Ciężar winy - Barbara Wysoczańska - ebook + audiobook + książka

Ciężar winy ebook i audiobook

Wysoczańska Barbara

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Przywróciła go do życia i nauczyła kochać w świecie, który z miłością nie miał nic wspólnego.

Rok 1944. Do niemieckiego miasta Grünberg przyjeżdża transport z jeńcami po klęsce Powstania Warszawskiego. Karol Borkowski trafia do fabryki zbrojeniowej jako pracownik przymusowy. Tam poznaje niemiecką pielęgniarkę Emmę Horn, córkę szefa lokalnego Gestapo.

 

Klęska Trzeciej Rzeszy zbliża się nieubłaganie i Emma wraz z mieszkańcami miasta staje się ofiarą najazdu Armii Czerwonej. Karol musi rozważyć, co jest dla niego ważniejsze: życie niemieckiej dziewczyny czy honor, który nakazuje mu zemstę na wrogim narodzie za wojenne krzywdy.

 

Jestem skażona złem nazizmu. To zło – tak perfidne i niepohamowane – zostało w końcu unicestwione, zabite, zgwałcone i zdeptane.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 336

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 38 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Grażyna Wolszczak

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Barbara Wysoczańska, 2026

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: Kuba Magierowski

Zdjęcie na okładce: © Leonardo Baldini/Arcangel

Redakcja: Malwina Kozłowska

Korekta: Agnieszka Luberadzka, Olga Smolec-Kmoch

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

PR & marketing: Magdalena Drogoś-Kraszewska

ISBN: 978-83-8441-423-1

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

„…historia z bliska jest odrażająca, błazeńska, głupia. Dopiero z odległości jest tragiczna, piękna i majestatyczna”.

Tadeusz Konwicki, Mała apokalipsa

PROLOG

Marzec 1953 roku

Szczecin

W głowie kapitana Karola Borkowskiego wciąż natrętnie dźwięczał dzwonek telefonu, który kilkanaście godzin wcześniej raptownie wyrwał go ze snu. Telefonu, na który podświadomie czekał od dawna i który w jednej sekundzie zmienił wszystko.

– Stalin umarł – usłyszał w słuchawce ochrypły głos swojego szefa z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, pułkownika Eliasza Kotona. – Jutro z samego rana mamy pilną naradę. Nie spóźnijcie się, kapitanie.

Po tej wiadomości Karol już nie mógł zasnąć.

Wstał i pomimo że zbliżała się północ, ostrożnie odsunął mebel spod ściany, odsłaniając ulokowaną tam tajną radiostację. Wiedział, że z tym, co musi przekazać, nie może czekać do rana. Nie tym razem.

Przez chwilę próbował nawiązać łączność, aż wreszcie zaczął wystukiwać ciąg cyfr układających się w wiadomość.

Śmierć wodza. Możliwe represje. Pilne odwołanie.

Zwykle był opanowany – nauczył się tego na szkoleniu wojskowym w Legionowie, gdzie uczyniono zeń wzorowego oficera Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego – ale teraz emocje wzięły górę. Wystukał cały komunikat i po wszystkim siedział przez moment nieruchomo, oddychając niespokojnie.

Otaczały go ciemność i bezwzględna cisza. A on czuł, jak wszystko w nim pęcznieje pragnieniem wyrwania się z tego zimnego, zakłamanego, pełnego przemocy i pogardy świata, w którym tkwił przez ostatnie lata. Nagle bardziej niż kiedykolwiek zapragnął stąd uciec, zniknąć, zaszyć się gdzieś, gdzie nikt go nie znajdzie. Gdzie nie będzie już musiał dłużej udawać.

Aż do świtu leżał w łóżku, nie mogąc zasnąć, i wpatrywał się w ciemność przed sobą. Gorączkowo zastanawiał się, czy już nadszedł ten czas. Czy to był ten właściwy moment, na który czekał wiele długich lat? Czy wreszcie będzie mógł uwolnić się od ciężaru, który nałożono na niego lata temu z zapewnieniem, że to tylko na chwilę? Ta chwila trwała dla niego wieczność, a ta wieczność sprawiła, że nie wiedzieć kiedy stał się takim samym cynicznym i zimnym skurwysynem jak ci, którymi się otaczał. Przecież był funkcjonariuszem bezpieki.

Coś gwałtownie ścisnęło go w piersi.

Dobrze się przygotował na tę okoliczność. Wiedział, jak należy postąpić i jakich procedur się trzymać, a jednak ogarnął go lęk. A co, jeśli się nie uda? Co, jeśli ci, z którymi pracował przez ostatnie lata, odkryją w nim zdrajcę? Czy wówczas będzie potrafił stanąć twarzą w twarz z sowiecką sprawiedliwością? Utłuką go jak psa. Nie będą mieli nad nim litości i nawet sąd mu nie pomoże. Pewnie zresztą go przed nim nie postawią – tylko ubiją gdzieś w ciemnej piwnicy i wrzucą do bezimiennego dołu, którego nikt nigdy nie odnajdzie.

Myślał o tym również za dnia, kiedy po kilkugodzinnej specjalnej naradzie z urzędnikami, wojskowymi i milicją w końcu wyszedł z gmachu szczecińskiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Wiedział, że w czarnym płaszczu, w czapce z otokiem i orłem, w wysokich, wyglancowanych butach robił na postronnych wrażenie zimnego i niedostępnego. Był wzorowym komunistycznym parobkiem do wypełniania sowieckich poleceń. Jednym z tych, którzy przez ostatnie godziny szczegółowo ustalali, jak należy postąpić po śmierci wodza narodów. I dziś bardziej niż kiedykolwiek odczuł, jak bardzo ta rola go uwiera.

Miał wiele do przemyślenia i jeszcze więcej do zrobienia. Musiał działać szybko i uważnie. Należało wydać rozkazy, przygotować dokumenty… Nietrudno było się domyślić, co właśnie działo się na Kremlu. Beria, Malenkow, może nawet Chruszczow – każdy z nich pewnie już przymierzał się do objęcia władzy. I wszystko to musiało zasadniczo wpłynąć na Polskę.

Czy na polskim podwórku towarzysz Bolesław Bierut, tak ślepo wpatrzony w swojego mentora Stalina, będzie zdolny podjąć przynajmniej jedną samodzielną decyzję? Karol bardzo w to wątpił. Tak jak wątpił w racjonalność wyborów innych decydentów, którzy po wojnie rządzili komunistyczną Polską. To, co trzymało się dzięki żelaznym rozkazom sowieckiego wodza, teraz mogło obrócić się w pył i ujawnić zgniliznę świata, w którym żyli. A to była prosta droga do okrutnej walki o władzę. Historia znała już takie przypadki.

On jednak nie zamierzał na to patrzeć. Nie chciał być ani świadkiem, ani uczestnikiem kolejnych represji i kolejnego upadku Polski, którą kochał zbyt mocno i której poświęcił wiele.

