Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
GDAŃSK, MARZEC 1945 roku
Friedrich, niemiecki chłopiec, którego matkę sowieccy żołnierze spalili żywcem w jednym z gdańskich kościołów, przemierza ulice płonącego miasta, próbując dostać się do swoich krewnych. Wyczerpany, znajduje schronienie w kamienicy, gdzie spotyka nieznajomą kobietę – Helenę Koszek. Helena, której wojna zabrała wszystkich bliskich, w odruchu serca postanawia zaopiekować się chłopcem. Zawiązuje się między nimi nić przyjaźni, a z czasem chłopiec zaczyna traktować kobietę jak matkę, którą stracił.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 331
Data ważności licencji: 7/22/2029
Książkę tę dedykuję pamięci Polaków
mieszkających w Wolnym Mieście Gdańsku
oraz rodakom wypędzonym w 1939 roku z Gdyni,
wśród których były rodziny Jaskólskich i Woźniaków.
Copyright © Beata Zdziarska
Copyright © Wydawnictwo Replika, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redakcja i korekta
MAQ PROJECTS
Projekt okładki
Izabela Szewczyk
Skład i łamanie
Izabela Szewczyk-Martin
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Dariusz Nowacki
Wydanie elektroniczne 2026
eISBN 978-83-68742-15-2
Wydawnictwo Replika
ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań
[email protected] | www.replika.eu
Marcowe słońce z trudem przedzierało się przez ciemną chmurę dymu, która zawisła nad Gdańskiem, zakrywając miasto coraz gęstszą zasłoną. Cisza, która początkowo wydawała się przytłaczać, po chwili gasła, rozrywana szumem nadlatujących rosyjskich samolotów. Niebo dudniło od uderzeń płomieni, huku bomb, pocisków moździerzy. Po każdym nalocie miasto coraz bardziej pękało. Drgające słupy ognia niczym wielkie czerwone robaki pożerały domy, kościoły i wielopiętrowe budowle. W tym piekle paliły się całe dzielnice, gorzał Ratusz Głównego Miasta, Zielona Brama i Wyspa Spichrzów. Nad miastem unosiła się chmura popiołu.
Gdańsk rozpadał się na gruzy.
– Nie ruszaj się stąd.
Ręka proboszcza Fedtke spoczęła na ramieniu Friedricha. Chłopiec posłusznie skinął głową. Stał i patrzył, przecierając skrawkiem rękawa załzawione oczy. Gryzący dym piekł je niemiłosiernie. Po chwili potężny mężczyzna przycisnął do siebie rozedrgane ciało chłopca. Serce Friedricha łomotało z bólu i przerażenia.
– Tam jest moja mama! – zaszlochał, wskazując na drzwi Kościoła Świętego Józefa.
– Niech Bóg ma ją w swojej opiece. Niech ma nas wszystkich w swojej opiece – wyszeptał ksiądz.
Wtem jakaś kobieta wypadła ze świątyni, za nią wybiegł żołnierz z pepeszą. Chwilę później padł strzał, ciało kobiety bezwładnie osunęło się na ziemię. Rozległy się krzyki ludzi i płacz dziecka, które nic nie rozumiało. Friedrich przełknął ślinę w zaschniętym gardle. Wciąż czuł na skórze zapach matki. Teraz ona jest tam, w środku świątyni. To zaledwie kilkanaście kroków od miejsca, w którym stali. Wystarczy tylko pobiec, mocno szarpnąć drzwi, pociągnąć do siebie.
– Mamo! – wyrwało mu się z piersi.
– Nie ruszaj się. – Silna ręka proboszcza przywołała chłopca do porządku. – Jesteś dzielny, prawda?
Spojrzenia mężczyzny i dziecka spotkały się gdzieś na przecięciu strachu i niepewności.
– Tak – odparł po chwili Friedrich.
Potem znowu ujrzał żołnierzy o skośnych ciemnych oczach, z czerwonymi gwiazdami na czapkach, tych samych, którzy zamknęli jego matkę wraz z innymi ludźmi w kościele. Biegali, zataczając się i krzycząc coś w niezrozumiałym dla Friedricha języku. Nagle drzwi plebanii otworzyły się, na dworze zjawiła się młoda dziewczyna. Wyszła oszołomiona, potargana, z półprzytomnym spojrzeniem. Milcząco stanęła pod murem. Rozległy się rubaszne śmiechy żołnierzy, ktoś zanucił piosenkę, ktoś siarczyście przeklął.
– Pij, psia mać! – powiedział jeden z mężczyzn, wtykając w usta dziewczyny butelkę z alkoholem. – No pij!
Z sąsiedniej ulicy nadjechała ciężarówka wyładowana baniakami. Czterech żołnierzy wytoczyło jeden z nich na ziemię i wciągnęło do świątyni. Po chwili w powietrzu czuć było ostrą woń benzyny. Dreszcz przerażenia przeszył na wylot ciało księdza Fedtke. Mocno przytulił chłopca, pogłaskał go po skołtunionych włosach. Wtem zza zamkniętych drzwi doszedł ich rozdzierający płacz.
– Jezu Panie, Mario, ratuj nas!
W oknach kościoła pojawiły się płomienie, które buchały z nieposkromioną siłą. Friedrich trząsł się z zimna i nerwów. Syk szalejącego ognia tam w środku, za murem, gdzie była jego matka, napełniał chłopca lękiem.
– Jezu, zmiłuj się! – Upiorny krzyk rozdarł powietrze.
Języki ognia lizały ściany. Friedrichowi wydawało się, że słyszy w pobliżu głos matki. Miękki, spokojny, taki jaki dobrze znał. Śpiewała mu piosenkę, którą zawsze kołysała go do snu.
– Mamo! – wrzasnął co sił w płucach, ale odpowiedziała mu cisza.
