało na to, by podejrzenia miały paść na Manfreda Sebottendorfa, a co za tym idzie – i na niego. Najpewniej nie szukali wśród swoich i nie przyszło im do głowy, że mają zdrajcę w swoich szeregach.

Cała sprawa zrobiła się tak głośna, że dotarła do samego Adolfa Hitlera. Wszyscy, w tym Max Geyer, spodziewali się daleko idących reperkusji w dowództwie SA, tymczasem Führer oświadczył, iż podobne praktyki są osobistą sprawą Ernsta Röhma. W tym całym zamieszaniu jedyną osobą, która odniosła korzyści, był Manfred Sebottendorf. Mimo fiaska całej operacji uzyskał niemal dozgonną wdzięczność Himmlera, a jego koledzy z SA wciąż mu ufali i nie podejrzewali go o wykręcenie podobnego numeru.

Puszka Pandory jednak i tak została otwarta, bo Röhm zaczął już całkiem ignorować Hitlera i jego świtę. Pewnej nocy jednak bardzo się zdziwił. A może nawet nie zdążył tego zrobić, bo wraz z innymi ważnymi osobistościami z SA został pozbawiony życia. Uchował się jedynie Manfred Sebottendorf, który przez nikogo nienękany przeszedł wraz ze swoimi ludźmi pod skrzydła Heinricha Himmlera.

Kupił wówczas butelkę pierwszorzędnego koniaku i oznajmił ze łzami w oczach:

– Uratowałeś mi życie, Max.

– Daj spokój, Manfred. Jesteśmy teraz rodziną – wydukał nieco zmieszany Geyer, bo Sebottendorf zaczął go przytulać, obcałowywać i głaskać po dłoniach.

Manfred jakby zreflektował się i usiadł na sąsiednim krześle. Powiedział jedynie:

– Gdybyś czegoś potrzebował…

– Potrzebuję, Manfredzie. Zlokalizuj mi niejaką Judith Kellerman. Obecnie Ebeling.

– Żydówka?

– Tak, ale nie chcę jej robić krzywdy. Mój przyjaciel jest w niej zakochany, a ona, niestety, ma męża. Dowiedz się także, co to za jeden i jak można się go pozbyć.

– Jutro będę wiedział nawet to, czy miał wczoraj zatwardzenie.

– Myślę, że jeśli do niego pojedziemy, już nic takiego nie będzie mu groziło. Wręcz przeciwnie. – Zarechotał. – Tylko ani słowa von Reussom. Znają tę kobietę, bo malowała portret Marity. A oni nie lubią pozbywać się ludzi ze swojego grona, którzy mogą się im jeszcze kiedyś przydać.

Sebottendorf przyrzekł, że wszystko, o czym rozmawiają, pozostanie ich tajemnicą.

– Potrafię być bardzo dyskretny – obiecał, patrząc w oczy Maxa tak przenikliwie, że ten poczuł się nieco dziwnie.

Czyżby tym stwierdzeniem sugerował, iż ich ewentualny romans także pozostanie sekretem? Przeklął w duchu. Najpierw stracił przyjaciela, bo ten się w nim zakochał, a teraz będzie musiał znosić namiętne spojrzenia Manfreda. Pomyślał przez chwilę, że jeśli Sebottendorf podobny jest do swojej nienormalnej siostry, najwyżej pewnego dnia strzeli sobie w łeb. A nawet jeżeli będzie go jedynie straszył, Max nie miał zamiaru nawet kiwnąć palcem, by go od tego odwieść. W końcu nie był frajerem pokroju Herberta von Reussa, który wszedł pod pantofel małżonce, bo ta wiecznie popadała w stany przygnębienia i wymachiwała mu przed nosem brzytwą.

***

Za każdym razem, gdy Geyer szedł do siedziby Ahnenerbe, usytuowanej na jednej z wysp Szprewy, czuł dziwne podniecenie. Nie tylko dlatego, że ulica, na której znajdował się budynek, przypominała o minionych wiekach, ale bardzo był ciekawy nowych odkryć, jakich dokonywała pracująca tam ekipa naukowców.

Kamienica znajdowała się przy Brüderstrasse i należała niegdyś do berlińskiego magnata, Rudolpha Hertzoga. Miała trzy piętra i przypominała nieco te, jakie można było oglądać na amsterdamskiej starówce. Zresztą wszystkie budynki wzniesiono w tym samym stylu. Na końcu ulicy majaczył zaś majestatyczny Schloss, będący niegdyś siedzibą elektorów brandenburskich i pruskich królów. Niemal każda budowla na tej ulicy miała swoją ciekawą historię, więc była to idealna lokalizacja dla ich instytutu.

Wewnątrz biura było dość chłodno i często wysiadał tam prąd, ale zarówno otoczenie, jak i sama siedziba wzbudzały w Maxie Geyerze ten rodzaj podekscytowania, jaki odczuwał, gdy pochylał się nad książkami o Parsifalu i Świętym Graalu.