A co z całą resztą uzależnioną od wpływów Rosji? Jak teraz będzie wyglądał ten kulawy kolos zwany blokiem sowieckim? Czy po śmierci wielkiego Stalina w Europie Wschodniej będą mordować mniej, czy raczej jeszcze bardziej rozkręcą machinę śmierci w imię lepszego komunistycznego świata?

Karol, stojąc przed gmachem UB, odruchowo zaczerpnął świeżego, zimnego powietrza i spojrzał w niebo.

Było pochmurne, ale raczej nie zapowiadało deszczu.

Z ironią pomyślał, że w taki szczególny dzień powinno wyjść słońce. Zerknął na czerwony sztandar, na którym pyszniły się sierp i młot, a potem na biało-czerwoną flagę, zdobiące front gmachu Urzędu Bezpieczeństwa. Obie flagi spuszczono do połowy masztu i przybrano czarnym kirem. Żałobę czas zacząć.

– Dokąd, towarzyszu kapitanie? – zapytał jego osobisty szofer, otwierając drzwi służbowego ZIS-a, którym Karol jeździł od dwóch lat, czyli odkąd został zastępcą pułkownika Kotona w Urzędzie Bezpieczeństwa.

– Do mojego mieszkania – odparł krótko i rozsiadł się na tylnym siedzeniu.

Jadąc ulicami Szczecina, obserwował przez szybę samochodu ludzi spieszących z pracy i ze szkół. Patrzył na nich i próbował odgadnąć, o czym myślą. Czy dopadają ich te same emocje, co jego? Czy czują to samo zdumiewające niedowierzanie i tę ulgę, które w pierwszej chwili on poczuł? Nie miał wątpliwości, że od poprzedniego wieczora, od momentu, gdy wielki wódz Stalin wydał ostatnie tchnienie, zmieniło się wszystko.

W gazetach i radiu dopiero pojawiały się pierwsze informacje na ten temat, ale po ulicach już krążyły podwojone patrole milicji. Groźba wybuchu zamieszek była realna – i nic dziwnego, śmierć Stalina to nie przelewki, a Karol jako zastępca dyrektora szczecińskiego UB doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

Myślał o tych obywatelach, którymi w ciągu najbliższych dni zapełnią się areszty. Bo nie miał wątpliwości, że tak się stanie. Władza z zaangażowaniem zacznie zamykać ludzi za najmniejsze przejawy zadowolenia ze śmierci zbrodniarza, za krótkie słowo ulgi, że w końcu to się stało, za wykrzyczane w bolesnym gniewie przekleństwo „oby piekło pochłonęło Stalina”. Wielu Polaków nie zdoła się powstrzymać; wyrzucą z siebie, co naprawdę myślą o wielkim sowieckim wodzu. I będą musieli za to zapłacić.

Karol powinien być z nimi, bo podzielał ich emocje: ulgę, radość i niepewność. I rozmyślał również o tym, że jeśli wszystko pójdzie dobrze, wkrótce stanie się wolny.

Byli przy dworcu kolejowym, kiedy Karol dostrzegł młodego chłopaka szarpanego przez dwóch rosłych milicjantów. Jeden z mundurowych wyciągnął gumową pałkę, wyraźnie chcąc jej użyć na chudym grzbiecie wyrostka.

„A więc zaczęło się” – pomyślał cynicznie i wtedy, niespodziewanie, do jego pamięci powróciło zupełnie inne i jednocześnie bardzo podobne zdarzenie sprzed dziewięciu laty. Tamta rzeczywistość wyglądała inaczej. Tamta pałka nie należała do milicjanta, lecz do esesmana.

– Kazimierzu, zatrzymaj się! – rozkazał szoferowi, nie spuszczając wzroku z chłopaka. Było w fizjonomii tego młodzieńca coś, co gwałtownie go poruszyło. Coś tak boleśnie znajomego, że niemal przestał oddychać.

„To niemożliwe, to absolutnie niemożliwe!” – myślał gorączkowo. A może ze zmęczenia i z nadmiaru emocji towarzyszących mu od kilkunastu godzin miał omamy?

Kierowca posłusznie zatrzymał samochód i Karol, nie czekając, aż szofer otworzy mu drzwi, wyskoczył z auta.

Jeden z milicjantów zdążył już zdzielić chłopaka pałką przez plecy, aż ten skulił się z bólu.

– Przestańcie! – krzyknął Karol, przebiegając przez jezdnię.

Milicjanci drgnęli i popatrzyli na niego zaskoczeni, ale nim zdążyli cokolwiek odpowiedzieć, zatrzymał się przed nimi, wyjął spod czarnego płaszcza legitymację partyjną i zamachał im przed oczami.

– Kapitan Karol Borkowski, zastępca dyrektora Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego – wyrecytował sucho, patrząc na skulonego chłopaka, który nie śmiał na niego spojrzeć. – Co z nim?

– Pałętał się po dworcu i wypytywał ludzi o drogę do portu.

– I dlatego go bijecie?

– Włóczęgostwo jest zabronione, towarzyszu kapitanie.

– Przecież to jeszcze dzieciak!

– Może dzieciak, a może wróg. Nie ma przy sobie dokumentów, ale twierdzi, że jest Niemcem, choć gada po polsku jak Polak.

– Niemcem? – Karol zbliżył się do chłopaka i zmusił go, żeby na niego spojrzał.

Młodzik wyprostował się niezgrabnie i lękliwie, po czym zerknął na Karola niebieskimi oczami, które ten już kiedyś widział.

Kapitan poczuł, jak oblewa go fala gorąca.

– Jak się nazywasz? – zapytał ze ściśniętym gardłem.

– Niklas Horn – odparł chłopak piskliwie. – I chcę popłynąć do mojego kraju. Do Niemiec.

* * *

Gdy milicjanci przesłuchiwali chłopaka na posterunku, Karol stał w milczeniu w kącie pokoju i przyglądał się młodemu z najwyższą uwagą. Równocześnie bardzo dużo wysiłku wkładał w to, żeby żaden z milicjantów nie dostrzegł, jak bardzo jest poruszony. Nie mogli się domyślić, że zna chłopaka i wie, że ten mówi prawdę.

Niklas Horn. Młody naprawdę nazywał się Niklas Horn.

To nie mogła być pomyłka – wyraźnie widział w młodzieńczej, chudej twarzy znajome rysy. I niebieskie oczy, i blond włosy, tak podobne do innych oczu i włosów. Tyle że włosy jego siostry były bardziej złote, z lekkim odcieniem rudego. Karol pamiętał, że w dotyku przypominały jedwab.

Było jednak w tym smarkaczu coś, co bardzo ją przypominało…

Chłopak zdawał się mocno wystraszony, ale odpowiadał na pytania składnie i bez wahania. Bez ogródek wyznał, że pochodzi z Zielonej Góry i mieszka tam z siostrą Ewą i jej córką Zosią.

