Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Jedna perła i kobieca siła, której nie da się zniszczyć.
Od siedemnastowiecznych procesów o czary po najmroczniejsze sekrety II wojny światowej losy kobiet splatają się wokół symbolu, który przetrwał wszystko. Perła niesie pamięć, prawdę i odwagę — dziedzictwo przekazywane z pokolenia na pokolenie.
Margareta – córka czarownicy wychowana w cieniu przemocy i oskarżeń.
Maria Józefa – arystokratka, która odważyła się powiedzieć prawdę.
Ewa i Greta – uwięzione w samym sercu nazistowskiego projektu, odkrywające sekret sprzed dwóch stuleci, który miał zostać pogrzebany na zawsze.
Między lojalnością a strachem, przyjaźnią a zdradą rozpoczyna się walka o coś znacznie większego niż relikt przeszłości. To opowieść o kobietach, które przetrwały stosy, sądy i wojnę. O głosie, którego nie można uciszyć. O sile zamkniętej w perle.
„Córka Czarownicy” to porywająca opowieść o solidarności mocniejszej niż nienawiść. Poruszający manifest kobiecej odwagi.
Czy jedna perła wystarczy, by rozświetlić najmroczniejszy czas w dziejach ludzkości?
Czy odważysz się poznać jej tajemnicę?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 227
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
MOJEJ MAMIE…
Ręce skostniały mu od zimnej wody. Skóra na dłoniach zmarszczyła się jak za duże rękawiczki. Chłodne podmuchy jesiennego wiatru niosły ze sobą ostatnie tchnienie lata. Ukryty pomiędzy gałęziami płaczącej wierzby, od dłuższego czasu brodził w strumieniu, przeszukując dno. Tu nurt był spokojny. Rzeka płynęła leniwie, rozlewając się szerokim łukiem pomiędzy drzewami.
Usłyszał dźwięk, który natychmiast wzbudził jego czujność. Cofnął się bliżej brzegu i znieruchomiał. Poczuł odór gnijących rybich wnętrzności, rozkładających się na piasku. Nie on jedyny łamał królewski dekret. Wcześniej robił to dla zarobku, teraz liczyło się coś więcej. Jeszcze nigdy nie zależało mu tak bardzo jak teraz, choć wiedział, że przez tę zuchwałość może stracić dłoń. Dźwięki lasu zaczęły docierać do jego uszu, jakby sama przyroda chciała go ostrzec przed zbliżającym się niebezpieczeństwem. Zerwał się wiatr, gałęzie z hukiem uderzały o siebie, a liście szeleściły złowrogo. W tej symfonii raz po raz pojawiała się fałszywa nuta. Trzask pękających gałęzi. Ktoś szedł przez las. Zamarł, a jego serce zaczęło bić szybciej. Oparł się o najbliższe drzewo, próbując zlać się z otoczeniem, stać się niewidoczny dla nadchodzącego intruza. Zapadła cisza, bardziej złowroga niż wcześniejszy hałas. Wstrzymał oddech i nasłuchiwał. Perlisty śmiech rozniósł się po okolicy, płosząc ptaki, które poderwały się do lotu. W napięciu obserwował, jak grupa ludzi zbliża się do rzeki. Odetchnął z ulgą, to była trójka dzieci. W tym miejscu zejście było łagodne, przyszły popluskać się w wodzie. Dalej była skarpa, a za nią szlifiernia. Tylko tu można było bezpiecznie zejść do rzeki. Dzieci nie stanowiły zagrożenia, jednak ich obecność mogła przyciągnąć niepotrzebną uwagę. Czekał w milczeniu, aż skończą zabawę i odejdą. Rozpoznał je, to były dzieci z wioski, znał ich twarze. Nieświadome jego obecności, śmiały się i bawiły w wodzie. Ich radość udzieliła się i jemu, przez chwilę poczuł nawet, jak napięcie opuszcza jego ciało. Uśmiechnął się. Nie trwało to jednak długo, do czasu, gdy usłyszał zachwyt w głosie chłopca.
– Mam, mamże ją! Patrzajcie! – zawołał z triumfem.
Na jego dłoni, leżała perła; lśniła w rozłupanej muszli małża.
Dziewczynki stanęły obok, piszcząc z zachwytu. Ich radosne okrzyki rozbrzmiewały, przerywając spokojną harmonię rzeki. Mężczyzna skryty w cieniu obserwował je z niepokojem. Chłopiec bez wahania wypatroszył perłoródkę, wyrzucając szczątki na brzeg. Ujął perłę w dwa palce i podziwiał, trzymając ją w promieniach słońca. Mężczyzna jeszcze nigdy nie widział tak dużej perły.
– Winniśmy ją pokazać ojcu i matce! – zawołała młodsza dziewczynka, pełna ekscytacji.
– Pewnie będą radzi!– dodał chłopiec, a jego oczy zalśniły z podniecenia.
Mężczyzna wiedział, że musi działać szybko, zanim dzieci odejdą i zabiorą perłę do wioski. Nie mógł pozwolić, by znalazła się w niepowołanych rękach, była zbyt cenna. Dokładnie taka, jakiej szukał.
Wyszedł z ukrycia ostrożnie, starał się wyglądać przyjaźnie. Serce waliło mu mocno, ale głos miał opanowany.
– Dzieciaki – powiedział z uśmiechem – toć to piękna perła. Szkoda jeno, że zostawić wam ją przyjdzie.
– Zostawić? – zapytał chłopiec z niedowierzaniem.
– Nie słyszeliśta o królewskim dekrecie? Zakazano połowu małży. Sroga kara czeka, jak was kto złapie.
Dziewczynki natychmiast zbladły. Starsza próbowała namówić brata, by wrzucił perłę z powrotem do rzeki. Jednak on wahał się, wpatrując w perłę z zachwytem.
– O! Słyszeliśta? Konie! Toć to patrol królewski nadciąga. – Mężczyzna ściszył głos, odwracając głowę, jakby rzeczywiście coś usłyszał.
