Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
47 osób interesuje się tą książką
Dla Damiana Bieszczady są kryjówką. Były policjant ucieka przed swoją przytłaczającą przeszłością, uzależnieniem i mrokiem, który czai się głęboko w jego duszy. Praca w tartaku ma zagłuszyć palące wyrzuty sumienia, a odosobnienie przynieść upragnione ukojenie.
Magda Jaskólska, młoda asesor prokuratury, zostaje rzucona na głęboką wodę – przełożeni przydzielają jej sprawę, którą wszyscy już dawno spisali na straty. W okolicy giną młode dziewczyny, ale jedyny podejrzany… już siedzi w więzieniu. Zdesperowana i pozbawiona wsparcia Magda nie cofnie się przed niczym, by znaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania. Aby to zrobić, musi przedrzeć się przez mur nieufności, odkryć głęboko skrywane miejscowe sekrety, a przede wszystkim uporać się z dziką namiętnością, która nieoczekiwanie przejmuje nad nią kontrolę.
Gdy zapada zmrok, budzą się demony...
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 256
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Demony przeszłości są częstym gościem mojej duszy
Wszystkie wydarzenia opisane w książce są fikcyjne, a jakakolwiek zbieżność nazwisk przypadkowa.
W Bieszczadach nikogo nie interesuje, kim jesteś ani skąd pochodzisz. Jeżeli się tu znalazłeś, to znaczy, że góry cię przywołały. Dla nich nie jest ważne twoje imię. Liczy się tylko, jak ciężko potrafisz pracować i czy umiesz żyć z nimi w zgodzie. W Bieszczadach można się ukryć, zmienić tożsamość, być wolnym. W Bieszczady przyjeżdża się raz – później tylko się wraca.
Patrzy, jak blondynka wygina się pod nim. Mruży oczy, przejeżdżając językiem po jej piersiach. Ecstasy już działa. Jest kolorowo, zmysłowo, pięknie. Czuje ją każdą komórką swojego ciała. Owija jej długie włosy wokół nadgarstka i mocno ciągnie. Kobieta krzyczy z rozkoszy, gdy wchodzi w nią głębiej. Unosi biodra, by poczuć go jeszcze mocniej. Pot zrasza ich skórę. Mężczyzna zamyka oczy i puszcza jej włosy, by przenieść dłonie na gładką szyję. Przydusza ją przy materacu. Słyszy, jak zawodzi, ale nic sobie z tego nie robi. Nachyla się, żeby ją pocałować. Kochanka charczy mu w usta z satysfakcją.
– Mocniej… – dyszy, a on uśmiecha się diabolicznie.
Wysuwa się z niej i przekręca ją na brzuch. Unosi jej biodra, mocno klepie w pośladek, a potem ponownie w nią wchodzi. Krzyk przyjemności wdziera się w ciszę nocy. Jego zmysły szaleją. Uderza coraz głębiej, szybciej, mocniej, tak jak chciała. Sam jest już bliski spełnienia. Dziewczyna zaciska dłonie na poduszce i przywiera twarzą do materaca, by jeszcze bardziej wypiąć tyłek. Wtedy on jedną ręką przytrzymuje ją w pasie, a drugą ponownie chwyta za włosy. Zamyka oczy i odchyla głowę, gdy jego ciało przeszywa dreszcz rozkoszy, tak intensywnej, że wręcz niewyobrażalnej. Doznania są spotęgowane przez tabletki ecstasy, które oboje zażyli. Gimnastykuje się, by i ona osiągnęła spełnienie. Nie jest egoistą, przynajmniej nie w tej kwestii. Mruży oczy, bo nagle zdaje sobie sprawę, że nie pamięta jej imienia. Uśmiecha się do siebie. W sumie go to bawi. Poznał ją dzisiaj w dyskotece. Była ładna i naćpana. Nie potrzebował niczego więcej.
– Kończ… – warczy, ponownie uderzając ją w wypięty pośladek, a ona jak na zawołanie szczytuje pod nim.