Ewa. Więc teraz miała na imię Ewa.

To imię do niej nie pasowało, a mimo to Karol wiedział, że chodzi o nią.

Jaka teraz była? Jak wyglądała? Czy wciąż miała te delikatne, ledwo widoczne piegi na nosie, które tak go zachwycały? Spojrzenie jej błękitnych oczu nigdy nie było zimne ani pogardliwe. Nigdy też nie zachowywała się wyniośle, nawet wtedy, gdy zdawała sobie sprawę, że on nie miał prawa nawet zerknąć w jej stronę. A jednak patrzył na nią bez końca.

Po tym, co przeżył podczas wojny, to ona pod sam jej koniec stała się dla niego jak haust świeżego powietrza. Nie była jego wrogiem. Przywróciła go do życia i nauczyła kochać w świecie, który z miłością nie miał nic wspólnego. I on też przywrócił ją do życia. Pokochał ją, choć według wszelkich praw i reguł powinien jej nienawidzić. Zamiast tego pokochał dziewczynę – mocno, głęboko i namiętnie.

To było jak w innym świecie i Karol boleśnie uświadomił sobie, że teraz wszystko wygląda zupełnie inaczej. Ona była już kimś innym, miała córkę, miała swoje życie.

– Zostawcie nas – zarządził w końcu, kiedy milicjanci oznajmili, że skończyli przesłuchanie.

Chłopak, zaskoczony rozkazem, popatrzył na niego z przestrachem, ale milicjanci bez słowa spełnili polecenie kapitana i wyszli – być może zastanawiając się, czego tak wysoko postawiony oficer UB może chcieć od zwykłego młodocianego chuligana, który uciekł z domu.

Nikodem, a raczej Niklas, wpatrywał się w Karola – trochę z obawą, a trochę jakby próbował znaleźć w nim coś znajomego.

– Jak naprawdę nazywa się twoja siostra? – zapytał bez ogródek mężczyzna.

Młody zaskoczony wytrzeszczył oczy.

– Już mówiłem, Ewa Chmielewska – powtórzył posłusznie.

– To nazwisko jej męża?

– Nie. Mówiłem już, że Ewa nie ma męża.

– Ale mogła mieć – zauważył Karol, nie spuszczając z niego wzroku.

– Nigdy nie miała. Zawsze byliśmy tylko we trójkę. Ja, ona i Zosia.

„Nie zawsze we trójkę” – pomyślał Karol, ale nie powiedział tego na głos. Nie zamierzał zdradzać się przed tym wyrostkiem, że go zna i że całkiem dobrze zna również jego siostrę.

– Chyba jednak coś się tu nie zgadza… – drążył, pochylając się nad chłopakiem. – Twoja siostra kiedyś miała inne imię.

– Skąd pan wie?

Karol groźnie zmarszczył brwi.

– Wiem więcej, niż ci się wydaje. A ty dla własnego dobra powinieneś przestać kłamać.

Chłopak odruchowo potarł czoło, jakby się nad czymś zastanawiał.

– Obiecałem, że nigdy nie wyjawię jej prawdziwego imienia – powiedział po chwili.

– Komu obiecałeś?

– Ewie.

– Dlaczego?

– Bo ona tego nie chce. Wyrzekła się.

– Czego się wyrzekła?

– Tego, że jest Niemką. Teraz jest Polką, jak ja. Tylko że ja nie chcę być Polakiem. Chcę być Niemcem, bo jestem Niemcem i nasi rodzice byli Niemcami.

Karol odchrząknął. Zmusił go do mówienia, ale i tak zaskoczyła go ta osobliwa szczerość, a zarazem naiwność, z jaką wyznawał swoje pochodzenie, nie zdając sobie sprawy, jak bardzo może być to dla niego niebezpieczne. Od wojny minęło zaledwie osiem lat i wciąż wszystko, co niemieckie, było w Polsce znienawidzone.

– Wróćmy do twojej siostry. Jeszcze raz zadam ci to samo pytanie. Jak ona się naprawdę nazywa?

– Emma Horn – odparł mrukliwie, z zawstydzeniem odwracając głowę.

Karol głęboko wciągnął powietrze.

Więc jednak. To była ona.

– Co robi? Czym się zajmuje? – zapytał oficjalnym tonem, choć tak naprawdę chciał zapytać, jak się czuje, czy jest zdrowa, czy nikt jej nie skrzywdził.

– Pracuje w szpitalu. Pomaga kobietom rodzić dzieci.

– A skrzypce?

Chłopak spojrzał na niego zaskoczony i Karol zdał sobie sprawę, że powiedział za dużo.

– Mówiłeś w zeznaniu, że twoja siostra gra na skrzypcach – poprawił się szybko.

– Tak mówiłem? – Młody podrapał się po głowie. – Kiedyś grała, teraz już nie. Dawno nie słyszałem, żeby grała. Uczyła naszą Zosię, ale ostatnio już tego nie robi. Pewnie dlatego, że nie ma czasu i często jest smutna.

– Smutna?

– Dużo płacze. Słyszę to wieczorami, kiedy myśli, że już śpię.

– Wiesz, czemu jest smutna?

Wzruszył ramionami.

– Nie znam się na tym.

Karol odetchnął głęboko i znów pochylił się nad nim. Popatrzył mu w oczy, a na jego twarzy malowała się zaciętość.

– Wiesz, że za ucieczkę z domu możesz trafić do specjalnego zakładu dla młodocianych przestępców? To, co zrobiłeś, było bardzo głupie.

– Ale ja chcę się dostać do Niemiec!

– To nierozsądne, chłopcze. Mogą cię wziąć za zdrajcę. W dodatku nie jesteś pełnoletni i jeszcze sporo ci brakuje. Miałeś jakiś plan? Co zrobisz, gdy już dotrzesz do Niemiec? Ktoś tam na ciebie czeka? Jakaś rodzina? Znajomy?

Niklas pokręcił głową.

– Nie…

– Więc postanowiłeś uciec i zobaczyć, co się wydarzy? To dość ryzykowne, zwłaszcza jak na trzynastolatka. Mogłeś umrzeć z głodu na ulicy.

Chłopak spuścił wzrok, ale nic nie powiedział.

Karol odetchnął głęboko i odwrócił się plecami, by ukryć poruszenie.

Dlaczego ten chłopak pojawił się właśnie teraz? Czy to znak, czy raczej chichot losu? Przecież miał sposobność uciec, schronić się gdzieś, gdzie będzie bezpieczny, z dala od politycznych intryg i strachu, że ktoś go zdemaskuje i odkryje, kim naprawdę jest i dla kogo pracuje.

I nagle pojawia się ten chłopak. Na ulicy.

Karol pomyślał, że życie znów zaczyna się komplikować. Znów przyjdzie mu zboczyć z obranego toru – i to akurat teraz, kiedy stał w obliczu najważniejszej decyzji w swoim życiu, która miała na zawsze odmienić jego przyszłość.