– Jam nic nie słyszał – odpowiedział chłopiec, nie spuszczając wzroku z klejnotu.
Jego palce zacisnęły się na perle, a oczy, zaledwie chwilę temu błękitne, pociemniały, stając się czarne jak węgiel.
– Jedno mi, czy to straż królewska, czy klątwa. – Mężczyzna ściszył głos.
– Jakaż klątwa? – zapytała starsza dziewczynka, cofając się o krok.
– Lepiej by te skarby w rzece zostawić. Jejże to własność. Kto waży sie sięgnąć po to, co jej należne… – zawiesił głos – niechaj na gniew sie szykuje.
Chłopiec rozchylił palce i popatrzył na perłę.
– Patrz no tylko, jaka piękna – teraz mężczyzna szeptał. – Czyś ty widział kiedy cud podobny?
Chłopiec zaprzeczył ruchem głowy.
– No, synku, rób, jak ci sie widzi. Jeno nie gadaj, żem cie nie ostrzegał.
Dziewczynki nalegały, by wyrzucił perłę. Jedna zaczęła płakać. Druga przypomniała, że sąsiad, który znalazł perłę, zginął trzy dni później. Kłócili się. Mężczyzna udawał, że odchodzi, ale robił to z ociąganiem.
W oddali zagrzmiało. Zbliżała się burza. Zerwał się wiatr. Dziewczynki pobiegły w stronę lasu.
– Rzeka ma swoje tajemnice – mężczyzna ponownie zwrócił się do chłopca. – Zabierając tak cenny skarb, niechybnie ściągniesz na sie zgubę.
Chłopiec powoli podniósł dłoń i przyglądał się perle z bliska. Spojrzał rozmówcy w oczy.
– Jest moja – wyszeptał. Te ostre słowa zawisły w powietrzu.
W tych dwóch słowach mężczyzna usłyszał ostrzeżenie. Była tam groźba. Echo czegoś, co nie mieściło się w dziecięcej niewinności. Emocje buzowały w drobnym ciele chłopca, wywołując wewnętrzną walkę. Złość i niepokój mieszały się z pożądaniem, zwątpieniem i desperacją. Stał wpatrzony w skarb leżący na dłoni, jakby próbował znaleźć w nim odpowiedź. Ciałem chłopca targały dreszcze. Mężczyzna chciał go uspokoić, podszedł i położył dłoń na jego ramieniu.
– Chłopcze… – rzekł łagodnie.
Nie dokończył. Chłopiec odwrócił się w ułamku sekundy i odepchnął go z siłą, której się nie spodziewał.
– Nie tykaj mię! – wykrzyknął, a jego oczy płonęły gniewem. Podniósł nogę i wymierzył kopniaka. Mężczyzna cofnął się, unikając uderzenia. Przez chwilę patrzyli na siebie jak przeciwnicy, nie wiedząc, kto wykona następny ruch. Napięcie w powietrzu było niemal namacalne. W pewnym momencie chłopak rzucił się na niego z impetem. Mężczyzna odruchowo zacisnął pięść i uderzył. Chłopak wpadł do rzeki, jego ciało nie poruszyło się więcej. Dryfowało z nurtem, bezwładne. Mężczyzna usłyszał bicie własnego serca, jego myśli krążyły chaotycznie. Podszedł do chłopca, z trudem powstrzymując drżenie rąk. Woda wokół jasnych włosów zabarwiła się na czerwono. Nad taflą wody wystawał głaz, który lśnił w promieniach słońca krwistymi plamami. Ogarnął go strach. Nie wiedział, co robić. Chwycił chłopca za rękę i próbował wyciągnąć na brzeg. Drobna dłoń była zaciśnięta. Wówczas przypomniał sobie, co się w niej kryło. Rozsunął palce i zobaczył perłę. Delikatnie wyjął ją i położył na swojej dłoni. Mieniła się tysiącem barw.
Ożyły w nim rodzinne opowieści. Mówiono, że perły są łzami królowej rzek, mórz i oceanów. Skrywają w sobie jej tajemnice. Teraz barwa klejnotu się zmieniła. Przybrała odcień burzowego nieba. Czuł jej pulsowanie, jakby miała własne życie. Coś mu mówiło, że ta perła nie jest zwyczajna, że niesie ze sobą dużo więcej niż hipnotyzujące piękno. Wyciągnął parcianą sakiewkę i schował klejnot. Spojrzał na niesione w dół rzeki ciało chłopca, cofnął się na brzeg.
– To moja wina – wyszeptał, ledwo powstrzymując łzy.
Te słowa uderzyły w niego z niespotykaną siłą. Nogi się pod nim ugięły. Padł na kolana jak ścięte drzewo. Wbił dłonie w piach, jakby chciał znaleźć w nim oparcie. Chaos ogarnął jego myśli. Sceny sprzed chwili wracały do niego, nie dając spokoju.
– Com ja uczynił? – jęknął. – Zabiłem go…
Próbował złapać się jakiejkolwiek myśli, która przyniosłaby nadzieję, jednak te były równie ulotne jak piasek, który przesypywał się między jego palcami.
– Trza uciekać – szepnął do siebie.
Wiedział, że ciało chłopca niedługo dopłynie do szlifierni pereł. Nie miał czasu do stracenia. Niebawem straż zacznie patrolować okolicę. Z trudem łapiąc oddech, wstał i powoli ruszył do lasu. Drzewa wydawały się go przyciągać obietnicą schronienia. Na skraju się odwrócił. Próbował krzyknąć, jednak głos uwiązł mu w gardle.
– Dostałaś zapłatę – zachrypiał, zwracając się do rzeki. – To – sięgnął do sakiewki – jest moje. Gdy poczuł pod nogami miękkość mchu, usłyszał szum rzeki, silniejszy niż zwykle. Czyżby zmysły go zawodziły? Słuchał przez chwilę, miał wrażenie, że odgłosy wody układają się w słowa. Bądź przeklęty, zdawało mu się, że ktoś szepcze tuż przy jego uchu. Puścił się biegiem przez las, chcąc zostawić za sobą ścigające go demony.