Damian nie kryje zadowolenia, gdy z niej wychodzi, a ona obraca się na plecy. Spogląda na jej nagie ciało. W istocie – piękna. Krągłe biodra, zgrabne nogi, długie blond włosy. Jest niska i drobna, ale ma w sobie mnóstwo kobiecości. Przynajmniej tak ją teraz postrzega. Zagryza wargi i przejeżdża ręką po włosach. Patrzy na jej rozanieloną, spoconą twarz. Policzki spowija rumieniec, a brązowe oczy wpatrują się w niego, szeroko otwarte. Narkotyk wciąż krąży w jej organizmie. On też jest naćpany.
– To było… – Wzdycha blondynka i pokazuje w uśmiechu równe białe zęby.
– Było – potwierdza Damian i wstaje z łóżka. – A teraz muszę spadać – dodaje, wciągając spodnie.
– Już? Nie masz ochoty na drugą rundę? – Dziewczyna kokieteryjnie przeciąga palcami po ciele.
W sumie… Damian czuje, że znowu mu staje. W normalnych warunkach byłoby to prawie niemożliwe, ale nie dziś.
Dziewczyna wyciąga do niego ramiona i bezwstydnie rozkłada nogi.
– Chodź. Wiem, że mnie chcesz… – Wkłada palec do ust i ssie.
Damian spuszcza spodnie z szerokim uśmiechem. Następnie klęka na brzegu materaca i wyciąga do niej rękę.
– Teraz chcę cię na górze…
Dziewczyna przygryza wargę, przejeżdżając paznokciami po jego klatce piersiowej.
– Kładź się – rozkazuje.
Damian z przyjemnością wykonuje polecenie. Zakłada ręce za głowę i pozwala, by objęła go ustami.
Kiedy po chwili na nim siada, nie żałuje, że został. Myśl, że chyba o czymś zapomniał, znika równie szybko, jak się pojawiła.
Poranki po naćpaniu zawsze były ciężkie i Damian dobrze o tym wiedział, jednak nie zniechęcało go to do brania. Miał łatwy dostęp do prochów, z czego chętnie korzystał. Uniósł głowę i z ulgą skonstatował, że wczoraj jednak wrócił do siebie. Nie lubił zostawać na noc u przypadkowych lasek, szczególnie takich, których imienia nie pamiętał. W rozdrażnieniu zerknął na telefon. Dziesięć esemesów i pięć nieodebranych połączeń. Próbował sobie przypomnieć, czy podawał dziewczynie swój numer, ale chyba nie. Miał ochotę łyknąć kolejną tabletkę, by dobry nastrój wrócił, jednak dziś musiał być w pracy. Udawać, że znów jest poważnym detektywem.
Podszedł do okna i rozchylił zasłony. Na zewnątrz było ponuro. Nic nowego. Kraków zawsze spowijała smogowa mgła. Lepiej się tu ćpało, niż oddychało.
Westchnął i rozejrzał się po mieszkaniu. Musiał posprzątać. Tylko po co? I tak nikogo tu nie przyprowadzał. Uchylił okno i spojrzał na mokry chodnik.
– Zajebiście, w dodatku pada. – Skrzywił się. Chociaż październik tego roku był wyjątkowo ciepły, w Krakowie częściej niż w innych częściach Polski padał deszcz.
Ignorując dzwoniący telefon, ruszył pod prysznic. Z łazienki wciąż słyszał irytujący dźwięk dzwonka. Wyszedł spod gorącego strumienia i owinął się ręcznikiem. Woda kapała z jego ciemnych włosów na podłogę, gdy człapał do pokoju. Widząc imię swojego partnera na wyświetlaczu, zbladł i wytrzeszczył oczy.
– Kurwa! – Przypomniało mu się, o czym zapomniał.
Wyciszył komórkę i szybko zaczął się ubierać.
Wczorajszy wieczór wymknął mu się spod kontroli, to prawda. Nie powinien był brać – w końcu pojechał na akcję. Tomek na pewno się wkurwił, że tak nagle zniknął z klubu, gdzie namierzali faceta podejrzanego o gwałt.