Tylko że ona kiedyś też była dla niego najważniejsza…

– Wciąż chcesz uciec do Niemiec? – zapytał po chwili niby od niechcenia, ale uważnie obserwował reakcję Niklasa.

Chłopak wyprostował się na krześle.

– Bardzo. Tam będzie mi lepiej, bo tutaj śmieją się, że jestem inny.

– Dobrze, zobaczymy, co da się zrobić. Ale najpierw musisz obiecać, że będziesz trzymał buzię na kłódkę. I masz słuchać, co do ciebie mówię. Zrozumiałeś?

Niklas otworzył oczy ze zdumienia.

– Załatwicie mi ten wyjazd, oficerze?

Karol w odpowiedzi ciężko westchnął.

– To się jeszcze okaże.

* * *

Pułkownik Eliasz Koton, osobisty przełożony kapitana Karola Borkowskiego w Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego, przyjął go następnego dnia rano w swoim gabinecie na Jagiellońskiej sześć. Borkowski bez trudu zauważył, że pułkownik ma za sobą kolejną nieprzespaną noc, ale w obliczu nieuchronnie nadchodzących zmian nikt nie mógł spać spokojnie.

– Twierdzicie, towarzyszu kapitanie, że ojciec tego młodego Niemca był gestapowcem?  – zapytał, odruchowo głaszcząc się po krótkim wąsiku. Z początku sprawa trzynastoletniego Niklasa Horna niewiele go zainteresowała, ale po szczegółowych wyjaśnieniach Karola wyraźnie się ożywił.

– To nie był zwykły gestapowiec – powiedział Borkowski. – To był SS-Obersturmführer, który szefował siedzibie Gestapo w Grünbergu, obecnej Zielonej Górze. Miał bezpośredni nadzór nad pracownikami przymusowymi w tym mieście.

Pułkownik aż zatarł ręce z zadowolenia.

– Sugerujecie, że ten małoletni chłopak próbował uciec do ojca, który przebywa w Niemczech?

– Nie, towarzyszu pułkowniku. Obersturmführer Arthur Horn nie żyje. Chłopak chciał jedynie uciec do Niemiec, bo czuje się Niemcem, a nie Polakiem. Ale wiem, że jego siostra, Ewa Chmielewska, dawniej Emma Horn, może wiedzieć, gdzie jej ojciec ukrył dokumenty.

Oczy pułkownika rozbłysły.

– Jakie dokumenty? O czym wy mówicie, towarzyszu kapitanie?

– O spisie pracowników przymusowych z terenu Grünbergu. Oprócz tego Gestapo prowadziło pełne kartoteki więźniów, przesłuchiwanych… i tak dalej. Było tam sporo akowców, pewnie obecnych szpiegów i wrogów Polski Ludowej, którymi można by się zainteresować. Takie archiwum to dla nas skarbnica wiedzy. Poza tym ujawnienie nazwisk ofiar znienawidzonego hitleryzmu byłoby czymś znaczącym. Opinia publiczna byłaby zachwycona, bo nic tak nie rozgrzewa wyobraźni Polaków jak przegrany Niemiec.

– A skąd wy to wszystko wiecie? O tych dokumentach i tak dalej…

Borkowski na moment wstrzymał oddech.

– Bo ja też tam byłem. Kilka tygodni pracowałem jako robotnik przymusowy w tamtejszej fabryce Beuchelta. Niemcy wysłali mnie tam po kapitulacji Warszawy.

– Rozumiem… – Pułkownik z wyraźnym zadowoleniem potarł dłonie, a jego spojrzenie nabrało ostrości. – Teraz, w czasie żałoby po naszym wodzu, to rzeczywiście byłoby coś. Wielka rzecz dla opinii publicznej, potrzebującej dobrych wiadomości, zwłaszcza że przed nami trudne tygodnie, a może i miesiące. Nie wiemy, co wydarzy się na Kremlu, kto przejmie schedę po towarzyszu Stalinie. Moglibyśmy udowodnić, jak skuteczny jest komunistyczny socjalizm, który dba o ludzi i wyrównuje krzywdy wyrządzone przez Niemców.

– Otóż to, towarzyszu pułkowniku.

– Więc co proponujecie? Domyślam się, że macie już plan.

– Zabiorę chłopaka do Berlina Wschodniego i nakażę ściągnąć tam jego siostrę pod pretekstem odebrania zabłąkanego dzieciaka. Trochę ją nastraszymy i wymusimy zeznanie, gdzie są dokumenty. Ona to wie, jestem tego pewien.

– Dlaczego w Berlinie? Czemu nie zrobić tego u nas?

– Bo jestem przekonany, że dokumenty wywieziono do niemieckiej stolicy. Poza tym mógłbym na miejscu porozmawiać z sekretarzem stanu Ministerstwa Bezpieczeństwa Wschodnioniemieckiego, Erichem Mielke, i oficjalnie zażądać ich ujawnienia. To byłby dla nas symboliczny gest, rodzaj propagandowego zwycięstwa.

– Tak! Zróbmy to koniecznie! To doskonałe posunięcie. Zadbaj o to osobiście, a wiesz, że godnie cię wynagrodzę. Nie będę szczędził pochwał i przywilejów. Jesteś moim najlepszym funkcjonariuszem. Tylko doprowadź tę sprawę do końca!

– Tak jest, towarzyszu pułkowniku.

– A ta Niemka… skoro jej ojciec był gestapowcem, to może powie nam coś więcej. Przesłuchaj ją bardzo dokładnie. Pozwalam stosować wszelkie formy nacisku. Chcę mieć jej zeznania na swoim biurku.

Borkowski poczuł spływający mu po plecach zimny pot.

– Osobiście tego dopilnuję, towarzyszu pułkowniku.

Wychodząc z gabinetu, pomyślał, że gra właśnie się zaczyna.

Nie tak to miało wyglądać – i dobrze o tym wiedział. Kłamstwo pociągało za sobą kolejne. W dodatku zamierzał wciągnąć w to kobietę, o której już nic nie wiedział poza tym, co powiedział mu trzynastolatek. I była jeszcze dziewczynka. Zosia.

Miał się bezpiecznie ewakuować, zniknąć na zawsze, tak jak lata temu ustalił z ludźmi, dla których naprawdę pracował. Tymczasem przyszło mu do głowy, że kobieta, którą kiedyś kochał, najprawdopodobniej potrzebuje pomocy.

Idąc do swojego gabinetu, zatrzymał się przy biurku sekretarki i zarazem osobistej asystentki, Teresy Wajner, która z zacięciem przepisywała na maszynie dokument za dokumentem.

Wyrwał z jej notesu skrawek kartki i zapisał:

Dziś o osiemnastej, tam gdzie zawsze. Dasz radę?

Kobieta spojrzała na niego z nikłym uśmiechem i kiwnęła głową.