Zaczęło się ściemniać. Od strony lasu napływała mgła, okrywając wszystko wokół gęstym obłokiem pary. W powietrzu czuć było tę wilgoć, a zapach mokrej ściółki i drewna mieszał się z dymem z pobliskich domostw.
Przyjdzieże on? – zastanawiała się, czekając na ławce przed domem. Tchórz. To słowo towarzyszyło jej od kilku dni i pomogło podjąć decyzję. Gdy tydzień temu zaginął syn sąsiadów, wszyscy wiedzieli, że to wodnik z Kwisy. Nie przebłagała go nawet ofiara z kozy złożona na początku lata. Mężczyźni z wioski miotali się w gniewie, poszli nad rzekę, chcąc przebłagać demona. On jako jedyny nie poszedł, a w jego oczach zobaczyła strach. Tchórz. Splunęła na ziemię. Podejrzewała, że chce z nią porozmawiać o zrękowinach. Znali się od dziecka, nie potrzebowali nawet swata. Jednak ona nie chciała tchórza.
Mrok przyniósł chłód. Owinęła się szczelnie chustą i już miała wejść do sieni, gdy usłyszała kroki na ubitej ścieżce prowadzącej do domu. Sylwetka mężczyzny powoli wynurzyła się z ciemności. Gdy podszedł bliżej, spojrzała w jego twarz, był zmęczony, jakby postarzał się przez tych kilka dni o lata. W jego oczach dostrzegła dziwny blask, którego wcześniej nie zauważyła.
– Pokój z tobą – przywitał się mężczyzna cichym głosem.
– I z duchem twoim – odpowiedziała, kreśląc znak krzyża na piersi. – A co tak po nocy chodzi? Nie straszno?
– Nie – odpowiedział. – A kto mówi, że straszno?
– Wszyscy w okolicy. Po tym, co sie stało, trza uważać. Wicher wieje, toż jakąś latawicę sprowadzi.
– Gdy serce zajęte, może taka latać koło nosa. – Uśmiechnął się.
– Nie igra z siłami nieczystemi – rzekła z powagą. – Już nie tacy z tęsknoty umierali, świeć Panie nad ich duszą. Mówi, jakby życie mu było niemiłe.
– Już dobrze, dobrze – zawahał się. – Mam coś dla cie.
Z ociąganiem sięgnął pod koszulę i wyciągnął parcianą sakiewkę.
– Nie, nie… – zaczęła.
– Zobacz – przerwał jej i położył na dłoni perłę – najpiękniejsza, jakom widział.
Blask księżyca oświetlił klejnot, jej srebrzysta biel odbijała światło gwiazd, jakby była żywym stworzeniem. Dziewczyna zaniemówiła z zachwytu.
– Skąd ona? – zapytała cicho.
– Znalazłem – odpowiedział. – Dla ciebie – dodał prawie szeptem.
Dziewczyna patrzyła na perłę. Jej blask przyciągał wzrok, hipnotyzował. Miała w sobie coś nierealnego, magicznego. Bała się, że zniknie, dlatego zamknęła ją w dłoni i przycisnęła do serca. Czuła ciepło i energię, które przenikały jej ciało na wskroś, tak jakby perła stała się częścią jej samej. Teraz już nie potrafiła odmówić, nie mogła zrezygnować z tak niezwykłego daru. Czar perły zniewolił jej umysł i serce.
Patrzyła przez okno. Zbliżał się do domu. Jesienne deszcze utrudniały pracę na roli, dlatego wracał tak późno. Dzień ustępował miejsca nocy, tej pory dnia nie znosiła najbardziej. Przebywanie z nim w jednej sieni sprawiało, że czuła się jak w potrzasku. Z nadzieją wyczekiwała rozwiązania, pojawienie się dziecka mogło wszystko zmienić. Codzienność była więzieniem. Gdyby wtedy nie przyniósł jej perły, teraz mieszkałaby po drugiej stronie pola, gdzie sąsiad z czułością traktował żonę. Patrzyła na nich z tęsknotą, której nie potrafiła w sobie stłumić. Perła była jej jedyną pociechą. Gdy on wychodził z domu, dziewczyna obdzierała klejnot z dziegciu, by choć przez chwilę móc na niego popatrzeć. Po kryjomu zabierała smołę z pracowni ojca, żuła ją i obklejała perłę, by mąż jej nie znalazł. Kilka dni po ślubie skłamała, że ją zgubiła. Ta wiadomość była mieczem obosiecznym dla ich małżeństwa. Jego miłość do niej przepadła bezpowrotnie. Wiele razy zastanawiała się, czy dobrze zrobiła. Z każdym dniem stawał się kimś innym, cieniem mężczyzny, który kiedyś patrzył na nią z miłością. Codziennie chodził nad rzekę. Potrafił godzinami stać na brzegu i wpatrywać się w nurt. Nie mógł odżałować, że bezcenny klejnot przepadł bez wieści. Zrobił się podejrzliwy i agresywny. Straciła rachubę, ile razy ją uderzył. Zaczynało się różnie. Ot, szukał zaczepki, że nie przypilnowała zwierząt, że mleko skwaśniało, że placki przypalone, że się uśmiecha, że się nie uśmiecha, jednak zawsze kończyło się tak samo.
– Gdzie moja perła? Gdzieś ją zapodziała? – Jego twarz wykrzywiał grymas wściekłości i szaleństwa.
Skrzypnięcie drzwi wyrwało ją z zamyślenia. Stanął w drzwiach, ściągnął czapkę, przetarł pomarszczoną dłonią czoło wilgotne od potu.
– Jesteś – stwierdził, patrząc na nią obojętnie.
– A gdzie bym miała być?