Na chwilę ukrył twarz w dłoniach i potarł skórę, jakby to mogło go otrzeźwić. Niestety nie pomogło. Czuł, że to nie będzie najlepszy dzień.
Chwycił kluczyki z komody i sięgnął po kurtkę. Wychodząc z mieszkania, narzucił ją na plecy i naciągnął na głowę kaptur, by nie zmoknąć w drodze do auta.
Stojąc w korku, niemrawo bębnił palcami o kierownicę. Nawet muzyka go irytowała, więc wyłączył radio. Musiał z tym skończyć, wiedział o tym. Jeśli się dowiedzą, że ćpa, może stracić wszystko. Na chwilę przymknął oczy. Był potwornie zmęczony.
Z letargu wybudził go dopiero dźwięk klaksonu stojącego za nim auta. Kierowca trąbił jak szalony, bo akurat zapaliło się zielone światło.
Damian ruszył, klnąc pod nosem.
Po kwadransie wszedł do budynku komendy i przywitał się z dyżurnym, posyłając mu wymuszony uśmiech. Zmartwiona mina kolegi dała mu do myślenia.
– Co jest? – zapytał ochrypniętym głosem. W nocy zdarł gardło. Za trzecim razem z tą laską było naprawdę ostro.
– Nie jest dobrze, Damian. Stary od rana wariuje. Krótko mówiąc, masz przejebane.
Zimny pot zalał mu kark.
– O co chodzi? – szepnął, konspiracyjnie rozglądając się na boki.
– Nie wiesz? To co ty wczoraj robiłeś? Nie byłeś z Tomkiem?
– Nie, kurwa… To skomplikowane – wydukał. Co miał niby powiedzieć? Że zaćpał z jakąś panną w kiblu i kompletnie zapomniał o swoim partnerze?
– Tomek dostał wczoraj wpierdol na Placu Dominikańskim. No, w bocznej uliczce – uściślił dyżurny. – Idź już lepiej, bo stary chce wiedzieć, co zaszło.
– Jasne, idę. – Damian kiwnął głową i nerwowym krokiem ruszył do gabinetu szefa.
Wiedział, że Tomek żyje, bo partner dzwonił do niego rano. Teraz Damian przypomniał sobie o wiadomościach i zerknął na wyświetlacz. Wszystkie były od Tomka.
01:10 – Gdzie ty, kurwa, jesteś?
01:30 – Nagabuje kolejną laskę. Antos, ogarnij się!
02:10 – Nie wiem, kurwa, gdzie się podziałeś, ale mam tego dość! Wychodzi z kolejną panną, a ja nie mogę cię znaleźć. Idę za nimi.
Damian w panice śledził kolejne esemesy. Ostatni brzmiał naprawdę niepokojąco:
04:10 – Dzięki, partnerze. Właśnie obudziłem się w szpitalu. Jutro składam raport. Nie chcę już z tobą pracować. Nie będę dłużej chronił twojej zaćpanej dupy, skoro nie potrafisz się ogarnąć.
Zbladł i oparł się o ścianę. Dotarło do niego, jak bardzo ma przejebane. Jeżeli Tomek złożył raport, mógł wylecieć z roboty. Nie powinien był go wczoraj zostawiać. Naraził jego życie. Z frustracją ścisnął nasadę nosa, bo czaszka zaczęła mu pulsować bólem. Drugą ręką wybrał numer partnera.
Tomek nie odebrał. Przysłał jedynie wiadomość. Krótką i treściwą: „Spierdalaj”.
Łapiąc głęboki oddech, Damian odepchnął się od ściany i zapukał do gabinetu komendanta.
– Wejdź, Antos – usłyszał z wnętrza.
Wszedł do gabinetu i bez słowa skinął głową przełożonemu. Nie zdążył zamknąć za sobą drzwi, gdy szef oznajmił:
– Oddaj broń i odznakę. Zwalniam cię. I tylko dlatego, że Tomek się za tobą wstawił, nie czeka cię dyscyplinarka.