Kościół palił się jak pochodnia, ostry swąd spalenizny gryzł w gardło i w oczy. Friedrich wtulił zapłakaną twarz w brudny rękaw płaszczyka. W pewnej chwili puścił dłoń mężczyzny. Kilka susów i znalazł się poza placem. Biegł wzdłuż ulicy, na oślep, potykając się o gruzy. Nie słyszał już głosu matki. Nie słyszał już niczego. Ani krzyków żołnierzy, ani rozpaczliwych nawoływań księdza Fedtke, ani trzasku walących się stropów w świątyni Świętego Józefa. Wpadł do jakiejś bramy, która cudem ocalała, i schronił się w niewielkiej wnęce w zagłębieniu murów. Pośród gruzu cegieł znalazł włóczkowy sweter w czarno-niebieskie poprzeczne paski. Kiedyś podobny dostał w prezencie od matki pod choinkę. Był ciepły i Friedrich uwielbiał otulać się nim w zimowe chłody.
Przyłożył do rozpalonych policzków wełniany rękaw. Pachniał dymem, jak wszystko dookoła.
– Mamo, gdzie jesteś?! – załkał. – Mamo, wracaj!
Nagle poczuł, że ziemia staje się miękka, błotnista, a jego ciało wiotczeje. Po chwili ogarnęła go ciemność.
Nie pamiętał tamtej nocy. Kiedy się obudził, było już jasno, słońce wschodziło na horyzoncie. Friedrich przyciągnął nogi niemal pod samą brodę, przytulając się do swetra. Obrazy z wczorajszego dnia pomału wracały do świadomości. Przełknął łzy, które zbierały się pod powiekami. Nie ma miękkich, ciepłych ramion matki, jest szorstkość włóczkowego rękawa i chłód marcowego poranka. Po chwili wstał. Wyjął z kieszeni kromkę chleba, którą proboszcz Fedtke wcisnął mu do kieszeni, gdy chłopiec skrył się na plebanii. Przełknął chciwie ten skromny posiłek, a następnie udał się w stronę Kościoła Świętego Józefa. Siłą dziecięcego serca wierzył, że gdzieś tam w okolicy czeka na niego matka. Znowu słyszał jej głos, śpiewała jego ulubioną piosenkę o dzielnym małym chłopcu. Błądząc pomiędzy ruinami, dotarł wreszcie do świątyni. Mury, plebania i sąsiadujące domy były wypalone. Friedrich miał wrażenie, że znalazł się w nieznanym świecie. Niczego nie rozumiał. To, co pamiętał z dzieciństwa, przestało istnieć. Zmieniło się w kupę gruzów i popiołów. Dookoła panowała przerażająca pustka. Nie było księdza Fedtke ani ludzi, którzy stali wraz z nimi na kościelnym placu. Nie było też żołnierzy w czapkach z czerwonymi gwiazdami.
Wszędzie unosił się zapach dymu, z piwnicy jakiejś kamienicy tryskały płomienie. Potykając się o zwały cegieł, chłopiec dotarł do ulicy, gdzie mieszkał. Na ruinie narożnego budynku ujrzał przekrzywioną tabliczkę: „Paradiesgasse”. Zabrzmiało boleśnie. Ulica Rajska zamieniła się w piekło. Dom, gdzie jest jego dom?
Oczyma pamięci widział trzypiętrową kamienicę. Zajmowali dwa okna na drugiej kondygnacji. Nieskazitelnie białe firanki, bo matka dbała o czystość, kwiatki na parapecie w glinianych doniczkach. W jednym pokoju mieszkała babcia Hilda, która piekła maślane rogaliki, smażyła konfitury i opatrywała Friedrichowi rany na kolanach, gdy wracał potłuczony z boiska. Kilka tygodni temu pewnego zimowego wieczoru babcia źle się poczuła. Zaczął się nalot, dźwięk syren alarmowych mieszał się z hukiem nurkujących samolotów. Pamiętał, jak wraz z sąsiadami pobiegli do schronu. W pewnej chwili babcia osunęła się, Friedrich poczuł na ramieniu ciężar jej ciała.
– Babciu? – cichutko zapytał, ale ona nie odpowiadała. Potem mama powiedziała mu, że babcia poszła do nieba. Nie zrozumiał. Jak mogła gdziekolwiek iść, skoro nie ruszała się, a jej ciało było sztywne?
– Bo tylko jedna, niewidzialna część babci wyruszyła w daleką podróż, synku – wyjaśniła mama.
– Kiedy wróci babcia? – zapytał. Dostrzegł, że matka przetarła wilgotne od łez oczy. – Bo ja chcę z babcią piec babeczki.
Matka nic nie odparła, tylko mocno go przytuliła.
Nad sklepioną częścią ruin Friedrich z trudem odczytał napis „Backerei”. Piekarnia pana Jorga.
Codziennie rano przychodził tu po bułki i chleb, a uśmiechnięty właściciel czasami częstował go orzechowym ciasteczkiem. Wieczorem nad piekarnią unosił się smakowity zapach dymu wypiekanego pieczywa. Przez puste oczodoły okien chłopiec zajrzał do wewnątrz. Tam, gdzie kiedyś znajdowały się półki z chlebem, teraz było gruzowisko. Klatka z gadającą papugą kołysała się ze stropu, a właściwie z tego, co po nim pozostało. Drzwiczki klatki były otwarte, ptak zniknął. Na podłodze leżały strzępki kolorowych piórek, łupiny ziaren.
– Gerda, Gerda! Gdzie jesteś? – zawołał Friedrich, ale odezwała się jedynie przejmująca cisza. Papuga odleciała w nieznane. A może pan Jorg zabrał ją ze sobą?
Friedrich rozejrzał się dookoła. To nie było już miasto, a raczej ogromny cmentarz. Chłopiec czytał kiedyś bajkę o olbrzymim smoku, który niszczył wszystko, co napotkał na swojej drodze. Ten smok przyszedł niespodziewanie i pożarł Danzig[1]. Wyssał z niego życie, zostawiając zgliszcza.