– O tam! Ze zwierzętami – powiedział bardziej do siebie niż do niej.
Cisza zaległa między nimi, jakby każde słowo mogło tylko pogorszyć sytuację. Ona spuściła wzrok, próbując ukryć emocje, które kipiały tuż pod powierzchnią. Wiedziała, że jej odpowiedź tylko go rozsierdzi. Tam chociaż nie ma takiego wieprza jak tu – pomyślała.
– Dawaj jeść! – przerwał milczenie.
– Już, grzeje sie na ogniu.
– Głupia, tylem razy ci mówił! – Złapał ją za warkocz i pociągnął do tyłu.
– Puść! – krzyknęła.
Jedna z misek, którą postawiła na blacie, z hukiem spadła i rozbiła się na kawałki. Kobieta zachwiała się i przysiadła na stołku, żeby nie upaść.
– Grajdała! Teraz z ziemi będzie jeść!
Powoli podszedł do niej, chwycił ją za kark.
– Nie! Nie, przestań! Dziecko w drodze.
– Bachorem sie wymawia. – Zacisnął palce na jej szyi.
Boże, bądź dla mnie łaskawy! Umrę tu! Zabije mnie – pomyślała – tym razem mnie zabije. Co z dzieckiem? Nie mogę go stracić. Na myśl o tej małej kruszynie, którą nosiła pod sercem, poczuła ogromny strach i przypływ sił. Dłońmi złapała go za ręce. Próbowała odepchnąć, jednak opadła z sił. Ręką przytrzymała się stołu, pod palcami wyczuła chłód metalu. Nóż. Zostawiła go na stole, jak kroiła szczaw. Z determinacją złapała kozik i prowadzona przez niewidzialną siłę wbiła mu ostrze w szyję. Gdy krew trysnęła, mężczyzna opadł na kolana, uciskając ranę. Powoli jego spojrzenie stawało się nieobecne, nie rozumiał, co się stało. Błądził wzrokiem wokół, szukając odpowiedzi. Wszystko wydawało mu się bardziej obce niż zazwyczaj. Gdy spojrzał na dłoń żony, zaciskającej się na nożu, zrozumiał. Krztusił się, próbując złapać oddech.
– Perła – wychrypiał – zabrałaś… moją perłę. Jest przeklęta… ty… bądź przeklęta.
Kobieta wypuściła nóż z ręki, przyłożyła dłonie do ust i z przerażeniem patrzyła na agonię męża. Kiedy wydał ostatnie tchnienie, zapaliła świecę i zaczęła się modlić, prosząc Boga o przebaczenie. W powietrzu unosił się zapach wosku, a światło delikatnie rozjaśniało jej twarz. Łzy spływały po policzkach, a oddech powoli się uspokajał, w rytm poruszającego się płomienia. Jedwabiście gładka perła, którą obracała w palcach podczas modlitwy, była nadzieją na lepsze. Czuła, jak ciężar trosk przygniata ją do ziemi.
– Przepraszam – pochyliła się nad mężem – teraz ci lżej, boś męczył się tutaj, biedaku – szepnęła. Ta perła była twoim przekleństwem, nie moim – powiedziała bardziej do siebie.
Kobieta nigdy nie wychodziła z chaty po zmroku, a pójście do lasu o tej porze było kuszeniem losu. Ciemność sprzyjała czarcim siłom. Ja też jestem zła – powtarzała w myślach, chcąc dodać sobie otuchy. Złego licho nie bierze. Nadludzkim wysiłkiem, skryta w oparach mgły, zaciągnęła ciało męża do lasu i tam porzuciła. Uklękła i pomodliła się nad zmarłym. Zaślepiona łzami, których nie była w stanie powstrzymać, szczerze żałowała za grzechy i wierzyła w miłosierdzie Pana.
Była zmęczona, czuła rwanie w lędźwiach i tępą boleść w dole brzucha. Z każdym krokiem stawianym na ścieżce czuła szybsze bicie serca, nie tylko ze strachu, ale i z wyczerpania. Księżyc rzucał srebrzyste światło, tworząc złowrogie cienie tańczące pomiędzy drzewami. Wyobraźnia malowała przerażające obrazy tego, co czaiło się w mroku. Każdy najdrobniejszy dźwięk powodował, że wstrzymywała oddech, nasłuchując, czy to tylko wiatr, czy może coś więcej. Trzask gałęzi sprawił, że zimny dreszcz przebiegał wzdłuż kręgosłupa, zatrzymując ją w pół kroku. Wiedziała, że musi iść naprzód, gdyż z każdym krokiem mrok tracił moc. Gdy z daleka ujrzała nikłe światło domu, poczuła ulgę i przyspieszyła. Czuła na karku czyjąś obecność, nie odważyła się jednak obejrzeć.
Ostatkiem sił, mimo że kolana uginały się pod ciężarem zmęczenia, a w piersi brakowało tchu, dotarła na próg chaty. Zamknęła drzwi w chwili, gdy w oddali zamajaczył brzask jutrzenki. Bezwładnie opadła na drewnianą ławę. Zamknęła oczy, a pod powiekami rozlał się ból. Z piersi wydobył się szloch, wstrzymywany od wielu tygodni i miesięcy. Na początku cichy, potem coraz głośniejszy, aż przerodził się w pełen emocji lament, który zdawał się nie mieć końca. Każda łza niosła ze sobą gorycz, żal, złość i rozczarowanie. Zmęczona, zasnęła. Miała wrażenie, że świat przestał istnieć, a ona została sama, z bólem, który miał już nigdy jej nie opuścić.