– Szefie…
– Nie przyjmuję żadnego tłumaczenia. – Pięść komendanta z hukiem uderzyła w stół. – Jesteś dobrym śledczym, ale wiecznie są z tobą jakieś problemy. Zostawiłeś partnera na miejscu akcji! Wiesz, jak to się mogło skończyć? Zdajesz sobie sprawę?! – Baryton komendanta Traszki był przerażający sam w sobie, ale gdy ten podnosił głos, brzmiał jak sam diabeł.
Damian zagryzł policzek i pokiwał głową.
– Rozumiem…
– No to chyba rozumiesz też moją decyzję, Antos.
– Rozumiem… – powtórzył jak zacięta płyta, spuszczając wzrok.
– Gdyby Tomek zginął, miałbyś go na sumieniu. Nie wiem, co jest z tobą nie tak, chłopaku, ale wyraźnie masz problemy. Uporaj się z nimi, zanim sprowadzisz tragedię na siebie albo na swoich bliskich.
Damian spojrzał na przełożonego. Wyciągnął broń z kabury i odłożył ją na stół. To samo zrobił z odznaką. Czuł duszący ucisk w klatce piersiowej.
– Przykro mi… – Sam słyszał, że brzmi żałośnie.
– Mnie też, chłopcze. Ale nie mogę cię zatrzymać. Stanowisz zagrożenie dla siebie, nie wspominając już o twoich współpracownikach. – Komendant spojrzał na niego surowo. – Ogarnij się – dodał, zbierając jego rzeczy i wrzucając je do szuflady.
Damian uzmysłowił sobie, że szef wie, z czym się zmaga. Jeszcze raz pokiwał głową i zawrócił na pięcie.
– Do widzenia – powiedział spokojnie.
– Przerzuć się na trawkę – usłyszał jeszcze za plecami. – Zerwanie z nałogiem z dnia na dzień nie jest łatwe. Nie wywalając cię dyscyplinarnie, dałem ci szansę, ale pamiętaj, że następnym razem możesz nie mieć tyle szczęścia.
Antos zamarł z ręką na klamce. Dopiero po chwili się obrócił.
– Wiem. I naprawdę żałuję… – Miał przekrwione oczy. Nieprzespana noc, narkotyki i żal malujący się na jego twarzy sprawiły, że wyglądał żałośnie.
– Do widzenia. Życzę ci wszystkiego dobrego.
– Dziękuję.
Zamknął za sobą drzwi i powoli opuścił komendę, unikając spojrzeń ciekawskich kolegów.
Na parkingu wsiadł do samochodu i utkwił wzrok za szybą. Było mu wstyd, cholernie wstyd. Pozostanie w Krakowie – bez pracy i kasy – wydawało się kiepskim pomysłem. Miał ochotę zniknąć, zapaść się pod ziemię, tak by nikt go nie znalazł.
Co, do kurwy nędzy, miał teraz zrobić?
Potrzebował wytchnienia. Przerwy, długich wakacji i może jakiejś dupy, by zapomnieć o wszystkich niepowodzeniach. Mógł je zwalać na kiepską sytuację rodzinną – na ojca, który go lał, na siostrę, która wyjechała do Londynu pracować na zmywaku; tymczasem w magiczny sposób zmieniła się w podrzędną dziwkę, dupczącą się z kim popadnie, aż wreszcie wyrwała bogatego Anglika i teraz zgrywa pierdoloną damę. Jego niepowodzenia mogły wynikać z faktu, że rządy sprawuje ta, a nie inna władza, albo że mucha, która od dziesięciu minut lata mu po aucie, aż się prosi o rozmiażdżenie na szybie. Dostrzegał winę wszędzie, tylko nie w sobie samym. Był popieprzonym typem, który w szkole policyjnej się wybił, bo nie miał hamulców.