Po przeciwnej stronie ulicy dogasał pożar. Palił się dom pani Idy, która miała wielki, wiklinowy, bujany fotel. W ciepłe dni siadała w nim przed progiem domu i wygrzewając się na słońcu, bacznie obserwowała życie ulicy. Friedrich szedł dalej. Tam gdzieś powinna być jego kamienica. Minął sklep z galanterią, zakład szewski, gdzie z matką reperowali buty, boczną uliczkę, na której znajdował się skład win i wódek. Nagle stanął jak wryty. Ujrzał swój dom. Wypalony szkielet muru ze sterczącymi kikutami. Friedrich usiadł na stosie zwalonych cegieł, łzy płynęły mu z oczu. Szlochając, wpatrywał się w resztki kamienicy. Zadarł do góry głowę. Drugie piętro. Wydawało mu się, że widzi łopoczącą w oknie firankę, paprotkę, o którą pieczołowicie się troszczył, i twarz matki.
– Mamo! – wrzasnął z całej siły, raz i drugi.
W jednej chwili twarz znikła, jakby nigdy tam jej nie było. Friedrich rozglądał się rozpaczliwie, szukając wzrokiem matki. Wtem, ku swojemu zaskoczeniu, dostrzegł Franka. Przetarł ze zdziwienia oczy. Tak, to był jego przyjaciel. Stał spokojnie za rogiem, uśmiechał się zadziornie. Krótkie spodenki na szelkach, ta sama blond czupryna z niesforną grzywką, lekko pucołowata buzia. Trzymał w ręku piłkę.
– Gdzie byłeś? Czekam na ciebie od rana. Chodź, pogramy – zawołał charakterystycznym piskliwym głosem, od którego Friedrichowi czasami cierpły uszy.
Na wspomnienie ich wspólnych zabaw chłopcu zrobiło się ciepło na sercu. Grali przeważnie na podwórku, ku utrapieniu Fridy, sąsiadki z parteru, która nie znosiła ich hałasów. Kiedyś stłukli szybę i obydwaj dostali tęgie lanie od swoich ojców. Friedrich westchnął. Ojca ledwo pamiętał. Mama mówiła, że był cenionym krawcem, szył męskie spodnie i marynarki dla wielu gdańskich elegantów. W swojej pracowni spędzał długie godziny, a kiedy wracał do domu, zazwyczaj już zmierzchało. Zjadał późny obiad, a potem zamieniał kilka słów z Friedrichem. Na więcej nie miał czasu, bo wcześnie chodził spać i wcześnie wstawał. Pewnego wieczoru zamiast ojca w drzwiach pojawili się dwaj postawni panowie w granatowych mundurach. Przez dobrą chwilę rozmawiali z matką w pokoju, a kiedy wyszli, ta miała przerażoną minę i załzawione oczy. Nachyliła się nad Friedrichem i przytuliła do piersi.
– Ci panowie przynieśli złe wieści – wyszeptała.
– Co to znaczy?
– Tata nie żyje, zabili go podli ludzie. Już nigdy nie wróci – odparła.
Jeszcze wtedy nie rozumiał, czym jest śmierć, więc codziennie punktualnie o godzinie dziewiętnastej wypatrywał ojca. Teraz poznał ją z bliska, widział dookoła w pokiereszowanych ludzkich trupach, czuł jej obezwładniający zapach, który unosił się w powietrzu.
– Chodź, Friedrich! No pospiesz się! – Piskliwy krzyk Franka wyrwał go z zamyślenia. Zerwał się na równe nogi i pobiegł w stronę kolegi, ale kiedy zbliżył się do rogu kamienicy, nikogo tam nie było.
– Frank! – wrzasnął co sił w płucach. Gapił się bezradnie dookoła. Obraz przyjaciela z podwórka rozpłynął się w powietrzu.
– Frank, gdzie jesteś?!
Odpowiedziała mu pustka ulicy, a gdy ponownie spojrzał ku górze, zauważył, że zniknęły także firanka i paprotka. Dom był jednym wielkim obrazem rozpaczy. Dokąd mógł się teraz udać? Gdzie się schronić, skoro wokół były tylko gruzy, ruiny i popiół?
Gdańsk pomału dogorywał. Kamienice przy Pfefferstadt[2] waliły się niczym domki z kart, ulice były poprzegradzane barykadami i zaporami przeciwczołgowymi, a pośród rumowiska sterczały złowrogo kikuty wypalonych budynków. Powietrze było ciężkie od smrodu padliny zwierząt i setek ludzkich trupów.
Friedrich postanowił przedostać się do Głównego Miasta. Na Langgasse[3], w kamienicy z dużą bramą, nad którą znajdowały się postacie kobiety i mężczyzny, mieszkał wujek Ernst. Może mama schroniła się u wujka i czeka tam na Friedricha? A jeśli nie, to… Wujek Ernst na pewno coś wymyśli, pomoże. Chłopiec przypomniał sobie, że tuż obok kamienicy mieściła się cukiernia, gdzie sprzedawali przepyszne kremowe ciastka. Przełknął ślinę. Nie, nie może myśleć o ciastkach. Musi dojść na Langgasse, odnaleźć wujka.
„Jestem dzielnym, małym chłopcem”, mruczał półgłosem Friedrich, przedzierając się przez gruzowiska. Marcowe słońce stało wysoko na niebie. Przypomniał sobie słowa matki, która każdego roku powtarzała, że wraz z marcem idzie wiosna, a tuż po niej szybko nadejdzie lato, które chłopiec uwielbiał.