Gdy się ocknęła, słońce stało wysoko na niebie, a jego blask powoli zaczynał wlewać się do środka, rozpraszając cienie nocy. Wewnątrz chaty panowała głucha cisza. Dotkliwie poczuła teraz jej ciężar. Rozejrzała się po sieni. Rozbita gliniana miska z resztkami zupy leżała na ziemi, obok niej zakrwawiony nóż. Jej myśli wróciły do nocnych wydarzeń. Wiedziała, co musi zrobić. Zabrała się do pracy. Szorowała ślady swojej zbrodni z zawziętością, aż na dłoniach pojawiły się otarcia. Jedynym jej pocieszeniem była perła. Towarzyszka niedoli i niemy świadek jej winy. Ta niewytłumaczalna więź dodawała jej siły, koiła.
W samo południe poczuła ciepłą ciecz spływającą po nogach. Wyszła przed dom. Odurzona ciepłym, jesiennym powietrzem, przez chwilę wpatrywała się w słońce. Dopiero przeszywający skurcz zgiął ją wpół i uświadomił jej, że zbliża się rozwiązanie.
– Boże, żyjeta? – Sąsiadka podbiegła i pochyliła się nad nią. – Dobrze, żem przyszła. Mążonek nie wyszedł w pole, to żem przyszła sprawdzić, co z wami.
– Tak, dobrze – wydusiła z siebie słabym głosem. – Babkę powijalną woła. Zaczyna sie.
Wróciła do środka, pomiędzy skurczami prześcieliła posłanie, wszystko nakryła płachtą. Zdążyła jeszcze cebulę obrać, gdy babka weszła do chaty.
– Kładźże sie dziewucho. – Rozebrawszy ją do giezła, podniosła koszulę i przyłożyła cebulę do pępka. Wylała trochę spirytusu na miskę i podpaliła, okadzając jej łono.
Dziewczynka szybko przyszła na świat, ciemnoniebieskimi oczami wpatrywała się w babkę.
– Aleś ładna! A oczy, łoj matko, tfu, tfu. – Splunęła na ziemię. – Niejednego zauroczy tymi ślepiami – rajdała nad dziewczynką. – Pilnować trza, żeby mamuna nie podmieniła, takie ładne dziecię. Jak da na imię?
– Nie wiem. – Kobieta popatrzyła na skórę dziecka, zanim babka owinęła ją płachtą. – Ale ma świetlistą skórę, błyszczy jak perła.
– Margarita, Margareta – perła. – Babka nie czekała, wzięła glinianą miseczkę z wodą. Zanurzyła palce i dotknęła czoła dziecka, kreśląc na nim znak krzyża. – Margareto, ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen. – Złapała za koszulę matki i zaczęła pocierać niemowlę.
Dźwięk pospiesznych kroków odbijał się głośnym echem na klatce schodowej budynku. Ewa uniosła głowę znad stosu akt dopiero wtedy, gdy drzwi jej pokoju otwarły się z trzaskiem. W progu stanęła koleżanka, z twarzą czerwoną od wysiłku i płytkim, urywanym oddechem.
– Ewuniu – wyszeptała dziewczyna, z trudem łapiąc oddech – zaraz przyjdą po ciebie.
– Po mnie? Ale kto? – Ewa przykryła dłonią usta.
Od chwili gdy Niemcy przejęli kontrolę nad urzędem, takie sytuacje były codziennością. Od miesięcy żyli w atmosferze nieustannego napięcia, w cieniu niemieckich mundurów. Ludzie znikali bez śladu, bez pożegnania. Mówiono, że zostali wezwani na rozmowę, że przeniesiono ich. Ten szept niósł się dalej, coraz ciszej, by w końcu zaniknąć, tak jak ci, których dotyczył. Ewa poczuła, jak jej serce przyspiesza. Usta koleżanki drżały, a w jej oczach ujrzała strach, który doskonale znała. Nie musiała pytać, by wiedzieć, że sytuacja była poważna.
– Podsłuchałam – wyszeptała dziewczyna, przysuwając się bliżej – jak rozmawiali w gabinecie dyrektora. – Zniżyła głos niemal do niesłyszalnego szeptu. – Kochana, chcą rozmawiać z osobą odpowiedzialną za archiwum i kompletowanie akt.
– Mój Boże! To ja!– stwierdziła Ewa, starając się opanować drżenie w głosie.
– Też tak pomyślałam, kochanieńka! – Pogłaskała ją po ramieniu, jakby samym gestem chciała dodać jej odwagi.
Ewa podeszła do okna i otworzyła je szeroko. Miała wrażenie, że w małym pomieszczeniu brakuje powietrza. Podmuch wiatru wdarł się do środka, przynosząc zapach deszczu i zimna. Całe jej dotychczasowe życie stanęło w miejscu, jakby przestrzeń wokół zniknęła, a jej została tylko ta jedna chwila, pełna niepewności i strachu. Przecież nie wyłamię krat w oknie i nie ucieknę – przemknęło jej przez myśl. Dłoń zacisnęła się na żelaznym pręcie, którego chłód przyniósł ukojenie. Gdzieś w oddali zaszczekał pies, a potem znów wszystko ucichło. Wzięła głęboki oddech, czując ciężar na piersi, i popatrzyła na koleżankę. Starała się okiełznać chaos panujący w jej głowie.
– Dziękuję, że mnie ostrzegłaś – powiedziała, odzyskując spokój. – Ale idź już, nie mogą cię tutaj zastać.
Koleżanka skinęła głową. W jej spojrzeniu widać było mieszaninę troski i ulgi. Zanim wyszła, odwróciła się w progu i mocno przytuliła Ewę, chcąc dodać jej otuchy.
– Trzymaj się, do zobaczenia – szepnęła jej do ucha.
Dziewczyna została sama z myślami, które zalewały jej głowę. Czego mogą ode mnie chcieć? – zastanawiała się gorączkowo. Dlaczego akurat ja? A gdybym zniknęła w czeluściach niemieckiej machiny, czy ktokolwiek domyśli się, co się stało?
Na korytarzu rozległy się rytmiczne kroki, ktoś się zbliżał.