Kapitan zmiął karteczkę w dłoni.

* * *

Nadchodził wieczór, a miejski park w Szczecinie powoli pustoszał. Zimne powietrze ścieliło się mgłą nad rosnącymi gęsto drzewami i alejami, wciąż wymarłymi po zimie.

„Zaraz będzie wiosna” – pomyślał Karol. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, sam już tego nie zobaczy.

Odpalił papierosa, zaciągnął się i zmrużył oczy.

Kobieta w dopasowanym, ciemnym płaszczu i kapeluszu kroczyła lekko ubitą ścieżką, wzdłuż gołych pnączy żywopłotu, zgrabnie kołysząc biodrami.

Kapitan spokojnie obserwował, jak się zbliża.

„Będzie mi ciebie brakowało” – pomyślał i ogarnął go nagły żal. Tacy ludzie jak Teresa, lojalni i z charakterem, zawsze pozostawiali po sobie pustkę.

Nie była wyłącznie jego sekretarką. Była jego prawą ręką do zadań specjalnych, zwłaszcza tych wymagających subtelności i sprytu, i nigdy nie zadawała zbędnych pytań. Była nieocenioną organizatorką i wyrafinowaną aktorką, gdy sytuacja tego wymagała. Jednym uśmiechem potrafiła rozładować napięcie, a jednym celnym słowem trafiała w punkt.

Wiedziała o nim prawie wszystko. Prawie. Nie miała pojęcia, dla kogo naprawdę pracował, ale nieraz przychodziło mu do głowy, że gdyby jej to wyznał, nie pisnęłaby słowem nawet na torturach.

Borkowski zdawał sobie sprawę, że gdy jego misja się wypełni, ona będzie najbardziej poruszona. Może nawet wściekła. Może nigdy mu tego nie wybaczy. Ale nie potrafił już dłużej znosić hipokryzji, która dociskała go dzień po dniu. Nie potrafił udawać zaciętego komucha, skoro wszystko to robił na zlecenie ludzi, którzy Polskę widzieli inaczej i chcieli dla niej innej przyszłości.

– Okoliczności mamy nadzwyczaj wyjątkowe – rzekła, witając się z nim łagodnym uśmiechem.

– Tak… – przyznał i natychmiast wyjął z kieszeni płaszcza papierośnicę, by ją poczęstować.

Ujęła papierosa i odpaliła od jego zapalniczki.

– To był trudny dzień, prawda?

– Nie co dzień towarzysz Stalin umiera – oznajmił z ironią, na którą przy niej mógł sobie pozwolić.

Ruszyła spacerowym krokiem wzdłuż ciemnej alei.

Kapitan podążył za nią, dyskretnie rozglądając się wokół. Szpicle byli wszędzie, a on nauczył się wyczuwać ich oddech na swoim karku.

– Myślicie, kapitanie, że jutro wyjdzie słońce?

– Jutro może nie, ale pojutrze…

– Wszyscy już na to czekamy – odparła z lekkim westchnieniem, jakby mówiła wyłącznie o pogodzie. – Macie dla mnie coś szczególnego? – zapytała po chwili.

Karol odruchowo się rozejrzał.

– Wyjeżdżam do Berlina z ważną misją.

– Kiedy?

– Jutro. Ale zanim wjadę do Niemiec, zatrzymam się przy granicy. Chcę, żebyś przywiozła pewną osobę, dyskretnie. Żadnej obstawy, żadnych strażników. Tylko ja i ona.

– Kogo mam przywieźć?

Borkowski wciągnął głęboko powietrze.

– Kobietę.

Teresa zaśmiała się figlarnie.

– Takiego zadania jeszcze od was nie miałam – przyznała wesoło.

– Śmiej się, ile chcesz, ale nie o to chodzi.

– Przecież wiem. Niestety. Jesteście tacy porządni, kapitanie Borkowski, że czasem się zastanawiam, czy wy w ogóle macie… – urwała, chrząkając. – No wiecie.

Borkowski uśmiechnął się z ironią.

– Udam, że tego nie słyszałem.

– I słusznie. Więc co to za kobieta?

Obraz Emmy Horn pojawił się natychmiast w jego świadomości. Ogarnęło go trudne do zdefiniowania uczucie braku i żal, który wciąż w nim tkwił, choć minęło już osiem lat.

– Nazywa się Emma Horn. Jest Niemką mieszkającą w Zielonej Górze. To siostra tego chłopaka, którego zgarnąłem z ulicy. Dużo od niego starsza, wychowała go od maleńkości.

Teresa zerknęła na niego kątem oka.

– Domyślam się, że to ktoś ważny?

– Dla misji bardzo. Jej ojciec był szefem lokalnej siedziby Gestapo. Chcę, żebyś ją do mnie przywiozła. Będzie z dzieckiem, dziewczynką. I… miej na nią oko. W razie potrzeby zajmij się nią. Może potrzebować wsparcia. – Zamilkł na chwilę, jakby zbierał myśli. – Następnego dnia ruszymy razem do Berlina.

– Wsparcie to moja specjalność. – Teresa uśmiechnęła się uroczo.

– Wiem. Dlatego cię o to proszę.

– Czy ona… Czy zamierzacie ją przesłuchiwać, kapitanie?

Karol wzdrygnął się na to pytanie.

– Zamierzam z nią porozmawiać – odpowiedział chłodno. – Ta sprawa jest w pewnym sensie osobista i nie chcę, żeby robiono z niej oficjalną sensację. Znałem kiedyś tę kobietę.

Teresa zatrzymała się i z zaciekawieniem popatrzyła Borkowskiemu w oczy.

– Jak bardzo osobista?

– Na pół…

Kobieta żachnęła się.

– Więc bardzo – skwitowała i zaciągnęła się papierosem. – Zrobię wszystko jak należy. Zaopiekuję się Emmą Horn i przywiozę ją we wskazane miejsce. Ale nie odpowiadam za jej zachowanie. Jeśli będą kłopoty, poradzicie sobie sami.

– Jak zawsze – skwitował krótko.

Zerknął na nią z ukosa.

– Skąd wiesz, że mogą być kłopoty?

– Bo widzę waszą minę, kapitanie.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Lata 1944–1945

Grünberg, Niemcy

ROZDZIAŁ 1

Emma

Już na początku wojny gospodarka naszego zielonego miasta i całej Rzeszy bardzo szybko została przekształcona na potrzeby wojny i wojska. Mieszkańcy Grünbergu nie sprzeciwiali się temu, wierząc, że tak trzeba, bo militarna potęga Trzeciej Rzeszy to potęga całego narodu. Tak wówczas myślano. Jakby wykorzystywanie i zabijanie drugiego człowieka było czymś wzniosłym i godnym najwyższej pochwały oraz poświęcenia.