Przeszedł za dużo, by coś mogło sprawić mu ból. Dostawał kablem od żelazka – niektórych blizn nie pozbył się do dzisiaj. Nie wierzył w miłość, bo ona też była jednym wielkim bólem. Wystarczyło mu, że patrzył na swoją matkę, która każdego dnia umierała przy jego ojcu – aż wreszcie zniknęła, zostawiając ich samych, bez słowa wyjaśnienia. Do dzisiaj nie wiedział, gdzie ona jest. Szkoła policyjna tak naprawdę była dla niego ratunkiem. Bez niej mógłby skończyć gorzej – jak jego kumple, których nieraz mijał pod blokiem, gdy odwiedzał ojca, z poczucia obowiązku, bo staruch już nie domagał. Sponiewierani przez życie, smutni, z przekrwionymi oczami i ryjami sinymi od taniej wódy. Pobudka na kacu, chlanie, rzyganie. Dzień świstaka. Damian patrzył na nich z żalem, czasem zapalił z nimi fajkę i zamienił kilka zdań, osobiście jednak wolałby śmierć od takiej egzystencji. Zresztą kilku już gryzło ziemię od spodu – jeden dostał kosą, inny się zachlał i zamarzł na ławce, kolejnemu nie wytrzymała wątroba. Ale nie było źle. Władza dawała dobry socjal – głupim społeczeństwem lepiej się steruje.
Wiele razy widział koleżanki z osiedla, zasilane zasiłkami z opieki, odjebane od stóp do głów za państwową kasę, podczas gdy on sam tyrał, żeby zarobić na chleb. Ecstasy była jedyną ucieczką, rzadziej kokaina, bo na nią trzeba było mieć porządny hajs, a chociaż nie zarabiał najgorzej, nie stać go było na dragi z wyższej półki. To były te chwile, gdy był wręcz absurdalnie szczęśliwy i doceniał piękno popieprzonego świata, który go otaczał. Założyć różowe okulary i obserwować go, by na drugi dzień odkryć, że to tylko złudzenia. Karmił się nimi – to jedyne, co mu zostało. Związki też nigdy mu nie wychodziły. Męczyły go, ograniczały. Wolał przelotny seks z laską, której imienia nie musiał pamiętać.
A teraz w jednej chwili wszystko legło w gruzach. Sam był sobie winien. Mógł zwalać winę na mnóstwo rzeczy wokół, ale prawda była taka, że przekroczył granicę i nie było już powrotu. Uciekł jak tchórz w poczuciu wstydu. Zniszczony przez konsekwencje swych decyzji. Jechał przed siebie w obranym celu. Bieszczady zawsze go uspokajały. Wędrówki po górach, uprzejme „cześć” wymieniane z nieznajomymi na szlaku, wszechobecna dzika natura, legendy i hardzi ludzie – ludzie lasu, pustelnicy, osadnicy, których nikt o nic nie pytał, wrośnięci w swoje miejsca jak mech.
Tydzień później
Kończyły mu się pieniądze. Ostatnią tabletkę połknął wczoraj. Skończyły się zapasy, które przywiózł z Krakowa, a zdobycie narkotyków w Bieszczadach graniczyło z cudem. Zdenerwowany, krążył po pokoju, który od tygodnia wynajmował za całkiem przyzwoitą kwotę, co – jak na tę okolicę – było prawdziwym wyczynem. Odkąd rozpoczął się boom na Bieszczady, ceny noclegów zdecydowanie przekraczały ich realną wartość. Nawet jesienią, jak teraz, były horrendalnie wysokie. Damian miał już dość samotnych wędrówek – no i musiał zarabiać. Wiedział, że powinien wrócić do Krakowa, by ogarnąć jakąś pracę, ale nie miał na to ochoty. Próbował skontaktować się z Tomkiem, lecz ten konsekwentnie ignorował jego telefony.
Dzień był pochmurny, wyjście w góry, gdy w każdej chwili mogło lunąć, nie wydawało się dobrym pomysłem. Przesiedział cały dzień w pokoju, ale w końcu miał dość kurczących się wokół niego czterech ścian – sięgnął po kurtkę i wyszedł w poszukiwaniu lokalnej knajpy, o której tyle słyszał. W sercu Cisnej znajdował się lokal, który tutejsi nazywali Biesem.