Jeszcze kilka miesięcy temu życie codzienne w mieście toczyło się normalnym rytmem. Jeździły tramwaje i bez problemu można było dojechać ze Śródmieścia do Langfuhr[4], Oliwy czy Brösen[5]. Friedrich chodził z matką na plażę, najczęściej do Brösen, czasem do Glettkau[6] albo Heubude[7]. Budował piaskowe zamki, uciekał przed morskimi falami i łowił meduzy. Kilka razy matka zabrała go do Zoppot[8]. Tam przyglądał się żaglówkom, które ścigały się w regatach. Z wydętymi białymi żaglami wyglądały jak olbrzymie mewy. Matka obiecywała, że jak tylko skończy się mroźna, śnieżna zima, znowu pójdą do Parku Oliwskiego albo na plażę, i wszystko wróci do normalności. Znowu będą się wylegiwać na żółtych nadmorskich piaskach, zażywać kąpieli w Bałtyku, skakać po falach i gonić morskie rybki. Będą chodzić po sopockim molo, słuchać kapeli uzdrowiskowej, patrzeć, jak wokół mola poruszają się żaglówki, spacerować razem z potokiem kuracjuszy i urlopowiczów.
Friedrich musi tylko odnaleźć matkę.
Strzały i huk karabinów rozdzierały powietrze. Dym, który napływał z każdej strony, gęstniał coraz bardziej, zakrywając Gdańsk ciemną chmurą, rozświetlaną przez buzujące płomienie. Pożary bezlitośnie trawiły miasto, a w środku tego piekła stał dumnie Kościół Mariacki.
W gąszczu ruin chłopiec pomału tracił orientację. Szedł na oślep. Z trudem wypatrywał tabliczek z nazwami ulic. Jako jedyne nie chciały się palić, stojąc niezłomnie na straży tego, co zamieniało się w nicość. Powieki ciążyły od duchoty unoszącej się dookoła, dym kłuł w płuca. Friedrich potknął się o nogi padłego konia, którego rozdęte ciało leżało na bruku. Sięgnął do kieszeni i namacał ostatnią kromkę chleba. Na jakiś czas zamaskowała głód. Teraz tylko woda. Znaleźć wodę! W gruzowisku dojrzał trupa żołnierza z rozerwaną głową. Poczuł nagły skurcz żołądka, przystanął, żeby zwymiotować. Wtedy dostrzegł coś jeszcze. Obok zwłok leżała menażka. Jednym susem podbiegł do nieboszczyka, chwycił butelkę i chciwie wyssał resztki wody. Nie miał siły poruszać się dalej. Usiadł w wypalonej bramie kamienicy, rozmasowując obolałe nogi. Z ogromnej dziury w stropie zwisały smętnie belki. Chłopiec podniósł głowę i zerknął na drugą stronę ulicy. Stało tam coś, co niegdyś było domem, a teraz przypominało przerażający szkielet. Z czarnych oczodołów okien ziała przerażająca pustka. Friedrich poczuł na sobie ich upiorny wzrok. Wzdrygnął się ze strachu. Zamknął oczy, żeby uciec przed złowrogim spojrzeniem. Przypomniał sobie, jak pewnego dnia matka poprosiła, żeby zaniósł sąsiadowi wypraną bieliznę. Pan Kunst mieszkał piętro nad nimi. Był studentem medycyny.
– Wejdź. – Zaprosił Friedricha szerokim gestem ręki. Po chwili znaleźli się w pokoju i wtedy ujrzał coś, co wbiło go w ziemię. Krzyknął z przerażenia. Na wprost drzwi stał kościotrup ludzkich rozmiarów. Ogromne oczodoły spoglądały na chłopca makabrycznym wzrokiem.
– Nie bój się. – Kunst przytulił Friedricha, a potem podprowadził do eksponatu. – Nie masz się czego bać. Możesz go nawet dotknąć.
Delikatnie ujął jego rękę i położył na szkielecie.
– W ten sposób uczę się anatomii. Tu są żebra, a tu kość udowa. – Wskazał na palcem. – Tak wygląda człowiek, kiedy ucieknie z niego życie.
Friedrich otworzył oczy i popatrzył na wypalony dom po drugiej stronie ulicy. Z kamienicy też uciekło życie.
Nie pamiętał, kiedy zasnął z głową przytuloną do zimnej ceglanej ściany.
Obudziły go okrzyki w języku, który niedawno słyszał. To było wtedy na plebanii. Ten sam nieznany język o dziwnej melodyjnej harmonii. Ulicą szli żołnierze z gwiazdami na czapkach, a chwilę później usłyszał złowrogi pomruk. Friedrich przystanął, chowając się za załomem muru. Drogą toczyło się ciężkie opancerzone cielsko, wydając z siebie groźne odgłosy. Gąsienice miażdżyły zwały cegieł, wzbijając kłęby czerwonego kurzu. Nagle zobaczył coś, co wzbudziło w nim przyspieszone bicie serca. Grupa żołnierzy wyprowadziła z piwnicy dwie kobiety, jedna z nich przypominała matkę. Musi ją zawołać, dać znać, że żyje, że jest tutaj, niedaleko, zaledwie po drugiej stronie. Z płuc wyrwał się rozpaczliwy krzyk, ale głos chłopca roztopił się w hałasie nawoływań i huku strzałów. Kobiety wraz z żołnierzami zniknęły w bramie niewypalonej kamienicy. Potem jakiś żołdak wypędził na ulicę mężczyznę, a za nim młodą dziewczynę z dzieckiem na ręku. W pewnym momencie mężczyzna zerwał się do ucieczki. Friedrich wstrzymał oddech. Wtem padł strzał. Przestraszona dziewczyna zaczęła krzyczeć. Żołnierz podbiegł do niej, wyrwał jej dziecko, które rozbudzone zakwiliło żałośnie. To była chwila. Jeden ruch. Małe ciałko rozprysło się na kawałki. Chłopiec zamknął oczy. Po policzkach spływały mu łzy. Płakał z bezsilności i głodu, gryzący czarny dym drażnił powieki. Wiedział, że musi uciekać. Tylko dokąd? „Jestem małym, dzielnym chłopcem, mały chłopiec nie jest nikomu potrzebny”, powtarzał w myślach. Biegł na oślep, nie zważając na pociski, które huczały w powietrzu. Pośród ruin leżeli umierający ludzie. W szarych, zatrwożonych twarzach tkwiły oczy, zastygłe od poczucia bezradności i bezmiaru cierpienia.