Grünberg był miastem przemysłowym o dwóch głównych gałęziach przemysłu: metalowej i włókienniczej. W czasie wojny nasze fabryki sprawnie pchały machinę wojenną do przodu, zasilane – jak niemal wszędzie – przymusową pracą Żydów, więźniów i jeńców z Europy oraz wszystkich tych, których na mocy prawa wojennego siłą zwożono do pracy. Potężne zakłady Beuchelta, oprócz budowy mostów i taborów kolejowych, produkowały również samochody i przyczepy wojskowe, a nawet elementy kadłubów U-bootów. Opta Radio, wykorzystując przymusową pracę kobiet, wytwarzała środki łączności. W mieście produkowano także amunicję, części do czołgów i głowic torpedowych oraz korpusy granatów. Nasze piękne winne miasto, słynące z wina i piwa, ze znanego w Europie trunku Gremplera, podczas wojny stało się ośrodkiem niemal wyłącznie podporządkowanym potrzebom armii.

* * *

Śniło mu się, że spomiędzy sterty zimnych gruzów wyrastają pędy zielonej trawy, które nagle zaczynają zmieniać się w kwietną łąkę. Rozrastała się w cudowny sposób, niczym kolorowy kobierzec, miękki i pachnący, zachęcający, by się na nim położyć i odpocząć. A brudne od gryzącego pyłu ruiny znikały. Umęczona Warszawa znikała…

Karol Borkowski przebudził się, czując nagłe szarpnięcie i słysząc głośny metaliczny zgrzyt. Odruchowo podparł się ręką o zimną podłogę, na której siedział, oparty plecami o ścianę wagonu towarowego. Był zdrętwiały z zimna i od długiego bezruchu. Czuł, jak zastałe mięśnie krzyczą bólem.

Natychmiast dobiegły go głosy ludzi, z którymi jechał – szepty, jęki, a nawet płacz. Ciasnota i rozpacz były nie do wytrzymania.

Niemiecki pociąg, pilnowany przez uzbrojonych esesmanów, wypełniony po brzegi jeńcami z Warszawy i okolic po klęsce powstania warszawskiego, po nocnym postoju pod Opolem z mozołem ruszył dalej.

Był październik – zimna, mglista jesień.

U większości stłoczonych w wagonach ludzi, gdy pociąg ruszył, pojawiły się ulga i nadzieja, że może tej nocy jeszcze nie umrą. Opole było intensywnie bombardowane, więc jeńcy byli przekonani, że któraś z bomb spadnie również na pociąg. Jedni modlili się żarliwie, by Bóg ich oszczędził albo zabrał szybko i bezboleśnie, inni przyjmowali ogłuszające odgłosy wybuchów obojętnie – to, co działo się przez ostatnie tygodnie w Warszawie, stępiło ich zmysły. Powstanie upadło, a im pozostała gorycz klęski i świadomość, że ich życie, tak marne w rękach wroga, już do nich nie należy.

– Ciekawe, dokąd nas wiozą – mruknął Tadek Wiśniewski, zwracając się do Karola. Byli rówieśnikami, mieli po dwadzieścia sześć lat i jeszcze niedawno walczyli w powstaniu. Niemcy wzięli ich do niewoli po ataku na Dworzec Gdański, gdzie polska obrona zakończyła się krwawą masakrą. Karol pamiętał z tego jedynie urywki – dramatyczne obrazy i dźwięki – bo w którymś momencie jego umysł wyparł najgorsze. Pamiętał tylko, że to było piekło: ostrzał z trzech stron, ciężka broń piechoty, artyleria, a później niemiecki pociąg pancerny, który ogniem z dział i kaemów dopełnił dzieła zniszczenia.

Przegrali… Padli… Zginęli.

Karol nie wiedział, jak wydostał się z tego piekła. W pewnym momencie stracił słuch i przytomność, a obudził się dopiero w lazarecie. Docierały do niego krzyki i jęki rannych powstańców, widział uzbrojonych esesmanów i obóz przejściowy dla tych, którzy przeżyli. Stamtąd odsyłano ich w nieznane części Trzeciej Rzeszy, głównie do obozów pracy i koncentracyjnych.

Okazało się, że poza chwilową utratą słuchu po wybuchu granatu nie odniósł poważnych obrażeń. Miał jedynie draśnięcie na twarzy od odłamka. Tadeusz również wyszedł z masakry cało, ale większość ich kolegów z batalionu zginęła. Prawie wszyscy.

A Warszawa…

Warszawa obróciła się w ruiny i pył. Skapitulowała, zamieniona w ogromny cmentarz krzyży i bezimiennych mogił.

Przez malutkie okienko w wagonie sączyło się światło księżyca, ale było już widać, że nadchodził świt. Karol pomyślał, że to kolejny bezsensowny dzień, w którym nic nie ma znaczenia – prócz tego, że o dziwo wciąż żył…

– Słyszałem, jak jeden ze szkopów szwargolił, że wiozą nas do jakiegoś Grünbergu – odezwał się ktoś w ciemności.

– Gdzie? – dopytał Tadeusz.

– Do Grünbergu.

– A co to za miasto?

– A cholera ich wie…

Karola to nie obchodziło.

Jego Warszawa umarła. Jego rodzice i siostra, którzy całe życie mieszkali na Woli, umarli. Więc jakie znaczenie miało, dokąd go wiozą? Był sam i to, czy jutro otworzy oczy, nie miało już dla niego znaczenia.

Westchnął z boleścią i odchylił głowę do tyłu. Rzeczywistość wydawała się koszmarem nie dlatego, że Niemcy go pojmali i z setkami innych jeńców wieźli w głąb Rzeszy, ale dlatego, że stracił nadzieję. Przyszłość jawiła mu się pustką, zasłonięta kurtyną dymu, za którą nie było nic – choć wciąż kurczowo trzymał się życia. Mimo że coś w nim pękło i utracił część wrażliwości, nadal czuł w piersi mocne bicie serca.

Przymknął oczy i próbował zasnąć, ale sen nie nadchodził. Rytmiczny stukot kół sunącego po szynach pociągu, kołysanie wagonu, rozmowy i zimno nie pozwalały mu odpocząć.

W końcu, po kilku godzinach jazdy, pociąg zwolnił, zadyszał ciężko i zatrzymał się z głośnym gwizdem.

Byli na miejscu.

* * *

Emma Horn jak zwykle przejeżdżała rowerem niedaleko torów kolejowych, tuż przy dworcu Grünberg-Bahnhof. Jechała do lazaretu dla pracowników przymusowych, gdzie dwa razy w tygodniu pomagała lekarzowi przy drobnych zabiegach i opatrywaniu rannych z lokalnych fabryk. Oprócz niej pomagały tam inne dziewczęta z miasta, chcąc wykazać się pracowitością i oddaniem dla sprawy. Żadna nie była zawodową pielęgniarką, ale nie wymagano tego przy „takich” pacjentach. Chodziło o szybkie i skuteczne udzielenie pomocy, aby pracownik mógł jak najszybciej wrócić do obowiązków na rzecz Trzeciej Rzeszy. Kurs medyczny ukończony w niewielkim miejskim szpitalu u sióstr elżbietanek w zupełności wystarczał.