Przystanął na drewnianym podeście, by przyjrzeć się biesiadującym za oknem ludziom, ścianom przyozdobionym malunkami diabła i jelenimi porożami, pięknym barmankom zbierającym puste kufle. Jedna z nich właśnie odganiała natrętnego turystę, który chciał ją klepnąć w tyłek. Przez chwilę się wahał, czy powinien tu zostać. Obcy ludzie przyprawiali go o ciarki – nie lubił nawiązywać nowych znajomości, ale może wcale nie będzie musiał. Wszedł do środka i już miał postawić krok na stopień, gdy obok niego przecisnęła się jakaś kobieta.
– Co tak sterczysz? Wchodzisz czy wychodzisz? – warknęła.
Damian spojrzał na nią, marszcząc brwi. Wyglądała na tutejszą – ciemne dżinsy, kraciasta koszula, rozsunięta parka, trepy, do tego włosy związane w luźny kok. Patrzyła mu w oczy z wyczekiwaniem. W końcu zbyła go machnięciem ręki.
– Nieważne, ale nie stój tak na środku – rzuciła, schodząc już po schodach.
Po chwili zniknęła za drewnianymi, rzeźbionymi drzwiami, podobnymi do tych z amerykańskich westernów, jednak te tutaj przypominały bramy piekieł i prowadziły do pomieszczenia, w którym znajdował się bar.
Ruszył za nią w dół, rozglądając się na boki. Cały czas czuł, że powinien tu przyjść, ale nie potrafił zrozumieć dlaczego. To była jedna z bardziej obleganych knajp w Cisnej. Spojrzał w lewo i jego wzrok napotkał lustro w solidnej, rzeźbionej ramie. Przyjrzał się swojemu blademu odbiciu – szeroko otwartym zielonym oczom, poszarzałej twarzy. Wrak człowieka, pomyślał i westchnął.
– Uważaj, chłopcze, bo przepadniesz! – usłyszał za sobą.
W pierwszej chwili nie zorientował się, że uwaga jest skierowana do niego. Cała sala wybuchnęła śmiechem.
– Może głuchy? – zabrzmiał inny męski głos.
Wtedy Damian dostrzegł w lustrze starszego brodatego mężczyznę, który stał za nim.
– Mówi się, że osoba w lustrze to ktoś zupełnie inny – powiedział z rozbawieniem nieznajomy. – Zagubiony wędrowiec?
Antos zamrugał, obracając się do niego.
– Nie wiem, czy zagubiony. – Wzruszył ramionami. Miał ochotę dodać, że po prostu musiał tu przyjść, ale nie chciał, by wzięli go za wariata. – Chciałem się napić. – Zerknął na towarzyszy brodacza, a potem przeniósł wzrok z powrotem na niego.
– Dosiądź się do nas – zaprosił mężczyzna, ukazując w uśmiechu pożółkłe od papierosów zęby.
– Nie chcę przeszkadzać…
Dziadek parsknął jak koń i pokręcił głową.
– Jeżeli zapraszam cię do stolika, to znaczy, że tego chcę, jasne? Skąd pochodzisz?
– Z Krakowa.
– A jak cię zwą?
Damian się zawahał. Nie wiedział, czy chce zdradzać swoje imię. Dziadek najwyraźniej to wyłapał, bo machnął ręką i stwierdził:
– Zresztą nieważne. Będziesz gotowy, powiesz. To jak, dołączysz do nas?
W normalnych okolicznościach Antos trzy razy by się zastanowił. W Krakowie nikt ot tak nie zapraszał do stolika obcego, chyba że miał w tym jakiś cel – chciał albo opchnąć towar, albo opróżnić delikwentowi kieszenie. Ale tu wszystko wydawało się inne. Ludzie byli o niebo życzliwsi, jakby magia gór działała na nich kojąco.
– Chętnie – zdecydował, idąc za dziadkiem do stolika.
– Ja jestem Tolek, a to moi współpracownicy: Piła, Garb i Tadziu – stary przedstawił kompanów, którzy przywitali się z Damianem szerokimi uśmiechami.
– A ty jak się zwiesz? – zapytał ten nazywany Garbem, na oko czterdziestoletni.