– To na pewno po mnie – powiedziała do siebie cicho. Podeszła do okna, wciągnęła głęboko świeże powietrze i popatrzyła z tęsknotą w niebo. Gdy je zamykała, usłyszała za plecami skrzypienie drzwi. W progu stanął mężczyzna w niemieckim mundurze. Znała go z widzenia, niemal codziennie mijała go na korytarzu. Nigdy nie zamienili słowa, ale jego obecność zawsze budziła niepokój. Teraz, gdy go zobaczyła, jej ciało przeszył nieprzyjemny dreszcz. Przypomniała sobie ludzi wyprowadzanych z budynku przez mężczyzn w czarnych mundurach. Twarze, które znikały bez śladu. Poczuła, jak złowieszczy cień zawisł i nad nią.
– Pani Ewa Meyer?
– Tak – odpowiedziała z dumą w głosie – to ja.
– Proszę za mną. – Mężczyzna skinął głową.
W jego oczach nie było ani współczucia, ani złości, tylko zimna, wojskowa obojętność. Spokój człowieka, który tylko wykonuje rozkazy.
Bez słowa ruszyła za nim, starając się zachować opanowanie, choć ręce jej drżały. Korytarz wydawał się dłuższy niż kiedykolwiek wcześniej. Echa ich kroków odbijały się od ścian, tworząc dziwną, niepokojącą melodię. Szli w milczeniu, kolejno mijając pozamykane drzwi. Gdy dotarli na pierwsze piętro, żołnierz skierował się do gabinetu dyrektora. Otworzył drzwi i wskazał, by weszła. W środku panowała cisza, przerywana tylko szelestem przewracanych kart dokumentów. Dyrektor, pochylony nad biurkiem, przeglądał akta, zupełnie nie zauważając jej obecności. Podniósł wzrok dopiero, gdy oficer SS stojący przy oknie obrócił się w jej kierunku. Jego wysoka postura emanowała pewnością siebie. Naprzeciw dyrektora siedziała kobieta. Delikatnie przesuwała palcami po materiale ciemnej sukienki. Wyglądała na spokojną, ale jej błękitne oczy zdawały się przeszywać Ewę na wskroś. Intensywność tego spojrzenia wzbudziła w dziewczynie skrywany do tej pory niepokój. Dyrektor odchrząknął i odłożył dokumenty na bok.
– Proszę usiąść – zwrócił się do niej z wymuszonym uśmiechem.
Dziewczyna posłusznie zajęła miejsce, starając się zapanować nad drżeniem rąk. Czuła na sobie uważne spojrzenie oficera SS, który zdawał się rejestrować każdy jej ruch.
– Została pani wezwana w delikatnej sprawie – zaczął dyrektor, patrząc na nią znad oprawek okularów. – Chodzi o akta znajdujące się w archiwum. Na pewno się pani na nie natknęła, porządkując dokumenty. Interesują nas dokumenty dotyczące pewnych szczególnych osób.
Jego słowa zawisły w powietrzu jak złowrogie chmury. Ewa miała wrażenie, że wszyscy obecni słyszą bicie jej serca, próbowała przełknąć ślinę, ale miała sucho w ustach. O czym on mówi? – zastanawiała się. Jakie szczególne osoby? Miała do czynienia z aktami dawno zamkniętych spraw, ludzi, którzy już nie żyli. A może chodzi o powiązania rodzinne, donosy? – myślała gorączkowo. Obym nie musiała podawać nazwisk osób do aresztowania.
– Pani Meyer. – Szorstki i twardy głos oficera SS wyrwał ją z zamyślenia. – Oczekujemy pełnej współpracy.
To nie była prośba ani propozycja. To był rozkaz, wypowiedziany z wojskową precyzją. Każde słowo miało odpowiedni wydźwięk, podkreślający siłę, budzący respekt.
– Dobrze – odpowiedziała, prostując się. Starała się, by jej głos brzmiał pewnie, choć wewnątrz tego nie czuła. Nie chciała pokazać po sobie słabości, jednak odpowiedziała zbyt szybko i cicho. Nie umknęło to uwadze oficera, którego twarz rozjaśnił uśmiech aprobaty, jakby wyczuł jej strach.
– W archiwum znajdują się informacje, których potrzebujemy – zrobił pauzę. – Zostaną one zabezpieczone i przeanalizowane. Wesprze pani Gretę w ich spisaniu i uporządkowaniu. – Spojrzał kątem oka na kobietę. – Są to szeroko zakrojone działania pod dowództwem samego Reichsführera-SS Heinricha Himmlera. Rozumie więc pani, jak ważne jest zachowanie dyskrecji – podkreślił ostatnie słowo i spojrzał na nią wymownie.
Jego wypowiedź nie pozostawiała miejsca na wątpliwości. To była jedynie formalność. Przedstawienie, w którym jej rola została wyraźnie określona: miała słuchać i wykonywać polecenia. Nie miała wyboru. Wzięła głęboki wdech i kiwnęła głową. Szczególne osoby – rozmyślała. Kogo miał na myśli? Każda linijka zapisana w przestarzałych aktach, każda karta, zdawały się nie mieć znaczenia, zwłaszcza dla nazistów Himmlera. Spojrzała na kobietę, ta patrzyła na nią nieodgadnionym wzrokiem.
– Greta Fischer – powiedział oficer, wskazując kobietę. Jego ręka zatrzymała się w powietrzu o kilka centymetrów od jej ramienia, jednak jej nie dotknął. – Będzie sprawować nadzór nad szybkim skompletowaniem dokumentów. Nie mamy czasu na jakiekolwiek opóźnienia.
– Tak, rozumiem – odpowiedziała Ewa, a jej głos zabrzmiał obojętnie, jakby wypowiedziała te słowa bez przekonania.
– Bardzo dobrze! W takim razie proszę zaprowadzić panią Fischer do archiwum – podsumował dyrektor.