– Chowaj się, dziecko! – krzyknął jakiś mężczyzna, dając znak ręką. Po chwil Friedrich znalazł się w ogromnej piwnicy.
– Idź tam, za skrzynię! I nakryj się workiem! – Mężczyzna rzucił mu płachtę materiału.
Chłopiec posłusznie udał się w kąt pomieszczenia, oparł plecami o skrzynię. Rozpalona głowa kłębiła się od wspomnień z dzieciństwa. W domu, gdzie mieszkał, też była duża piwnica. Rodzice trzymali tam zapasy kartofli, cebuli, buraków i jabłek. Często w tajemnicy przed domownikami schodził na dół, chował się za skrzynią z warzywami i oddawał marzeniom. Było ciepło, spokojnie, bezpiecznie i nikt go nie mógł znaleźć. Wyobrażał sobie, że w przyszłości zostanie podróżnikiem, będzie zwiedzać świat na wielkim żaglowcu. Albo największymi rzekami dostanie się w głąb dżungli, gdzie odkryje nieznane plemiona Indian. Friedrich usiłował przypomnieć sobie nazwy tych rzek, o których czytała mu matka, gdy nagle usłyszał straszliwy huk. Wielopiętrowa kamienica zakończyła swój żywot, zamieniając się w kupę gruzu. Potem rozległy się strzały, warkot czołgów, tupot ciężkich butów. Friedrich zerwał się na równe nogi i pobiegł w stronę wyjścia.
– Wracaj! Tam są Rosjanie! Zastrzelą cię! – Z piwnicy nawoływał mężczyzna, ale chłopiec nie słuchał.
Zatrzymał się na rogu ulicy, dysząc ciężko z wyczerpania. We wnęce bramy, jedynej ocalałej części domu zobaczył krzesło, na którym siedział starszy człowiek z bezwładnie zwisającą głową. Powietrze naokoło rozpalone było od szalejących pożarów, żar zatykał nozdrza. Popiół osiadał grubą warstwą na bruku i ubraniu. Niebo poczerwieniało od łuny, a płomienie palących się budynków wystrzeliwały w powietrze morze iskier, które rozwiewał marcowy wiatr. Friedrich krążył pośród rumowisk jak dzikie spłoszone zwierzę. Skręcił w niewielką uliczkę i w oddali ujrzał zarysy dworca. Wiedział, że musi iść w przeciwnym kierunku, w stronę Langgasse, tam gdzie mieszkał wujek. Wtem zagrodził mu drogę człowiek w mundurze. Chłopiec zadrżał, odruchowo się cofnął, ale mężczyzna chwycił go za rękę.
– Nie bój się, nic ci nie zrobię.
Żołnierz mówił językiem, który dzięki polskim sąsiadom Friedrich rozumiał całkiem dobrze.
– Dokąd idziesz? – zapytał mężczyzna tym razem po niemiecku.
– Do wujka Ernsta – chłopiec odparł nieufnie.
– A gdzie mieszka wujek Ernst?
– Na Langgasse.
Młody żołnierz uśmiechnął się i Friedrich pomyślał, że dawno nie widział uśmiechu. Odkąd w mieście rozpętało się piekło, ludzie przestali się uśmiechać.
– Chodź. Zabieram cię ze sobą.
Droga w kierunku Głównego Miasta była wypełniona czołgami i ciężarówkami, na których stały armaty. Z samochodów wyskakiwali żołnierze. Setki, tysiące fizylierów szykowało się do marszu. Mężczyzna doszedł do jednego z czołgów z lekko uniesioną lufą, objął Friedricha wpół, podniósł do góry i posadził na pancernym cielsku. Potem sam wskoczył do pojazdu.
– Panie poruczniku, kto to? – zapytał żołnierz o ospowatej twarzy.
– Dziecko.
– Niemiec?
Mężczyzna przytaknął. Podał chłopcu menażkę z wodą, grubą pajdę chleba i słoik ze smalcem.
– Posil się. Pewnie dawno niczego nie jadłeś. Jedziemy w stronę Langgasse. Może znajdziesz tam swojego wujka, chociaż kiedy patrzę na to, co się tutaj dzieje, mam wątpliwości.
Mijali Holzmarkt[9]. Piechota maszerowała, śpiewając polską pieśń. Droga wiodła przez gruzowiska cegieł, które pod ciężkimi kołami zamieniały się w krwawą miazgę. Dookoła leżały martwe konie, obok nich polegli żołnierze, cywile. Wciąż rozlegały się strzały. W oddali palił się Kościół Mariacki, płonęła Wyspa Spichrzów. Pożar trawił Ratusz Główny, a ze starych domów przy Langer Markt[10] zostały tylko szkielety. Chłopiec szukał wzrokiem kamienicy, w której mieszkał wujek Ernst, ale dym i ogień zasłaniały widok.
– Nie sądzę, żeby twój wujek gdzieś tutaj był – powiedział żołnierz.
Friedrich skinął głową. W jego oczach czaił się lęk. Zrozumiał, co mężczyzna miał na myśli. Czołg zatrzymał się obok wciąż palącego się Dworu Artusa. Chłopiec przypomniał sobie, jak pewnego razu wujek Ernst wprowadził go do środka, żeby Friedrich zobaczył miniatury statków i piec kaflowy z Dylem Sowizdrzałem. Bardzo mu się podobało i wujek obiecał, że wkrótce znowu tam się wybiorą. Teraz szczyt budynku był do połowy strzaskany.
Mężczyzna zeskoczył z czołgu na ziemię, chwilę później zjawili się jeszcze dwaj inni.
– Flaga, Zbyszek! Nie zapomnij o fladze. – Ktoś krzyknął do żołnierza.