W jednym z pokoi, gdzie na ścianach powieszono zdjęcia i odlewy starogermańskich symboli, kilku mężczyzn zajmowało się starodrukami i fotografiami z odległych stron świata, analizując zapisy symboliczne sprzed wieków. Jak to kiedyś powiedział Max – tutaj miała narodzić się nowa religia Niemców. Był dumny, że pewnego dnia w woluminach pojawi się jego nazwisko, jako współtwórcy nowej historii germańskiego człowieka.

Kiedy inni członkowie zespołu stukali w nowiutkie maszyny Underwood, on udał się do gabinetu kierownika instytutu, Hermana Wirtha. Max, gdy po raz pierwszy usłyszał o tym człowieku, wyobrażał go sobie jako nobliwego starca z siwą brodą, przypominającego doktora Hörbigera, z którym niegdyś przeprowadzał wywiad. Pomagając w kompletowaniu, na polecenie Himmlera, składu osobowego zespołu, nawet pomyślał o twórcy teorii glacjalnej, ale staruszek już od kilku lat nie żył. Chłopak mimo upływu lat doskonale pamiętał, jak został przez niego zbesztany i łudził się, że pewnego dnia to Hörbiger będzie musiał się z nim liczyć. Jakąż on miał wielką ochotę stanąć w drzwiach gabinetu tego bufona i wytknąć mu umysłową ciasnotę. W Geyerze chyba wciąż tkwił ten zakompleksiony dzieciak, bo nigdy nie zapomniał o ludziach, którzy niegdyś nie okazywali mu szacunku.

Teraz jednak był zupełnie innym człowiekiem, a profesor Wirth bardzo go poważał. Człowiek ten oprócz tego, że był dziwakiem i zajmował się pradawną historią, nie miał zbyt idealnego życiorysu. Wręcz przeciwnie, lista jego grzechów i długów była tak długa, że Max przez kilka miesięcy musiał wybielać jego biografię, załatwiać z wierzycielami zobowiązania, a wreszcie przekonać Himmlera, by ten spłacił długi Wirtha. W każdym razie profesor rozpoczął swoją pracę w Ahnenerbe, jako człowiek bez mała kryształowy.

Cóż jednak z tego, skoro ów szalony profesor, który odnalazł stare nordyckie pisma sprzed tysięcy lat i recytował z pamięci hymny sanskryckie, wciąż lubił trwonić pieniądze i zostawiać po sobie bałagan. Do tego stopnia, że Szwedzi nie chcieli, by instytut prowadził badania i odlewy napisów naskalnych w jednej z rybackich wiosek, Bohuslän, twierdząc, iż Wirh pozostawił w naskalnych rytach resztki gipsu, w jaskiniach zaś śmieci. Wszystkim zależało na tych badaniach, bo były one potrzebne do stworzenia nowej germańskiej religii, która z czasem miała wyprzeć chrześcijaństwo. Idealnym źródłem była legenda o Atlantydzie, skąd podobno wywodzili się Germanie, a pełną historię tego miejsca miały objawić ludziom zapisy runiczne. Max Geyer zamierzał wziąć udział w tej ekspedycji, dlatego stawał na głowie, by doszła do skutku.

– Sieg heil! Panie profesorze… – powiedział stanowczo, ale uprzejmie Max, gdy już znalazł się w gabinecie Wirtha. – Ja będę przewodził naszej ekipie i rozdzielał środki. Nie może powtórzyć się…

Profesor roześmiał się jowialnie i przerwał mu:

– Sieg heil! Ja nie mam głowy do pieniędzy. Wydaję je bez opamiętania. Ale niech pan popatrzy, Szwedzi stawiają nam bardzo surowe warunki. – Mężczyzna podał Geyerowi plik dokumentów.

– I spełnimy je, profesorze. Jedziemy do Bohuslän w konkretnym celu, a nie po to, by rozbijać się nowiutkim adlerwagenem – syknął Max.

Wirth nie obruszył się, nie zaczął się tłumaczyć, tylko uśmiechał wstydliwie, jak uczniak przyłapany na ściąganiu podczas klasówki. Taka postawa bardzo odpowiadała Geyerowi. On będzie pilnował profesora, by ten nie rozhulał się za bardzo, zaś Max będzie mógł przypisać sukces badawczy także sobie. Nie chodziło jednak tylko o splendor. Wierzył, że w tych napisach naskalnych i symbolach runicznych odkryje tajemnicę istnienia wszechświata. Czuł się niemal jak Chrystus, który pewnego dnia objawi ludzkości nową religię. Max marzył, że nadejdzie chwila, gdy pokaże światu coś zupełnie nowatorskiego, i udowodni, iż chełpienie się aryjskością nie jest jedynie czczym gadaniem rasistów, ma zaś swoje naukowe i jednocześnie mistyczne podstawy.

4.