– Dobrze. – Ewa skinęła głową i wstała. Ruszyła w stronę drzwi. Nogi miała jak z waty, ale starała się iść pewnym krokiem. Czuła na sobie ich spojrzenia. Wyszła z gabinetu, nie oglądając się za siebie. Wiedziała, że kobieta idzie tuż za nią. Na korytarzu ich kroki złapały wspólny rytm, wypełniając ciszę gmachu urzędu. Gdy stanęły przed drzwiami jej gabinetu, Ewa się zawahała. Musiała wpuścić intruza do swojego świata. Wzięła głęboki oddech i przekręciła klucz. W środku panował półmrok, straciła rachubę czasu i nie wiedziała, która jest godzina. Spojrzała na zegarek, dochodziła szesnasta. Zapach papieru zmieszanego z kurzem wypełniał powietrze. Greta bez słowa podeszła do biurka i wzięła do rąk jeden z leżących tam dokumentów. Ewa patrzyła na to z niechęcią. Poczuła, że ta kobieta nie ma prawa tu być, nie ma prawa zaglądać do akt tych osób, do ich tajemnic.
– Jestem etnologiem – odezwała się wreszcie kobieta. – Właśnie pod tym kątem będziemy analizowały akta. – Jej dźwięczny głos wypełnił pomieszczenie. Był nienaturalnie wysoki, jakby kryła się w nim nuta ostrzeżenia. – Greta – powiedziała oschle i wyciągnęła rękę – wygodnie nam będzie zwracać się do siebie po imieniu.
– Ewa, miło mi – odpowiedziała wyższym tonem, niż miała w zwyczaju, i podała jej dłoń na przywitanie. Chciała dodać tej rozmowie lekkości, jednak jej głos zabrzmiał nienaturalnie.
– Dziś i tak już nic nie zrobimy. Jutro wprowadzę cię w szczegóły. Chyba nie muszę dodawać, że to, co tutaj będziemy robiły, jest tajemnicą. – Greta spojrzała na dziewczynę z wyższością.
– Tak, zrozumiałam – przytaknęła krótko.
– Trzeba tu będzie trochę poprzestawiać, żebyśmy się pomieściły. Ale jutro się tym zajmiemy. Dobrze, na mnie już czas. Do jutra. Będę o siódmej – powiedziała tonem, który nie dopuszczał sprzeciwu. Odwróciła się i wyszła, zostawiając uchylone drzwi.
Ewa nie zdążyła sprostować, że zaczyna pracę o siódmej trzydzieści. Stanęła w progu i wyjrzała na korytarz. Wyprostowana sylwetka kobiety pewnym krokiem przemierzała hol. Gdy dotarła do schodów, odwróciła się i spojrzała prosto na Ewę. Ta z bijącym sercem błyskawicznie cofnęła się w głąb pokoju. Matko! Widziała mnie! – pomyślała, a zaraz potem roześmiała się w duchu: Głupia gęś ze mnie, po co się chowałam?
Nazajutrz, za pięć siódma Ewa szybkim krokiem zbliżała się do drzwi swojego biura. Greta już czekała, oparta o ścianę, zimnym wzrokiem lustrowała dziewczynę.
– Dzień dobry – przywitała się Ewa, starając się zabrzmieć przyjaźnie. – Nasz pierwszy dzień wspólnej pracy.
– Dzień dobry – odpowiedziała kobieta, zsuwając płaszcz z ramion bez cienia emocji.
Gdy weszły do środka, Ewa z zaskoczeniem zauważyła, iż w pokoju stoi dodatkowe biurko, a drzwi do archiwum sąsiadującego z jej pokojem, zostały odsłonięte. Wcześniej blokowała je pancerna szafa. Pokój wydawał się większy i bardziej przestronny.
– Od razu lepiej – powiedziała Greta z satysfakcją w głosie. – Wychodząc wczoraj, zaszłam do dyrektora i szepnęłam słówko. – Na jej twarzy zagościł lekki uśmiech zadowolenia. – Bierzmy się do pracy.
Powiesiła płaszcz, po czym zdecydowanym krokiem weszła do pomieszczenia archiwum. Między regałami poruszała się pewnie, jakby znała to miejsce od lat. Wyciągała teczki z półek, przeglądała ich zawartość z rosnącym zainteresowaniem, od czasu do czasu marszcząc brwi lub przygryzając wargę.
– Czego mam szukać? – zapytała Ewa, próbując dowiedzieć się, co ma robić.
– Na razie niczego, muszę się zorientować. Rozejrzę się tutaj trochę – rzuciła Greta przez ramię. – W której części są najstarsze akta?
Ewa wskazała regały w rogu. Greta przynosiła z archiwum stosy teczek, przeglądała je w milczeniu, ani razu nie poprosiła o pomoc. Sprawiała wrażenie, jakby nie do końca wiedziała, czego szuka. Wyciągała stare, zniszczone dokumenty, które leżały w archiwum od lat. Większość z nich nie miała już żadnej wartości procesowej, były tylko echem przeszłości i nie miała szansy na odrodzenie w świetle współczesnych spraw. Wertowała je spokojnie, nie zwracając uwagi na Ewę. Przez kilka dni mówiły sobie jedynie dzień dobry i do widzenia, całymi dniami w tym małym pokoju panowała cisza.
– Na zdrowie – powiedziała Greta któregoś dnia, gdy Ewa kichnęła. Popatrzyła na nią, jakby dopiero teraz ją zauważyła. – Chora jesteś?
– Nie czuję się najlepiej – odpowiedziała. – Ale będę jutro w pracy – dodała szybko.
– To dobrze – skwitowała krótko i wróciła do przeglądania akt.
Nazajutrz, gdy Ewa przyszła do pracy, Grety nie było na korytarzu. Przyzwyczaiła się już do jej chłodnego spojrzenia, rozpoczynającego dzień. Zdziwiona jej nieobecnością, próbowała otworzyć drzwi, jednak nie mogła przekręcić klucza. Nacisnęła klamkę i drzwi ustąpiły.
– Dzień dobry – rozległ się pełen ekscytacji głos koleżanki. – Znalazłam! – Jej twarz rozjaśnił uśmiech.