Cała trójka biegła w stronę Dworu Artusa. Friedrich wstrzymał oddech. W napięciu obserwował, jak mężczyźni wspinali się po rynnie budynku. Z akrobatyczną zręcznością, kurczowo trzymając się rury, dotarli wreszcie do dachu. Znajomy żołnierz jednym ruchem zerwał z masztu flagę ze swastyką i zawiesił biało-czerwony sztandar. Wtedy rozległ się śpiew, radosny, pełen uniesienia, z setek gardeł wydobywały się wzniosłe dźwięki. Fizylierzy wiwatowali na cześć kolegów. Friedrich poczuł przypływ dumy, że oto jego żołnierz, jak go w myślach nazwał, stał się bohaterem. Nagle rozpętało się piekło. Wystrzał, huk. Pociski waliły, usiłując wstrzelić się w maszt. Dach Dworu Artusa stanął w płomieniach i mężczyźni co sił w nogach uciekali po piorunochronie. Chłopiec zagryzł wargi, zacisnął mocno pięści. Już niedaleko, jeszcze kilka metrów. Czy uda im się szczęśliwie zejść na ziemię? Przymknął na chwilę oczy, a kiedy je otworzył, cała trójka stała na ulicy. Flaga na dachu budynku powiewała w rytm marcowego wiatru.
Mężczyzna podszedł do Friedricha i pomógł mu wyjść z czołgu.
– Nie możesz dalej z nami jechać. Chodź, zaprowadzę cię do miejsca, gdzie na mnie zaczekasz, dobrze?
Udali się w boczną uliczkę i skręcili w bramę ocalałej kamienicy. Wąskimi schodami zeszli do piwnicy. Żołnierz otworzył plecak, wyjął z niego chleb, kawałek kiełbasy i menażkę z wodą.
– To dla ciebie. Nie ruszaj się stąd. – Uśmiechnął się szeroko. – Obiecuję, że wrócę.
Nakrył chłopca kawałkiem koca.
– Prześpij się trochę, jeśli dasz radę. Tak w ogóle to nazywam się Zbyszek.
Friedrich znowu został sam. Postanowił cierpliwie czekać na żołnierza o miłym uśmiechu. Powieki ciążyły mu ze zmęczenia. Gdy się ocknął, nadciągał już świt. Poczuł burczenie w brzuchu. Oderwał kawałek chleba i kiełbasy, wziął łyk wody. Mijały godziny, potem nadeszła noc, kolejny dzień i kolejna noc. Friedrich uświadomił sobie, że żołnierz już nie przyjdzie. Zjadł resztki prowiantu, menażkę wcisnął do kieszeni. Wyszedł z piwnicy i uważnie się rozejrzał. Dookoła zalegały ruiny, pośród których błąkały się wychudzone i brudne koty, dogasały pożary. Jedynie Kościół Świętego Mikołaja trwał niewzruszony. Friedrich krążył między ulicami. Musi przedostać się do Langfuhr, gdzie mieszkała ciotka Hilda. Może tam jest bezpiecznie i tam znajdzie schronienie? Dom cioci jawił się jako ostatnia nadzieja. Mijał ludzi z tobołami na plecach, płaczące małe dzieciaki, starców ledwie ciągnących nogi. W pewnej chwili ujrzał na ulicy drobniutką dziewczynkę. Opatulona nadpalonym płaszczykiem, z głową owiniętą chustką przykucnęła na gruzowisku. Kiedy do niej podszedł, podniosła głowę i spojrzała. Ich oczy spotkały się ze sobą. Miała umorusaną poszarzałą twarz, twarz starej kobiety. Friedrich chciał coś powiedzieć, ale poczuł, że ma w ustach kamień zamiast języka. Wtedy dziewczynka wyciągnęła rękę i złapała go za poły kurtki.
– Chleba. Daj mi chleba.
Wbiła w niego przerażone spojrzenie zastraszonego zwierzaka.
Sięgnął do kieszeni. Była pusta.
– Nie mam.
– Daj, proszę – powtórzyła.
Friedrich przełknął ślinę w zaschniętym gardle. Odwrócił się i zaczął biec. W głowie huczało mu jedno słowo: „chleb”. Miał wyrzuty, że wszystko zjadł i nie zostawił ani kawałka dla głodnej dziewczynki.
Noc spędził w komórce na zapleczu kamienicy, z której ocalała tylko frontowa ściana. Przez dziurawy dach prześwitywało niebo. Jasne gwiazdy zwiastowały słoneczny dzień. Friedrich położył się na ziemi, wtulił twarz w rękaw swetra. Gdzieś z oddali docierały do niego głosy, które wkrótce jednak zamilkły. Zbolałe miasto pogrążyło się w milczeniu nocy.
Marchew, cebula, buraki. Drżącą dłonią otwierał worki z warzywami. Nie wiedział, czy śni, czy widzi na jawie. Ale nie, jedzenie, na które chłopiec natknął się w składziku, istniało naprawdę. Friedrich łapczywie napychał kieszenie. Wyglądał, jakby miał przyczepione do boków ciężkie torby. Smak marchwi w ustach zamaskował kwaśny odór.
– Czego tutaj szukasz?
Poczuł na ramieniu ciężar obcej ręki.
– Kradniesz jedzenie?! – Szorstki głos odbił się echem w porannej ciszy.
Twarz mężczyzny przecinała długa sina szrama.
– Ja… ja… jestem głodny.
– Kradniesz! – Mężczyzna podniósł rękę, zacisnął pięść. Silne pchnięcie i chłopiec upadł. Z kieszeni wypadły warzywa.
Przerażony Friedrich wybiegł na ulicę. Serce rozsadzało mu pierś i z trudem łapał oddech. „Jestem dzielnym małym chłopcem”, huczało mu w głowie. Z piwnic i schronów wypełzali na ulice ludzie. W powietrzu unosił się popiół przemieszany z tumanami pierza z rozprutych pierzyn i poduszek. Smród rozkładających się zwłok zatykał nozdrza.
Chłopiec zatrzymał się i spojrzał za siebie. Nad Śródmieściem wciąż unosiła się czerwona łuna. Agonia miasta trwała. Gdańsk dogorywał w płomieniach.