– Chłopak nie chce zdradzić imienia. – Tolek zajął miejsce przy ławie, w którą wbite były dwie siekiery obwiązane łańcuchami.
– Atos – odparł spokojnie Damian, sadowiąc się na miejscu.
– Jak jeden z trzech muszkieterów? – zapytał Piła.
Damian dopiero teraz dostrzegł, że facet żuje wykałaczkę, obracając ją zębami pod dziwnym kątem.
– Tak mnie nazywali kumple na podwórku – odpowiedział zgodnie z prawdą. Jego nazwisko często było przeinaczane i tak z Antosa został Atosem.
– Dobrze, Atos, więc co pijesz? – zapytał Tolek.
– A wy?
– Browar.
– Z Uherzec.
– Mała rozlewnia.
– Ale piwo pyszne.
Mówili jeden przez drugiego. Damian nie potrafił się skupić, wszystko go przytłaczało, drażniło. Chciał stąd wyjść, ale czuł, że byłoby to niegrzeczne.
– Wezmę to, co wy – odparł w końcu.
Dwie godziny później bar prawie opustoszał, ale przy stoliku Damiana toczyła się pijacka tyrada na temat nadajników 5G.
– I mówię ci, kurwa, Atos, że oni chcą nas stąd wysiedlić, zrobić drugi Arłamów. Niedługo… – pijacka czkawka przerwała wywód Piły – …nie będzie Bieszczad – zakończył na wdechu mężczyzna.
Damian odchylił głowę na oparcie krzesła.
– Czy nie po to ludzie tu przyjeżdżają? Żeby odpocząć w dziczy? – zapytał niemrawo, bo alkohol stłumił jego zwykle wyostrzone zmysły.
Tolek wybuchnął rubasznym śmiechem.
– Jakiej dziczy, chłopie! Tutaj już od lat nie ma dziczy. Prawdziwi ludzie lasu zniknęli, przenieśli się jeszcze dalej. Jeżeli ktoś chce być sam, to powinien, kurwa, być sam, a nie stanowić atrakcję turystyczną. – Westchnął. – Ty też przyjechałeś wypocząć? Do dziczy?
– Niezupełnie wypocząć… Raczej uciec przed samym sobą.
– To doskonale trafiłeś! Tutaj jeszcze można się ukryć. Zaraz wprowadzą nam rejestr, sąsiad będzie podpierdalał sąsiada… Ech, szkoda język strzępić – skwitował z rezygnacją siwobrody.
– Jak już tak szczerze gadamy, to kasa mi się kończy. Roboty szukam – powiedział Damian, ziewając.
– A nie boisz się ciężkiej pracy? – zagaił Tadziu.
– Nie boję – odparł hardo Antos, unosząc głowę. Nie wiedzieć czemu, pomyślał, że praca tutaj może być jego wybawieniem. – Czułem, że muszę tu dziś przyjść… – wyznał w końcu.
– Ooo, Czady cię przyprowadziły! – Roześmiał się Tolek. – Mamy etat w tartaku.
– Kto mnie przyprowadził? – zapytał Damian, mrużąc oczy.
– Jutro ci opowiemy. Pracowałeś kiedyś w tartaku?
– Nie…
– A chcesz pracować? Nauczymy cię. Na początek będziesz moim pomocnikiem. Kasa może wielka nie jest, ale starczy, żeby żyć.
– I tyle mi potrzeba na tę chwilę.
– Gdzie nocujesz?
Damian zobaczył, że Garb zasnął na ławie, a Piła właśnie próbował go dobudzić. Tylko Tadziu przysłuchiwał się jego rozmowie z Tolkiem. Kiwał przy tym głową, jakby praca w tartaku była najlepszą perspektywą na świecie.
– W Zajeździe u Halinki.
– Dobra, Atos. To widzimy się o piątej rano – podsumował Tolek i czknął. – A teraz zbieram towarzystwo. Muszę ich jeszcze porozwozić do domów.
Damiana zamurowało. Był pewien, że się przesłyszał.
– Że co? Ale jak? Jesteś zalany…
Wtedy za plecami Damiana rozbrzmiał znajomy głos:
– O, widzę, że jednak zdecydowałeś się zostać.