– Dzień dobry – odpowiedziała.
Na biurku piętrzyły się teczki, każda oznaczona wielką, czerwoną literą „H”. Widok ten wywołał w Ewie niepokój.
– Długo już pracujesz? – zapytała Ewa, zdejmując płaszcz.
– Ze dwie godziny – odpowiedziała, spoglądając na zegarek. – O piątej byłam już pod budynkiem urzędu. Na szczęście stróż mnie wpuścił. Nie mogłam spać. Wczoraj znalazłam pierwsze akta, ale musiałyśmy już wychodzić. Dziś rano wyszperałam resztę. Zaraz ci wszystko opowiem, nasza praca dopiero się zaczyna. Ale zanim zaczniemy, usiądź i pij, póki gorące.
Ewa dopiero teraz zauważyła na swoim biurku kubek, nad którym unosiła się para. Poczuła przyjemny, ziołowy zapach.
– Dziękuję – powiedziała. – Co tak pachnie?
– Napar ziołowy na przeziębienie. Pij, szkoda, żeby wystygł.
Ewa ogrzewała zmarznięte dłonie o kubek. Napój nie był smaczny, poczuła, jak gorzki smak drażni jej gardło, jednak przyjemne ciepło rozlewało się po jej ciele. Napięcie ostatnich dni powoli ją opuszczało. Sącząc gorący napar, zerkała na Gretę, zastanawiając się, o jakie akta chodzi.
– Pewnie zastanawiasz się, czego szukałam? – podjęła Greta, nie odrywając wzroku od dokumentów. – Jeszcze dziś wszystko ci wytłumaczę. Daj mi chwilę.
Przez kilka godzin Greta pracowała w milczeniu, oznaczając teczki czerwoną literą „H”. Obok jej biurka leżały trzy wysokie stosy dokumentów.
– Wystarczy na dzisiaj – powiedziała w końcu, zamaszyście zamykając ostatnią teczkę. – Idziemy! Znam idealne miejsce, żeby opowiedzieć ci o tych szczególnych osobach.
Wnętrze niemieckiej knajpy było ciemne i zadymione. Wyblakła, czerwono-złota tapeta gdzieniegdzie odklejała się od ścian, sprawiając, że lokal wydawał się zaniedbany. Przy drewnianych stołach z grubej lakierowanej deski siedzieli mężczyźni, większość z nich w niemieckich mundurach. Ewa unikała takich miejsc. Wnętrze emanowało atmosferą radości i swobody. Mężczyźni rozmawiali głośno, wzajemnie się przekrzykując, co chwilę słychać było wybuchy śmiechu. Dziewczyna czuła się tutaj nieswojo, mimo że została wpisana na niemiecką listę narodowościową i zakwalifikowana do najwyższej kategorii, nigdy nie utożsamiała się z narodem niemieckim. Jej ojciec był Polakiem, matka Niemką, a ona – zawieszona pomiędzy światami. Wybuch wojny zmusił ją do określenia swojej tożsamości. Stanowisko, które pełniła w archiwum, wymagało potwierdzenia narodowości niemieckiej, w przeciwnym razie zostałaby zwolniona. Greta, wręcz przeciwnie, pasowała tutaj doskonale. Wyprostowana i uśmiechnięta, prowadziła ją w głąb lokalu.
– Tam jest wolny stolik. – Greta wskazała dłonią miejsce w kącie sali. – Będziemy mogły usiąść i w spokoju porozmawiać.
Gdy podeszły do stolika, zrzuciła z ramion płaszcz i zamówiła dwa piwa.
– No chodź, pogadajmy w końcu – zaprosiła Ewę.
Dziewczyna czuła się tutaj nie na miejscu. Miała wrażenie, że oczy mężczyzn są zwrócone na nie.
– No siadaj! – Greta sprawiała wrażenie zrelaksowanej.
– Jesteś taka zadowolona! – stwierdziła Ewa, przyglądając się koleżance.
– Tak – przyznała Greta. – Znalazłam to, czego szukałam. Wiedziałam, że muszą tu być. Bez tych akt nie ruszyłybyśmy z miejsca. – W jej głosie słychać było ekscytację.
– To teraz możesz mi powiedzieć, kogo dotyczą te akta? – zapytała z ciekawością. – Jakich szczególnych osób?
– Oczywiście! Dlatego tu jesteśmy! – Ściszyła głos, gdy kelner postawił przed nimi piwo. – Wszystko zaczęło się w podobnym miejscu. – Chwyciła kufel i uniosła go w górę w geście toastu.
– Od piwa? – zapytała z niedowierzaniem Ewa, stukając swoim kuflem o jej. – A co piwo ma wspólnego z tymi aktami? – szepnęła dziewczyna.
– Więcej niż myślisz – powiedziała tajemniczo Greta.
– No mów! – Ewa podniosła głos. – Już dłużej nie wytrzymam!
– Wszystko zaczęło się od zatrutego piwa.
– Zatrutego piwa? – Ewa podejrzanie spojrzała na swój kufel.
– Pij – zaśmiała się koleżanka. – To było dawno, bardzo dawno temu. Na zdrowie! – dodała z błyskiem w oku i upiła łyk.
Redakcja
Aleksandra Zok-Smoła
Korekta
Dorota Honek-Sac
Skład i łamanie wersji do druku
Łukasz Slotorsz
Projekt graficzny okładki
Mariusz Banachowicz
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026
© Copyright by Ewelina Klimko, Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384302583
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
1717 r., okolice dzisiejszej miejscowości Leśna nad rzeką Kwisą
Tydzień później, okolice dzisiejszej miejscowości Leśna nad rzeką Kwisą
Rok później, okolice dzisiejszej miejscowości Leśna nad rzeką Kwisą
Październik 1943 r., Kraj Warty, Archiwum Państwowe w Poznaniu
Strona redakcyjna
Spis treści
Dedykacja