Panna Horn podjęła się tego zajęcia trochę z potrzeby wyrwania się z domu, a trochę na przekór ojcu, który starał się ją trzymać z dala od fabryk korzystających z taniej i przymusowej siły roboczej. Ona jednak uparła się pomagać – i pomagała, choć nie przynosiło jej to żadnych korzyści poza poczuciem, że robi coś pożytecznego. Chciała w ten sposób uciszyć sumienie, które od jakiegoś czasu podpowiadało jej, że zmuszanie bezbronnych ludzi do niewolniczej pracy jest niewłaściwe. Takie myśli nawiedzały ją coraz częściej, choć nie wolno jej było mówić o tym głośno. Trzecia Rzesza – silna i nieustępliwa – miała jawić się jako państwo idealne, którego pod żadnym pozorem nie należało krytykować.

Początkowo córka ukrywała przed ojcem, że jeździ do lecznicy, obawiając się jego sprzeciwu i nakazu porzucenia pracy. Ktoś jednak doniósł i ku jej zaskoczeniu ojciec zareagował zupełną obojętnością.

– Uważaj tylko, żebyś nie przyniosła do domu jakiejś choroby. Nie chcę, żeby Niklas czymś się zaraził – pouczył ją i na tym zakończył temat.

Kiedy Emma zapytała, czy nie przeszkadza mu jej pomoc przymusowym robotnikom, ten jedynie oznajmił, że taka praca hartuje i pokazuje, czym nie można się stać.

– Jeśli pozwolisz, by ktoś zrobił z ciebie ofiarę, będziesz jak oni. Nigdy na to nie pozwól, Emmo, bo jesteś córką dumnego niemieckiego narodu i musisz nosić głowę wysoko. Żal ci tych przegranych podludzi? Chcesz się nad nimi litować? Proszę bardzo, ale lituj się z wyższością i godnością niemieckiej kobiety. Nigdy nie zapominaj, kim w tej hierarchii jesteś.

Arthur Horn kierował komórką Gruppe „IV B” nadzorującą mniejszości religijne i narodowe oraz Żydów i pracowników przymusowych, więc Emma nieco orientowała się w sytuacji jeńców zwożonych do Grünbergu. Niemal od początku wojny z miejsc okupowanych ludzie różnych narodowości byli regularnie rozsyłani na teren całej Trzeciej Rzeszy. Polaków, Rosjan, Węgrów, Francuzów i wielu innych, zwłaszcza Żydów, umieszczano w osobnych obozach pracy, traktowano jako najniższą klasę społeczną i w pierwszej kolejności delegowano do najcięższych prac – bez żadnych praw, które w niewielkim stopniu obowiązywały pracowników przymusowych.

– Jest wojna i każdy musi pracować – powtarzał z nonszalancją ojciec Emmy. To miało tłumaczyć wszystko i ucinać dyskusje na temat więźniów i jeńców wojennych. Dziewczyna miała nie wiedzieć za dużo, nie pytać, nie drążyć, nie oskarżać. Miała tylko akceptować.

Tamtego październikowego dnia do Grünbergu z głośnym gwizdem wjechał pociąg pełen jeńców – mężczyzn, kobiet, a nawet dzieci – różnej narodowości. Jedni wyglądali jeszcze w miarę zdrowo, inni przypominali cienie samych siebie – brudni, wychudzeni i wycieńczeni, z przerażonymi oczami. Byli też ranni – choć według tych, którzy ich tu skierowali, nie na tyle, by nie mogli pracować.

Emma doskonale wiedziała, co to za ludzie. Kolejni pracownicy przymusowo przysłani do fabryk, bo rąk do pracy na rzecz Trzeciej Rzeszy ciągle było za mało. Produkcja wojenna musiała iść pełną parą, a propagandziści zapewniali, że Niemcy wciąż mogą zwyciężyć.

Ten nowo przybyły transport niczym nie różnił się od innych. Kolejna partia tych, którzy będą pracować tam, gdzie ich przydzielą, bez możliwości wyboru.

Emma przystanęła przy stacji z rowerem i spod ronda filcowego kapelusza patrzyła, jak z zatłoczonych wagonów wylewa się rzeka ludzi – zmęczonych, zdezorientowanych, niewiedzących, jak się zachować w nowym, obcym miejscu. Esesmani z karabinami, obstawiający tabor, pilnowali, żeby nikomu nie przyszło do głowy uciekać. Niektórzy trzymali na smyczach psy, warczące i szczerzące kły na nowo przybyłych.

Tak to wyglądało. Taka była rzeczywistość, do której już dawno przywykli mieszkańcy Rzeszy i Grünbergu. I panna Horn również.

Tamtego dnia zatrzymała się tylko na chwilę, z czystej ciekawości. Zamierzała wsiąść na rower i pojechać dalej, ale wtedy zauważyła przy pociągu nagłe poruszenie, usłyszała podniesione głosy i stłumione rozkazy. W tłumie dostrzegła rosłego esesmana, który błyskawicznie wyciągnął karabin i uderzył kolbą jednego z więźniów. Dziewczyna poczuła, jak z nerwów zakotłowało się jej w żołądku. Odruchowo oparła rower o pobliskie drzewo i niewiele myśląc, pobiegła na peron.

– Co się dzieje? – To mówiąc, odważnie chwyciła esesmana za ramię.

Ten wzdrygnął się i popatrzył na nią złowrogo.

Otaczali ich ludzie – funkcjonariusze i wszyscy ci wymizerowani podróżni, którzy zaraz mieli zostać oddelegowani do pracy w całym mieście. I nagle cała ich uwaga skupiła się na Emmie, drobnej, blondwłosej dziewczynie, i na górującym nad nią esesmanie z karabinem.

– Dlaczego bijecie tego człowieka? – zapytała poruszona.

Na ziemi leżał skulony mężczyzna w brudnej koszuli i spodniach, bez płaszcza czy choćby marynarki, tak chudy, że posturą przypominał chłopca. W dodatku nie miał na nogach butów, a jego stopy były poranione.

– To nie człowiek, to żydowskie ścierwo! – warknął esesman, patrząc na Emmę zaciętym wzrokiem. – Kim pani jest? – zapytał ostro, wyraźnie wściekły, że mu przeszkodziła.

Zuchwale uniosła podbródek.

– Nazywam się Emma Horn i jestem córką Obersturmführera Arthura Horna z miejscowego Gestapo.

Słysząc to, Niemiec natychmiast cofnął się o krok.

– Proszę zatem nam nie przeszkadzać w wypełnianiu obowiązków, panno Horn – odparł suchym, choć już spokojniejszym tonem. – I się odsunąć.