Grosse Allee[11] była pokryta lejami bombowymi, zerwana trakcja tramwajowa leżała na zniszczonych szynach. Przewrócony tramwaj przypominał bezwładne wielkie zwierzę, które ugrzęzło pomiędzy szczątkami murów, masztami górnych przewodów a kłębowiskiem drutów.
Jeszcze nie tak dawno wszystko wyglądało inaczej. W mieście jeździły tramwaje, ulice były przejezdne, działało światło, prąd, gaz, telefony, a z kranów leciała woda. Nie brakowało jedzenia. Jedynie niebo pełne czerwonych chmur niepokoiło. Friedrich wiele razy słyszał, jak ludzie mówili, że zbliża się front. I chociaż nie rozumiał, o co chodzi, to jednak w tonie ich głosu czuł wyraźny niepokój. Zbliżający się front oznaczał niebezpieczeństwo, o którym matka nie chciała rozmawiać, a z którego on sam nie zdawał sobie sprawy.
Chłopiec minął przechyloną latarnię i nagle zamarł z przerażenia. Jego oczom ukazał się upiorny widok. Na pobliskich drzewach wisiały rozkładające się trupy niemieckich żołnierzy. Do nóg mieli przyczepione kawałki papieru. „Tak będzie z każdym, kto opuści posterunek bez rozkazu”, przeczytał półgłosem napis na kartkach. Podmuch wiatru zakołysał ciałami nieszczęśników. Na słupach telefonicznych w parku Steffensa przy Grosse Allee wisiały także kobiety. Miały szeroko otwarte przestraszone oczy, jakby do końca nie mogły uwierzyć w to, co je spotkało. Friedrich pobladł. Przypomniał sobie scenę, jaką ujrzał z okna tramwaju, kiedy któregoś razu jechał z matką do Langfuhr. Ciężarówka, drewniany podest ze stopniami i ludzie z pętlami na szyi. W pewnej chwili samochód ruszył. Wtedy matka przykryła mu oczy i nic więcej nie mógł zobaczyć.
Dom ciotki Hildy znajdował się za torami kolejowymi. Friedrich minął na wpół spalony budynek „Bocianiego Gniazda”[12], a potem przedostał się na drugą stronę ulicy. Na niewysokiej skarpie wznosił się ceglany gmach niegdysiejszego gimnazjum, w którym w ostatnich miesiącach wojny koszarowało wojsko. W oddali dostrzegł kościół z białą wieżą. Znał tę świątynię. Przejeżdżali obok niej w drodze na plażę w Brösen.
Kamienica krewnej jakimś cudem oparła się wojnie i stała nietknięta w niewielkim ogrodzie. Miała niezniszczony dach, szyby w oknach, drzwi, rynnę. Ciotka mieszkała na parterze. Friedrich pogłaskał wychudzonego kota, który łasił się do nóg, a potem wszedł do środka. W jednej chwili poczuł, jakby znalazł się w innym świecie, dobrze znanym, ale zdawać się mogło, że utraconym na zawsze. W kuchni stał kredens, a w nim znajdowały się naczynia, sztućce, garnki, ściereczki i serwetki. W kącie dostrzegł wiadro na węgiel, obok niego szufelkę. Na ścianach wisiały barwne makatki z sentencjami, które ciotka bardzo lubiła. W pokoju było łóżko z pościelą, stół, serwetka na stole, wyściełane krzesła, doniczki z kwiatami, szafa, w której ciotka trzymała ubrania. Friedrich miał wrażenie, że ktoś przed chwilą opuścił mieszkanie.
– Ciociu Hildo! – zawołał raz i drugi, ale nikt nie odpowiadał.
Chłopiec otworzył drzwiczki spiżarki. Ujrzał coś, co nie mogło pozostawić go obojętnym. Na półkach stały słoiki z ogórkami, kiszoną kapustą, burakami i smalcem, zapas cebuli, cukru i całkiem spory kawał czerstwego chleba. Zaczął łapczywie jeść. Wybierał palcem smalec ze słoika, zagryzając go cebulą i kawałkami pieczywa. Potem sięgnął po słoik z kapustą, podważył wieczko nożem i opróżnił zawartość. W zlewie natknął się na miskę wypełnioną wodą. Ugasił pragnienie. Zalało go obezwładniające zmęczenie, legł więc na łóżko i w jednej chwili odpłynął. Śniło mu się morze, regaty przy sopockim molo, łagodny brzeg Bałtyku i żółciutki piasek, z którego budował wysoki zamek z fosą i murami. Matka siedziała na kocu, wystawiając twarz do słońca. W pewnym momencie usłyszał hałas, niebo zagrzmiało, rozcinając wodę gradem pocisków. Dookoła nadal było słonecznie i pogodnie, tylko te niepokojące odgłosy… Nagle poczuł mocne szturchnięcie w plecy.
– Mamo, zostańmy tu jeszcze! Ja nie chcę wracać do domu! – krzyknął, otwierając oczy.
Zobaczył stojącego nad nim mężczyznę.
– Kim pan jest? – zapytał rozespanym głosem.
Mężczyzna przysunął twarz tak blisko, że Friedrich dostrzegł jego popękaną skórę. Nieznajomy zagryzł wargi, a potem z całej siły szarpnął chłopcem. Friedrich stoczył się z łóżka i poturlał na podłogę jak gumowa piłka. Dreszcz wstrząsnął jego ciałem.
– Zjeżdżaj stąd, ty mały Szwabie! – mężczyzna syknął ze złością.
– To mieszkanie mojej cioci. Ciociu Hildo! – krzyknął.
– Nie ma tu żadnej Hildy. Teraz jestem ja, rozumiesz? A ty masz się stąd wynosić! Mężczyzna uniósł rękę, zacisnął palce w pięść.
– Zygmunt, uspokój się!
Chłopiec usłyszał łagodny głos kobiety, a potem zobaczył poszarzałą twarz o zmęczonych oczach. Dziewczyna opasana była chustką, ogromny brzuch wylewał się spod zamaszystej spódnicy.