Obrócił się i zobaczył brunetkę, która minęła go w drzwiach kilka godzin temu. Patrzyła na niego piwnymi oczami, a na jej ustach błąkał się zarozumiały uśmieszek. Damiana uderzyło to, że wciąż była trzeźwa. Próbował ocenić jej wiek, ale był zbyt zamroczony. Pewnie nawet nastoletnią siksę uznałby za pełnoletnią.
– Tak – odparł, oblizując usta. – Ale z tobą mogę wyjść. – Zmrużył oczy, posyłając jej lubieżny uśmiech i taksując ją od stóp do głów.
– Madziula! – odezwał się Tolek. – Odwieziesz nas?
– Odwiozę, bo inaczej wkrótce będę musiała prowadzić sprawę przeciwko wam, moczymordy – powiedziała ostro kobieta i spojrzała na Damiana. – Jak widzisz, mam już towarzystwo na tę noc. Ciebie też odholować?
– Nie będzie takiej potrzeby. – Damian wstał zza ławy i posłał jej kąśliwy uśmiech. – I tak nie jesteś w moim typie… – burknął jeszcze, kierując się do wyjścia.
– Że co? – zawołała za nim.
Obrócił się, stawiając krok na pierwszym stopniu schodów, i asekuracyjnie chwycił się barierki.
– Masz kij w dupie po samo gardło. Wyczuwam takie jak ty na kilometr.
– Aha – odparła z konsternacją. – Cóż, takie życie. Na razie.
Damian był zaskoczony, że nie wpadła w szał ani nie wysiliła się na jakąś ciętą ripostę. Nie skomentował tego jednak, tylko wzruszył ramionami i skierował się do wyjścia.
Dziewczyna natomiast obróciła się do zalanego towarzystwa i oparła ręce na biodrach.
– Zbierajcie się, bo rano nie wstaniecie i wujek wszystkich was wywali na zbity pysk! A nie chciałabym tego, bo was lubię, łachudry! – dodała z serdecznym śmiechem.
– Jesteś aniołem – powiedział Tadziu, podnosząc z pomocą Piły zalanego Garba.
– Oczywiście, że jestem.
– A jak już zostaniesz tą panią prokurator, to będziemy mogli jeździć po pijaku? – zapytał Piła, ale zaraz został zgromiony lodowatym spojrzeniem. – Okej, tylko żartowałem. – Uniósł wolną rękę w obronnym geście.
– Tolek, powiedz im coś, bo wywiozę was na dołek… – Westchnęła Magda.
– Dobra, koniec żartów, chłopaki! Skoro świt trzeba wstać!
– Nie chcę nic mówić, ale to za pięć godzin.
– Wobec tego prowadź, pani prokurator. – Tolek ucałował ją w policzek, a ona się roześmiała.
Był nie tylko pracownikiem tartaku, ale i cudownym przewodnikiem. Magda poznała go podczas kursu na przewodnika beskidzkiego – i była pod wrażeniem jego wiedzy oraz znajomości gór.
Gdy wyszli, odruchowo rozejrzała się za ich kompanem, ale nigdzie go nie dostrzegła.
– Nie martw się tym chłopakiem, śpi u Halinki. Pewnie już jest na miejscu – powiedział Tolek, ładując się do jej niewielkiej Skody.
– Nie martwię się, ale licho nie śpi.
– Fakt. Zwłaszcza w Bieszczadach, moje dziecko.
Gdy drzwi za Tolkiem i resztą się zatrzasnęły, Magda jeszcze przez chwilę wpatrywała się w noc. Tolek miał rację – w Bieszczadach licho nigdy nie śpi.
Redakcja
Anna Płaskoń-Sokołowska
Korekta
Agata Jagiełło
Skład i łamanie wersji do druku
Łukasz Slotorsz
Projekt graficzny okładki
Mariusz Banachowicz
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026
© Copyright by Emilia Szelest, Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384303948
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
Prolog
Rozdział I
Rozdział II
Strona redakcyjna
Spis treści