– Muszę przeszkodzić, jeśli widzę, że bije się bezbronnego człowieka!

– To Żyd! – powiedział esesman przez zaciśnięte zęby, jakby próbował dać jej do zrozumienia, że to oczywistość, nad którą się nie dyskutuje.

Mimo to Emma stała nieporuszona.

– To nie powód…

– To jest powód, panno Horn! Obraził nas wulgarnymi słowami. Obraził również Führera!

Emma jeszcze bardziej się wyprostowała, starając się wyglądać na wyższą.

– Jakoś Führera tu nie widzę! – rzuciła hardo. – Proszę okazać litość i nie bić tego człowieka. Mój ojciec nie życzy sobie, żeby okaleczano robotników, którzy mają pracować na rzecz naszego kraju. Chyba to rozumiecie?

Wciąż widziała zaciętość w twarzy esesmana. Patrzył na nią zimno i być może nie ustąpiłby, gdyby nie inny strażnik, który trzymając wilczura na smyczy, zbliżył się do nich i stanowczo nakazał spokój.

– Trzeba zająć się transportem – rzekł, ucinając niemy pojedynek między nimi.

Emma odetchnęła z ulgą.

W tym samym momencie poczuła na sobie inne spojrzenie – przenikliwe, niemal fizyczne. Z tłumu jeńców wyłowiła jednego mężczyznę, który patrzył na nią inaczej niż wszyscy. Nie smutno ani z pogardą, lecz zuchwale i śmiało.

Był wysoki, ubrany jak inni – w przybrudzoną koszulę, znoszone spodnie na szelkach i brązową, spłowiałą marynarkę, która nie mogła dawać zbyt wiele ciepła. Uwagę Emmy przykuła jednak jego młoda twarz o ostrych rysach. Jego policzki i brodę pokrywał kilkudniowy zarost, a długa grzywka ciemnych włosów niedbale opadała mu na czoło. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak wszyscy inni, którzy wysiedli z pociągu, a jednak miał w sobie coś, co ją w nim zaciekawiło. Może to przenikliwe spojrzenie spod ciemnych brwi? Może zainteresowanie, które jej okazał? A może to, że było w nim coś… nieuchwytnie szczególnego.

Emma poczuła się nieswojo. Zawstydzona natychmiast odwróciła głowę, ale nie mogła przestać myśleć o tym, że on wciąż na nią patrzył. Zdawało jej się nawet, że zanim uciekła spojrzeniem, skinął jej lekko głową.

Kiedy chwilę później wsiadła na rower, obejrzała się jeszcze za siebie, ale już go nie dostrzegła. Młody mężczyzna zagubił się gdzieś w tłumie. Mimo to zastanawiała się, kim był, skąd go przywieźli i dokąd został oddelegowany. Ta myśl nie opuściła jej do końca dnia i nawet gdy wieczorem zasypiała w swoim łóżku, pod powiekami, między jawą a snem, miała obraz młodego mężczyzny.

* * *

Gdy weszli do baraku, pierwszą rzeczą, która uderzyła Karola, Tadeusza i innych z transportu oddelegowanych do „Lager Beuchelt”, był odór. Ciężka mieszanina potu niemytych ciał, mokrej, gnijącej odzieży roboczej, dymu z małego piecyka i zapachu taniej lury do picia.

Drewniane baraki, otoczone zewsząd drutem kolczastym, były zbudowane z cienkich desek, które nie stanowiły żadnej ochrony przed zimnem. Wewnątrz panowała temperatura niewiele wyższa od tej na zewnątrz, a szpary w ścianach pozapychano szmatami lub papierem.

Wychudzeni i spracowani Polacy, Rosjanie, Ukraińcy i Francuzi zajmowali wąskie piętrowe prycze, a oświetlenie jednej gołej żarówki potęgowało wrażenie beznadziei. Cienie rzucane na brudne ściany sprawiały, że wnętrze wyglądało jak czyściec.

W tym miejscu wartość człowieka była mierzona wyłącznie jego zdolnością do pracy, a on sam stawał się tylko numerem.

Karol, rozglądając się wokół, pomyślał, że ten ponury, zimny barak przynajmniej nie był piekłem, bo on widział piekło i uznał, że wyglądało inaczej. Dla niego miało twarz umierającej Warszawy.

Pierwszego wieczora, leżąc na twardym posłaniu, przykryty burym, śmierdzącym kocem, wsłuchiwał się w jęki chorych, kaszel, głośne chrapanie wycieńczonych ludzi oraz w kłótnie o skrawek miejsca czy kawałek chleba. Nieustannie słyszał też szelest słomy w materacach, w której gnieździły się wszy i pluskwy, a walka z nimi była beznadziejna i odbierała resztki snu.

– Coś ty się tak gapił na tę Niemkę? – doszedł do niego drwiący głos Tadeusza, który leżał na pryczy pod nim.

Karol poruszył się niespokojnie. Natychmiast przed oczami stanęła mu drobna dziewczyna ze stacji, w ładnym płaszczu i kapeluszu, która bez wahania postawiła się esesmanowi.

Naprawdę się na nią gapił?

Może dlatego, że w tym ponurym świecie ładna, harda panienka okazała się pierwszym od dawna promieniem światła. I choć na krótką chwilę zapomniał, że była Niemką.

– Nie gapiłem się – odparł stanowczo, zaprzeczając samemu sobie, trochę zły, że Tadeusz to zauważył.

– Gapiłeś się, widziałem. Wpatrywałeś się w nią jak w święty obraz.

– Nie bluźnij, Tadek!

– A ty nie zapominaj, gdzie jesteś. Może i była ładna, ale to niemra, a wiesz, co z taką należałoby zrobić. Mam ci przypomnieć, co szkopy robili z naszymi pannami? Pamiętasz Zosię, sanitariuszkę?

Karola przeszył zimny dreszcz. Odruchowo skulił się pod kocem i zacisnął pięści.

– Pamiętam, Tadek. Nie musisz tego mi przypominać – odparł ponuro.

Jego przyjaciel jeszcze mruknął coś nienawistnie pod nosem, ale Karol już tego nie słuchał. Zamknął oczy. Próbował zasnąć.

* * *

Emma na polecenie ojca, który niekiedy korzystał z jej pomocy w biurze Gestapo, segregowała świeżo sporządzone kartoteki przybyłych do Grünbergu pracowników. Wszyscy byli jeńcami z upokorzonej klęską powstania Warszawy. Większość stanowili ludzie młodzi, w podobnym do niej wieku.

I jak się okazało, niemal natychmiast natknęła się na arbeitskarte nieznajomego z peronu, z pieczątkami Arbeitsamtu i literą „P”. Dodatkowo znajdował się tam dopisek Militärinternierte, co oznaczało, że mężczyzna był jeńcem wojennym. Z wrażenia aż serce podskoczyło jej do gardła.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Prolog

Część pierwsza

Rozdział 1

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Meritum publikacji