– To tylko dziecko – powiedziała.
– Małe niemieckie, hitlerowskie nasienie. – Spoglądał na Friedricha wzrokiem wygłodniałego wilka. – Raus! Wynocha, rzekłem!
Kobieta wcisnęła mu pajdę chleba, kawałek słoniny i jabłko z pomarszczoną skórką. Chwilę później Friedrich rozglądał się bezradnie po ulicy. Było jasno, słońce stało wysoko nad horyzontem. Po przeciwnej stronie szło kilku czerwonoarmistów, głośno zanosząc się śmiechem. Mężczyzna wciąż stał w otwartych drzwiach. Podniósł z ziemi kamień, przerzucając go z ręki do ręki.
– Mam ci pomóc? Wynoś się stąd! Paszoł won!
Chłopiec usiadł na bruku, serce waliło mu jak oszalałe. Wtulił głowę w ramiona i zamarł w bezruchu. Było mu już wszystko obojętne.
Dzień miał się ku końcowi i Friedrich poczuł lekki chłód nadciągający delikatnymi niteczkami. W myślach miał szum. A gdyby zostać tu na zawsze? Położyć się na bruku i zasnąć? Podciągnął nogi pod brodę. Słyszał swój niespokojny oddech, krew dudniącą w skroniach. Wtem ujrzał nadjeżdżający tramwaj. Przetarł ze zdziwienia oczy, nie dowierzając temu, co widzi. Ciężki pojazd sunął bezszelestnie po torach w stronę plaży w Brösen. Jeszcze chwila i zatrzyma się na przystanku, na którym stali ludzie. Friedrich w jednej chwili się zerwał. Biegł co sił w nogach. Musi zdążyć! Zrzuci z siebie zniszczone, pokryte szaroceglanym pyłem ubranie, zakopie się w czystym nadmorskim piasku i będzie wpatrywać się w promienne niebo. Potem zanurzy stopy w chłodnej wodzie. Fale obmyją go z brudu, strachu i bólu. Kiedy znalazł się po drugiej stronie ulicy, nagle wszystko zniknęło. I przystanek, i tramwaj, i pasażerowie. Zapadła cisza, w której chłopiec słyszał swoje myśli, powiew wiatru i osypujący się tynk z nadwerężonych budynków.
Niespodziewanie przypomniał sobie, że w Oliwie mieszka przyjaciółka matki. Jej dom stał przy katedrze, w otoczeniu ogromnych kasztanowców, które każdej jesieni rodziły dorodne kasztany. Friedrich wygrzebywał je spomiędzy liści na trawnikach, potem chował do kieszeni spodni oraz kurtki. Tam właśnie postanowił się udać. Szedł szybkim krokiem na tyle, na ile pozwalały mu nogi. W powietrzu rozbrzmiewały dźwięki radzieckiej pieśni wygrywanej na akordeonie. Przerywały je okrzyki podchmielonych wódką żołnierzy i kobiet. Przy „Bocianim gnieździe” kręcili się jacyś ludzie, ale nie zwracali na chłopca uwagi. Minął rzeczkę i budynek koszar, po chwili wyszedł na Grosse Allee. Drzewa, które jakimś cudem przetrwały pożogę, wypuszczały pierwsze delikatne pąki. Gdyby Friedrich był wielkoludem z baśni, zerwałby taką gałązkę i zabrał do domu. Tylko że jego dom… Zaszkliły mu się oczy na niedawne wspomnienie tego, co zostało z jego mieszkania. Nie, nie może płakać, jest małym chłopcem, ale musi być silny. Skręcił w ulicę, która prowadziła do Politechniki. Przeszedł bramę i zatrzymał się przed głównym budynkiem. Dawna uczelnia, chluba Gdańska spoglądała na Friedricha wypalonymi oczodołami, z okien bocznego skrzydła zwisały prześcieradła. Na dziedzińcu leżały zwały gruzów, strzępy opatrunków, wśród których chłopiec ujrzał nadpalone ludzkie trupy. Kobiety wynosiły na noszach zmarłych i wrzucały je do wielkiego dołu pochlapanego wapnem. Usłyszał niemiecką mowę. Poczuł radosne bicie serca. To były Niemki. Może wśród nich znajduje się jego matka?
– Mamo! – wyrwało mu się z piersi. Podszedł bliżej, lustrując uważnie twarze mijanych kobiet, ale żadna z nich nie przypominała matki.
– Czego tutaj szukasz? – zapytała jakaś młoda dziewczyna.
– Moja mama… – nie dokończył. Na wspomnienie matki poczuł wzbierającą w gardle gulę.
Kobieta głośno westchnęła, otarła ręką czoło i poszła dalej. Chwilę później zniknęła w głębi budynku. Friedrich stał jeszcze przez chwilę, zanosząc się łkaniem.
Dzień dogorywał i chłopiec uświadomił sobie, że nie da rady dojść do Oliwy. Za osiedlem ceglanych robotniczych domków, w których niegdyś mieszkali pracownicy stoczni Schichau, skręcił w podwórko i wszedł przez tylną bramę do wnętrza ocalałej kamienicy. Ciemny, wąski korytarz poprowadził go do przestronnej piwnicy. W stosie gazet i starych książek dojrzał wepchnięty siennik. Rozłożył go i w oka mgnieniu zasnął, a gdy się obudził, zobaczył nad sobą twarz nieznanej kobiety.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
PRZYPISY
[1] Niemiecka nazwa Gdańska.
[2] Ulica Korzenna
[3] Ulica Długa
[4] Wrzeszcz, dzielnica Gdańska
[5] Brzeźno, dzielnica Gdańska
[6] Jelitkowo, dzielnica Gdańska
[7] Stogi, dzielnica Gdańska
[8] Sopot
[9] Targ Drzewny
[10] Długi Targ
[11] Wielka Aleja – dzisiejsza Aleja Zwycięstwa
[12] Szpital położniczy przy ulicy Klinicznej
